Długofalowość i zaufanie? Radomiak Radom pokazuje, że tak!

Kilka tygodni temu na naszych łamach pisaliśmy o dobrym początku sezonu Radomiaka Radom na ektraklasowych boiskach. Radomianie właściwie po rozegraniu kilku kolejek byli i są nadal na ustach piłkarskiej Polski, bo tak udane wejście w kampanię rozgrywkową, gdy jest się beniaminkiem, nie jest wcale tak oczywistą sprawą. Dziś kiedy spojrzymy na tabelę oraz ostatnie mecze, ujrzymy brak przypadkowości, a zespół z konretnymi planami taktycznymi i długofalową wizją własnego rozwoju.

Czytaj dalej „Długofalowość i zaufanie? Radomiak Radom pokazuje, że tak!”

Nasze skromne lato – jak przebiegło okienko transferowe w Ekstraklasie

Ledwo co zakończone okienko transferowe można spokojnie nazwać najciekawszym w historii. Czy najlepszym? Zależy dla kogo, to bowiem może być już uregulowane sympatiami ligowymi, bo podział sił w Europie uległ znaczącej zmianie. Początkowo w głowie miałem koncept kilkusegmentowego tekstu ogólnie o wszystkich niedawnych roszadach. To jednak bardzo rozległy temat, a zresztą moi redakcyjni koledzy już sprawnie zabrali się za analizowanie poszczególnych lig od podszewki. Dzisiaj więc wezmę na warsztat po prostu naszą Ekstraklase. Bo chociaż nie przelewają się w niej grube miliony, a nazwiska są tu nieco bardziej kameralne, to bez wątpienia można dojść do nowych konkluzji względem ruchów w polskiej piłce.

Czytaj dalej „Nasze skromne lato – jak przebiegło okienko transferowe w Ekstraklasie”

Sezon odkupienia czy kolejnej katastrofy – co czeka Jagiellonię Białystok w rozgrywkach 2021/2022?

“Wspaniały był to sezon, nie zapomnę go nigdy”. Tak brzmiało hasło transparentu wywieszonego przez białostockich ultrasów, na ostatni mecz sezonu 2020/2021 z Lechią Gdańsk. Na samym finiszu rozgrywek kibice dostali szansę powrotu na stadion. Powodów do radości jednak nie było, a przez cały rok zmuszali się do przełykania jednej gorzkiej pigułki za drugą. Żółto-czerwoni finiszowali na 9. miejscu – najgorszym od czterech lat.

Czytaj dalej „Sezon odkupienia czy kolejnej katastrofy – co czeka Jagiellonię Białystok w rozgrywkach 2021/2022?”

Wywiad z Filipem Burkhardtem.

Filip Burkhardt zjadł zęby na ekstraklasowej i pierwszoligowej piłce. Dziś walczy z Radunią o awans do 2. Ligi. Jakim klubem jest Radunia? Najlepszy moment w karierze? Konsekwencje bramki z 60 metrów w barwach Wisły Płock? Odpowiedzi na te oraz inne pytania znajdziecie poniżej.

Jaka była twoja reakcja, kiedy Radunia otrzymałeś ofertę z Raduni? Wówczas mówiło się zdecydowanie mniej o tym zespole.

Na Pomorzu jest to dość znany klub. Co raz więcej ludzi wie, gdzie jest Stężyca i że Radunia walczy o awans na poziom centralny. W momencie, gdy Radunia się po mnie zgłosiła, byłem piłkarzem Bytovii. Niestety klub z Bytowa zaliczył spadek z 1. Ligi. Radunia była bardzo konkretna. Przedstawili mi dwuletni plan, który mnie przekonał, więc postanowiłem dołączyć do tego projektu. Mam nadzieję, że w tym sezonie uda nam się zwieńczyć dzieło i awansujemy do 2. Ligi.

Spodziewałeś się, że w tym sezonie tak dobrze będzie wyglądała wasza gra. W imponującym stylu wygrywacie spotkania, strzelacie średnio ponad trzy bramki na mecz i jesteście głównym faworytem do awansu.

