Fernando Roig – twórca wielkiego Villareal

W czasach, gdy globalizacja sportu pcha kluby piłkarskie w ręce zagranicznych właścicieli na Półwyspie Iberyjskim, a konkretnie w Hiszpanii dominują rodzimi włodarze. Idealnym przykładem odzwierciedlającym wspomniany stan rzeczy był tegoroczny skład półfinałów w europejskich pucharach. Spośród ośmiu klubów tylko dwa z nich należały do krajowych właścicieli. Należący do socios, ale zarządzany przez Florentino Pereza Real Madryt oraz Villarreal – klub należący do Fernando Roiga.

Czytaj dalej „Fernando Roig – twórca wielkiego Villareal”

Jak wykorzystać niespodziewaną szansę – Eder Militao w końcu pokazuje swój potencjał.

Do Madrytu przychodził jako supertalent. Kolejny z serii sprowadzonych, przygotowanych, a następnie odpowiednio wypromowanych do dalszej gry w Europie przez Portugalskich gigantów. W Porto wystarczył zaledwie rok, aby zaczęły zgłaszać się po niego uznane marki, i to już mocno powinno świadczyć o skali jego potencjału. Miał wchodzić w skład nowej generacji piłkarzy, którzy za kilka lat będą okładką światowego futbolu. Takie plany wobec niego były przynajmniej do pewnego czasu od momentu jego przenosin do stolicy Hiszpanii. Przez długi czas nie potrafił wykrzesać swoich umiejętności i kiedy już się wydawało, że jego karierę w Madrycie można zacząć spisywać na straty, to nagle otrzymał niespodziewaną szansę od losu i wykorzystuje ją w najlepszy możliwy sposób.

SZYBKI PRZESKOK

Jeszcze w sierpniu 2018 roku ćwiczył na boiskach treningowych brazylijskiego Sao Paulo, a już rok później trenował w Valdebebas z Sergio Ramosem, Luką Modriciem, czy Karimem Benzemą. To idealnie świadczy o tym, jak spory przeskok w ostatnim czasie wykonał Eder Militao, a w międzyczasie pojawił się przecież także debiut dla pierwszej reprezentacji swojego kraju. Nic oczywiście nie wzięło się z przypadku, choć takie sugestie mogli mieć niektórzy po jego dotychczasowym okresie w Realu Madrytu.

Na profesjonalnych brazylijskich boiskach zadebiutował w lipcu 2016 roku w wieku 18 lat. Sztab trenerski pierwszej drużyny od razu dostrzegł w nim spory talent, co poskutkowało łącznie 37 występami przez okres dwóch lat. Wystarczyło to, aby Porto przekonało się jego sprowadzenia. W Brazylii wówczas grał najczęściej na pozycji prawego obrońcy, lecz Sérgio Conceição postanowił przesunąć go do centralnej strefy defensywy, i to w tej roli najchętniej go obsadzał. Z perspektywy czasu była to genialna decyzja, ponieważ Eder miał, i wciąż ma, niemalże wszystkie główne warunki jakie potrzebuje „nowoczesny” środkowy obrońca. Jak na stopera jest szybki, a gra w bocznej części boiska nauczyła go wyprowadzania oraz rozgrywania piłki.

Tiago Estevao, Portugalski analityk, podczas gry Militao w Porto nazwał go „Kompletnym produktem dla przyszłych kupców”. Oprócz cech czysto piłkarskich emanował także ogromną pewnością siebie. Nie wyglądał jak wiele innych młodych piłkarzy, którzy dopiero stawiają pierwsze poważne kroki w wielkiej piłce, lecz jak bardzo doświadczony defensor. Już po pół roku spędzonego w Portugalii pewne było, że za moment zgłosi się po niego większy klub i tak się właśnie stało. Jeszcze w trakcie sezonu 2019/2020 Real Madryt za 50 milionów euro zaklepał sobie Brazylijczyka, dzięki czemu Porto – odejmując kwotę wykupu z Sao Paulo –  zarobiło na nim aż 42 miliony euro. Takiego zysku na byle kim się nie robi, choć w Madrycie po jakimś czasie zaczęto mieć co do tego wątpliwości.

