W ostatni poniedziałek na portalu pojawiła się moja Najlepsza Jedenastka Ubiegłej Dekady. Wówczas brałem pod lupę piłkarzy z całego piłkarskiego świata. Dziś pora na zawodników z mojej ulubionej Premier League.
Czytaj dalej „JEDENASTKA DEKADY PREMIER LEAGUE”Co tam u Rusłana Babenko? Krótka rozmowa z zawodnikiem.
Nasz redakcyjny kolega Buckaroo Banzai przeprowadził, krótką rozmowę z byłym piłkarzem Rakowa Częstochowa Rusłanem Babenko, który we wrześniu 2020 podpisał kontrakt z Olimpikiem Donieck.
Babenko jest ważną postacią Olimpiku, który obecnie jest ósmą siłą ligi ukraińskiej. W poprzednim sezonie Babenko będąc w Rakowie grał dość regularnie, ale co do zasady jego występy nie porywały. Przeplatał gorsze spotkania lepszymi. Na Ukrainie ma renomę solidnego ligowca, więc po nieudanej przygodzie z Rakowem nie miał większych problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy.
Wczoraj rozegrał bardzo dobre spotkanie z Szachtarem. Jego drużyna przegrała 0:1, ale Babenko pozostawił po sobie dobre wrażenie. Często przerywał akcje rywali, a w ofensywie pełnił role łącznika, który starał się napędzać poczynania ofensywne swojej drużyny. To dobry prognostyk przed zbliżającymi się spotkaniami Olympiku.
Grałeś w Polsce i na Ukrainie. Znasz smak gry w obu tych krajach. Jak porównałbyś poziom Ekstraklasy do UPL?
Ciężkie pytanie. Cóż, jeszcze dwa lata temu, gdy UPL podupadała, poziom był mniej więcej taki sam. Teraz wydaje mi się, że jednak wyższy jest w UPL. Wydaje mi się, że obecnie przewyższa ona poziomem Ekstraklasę.
A jak opiszesz samą UPL?
Obecnie gra się bardzo zachowawczy futbol. Drużyny lubią się bronić. Jest też dużo ciężkiej, fizycznej pracy i walki. Całą drużyna biega i nikt nie odpuszcza ani na chwilę.
To twoje odczucia dotyczące tego, co dzieje się na murawie. A jak porównasz poziom organizacji lig?
Tu nie ma co porównywać. Ekstraklasa pod tym względem, to zupełnie inny poziom. Wszystko jest tam dopięte na ostatni guzik. Przyjemnie się gra w takich warunkach.
Chciałbyś wrócić do Polski?
Nie myślę o tym teraz. W Olimpiku jest mi bardzo dobrze, czuję się świetnie. Nie mam potrzeby, by wracać do Polski. Z drugiej strony kto wie, co się jeszcze wydarzy…
A co takiego jest w Olimpiku, że chciałbyś tu zostać?
Świetna drużyna. Super piłkarze, zespół prezentuje się bardzo dobrze, a teraz przyszedł jeszcze niesamowity trener. Jestem ciekawy tego, jak daleko uda się nam zajść. Mamy plany, by zając możliwie najwyższą lokatę na koniec sezonu. Dobrze się tu czuję, dużo gram, absolutnie nie mam prawa na nic narzekać. Tylko się cieszyć.
Przebudzenie Christiana Eriksena
Eriksen po fatalnym starcie w Interze Mediolan w końcu zaczyna wchodzić na swój odpowiedni poziom. Antonio Conte postanowił dać mu drugą szanse, co powoli się odpłaca, bo Duńczyk z meczu na mecz w coraz większym stopniu przypomina Christiana, jakiego znaliśmy z Anglii.
Christian Eriksen na półwysep Apeniński przychodził jako supergwiazda. Piłkarz, którym interesowały się absolutnie największe kluby świata jak Real Madryt, PSG, czy FC Barcelona. Wyścig wygrali Nerazzuri ze względu na to, że transfer dopięli w styczniu 2020 roku. Kontrakt duńskiego pomocnika z Tottenhamem wygasał pół roku później, przez co większość drużyn wolała poczekać do końca sezonu, aby ściągnąć Christiana za darmo. Włosi jednak nie zamierzali czekać, ponieważ Antonio Conte naciskał na transfer pomocnika. Wówczas Nicolo Barella nie był jeszcze na poziomie, na którym jest dzisiaj, a były szkoleniowiec reprezentacji Italii potrzebował ofensywnie usposobionego zawodnika drugiej linii. 27 milionów euro – tyle wynosi podawana kwota, za którą Inter sprowadził Eriksena w swoje szeregi. Liczba spora, jak na piłkarza, który za 6 miesięcy nie kosztowałby ani centa. Osoby odpowiedzialne za transfer twierdziły jednak, że zawodnik takiej klasy jak najbardziej jest warty owej ceny. Wartość reprezentanta Danii w chwili realizacji kontraktu wynosiła aż 90 milionów, co tylko świadczy o tym, jak wielkie nazwisko przyszło do stolicy Lombardii.
Wielkie nazwisko – wielkie oczekiwania. Nie inaczej było w kwestii Christiana, bo kibice już od momentu ogłoszenia transferu licytowali się, ile zdobędzie bramek i ile zaliczy asyst. W programach piłkarskich i na forach społecznościowych trwały liczne dyskusje na temat tego, jak bardzo zmieni się gra Nerazzurich i jak duży wpływ będzie miał na nią Eriksen. Wielu typowało go liderem środka pola, który wręcz od niechcenia będzie uruchamiał Lukaku i Martinez. Z niecierpliwością czekano na jego debiut, ponieważ nie często piłkarz takiego poziomu zmienia otoczenie. W końcu nadeszło spotkanie z Fiorentiną. Pierwszy mecz, tydzień, miesiąc i po supergwieździe Premier League ani śladu. Kibice twierdzili „spokojnie, jeszcze się rozkręci”, ale już po 5 spotkaniach można było wywnioskować, że coś jest nie tak. Niepewny, zagubiony na boisku, popełniający proste błędy. Nie był to piłkarz, za którego jeszcze rok temu Tottenham żądał ponad 100 milionów euro, a bardziej junior, który zalicza pierwsze w życiu występy przed wielotysięczną publicznością.
Zaledwie po niecałych dwóch miesiącach pobytu w Mediolanie nadeszła pandemia, a wraz z nią zawieszenie rozgrywek. Christian pewien okres lockdownu spędził w centrum szkoleniowym Nerazzurich, ponieważ nie miał jeszcze zakupionego domu w stolicy Lombardii. Czas ten wykorzystywał na trenowanie, intensywniejsze niż inni, bo miał do dyspozycji boiska. Efekty było widać już na samym początku wznowienia rozgrywek, ponieważ Duńczyk zaliczył serie kilku naprawdę udanych spotkań. Bramka z Napoli w Coppa Italia, gol i asysta z Brescią, czy też świetny mecz z Sampdorią w lidze. Wszystko zmierzało ku dobremu i można było odnieść wrażenie, że przerwa spowodowana wirusem zrobiła akurat mu dobrze. Było to jednak złudne, bo ostatnie mecze sezonu z włączeniem finałowej fazy Ligi Europy, były równie słabe, jak jego debiutanckie występy.
Mimo nieudanego i dość rozczarowującego pół roku o sprzedaży póki co na poważnie nie myślano, ponieważ jest to za krótki okres, aby podejmować takie decyzje. W sezonie 2020/21 w końcu miał pokazać swoją klasę, czego oczekiwał od niego przede wszystkim Conte. W trakcie zgrupowania reprezentacji narodowej poprzedzającego start nowej kampanii Christian pokazał się z naprawdę dobrej strony, rozgrywając solidne spotkania z Belgią oraz Anglią. Ponadto nieźle wyszły mu także mecze sparingowe Nerazzurich. Jednak w przeciwieństwie do tego, na co się zapowiadało – runda jesienna w wykonaniu Eriksena była jeszcze gorsza, niż wiosenna ubiegłego sezonu. 11 spotkań, 0 bramek i 0 asyst. W pewnym momencie został wręcz całkowicie odstawiony na bok, co mogło zwiastować, że styczeń okaże się kolejnymi przenosinami. Stracił miejsce w składzie, atmosfera wokół niego podobno nie była zbyt dobra, a fala krytyki sięgała sporych wysokość. Dla piłkarza, który chce grać, w takiej sytuacji przenosiny są zazwyczaj jedyną słuszną opcją.
Antonio Conte nieoczekiwanie okazał jednak sporo cierpliwości i po rozmowach z Duńczykiem stwierdził, że nigdzie się nie przenosi. Ciągle widział w nim piłkarza swojej drużyny, z którym jest w stanie sięgać po trofea. Po nowym roku można było zauważyć, że wsparcie od trenera podniosło go na duchu. Niezła zmiana w meczu z Sampdorią, dobre 120 minut z Fiorentiną w Pucharze Włoch i przede wszystkim – Milan. Można uznać, że derby Mediolanu w ćwierćfinale Coppa Italia były początkiem odrodzenia Eriksena w Interze. Duńczyk wszedł na boisko w 88 minucie, kiedy na tablicy widniał wynik 1:1. Sprawa była prosta – kto strzeli, wygrywa i awansuje, inaczej czeka nas dogrywa. Los chciał, że Nerazzuri otrzymali rzut wolny przed samym polem karnym Rossonerich. Choć w ostatnich miesiącach nie słynął z wykonywania tego stałego fragmentu gry, to wybór do roli wykonawcy padł właśnie na Eriksena. 7 minuta doliczonego czasu, strzał, 2:1. Lepszego momentu na pierwsze trafienie w obecnym sezonie po prostu nie mógł sobie wybrać.
Od tamtej chwili Christian odżył jako piłkarz. Nie chodzi tu już o samą rolę i wkład w drużynę, który obecnie ciągle wzrasta, ale boiskowe zachowanie, mentalność, zaangażowanie w drużynę. Od tej bramki jakby stał się częścią Interu. Zaczął przeżywać spotkania drużyny, a wyniki i dobro zespołu są dla niego istotne jak nigdy wcześniej. Pod kątem pewności siebie została też zdjęta blokada, co widać po swobodzie poruszania się na boisku, oraz częstszych pojedynkach. Poza boiskiem ma także być już coraz bardziej otwarty i pozytywny, co przekłada się na lepsze relacje z drużyną. Ciężko będzie mu aktualnie wyjść przed szereg w Interze, bo obok siebie ma fenomenalnego Nicolo Barelle, który wskoczył w zapowiadaną mu wcześniej rolę lidera środka pola, natomiast główne oklaski zbierają Romelu Lukaku z Lautaro Martinezem. Jednak bez wątpienia Conte powoli rośnie, a bardziej przebudza się kolejny wielki piłkarz, który będzie w stanie przesądzić o wyniku meczu.