Patrząc na personalia mamy w drużynie wielu zawodników z doświadczeniem pierwszoligowym. Niektórzy nawet z ekstraklasowym. Niczego nam tak naprawdę w Stężycy nie brakuje. Organizacja stoi na wysokim poziomie. Teraz zbieramy tego owoce. Wygrywamy większość meczów w sposób przekonujący. Oczywiście w piłce trzeba wkalkulować drobne kryzysy, ale wypracowaliśmy sobie w miarę bezpieczną przewagę, by w razie potknięcia sytuacja była pod kontrolą. Oby takie potknięcia, czy spadki formy nie nadeszły.

Wiele klubów Ekstraklasy oraz 1. Ligi odczuło kryzys związany z koronawirusem. Jak było w waszym przypadku?

Na nas oczywiście też się odbiła. Przede wszystkim celem na sezon 19/20 było wywalczenie awansu do 2. ligi, ale niestety się nie udało. Trzymaliśmy się w ścisłym czubie tabeli, ale nie mieliśmy możliwości dogrania sezonu, a myślę, że do ostatniej kolejki walczylibyśmy z KKS-em Kalisz o awans. Niestety nie było nam to dane. Na szczęście właściciel klubu nie zrobił żadnych nerwowych ruchów. Zachował się bardzo profesjonalnie i wzmocnił zespół. W oparciu o zaufanie zbudowaliśmy bardzo mocną drużynę jak na warunki trzeciej ligi. Myślę, że już dziś byśmy sobie poradzili na boiskach drugoligowych.

Radunia jest już gotowa pod względem infrastrukturalnym na 2. ligę?

Myślę, że byśmy dali sobie radę. Pod względem infrastrukturalnym z roku na rok jest co raz lepiej. Powstają nowe obiekty, a pozostałe są modernizowane. Sądzę, że klub spokojnie otrzyma licencję na drugą ligę. Mamy też dużo młodzieży. Dzieci przyjeżdżają z okolicznych miejscowości, by grać w Raduni. Zdarza się, że do Stężycy dojeżdżają również juniorzy z Trójmiasta, Kościerzyny, Kartuz, czy Przodkowa.

Piłkarze pierwszego zespołu starają się przychodzić na treningi juniorów, by wspomóc ich doświadczeniem. Wszystko w klubie jest robione z myślą o przyszłości, by Stężyca niebawem stała się trzecią siłą na Pomorzu.

A jaka jest atmosfera wokół klubu?

Podoba mi się, że atmosfera wokół klubu jest bardzo przyjazna. Ludzie w Stężycy są bardzo serdecznie i czuje się to na każdym kroku. Pod tym względem mamy komfort pracy. Grałem już kiedyś w małej miejscowości. We Wronkach, ale tam często spotykałem się z jakimiś aktami zazdrości, ale w Stężycy nie ma czegoś takiego.

Jest szansa, że klub stanie się w przyszłości drugą Termaliką?

Tutaj jest większy nacisk na młodzież. Klub chce promować młodych zawodników. W tym roku już jeden chłopak trafił od nas do ŁKS-u (przyp. red. Jędrzej Zając) . Rolą starszych zawodników jest to, by pomóc młodym w wejściu w dorosły futbol. W miarę możliwości pomagamy i podpowiadamy. Oczywiście pierwszy zespół jest wizytówką dla gminy, więc celem nadrzędnym jest awans, ale trzeba myśleć o przyszłości.

W waszym zespole gra Jakub Letniowski, który regularnie zdobywa bramki oraz asystuje. Możesz coś więcej powiedzieć o tym młodym zawodniku?

Kuba ciężko pracuje i myślę, że już dziś byłby w stanie grać na poziomie 1. Ligi. Nie boi się wchodzić w pojedynki 1 na 1. Dobre uderza z prawej i lewej nogi. Ma dobre przykłady z góry. Starszy brat grający w wyższych ligach oraz tata, który kieruje jego karierą. Jeżeli nie przytrafi mu się żadna poważna kontuzja, to ma szansę zrobić karierę.

Wielu piłkarzy z przeszłością w Ekstraklasie zwraca uwagę na to, że grając w trzeciej lidze, często gra im się trudniej, ponieważ doświadczają wzmożonej agresji ze strony rywali. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Na pewno coś w tym jest. Nawet jak my jako Radunia jedziemy na inne trzecioligowe boiska, to widzimy po rywalach wzmożoną mobilizację. W sporcie jest to naturalną rzeczą. Każdy chce pokazać, że nie jest gorszy. Ja się do tego przyzwyczaiłem. Staram się do wszelkich prowokacji podchodzić z dużym dystansem. Nie wdaję się w żadne przepychanki słowne, bo wiem, co osiągnąłem w piłce i tego mi nikt nie odbierze. Na niższych poziomach zdarza się, że niektórzy piłkarze nie trzymają ciśnienia, myśląc, że należy im się gra wyżej i swoim niemiłym zachowaniem starają się to pokazać.