MOMENT ZWĄTPIENIA

Niemalże od samego początku, jak tylko ogłoszono przenosiny Brazylijczyka do Realu Madryt, zaczęto wróżyć mu wieloletnią karierę w barwach Królewskich. Typowano go na następcę Ramosa oraz filar defensywy Los Blancos na następne lata. Po jakimś czasie marzenia tę zostały jednak dość mocno zniwelowane, ponieważ z każdym kolejnym miesiącem gra Militao budziła spore obawy. Na pierwszy sezon wiele osób spoglądało z przymrużeniem oka, ponieważ każdy miał świadomość, że to dopiero jego pierwszy rok na takim poziomie, a ogólnie drugi poza ojczystym krajem. Jednak już nawet w trakcie tego pierwszego okresu bywał dość mocno krytykowany za popełniane błędy, które często były wręcz podstawowe. Rzadko wyróżniał się swoimi największymi cechami, i to był chyba jego największy problem, ponieważ nie potrafił zaprezentować tego, co umie najlepiej.

Zła dyspozycja przeszła na kolejny sezon. Wtedy zaczęto już od niego więcej wymagać, lecz jego forma kompletnie się nie poprawiała, a wręcz przeciwnie. Do kwietnia rozegrał zaledwie 7 spotkań, z czego tylko 5 było w wyjściowym składzie. W żadnym z tych meczów nie był w stanie przekonać do siebie na tyle Zidane’a, aby ten zaczął po niego częściej sięgać. W hierarchii środkowych obrońców był nie tylko za Varanem i Ramosem, ale także za Nacho, z którego to szkoleniowiec Realu bardziej wolał korzystać pod nieobecność któregoś z pierwszej dwójki. Nawet mimo tego, że zagrał dużą liczbę spotkań na prawej obronie, to Zizou przy absencji Caravajala postanowił zaryzykować i postawił na Vazqueza. Jego pozycja w drużynie była wręcz fatalna, a kwintesencją jego dyspozycji było spotkanie z Levante, w którym już w 9 minucie wyleciał z boiska, a Real grając w 10 przegrał ten pojedynek. Od tamtego tragicznego meczu nie wyszedł na boiska już ani razu, aż do nieoczekiwanego momentu.

NIESPODZIEWANA SZANSA

Kiedy już się wydawało, że kariera Militao dobiega końca, nagle pojawiła się okazja do rehabilitacji za wcześniejsze miesiące. W meczu z Eibarem, który poprzedzał pierwsze spotkanie z Liverpoolem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, Zidane postanowił dać odpocząć Varane’owi, a że Sergio Ramos był kontuzjowany, to do pierwszego składu wskoczył właśnie Militao. Choć przed pierwszym gwizdkiem jego obecność budziła spore obawy, to po 90 minutach mogliśmy już mówić o naprawdę solidnym występie. Eder nie tylko spisywał się świetnie w czysto defensywnej grze, ale pokazał również swoje walory ofensywne, czego wcześniej nie można było dostrzec.

Jednorazowy dobry występ zdarza się każdemu i wszyscy mieli to na uwadze, jednak w spotkaniu z Eibarem można już było zobaczyć pewne „przełomowe” zachowania, jeśli chodzi o jego grę w Realu Madryt. Nigdy wcześniej nie emanował takim spokojem odkąd trafił do drużyny Los Blancos, co już napawało optymizmem. Prawdziwą szansą do pokazania swoich umiejętności okazała się jednak choroba Varane’a, która wykluczyła go ze starcia z The Reds. Zidane nie miał w tamtym momencie po prostu innego wyboru, jak postawić na Nacho i Militao w dwójce środkowych obrońców. O występ Hiszpana akurat się nie martwiono, ponieważ Fernandez już nie raz udowodnił, że kiedy jest potrzebny, to po prostu nie zawodzi. Miltao mimo solidnego występu z Eibarem budził jednak spore wątpliwości, ponieważ rywal był o kilka klas mocniejszy, niż ten z ligowego podwórka.