Czasem potrzeba czasu, w tym przypadku aż rok. Prawdopodobnie jesteśmy właśnie świadkami odradzania się Eriksena z piłkarskich popiołów. Pytanie tylko, na jaką skalę.
MATEUSZ PEREK
31 lat to za mało, by opuszczać świat. Wspominamy Davide Astoriego w trzecią rocznicę śmierci.
4 marca 2018 cały piłkarski świat zamarł, kiedy Fiorentina podała informację, że ich kapitan Davide Astori nie żyje. Italia pogrążyła się w ogromnej rozpaczy. Kapitan Violi został znaleziony martwy przez kolegów z drużyny w hotelowym pokoju w dniu meczowym z Udinese. Odejście Astoriego była szokiem dla milionów fanów piłki nożnej. Davide zostawił narzeczoną Francescę i osierocił ich córkę, która w chwili jego śmierci miała dwa lata. W ceremonii pogrzebowej wzięło udział kilkanaście tysięcy osób. Do dziś kiedy myślimy o tym wydarzeniu, czujemy ogromny smutek.
POCZĄTEK KARIERY I PRZYGODA W CAGLIARI
Przygodę z piłką Davide rozpoczął na prowincji Bergamo w lokalnej drużynie Pontisola. Miał ogromny talent i wyróżniał się pracowitością. Już w wieku 14 lat sięgnął po niego Milan, gdzie spędził 5 lat, grając w drużynach młodzieżowych. Idolem Astoriego był Alessandro Nesta, którego podpatrywał na treningach. Nie przypadkowo występował przez większą część kariery z numerem 13. Po dwóch latach wypożyczeń z Milanu trafił do Cagliari. Sardyńczycy podczas pewnego spotkania w Serie C zwrócili uwagę na młodego chłopaka i kilka tygodni później Astori mógł zakładać koszulkę rossoblu. Po dołączeniu do nowego klubu powiedział: „Transfer do tutaj [Cagliari] traktuję jako poszukiwanie przygód, który podejmuję z wielką chęcią sprawdzenia siebie, nauki i rozwoju. Będę gotowy, kiedy trener będzie mnie potrzebował”. Astori zadebiutował w Serie A mając 21 lat, w spotkaniu ze Sieną 14 września 2008 roku. Rok później już regularnie występował w pierwszym składzie Cagliari. Udanie zastąpił Diego Lopeza, który odziewał koszulkę rossoblu przez 12 lat i rozegrał 343 spotkania. Pierwszego gola na poziomie Serie A strzelił 31 stycznia 2010 przeciwko Fiorentinie. Jeszcze wtedy nie wiedział, że będzie w przyszłości piłkarzem Violi. Astori prawdziwą rozpacz przeżył w spotkaniu z Milanem 3 kwietnia 2010 roku, kiedy strzelił samobója w doliczonym czasie gry i pozwolił swojej byłej drużynie cieszyć się ze zwycięstwa. Sezon 2010/11 był przełomowy w karierze Włocha. Został wybrany jednym z lepszych obrońców w lidze, a Cesare Prandelli dał szansę zadebiutować w reprezentacji Italii. Latem 2011 roku Cagliari w pełni wykupiła kartę Davida Astoriego od Milanu.
Łączna kwota transferu wyniosła 4.5 mln euro. Do nieprzyjemnej sytuacji doszło w spotkaniu z Napoli 23 października 2011 roku, kiedy po wejściu Ezequiela Lavezziego musiał pauzować 3 miesiące, ze względu na złamaną kość śródstopia. Nie był to udany sezon w wykonaniu Astoriego. Na sam koniec przegrał rywalizację z Angelo Ogbonną o wyjazd na Euro 2012 rozgrywane w Polsce i na Ukrainie. Na początku sezonu 2012/13 mówiło się, że Astori zmieni barwy klubowy i trafi do Spartaka Moskwa za bardzo wysoką cenę 15 mln euro. Kibice Cagliari byli zagotowani tę informacją, ale na sam koniec Davide nie trafił do rosyjskiej drużyny, a podpisał nowy kontrakt z drużyną isolanich.
W styczniu jednak był bardzo blisko przejścia do Southampton, ale transfer upadł na ostatnich krokach. Był to kolejny wspaniały sezon w wykonaniu Włocha. W indywidualnych statystykach obrońców był w czołówce, a występował w drużynie, która ledwo się utrzymała w Serie A. Kolejny sezon rozpoczął w złych nastrojach z klubem. Początek piłkarskiego roku rozpoczął na ławce rezerwowych za karę, ponieważ piłkarz negocjował warunki kontraktu z Napoli. Transfer nie doszedł do skutku, a chwilę potem Astori wrócił do podstawowego składu Cagliari. W sezonie 2013/14 Davide został kapitanem drużyny. Sam wiedział, że pora szukać nowego pracodawcy, ponieważ z ekipą rossoblu utknął w dole tabeli, a mierny poziom drużyny hamował rozwój piłkarza. I tak w następnym sezonie udał się na wypożyczenie do Romy.
SEZON W RZYMIE I TRANSFER DO FLORENCJI
W zespole giallorossi Davide spędził tylko sezon. Trafił na wypożyczenie. Rok pozwolił mu zdobyć doświadczenie i odbudować się po gorszym okresie w Cagliari. 17 września 2014 roku zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko CSKA Moskwa. Pierwszego spotkania w Champions League nie wspominał najlepiej, ponieważ doznał kontuzji kolana, która wykluczyła go z gry na miesiąc. Dla Romy zdobył jedną bramkę w spotkaniu ligowym z Atalantą. Strzałem głową pokonał Marco Sporitello, który później był jego kolegą we Fiorentinie, do której trafił w następnym sezonie, ponieważ Roma nie dogadała się z Cagliari odnośnie ceny za kartę Astoriego. Do gry o piłkarza włączyła się Fiorentina, która szybko przekonała Davide do podpisania kontraktu. Od pierwszego dnia we Florencji czuł się jak w domu. Kibice miło przywitali nowego obrońcę, a ten od dnia debiutu zaczął się spłacać. W pierwszym sezonie rozegrał 42 spotkania we fioletowej koszulce. Nowy selekcjoner reprezentacji Polski Paulo Sousa, wielokrotnie w wywiadach opowiadał, że Astori był wielkim profesjonalistą i jednym z lepszych piłkarzy, z którym współpracował jako trener. Davide był twardzielem, którego można porównać do Francesco Acerbiego. Nie zwracał uwagi na drobne urazy, a z gry głównie wykluczaly go zawieszenia za żółte kartki. W sezonie 2016/17 wyszedł w podstawowym składzie i zagrał od deski do deski w 40 spotkaniach. Nikt nie spodziewał się, że sezon 2017/18 będzie ostatnim w karierze piłkarza i jego życiu…
SMUTNY SEZON, KTÓREGO NIGDY NIE ZAPOMNĄ W ITALII
Na początku sezonu 2017/18 przejął opaskę kapitańską od Gonzalo Rodrigueza, który wrócił do swojego kraju kontynuować karierę. Fiorentina chciała wrócić do Europejskich Pucharów po słabszym ubiegłym sezonie. Wszystko szło po myśli do 4 marca. Dzień wcześniej drużyna Violi udała się do Udine na mecz z tamtejszym Udinese. Po zgrupowaniu i lekkim rozruchu wszyscy udali się na kolację, a później do hotelowych pokoi. Jak co każdy wyjazd Ricky Saponara spotkał się z Davide Astorim na wieczorną grę na playstation. Około godziny 23 Riccardo wrócił do swojego pokoju. Przed snem przypomniał sobie, że zostawił obuwie u Davide za ścianą. Postanowił nie budzić swojego przyjaciela, który w tamtym czasie był już nieprzytomny przez zatrzymanie akcji serca. Kiedy przed śniadaniem zapukał do drzwi Astoriego nikt mu nie otworzył. Był pewny, że poszedł na śniadanie. Cała drużyna przebywała na stołówce, ale brakowała na niej kapitana, który zawsze pierwszy się pojawiał. Wzięli zapasowy klucz z portierni i pobiegli na górę, zobaczyć co się dzieje. Kiedy otworzyli drzwi wszyscy zamarli. Davide już nie żył. Trener Diego Lopez i pomocnik Carlos Sanchez zemdleli, a Riccardo Saponara pogrążył się w rozpaczy. Krótko po tym wszystkie media pisały o śmierci kapitana Fiorentiny. Piłkarski świat zamarł, a reszta spotkań w Serie A zostały przełożone.
CIAO DAVIDE
Po powrocie ze spotkania z Udinese zaplanowane były rozmowy dotyczące nowego kontraktu. Astori był gotowy zakończyć karierę we Fiorentinie. Jako kapitan chciał święcić triumfy z klubem i całym miastem. Był przykładnym kapitanem. Każdy słuchał Davide, każdy liczył się z Davide i każdy przyjaźnił się z Davide. W barwach Violi rozegrał łącznie 91 oficjalnych spotkań i strzelił 3 bramki. Kibice z Florencji kochali Astoriego i kochają go do dziś. Numer 13, w którym występował został zastrzeżony, nie tylko przez Fiorentinę, a także Cagliari, gdzie stawiał pierwsze kroki w seniorskiej karierze i występował tam przez 8 lat. Po jego śmierci w Serie A i Serie B kolejka została przełożona. Przed każdym następnym spotkaniem we Włoszech i Europejskich rozgrywkach była minuta ciszy poświęcona pamięci Davide. Każda 25 kolejka sezonu w Italii jest zadedykowana włoskiemu piłkarzowi. W 13 minucie jest przerwana gra, a kibice i piłkarze nagradzają gromkimi brawami pamięć zmarłego Davide. Tego samego roku Astori został wprowadzony do Fiorentina Hall of Fame.
W kwietniu 2019 roku kontrakt piłkarza został przedłużony na całe życie. Zbiórkę przeprowadzili kibice Fiorentiny, którzy uzbieraną kwotę kontraktu przekazali dla małżonki i jego córki. Podczas towarzyskich spotkań reprezentacji Włoch z Argentyną i Italią pod koniec marca 2018 roku widniał napis „Davide semper co noi” (Davide zawsze z nami) na koszulkach squadra azzurra. Serie A pozwoliła wprowadzić inicjały i numer koszulki na opaskę kapitańską Violi. Do dnia dzisiejszego, kiedy German Pezzella nakłada odznaczenie, wpierw całuje opaskę. W maju 2019 roku podczas ceremonii Davide został wprowadzony do Italian Football Hall of Fame, gdzie znajdują się tylko wybitni.
