Orli lot do Ligi Mistrzów – fenomen Eintrachtu Frankfurt

W Bundeslidze z roku na rok pojawia się coraz więcej solidnych drużyn, aspirujących do gry w europejskich pucharach. Mamy, chociażby ambitny Lipsk, Wolfsburg, Borussię Mönchengladbach, czy Bayer Leverkusen, który wciąż potyka się o własne nogi. Gdzieś swoje miejsce w szeregu stara się odnaleźć również Eintracht, który w tym sezonie bezczelnie psuje plany rywali. Coś, co miało się zakończyć wraz z odejściem Kovaca, Rebicia, Jovicia, czy Hallera trwa w najlepsze, nawiązując do pięknej historii z lat 70 i 80. Wówczas Eintracht potrafił wygrać Puchar Niemiec dwa razy z rzędu, a co najważniejsze – zdobyć Puchar UEFA. Dzisiaj drużyna Adiego Hüttera walczy o historyczny awans do Ligi Mistrzów i jest bardzo blisko zrealizowania swojego celu. Statystyki pokazują, że gdyby sezon rozpoczął się wraz z początkiem roku, Eintracht byłby najlepszą drużyną w Niemczech. Jutro natomiast zmierzy się z Bayern Monachium. Z tej okazji warto przypomnieć sobie ich historię.

Czytaj dalej „Orli lot do Ligi Mistrzów – fenomen Eintrachtu Frankfurt”

Klub ponad wszystko

Kapitan to funkcja, którą powinien pełnić prawdziwy lider. Kimś takim jest z całą pewnością Senad Lulić, który trafił do Lazio w 2011 roku. W 2017 roku po odejściu do Milanu Lucasa Biglii Bośniak przejął opaskę kapitańską, którą z dumą nosi na ramieniu w każdym spotkaniu. W ubiegłym sezonu doznał poważnej kontuzji kostki i był krok od zakończenia kariery. Po trudnym okresie i mozolnej pracy na rehabilitacji wrócił do gry, żeby po raz pierwszy w swojej karierze zagrać w Lidze Mistrzów w swoim ukochanym klubie. Senad dałby się pokroić za Lazio, a kibice biancocelesti daliby się pobić za Lulica.

Wczesne lata

Lulić urodził się w Mostarze, a dorastał w Jablenicy. Jego rodzina zdecydowała się wyjechać z Bośni i Hercegowiny i przenieść do Szwajcarii z powodu panującej wojny. W 1998 roku dołączył do drużyny młodzieżowej Chur 97 i już 5 lat później w wieku 17 lat zadebiutował w drużynie seniorskiej. Senad już w tak młodym wieku wyróżniał się nieprawdopodobną wytrzymałością i techniką. Trenerzy ustawiali go na lewym skrzydle i lewej obronie, a Bośniakowi nie robiło to żadnej różnicy. Latem 2006 roku trafił do drużyny Bellinzony, gdzie występował przez dwa sezony, robiąc ogromny postęp piłkarski. W 2008 roku zrobił duży piłkarski krok, kiedy zatrudniła go drużyna z Zurychu – Grasshopper. Senad był w dalszym ciągu wyróżniającym się piłkarzem w szwajcarskiej lidze. W 41 spotkaniach dla Hoppers zdobył 6 bramek i już tam często niemiecki trener Thorsten Fink wystawiał go na lewym wahadle. Bardzo szybko wpadł w oko skautom z Lazio, którzy chcieli namówić Bośniaka na przenosiny do Italii, ale Lulić zdecydował się na transfer za 3.25 mln euro do klubu ze stolicy kraju – BSC Young Boys Brno. Z drużyną zajął 3 miejsce w Swiss Super League. Przygoda z Young Boys trwała tylko rok, bo już od sezonu 2011/12 Senad Lulić przeszedł do Lazio.

„Brałem udział w kilku turniejach po wojnie. Piłka nożna była zawsze obecna, nawet podczas konfliktów w Bośni. Nie graliśmy na trawie jak dzisiaj, ale na ulicy, na betonie. Piłka była zawsze na miejscu i fajnie było grać w spokoju i nie bać się. Był to również nieugięty czas w Szwajcarii. Za to, co mam dzisiaj, muszę podziękować temu krajowi. Cała piątka mojej rodziny spała w tym samym pokoju i miała nadzieję, że uda mi się tam zostać. Zawsze istniał lęk przed koniecznością wyjazdu kilka miesięcy później. Na szczęście w końcu udało nam się zostać i to stał się moim drugim domem”.

KARIERA REPREZENTACYJNA

Senad Lulić w wieku 22 lat zadebiutował w reprezentacji Bośni i Hercegowiny. Wcześniej szwajcarska federacja zachęcała, aby piłkarz grał dla nich, ale Senad był lojalny wobec Bośni, którą kochał i w której się wychował. Debiut przypadł na spotkanie towarzyskie z Azerbejdżanem, który Bośniacy wygrali 1:0 na własnym stadionie. W 56 minucie Lulić zmienił Jusufa Dajica i spełnił swoje dziecięce marzenia. Piłkarz regularnie otrzymywał powołania od selekcjonera reprezentacji narodowej. Do nieciekawego incydentu doszło 15 listopada 2011 roku w spotkaniu z Portugalią w ramach eliminacji do Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Miesiąc wcześniej w wielu państwach na świecie wybuchł protest odnośnie do nierówności gospodarczej i korupcji w rządzie. Reprezentanci Bośni przyłączyli się do protestujących, za co zostali zawieszeni przez federację. Kara długo nie trwałą, gdyż już na następne zgrupowanie ci sami zawodnicy otrzymali powołania. W dniu 7 czerwca 2013 roku Lulić zdobył swoją pierwszą bramkę w reprezentacji w spotkaniu z Łotwą rozgrywanych w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 2014. Senad znalazł się w kadrze, która wyruszyła do Brazylii na mundial. Lulić nie odegrał na turnieju ważnej roli, choć zaliczył jedną asystę do Vedada Ibisevica w przegranym spotkaniu fazy grupowej z Argentyną. W eliminacjach do Mistrzostw Europy został najlepszym asystentem do spółki z Arkadiuszem Milikiem i Vladimirem Weissem, zaliczając sześć kluczowych podań. 29 grudnia 2017 roku przekazał, że jego przygoda z reprezentacją dobiegła końca. W koszulce swojego kraju zagrał w 57 meczach i zdobył 4 bramki.

LAZIO

16 czerwca 2011 roku Senad podpisał kontrakt z klubem ze stolicy Italii. Kwoty transferu do dzisiaj nieujawniono (krążą plotki, że Lulić kosztował 5.5 mln euro). Już 18 sierpnia zadebiutował w oficjalnym spotkaniu w nowej drużynie przeciwko FK Rabotnicki w ramach eliminacji do ligi europy. Debiut ligowy przypadł kilka tygodni później, kiedy wszedł na plac gry w spotkaniu z Milanem. Po swoim pierwszym sezonie w ekipie biancocelstich zajął trzecie miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza Bośni i Hercegowiny za Edinem Dzeko i Miralem Pjanicem. Jeden z jego najpiękniejszych momentów w Rzymie przypadł dnia 23 maja 2013 roku. Lazio podejmowało w finale Coppa Italia swoich największych rywali – Romę. Mecz był bardzo wyrównany, ale w 71 minucie Senad Lulić strzelił decydującego gola w tym spotkaniu. Lazio po raz szósty w historii klubu sięgnęło po Puchar Włoch. Było to pierwsze trofeum Bośniaka w Italii.

„Niekończące się emocje. Finały są tak niezapomniane. Nie czułem zbytniej presji; tego dnia pomogli mi weterani z ekipy. Na szczęście mecz poszedł na naszą korzyść i tak się zakończył. Derby to zawsze cudowna i niezwykła rzecz, szczególnie tutaj, w Rzymie”.

28 listopada 2013 roku rozegrał setny mecz w koszulce Lazio. Rywalem w tamtym dniu biancocelestich była Legia Warszawa

Z OPASKĄ NA RAMIENIU

Przed sezonem 2017/18 ówczesny kapitan Lucas Biglia podpisał kontrakt z Milanem. Stefan Radu, który był kandydatem do zakładania opaski kapitańskiej, bez zastanowienia oddał tę rolę Bośniakowi. Simone Inzaghi krótko po tej wiadomości ogłosił na konferencji prasowej, że nowym kapitanem biancocelstich zostaje Senad Lulić. Już 13 sierpnia 2017 roku podniósł pierwsze trofeum jako kapitan. Lazio pokonało w Supercoppa Italia Juventus 3:2. Dnia 29 listopada 2018 roku dołączył do elitarnego grona zawoddników, którzy rozegrali najwięcej występów w koszulce Lazio. Kilka tygodni później rozegrał swój mecz nr 300 dla Rzymian. Senad dumnie dowodził drużyną, był liderem w szatni i na boisku. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Lazio pokonało w superpucharze rozgrywanym w Arabii Saudyjskiej Juventus. Było to jak do tej pory ostatnie trofeum biancocelstich. W tej chwili znajduje się na 5 miejscu w historii liczby rozegranych spotkań w koszulce aquile.

„Minęło już prawie dziesięć lat, odkąd przyjechałem do Rzymu. Dla mnie bardziej komfortowa była znajomość języka. Grałem w Bellinzonie, gdzie mówiono po włosku. Czuję się tu świetnie; każdego roku odnawia się moja miłość do tego zespołu. Wszyscy przypominają mi mój debiut w San Siro, jak wszedłem na boisko. Niewiele się ode mnie oczekiwano”.