Twój brat grał w kilku zagranicznych ligach, ale ty pozostałeś wierny polskim klubom. Wiem, że dostałeś kilka propozycji z zagranicy. Mógłbyś zdradzić coś więcej?

Byłem blisko wyjazdu do Grecji, Szwecji oraz na Cypr. Zawsze, gdy pojawiały się oferty z zagranicy, równocześnie otrzymywałem propozycje gry w Ekstraklasie. To sprawiały, że ostatecznie nie spróbowałem sił poza granicami Polski.

Otrzymałeś kiedyś ofertę, którą odrzuciłeś, a z perspektywy czasu żałujesz?

W moim przypadku bywało raczej tak, że zbyt wcześnie odchodziłem z niektórych klubów. Wiem, że w tym aspekcie zdarzało mi się popełniać błędy.

Masz na myśli odejście z Wisły Płock?

Tak. To był taki przełomowy moment. Na tamtą chwilę wydawało mi się, że jeżeli klub z Ekstraklasy decyduje się, by za mnie zapłacić, to warto spróbować swoich sił. Żałuję, bo w Wiśle czułem się bardzo dobrze. Miałem tam mocną pozycję. Byłem w dobrej formie, ale czasu nie cofnę.

Twoim zdaniem jest duża różnica między 1.ligą a Ekstraklasą?

Myślę, że dziś gdzieś ta przepaść się zmniejsza. Kiedyś różnice były większe. Obcokrajowcy, którzy przychodzą do Ekstraklasy, często nie gwarantują poziomu, zdarza się, że wręcz są dużo słabsi, a ich kosztem Polacy są spychani na dalszy plan. Poziom Ekstraklasy różni się od 1. ligi tym, że grają tam piłkarze bardziej zaawansowani technicznie oraz trenerzy częściej zwracają uwagę na taktykę. Na niższych poziomach piłka jest bardziej siłowa.

Atak pozycyjny w Polsce nie jest naszą najsilniejszą stroną i często zdarza się, że drużyny przyjeżdżają tylko po to, by się bronić. Wielu trenerów skupia się głównie na utrudnianiu życia rywalom, kosztem kreacji. Dlatego nasza piłka jest na takim poziomie, jakim jest. Już od rozgrywek juniorskich trenerzy grają na wynik, a to nie sprzyja rozwojowi.

Myślisz, że dziś młodzi mają łatwiej?

Czasy się zmieniają, ale myślę, że tak. Dziś młody zawodnik raz prosto kopnie piłkę i już wyjeżdża na zachód. W moich czasach tak nie było. Mając 17 lat, zadebiutowałem w kadrze U21. Gdybym dziś będąc cztery lata młodszy, zadebiutował w młodzieżówce, od razu zostałbym zasypany ofertami z zagranicznych zespołów.

Dziś młodzi mają większe możliwości, lepszych trenerów, lepszą suplementację. Inteligentni z pewnością z tego skorzystają i trzymam za nich kciuki, by im się udało.

Pracowałeś z wieloma trenerami. Którego wspominasz najlepiej?

Myślę, że najlepszy okres miałem u trenera Marcina Kaczmarka w Płocku. Potrafił wykorzystać moje atuty i dzięki temu grałem bardzo dobrze. Obok mnie grał wówczas Jacek Góralski, z którym do dziś mam świetny kontakt. Grając obok Jacka, czułem się bardzo pewnie.

Jaki był najpiękniejszy moment w twojej karierze.

Z pewnością mecze w Ekstraklasie. Na przykład kiedy grałem w Arce, mecze w Poznaniu robiły na mnie duże wrażenie. Każdego piłkarza mobilizuje gra na stadionie, na którym zasiada ponad 30 tysięcy kibiców. Swoją drogą mnie zawsze bardziej cieszyły asysty niż bramki. Zawsze starałem się oddać piłkę koledze, jeśli widziałem, że był lepiej ustawiony. Może zabrakło mi pazerności na bramki, ale od małego bardziej cieszyły mnie asysty.

A najlepsza decyzja w twojej karierze?