„O KAPITANIE, NA ZAWSZE MÓJ KAPITANIE” – WZRUSZAJĄCY LIST RICCARDO SAPONARY
„O Kapitanie, mój Kapitanie. Dlaczego nie przyszedłeś zjeść śniadania z nami wszystkimi? Dlaczego nie odebrałeś butów przed pokojem Marco Sporitello i nie przyszedłeś napić się soku pomarańczowego? Teraz wszyscy mówią, że życie toczy się dalej, że musimy być skoncentrowani i musimy się podnieść. Ale jak to będzie wyglądać bez Ciebie? Kto każdego ranka przyjdzie do kawiarni, aby rozgrzać nas wszystkich swoim uśmiechem? Kto będzie karcił młodszych i kto będzie najbardziej odpowiedzialny? Kto stworzy krąg, byśmy mogli zagrać w „dwa dotknięcia”, grę, którą uwielbiałeś? Z kim będziemy rozmawiać na temat ostatniego odcinka MasterChef? Na temat florenckich restauracji, seriali i meczów… Na kim będę się wspierać podczas wyczerpującego lunchu? Na kim położę rękę? Wracaj, musisz zobaczyć w końcu LaLaLand i przeanalizować go scena po scenie, jak każdy film. Wracaj do Florencji, czekamy na Ciebie. Wyjdź z tego cholernego pokoju. W życiu poznajesz ludzi i wiesz, że nigdy się z nimi nie zaprzyjaźnisz. Jest też David, który po transferze przychodzi do Ciebie, rozkłada ręce i mówi: Witamy we Florencji, Ricky. O Kapitanie, na zawsze mój Kapitanie”.
Kiedy pisałem tekst o Astorim myślami wracałem do tego dnia. Jak co niedziela miałem zasiąść przed telewizorem i spędzić dzień z Serie A przed nosem. Nie mogłem uwierzyć wiadomościom, które czytałem. Jeszcze kilka tygodni wcześniej wymieniałem Astoriego w składzie, który powinien pojechać na zbliżający się mundial w Rosji (jak wszyscy wiemy, Włochy nie awansowały). Wrócił smutek, który towarzyszył mi 3 lata wcześniej. Minęło już sporo czasu, a myślę, że nie tylko ja pogrążam się w rozpaczy, kiedy przypominam sobie ten dzień. Astori był wspaniałym człowiekiem i doskonałym piłkarzem. Po zakończeniu kariery chciał zamieszkać w swoim ukochanym mieście Bergamo i rozpocząć nowy biznes, który był jego hobby. Interesował się architekturą. Jako sportowca i obrońcę możemy porównać go do architekta. Budował relacje z kolegami klubowymi oraz budował mur, z którym mieli problemy napastnicy w Serie A. Nigdy nie zapomnimy o Davide. Będzie w naszych sercach na zawsze!
KACPER KARPOWICZ
Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto
Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.
JEDEN Z DZIEWIĘCIU
Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.
Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.
Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…
Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.
PRZECIĄŻENIE SYSTEMU
Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.
„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.
Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.
OWOCOWA DESPERACJA
Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.
Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu, Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.
Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).
OSTATNI PUZZEL
Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.
Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.
Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.
Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.
MACIEK SZEŁĘGA
Najlepsza Jedenastka Ubiegłej Dekady
Wraz z ostatnim dniem grudnia, 2020 roku, zakończył się pewien etap. Okrągła dekada – za której początek uznajemy 1 stycznia 2011 roku – została zamknięta. Tego typu wydarzenie to zawsze świetna okazja do wszelakich podsumowań, w przeróżnych dziedzinach. Od kina czy literatury począwszy, na sporcie skończywszy. Nie inaczej jest z piłką nożną. Jako że sam lubuję się w tego typu zestawieniach, pokusiłem się o ułożenie Najlepszej Jedenastki Ubiegłej Dekady.
Wstęp
Zanim jednak przejdziemy do meritum, warto zwrócić uwagę na kryteria, według których oceniani byli poszczególni piłkarze. Na wstępnie trzeba wspomnieć, że tego typu zabawa (i jest to słowo w pełni oddające charakter całego przedsięwzięcia), zawsze będzie miała charakter subiektywny. Sportowej klasy nie sposób ująć w samych liczbach czy wykresach. Szczególnie jeśli pod lupę bierze się tak przewrotną dyscyplinę jak piłka nożna.
Niemniej, pewne kryteria są raczej bezdyskusyjne. Co więc musi zrobić piłkarz, by myśleć o tym, by znaleźć się w Jedenastce Dekady?
Na pewno może mu w tym pomóc pełna gablota. Oczywiście, poniższe zestawienie to nie konkurs pod tytułem – „kto więcej wygrał”, ale drużynowe sukcesy to na pewno coś, co jest istotnym elementem w ocenie zawodnika, który to przecież ma walczyć o miano najlepszego na swojej pozycji i to na przestrzeni 10 lat.
Oprócz tego – a może i przede wszystkim – stabilna forma. Wśród bohaterów dekady nie ma miejsca dla tzw. „jednosezonowców”. Jasne, trudno wymagać od któregokolwiek z zawodników, by prezentował się bez zarzutu przez pełne 10 lat (choć są tacy, którym chyba się to udało), ale co najmniej 5-6 na najwyższym poziomie to chyba rozsądne wymaganie.
Istotny jest też jego wpływ, zarówno na zespół, jak i na rozwój całej piłki. Na przestrzeni lat na piłkarskich boiskach pojawiają się zawodnicy, którzy nie tylko ciągną swoje drużyny, ale i potrafią całkowicie przedefiniować grę na swojej pozycji. Kiedyś byli to choćby Beckenbauer, Roberto Carlos czy Makelele. Później przyszedł czas na innych, którym poświęcimy czas w poniższym tekście.
Indywidualne rekordy i nagrody to rzecz jasna również coś, obok czego nie sposób przejść obojętnie. Możemy oczywiście kwestionować kolejne plebiscyty FIFA czy Złotej Piłki. Nie zmienia to faktu, że stoi za nimi prestiż, który sprawia, że tego typu laury wciąż działają na wyobraźnię i mają spore znaczenie.
No i weryfikacja na różnych poziomach. Oczywiście, cenimy zawodników, którzy są oddani jednemu klubowi i decydują się spędzić w nim całą karierę. Ale spróbowanie swoich sił w więcej niż jednej, silnej lidze, daje zdecydowanie szerszy obraz. Tak więc w kwestiach spornych, może to być czynnik przechylające szalę na jedną ze stron.
To chyba tyle. Powyższe kryteria to raczej odpowiedni zestaw pomocniczy, do tego, by z czystym sumieniem wyłonić tych najlepszych. Tak więc do dzieła!
Manuel Neuer (Bayern/Niemcy)
Bramkarz, o którym powiedziano już wszystko. Rewolucjonista, który spopularyzował odważne wyjścia z bramki, a także wzniósł na wyższy poziom grę nogami na pozycji, na której przed jego pojawieniem się nie była ona uważana za kluczową. Jego brawurowy, a przy tym skuteczny styl, to źródło inspiracji dla kolejnych pokoleń i coś, co zostawi po sobie na dziesiątki lat. Neuer to tak naprawdę zawodnik z pola, tyle że ustawiony między słupkami. Jego umiejętności są tak duże, że Guardiola swego czasu rozważał wystawienie go w linii pomocy. Pokłócił się nawet o to z zarządem Bayernu, który storpedował ten pomysł. Szefowie Katalończyka nie obawiali się jednak o piłkarskie predyspozycje Neuera, a o fakt, że tego typu rozwiązanie może zostać odebrane jako lekceważenie przeciwnika.
Nie można jednak zapominać, że Neuer to przede wszystkim bramkarz. I to jaki! Świetny refleks, doskonała gra zarówno na linii, jak i przedpolu, oraz cechy przywódcze. Prawdziwy bramkarski tytan, który o swoim stylu mówi:
„Jest odrobinę ryzykowny, ale oferuje też bezpieczeństwo i ochronę, którą muszę dawać swoim kolegom. Wolę przejęć piłkę, zanim zrobi to napastnik, dochodzący do sytuacji sam na sam. Jeśli nie pozwolę mu jej opanować, nie będzie miał szansy na strzelenie gola.”
Cóż, tego typu gra pomogła mu w sięgnięciu po:
Mistrzostwo Niemiec: 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020
Ligę Mistrzów: 2012/2013, 2019/2020
Mistrzostwo Świata: 2014
+ inne, mniejsze sukcesy
Tak więc ryzyko chyba w tym wypadku popłaca.
Marcelo (Real/Brazylia)
Tak, wiem! Przez ostatnie półtora roku Brazylijczyk jest cieniem samego siebie. Piłkarz zmagał się z nadwagą, wypadł ze składu „Królewskich”, a także nie został powołany na – ostatecznie wygrany przez Brazylię – turniej Copa America 2019, co jest sporą rysą na jego karierze.
Czymże jest jednak te kilkanaście miesięcy, w stosunku do tego co Marcelo osiągnął wcześniej? Kibice Realu nie mogli wyobrazić sobie lepszego następcy Roberto Carlosa. Ten boczny defensor, podobnie jak jego poprzednik, to ktoś, kto kojarzy nam się raczej z ofensywnymi wypadami, niż z grą obronną. Ale taka jest przecież dzisiejsza piłka.
Niesamowite rajdy i penetrujące dośrodkowania to wizytówka Marcelo, którego szybkość, technika i brawura przyczyniły się do osiągnięcia przez niego następujących sukcesów:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2011/2012, 2016/2017, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2013/2014, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018
+ inne, mniejsze sukcesy
Tak więc mówimy tu o jakichś 8 latach na najwyższym poziomie. Do pełni szczęścia brakuje tylko trofeum zdobytego z Canarinhos. Szkoda, bo gdyby nie rozprężenie po Mundialu w Rosji, cel ten byłby na wyciągnięcie ręki.
Tak czy inaczej, Marcelo to absolutny dominator na swej pozycji, który melduje się w jedenastce, mimo nie lada rywala w postaci Jordiego Alby.
Sergio Ramos (Real/Hiszpania)
Czas na kolejnego – i uprzedzając fakty – nieostatniego przedstawiciela Królewskich. Nic dziwnego, jeśli wraz ze swoim klubem aż czterokrotnie sięgasz po Ligę Mistrzów, to jesteś murowanym kandydatem do Jedenastki Dekady. Szczególnie jeśli – tak jak w przypadku Ramosa – dokładasz do tego mistrzostwa kraju, oraz sukcesy z reprezentacją. I tak kapitan Realu oraz La Furia Roja może pochwalić się następującymi trofeami, zdobytymi na przestrzeni ostatnich 10 lat:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2011/2012, 2016/2017, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2013/2014, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018
Mistrzostwo Europy: 2012
+ inne, mniejsze sukcesy
Jeśli do tego dołożyć fakt, że Hiszpan w każdym z tych osiągnięć miał absolutnie kluczowy udział, to można jasno stwierdzić, że mamy do czynienia z najlepszym środkowym obrońcą ostatniego dziesięciolecia. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę, że Ramos to defensor absolutnie wyjątkowy. Jego umiejętności bronienia dostępu do bramki to jedno, zachowanie w polu karnym rywala to już inna kwestia, i coś, co wyróżnia go spośród innych kolegów po fachu. Hiszpan zdobył w całej karierze blisko 130 goli, z czego lwia część przypada na ostatnią dekadę. Niebywały wynik.