POWAŻNA KONTUZJA

Lulić od wielu miesięcy zmagał się z kontuzją kostki. Bośniak bagatelizował ból w stopie i trenował na pełnych obrotach. W trakcie sezonu 2019/20 poddał się operacji. Sądził, że rekonwalescencja potrwa kilka tygodni, ale Senad czekał prawie rok, żeby znów założyć koszulkę Lazio i wyjść na boisko. Lekarze odradzali mu powrotu do gry, ale Lulić chciał chociaż raz reprezentować Lazio w Lidze Mistrzów. Był blisko zakończenia kariery, ale wytrwałość i ciężka praca sprawiła, że znów możemy oglądać piłkarza w akcji. Kontuzja sprawiła, że już nie jest i nie będzie tym samym piłkarzem co przedtem.

Nadal jest kapitanem Lazio i nadal wspiera swoich kolegów. Ten sezon będzie prawdopodobnie ostatnim w karierze Bośniaka. Lazio nie chce przedłużać kontraktu, a sam piłkarz już cicho mówi pas. Lulić będzie piłkarzem na długo pamiętanym przez kibiców biancocelestich. Prawdopodobnie w przyszłości będzie pracować w sztabie trenerskim Lazio, gdyż pokochał tę drużynę i chce być z niebieskimi Rzymianami jak najdłużej, nawet po zakończeniu kariery. Ciężką pracą dotarł bardzo daleko. Fani calcio nie zapomną o walczaku z żelaznymi płucami.

KACPER KARPOWICZ

Va banque Tommaso Giuliniego. Czy na Sardynii mogą wierzyć w lepsze jutro?

Sytuacja Cagliari z tygodnia na tydzień coraz bardziej się pogarsza. Trener, który miał zapobiec kryzysowi, prawdopodobnie jeszcze bardziej go pogłębił. Zamiast myśleć o górnej połowie tabeli, „Wyspiarze” wpłynęli w sam środek walki o utrzymanie. Właściciel klubu Tommaso Giulini mimo jednej z najgorszych serii w całej lidze, na zmianę szkoleniowca jednak się nie zdecydował. Ogromne zaufanie może się opłacić albo doprowadzić do najgorszego z możliwych scenariuszy.

NIEUDOLNE OPATRYWANIE RANY

Sezon 2019/2020 miał być przełomy, a przynajmniej tak wskazywały wyniki z początku rozgrywek. Potencjał w Rossoblu drzemie już od 2017 roku, kiedy to jako beniaminek zajęli solidne 11 miejsce. Kolejne lata były jednak wyłącznie walką o utrzymanie w Serie A, aż nagle przyszedł ubiegły sezon. Pod wodzą Rolando Marana po 14 kolejkach niespodziewanie okupowali 4 lokatę w tabeli. W końcu mogło się wydawać, że Cagliari w pełni wykorzystuje swoje możliwości. Miejsce dające grę w Lidze Mistrzów było jedynie chwilowym momentem Sardyńczyków i świadomość tego mieli wtedy nawet ich kibice, ale nieoczekiwanie zostali sprowadzeni na tę same tory, co w zeszłych kampaniach.

Po serii 12 spotkań bez wygranej zarząd stracił cierpliwość i pożegnał trenera, który jeszcze chwile wcześniej wydawał się tym odpowiednim. Na jego miejsce przyszedł Walter Zenga, który od kilku lat nie potrafił zagrzać na dłużej miejsca w żadnym klubie. W ostatnim czasie miał za sobą zwolnienie z Venezii, czy nawet emirackiego Al.-Shaab. Mimo to właściciele postanowili zaufać byłemu zawodnikowi Interu Mediolan, wierząc, że zdoła wskrzesić umiejętności widoczne na stracie rozgrywek. Jednak na koniec sezonu, zaledwie po 13 spotkaniach postanowili zrezygnować z 58-krotnego reprezentanta Włoch, mając na celowniku nowego kandydata.

Eusebio Di Francesco w trenerce znany głównie ze swojego stażu w Sassuolo i Romie, 3 sierpnia został ogłoszony nowym szkoleniowcem Rossoblu. Pobyt w Sampdorii, z której odszedł po 8 meczach, nie stawiał go w zbyt dobrym świetle, ale Giulini postanowił zaufać mu jak nikomu innemu wcześniej. Dał spore możliwości w kwestii wzmocnień, bo przyszły takie nazwiska jak Godin, Rog, Ounas czy na stałe Giovanni Simeone. W nowym trenerze widział postać, która ma przeprowadzić długofalowe wznoszenie drużyny na wyższy poziom. Najpierw jednak trzeba zażegnać kryzys pozostawiony po Maranie i Zendze, a były zawodnik Giallorossich specjalistą od gaszenia pożarów nie jest. Już po 6 kolejkach można było stwierdzić, że nie pójdzie tak gładko, jak Giuliniemu mogło się wydawać. 7 punktów nie wyglądało tragicznie, jednak gra drużyny mogła sprawiać zawroty głowy, ponieważ wraz ze zdobytymi 12 bramkami, stracili również aż 15. O zrównoważeniu nie było mowy, więc nowy szkoleniowiec musiał zmienić swoje założenia.

Do meczu z Juventusem w 8 serii gier Di Francesco zastosował aż 6 różnych wyjściowych formacji, co świadczyło o dość desperackim szukaniu odpowiedniego wariantu gry. Z czasem postanowił pozostać przy 4-2-3-1 i choć w pewnym stopniu ustabilizowało to liczbę bilansu bramkowego, tak o poprawie wyników nie było mowy.

POTENCJAŁ KADROWY

Obecnie okupowane miejsce przez Cagliari nie jest miarodajne do możliwości, jakie ma trener na Sardynii. Niejeden szkoleniowiec chciałby mieć taką drużynę, jaką obecnie posiada Di Francesco, a mimo to Eusebio nie potrafi wyciągnąć potencjału z aktualnej kadry. Zarząd daje mu dość dużo swobody na rynku transferowym, ale tam także niezbyt dobrze się porusza. Kilku zawodników już teraz zastałoby zatrudnionych przez większe kluby, jednak ich dyspozycja i potencjał kompletnie nie przekłada się na wyniki Rossoblu.

Zaczynając od Cragno, kończąc na Simeone mamy wielu piłkarzy z predyspozycjami do gry w większym klubie, w tym paru, za których Sardyńczycy w przyszłym czasie dostaną zapewne niemałe pieniądze. Począwszy od wyżej wspomnianego Alessio Cragno, 26-letniego podstawowego bramkarza, można mówić o jednym z lepszych golkiperów na półwyspie Apenińskim. Chociaż Cagliari ma już stracone aż 39 bramek, to gdyby nie Włoch bilans wyglądałby o wiele gorzej. Nieuniknione, że niezależnie od pozycji, jaką zajmą na koniec sezonu, bramkarz odejdzie do lepszej drużyny, ponieważ obecny klub robi się już za mały na jego umiejętności.

Przechodząc do linii defensywy warto zacząć od Sebastiana Walukiewicza. Polak rzecz jasna nie jest w na tyle dobrej dyspozycji, aby wpływać na formę zespołu, ale w porównaniu do innych młodych obrońców Serie A mowa tu o ogromnym talencie. Ostatnie tygodnie nie należały do najlepszych w wykonaniu byłego zawodnika Pogoni Szczecin, jednak nawet kiedy miał swój najlepszy okres w karierze (pierwsza część sezonu), to nie przekładało się to znacząco na wyniki zespołu. Diego Godin to być może największe nazwisko w całej drużynie, ale w tym przypadku niezbyt widać to na boisku. Już w Interze pokazał, że najlepsze lata ma za sobą, ale kiedy taka postać przychodzi do takiej drużyny, to oczekuje się, że mocno na nią wpłynie oraz że będzie mądrze wykorzystywany. Gabriele Zappa nie rozgrywa fenomenalnego sezonu, lecz potencjał jest w nim duży. Jak na swój wiek (21 lat) nieźle wpasował się do ligi po przejściu z Pescary i za jakiś czas być może zrobi skok w górę.

Linia pomocy jest prawdopodobnie najlepszą formacją w całej drużynie. Joao Pedro mając już na koncie 11 bramek i 2 asysty kolejny sezon jest najważniejszą postacią zespołu oraz jednym z ciekawszych piłkarzy ligi. Kroku do przodu już raczej nie zrobi, ale z dolnej części tabeli Serie A jest bez wątpienia jednym z 5 najlepszych zawodników z pola. Formę Nahitana Nandeza można określić mocno sinusoidalną, ale mowa tu o piłkarzu, który przeszedł za aż 18 milionów euro z Boca Juniors. Czasami miewa świetne występy i przy równej dyspozycji można mówić o naprawdę dobrym zawodniku. Gra Marko Roga jest lekkim rozczarowaniem, ale nieraz również potrafi wejść na poziom, którym zapracował sobie na występy w Napoli.

Giovanni Simeone parktycznie co sezon jest gwarancją 10 bramek. W Genoi, Fiorentinie, jak i w zeszłych rozgrywkach w Cagliari przekroczył tę granicę. Obecnie także jest na całkiem nie najgorszej drodze, ponieważ na półmetku kampanii ma 5 trafień. Nie robi to zbyt dużego wrażenia, ale jeśli doprowadzi się go do odpowiedniej dyspozycji, to będzie bardzo istotną częścią zespołu. Leonardo Pavoletti to już przeszłość, choć czasami także potrafi zagrać całkiem nie najgorszy mecz, Pozostaje jeszcze Riccardo Sottil, czyli kolejny młody zawodnik w drużynie (21 lat), który na swój sposób wyróżnia się na tle ligi.

Jakby tego mało, są jeszcze wzmocnienia z zimowego mercato, ale na ich ocenę wolałem się wstrzymać. Jednak kiedy przychodzi Radja Nainggolan oraz Daniele Rugani i Alfred Duncan, czy nawet dość wypalony Kwadwo Asamoah, to poprzeczka jest zawieszana wysoko, i oczekuje się, że odmienią formę drużyny. Bo jeśli kolejni klasowi zawodnicy pozytywnie nie wpłyną na dyspozycje zespołu, to jak powiedział kiedyś Sinisa Mihajlović na temat Milanu – „Potrzebny będzie egzorcysta”.