Transfer do Wisły Płock. Zszedłem z poziomu 1. Ligi do drugoligowej wówczas Wisły i tam od razu wywalczyliśmy awans. We Wronkach również szło mi dobrze, bo tam strzelałem bramki w Ekstraklasie, ale to już zamierzchłe czasy.

Szczególnie zapadła mi w pamięci twoja bramka strzelona z 60. metrów.

Strzeliłem ją właśnie dla Wisły w meczu z Łęczną. Potem jak przeniosłem się do Łęcznej, bramkarz Paweł Socha powiedział do mnie: „Dzięki. Tą bramką posadziłeś mnie na ławce”.

Gdybyś nie był piłkarzem, to byłbyś?

Oj ciężko powiedzieć. Od najmłodszych lat tata zabierał mnie i brata na treningi, więc nie mam pomysłu, co mógłbym robić.

Gdybyś miał ocenić, który z was miał więcej talentu. Ty, czy twój brat?

Myślę, że porównywalnie. Marcin na pewno wyciągnął więcej ze swojej kariery. Zagrał w reprezentacji, zdobył mistrzostwo Polski z Legią.

To prawda, że byłeś blisko do dołączenia do brata w Legii?

Tak, ale było to źle rozegrane przez doradców. Zamiast grać w Lechu albo Legii, zostałem w rezerwach Lecha. Na marginesie niepotrzebnie posłuchałem się doradcy i niestety dobrze na tym nie wyszedłem. Jestem osobą bardzo otwartą i uczciwą. Tak samo podchodzę do ludzi, ale nie każdy podchodzi do tego tak jak ja i moje zaufanie zostało wówczas nadszarpnięte.

Gdybyś spotkał nastoletniego Filipa, jaką radę usłyszałby od ciebie?

Nie słuchaj podpowiedzi, tylko dąż swoją drogą do wyznaczonych celów. Jako doświadczony piłkarze wiem, że na samym talencie nie da się zrobić kariery. Talent musi być poparty ciężką pracą i wówczas można osiągnąć naprawdę dużo.

Idol z dzieciństwa oraz twój ulubiony zespół?

Lubiłem Romę, kiedy występował tam Francesco Totti. Był zawsze moim piłkarskim idolem. Starał się grać na jeden, dwa kontakty. Szybko podejmował decyzje. Obserwowałem go zawsze z podziwem. Za małolata byłem nauczony, że piłką trzeba szybko operować, żeby móc zaskoczyć przeciwnika i tak staram się grać do dziś. Jeżeli szybko operujesz piłką to przeciwnik nie jest w stanie ci jej odebrać.

Odpowiadając na drugą część pytania z przyjemnością oglądam Barcelonę. Podoba mi się ich gra.

Totti w swojej biografii stwierdził, że brakuje dziś piłkarzy, którzy grają uliczny futbol pełen finezji. Zamiast tego młodych faszeruje się schematyczną grą.

Są dwie szkoły. Pod bramką przeciwnika możesz sobie pozwolić na więcej. Grając na mojej pozycji, musisz szybciej oddawać piłkę do kolegów, by stwarzać im okazje do strzelenia bramki. Dużo zależy od trenerów. Mi się zawsze podobała gra polegająca na szybkim podejmowaniu decyzji.

Najlepszy piłkarz, z którym grałeś i przeciwko któremu grałeś.

Jeżeli chodzi o piłkarzy, z którymi dzieliłem szatnie to Jacek Dembiński i Rafał Murawski. Zawsze potrafili zrobić różnice. Jeżeli chodzi o piłkarzy przeciwko którym grałem, pamiętam mecz przeciwko młodzieżowej reprezentacji Francji. Grali tam Nasri oraz Ben Arfa i już wtedy się wyróżniali.

Ulubiony film?

Jak zostałem gangsterem. Bardzo przypadł mi do gustu.

Jakie masz plany na przyszłość? Czego ci można życzyć?

Sportowo awansu i powrotu na poziom centralny. Stopniowo uczę się pracy z dziećmi i chyba w tym kierunku będę podążał. W związku z tym chyba możesz mi życzyć cierpliwości. Z pewnością się przyda (śmiech).

Rozmowę przygotował Paweł Ożóg

Skąd biorą się problemy Lecha? Zapytaliśmy Huberta Michnowicza.