Obawy przed meczem były spore, a pochwały po meczu jeszcze większe. W grze defensywnej Realu kompletnie nie było widać tego, że gra tam w zasadzie dwójka rezerwowych. Szczerze mówiąc, Militao wraz z Nacho wyglądali niczym podstawowi obrońcy czołowego klubu świata, którzy na wysokim poziomie są od dłuższego czasu. Jak się później okazało – to spotkanie było dopiero pierwszym z kilku świetnych występów w wykonaniu Edera. Rewanżowe starcie z Liverpoolem było równie, a może i nawet jeszcze lepsze od tego pierwszego, a w międzyczasie zaliczył genialne noty po klasyku z Barceloną. Następnie przyszły trzy udane starcia ligowe z kolejno; Getafe, Cadizem oraz Real Betis, i znowu – Liga Mistrzów, mecz z Chelsea w Madrycie, czysta profesura w wykonaniu Brazylijczyka. Być może był to nawet najlepszy jego występ w barwach Królewskich, a stawka meczu była przeogromna, bo oczywiście finał Ligi Mistrzów. Cztery dni później zdobył swoją pierwszą bramkę w LaLiga i w dużym stopniu uratował spotkanie Realowi, ponieważ to on otworzył wynik meczu. Rewanżowe starcie z The Blues na Stamford Bridge było pierwszym od dawna meczem, po którym rzeczywiście można się do niego przyczepić, ale to w zasadzie tak, jak do całej drużyny Los Blancos. Nie był to jednak na tyle zły występ, aby mógł zwiastować gorszą formę w jego wykonaniu. Wydaje się wręcz, że w tym momencie jest to nawet dość mało możliwe, ponieważ Militao w ostatnim czasie zmienił się pod każdym względem, a już przede wszystkim pod tym psychicznym. W tym momencie należy go już wypisać z rubryki „przyszły talent” i zacząć traktować jako klasowego obrońcę.

MATEUSZ PEREK

„Kryzys? Nie mam pojęcia, o czym mówicie.” – Zinedine Zidane przywraca Real do walki o najwyższe cele.

Zinedine Zidane wielokrotnie w tym sezonie był już zwalniany przez media, które tylko przeganiały się w informacjach, kto ma zostać jego następcą. Francuz w międzyczasie robił swoje i był zmuszony do eksperymentowania na żywym organizmie, aby ciągle liczyć się w walce o największe trofea. Kilka decyzji w jego wykonaniu było fatalnych, ale ostatecznie i tak zdołał wręcz niezauważenie wyjść z kłopotów. Po wygranej w El Clasico Los Blancos przybliżyli się do obrony tytułu mistrzowskiego, a jak najbardziej realny awans do półfinału Ligi Mistrzów może sprawić, że sezon dla „Królewskich” będzie nadspodziewanie udany.

PRZYWRÓCENIE NADZIEI

Cel Realu Madryt na każdy sezon jest taki sam – walka o wszystko, co możliwe do zdobycia. I chociaż jest to prawda, to przy widocznych problemach satysfakcję sprawiłoby samo zdobycie mistrzostwa Hiszpanii wraz z ewentualnymi pucharami krajowymi. O Lidze Mistrzów mało kto realnie myślał, ponieważ w poprzednich latach Królewscy nas od tego odzwyczaili. Na początku roku jednak wątpliwa stała się walka nawet o pozostałe trofea. Chociaż grudzień był całkiem dobry w wykonaniu Madrytczyków, tak styczeń zniwelował nadzieje wobec sukcesu w obecnym sezonie. Odpadnięcie z Superpucharu Hiszpanii i kompromitująca przegrana z Alcoyano w Pucharze Króla, oraz 7 na 12 możliwych do zdobycia punktów w LaLidze przy komplecie Atletico sprawiły, że powoli zaczęto spisywać rozgrywki na straty.