SPORE ZAUFANIE

Rolando Maran w zeszłym sezonie został zwolniony po serii 12 w lidze spotkań bez wygranej. Ile trwa obecna passa Rossoblu bez zdobycia 3 punktów? 15 meczów. Większość trenerów w znacznej części klubów po takim okresie zostałoby wyrzuconych bez wahania. Zarząd jednak postanowił okazać cierpliwość i dać mu duży kredyt zaufania. Jasno potwierdzili swoje wsparcie wobec menadżera 24 stycznia, ogłaszając przedłużenie kontraktu do 2023 roku. Spora część ludzi pracujących w klubie wierzy w jego możliwości i twierdzi, że trzeba po prostu dać mu więcej czasu. Pytanie tylko ile? Aktualnie Cagliari znajduje się na 18 pozycji w strefie spadkowej. Przyszłe tygodnie będą kluczowe w tej kwestii, ponieważ w następnych 4 kolejkach zmierzą się z kolejno; Torino, Crotone, Bologną i Sampdoria. Rywalami, z którymi są w stanie wywalczyć bardzo potrzebne w tej chwili punkty.

W obecnym sezonie głównym celem pozostaje już tylko i wyłącznie walka o utrzymanie oraz zbudowanie podstaw pod lepszy styl gry. Powoli można zacząć dostrzegać, że są robione ku tej drugiej kwestii kroki, ponieważ ostatnie spotkania z Sassuolo, Lazio oraz Atalantą były naprawdę obiecujące. Wiadomo, że za styl w piłce nożnej nikt punktów nie przyznaje, ale powoli można się spodziewać, że wyniki Rossoblu pozytywnie się zmienią. Najpierw trzeba jednak też sprawić, aby kluczowi piłkarze mieli duży wpływ na grę drużyny, a z tym na Sardynii bywa duży problem.

Giulini przedłużając kontrakt z Di Francesco, zagrał Va Banque. Albo się opłaci i wyniknie z tego ciekawszy projekt, albo co najgorsze – spadną do Serie B. Jest to najstraszniejszy z możliwych scenariuszy, ale obecny kryzys Cagliari trzeba brać na poważnie. Bo choć mają wielu świetnych piłkarzy, tak wizja zatonięcia należy do, jak najbardziej możliwych.

MATEUSZ PEREK

O kilku takich, którzy zawodzą w tym sezonie.

W każdym sezonie można znaleźć duże grono piłkarzy, którzy nie spełniają oczekiwań. Oto krótka lista zawodników LaLiga, którzy w tym sezonie nie grają na miarę potencjału. Oczywiście lista zawodników, którzy zawodzą, mogłaby być zdecydowanie dłuższa, ale postanowiłem się skupić na tych, o których się tak często się nie mówi, a oczekiwania wobec nich były zdecydowanie wyższe.

EDER MILITAO

Kiedy zawodnik trafia na Estadio Santiago Bernabeu za kwotę 50 milionów euro, wymaga się od niego przynajmniej gry na przyzwoitym poziomie. Brazylijczyk w zamyśle miał być trzecim środkowym obrońca w hierachii, który będzie naciskał na Rafaela Varane, a w perspektywie czasu może stworzyć z nim duet, jeżeli Sergio Ramos zdecyduje się na opuszczenie klubu. Plany planami, ale Militao przez ponad 18 miesięcy w ekipie Los Blancos nie wyróżnił się niczym szczególnym in plus.

Niestety problem tego zawodnika polega na tym, że często przytrafiają mu się drobne urazy, a kiedy już dostaje szanse od Zinedine’a Zidane, na ogół je marnuje, jak choćby w starciu z Levante, w którym otrzymał czerwoną kartkę już w dziewiątej minucie spotkania.

W poprzednim sezonie wiele mu wybaczana. W końcu trzeba było dać mu czas na aklimatyzację, jednak okres ochronny dobiegł końca, a szczególnej poprawy w grze 23-latka nie widać. Popełnia wiele błędów w ustawieniu, które na poziomie LaLiga nie jest w stanie nadrobić szybkością, która niewątpliwie jest jego atutem. Brazylijczyk jest wciąż dość młodym zawodnikiem, ale jeżeli w niedalekiej przyszłości nie poczyni znaczących postępów, ciężko mu będzie utrzymać się w Realu na dłużej.

CLEMENT LENGLET

Francuz w Barcelonie miewa wzloty i upadki, ale w ostatnich miesiącach tych drugich było zdecydowanie więcej. Mógłby być jednym z najlepszych obrońców, ale kompletnie nie potrafi wykorzystać swojego potencjału. Barcelona zwłaszcza w obecnej sytuacji potrzebuje obrońców, grających odpowiedzialnie. Ciężko liczyć na Umtitiego, który bardzo często zmaga się z urazami, nie ma Pique, a w obwodzie pozostają młodzi piłkarze, którzy potrzebują wsparcia od bardziej doświadczonego kolegi. Niestety Lenglet często ma ze skoordynowaniem swoich boiskowych poczynań, a co dopiero nadzorowaniem mniej doświadczonych kolegów.

Można wspomnień choćby błąd Francuza w meczu z Realem Madryt. Na 30 minut przed końcem podstawowego czasu gry Lenglet pociągnął za koszulkę Sergio Ramosa, przez co sędzia został zmuszony do podyktowania rzutu karnego, który kapitan królewskich wykorzystał z zimną krwią. Lenglet przechodzi trudny czas i musi jak najszybciej wziąć się w garść. Dołączył do Barcelony, by zdobywać trofea niedostępne dla Sevilli, ale do tego potrzebna jest jego stabilna forma.

MIRALEM PJANIĆ

Latem Barcelona wymieniła Arthura na Bośniaka, który miał wnieść do zespołu międzynarodowe doświadczenie i wspomóc proces przebudowy drużyny. Rzeczywistość okazała się brutalna dla Bośniaka. Kiedy już jest na boisku, zazwyczaj wybiera bezpieczne rozwiązania, które nie przyspieszają gry, a wręcz ją hamują. Ma to przełożenie również na jego statystyki. Jak dotąd nie zanotował choćby jednej asysty w LaLiga oraz rozgrywkach Ligi Mistrzów w obecnym sezonie. Nie zdobył również choćby jednej bramki.

Zdecydowanie lepiej od niego prezentuje się w teorii żółtodziób, czyli Pedri, który w przeciwieństwie do byłego piłkarza Juventusu potrafi wziąć grę na siebie. W ostatnim czasie Pjanic udzielił wywiadu w programie Telefoot, podczas którego stwierdził, że nie wie, dlaczego nie występuje regularnie, ale nadal ciężko pracuje. Cóż sama praca nie wystarczy. Riqui Puig w pewnym momencie znajdował się w kolejce do składu nawet za woźnymi, a dziś gra w miarę regularnie, więc pozostaje czekać, aż Bośniak otrzyma swoje kolejne minuty i wówczas będzie miał okazję przekonać do siebie Koemana.

VITOLO

Jeszcze nie tak dawno był ważnym zmiennikiem w zespole Diego Simeone, a w ostatnich miesiącach nie dostaje nawet ogonów. Vitolo po raz ostatni pojawił się na murawie w starciu Copa del Rey przeciwko Cornelli i jak większość zapewne pamięta Atletico odpadło w kompromitujących okolicznościach. W lidze ostatni raz zagrał w grudniu przeciwko Realowi Valladolid, co pokazuje jego pozycję w hierarchii.

Vitolo nie jest już najmłodszym graczem. W tym roku skończy 32 lata. Kiedyś imponował zwinnością i dryblingami, które przy jego warunkach fizycznych wyglądały widowiskowo. Śledziło się losy tego zawodnika z dużą przyjemnością. Co prawda nie zapowiadało się na to, że kiedykolwiek zostanie legendą Atletico, ale w wielu trudnych momentach potrafił dać drużynie oddech. Dziś pozostał cień z tego piłkarza i należy oczekiwać, że Vitolo latem poszuka nowego pracodawcy. W tym sezonie rozegrał tylko 6 spotkań w lidze (zaledwie 225 minut).

RENAN LODI

W gruncie rzeczy Lodi miał trudne wejście do zespołu w rozgrywkach 2019/20. Wielu piłkarzy z Ameryki Południowej przeżywa na początku europejskiej przygody trudne chwile, ale Lodi względnie szybko się odnalazł, pomimo niesprzyjających okoliczności. Atletico przeszło gruntowną przebudowę i potrzebny był czas, by poszczególne ogniwa zaczęły do siebie pasować. W pewnym momencie wydawało się, że Renan Lodi zdążył zbudować dość mocną pozycję w zespole, ale po lockdownie miał problem z powrotem na właściwe tory.

Ten sezon nie rozpoczął najlepiej. Po zmianie taktyki przestał się liczyć w walce o pierwszy skład. Simeone na wahadle woli korzystać zamiennie z Yanicka Carrasco lub Saula, co pokazuje, że Lodi jest dopiero trzeci w kolejce do miejsca w składzie. Ciężko dziś skreślać Brazylijczyka. Sezon jest długi i wiele się może wydarzyć. Swoje minuty na pewno otrzyma. Nie mniej jednak można było spodziewać się więcej po byłym piłkarzu Athletico Paranaense.

KANG-IN LEE

W Valencii od dawna ciężko doszukać się normalności, która sprzyjałaby rozwojowi zawodników. Jest pewna grupa piłkarzy, która miała pociągnąć grę zespołu w erze zachowawczej polityki transferowej Valencii. Do tego grona zaliczano Koreańczyka. Na razie nie daje tyle, ile mógłby dać zespołowi, ponieważ zatrzymał się na etapie piłki juniorskiej. Umiejętności nikt mu nie może odmówić, natomiast ciężko go nazwać piłkarzem uporządkowanym.