Jerome Boateng (Manchester City, Bayern/Niemcy)
Jak to? Bohater memów w Jedenastce Dekady?
Oczywiście, nie ma nic dziwnego w tym, że możemy skojarzyć Boatenga z pamiętnym ośmieszeniem go przez Messiego. Wydarzenie to odbiło się takim echem, że trudno przejść obok niego obojętnie. Co się pośmialiśmy to nasze, teraz przejdźmy jednak do konkretów.
A tych na korzyść Niemca jest naprawdę sporo.
Jeśli zerkniemy na jego karierę nieco bardziej skrupulatnie, to może jawić nam się on jako jeden z najbardziej niedocenianych piłkarzy w ubiegłym dziesięcioleciu.
Otóż Boateng rozpoczął ostatnią dekadę prawdziwym wejściem z buta. Jego pierwszy ogromny sukces przypada już na połowę roku 2013, kiedy to wraz z Bayernem sięgnął po Ligę Mistrzów, wygrywając w międzyczasie wszystkie inne możliwe rozgrywki sezonu 2012/2013. Potem nastał jego świetny czas pod wodzą Guardioli, który to zrobił z Niemca jednego z najlepszych defensorów na świecie, niesamowicie rozwijając w nim umiejętność operowania piłką.
Piłkarski progres Niemca korelował z kolejnymi sukcesami. Z końcem roku 2020 jego gablota (biorąc pod uwagę dekadę) prezentowała się następująco:
Mistrzostwo Niemiec: 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2012/2013, 2019/2020
Mistrzostwo Świata: 2014
+ inne, mniejsze sukcesy
Mamy tu więc do czynienia z kimś, kto seryjnie sięgał po kolejne mistrzostwa kraju, zakończył dziesięciolecie drugim triumfem w Lidze Mistrzów, a w międzyczasie przywiózł złoty medal z Mundialu w Brazylii.
Taki dorobek w połączeniu z naprawdę dużymi umiejętnościami piłkarskimi Niemca, robi naprawdę duże wrażenie i sprawia, że trafia on do mojej Jedenastki Dekady. Wyprzedzając takich tuzów jak: Hummels, Godin, Varane czy Chiellini.
Dani Alves (Barcelona, Juventus, PSG, Sao Paulo/Brazylia)
Dani Alves to fanatyk trofeów. Pół mieszkania zajebane pucharami najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi medal…
No właśnie. Brazylijczyk to ktoś, kto wręcz taśmowo osiągał zespołowe sukcesy. Oczywiście, pomogła mu w tym gra w znakomitych klubach i silnej reprezentacji, ale nie zmienia to faktu, że jego dorobek z ostatnich dziesięciu lat robi kolosalne wrażenie.
Mistrzostwo Hiszpanii: 2010/2011, 2012/2013, 2014/2015, 2015/2016
Mistrzostwo Włoch: 2016/2017
Mistrzostwo Francji: 2017/2018, 2018/2019
Liga Mistrzów: 2010/2011, 2014/2015
Copa America: 2019
+ inne, mniejsze sukcesy
Alvesowi do pełnego szczęścia brakuje tylko triumfu w Mundialu, ale zwycięstwo w Copa America i tytuł MVP rozgrywek to i tak piękne dopełnienie reprezentacyjnej kariery. Ta klubowa była jeszcze bogatsza. Najlepsze w tym wszystkim jest to, że za każdym razem gdy Dani zmieniał otoczenie, zastanawialiśmy się, czy nie jest on przypadkiem po drugiej stronie rzeki. A on na przekór wszystkim wskakiwał do pierwszego składu i wciąż pomagał zespołowi w osiąganiu sukcesów.
Szybki, agresywny, świetnie wyszkolony technicznie, a także obdarzony wizją nietypową dla bocznych defensorów. Absolutny unikat i najbardziej utytułowany zawodnik w historii piłki (łącznie 40 trofeów).
Toni Kroos (Bayern, Real/Niemcy)
W minionej dekadzie nie mieliśmy piłkarza lepiej podającego piłkę. Niemiec w tym elemencie jest absolutnym mistrzem. Jego prostopadle piłki i crossy, połączone ze znakomitą wizją, składają się na obraz piłkarza absolutnie wyjątkowego. Futbol w wykonaniu Toniego Kroosa to piłka dla koneserów. Jego były trener, Stefan Reinertz mówił o nim:
„On ma naprawdę świetny przegląd pola. Mógłbyś zakryć jego oczy, a on wciąż byłby w stanie Ci powiedzieć, że Thomas Muller jest po jego prawej stronie, 50 metrów dalej, a po lewej zaś ma Oezila, oddalonego o 25 metrów.”
Nic dodać, nic ująć. Powyższe umiejętność pozwoliły Niemcowi na odnoszenie sukcesów zarówno w barwach Bayernu, Realu, jak i narodowej reprezentacji. Jego dorobek to:
Mistrzostwo Niemiec: 2012/13, 2013/14
Mistrzostwo Hiszpanii: 2016/17, 2019/20
Liga Mistrzów: 2012/13, 2015/16, 2016/17, 2017/18
Mistrzostwo Świata: 2014
+ inne, mniejsze sukcesy
Powyższe osiągnięcia i piłkarska klasa Kroosa, nie pozostawiają żadnych wątpliwości. Jedenastka Dekady nie ma racji bytu, jeśli nie znajdzie się w niej miejsca dla zawodnika Realu.
Luka Modric (Tottenham, Real/Chorwacja)
To samo tyczy się jego klubowego kolegi. Chorwat to ktoś, kto jako jedyny przełamał hegemonię Ronaldo i Messiego, jeśli chodzi o zwycięstwa w plebiscycie France Football. Zrobił to w dużej mierze dzięki fenomenalnemu występowi na Mistrzostwach Świata w Rosji (2018), z których to przywiózł srebro i tytuł MVP turnieju. Wcześniej wraz z Realem sięgnął po Ligę Mistrzów, co złożyło się na perfekcyjny rok w wykonaniu Modrica.
Wcześniejsze lata były jednak również owocne. Wystarczy spojrzeć na trofea:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2016/2017, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2013/2014, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018
+ inne, mniejsze sukcesy
Pomijając powyższe osiągnięcia, warto wspomnieć o stylu gry prezentowanym przez Chorwata. Bo Modric to najbardziej kompletny środkowy pomocnik, jakiego miałem okazję oglądać. Z wizją, świetnym podaniem, strzałem oraz umiejętnością dryblingu. Oprócz tego jest on zadziorny, szybki i inteligentnie poruszający się w strefie obronnej.
Bez problemu mogę wyobrazić sobie jedenastkę, której środek pola złożony jest z trzech Modriców. Ba! Jestem przekonany, że tak skompletowana formacja byłaby w stanie zdominować niemal każdego rywala. Czy znacie jakiegokolwiek piłkarza, o którym można powiedzieć to samo?
No właśnie.
Andres Iniesta (Barcelona, Vissel Kobe/Hiszpania)
Hiszpański pomocnik wchodził w ubiegłą dekadę jako już utytułowany zawodnik. Mistrz Europy z 2008, Mistrz Świata z 2010, a także dwukrotny triumfator Ligi Mistrzów i czterokrotny Mistrz Hiszpanii. Kolejne lata były kontynuacją pięknej kariery. Początkowo Iniesta był zawodnikiem opierającym się na szybkości, dynamice i świetnym dryblingu. Ostatnie dziesięciolecie to czas, w którym mogliśmy obserwować harmonijną przemianę Don Andersa, który wraz z utratą mobilności, przeradzał się w maestro środka pola. Tak więc, jeśli się starzeć, to tylko jak Iniesta.
Ta samoświadomość połączona z piłkarskim kunsztem, pozwoliła Hiszpanowi na utrzymywanie się na topie aż do 2018 roku, kiedy to w trakcie Mundialu w Rosji wciąż był jednym z najlepszych piłkarzy La Furia Roja. Co prawda wraz z kolegami nie podbił turnieju, ale jego wcześniejsze dokonania to piękny rozdział w historii piłki.
Sukcesy:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2010/2011, 2012/2013, 2014/2015, 2015/2016, 2017/2018
Liga Mistrzów: 2010/2011, 2014/2015
Mistrzostwo Europy: 2012
+ inne, mniejsze sukcesy
O wielkości Iniesty nie trzeba przekonywać nikogo. Prawdopodobnie najlepszy środkowy pomocnik ubiegłej dekady. A przecież konkurencja była szalona.
Cristiano Ronaldo i Leo Messi (Real, Juventus/Portugalia i Barcelona/Argentyna)
Pisanie, o którymkolwiek z nich wydaje się niepotrzebną robotą. Absolutni geniusze i zawodnicy, o których powiedziano już wszystko. Specjalnie ujmuję ich w jednym rozdziale, gdyż cała ostatnia dekada stała pod znakiem tych dwóch, napędzających się wzajemnie robotów. Kto wie, czy ostatnie 10 – ba! nawet 15 – lat, to nie okres, w którym to oglądaliśmy duet najlepszych piłkarzy w historii całej piłki. To była rywalizacja, na którą nie zasłużyliśmy i która będzie wspominana do końca świata i jeden dzień dłużej.
Ten pierwszy to 765 goli zdobytych w całej karierze i 267 asyst. Drugi to 728 goli i 337 asyst (wg. Transfermarkt)
Złote Piłki rozłożone w stosunku 5 do 6 w całej karierze, 4 do 4 w samej dekadzie.
A zespołowe trofea (dekada)?
Ronaldo:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2011/2012, 2016/2017
Mistrzostwo Włoch: 2018/2019, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2013/2014, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018
Mistrzostwo Europy: 2016
Messi:
Mistrzostwo Hiszpanii: 2010/2011, 2012/2013, 2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019
Liga Mistrzów: 2010/2011, 2014/2015
Tak więc lata 2011-2020 to rozdział poświęcony dwóm bohaterom, dla których reszta była tylko tłem. Tu więcej dodawać nie trzeba.
Luis Suarez (Ajax, Liverpool, Barcelona/Urugwaj)
Wybór między nim a Lewandowskim, to zadanie karkołomne.
Obaj są strzelcami wyborowymi. Zarówno jeden jak i drugi trzyma poziom od naprawdę wielu sezonów i żadnemu z nich, nie sposób odmówić piłkarskich walorów, które przekładają się na zespołowe trofea.
Na kogoś jednak paść musiało.
Na korzyść Urugwajczyka przemawia fakt, że jego klasa została zweryfikowana w dwóch, najsilniejszych ligach w Europie, oraz to, że potrafił pociągnąć swą reprezentację do naprawdę dużych rzeczy (triumf w Copa America 2011 i MVP turnieju, półfinał MŚ). Z drugiej strony tylko wyżej wspomniany Modric i Lewandowski właśnie, byli w stanie odebrać tytuł piłkarza roku, któremuś z dwójki Messi/Ronaldo.