Sytuacja Lecha Poznań jest delikatnie mówiąc nieciekawa. Wyniki doskonale oddają nijaką grę zespołu prowadzonego przez Dariusza Żurawia. Postanowiłem, więc zapytać Huberta Michnowicza, sympatyka futbolu, a zarazem dziennikarza – pasjonata, zajmującego się sprawami Lecha Poznań, o opinię dotyczącą obecnej sytuacji w klubie.


Przejdźmy od razu do rzeczy. Co Pana zdaniem jest główną przyczyną słabej gry Lecha Poznań? Jeszcze kilka miesięcy temu Lech potrafił zachwycać.
Należy oddzielić grę Lecha w europejskich pucharach od poczynań w Ekstraklasie. Droga Lecha do  LE była bardzo udana. Poza meczem z Valmierą, do każdej z rund kwalifikacyjnych Lech nie przystępował w roli faworyta, czyli drużyny, która może, ale nie musi. Koniec końców Lechowi udało się wywalczyć awans, co niewątpliwie mogło cieszyć i jest było powodem do dumy, Od dłuższego czasu żadna z polskich drużyn nie zdołała się zakwalifikować do fazy grupowej, a Lech osiągnął to, prezentując styl godny podziwu. Byłem świadkiem spotkań eliminacyjnych i doskonale pamiętam, że w zespole panowała doskonała atmosfera. W tej drużynie było jakości, która przekładała się na grę.

Europa nie znała Lecha i nie miała czasu na rozgryzienie Lecha. Natomiast w Ekstraklasie sytuacja wyglądała już zgoła inaczej. Bardzo szybko trenerzy drużyn przeciwnych rozszyfrowali grę Kolejorza. Wyniki, które Lech uzyskiwał w lidze, nie były pokłosiem pecha, ponieważ pech może odnosić się do jednego, czy dwóch spotkań. Po pierwszym meczu z Górnikiem w styczniu, zapytałem trenera, czy nie martwi go styl. Odpowiedział, że zacznie się martwić, jeśli stylu nie będzie przez kilka spotkań. Co było dalej, doskonale pamiętamy

Myślę, że jedną z przyczyn to tarcia. Nie sądzę, że są to tarcia pomiędzy zawodnikami, choć nie wykluczam, że takowe też występują. Obstawiam, że raczej wynikają z oczekiwań piłkarzy w kontrze do możliwości trenera. Raczej też, nie winiłbym trenerów od przygotowania fizycznego. Można to porównać do sytuacji w reprezentacji Polski za kadencji Brzęczka.  Wyniki do pewnego momentu były dobre, ale brakowało stylu, a frustracja wśród piłkarzy i kibiców narastała. Zgrzyty wisiały w powietrzu tym bardziej, że wypowiedzi Brzęczka i czasami też piłkarzy, wzbudzały kontrowersje. A ja uważam, że w Lechu piłkarze pokroju Pedro Tiby, Daniego Ramireza, Lubomira Satki oczekują od trenera lepszego warsztatu trenerskiego.

Jednak z jakiegoś powodu postawiono na Żurawia.
Nie winiłbym trenera. Prowadząc inne zespoły nie wiodło mu się szczególnie. Otrzymał szansę wykazania się w czołowym zespole ekstraklasy. Ciężko mu się dziwić, że podjął wyzwanie. Na jego miejscu każdy by skorzystał z takiej szansy.


Nie wydaje się Panu, że decydując się na niedoświadczonego trenera, powinno się go otoczyć osobami, które uzupełniłyby jego braki?
Teoretycznie tak. Teraz możemy tylko gdybać. Suche fakty też pokazują, że za trenera Skrzypczaka i Bartkowiaka Lech prezentował się lepiej. Jednak tak naprawdę nie wiemy, co działo się wewnątrz drużyny. Trenerzy Bartkowiak oraz Skrzypczak byli odbierani przez piłkarzy bardzo pozytywnie. Na początku roku 2020 uczestniczyłem z Lechem w obozie w Belek. Byłem obecny na praktycznie wszystkich treningach w pierwszym tygodniu zgrupowania. Takiej relacji jak miał chociażby trener Skrzypczak z zawodnikami nie da się zapomnieć. Przyznam szczerze, że nie wiem dokładnie, czy to trener Skrzypczak naciskał na to, by móc podjąć pracę jako pierwszy trener, czy być może trener Żuraw czuł, że jego decyzje są czasami podważane, bo i tego typu wersje wydarzeń słyszałem. Wiemy natomiast, że Lech z nowymi asystentami radzi sobie gorzej. I ja tak naprawdę do tej pory nie wiem, za co odpowiada trener Dudka i Góra.