Dwumecz z Atalantą w dużym stopniu przywrócił nadzieje w serca kibiców. O ile pierwsze spotkanie nie było dość przekonujące, bo La Dea musiała się zmagać wręcz od samego początku w dziesiątkę, tak awans został przypieczętowany w świetnym stylu. W międzyczasie Atletico zaczęło gubić punkty i strata do pozycji lidera ciągle malała, a wraz z nią na nowo zaczęto wierzyć w zdobycie mistrzostwa kraju. Ostatni tydzień sprawił, że Real nie tylko ponownie rozpatruje się roli kandydata do wygrania ligi Hiszpańskiej, ale również w kontekście zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Pokonanie Barcelony dało Los Blancos pozycje wicelidera i zaledwie punkt straty do Rojiblancos, a genialny mecz z Liverpoolem w Madrycie sprawił, że są już jedną nogą w półfinale. Do tego trzeba jeszcze utrzymania wyniku z pierwszego meczu w dzisiejszym spotkaniu, ale jeśli się to uda, to Real dość niespodziewanie – patrząc na przedsezonowe typowania – zostanie jednym z kandydatów do wygrania największych europejskich rozgrywek.

ROZWÓJ TAKTYCZNY

W pewnym momencie sezonu coś ewidentnie przestało funkcjonować i Francuz został zmuszony do zmiany swojego stylu pracy. Dotychczas dużo spotkań traktował dość pobłażliwie, z myślą, że piłkarze takiej klasy nie powinni mieć problemów z wygraną. Od stycznia, czyli czasu „małego kryzysu” zaczął przykładać większą uwagę pojedynkom „mniejszej klasy” i obecnie w każdym meczu da się zauważyć szeroki zakres taktyczny, w tym nowe pomysły. Przełomem było starcie z Getafe, kiedy postanowił wyjść w formacji z wahadłowymi. Ekipa Jose Bordalasa, choć ma w tym sezonie ogromne problemy, tak jednak wciąż jest drużyną z LaLiga. Powiedzieć, że spotkanie było jednostronne, to duży minimalizm. Gospodarze zdominowali przeciwników w nowym systemie gry, co na pewno przyniosło sporo optymizmu, a przede wszystkim materiału do dalszej analizy.

Dwumecz z Atalantą w 1/8 finału Ligi Mistrzów był kolejnym przykładem, że Zidane zaczął próbować czegoś nowego. W pierwszym spotkaniu przez uraz wystąpić nie mógł Karim Benzema, więc Zinedine był niemal zmuszony postawić na Mariano. Jak się jednak okazało, nie do końca. Francuz na pozycji napastnika wystawił Isco, czyli cofniętą „dziewiątkę”. Chociaż na przebieg meczu mocno wpłynęła kartka Freulera, to drużyna została tak przygotowana, że obyło się bez problemów, a z nowego wariantu ofensywnego Zidane mógł powyciągać wnioski. W rewanżu natomiast ponownie postawił na formacje z wahadłowymi, i ponownie świetnie się to sprawdziło, tylko tym razem już na wielkim rywalu. Spotkania, a przede wszystkim pierwsze połowy w starciach z Liverpoolem i następnie Barceloną idealnie pokazały, że Zidane rozwija się taktycznie. Zneutralizowanie drużyny Kloppa i Koeamana (z naciskiem na pierwsze 45 minut), to nie lada sztuka, a wydaję się, że Zizou dopiero zaczyna powiększać swój wachlarz taktyczny.