W obu przypadkach mamy argumenty za i przeciw. Zdecydowałem się więc na tego, który w moim odczuciu jest po prostu lepszym piłkarzem.
Bo Suarez z ostatniego (a także nieco zapomnianego przedostatniego) sezonu w Liverpoolu, to zawodnik zachwycający. Drybling, szybkość, zdecydowanie, zabójcza skuteczność i ta typowa dla niego piłkarska bezczelność. Po prostu bestia. Rozgrywki Premier League 13/14 w wykonaniu „El Pistolero”, to jeden z najlepszych indywidualnych sezonów w dziejach tej ligi.
Później przyszedł czas na Barcelonę, gdzie szło mu równie dobrze, a być może i lepiej. Dowodem na to niech będzie 195 goli i 113 asyst nabitych w zaledwie 283 meczach dla Blaugrany.
Jego gra przełożyła się na następujące sukcesy:
Mistrzostwo Holandii: 2010/2011
Mistrzostwo Hiszpanii: 2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019
Liga Mistrzów: 2014/2015
Copa America: 2011
+ inne, mniejsze sukcesy
Tak więc sorry Robert, jesteś wielki, ale to samo można powiedzieć o twoim konkurencie.
Trener: Guardiola? Zidane? Czy Klopp?
Pytanie chyba równie trudne, jak te dotyczące środkowego napastnika.
Wszyscy trzej odcisnęli piętno na poprzedniej dekadzie. Pierwszy z powodu piłkarskiej filozofii, która przesiąkała miejsca i ligi, w których pracował. Drugi poprzez absolutnie historyczny wyczyn, jakim było zdobycie trzech trofeów Ligi Mistrzów z rzędu. Trzeci za umiejętność wyciągnięcia kolejnych klubów z marazmu i wprowadzenie ich na najwyższy możliwy poziom. Co miało potwierdzenie w sukcesach.
To oczywiście uproszczenie. Każdy z powyższych ma przecież cały wachlarz zalet, którym zachwycał piłkarski świat. Kto był najlepszy?
Mój wybór pada na Kloppa. Metamorfozy, jakie przeprowadzał kolejno w Borussii, a później w Liverpoolu, to coś co pozwala uplasować mu się na miejscu numer jeden.
Szczególnie że w obu przypadkach pracował przy ograniczonych zasobach finansowych, świetnie rozwijając piłkarzy, których miał w zanadrzu.
Ma to potwierdzenie w liczbach. Jeśli wziąć pod uwagę wszystkie kwoty z transferów przychodzących i wychodzących z klubu, podczas całej jego dotychczasowej kariery na Anfield, mamy do czynienia za stratą zaledwie 20 mln euro na sezon. Dla przykładu oba kluby z Manchesteru wydały w tym czasie po ok. 100 milionów na sezon.
Powyższe ograniczenie nie przeszkodziły Kloppowi w wyciągnięciu Liverpoolu z absolutnej przeciętności i wygraniu z klubem Ligi Mistrzów, Mistrzostwa Anglii oraz zaliczeniu w międzyczasie finałów wyżej wspomnianej Champions League i Ligi Europy.
W Borussii było niewiele gorzej: dwa Mistrzostwa Niemiec oraz zacięty finał Ligi Mistrzów z Bayernem z 2013 roku.
A to wszystko przy wyrazistym stylu gry zwanym „gegenpressing”, wielkim sercu i pasji, która wylewała się ze szkoleniowca na kolejnych konferencjach.
I może inni wygrali więcej, ale to Jurgen jest numerem jeden.
Ławka rezerwowych
Gianluigi Buffon (Juventus, PSG/Włochy)
Ta dekada bez wątpienia należała do Neuera. Zostawił on w pokonanym polu między innymi takich bramkarzy jak Courtois, De Gea, Navas, czy właśnie Buffon. Ten ostatni był jego największym konkurentem. Pewne miejsce w bramce Juve i reprezentacji Włoch przez niemal całą dekadę, liczne mistrzostwa kraju, srebro na Euro 2012. Do pełni szczęścia zabrakło tylko triumfu w Lidze Mistrzów, pomimo dwóch finałów. Niemniej, to było wspaniałe 10 lat w wykonaniu Włocha.
Mistrzostwo Włoch: 2011/2012, 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2019/2020
Mistrzostwo Francji: 2018/2019
+ inne, mniejsze sukcesy
Giorgio Chiellini (Juventus/Włochy)
Obrońca w starym stylu. Może nie tak elegancki w rozegraniu jak Hummels czy Bonucci, ale za to taki, który potrafi obrzydzić grę każdemu napastnikowi. Centralna postać defensywy Juventusu i Reprezentacji Włoch. 9 tytułów Mistrza Italii, to dorobek obok, którego nie sposób przejść obojętnie, a i srebro z Mistrzostw Europy, oraz udział w finale Ligi Mistrzów robią wrażenie.
Mistrzostwo Włoch: 2011/2012, 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020
+ inne, mniejsze sukcesy
Philipp Lahm (Bayern/Niemcy)
Top 3 prawych obrońców, jakich miałem okazję oglądać. Jego problemem jest jednak to, że przegrał z tym najlepszym. Filar Bayernu i Reprezentacji Niemiec. Piłkarz, który świetnie spisywał się również z lewej strony defensywy, a także w środku polu. Guardiola twierdził, że to jeden z najinteligentniejszych piłkarzy, z jakimi miał okazję pracować. To mówi wiele.
Mistrzostwo Niemiec: 2012/2013, 2013/2014, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019
Liga Mistrzów: 2012/2013
Mistrzostwo Świata: 2014
+ inne, mniejsze sukcesy
Sergio Busquets (Barcelona/Hiszpania)
Największy rewolucjonista dekady obok Neuera. Piłkarz, który pokazał światu, że defensywny pomocnik to również ten, który może doskonale rozgrywać. Gra na jego pozycji dzieli się na ery, przed i po Busquetsie. Szkopuł w tym, że „brzydko się zestarzał” i od dłuższego czasu nie jest sobą. Poza tym konkurencja w środku pola okazała się kosmiczna.
Mistrzostwo Hiszpanii: 2010/2011, 2012/2013, 2014/2015, 2015/2016, 2017/2018, 2018/2019
Liga Mistrzów: 2010/2011, 2014/2015
Mistrzostwo Europy: 2012
+ inne, mniejsze sukcesy
David Silva (Manchester City/Hiszpania)
Prawdopodobnie najlepszy piłkarz w całej historii Manchesteru City i najlepszy Hiszpan, który kiedykolwiek pojawił się na angielskich boiskach. Błyskotliwy, mobilny i niesamowicie inteligentny. Żywe srebro, absolutny geniusz z gablotą pełną trofeów.
Mistrzostwo Anglii: 2011/2012, 2013/2014, 2017/2018, 2018/2019
Mistrzostwo Europy: 2012
Neymar (Santos, Barcelona, PSG/Brazylia)
Można go kochać, można nienawidzić, ale to jeden z ostatnich piłkarzy, którzy wychodzą na boisko, bo to by czarować. I bynajmniej nie jest to bezużyteczne machanie różdżką. Wraz z efektowną grą przychodzi wkład w sukcesy. Trio tworzone przez Neymara, Suareza i Messiego to być może najlepszy ofensywny tercet w historii piłki. Może i mógł wycisnąć z kariery jeszcze więcej, ale i tak należy mu się uznanie.
Copa Libertadores: 2010/2011
Mistrzostwo Hiszpanii: 2014/2015, 2015/2016
Mistrzostwo Francji: 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2014/2015
+ inne, mniejsze sukcesy
Robert Lewandowski (Borussia, Bayern/Polska)
Było o nim trochę w rozdziale poświęconym Suarezowi. Maszyna do strzelania goli, która na dobre odpaliła w 2011 roku, i do dziś nie chce przestać. Niszczyciel coraz bardziej absurdalnych rekordów strzeleckich, etatowy Król Strzelców wszelakich rozgrywek, piłkarz roku FIFA 2020. Bez wątpienia najlepszy Polak w historii piłki.
Mistrz Niemiec: 2010/2011, 2011/2012, 2014/2015, 2015/2016, 2016/2017, 2017/2018, 2018/2019, 2019/2020
Liga Mistrzów: 2019/2020
+ inne, mniejsze sukcesy
Niech więc polski akcent będzie dobrym zakończeniem podsumowania ubiegłej dekady. Przed nami kolejna. Już dziś możemy zadawać sobie pytania, czy przyniesie nam ona rywalizację na miarę Messi vs Ronaldo, czy ktoś przebije wyczyn Realu, i jakie rewolucje nas w niej czekają.
Czas pokaże. Nam pozostaje czekać, obserwować i nadal ekscytować się piłką na najwyższym poziomie. Oby w końcu przy pełnych stadionach.

Michał Bakanowicz
Lekcja Historii #6: Jak Jägermeister stał się protoplastą Red Bulla?
Gdy ortodoksyjni fani niemieckich klubów słyszą o sponsorze, który chce wejść do ich klubu i zmienić herb na taki z widniejącym w nim zwierzątkiem, to zapewne czują trwogę i dostają gęsiej skórki. Szczególnie jeśli zwierzaki mają być dwa i są to czerwone byki, zderzające się głowami. Jednak tradycja zmieniania herbów pod wpływem sponsora na rogatą zwierzynę, rozpoczęła się u naszych zachodnich sąsiadów znacznie wcześniej niż w momencie, gdy Dietrich Mateschitz i jego energetyczne korpo, z gracją tarana weszli do zespołu z Lipska. Zresztą posłuchajcie…
Czytaj dalej „Lekcja Historii #6: Jak Jägermeister stał się protoplastą Red Bulla?”Rosnące ambicje w Szczecinie. Czy Portowców stać na walkę o najwyższe cele?
Drużyna z Pomorza Zachodniego kolejny sezon z rzędu robi znaczący progres w każdym aspekcie piłkarskim. Podobnie jak w zeszłym roku, na półmetku rozgrywek są w gronie faworytów do gry w europejskich pucharach, a nawet w kontekście mistrzostwa. Wnioski z wiosny 2020 zostały jednak wyciągnięte i w Szczecinie szykują się na przełomową względem ostatnich lat pozycję w tabeli.