A co sądzi Pan o transferach letnich? O ile cześć z tych zawodników ma określony poziom sportowy, o tyle nie jestem przekonany, czy wszyscy pasują do Lecha. Czy te ruchy można uznać za przemyślane?
Jest to temat złożony. Pozyskiwanie zawodników wiąże się z wieloma zmiennymi. Pandemia również dołożyła swoje trzy grosze i skomplikowała sytuację. Obserwacja zawodnika w takim wypadku jest ograniczona. W świecie futbolu ważną rolę odgrywają agenci, a internet dziś sprawia, że kluby mają dostęp do wielu platform, dzięki którym mogą ocenić potencjał zawodnika, nie ruszając się z klubu.

Posłużę się przykładem Jana Sykory. Lech od dawna walczył o zakontraktowanie tego zawodnika, ale z różnych powodów finalizacja nastąpiła dopiero w 2020. Problem Jana polega na tym, że w Czechach gra się trochę inaczej. Polska liga jest bardzo fizyczna. Na czeskich boiskach można zaobserwować większą kulturę gry. Dlatego nie za bardzo mogę zrozumieć, jak Sykora mógł się znaleźć jako jedynka skrzydłowego.

W pewnym sensie liczne wypożyczenia Sykory mogły stanowić dla Lecha sygnał, że być może czegoś temu zawodnikowi brakuje. Jednak Lech mocno skupił się na jego pozyskaniu, a dziś można powiedzieć, że z Jankiem jest dramat. Pomijając jego problemy ze zdrowiem, słyszałem też, że pojawiały się małe tarcia pomiędzy nim a trenerem. Teraz nawet jak nic mu nie dolega, to nie jest skrzydłowym na miarę Lecha Poznań.

Ciekawym wątkiem są też wypożyczenia do Lecha.
Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku wypożyczenia są robione w celu dobicia do pewnej liczby graczy. Na przykład Awwad nie dostał zbyt wielu szans, ale wg mnie miał coś w sobie. Tak naprawdę nie można było go normalnie zweryfikować w grze, bo tych szansach dostawał bardzo mało, a okazje ku temu były. Brakowało zaufania ze strony trenera i podejrzewam, że podobnie może być z Kvekveskirim. Który może mieć nawet większe umiejętności, ale zrobiono z niego znowu typowego zapchajdziurę. Selekcja zawodników wypożyczonych, nawet jeśli nie jest błędna, to momentami działa w myśl zasady sztuka dla sztuki.

Po raz kolejny wracamy do tematu trenera.
Wg mnie w Lechu na ten moment nie ma żadnej konkurencji w walce o wyjściowy skład. I tu nie chodzi nawet o liczebność zawodników. Są niedociągnięcia na niektórych pozycjach, ale kadra nie jest przetrzebiona, jak chociażby jesienią.

A dla wzrostu jakości w drużynie nie ma nic gorszego jak brak konkurencji. Myślę, że gdyby miał Pan obstawić skład Lecha na kolejne spotkanie, miałby Pan problem z wytypowaniem może jednego nazwiska. Bez względu na to, jak zawodnik wypadnie w danym mikrocyklu i tak wyjdzie w pierwszym składzie. Tak to widzę niestety i takie też głosy dochodzą mnie z szatni Lecha. Jak posłucha się piłkarzy, którzy wyjeżdżają za granicę, tam jest walka o miejsce w składzie na każdym treningu. U nas tego nie ma.


Według mnie trener Żuraw nie ma na tyle charyzmy i wizji, że mógłby dokonać radykalnych zmian. Myślę, że trener czasami i może myśli o roszadach, ale blokuje go wizja tego, jak inni mogliby zareagować na zmiany, mam tu na myśli nie tylko zawodników, ale też zarząd Lecha, więc odpuszcza.

Dobrym przykładem zjazdu formy jest Dani Ramirez.
Dani przechodził Covida i być może z tego powodu nie gra najlepiej, ale czy słusznym działaniem jest próba odbudowy zawodnika poprzez dawanie mu okazji do gry w każdym ze spotkań? Moim zdaniem nie. Przykładowo taki Filip Marchwiński często jest przerzucany pomiędzy zespołem rezerw a Ekstraklasą, a przecież jesienią był pierwszym zmiennikiem Daniego Ramireza. Teraz go nie ma i należy się zastanowić, co tu się wydarzyło.