SPECJALISTA OD WIELKICH SPOTKAŃ

Zinedine Zidane’owi można zarzucić wiele rzeczy, ale jedno trzeba przyznać – w ważnych spotkaniach bardzo rzadko zawodzi. Na pojedynki z klasowymi markami potrafi nie tylko odpowiednio zmobilizować drużynę, ale również genialnie przygotować ją pod rywala. Jest to widoczne już od czasów jego pierwszej kadencji, o czym świadczą przede wszystkim trzy wygrane Ligi Mistrzów, gdzie po prostu trzeba się mierzyć z najlepszymi, ale w obecnej kampanii jest to jeszcze bardziej imponujące. Nie ma co ukrywać, że wcześniej w dużym stopniu mógł polegać na Cristiano Ronaldo, który niemalże w każdej wygranej był najważniejszą postacią. Obecnie, chociaż Karim Benzema rozgrywa świetne miesiące, to nie ma postaci, której mógłby w 100% zaufać. Odpowiedzialność rozkładana jest w większym stopniu na całą drużynę, przez co on sam ma również więcej pracy, aby dobrze ją przygotować. Dokładając do tego problemy kadrowe, można naprawdę pogratulować wyników i przede wszystkim stylu, w którym wygrywa wielkie spotkania.

W obecnym sezonie jedyne spotkania z „wielkich”, które zostały przegrane to przede wszystkim mecz z Athleticiem Bilbao w Superpucharze i ewentualnie „dwumecz” z Szachtarem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Wymieniając już te pozytywne wyniki, mamy wygraną z; Barceloną (x2), Interem (x2), Atalantą (x2) Borussią Moenchengladbach, Sevillą, Atletico i Liverpoolem. A więc na 13 bardzo ważnych meczów, aż 10 zostało wygranych, z czego część z nich w świetnym stylu. Zidane’a nazywa się specjalistą od finałów, ale myślę, że ciężko również znaleźć trenera, który ogólnie lepiej spisuje się w ważnych pojedynkach, niż Francuz.

NATRUDNIEJSZY OKRES SEZONU

Zidane na konferencji po wygranym klasyku z Barceloną powiedział, że drużyna fizycznie jest już na granicy. Wystarczy mały błąd, trochę wysiłku za dużo, a może to poskutkować urazem. Kolejnym z wielu, bo ilość piłkarzy, którzy byli w dotychczasowym sezonie kontuzjowani, jest ogromna, a część z nich wciąż niezdolna do gry. W tym momencie Zinedine do dyspozycji ma zaledwie 5 obrońców z pierwszej drużyny, z czego dwóch środkowych. Oznacza to, że jeśli w najbliższym czasie wypadnie Nacho bądź Militao, to Francuz będzie zmuszony sięgnąć do Castilli.

Zizou aktualnie musi niesamowicie mądrze zarządzać siłami drużyny, ponieważ kontuzja każdego kolejnego zawodnika będzie oddalać ich od sukcesu. Nawet jeśli Real grać będzie ważne spotkanie z trudnym rywalem, to Zidane musi czasami zaryzykować, ściągając kluczowych piłkarzy, aby ci nie zostali przeciążeni, bo do końca sezonu jeszcze trochę zostało. Idealny przykład tego, jak Francuz dba obecnie o energię zespołu, mieliśmy w sobotnim klasyku. Chociaż Barcelona ciągle się rozkręcała, to trener Królewskich postanowił ściągnąć Benzeme, Kroosa i Viniciusa, czyli trzy kluczowe postacie drużyny, na rzecz Mariano, Isco i Marcelo, czyli piłkarzy drugoplanowych. W pewnym momencie skład Los Blancos wyglądał niczym w sparingu, a nie w największym ligowym pojedynku świata, ponieważ na boisku było sporo piłkarzy, którzy w normalnych warunkach na nie by nie wyszli.