DŁUGOTERMINOWY PROJEKT PRZYNOSI efekty
Niemiecki szkoleniowiec Kosta Runjaic rozpoczął swój staż na północnym zachodzie kraju w listopadzie 2017 roku. Początkowo była to decyzja niezrozumiała z jego perspektywy, ponieważ jeszcze kilka lat temu dwukrotnie otarł się z Kaiserslautern o niemiecką Bundesligę. Do Pogoni przyszedł w momencie, kiedy Portowcy okupowali dolne strefy tabeli, a kryzys coraz bardziej się pogłębiał. „Ja byłem bez klubu, oni potrzebowali trenera. Lubię wyzwania, tak nasze drogi się zeszły” – takimi słowami tłumaczył Runjaic swój wybór po objęciu wówczas ostatniej drużyny Ekstraklasy. Cel na sezon był jeden – utrzymać się w lidze, a potem pomyślimy, co dalej. Ostatecznie udało się uniknąć spadku i to w dość dobrym stylu. Grupę spadkową zakończyli na 3 pozycji z przewagą 9 punktów nad strefą degradacji. W tym momencie można było zacząć kłaść fundamenty pod większy projekt.
Przed sezonem 2018/19 Portowcy dokonali wzmocnień jasno sugerujących, że mają zamiar aspirować o górną ósemkę ligi. Radosław Majewski, Mariusz Malec, czy wypożyczony z Wolverhampton Michał Żyro robili dobre wrażenie, a do tego doszli jeszcze niezbyt znani polskiej piłce Zvonimir Kozulj, Tomas Podstawski, Iker Guarrotxena, David Stec i Soufian Benyamina. Z całego tego grona jedynie były piłkarz Legii Warszawa i Niemiec nie spełnili postawionych przed nimi oczekiwań, natomiast Majewski, Kozulj oraz Podstawski idealnie wpasowali się w styl gry Kosty. Przedsezonowe założenia udało się wypełnić, ponieważ Szczecinianie zajęli 7 pozycję, prezentując się ze świetnej strony w grupie mistrzowskiej. W międzyczasie oficjalnie rozpoczęła się budowa nowego stadionu oraz kompleksu boisk treningowych. Wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku, a końcówka rozgrywek pokazała, że po doszlifowaniu kilku aspektów są w stanie rywalizować z czołówką tabeli.
Największym problem drużyny Runjaicia była defensywa. Obrońcy popełniali wiele błędów, a bramkarze często zawodzili. Z siedmiu wzmocnień, jakie przeprowadzili w lecie 2019 roku, aż pięć było do strefy obronnej. Golkiper Dante Stipica, środkowi defensorzy Benedikt Zech, Igor Łasicki i Kostas Triantafyllopoulos, oraz Damian Dąbrowski grający na pozycji defensywnego pomocnika. Pierwsze efekty było widać już po połowie sezonu, bo Austriak wraz z Grekiem zbierali liczne brawa za solidną grę, a Chorwat przez wielu został okrzyknięty najlepszym bramkarzem ligi. Na półmetku sezonu Portowcy okupowali górną część tabeli, a myśli o grze w eliminacjach do europejskich pucharów były jak najbardziej uzasadnione. Wiosna jednak okazała się tragiczna dla Pogoni, ponieważ po odejściu Zvonimira Kozulja, oraz Srdjana Spiridonovicia stracili siłę w ofensywie, a kolektyw spoza boiska przestał się przekładać na murawę. Jak runda mistrzowska w sezonie 18/19 była bardzo udana w ich wykonaniu, tak ta z 2020 roku była sporym rozczarowaniem.
Chociaż przed ubiegłymi rozgrywkami wycofał się główny sponsor klubu – grupa Azoty, to rozwój nie zahamował, a wręcz przeciwnie. Jarosław Mroczek nie obawiał się sięgnąć do kieszeni i sprowadził Michała Kucharczyka, Alexandra Gorgona, Luke Zahovicia oraz Luisa Mate. Co najważniejsze – oprócz Marcina Listkowskiego nikt istotny z klubu nie odszedł. Mimo kiepskiego startu w rozgrywkach i ciągnących się problemów z formą aż do grudnia, Portowcom udało się zakończyć rundę jesienną na pozycji lidera.
WYRACHOWANIE I DETERMINACJA
Pogoń nie gra atrakcyjnej dla oka piłki. Nie ma sensu nikogo przekonywać, że jest inaczej. Portowcy grają przede wszystkim mądrze, z myślą o końcowym wyniku, a nie o zrobieniu jak najlepszego widowiska. Po objęciu nawet jednobramkowego prowadzenia nie szukają na siłę podwyższenia rezultatu, tylko starają się go nie stracić. Dla niektórych taki styl może być bardzo nudny, a nawet niemożliwy do oglądania, ale takie nastawienie doprowadziło ich do miejsca, w którym aktualnie są. Nie jest to jednak typowo defensywna gra, w której w ośmiu, bądź więcej bronią swojego pola karnego, tylko stawiają na kontrolę i posiadanie piłki.
Akcje bramkowe często są budowane od obrony, z dużą liczbą podań, a czasami przy wykryciu błędu w ustawieniu rywala pójdzie szybkie wyprowadzenie akcji, jak chociażby przy bramce Sebastiana Kowalczyka w meczu z Lechem Poznań. Długa wymienność podań dekoncentruje rywala, dzięki czemu jest większa szansa, że popełni błąd. Posiadanie futbolówki i mądre ustawienie sprawia także, że rzadko nadziewają się na kontry. Ogólnie rzecz biorąc, defensywa Runjaicia działa jak jedna wielka maszyna. Jeśli ktoś popełni indywidualny błąd w okolicach własnego pola karnego, to praktycznie cała formacja obronna się sypie, i trzeba liczyć na samodzielny odbiór któregoś z obrońców, bądź w ostateczności na Dante Stipice. Często Chorwat ratuje sytuacje fenomenalnymi interwencjami, ale czasami kończy się to stratą bramki.
Najważniejszą rolę w preferowanym przez Niemieckiego trenera stylu odgrywa defensywny pomocnik. Aktualnie tę funkcję wykonuję Damian Dąbrowski, który w mojej opinii jest najlepszym piłkarzem Szczecinian w tym sezonie, uwzględniając tylko zawodników z pola. Łączy formację defensywną z atakiem i niemal wszystkie wyprowadzane akcje przechodzą przez byłego piłkarza Cracovii. Ma on za zadanie rozrzucać piłki ze środkowej części boiska na skrzydła lub czasami samemu podprowadzić futbolówkę wyżej. Przede wszystkim musi unikać błędu, ponieważ w przeciwnym razie obrońcy będą musieli interweniować. Głównie właśnie z tego względu wygrał rywalizacje o miejsce w wyjściowym składzie z Tomasem Podstawskim, ponieważ w porównaniu do Portugalczyka popełnia o wiele mniej pomyłek.
Portowcy są niesamowicie zdeterminowani do wygrywania, przez co starają się jak najbardziej zwężać ryzyko popełnienia błędu. Stanowią jeden wielki kolektyw, który na pierwszym miejscu ma dobro drużyny. Indywidualne akcje nie są karane, ale każdy stara się szukać jak najlepszego rozwiązania, a nie poklasków za efektowne zagrania. W Pogoni widać wielkie wyrachowanie, które prowadzi ich do sukcesu.
SPOKOJNI O PRZYSZŁOŚĆ
Stadion na 20 tysięcy miejsc, centrum szkolenia dzieci i młodzieży, trzy boiska pełnowymiarowe. Tak wyglądają najważniejsze punkty w ramach projektu dotyczącego rozbudowę klubu, opiewającego na ponad 362 miliony złotych. Pogoń w końcu będzie mogła pochwalić się nowoczesnym stadionem, o którym bardzo długo marzyli, oraz jakościowo poprawić szkolenie młodzieży. Akademia wejdzie na jeszcze wyższy poziom, bo przecież mowa tu o jednej z lepszych szkółek w Polsce. Inwestycja da nowe rozwiązania i większą swobodę trenerom, którzy już teraz robią świetną robotę. Widok rozbudowanej bazy treningowej w dużym stopniu zachęci także młodych piłkarzy, którym została złożona oferta dołączenia do jednej z grup młodzieżowych. Projekt ten niesamowicie przyśpieszy rozwój klubu, a być może okaże się nawet najważniejszym posunięciem w historii Pogonii.
Cała machina związana z nową infrastrukturą ruszy rzecz jasna dopiero po ukończeniu jej budowy, jednak w pierwszej drużynie Portowców już teraz jest wielu młodych zawodników, na których Kosta Runjaic nie obawia się stawiać. Sebastian Kowalczyk, choć rozgrywa już 5. sezon w Ekstraklasie, to ciągle ma dopiero 22-lata. Mimo młodego wieku już teraz jest jednym z liderów szatni oraz niejednokrotnie wychodził na boisko z opaską kapitańską. Takiej postaci potrzebuje każda drużyna, a Szczecin – zakładając, że nigdzie nie odejdzie – już teraz ma zapewnionego lidera na lata. Adrian Benedyczak zadebiutował w sezonie 17/18, ale dopiero teraz przebił się na stałe do pierwszej drużyny Portowców. Poprzedni rok spędził na wypożyczeniu w Głogowie, gdzie poprzez regularną grę zbierał doświadczenie grając zbierał doświadczenie. Po czasie jak widać – wyjazd się opłacił, ponieważ w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej pokazuje się ze świetnej strony, co przełożyło się także na dwa trafienia.
Chociaż jest jednym z najmniej doświadczonych piłkarzy Pogoni, to według niektórych w obecnym sezonie należy do grona jednych z lepszych zawodników występujących w granatowo-bordowych barwach. Mowa tu oczywiście o Kacprze Kozłowskim, któremu wielką karierę wróży się już od debiutu w wieku niespełna 16 lat (dokładnie 15 lat, 7 miesięcy). Jednak dopiero teraz zachwyty nad młodzieżowym reprezentantem Polski osiągnęły apogeum, ponieważ pod koniec ubiegłego roku kalendarzowego robił prawdziwą furorę na boiskach Ekstraklasy. Drugim z młodych pomocników zbierającym już pochwały jest Kacper Smoliński. Rok temu otrzymał trzy razy szansę występu, jednak obecnie już na stałe zawitał w seniorskiej kadrze.
Nie wolno także zapominać o Hubercie Turskim, który, choć w tym sezonie został chwilowo odsunięty na bok, to ma niesamowite warunki jak na swój wiek (18 lat). Obecnie pod względem fizycznym wygląda lepiej niż duża część rosłych zawodników ligi. Na wypożyczeniu w Warcie Poznań przebywa aktualnie Maciej Żurawski, który także wiele razy zaprezentował swój potencjał w pierwszym zespole. Mateusz Łęgowski, chociaż nie zaliczył jeszcze debiutu w profesjonalnym futbolu, to w ubiegłym sezonie przebywał w hiszpańskiej Valencii, gdzie trenerzy doceniali jego umiejętności. Jest jeszcze dochodzący do pełnej sprawności po kontuzji Marcel Wędrychowski, który również ma ogromne możliwości. Mariusz Fornalczyk i Bartłomiej Mruk nie są wychowankami klubu, ale o ich podpis walczyło kilka innych drużyn Ekstraklasy. Pierwszy z nich, choć w ostatnich tygodniach rozegrał tylko 21 minut, to udowodnił w nich swoją wartość. Były zawodnik Garbarni Kraków otrzymał, póki co zaledwie minutę, co poskutkowało wypożyczeniem do Błękitnych Stargard z trzeciego poziomu rozgrywkowego.