Kang-In bardzo wierzy w siebie, ale wiara we własne umiejętności przerodziła się z czasem w pychę i coś w rodzaju samouwielbienia. Tak jak wielu młodym zawodnikom często brakuje pewności siebie, tak Kang-In mógłby obdzielić nią minimum trzech piłkarzy. Na boisku już też nie błyszczy i od dłuższego czasu dochodzą z jego środowiska głosy, że chciałby opuścić ekipę Los Ches. Niewykluczone, że tak się stanie. Latem pozostanie już tylko rok do końca kontraktu utalentowanego gracza i potencjalni pracodawcy będą mieli stosunkowo duże pole do popisu w gestii negocjacji transferu.

DANI PAREJO

Dani Parejo dołączył do Villarreal w ramach projektu, który miał wznieść Villarreal na wyższy poziom. Oprócz niego dołączyło jeszcze kilku innych doświadczonych piłkarzy oraz doskonale znany trener Unai Emery. Zdaniem wielu drużyna w takich kształcie powinna podjąć próbę walki o pierwszą czwórkę, a najważniejszym piłkarzem ma być Parejo. Okazało się jednak, że były piłkarz Valencii nie odgrywa w tym zespole pierwszych skrzypiec, a wręcz momentami na nich rzępoli.

W większości spotkań Villarrealowi brakuje błysku, który miał zapewnić właśnie Parejo. Wiele osób zarzuca mu, że mało biega, natomiast ta teza jest nieprawdziwa. W wielu spotkaniach przebiegł ponad 12 km, ale niewiele z tego wynikało, ponieważ prędkość, z jaką się porusza, często nie przystoi piłce na najwyższym poziomie. Pod tym względem można go porównać do Sergio Busquetsa, któremu również nie można odmówić umiejętności strikte piłkarski, natomiast można się przyczepić do sposobu poruszania po murawie.

Villarreal jest zespołem najczęściej remisującym w lidze. W pewnym stopniu można doszukiwać się usprawiedliwień w liczbie urazów, które często uderzają w ekipę Unaia Emerego, ale po to wzięli Parejo, by w meczach, które są na styku, przesądził o losach spotkania nieszablonowym zagraniem. Tego niestety mu brakuje.

ENES UNAL

Swego czasu był nazywany jednym z największych tureckich talentów, co sprawiło, że Manchester City zdecydował się sprowadzić tego gracza na Etidah. W następnych latach trafiał na liczne wypożyczenia. Zdążył opuścić definitywnie szeregi The Citizens na rzecz Villarreal, z którego był ponownie wypożyczany (dwukrotnie wypożyczany), aż w końcu tego lata zasilił zespół Jose Bordalasa. Getafe zapłaciło za niego aż 9 milionów euro, przez co stał się trzecim najdroższym piłkarzem w historii Los Azulones. Na ten moment wydaje się, że pieniądze zostały zmarnowane.

Unal nie zdobył choćby jednej bramki w LaLiga i zawodzi jak zresztą całe Getafe. Wcześniej podśmiewywano się z Los Azulones, że mają najstarszy atak w całej lidze, ale trzeba szczerze powiedzieć, że wówczas ten zespół miał większą siłę ognia niż obecnie. Unal jest daleki od dorobków strzeleckich, które do niedawna gwarantował choćby Jorge Molina. Nie przepadam za skreślaniem piłkarzy, ale w przypadku Unala mam duże wątpliwości, czy kiedykolwiek wejdzie na najwyższy poziom. Raczej będzie się kręcił w widełkach od 6 do 12 bramek na sezon.

PAWEŁ OŻÓG

Do czterech razy sztuka – trudny związek Davide Ballardiniego z Genoą

Każdy z nas chciałby znać człowieka, który potrafiłby naprawiać nasze błędy. Poprawi złą ocenę w szkole, rozwiąże problem w pracy, doradzi. Dokładnie takim człowiekiem dla prezydenta Genoi – Enrico Preziosiego jest w ostatnich latach Davide Ballardini, który notorycznie, raz na kilka lat ratuje Genoę przed spadkiem z Serie A. Oto osobliwa historia najlepszego strażaka w świecie Calcio.

Davide Ballardini rozpoczął swoją karierę trenerską jak większość byłych piłkarzy, czyli od pracy z młodzieżą. Najpierw pracował w Bolonii, później chociażby w Milanie, czy Parmie. Jego wzorem był Arrigo Sacchi, z którym spotkał się, gdy grał w młodzieżówce Ceseny. Ten sam Sacchi kilkanaście lat później polecał go Silvio Berlusconiemu, który uporczywie szukał następcy Carlo Ancelottiego.

Wróćmy jednak do początków jego pracy trenerskiej. Po zebraniu doświadczenia z dużo młodszymi rocznikami, postanowił spróbować samodzielnej pracy z profesjonalnym zespołem. Padło na grające w Serie C Sambenedettese. Zrobił dobre pierwsze wrażenie, o mały włos nie awansował do wyższej dywizji. Zatrzymało go dopiero Napoli, z którym w przyszłości toczył boję w Serie A.

Na karuzeli trenerskiej jest już od ponad 16 lat. Ma za sobą pracę w Lazio, Palermo, Cagliari czy Bologni. Nic nie przebije jednak pracy, którą wykonał i wciąż wykonuje dla Genoi. Trzy razy ratował klub od spadku, po czym trzy razy mu podziękowano. W tym sezonie po raz kolejny schował dumę do kieszeni, aby ratować klub już po raz czwarty. Ten związek wygląda jak dramat w czterech aktach, ale ma w sobie coś romantycznego.

AKT I: LISTOPAD 2010 – CZERWIEC 2011

„Tak, zostałem zwolniony z Genoi, ale szczerze mówiąc kompletnie się tego nie spodziewałem. W każdym bądź razie, jest mi po prostu przykro, że doszło do tego w takich okolicznościach” – Gian Piero Gasperini

W listopadzie 2010 roku Ballardini trafił do Genoi po raz pierwszy. Zastąpił Gian Piero Gasperiniego, który został zwolniony po porażce 1:0 z Palermo. Co ciekawe, w spotkaniu tym wystąpił Ivan Jurić, czyli późniejszy trener Genoi oraz… Richmond Boakye, który niedawno został nowym piłkarzem Górnika Zabrze. W każdym bądź razie ich obecność na boisku nie pomogła Gasperiniemu w utrzymaniu posady. Gdy ogłoszono jego zwolnienie, Genoa zajmowała 14 miejsce w tabeli, co nie było zadowalającym wynikiem dla Enrico Preziosiego, który pompował w klub coraz więcej pieniędzy.

Ballardini zapewnił drużynie spokojny byt w środku stawki. Przez większość sezonu Genoa balansowała między 8, a 12 miejscem w tabeli. Ostatecznie zakończyła rozgrywki na 10 miejscu. Preziosi pożegnał się jednak z Ballardinim po zakończeniu sezonu. Życie nie znosi jednak pustki, Ballardini dość szybko znalazł pracę w Cagliari. Na Sardynii spędził niecały rok, po czym ponownie odebrał telefon od Enrico Preziosiego…

AKT II: STYCZEŃ – CZERWIEC 2013

W sezonie 2012/13 Genoa miała aż 3 szkoleniowców. Zaczęło się od Luigiego De Canio, który poprowadził Rossoblu w zaledwie 9 spotkaniach. 2 zwycięstwa, 3 remisy i 4 porażki. Średnia punktów na mecz – dokładnie jeden. Genoa znajdowała się w okolicach strefy spadkowej, a w takich sytuacjach Preziosi jest bezlitosny. De Canio wyleciał z hukiem, ale jego zwolnienie po czasie okazało się bardzo nieprzemyślaną decyzją.

W jego miejsce przybył Luigi Delneri, który szukał nowego pracodawcy od momentu rozstania z Juventusem. Miał zaprowadzić porządek, a tylko narobił bałaganu. Pod jego wodzą Genoa po raz pierwszy od kilku lat znalazła się w strefie spadkowej. Co gorsza, sytuacja ta powtarzała się co kilka kolejek. Gdy tylko wynurzyli głowę nad strefę spadkową, znowu zachłysnęli się wodą i tonęli. Koło ratunkowe rzucił im dopiero Ballardini. To był już jego trzeci epizod w tym klubie, zdecydowanie najtrudniejszy. Cel był jeden – utrzymanie za wszelką cenę. Misja została wykonana, Gryfony zajęły 17 miejsce w tabeli. Sezon się jednak skończył, a Ballardiniemu po raz kolejny podziękowano.

AKT III: LISTOPAD 2017 – PAŹDZIERNIK 2018

Gdy przychodził do klubu po raz trzeci, w tle powinna lecieć główny motyw z filmu „Dobry, zły i brzydki”. Do szatni wszedł bowiem z drzwiami, w ciemnych okularach z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy. Scena rodem z westernu, szczególnie, że w drużynie miał prawdziwego rewolwerowca.

Chodzi oczywiście o Krzysztofa Piątka, który w mgnieniu oka stał się rewelacją Serie A. Wraz z Christianem Kouame stworzyli jeden z najgroźniejszych duetów w Serie A, jednocześnie opierając się na bardzo prostych schematach. Kouame dostawał długą piłkę, starał się ją opanować i przytrzymać do momentu, gdy zobaczy na horyzoncie Krzysztofa Piątka. Gdy Polak dostawał piłkę w polu karnym, zazwyczaj zamieniał ją na bramkę. W ten sposób Genoa doszusowała do 11 miejsca w tabeli Serie A, tracąc tylko 4 punkty do podium. Sytuacja była więc nadzwyczaj stabilna, szczególnie, że Gryfony miały jeszcze do rozegrania zaległy mecz z Milanem. Jednym słowem, nie był to najlepszy moment na zwolnienie. Enrico Preziosi miał jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Ballardini znowu wyleciał z klubu, a w jego miejsce pojawił się Ivan Jurić. To był cios poniżej pasa, ale nie na tyle mocny, aby Ballardini zapomniał o Genoi.