Z drużyną z Katalonii ryzyko się opłaciło, ale w kolejnych meczach tyle szczęścia Zidane może już nie mieć. Mimo to podejmowanie takich decyzji wciąż pozostaje wskazane, ponieważ w przeciwnym wypadku Francuz może być zmuszony korzystać z piłkarzy rezerwowych od pierwszej minuty.

MATEUSZ PEREK

W Madrycie potrzebna jest rewolucja. Jak ważne będzie przyszłe okienko dla Realu?

Florentino Perez w ostatnich sezonach wychodził z założenia, że drużyna nie potrzebuje przebudowy, bo ciągle składa się z wielu ogromnych nazwisk. W defensywie absolutna legenda klubu, drugą linie tworzy jeden z najlepszych tercetów pomocników w historii piłki nożnej, a na pozycji napastnika gra czołowy snajper na świecie. Jak widać, nie wystarczyło to jednak, aby utrzymać wielkość zespołu. Ze zmianami zbyt długo zwlekano, i w tym momencie potrzebna jest rewolucja. Letnio okienko może być jednym z najważniejszych w historii Realu Madryt.

CZAS NA WIELKI TRANSFER

W Madrycie po odejściu Cristiano Ronaldo nie ma postaci wiodącej, która potrafiłaby pociągnąć drużynę do zwycięstwa, a w tak wielkim klubie, taki piłkarz jest bardzo potrzebny. Następcą Portugalczyka w tej roli miał być Eden Hazard, który jak dzisiaj wiadomo, przez urazy nie jest w stanie wejść na poziom, który prezentował w Chelsea. Transfer nie wypalił, jednak nie jest to powód, aby teraz zrezygnować z takich inwestycji i liczyć, że któryś z młodych piłkarzy w klubie wyrośnie na gwiazdę, bo ostatnie miesiące znacznie w tej kwestii na nikogo nie wskazują. Tym bardziej, że sytuacja finansowa klubu nie wygląda źle. Okres pandemii przeszli bez większych – w porównaniu z innymi klubami – strat, oraz trzeba wziąć pod uwagę, że w ostatnich trzech okienkach wydali zaledwie 30 milionów euro. Zimą 2020 roku na Reiniera, i tyle. Przed i w trakcie obecnego sezonu nie przeprowadzili ani jednej transakcji wzmacniającej drużynę, lecz tylko się wzbogacali na sprzedażach. Czemu więc nie odpuścić transferów 2-3 Viniciusów, a w zamian sprowadzić jednego, bądź dwóch sprawdzonych, pewnych zawodników.

W ostatnim czasie przewijają się głównie dwa nazwiska, których domagają się kibice. Kylian Mbappe i Erling Haaland. W gruncie rzeczy wyciągnięcie przynajmniej jednego z nich może być problemem, ale grono wielkich piłkarzy, którymi może, a wręcz powinien się interesować Real, jest dużo szersze. W kwestii defensywy sporo się mówi o Davidzie Alabie, i tutaj chociaż pojawiają się ostatnio duże wątpliwości, to Królewscy ciągle są faworytem w wyścigu. Jeśli dojdzie do skutku, to wielkie brawa, jednak Los Blancos nie powinni spocząć na samym transferze Austriaka. Ciągle toczy się temat Camavingii, który chociaż byłby przyszłościową inwestycją, tak mimo wszystko raczej pewną, bo mowa tu o ogromnym talencie, który mimo 18 lat zdążył już zadebiutować w seniorskiej reprezentacji narodowej. W ostatnich tygodniach wrócił także temat Jadona Sancho, który mimo kiepskiego sezonu, byłby sporym wzmocnieniem.

Są to tylko przykłady, które najczęściej przewijają się w mediach. W rzeczywistości zbiór piłkarzy, którymi interesują się skauci Realu jest o wiele większy. Perez powinien kolejny raz zaryzykować. Postawić na kolejny transfer pokroju Hazarda, oraz liczyć na odrobinę więcej szczęścia. Bezczynne czekanie i liczenie na to, że któryś z obecnych zawodników wyrośnie na lidera może być fatalne w skutkach.