Młodzież w Szczecinie rozkwita w ekspresowym tempie, a proces ten ma usprawnić nowy kompleks nowych boisk i budowa akademii z prawdziwego zdarzenia. Pogoń w najbliższych latach stanie się sporym producentem piłkarzy z potencjałem, nie tylko na skale krajową. W głowach kibiców, jak i zapewne osób w klubie największym celem jest jednak wygranie jakiegoś trofeum. W końcu, bo Portowcy w całej swojej historii ani razu nie sięgnęli po oficjalny puchar. Jak pokazuje aktualna dyspozycja Szczecinian – pragnienie w najbliższej przyszłości zostać zrealizowane.
MATEUSZ PEREK
Bohater miesiąca w Hiszpanii?
Każdy zespół potrzebuje goleadora, który w kluczowych momentach przesądzi o losach spotkania. Na kogoś takiego w Realu Sociedad wyrasta młody Szwed. Imponujący wzrost, momentami krnąbrny charakterek oraz instynkt killera sprawiły, że od najmłodszych lat Alexander Isak był porównywany do swojego słynnego rodaka Zlatana Ibrahimovicia. Czy były to porównania na wyrost? Oceńcie sami.
Na Isaku porównywania do Ibry nie robiły wrażenia. Reagował podobnie jak Kamil Stoch na porównania do Adama Małysza. Rozumiał je, ale podkreślał, że nosi inne nazwisko. Isak ma 21-lat, a już zdążył zaliczyć kilka wzlotów i upadków, które można usprawiedliwić wciąż niewielkim doświadczeniem, ale czas pokazuje, że potrafi wyciągać wnioski.
Nigdy nie miał renomy grzecznego chłopca z sąsiedztwa, który każdemu się kłaniał, a złośliwym obrońcą nadstawiał drugą nogę do skopania. Od początku swojej przygody z piłką wiedział, czego oczekuje od życia i nie rzadko zadzierał nosa. W końcówce jednego ze spotkań reprezentacji Szwecji pojawił się na ostatnie minuty i po strzeleniu bramki, spojrzał na swój nadgarstek niczym na Rolexa, stwarzając wokół siebie aurę gwiazdy, która sprawdza, ile zajęło jej rozprawienie się z kolejnym rywalem.
Długo nie musiał czekać na wejście do dorosłego futbolu. Już mając 16 lat, zadebiutował w seniorskiej piłce. Nie miał łatwego życia, przepychając się ze znacznie silniejszymi i bardziej doświadczonymi obrońcami, ale to doświadczenie nauczyło go szybkiego podejmowania decyzji, a dzięki twardej grze bark w bark szybko zmężniał, a jego pseudonim żyrafa szybko uległ przedawnieniu.
Kiedy tak młody piłkarz zbiera regularnie minuty na najwyższym poziomie ligowym w swoim kraju, od razu zjeżdża się grono skautów z największych europejskich klubów. Swego czasu wzbudził zainteresowanie Realu Madryt, ale lepsze na tamten moment warunki rozwoju zaproponowała Borussia Dortmund. W Niemczech Isak zbyt wiele sobie nie pograł. Tuchel wolał stawiać na innych zawodników, wierząc, że czas Isaka dopiero nadejdzie. To oznaczało, że Isak musiał szukać gry gdzieś indziej. Gra w rezerwach w żaden sposób nie rekompensowała mu gry w Bundeslidze, więc nadszedł czas na podjęcie kolejnej decyzji.
Szwed w porozumieniu ze swoimi agentami szukał rozwiązania pośredniego. Ligi, która będzie przetarciem przed Bundesligą, a przy tym będzie dobrą ekspozycją na topowe ligi. Padło na Eredivisie. Willem II przyjęło go z otwartymi ramionami, a on swoimi bramkami odwdzięczył się za szansę, którą otrzymał. Po bardzo dobrym sezonie powrócił do Dortmundu, ale na krótko. Na stole pojawiła się oferta Realu Sociedad, a wraz z nią wizja długofalowego rozwoju zawodnika. W ten sposób zawitał na hiszpańskie boiska.
Pierwsza eksplozja formy Isaka miała miejsce mniej więcej rok temu. Wówczas regularnie zdobywał bramki w rozgrywkach ligowych, a w Pucharze dosłownie się bawił. Na dobrą sprawę passa Szweda zakończyła się po meczu z Realem Madryt, w którym ustrzelił dublet. Czy zahuczało w głowie młodego piłkarza i czy poziom wody sodowej osiągnął stan powodziowy? Można podejrzewać, że do pewnego stopnia ta teza jest prawdziwa, tym bardziej, że pojawiały się takie głosy. Z drugiej strony można zrozumieć chwilowe nadmierne samouwielbienie Isaka, po tym, jak w Dortmundzie był postacią marginalną, a nagle w Hiszpanii jedną nogą wszedł na stopień z napisem gwiazda. Wszyscy chwalili trenera Imanola Alguacila oraz piłkarzy na czele z Odegaardem, Oyarzabalem i Portu, więc mogło zaszumieć.
Później z wiadomych przyczyn liga przestała grać, a Real w wyniku problemów zdrowotnych głównego dyrygenta zespołu znacząco obniżył loty, co przełożyło się też na gorszą grę Isaka. Sezon 20/21 rozpoczął w pierwszym składzie, ale bez oczekiwanych fajerwerków. Jego głównego konkurenta do miejsca w składzie z gry wykluczył pozytywny test, ale pomimo tego, że w ten sposób Isak sztucznie wygrał rywalizację, nie przekonywał. Często przechodził obok spotkań i brakowało mu już słynnego ognia w oczach. William Jose od dłuższego czasu siedział na walizkach, a Jon Bautista przy całym szacunku dla tego zawodnika, nie stanowi realnej konkurencji dla Isaka. W zimowym oknie transferowym Jose w końcu opuścił txuri-urdin i powietrze dla Isaka stało się jakby rzadsze. Złapał niesamowity luz i nawiązał do oczekiwań, jakie z nim wiązano. Nagle wszystko stało się dla niego łatwe i praktycznie każdy kontakt z piłką kończył się strzałem, który lądował w siatce. Dziewięć bramek w ostatnich siedmiu spotkaniach LaLigi mówi samo za siebie.
Bramkostrzelni napastnicy bez względu na sytuację na rynku transferowym zawsze cieszą się dużym zainteresowaniem. Zawsze znajdzie się zespół, który potrzebuje maszyny do zdobywania bramek. Warto pamiętać, że kwota odstępnego za Isaka wynosi 70 milionów euro, ale przy tym należy postawić gwiazdkę. Dortmund oddając Szweda na preferencyjnych warunkach, zastrzegł sobie możliwość odkupienia gracza za 30 milionów euro. O ile sam Isak przebąkiwał, że Dortmund jest dla niego przeszłością, a nie przyszłością, o tyle sytuacja może ulec zmianie w momencie transferu Erlinga Haalanda do jednego z gigantów. Wówczas zwolni się miejsce dla bramkostrzelnego napastnika. Do Haalanda Isakowi nadal daleko, natomiast zna dortmundzkie realia. Przy zachowaniu wszelkich proporcji, Isak ze swoją charakterystyką mógłby godnie zastąpić Norwega, bez większej ingerencji w grę całego zespołu.
Jednak choć ewentualny powrót do BVB jest możliwy, to Isak w Hiszpanii czuje się dobrze. Szybko nauczył się języka i dobrze dogaduje się z pozostałymi piłkarzami Realu. RSSS latem ściągnął Davida Silvę, żeby pokazać takim zawodnikom jak Isak, że sufit klubu jest stale podnoszony, a wraz z klubem mogą też rosnąć piłkarze. Zaplecze Realu San Sebastian jest fenomenalne i nie trudno przekonać młodych zawodników do dołączenia do projektu, tym bardziej że trener Imanol Alguacil potrafi wprowadzać nowe twarze do zespołu bez utraty jakości ogółu. Oczywiście RSSS na miano hiszpańskiego giganta musi jeszcze zapracować, ale stopniowo buduję swoją renomę i stał się atrakcyjnym miejscem dla piłkarzy, którzy chcą stopniowo budować swoją pozycję w europejskiej piłce.
PAWEŁ OŻÓG
Patryk nie poddawaj się! #ForzaDziczek
Debiut w Ekstraklasie w wieku 17 lat, powołania do młodzieżowej reprezentacji, rozwój w zrównoważonym tempie. Patrykowi Dziczkowi wróżono wielką karierę. Po zdobyciu Mistrzostwa Polski z Piastem Gliwice przeniósł się do Lazio, aby zbierać kolejne piłkarskie szlify pod okiem włoskich trenerów.
Wypożyczenie do Salernitany nie było dziełem przypadku, ponieważ oba kluby mają tego samego właściciela – Claudio Lotito. Patryk miał zdobyć doświadczenie na zapleczu Serie A, żeby w przyszłości być włączony do składu biancocelestich. W październiku otrzymaliśmy niepokojące informację, że Dziczek stracił przytomność na treningu. Polak wrócił do gry, ale w sobotę podczas spotkania z Ascoli sytuacja się powtórzyła. Lekarz Salernitany potwierdził atak epilepsji. Trzeba modlić się i trzymać kciuki, żeby 23-latek wrócił do zdrowia i do piłki nożnej.
WYCHOWANEK PIASTA
Drużyna Piasta zrobiła nabór do młodzieżowej drużyny chłopakom z rocznika 1998. W oczy rzucił się młody ośmioletni Patryk Dziczek, który przerastał o głowę rówieśników. Chłopak nie tylko wyróżniał się wzrostem, ale i doskonałym operowaniem piłki. Od pierwszego treningu trenerzy zauważyli, że Dziczek ma smykałkę do futbolu. Do drużyny z Gliwic trafiło wielu młodych piłkarzy, którzy jednak po pierwszych miesiącach rezygnowali z treningów, a u Patryka było inaczej. Z chęcią chłonął wiedzę od trenerów i z chęcią zostawał po treningu, aby poprawić atrybuty piłkarskie, z którymi ma problem.
„Od początku to był chłopak z charakterem. Nie raz trzeba było z nim odbyć męską rozmowę, ale wiedział, że chce grać w piłkę. Ciężko go było zdjąć z boiska na zmianę, po treningu zostawał, żeby jeszcze poćwiczyć” – Opowiada były trener Patryka z grup młodzieżowych Witold Czekański.
Dużą rolę w karierze Patryka odegrał ojciec, który w przeszłości również był piłkarzem. Niespełnione marzenia chciał od zawsze przelać na syna. Z Patrykiem spędzał mnóstwo czasu po treningu na boiskach lub przy domu.