AKT IV: HISTORIA TRWA

21 grudnia 2020 roku media podają informację o zwolnieniu Rolando Marana. Pod jego wodzą Genoa rozegrała 13 meczów w Serie A. Efekt? Zaledwie jedno zwycięstwo (w pierwszej kolejce z Crotone) i najgorsza od lat średnia 0,54 punktu na mecz. Wydawało się, że Gryfony już na dobre zadomowiły się w strefie spadkowej, ale wtedy pojawił się on, cały na biało.

W tak trudnej sytuacji zatrudniony mógł zostać tylko jeden szkoleniowiec – specjalista od spraw beznadziejnych, Davide Ballardini. Szybko zmienił ustawienie drużyny, stanowczo trzymając się gry trójką z tyłu. Z przeciętnego pomocnika – Ivana Radovanovicia zrobił solidnego defensora, a na dodatek odkurzył Mattię Destro, który rozgrywa zdecydowanie najlepszy sezon w karierze. W zaledwie 8 kolejek Genoa przeszła drogę z 19 do 12 miejsca tabeli. Na ten moment ma 10 punktów przewagi nad strefą spadkową, przy czym traci zaledwie 3 oczka do 10 miejsca w tabeli. Według statystyk jest 6 najlepiej punktującą drużyną Serie A w 2021 roku, razem z Juventusem ma również najszczelniejszą defensywę w lidze. Klasa.

Kariera Ballardiniego to niekończąca się przeplatanka pracy dla Cagliari, Palermo oraz Genoi. Nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej niż przez rok, żadnego zespołu nie prowadził przez 40 spotkań z rzędu. Raz doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, gdy właściciel Palermo – Maurizio Zamparini zwolnił go tylko po to, aby za cztery miesiące ponownie go zatrudnić. Pomimo tych wszystkich dziwnych historii i zwolnień, w większości przypadków się sprawdzał i gasił rozpalone przez poprzedników pożary. Ballardini jest więc jak dobry, polski robotnik. Podejmie się każdej roboty, zrobi ją w miarę solidnie, ale co najważniejsze – szybko i skutecznie.

MACIEK SZEŁĘGA

Od futsalu do piłkarskiej reprezentacji narodowej. Historia Wissama Ben Yeddera.

„Myślę, że kluczem jest mieć wiarę. Nigdy nie przestawaj wierzyć. Nawet gdy sprawy nie układają się dobrze, musisz wierzyć, że dasz radę”. Każdy z nas ma postanowienia, które stoją w szeregu przed wszystkimi innymi sprawami. Wiara, rodzina i uśmiech – w życiu Wissama od zawsze najbardziej liczą się tę trzy wartości.

SZCZĘŚLIWE DORASTANIE W TRUDNYM MIEJSCU

„Benye” – bo tak koledzy nazywali go w dzieciństwie – urodził się 12 sierpnia 1990 roku w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic aglomeracji Paryskiej. Sarcelles położone na granicach stolicy Francji w dawnych czasach było znane przede wszystkim z licznych rabunków, przewinień, czy nawet zabójstw. Znaczną część społeczeństwa regionu stanowili migranci z północnej Afryki, którzy byli głównym celem przestępstw. Rodzice Wissama pochodzili z Tunezji i nie raz byli atakowani przez rdzennych mieszkańców ze względu na swoją narodowość. Innym znanym dzisiaj piłkarzem, który również żył we wspomnianej dzielnicy był Riyad Mahrez. Algierczyk do dzisiaj pozostaje przyjacielem Francuza, chociaż co ciekawie nie połączyła ich pasja do piłki. Tytułowy bohater nie miał zbyt wiele swobody poza domem, ponieważ Pan i Pani Ben Yedder z obawy na bezpieczeństwo, rzadko pozwalali mu wyjść na podwórko.

Prześladowanie i ataki przemocy nie ustępowały, przez co rodzina została zmuszona do przeprowadzenia do pobliskiego miasteczka Garges-les-Gonesse. Regionu o teoretycznie bardziej spokojnego, niż Sarcelles. Sytuacja jednak znacząco się nie poprawiła, gdyż rasizm we wczesnych latach był bardzo powszechny, ale w nowym miejscu zamieszkania Benye miał możliwość podjęcia życiowego celu. Padło na piłkę nożną, ponieważ jak sam dzisiaj tłumaczy – „Z piłką przy nodze odrywam się od rzeczywistości” – a to z powodu dyskryminacji, która trafiała jego bliskich, było dla niego istotne. Jak u każdego dzieciaka w młodym wieku, w tym okresie narodziły się u Wissama ambicje pozostania profesjonalnym piłkarzem.

„Kiedy nie musieliśmy iść do szkoły, budził mnie o ósmej rano i kazał mi iść grać przeciwko niemu na boisku. Uwielbiał rywalizacje, a już szczególnie gry jeden na jeden”.

Daniel Mendy, przyjaciel z dzieciństwa Ben Yeddera, tak wspomina początki znajomości z aktualnym piłkarzem Monaco. Nie przeszkadzało mu, że najczęściej to on przegrywał w starciach z Benye. Robił to po prostu z koleżeństwa, ponieważ Wissam również wiele razy bez problemów mu pomagał. Dorastanie w trudnym otoczeniu nauczyło go wiele rzeczy. Zrozumiał, że trzeba wierzyć w sukces i nie pozostawiać swoich przyjaciół jak i rodziny w potrzebie, ponieważ sukces osiąga się wspólnie. Jako dziecko postanowił, że niezależnie od sytuacji będzie starać się być uśmiechniętym, aby pozytywnie wpływać na swoje otoczenie.

WYSZKOLONY NA PARKIECIE

Będąc w szkole elementarnej Ben Yedder uwielbiał grać w piłkę na zajęciach wychowania fizycznego. Starcia na małej powierzchni wymagające sprytu sprawiały mu ogromną przyjemność. W pewnym momencie podjął decyzje, że to właśnie w futsalu chce kontynuować swoją przygodę ze sportem. Z czasem postanowił przenieść swe umiejętności z osiedla oraz szkoły na poważną rywalizacje. Przy pomocy rodziców zdecydował zapisać się do lokalnej drużyny i mimo, że nie było zespołu z jego rocznika, to ze względu na atuty został bez problemu przyjęty. Po pewnym czasie przeciwnicy będący o zaledwie kilka lat starsi zaczęli się robić dla niego zbyt łatwi do konkurowania, a to spowodowało, że został przesunięty do pierwszego zespołu klubu.

Jak się później okazało – również i w starciach z dorosłymi osobami nie miał problemu, aby się wyróżniać. W profesjonalnych rozgrywkach futsalu pokazał się na tyle z dobrej strony, że zaczął być powoływany do reprezentacji narodowej do lat 21. Z miejsca stał się liderem młodzieżowego zespołu trójkolorowych, kilkakrotnie wychodząc nawet z opaską kapitańską. Jednak podobnie jak w klubie, na arenie międzynarodowej również znacząco się odznaczał od swoich nieco starszych kolegów. Poskutkowało to tym, że został powołany do seniorskiej reprezentacji narodowej na mecz z Chile. Mało brakowało, a zaprzepaściłby szanse na debiut. Na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu, z którego mieli odlatywać, okazało się, że Wissam nie posiada francuskiego paszportu, a jedynie tunezyjski. Federacja z zakłopotaniem skontaktowała się z miejscowym burmistrzem, dzięki czemu Benye dostał zezwolenie na lot samolotem. Przez całą swoją późniejszą futsalową karierę rozegrał jeszcze 5 spotkań w pierwszej reprezentacji Francji.

Dzisiaj bez problemu można dostrzec, że ma za sobą kilka lat spędzonych w halowej odmianie piłki nożnej. Charakteryzuje się przede wszystkim zwinnością, sprytem oraz wyjątkową techniką, czyli cechami, które rozwinął właśnie podczas gry w futsal. Warto też wspomnieć, że w trakcie jednego z treningów złapał kontuzję prawej stopy. Nie chcąc siedzieć bezczynnie i oglądać, jak inni grają, postanowił ćwiczyć lewą nogą, mając prawą w gipsie. Do momentu kiedy wodząca noga była już zdolna do grania, Wissam opanował wręcz do perfekcji tę lewą. Przełożyło się to na to, że obecnie wyśmienicie używa obie z nich. Czas spędzony na parkiecie spowodował, że dzisiaj Ben Yedder pod względem umiejętności jest niesamowicie wyjątkowym zawodnikiem.

„NOWY MARADONA”

Mistrzostwa Świata w 2006 roku sprawiły, że Benye zdecydował zmienić swoją dalszą ścieżkę życia. Widok reprezentacji Francji wchodzącej do finału Mundialu – co prawda przegranego przez trójkolorowych – uświadomił Wissamowi, że to murawa jest jego prawdziwym powołaniem. Rok po podjęciu życiowej decyzji postanowił przenieść się do miejscowości Saint-Denis na obrzeżach Paryża, gdzie rozpoczął swoją piłkarską karierę w lokalnym amatorskim klubie. Doświadczenie zdobyte podczas gry w futsal sprawiło, że swoimi wyjątkowymi umiejętnościami w dość szybkim tempie przebił się do seniorskiej drużyny. Mimo, że był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem, to podobnie jak na hali, zdecydowanie przewyższał na boisku starszych rywali.