WZMOCNIENIA NA TERAZ

Dziesięć z ostatnich piętnastu transferów definitywnych Realu to piłkarze, którzy w chwili realizacji zaliczani byli do kategorii wiekowej u23. Pozostała piątka to oczywiście Eden Hazard, Thibaut Courtois, Ferland Mendy, Mariano Diaz, oraz Omar Mascarell, który w Madrycie kariery nie zrobił. Około 293 milionów euro z 516 wydanych w ostatnich 3 sezonach (włącznie z tym), zostało przeznaczone na transfery młodych zawodników. Przyszłościowe wzmocnienia to rzecz naturalna, a wręcz konieczna w każdym klubie, jednak w Realu zdecydowanie za dużo pieniędzy przeznaczyło się w to, co być może będzie kiedyś, a w dość dużym stopniu zapomniało się o tym, co jest teraz.

To, że duża część z wydanej kwoty na młodzież nie wypaliła to już odrębna kwestia, ale zarząd Los Blancos samym przeznaczeniem tak sporej ilości budżetu na niedoświadczonych piłkarzy, popełnił błąd. Powinniśmy więc mieć nadzieje, że zostały wyciągnięte z tego wnioski, i przyszłe okienko będzie obfitowało przede wszystkim we wzmocnienia, które z miejsca wpłyną na dyspozycje drużyny. Nie chodzi tu wyłącznie o wielomilionowe transfery wielkich piłkarzy, którzy w poprzednich klubach byli mocno wyróżniającymi się zawodnikami, lecz po prostu przemyślane. Choć nie jest to jeszcze potwierdzone, to ściągnięcie Davida Alaby jest absolutnym majstersztykiem. Królewscy – jeśli transfer dojdzie do skutku – Austriaka wezmą za całkowicie darmo.

Oczywiście nie ma na rynku wielu piłkarzy podobnej klasy, co aktualny piłkarz Bayernu Monachium, jednak na pewno znajdzie się kilku, których ściągnięcie nie będzie wielkim problem, a będą w stanie pozytywnie wpłynąć na drużynę. Nawet w roli rezerwowego, nie musi być to zawodnik pierwszego składu. Znaczna część budżetu musi po prostu zostać przeznaczona na wzmocnienia „na teraz”. Kolejne inwestycje w przyszłość aktualnie nie są konieczne, ponieważ w Madrycie kryzys trwa teraz.

TRANSFERY Z KLUBU

Składanie ofert innym klubom to jedna sprawa, ale w Realu sporo również ich otrzymają. Już teraz, na niespełna 4 miesiące przed otwarciem okienka, pojawiają się informacje jakoby Manchester United miał zamiar złożyć ofertę za Raphaela Varane’a. To propozycje z grupy tych, które należy mocno przemyśleć, jednak pojawią się też takie, które – jeśli kwota będzie odpowiednia – powinno się bez wahania przyjąć.

Luka Jović jest piłkarzem numer jeden, którego w letnie okienko powinno się pożegnać. Serb kompletnie nie sprawdził się w Hiszpanii, a na półrocznym wypożyczeniu w Eintrachcie pokazuje, że swoich umiejętności nie stracił. Okres w Madrycie udowodnił, że do drużyny Królewskich po prostu nie pasuje, i trzeba się z tym pogodzić. Real na transferze zwrotnym do Frankfurtu (zakładając, że tam wróci, a dużo na to wskazuje) zarobi zapewne zdecydowanie mniejszą kwotą, niż ta, za którą go ściągał, jednak pobyt Luki w stolicy Hiszpanii nikomu się nie opłaci, a przyszłe okienko będzie tym, w którym będą mogli najwięcej za niego zawołać.