Trenerzy ze starszych grup młodzieżowych przez długi czas zwracali uwagę na Patryka, aż w końcu doszli do wniosku, żeby chłopak trenował i rozgrywał mecze ze starszymi, aby przyspieszyć rozwój utalentowanego chłopaka.
Dziczek rozwijał się ekstremalnie szybkim tempie i już w wieku 15 lat trenował z drużyną seniorów Piasta Gliwice. Rok później został zgłoszony do szerokiej kadry pierwszego zespołu na ligę. Jednocześnie rozgrywał mecze w rezerwach drużyny i juniorach, dodatkowo trenował z pierwszą drużyną. Był to ciężki okres dla Patryka, ale wtedy osiągnął największy skok jakościowy i nie popadł w przepaść między juniorską a seniorską piłką.
EKSTRAKLASA CZEKAŁA OTWOREM
W dniu 5 czerwca 2015 roku Patryk Dziczek w wieku 17 lat zadebiutował w Ekstraklasie. Młody pomocnik nie będzie wspominał miło pierwszego spotkania w seniorskiej drużynie Piasta. Zespół z Gliwic mierzył się w spotkaniu ligowym z Cracovią. Patryk wyszedł na spotkanie od pierwszej minuty i miał problem z odnalezieniem się. Popełniał dużo strat i wyglądał na przestraszonego. W przerwie spotkania Dziczek został zmieniony, a Piast przegrał domowe spotkanie z Cracovią aż 0:3.
„Wróciłem do domu i się rozpłakałem. Poszedłem na górę do swojego pokoju i leżąc na łóżku, rozmyślałem, co poszło nie tak”. – wspomina w wywiadzie swój debiut w Ekstraklasie.
Fala krytyki nie wylała się na młodego piłkarza, ale na trenera Radoslava Latala, który rzucił Patryka na głęboką wodę bez jakiegokolwiek przygotowania mentalnego. Czeski trener tłumaczył się takim wyborem, że naciskał na niego zarząd klubu, który chciał mieć jak najszybciej wychowanka w swojej drużynie.
Z chłopakiem wiązano przyszłość i przewidywano mu wielką karierę piłkarską. Patryk od zawsze wyróżniał się charakterem. Na treningach ze starszymi kolegami pokazywał, że ma przysłowiowe „jaja”. W tamtym okresie tłumaczył, że uderzyła mu do głowy woda sodowa.
„Przed debiutem w ekstraklasie poczułem się pewnie. Myślałem, że wszystko świetnie się układa i czasem może coś odpyskowałem starszym piłkarzom… Po tamtym meczu z Cracovią zszedłem na ziemię. Dziewczyna zawsze mi powtarza, bym nigdy się nie wywyższał, bo na moje miejsce może być kilku innych piłkarzy”.
Nieudany debiut schłodził apetyty Polaka. Patryk zaczął jeszcze ciężej pracować i przygotowywać się do roli podstawowego piłkarza Piasta.
PEWNE MIEJSCE W XI
Z miesiąca na miesiąc Dziczek stawał się lepszym piłkarzem i coraz ważniejszą postacią w szeregach Piasta Gliwice. Patryk już u Dariusza Wdowczyka był podstawowym piłkarzem, ale miał jednak mniej zadań na boisku. Jak młody piłkarz był oszczędzany w niektórych założeniach. Dopiero przyjście Waldemara Fornalika sprawiło, że pozycja Dziczka w składzie drużyny z Gliwic była niepodważalna. Aktualny trener Piasta wpoił chłopakowi marzenia o grze w lepszym klubie i lepszej lidze. Powtarzał wielokrotnie te słowa w wywiadach. Dziczek dwukrotnie przeczytał książkę „Obsesja doskonałości”, która była pewnego rodzaju jego treningiem mentalnym. Treść książki pozwoliła Patrykowi marzyć o wysokich celach.
Piast Gliwice w sezonie 2018/19 został Mistrzem Polski. Podopieczni trenera Fornalika sięgnęli po to trofeum w pięknym stylu, a Patryk Dziczek był jednym z ważniejszych piłkarzy, którzy dążyli w pogoni za wymarzonym pierwszym w historii mistrzostwie kraju. Polskiemu pomocnikowi została przyznana nagroda dla „najlepszego młodzieżowca ligi”.
KONIEC GLIWICKIEJ PRZYGODY
Na Dziczka uwagę zwróciły zagraniczne kluby. Polak jednak większą część okresu przygotowawczego przeszedł z Piastem. Chciał pomóc drużynie awansować do Europejskich Pucharów, jednak cel nie został osiągnięty. Dużo się mówiło o odejściu Patryka po spotkaniu wyjazdowym w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Bate Borysów, kiedy schodząc z boiska, Polak kopnął stojące bidony i nie podał ręki trenerowi Fornalikowi. Zmiana podyktowana była żółtą kartką i ostrą grą pomocnika.
„Rozmawialiśmy już na ten temat. Patryk przyszedł i wyjaśnił sytuację. Był bardzo zły na siebie. Ten mecz mu nie wyszedł i to była autentycznie złość na samego siebie. To wszystko rozumiemy. Ostatnio miał dużą dawkę emocji: zdobycie mistrzostwa Polski, Mistrzostwa Europy do lat 21, teraz eliminacje do Ligi Mistrzów. To się nawarstwiło. Cóż, takie sytuacje się zdarzają. Najważniejsze, że wszystko wyjaśnione” – opowiadał Waldemar Fornalik oficjalnej stronie klubu.
Ostatnie spotkanie Dziczek w koszulce Piasta rozegrał 4 sierpnia 2019 roku z Wisłą Płock. Polak spędził na boisku 82 minuty, ale wszyscy w klubie i kibice byli przekonani, że są to ostatnie dni Patryka w Gliwicach. Niecałe dwa tygodnie później Polak podpisał kontrakt z Lazio. Do drużyny ze stolicy Włoch trafił za 2.25 mln euro i natychmiastowo został wypożyczony do klubu z Serie B – Salernitany. W barwach Piasta Gliwice rozegrał w 71 meczach, zdobył 5 bramek i 2 asysty.
TERAZ SALERNO. POTEM RZYM
Patryk trafił do granaty na dwuletnie wypożyczenie. Polak miał problem na samym początku z aklimatyzacją i przestawieniu się z Ekstraklasy na Włoską piłkę. Dużym problemem Dziczka był okres przygotowawczy, który spędził w Polsce, zamiast w Italii. Miał problem ze zgraniem i komunikacją, ale gdy przyjeżdżał na młodzieżową kadrę, to robił różnicę i wyróżniał się na tle innych młodych chłopaków. Dziczek szybko zapisał się na kurs językowy, żeby lepiej dogadywać się z piłkarzami. Na treningu Dziczek doznał poważnego urazu więzadeł pobocznych, ale wystarczył miesiąc, aby wrócił do pełni sił. Polak pierwszą ligową szansę otrzymał dopiero 7 grudnia 2019 roku w spotkaniu wyjazdowym z Cittadellą. Po tamtym spotkaniu Patryk na stałe zagościł w podstawowym składzie Salernitany i przez prawie 3 miesiące (12 spotkań z rzędu) nie opuścił ani jednej minuty. Wspaniałą formę Polaka zastopowała przerwa ligowa spowodowana pandemią koronawirusa. Po blisko 4 miesiącach wznowiono rozgrywki, ale Patryk nie imponował już taką formą. Już nie był niezastąpiony. Często był zmieniany, wielokrotnie oglądał mecz z wysokości ławki, czy nawet trybun. W dniu 29 czerwca 2020 Dziczek zdobył swoją pierwszą bramkę na Półwyspie Apenińskim przeciwko Cremonese. Cały sezon trenerem Salernitany był doświadczony Gian Piero Ventura, który w ciepłych słowach chwalił polskiego pomocnika.
„Za dwa lata będzie podstawowym zawodnikiem klubu Serie A. Jest profesjonalistą, dobrze mówi po włosku. Jest dobry technicznie i ma wysokie morale”. – mówił 72-letni ówczesny selekcjoner granaty.
Pierwszy sezon Patryka we Włoszech można uznać za dobry. Były problemy na początku, ale Salernitana to świetny klub na przetarcie do pierwszej drużyny Lazio. Dziczek zapowiedział, że chce podążyć śladami przyjaciela, którego trzymał się blisko – Jeana Daniela Akpa-Akpro, który zwrócił na siebie uwagę trenerów Lazio i podpisał kontrakt z drużyną ze stolicy Italii. Kolejny sezon był jednak w cieniu dramatu.
SMUTNE INFORMACJE
W sobotnim spotkaniu z Ascoli Patryk Dziczek bez kontaktu z zawodnikiem upadł na murawę. Do Polaka szybko podbiegł kapitan Salernitany Francesco Di Tacchio. Włoch zaczął wyjmować Patrykowi język z buzi, którym się dusił.
„Bóg dał mi siłę, aby pomóc Dziczkowi. Od razu zrozumiałem, że to coś poważnego i wyciągnąłem mu język” – opowiada kapitan Salerno.
Bardzo szybko zareagowali lekarza obu drużyn oraz pracownicy pogotowia, którzy przewieźli Dziczka do szpitala nieopodal znajdującego się od stadionu. Sytuacja wyglądała dramatycznie, a filmiki krążące po Internecie mrożą krew w żyłach. Z Patrykiem do szpitala pojechał Paweł Jaroszyński.
„Całą sytuację zobaczyłem dopiero w internecie. Ławki rezerwowych są ustawione daleko i nie widziałem, co się stało. Patryk szybko odzyskał przytomność i w karetce już normalnie rozmawialiśmy. W samym szpitalu nie mogłem być zbyt długo z powodu pandemii” – opisuje polski obrońca reprezentujący Salernitanę.
Było to drugie zasłabnięcie Polaka w przeciągu pół roku. Pierwszy raz Polak stracił przytomność na treningu przed początkiem sezonu. Po wstępnych badaniach Patrykowi nic nie dolegało, a sam piłkarz nie czuł się najgorzej.
„Szczegółowo mnie diagnozowano, dwukrotnie miałem rezonans głowy, EKG serca, regularnie pobierali mi krew. Myślę, że przez tydzień przeszedłem więcej badań niż przez całe dotychczasowe życie. Sprawdzili mój stan zdrowia bardzo dokładnie, ostatecznie nie znaleźli żadnej przyczyny omdlenia” – podkreślał Patryk w wywiadzie dla Włoskiej prasy.
W poniedziałek przewieziono polskiego piłkarza do Rzymu, aby przeszedł dodatkowe badania pod okiem specjalistów. Lekarz Salernitany na konferencji prasowej po spotkaniu ligowym potwierdził, że upadek Dziczka na murawę wiązał się z atakiem epilepsji. Padaczka nie wyklucza go z uprawiania sportu, jednak drugie omdlenie w przeciągu kilku miesięcy pokazuje skalę problemu.
#ForzaDziczek
KACPER KARPOWICZ