Sezon 2008/2009 był absolutnie przełomowy w karierze Ben Yeddera. Plotki na temat wielkiego talentu zaczęły się rozchodzić po całej stolicy a spora część kibiców zespołu przychodziła na spotkania głównie w celu ujrzenia gry młodego Francuza. Jeszcze w trakcie wyżej wspomnianych rozgrywek, klub Alfortville , również z aglomeracji Paryskiej, postanowił zaklepać sobie zawodnika, który ostatecznie dołączył do nich po zakończeniu sezonu. Nowa drużyna występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym we Francji, więc była to znakomita szansa na pokazanie się szerszej publiczności. Jak się z czasem okazało, dwa lata które spędził w Saint-Denis były wyjątkowo długie patrząc na miarę talentu, oraz status byłego klubu. Bowiem zaledwie po niecałym roku spędzonym w Alfortville po Wissama zaczęły się zgłaszać kluby z absolutnego krajowego topu. W ciągu jednego sezonu zrobił takie wrażenie, że specjalnie z jego powodu na mecze przyjeżdżali skauci nawet zza granicy.

„Powiedziano mi o młodym piłkarzy, który według wielu był nazywamy fenomenem, więc chętnie przyszedłem zobaczyć jego grę. Wystarczyło 15 minut. Chwyciłem za telefon i zaoferowałem chłopaka Lille. To był nowy Maradona”.

Takimi słowami po kilku latach swoje pierwsze wrażenie po zobaczeniu Ben Yeddera opisał Michel Moulin dla stacji RMC Sport. Do transferu do Lille ostatecznie nie doszło, ponieważ liderem w wyścigu była drużyna z Tuluzy. Olivier Sardana, prezydent Toulouse osobiście skontaktował się z chłopakiem i skutecznie nakłonił go do transferu. Pierwsze kroki stawiał w drużynie rezerw, jednak zaledwie po 4 miesiącach od oficjalnych przenosin zadebiutował w Ligue 1. Wystarczyły cztery lata, żeby dzięki swojej determinacji i zaangażowaniu, zamienił hale na najwyższy stopień rozgrywkowy we Francji.

CORAZ BLIŻEJ SPEŁNIENIA MARZENIA

Toulouse do dzisiaj pozostaje klubem, w którym spędził najwięcej czasu. Od debiutu do ostatniego spotkania w fioletowych barwach minęło aż sześć lat. Zasłynął jednak z gry nie tylko dla drużyny, która wprowadziła go do poważnego świata futbolu. W pozostałych dwóch klubach – Sevilli i obecnie Monaco – także emanował bardzo dobrą dyspozycją. W Los Nervionenses mimo, że spędził dwa razy mniej czasu niż w Tuluzie, to zdobył niemalże identyczną ilość bramek i asyst (71 trafień w Toulouse, 70 w Sevilli i po 22 asysty w obu klubach). Podczas pobytu w Monaco również utrzymuje wysoki stosunek udziału przy bramkach, do liczby rozegranych spotkań. Na dzień pisania tego tekstu wystąpił 54 razy w drużynie byłego mistrza Francji, oraz zdobył 30 bramek i zaliczył 14 asyst. Od momentu przybycia do „Les Rouge et Blanc” jest prawdopodobnie najważniejszą postacią całego zespołu.

W skrócie rzecz ujmując – gdziekolwiek i kiedykolwiek grał, zawsze utrzymywał pewien poziom, z którego rzadko schodził. W trakcie 11 sezonów w profesjonalnej piłce w jego wykonaniu (licząc także obecny) rozegrał 366 spotkań, strzelił 171 bramek i zaliczył 58 asyst. Dzieląc przez liczbę kampanii wychodzi średnio 20 bezpośrednich udziałów przy bramkach na sezon. Całkiem niezły wynik jak na zawodnika, który ani razu w swojej karierze nie wzniósł trofeum.

Mając za sobą występy w Lidze Mistrzów, czy Lidze Europy, Wissam ciągle walczy o spełnienie swojego największego marzenia – wyjazd na wielki turniej z reprezentacją Francji. W 2016 podczas selekcji na Mistrzostwa Europy we Francji został pominięty na rzecz Giroud, Griezmanna, Martiala oraz Gignaca, a na Mundial 2018 Didier Deschamps powołał Mbappe, oraz ponownie Griezmanna z Olivierem Giroud. Obecnie jednak jest na dobrej drodze, aby zostać zabranym na przyszłe euro. W 23 rozegranych kolejkach ligowych zdobył 11 bramek, dzięki czemu jest drugim najlepszym francuskim strzelcem w aktualnym sezonie Ligue 1 (Mbappe 16 trafień). Dodatkowym argumentem, być może nawet głównym dla którego miałby zostać powołany jest fakt, że od czerwca 2019 roku ominął zaledwie jedno zgrupowanie z powodu zarażenia COVID-19. Na 15 możliwych meczów wyszedł na boisko w aż 11, więc jak widać, trener mu ufa.

Wydaje się więc, że ostatnim zadaniem jakie musi spełnić Ben Yedder, aby pojechać z reprezentacją Francji na Mistrzostwa Europy i tym samym spełnić swoje marzenie, jest utrzymanie równej dyspozycji do końca rozgrywek. A jak znamy z poprzednich lat – Wissam niemal zawsze jest gwarancją ponadprzeciętnej formy.

MATEUSZ PEREK

Przyjechał do Włoch jako kierowca, a dziś podbija Serie A


Znane są historie piłkarzy, którzy mieli trudne dzieciństwo, którym futbol uratował im życie, ale czy znacie historię Juniora Messiasa, który dopiero w wieku 23 lat otrzymał szansę gry w klubie? Jeśli nie to zapraszam do zapoznania się z piłkarską drogą Brazylijczyka, który przez przypadek został profesjonalnym zawodnikiem.

POCZĄTKI


Junior urodził się w Brazylijskim mieście Belo Horizonte. Dorastał w wiosce Sao Candido. Już jako dziecko traktował futbol jako priorytet i największe marzenie. Spełniło się jego pragnienie, trenował w młodzieżowych grupach Cruzeiro, ale trenerzy nie poznali się na jego talencie. Szybko marzenia zostały porzucone i przestał przyjeżdżać na treningi. Po ukończeniu szkoły miał problem ze znalezieniem pracy. Rękę do niego wyciągnął brat, który kilka lat wcześniej wyjechał do Włoch w pogoni za chlebem, aby w przyszłości otworzyć wymarzoną restaurację. Messias w wieku 20 lat przeniósł się na stałe do Włoch.

WYJAZD I PRACA


Życie na Półwyspie Apenińskim nie było kolorowe na dzień dobry. Wraz z bratem zamieszkał w Barriere di Milano, dzielnicy Turynu, która nie należała do najbezpieczniejszych. Przez cztery lata pracował jako kierowca busa z urządzeniami AGD. Pensja nie była wystarczająca, ledwo wiązał koniec z końcem. W wolnych chwilach grał w turniejach organizowanych przez UISP (włoski sport dla uchodźców) w Turynie. W 2015 roku został zauważony przez trenera Ezio Rossiego, który prowadził w tamtym czasie Casale i był wolontariuszem w jednej drużynie występującej w tych rozgrywkach. Junior przyjął zaproszenie na wspólne treningi i tak podpisał kontrakt z amatorską drużyną. Wystarczyło kilka miesięcy, żeby oczarować wszystkich. Messias wraz z drużyną awansował do Serie D. W 32 spotkaniach zdobył 21 bramek. Został królem strzelców amatorskich rozgrywek i najlepszym piłkarzem. Po zawodnika zgłosiła się drużyna Chieri Calcio, która występowała w Serie D i zaoferowała zawodowy kontrakt Brazylijczykowi. Piłkarz bez zastanowienia przyjął propozycję i porzucił pracę kierowcy za nędzną wypłatę.
„Nie zastanawiałem się długo. Pensja kierowcy nie wystarczała na utrzymanie”

PIERWSZE PIŁKARSKIE KROKI


Z nową drużyną w sezonie 2016/17 zdobył Puchar Serie D, a w lidze do ostatniej kolejki walczył o czołowe miejsce w Grupie A. Latem 2017 roku z Juniorem skontaktowała się drużyna Pro Vercelli, która była gotowa zaoferować kontrakt i grę w Serie B. Plany spełzły na niczym, klub nie mógł zgłosić Messiasa do rozgrywek, ponieważ nie posiadał paszportu wspólnotowego. Przez pół roku pozostawał bez klubu. Trenował przez ten okres z drużyną Gozzano, która zimą zgłosiła Brazylijczyka do rozgrywek Serie D. W sezonie 2017/18 pomógł klubowi uzyskać historyczny awans ligę wyżej. Junior był wyróżniającym się piłkarzem nawet w Serie C. Z drużyną utrzymał się na trzecim szczeblu ligowym w Italii. Dobre występy pozwoliły zwrócić na siebie uwagę lepszych zespołów. W styczniu 2019 roku podpisał kontrakt z Crotone, ale do końca sezonu ubierał koszulkę Gozzano.

CROTONE


W wieku 28 lat Messias zadebiutował w Serie B. Swoją pierwszą bramkę dla Crotone zdobył 29 grudnia 2019 roku przeciwko Trapani. W oczach kibiców pitagorcich zyskał, kiedy strzelił zwycięską bramkę w derbach przeciwko Cosenzie. Sezon 19/20 zakończył z 6 bramkami i 6 asystami, pomagając drużynie uzyskać awans do Serie A, kończąc sezon na 2 miejscu. 20 września 2020 roku zadebiutował w Serie A przeciwko Genoi. 25 października strzelił swoją bramkę w najwyższej klasie rozgrywkowej w Italii w przegranym spotkaniu z Cagliari 4:2. Grudzień był niesamowitym miesiącem dla piłkarza. Zapisał się w historii jako pierwszy piłkarz, który ustrzelił dublet w dwóch kolejnych spotkaniach na wyjeździe przeciwko Spezii (4:2) i u siebie Parmie (2:1). Crotone do ostatnich kolejek będzie drżało o awans, ich gra nie wygląda najlepiej, a pozycji w tabeli prezentuje się jeszcze gorzej. W razie Junior Messias będzie łakomym kąskiem drużyn ze środka tabeli.