Jak już jesteśmy przy Marchwińskim, to podzielę się swoją myślą. W pewnym momencie w Lechu grało wielu młodych piłkarzy, choć Żuraw wcale chętnie na nich nie stawiał, o czym świadczy akcja bilet dla Muhara. Teraz wydaje mi się, że Marchwiński został pozostawiony samemu sobie.
Z tego, co wiem, Filip Marchwiński dobrze się prowadzi. Wiemy, że dużo potrafi, choć ma kilka mankamentów fizycznych, które wiążą się z jego wiekiem. Ale wg mnie Lech nie ma pomysłu na Filipa. Trener boi się podejmować decyzje, które w danym meczu mogłyby zaskoczyć rywali Lecha, a jednocześnie przy słabszej dyspozycji Daniego, mogłaby się otworzyć szansa dla Filipa. A inne zespoły mają wiedzę jak grać z Lechem. Dla wytrawnego trenera, który zjadł zęby na tej lidze, rozpracowanie Lecha nie stanowi problemu.


Uważa Pan, że Lech powinien już podziękować Żurawiowi?
Dla mnie czas trenera Żurawia się skończył. Już pierwsze 3-4 wiosenne mecze były jasnym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Taki klub jak Lech nie może sobie pozwolić, by grać tak nijako. Uprzedzając ciąg dalszy, muszę przypomnieć, że jesienią przedłużono kontrakt z trenerem. Myślę, że gdyby do tego nie doszło, to już po czterech pierwszych wiosennych kolejkach doszłoby do zwolnienia Żurawia. Nie byłoby nawet dyskusji, czy ta decyzja jest słuszna, czy nie, bo Lech grał bardzo, ale to bardzo słabo. Teraz zwolnienie świadczyłoby o tym, że pół roku temu podjęto złą decyzję, a a’la korporacja, jaką stał się Lech, nigdy do błędnych decyzji się nie przyzna,


Zarządzający klubem ślepo podążają za strategią, która się nie sprawdza i nie potrafią w porę zareagować.
Świetnym przykładem jest sytuacja, która była z Muharem. Na siłę broniono tego transferu zakłamując rzeczywistość. Wymyślano historie, że dzięki Muharowi była konkurencja, która pozwoliła rozwinąć się Moderowi. To jest niestety obracanie kota ogonem. Skoro wszyscy dookoła mówią, że jest coś nie tak, to znaczyć, że rzeczywiście coś jest nie tak. W środowisku kibicowskim jest mnóstwo ludzi, którzy znają się na rzeczy i proszę mi wierzyć, w wielu kwestiach wychodzi na „ich”, że mieli rację.

W innych klubach już dawno zrezygnowano by z Żurawia. Jakby Pan mnie zapytał, czy zmiana trenera coś da, to sądzę, że mogłaby coś dać, ale problem tkwi głębiej. Ktoś podjął decyzję o zatrudnieniu Żurawia, do drużyny z takimi przychodami, z takimi aspiracjami i zapleczem kibicowskim. Lech w Wielkopolsce ma praktycznie monopol kibicowski. Ten „ktoś” to mam na myśli zarząd i politykę klubu. Nie da się żyć tylko z akademii, jeśli jest się klubem sportowym, o tak wspaniałej historii. Co roku musi być cel sportowy, jasno i wyraźnie postawiony, dlatego śmieszą mnie te teksty o pięknej grze i wypadkowej tej gry.

Wracając do tematu, to tak jak Panu mówiłem. To jest specyfika korporacyjnego ładu, która nie pomaga. Wszyscy widzą, że jest olbrzymi pożar, a mam wrażenie, że Lech go spłyca do poziomu malutkiego ogniska. Przyświeca im wiara, że skoro się pali, to za chwilę pożar samoistnie zniknie, albo przyjdą jakieś deszcze monsunowe.