Wręcz identyczna sytuacja jest Garethem Balem. Walijczyk również jest na wypożyczeniu w klubie, z którego przyszedł do Madrytu, oraz podobnie jak Jović, gra tam, i czuję się zdecydowanie lepiej, niż w stolicy Hiszpanii. Z odejściem Walijczyka pogodził się już chyba każdy nawet rok temu, jednak największą przeszkodą są warunki finansowe przyszłego pracodawcy. Chociaż w północnym Londynie złapał w ostatnim czasie wysoką formę, to wcale nie jest pewne, że do Tottenhamu wróci. W tym przypadku, w porównaniu do Serba, sprawa będzie trudniejsza, ale wydaje mi się, że wytransferowanie Garetha w tym roku będzie o wiele łatwiejsze, niż w zeszłym.

Wyżej wspomniany Raphael Varane jest podobno na najwyższym miejscu transferowej listy życzeń Manchesteru United, który ma zamiar mocno walczyć o ściągnięcie Francuza. Forma byłego zawodnika Lens w ostatnim czasie mocno spadła, i w sprawie obrońcy, który miał zastąpić Sergio Ramosa w roli lidera defensywy Los Blancos, zaczęły się dyskusje, czy z mistrzem świata z 2018 roku powinno się dalej współpracować. Ewentualna sprzedaż Raphaela na pewno mocno zasiliła by budżet Królewskich, jednak w tym momencie środek obrony jest tak mocno okrojony, że pozbycie się nawet piłkarza nie będącego od kilku miesięcy w optymalnej dyspozycji, byłoby ryzykownym posunięciem. Jeśli rzeczywiście dojdzie do wielkiego zainteresowania ze strony Anglików, to zarząd powinien mocno przemyślać tę ofertę, bo żadna z opcji nie wydaje się w 100% słuszną.

Piłkarzem, którego zdecydowanie powinno się zatrzymać w klubie jest Sergio Ramos, któremu po sezonie wygasa kontrakt. Hiszpan jest bez wątpienia jednym z największych kapitanów w historii dyscypliny, który nawet jeśli nie jest w stanie grać, to w ogromnym stopniu wpływa na drużynę. Różne media podają różne wersję negocjacji, Jedne, że Ramos wymaga absurdalnych warunków umowy, a drugie, że Florentino Perez nie zgadza się na takie w granicach rozsądku. Zarazem prezesowi, jak i kapitanowi niesamowicie zależy na sukcesach klubu, oraz kibicach, dla których Sergio jest ikoną, więc obie strony dla najlepszego rozwiązania muszą dojść do porozumienia. Florentino nie powinien popełniać błędu, który zrobił z Ikerem Casillasem. W tym momencie sprawa ta jest ponad ewentualnymi wzmocnieniami, i póki nie zostanie rozwiązana, nie będzie można w pełni skupić się na transferach.

MATEUSZ PEREK

Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto

Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.

JEDEN Z DZIEWIĘCIU

Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.

Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.

Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…

Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.

PRZECIĄŻENIE SYSTEMU

Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.

„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.

Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.

OWOCOWA DESPERACJA

Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.

Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu,  Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.

Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).

OSTATNI PUZZEL

Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.

Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.

Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.

Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.

MACIEK SZEŁĘGA

Przystanek La Liga #12: Julen Lopetegui, czyli z nieba do piekła i z powrotem.

Decyzje trenerów determinują sposób ich postrzegania. Jedna niefortunna decyzja może sprawić, że cały dorobek zostaje przekreślony i w ciągu kilku tygodni szanowany trener może zyskać łatkę królewskiego błazna, który nadaje się tylko do pompowania piłek. Nie oznacza to jednak, że odbudowanie autorytetu jest misją niemożliwą do zrealizowania.

Czytaj dalej „Przystanek La Liga #12: Julen Lopetegui, czyli z nieba do piekła i z powrotem.”

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