STYL GRY


Brazylijczyk jest ofensywnym piłkarzem ze świetnie ułożoną lewą nogą. Uwielbia grać za plecami napastnika, a ostatnio coraz częściej Giovanni Stroppa ustawia go w linii pomocy. Junior obdarzony jest typowo brazylijskim dryblingiem, co czyni go, najczęściej dryblującym piłkarzem w Serie A. Messias należy też do jednych z najszybszych piłkarzy w całej lidze. Potrafi bez zastanowienia huknąć z dystansu i posłać świetną piłkę prostopadłą. Takich piłkarzy ogląda się z czystą przyjemnością.


Junior Messias jest bardzo pobożnym człowiekiem. Po każdej bramce podnosi ręce do nieba, aby podziękować Bogu. Droga, którą przeszedł, żeby wejść do elity, nie była usłana różami. Sam twierdzi, że to jest cud. Jeszcze nie tak dawno był kierowcą busa, który ledwo wiązał koniec z końcem, a dziś jest piłkarzem Serie A, który zyskał grono sympatyków swoim niekonwencjonalnym brazylijskim stylem gry.

KACPER KARPOWICZ

W Lechii sezon przejściowy w pełni.

Lechia Gdańsk w tym sezonie delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyca. Jeżeli ktoś spodziewał się postępów, to mógł się zawieść niczym pracownik oczekujący znacznej podwyżki, który zamiast niej otrzymał bakaliowe środy i owocowe czwartki. Należy zadać sobie pytanie, w którą stronę zmierza ten zespół, w czym tkwi problem i gdzie upatrywać szans.

PODSTAWOWA GARŚĆ STATYSTYK


Lechia zazwyczaj jako pierwsza traci bramkę. W 10 z 16 rozegranych spotkań traciła gola jako pierwsza, co pokazuje, że zespół Stokowca lubi sobie utrudniać zadanie. Jeżeli chodzi o dorobek bramkowy, Lechia strzeliła dokładnie tyle samo bramek co czwarty w tabeli Śląsk Wrocław. Lechia podobnie jak Pogoń większość bramek strzela po stałych fragmentach gry. W ten sposób Lechia zdobyła 13 spośród 21 bramek (najwyższy udział procentowy bramek po SFG w całej lidze).


TYLKO JEDEN ZESPÓŁ SPADA Z LIGI

Najprostszym wytłumaczeniem przeciętnej oraz słabej gry w większość spotkań jest fakt, że tylko jeden zespół po sezonie opuści ligę. Regulamin rozgrywek 20/21 sprzyja zespołom, które postanowiły urządzić sobie tzw. sezon przejściowy. Jeśli dany klub ma kadrę na miejsca powiedzmy 6-10, może sobie przebimbać sezon, a i tak prawdopodobnie nie skończy na ostatnim miejscu, o ile spręży się w spotkaniach ze słabeuszami. Zespół Stokowca działa jak bystry uczeń, któremu nie zależy na stypendium, ale wie, że musi zdać do następnej klasy i robi to bez zbędnego wysiłku. Lechia na ogół nie zachwyca, ale potrafi wypunktować drużyny, które dopiero co awansowały do Ekstraklasy:
– wygrali na wyjeździe z Wartą 0:1,
– wygrali u siebie ze Stalą Mielec 4:2,
– wygrali u siebie z Podbeskidziem 4:0,
– zremisowali w Grodzisku z Wartą Poznań 1:1.


Dziesięć punktów w czterech spotkaniach z beniaminkami, to połowa dorobku punktowego Lechii w tym sezonie. Pozostałe punkty zawodnicy Piotra Stokowca wywalczyli w spotkaniach z Cracovią, Wisłą Kraków, Zagłębiem oraz Śląskiem.

TYLKO UZUPEŁNIENIA

Transfery letnie:
Bartosz Kopacz z Zagłębia Lubin,
Kristers Tobers z Lipawy (sprowadzono na stałe),
Kenny Saief wyp. z Anderlechtu (a właściwie przedłużono jego wypożyczenie).


Transfery zimowe:
Mykola Musolitin z Valmiery,
Jan Biegański z GKS-u Tychy,
Joseph Ceesay z Helsingborgsa.

O ile na ocenę zimowych transferów jeszcze przyjdzie czas, o tyle letnie ruchy można już rzetelnie podsumować. Tobers i Saief już w poprzednim sezonie grali dla biało-zielonych, więc ciężko ich rozpatrywać w kontekście wzmocnień. Docenić należy transfer Bartosza Kopacza, który gra bardzo solidnie i tworzy dobry, jak na warunki Ekstraklasy duet stoperów.

Letnim pomysłem na uzupełnienie kadry było postawienie na młodych zawodników, którzy ostatnio przebywali na wypożyczeniach, czyli Mateusza Żukowskiego i Mateusza Sopoćko. Pierwszy zagrał tylko raz w podstawowym w składzie, ale na tle Wisły Płock prezentował się na tyle słabo, że otrzymał w przerwie wędkę od trenera Stokowca. Jak dotąd uzbierał 98 minut w 6 spotkaniach ligowych. Sopoćko już zdążył pożegnać się z Lechią. Uzbierał nieco więcej minut, ale również nie zachwycał. Raczej nikt nie spodziewał się, że Sopoćko podbije ekstraklasowe boiska, ponieważ w poprzednim sezonie będąc na wypożyczeniu w Podbeskidziu, nie był nawet podstawowym młodzieżowcem.

MARAZM, MARAZM I MARAZM

Lechia potrafi ciułać punkty, ale niestety na tym poprzestaje. Ciężko doszukać się w tym zespole większych pokładów kreatywności, bo nawet jak któryś z zawodników wybija się ponad przeciętność, to za moment reszta ściąga go w dół. Na pierwszy plan wysuwa się środek pola, który bez względu na personalia prezentuje się zazwyczaj przeciętnie bądź słabo. Od Kubickiego raczej nikt nigdy nie wymagał stania się nowym Tonim Krossem, ale jego rozwój w pewnym momencie stanął i Stokowiec, który pracował z nim jeszcze w czasach Zagłębia, nie sprawił, że były młodzieżowy reprezentant Polski podniósł swój poziom sportowy. Tomasz Makowski w zasadzie nie ma atutów poza byciem młodzieżowcem. Ostatnio przynajmniej podejmuje próby strzałów z dystansu, ale wciąż śrubuje statystykę spotkań bez strzelonej bramki na poziomie Ekstraklasy.

Maciej Gajos to już wyższy poziom ligowego dżemiku. Kiedy przechodził do Lechii, wielu kibiców Lecha żartowało, że duet Klimczak&Rutkowski podrzucił do Gdańska konia trojańskiego. Niewiele dziś zostało z piłkarza, który kilka lat temu nieźle się zapowiadał, a dziś nie jest w stanie wziąć na siebie gry cieniującej Lechii w większości spotkań Lechii. Egzon Kreyzu zagrał tylko dwa spotkania i niczym szczególnym się nie wyróżnił. Młody Kałuziński zdążył już wylecieć z boiska w meczu z Jagiellonią i – co gorsza – potem Lechia zaczęła grać nawet lepiej. Nadal musi ciężko pracować, ale daleki jestem od skreślenia 18-letniego zawodnika.

Z oceną Kennego Saiefa można mieć problem. Widać u tego zawodnika jakość czysto piłkarską, ale nie ma liczb. Trzynaście spotkań i aż biją po oczach zera po stronie bramek i asyst. Faktem jest, że w wielu spotkaniach koledzy z zespołu „okradali” go z asyst, ale już przyzwoite 2+3 wyglądałoby zdecydowanie lepiej. Wydaje się, że mógłby z powodzeniem grać na tzw. „kierownicy”, ale ostatnio trener Lechii postanowił wrócić do ustawienia z Saiefem na boku.

Na skrzydłach sytuacja też nie wygląda kolorowo. Conrado zdarzają się przebłyski, ale brakuje mu regularności. Brazylijczyk potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluję. Podejmuje ryzyko i to może podobać się kibicom Lechii. Haydary w ostatnich spotkaniach wygląda tragicznie. Wspomniany wcześniej Sopoćko oraz Mihalik zdążyli już pożegnać się z klubem. Swoją drogą samo sprowadzenie Mihalika było tematem dość kontrowersyjnym, ponieważ w Cracovii zaliczył mnóstwo żenujących spotkań i ktoś, kto postawił na niego, był człowiekiem wielkiej wiary. Kilka dni temu do Lechii dołączył Joseph Ceesay, który w 2020 spadł z ligi szwedzkiej. Bazuje przede wszystkim na szybkości i w dzisiejszym spotkaniu z Puszczą zdobył bramkę już w trzeciej minucie spotkania. Pod koniec pierwszej połowy miał jeszcze jedną doskonałą okazję, ale jej nie wykorzystał. W zimowym oknie dołączył również Ukrainiec Musolitin, ale wciąż czeka na debiut w spotkaniu ligowym.

GŁOWNE ATUTY

O ile można wytykać Lechii braki na wielu pozycjach, o tyle duet środkowych obrońców Kopacz – Nalepa prezentuje się bardzo solidnie i śmiało można powiedzieć, że należą do ligowej czołówki. Co ciekawe Michał Nalepa z trzema bramkami na koncie jest drugim strzelcem w zespole, co powinno uwierać graczy ofensywnych. Dziś nie miał najlepszego dnia – zdobył bramkę samobójczą i miał kilka niepewnych interwencji – ale zazwyczaj gra dobrze.

Promykiem nadziei na lepsze czasy dla Lechii jest Rafał Pietrzak. Zaliczył w tym sezonie już 6 asyst, co prawda aż trzy w meczu z Podbeskidziem, ale w Lechii brakuje piłkarzy, którzy potrafią regularnie asystować i trafiać do bramki. Jeżeli już mowa o asystach, to warto przedstawić również statystykę kluczowych podań:
– Pietrzak 33,
– Kubicki 15,
– Conrado 13,
– Saief 12,
– Paixao 11,
– Fila 10,

Haydary 10,
– Gajos 8,
– Makowski 5.


W Ekstraklasie tylko Bartosz Nowak uzbierał więcej kluczowych podań niż Rafał Pietrzak, co pokazuje potencjał, który drzemie w lewym obrońcy Lechii. Gdyby większa liczba piłkarzy Lechii potrafiłaby wziąć grę na siebie, to ich sytuacja wyglądałaby zdecydowanie lepiej. Grają tak, jak grają, ale czwarte miejsce jest nadal na wyciągnięcie ręki. Przez długi czas dość zachowawcza gra Lechii przynosiła dobre rezultaty. Niestety pragmatyzm przełożył się na znaczący regres, który nie oddaje tabela. Złośliwi mogą powiedzieć, że Lechia, kiedy strzela bramkę cofa się, ale kiedy traci, również się cofa. Nawet spotkanie z Puszczą to pokazało. Lechia szybko strzeliła bramkę na 1:0 i nie zdecydowała się pójść za ciosem, a końcówka meczu wyglądała, jak typowy pomysł Cracovii na spotkanie, czyli wrzutki bez ładu i składu.

Lechia jeszcze nie tak dawno grała w finale Pucharu Polski, a rok wcześniej wywalczyła Puchar i Superpuchar, a dziś stała się drużyną, której głównym celem jest gra na poziomie Ekstraklasy, ale nic więcej. Czy zwolnienie Stokowca mogłoby pomóc? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że od jakiegoś czasu Lechia działa na określonych zasadach, które nie każdemu trenerowi mogą odpowiadać, a trener Stokowiec, co by nie mówić, zna już ten klub od podszewki, zdobył zaufanie kibiców zasilając klubową gablotę i zapewne wie najlepiej jakie potencjalne trupy mogą po raz kolejny wyskoczyć z szafy.

PAWEŁ OŻÓG

Piękni trzydziestoletni – sekret ofensywy Levante

Od czasu zakończenia kariery przez Davida Villę, reprezentacja Hiszpanii ma spory problem z obsadzeniem pozycji numer 9. Na Euro 2016 pojechali tacy napastnicy jak Aritz Aduriz, czy Nolito. Smak mundialu w Rosji poznali natomiast Lucas Vazquez i Rodrigo Moreno. Do dyspozycji kolejnych selekcjonerów prawie zawsze byli Iago Aspas (jeżeli tylko był zdrowy), czy Gerard Moreno, ale nie są to typowe 9. Warto jeszcze wspomnieć o naturalizowanym Diego Coście, ale ten rozdział jest już raczej zamknięty.

Jeszcze za czasów Villi reprezentację Hiszpanii miał zbawić Bojan Krkić, a nieco później Munir El Haddadi, który najpierw nieco przygasł, a ostatnio zdecydował się nawet na grę dla reprezentacji Maroka. W międzyczasie 36 spotkań dla „La Roja” rozegrał Alvaro Morata, a na horyzoncie pokazał się Ferran Torres. Sytuacja w kadrze Luisa Enrique zaczęła się stabilizować, a do drużyny zaczęli pukać nowi, dość ciekawi zawodnicy. Ich główną wadą jest wiek, ale to przecież tylko liczba.

Roberto Soldado, Alvaro Negredo, Roger Marti i Jose Luis Morales – razem 133 lata i… aż 30 bramek w tym sezonie La Liga. Pierwszy z nich jest najlepszym strzelcem Granady, drugi najlepszym strzelcem oraz asystentem Cadiz, a pozostała dwójka stanowi drugi najlepszy duet ofensywny w lidze. Tylko Joao Felix i Luis Suarez mają lepsze liczby od napastników Levante. Razem przeszli drogę od gry w trzeciej lidze, przez spadek do Segunda Division, aż do wygranej z Realem Madryt, czy awansu do półfinału Copa del Rey. Oto jak formował się jeden z najciekawszych duetów napastników w europejskiej piłce.

JAK DWIE KROPLE WODY

Fabryka bramek – Roger & Morales, tak duet napastników Levante opisali dziennikarze „El Pais”. Nie bez powodu. Dowódca i rewolwerowiec (z kolei tak Martiego i Moralesa nazywają kibice Levante) zdobyli w tym sezonie aż 21 z 44 bramek „Żab” we wszystkich rozgrywkach. W swojej 112-letniej historii klub z Walencji nigdy nie widział bardziej zabójczego duetu.

Ich wspólna droga rozpoczęła się w 2011 roku. Obaj trafili wówczas do rezerw Levante – Marti ze szkółki Valencji, Morales z niewielkiego zespołu CF Fuenlabrada. Przez najbliższe dwa lata nie mogli się przebić do pierwszego zespołu, więc w sezonie 13/14 obaj zdecydowali się na wypożyczenie – Roger trafił do Realu Saragossy, a Morales do Eibaru.

W tym momencie ich drogi rozeszły się pierwszy i ostatni raz. Morales szybko znalazł miejsce w składzie Eibaru i odegrał ważną rolę w awansie zespołu do Primera Division, co dało mu przepustkę do pierwszego składu Levante. Wkrótce otrzymał nawet opaskę kapitańską. Droga drugiego ze snajperów była nieco bardziej skomplikowana. Marti był wypożyczany aż trzykrotnie, a do Levante wrócił dopiero w 2016 roku. Najważniejsze jednak, że w pierwszym zespole zastał przyjaciela sprzed lat. W ciągu pięciu następnych sezonów zostali najlepszymi strzelcami Levante w najwyższej klasie rozgrywkowej.

TRUST THE PROCESS

Pod koniec zeszłego roku kibice Levante nie mieli zbyt wielu powodów do uśmiechu. Ich ukochany klub bił rekordy pod względem jednobramkowych remisów (nazbierał ich aż 5 z rzędu), a nowy sezon rozpoczynał zdobywając zaledwie 3 punkty w 4 spotkaniach. Posada Paco Lopeza wisiała na włosku. Prezydent klubu – Quico Catalan postanowił mu jednak zaufać, co szybko okazało się strzałem w dziesiątkę.

W międzyczasie ten sam Quico Catalan popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu – Jose Luisem Moralesem. Poszło o przedłużenie kontraktu, który miał wygasać w czerwcu 2021 roku. Jak dobrze jednak wiemy, taki konflikt potrafi niesamowicie zmobilizować zawodnika. Robert Lewandowski podczas trwania sporu z Cezarym Kucharskim strzelał bramkę za bramką, co jakiś czas dokładając „doppelpacka”, a nawet hat-tricka. Co więcej, Leo Messi wyraźnie odżył właśnie podczas ostatniej afery kontraktowej, co potwierdzają jego bramki przeciwko Granadzie, czy Betisowi. Podobnie było w przypadku napastnika Levante. Od momentu rozpoczęcia sporu z prezydentem klubu aż do podpisania kontraktu, Morales strzelił 5 bramek i zanotował 3 asysty. Potem było już tylko lepiej.

Zdarza się, że zawodnicy po podpisaniu nowej umowy obniżają loty. W tym przypadku było wręcz przeciwnie. Za starcie z Granadą kapitan „Żab” otrzymał nagrodę „King of the match”. Zdobył dwie bramki, ale jego prawdziwą wartość można było zaobserwować dopiero, gdy opuścił boisko z powodu urazu. Gra Levante posypała się, a Granada zdołała wyrównać. Skończyło zakończyło się wynikiem 2:2 po bramce Roberto Soldado w doliczonym czasie gry.

NAJWAŻNIEJSZY GOL

„Do dzisiaj wspominam swoją pierwszą bramkę w La Liga, ale to bramka z Villarealem jest od teraz najważniejszą w mojej karierze” – Roger Marti

120 minuta spotkania, na Estadio Ciudad de Valencia panuje głucha cisza. Przebijają się tylko pojedyncze głosy trenerów obu drużyn, ustalających już powoli wykonawców rzutów karnych. Kilkanaście sekund później Roger Marti dostaje piłkę w środkowej strefie boiska. Napastnik opanował futbolówkę, po czym zagrał ją w kierunku lewego skrzydła. Czas na ostatnie dośrodkowanie w tym spotkaniu. Do piłki dobiega Jose Luis Morales, po czym zagrywa ją na skraj pola karnego. Tam już czeka Roger Marti, który prostym podbiciem kieruje ją do siatki. Już po chwili ginie w stosie uformowanym przez kolegów z boiska. W ten oto sposób Levante pokonuje Villarreal Unaia Emery’ego, gwarantując sobie miejsce w półfinale Pucharu Hiszpanii.

Była to już siódma sytuacja w tym sezonie, kiedy Morales zagrywał piłkę do Martiego, a ten zamieniał jego podanie na bramkę. Fabryka bramek Roger & Morales działa jak nigdy wcześniej, choć warto wspomnieć, że prawdziwym bohaterem tego spotkania był rezerwowy bramkarz Levante – Daniel Cardenas. 23-latek nie tylko zachował czyste konto, ale również obronił 11 strzałów piłkarzy Villarrealu.

Levante zagrało w półfinale Pucharu Króla tylko dwukrotnie – w 1935 i 1937 roku. Teraz po ponad 80 latach przerwy dostąpi tego zaszczytu po raz trzeci. Czy jeden z najlepszych duetów w lidze zaprowadzi swój zespół do finału Copa del Rey? Przekonamy się już w czwartek około godziny 21.00.

MACIEJ SZEŁĘGA

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