Myślę, że błędem może być też to, że Lech skupia się na szczegółach, a zaniedbuje podstawy.
Spójrzmy na to, co dzieje się w Warcie. Jaka tam jest otoczka, jak trener jest postrzegany przez zawodników, jak trener wypowiada się o swoich piłkarzach. Przed sezonem byli skazani na walkę o utrzymanie, a pokazali, że są w stanie walczyć o środek tabeli, a nie wiadomo nawet czy nie o coś więcej. Byłoby miło, gdyby ktoś z Lecha spojrzał na Wartę i zwrócił uwagę na te aspekty. Tam każdy tryb do siebie pasuje. W Lechu funkcjonuje to zgoła inaczej. I nie jest to nowość.

Kogo widziałby Pan w roli trenera po ewentualnym zwolnieniu?
Mówi się o trenerze Skorży. Podobno był blisko Śląska. Ponoć w rozmowach wypadł bardzo dobrze, ale zrezygnował z ubiegania się o tę posadę. Ciekawe, czy oznacza to, że czeka na lepszą ofertę. Kiedyś w jednym z wywiadów powiedział, że nie jest strażakiem i nie będzie przejmował zespołu w trakcie sezonu. Możliwe, że poczeka do momentu, w którym wszystkie karty będą na stole. Pytanie zasadnicze, dlaczego jednak teraz nie przyjdzie, ale nie jako strażak.

Z jednego powodu uważam, że zmiana trenera Żurawia na trenera o warsztacie trenera Skorży mogłaby wyjść na plus. Według mnie dalsza degrengolada Lecha będzie zrażać niestety zawodników. Dziś sobie nie wyobrażam, że latem mógłby odejść Ishak, ale ma dobre liczby i znajduje się pod obserwacją innych klubów. Wielu z tych piłkarzy ma ambicje, które trzeba zaspokoić. Pedro Tiba chce zakończyć karierę w Poznaniu, ale trzeba wiedzieć jak zadbać o takiego piłkarza. Nie wiem, czy pozostawienie Żurawia nie przyniesie większych strat. Pozostało tylko osiem kolejek, ale brak reakcji może wywołać nieciekawe sytuacje kadrowe.

Czy ten sezon można jeszcze odratować?
Miejsce czwarte bez pucharów czy też ósme będzie przyjmowane za podobny kaliber porażki. Nie jestem zwolennikiem tego, by Żuraw rozpoczął kolejny sezon, nawet jeśli Lech jakimś cudem wywalczyłby możliwość startów w eliminacjach. Myślę, że nic dobrego by to nie przyniosło. A teraz trzymanie trenera na siłę do końca sezonu, tak jak wspomniałem może negatywnie odbić się też na zespole.

Abstrahując od tego, jak Pan by się czuł, gdyby Pan wiedział, że za dwa miesiące Pana nie będzie, choć nikt w oczy tego Panu nie powiedział. To, co dzieje się w klubie jest konsekwencją niestety wielu decyzji z ostatnich lat. Trener to jeden z trybów. Za wyniki odpowiada również zarząd oraz dział skautingu, a w Lechu łatwiej przychodzi zarabianie na zawodnikach niż sukcesy sportowe. Lech zarabia więcej na sprzedaży piłkarzy niż dzięki sukcesom sportowym. Obawiam się, że w Lechu obowiązuje niepisana zasada mówiąca, że wynik sportowy jest tylko celem drugorzędnym. Może w końcu ktoś tam na górze zrozumie, że przez zrealizowany i ambitny cel sportowy można zarobić o wiele więcej niż do tej pory, a przede wszystkim odzyskać zszargane doszczętnie już zaufanie kibiców.

Rozmowę przeprowadził Paweł Ożóg

Co tam u Rusłana Babenko? Krótka rozmowa z zawodnikiem.

Nasz redakcyjny kolega Buckaroo Banzai przeprowadził, krótką rozmowę z byłym piłkarzem Rakowa Częstochowa Rusłanem Babenko, który we wrześniu 2020 podpisał kontrakt z Olimpikiem Donieck.

Babenko jest ważną postacią Olimpiku, który obecnie jest ósmą siłą ligi ukraińskiej. W poprzednim sezonie Babenko będąc w Rakowie grał dość regularnie, ale co do zasady jego występy nie porywały. Przeplatał gorsze spotkania lepszymi. Na Ukrainie ma renomę solidnego ligowca, więc po nieudanej przygodzie z Rakowem nie miał większych problemów ze znalezieniem nowego pracodawcy.

Wczoraj rozegrał bardzo dobre spotkanie z Szachtarem. Jego drużyna przegrała 0:1, ale Babenko pozostawił po sobie dobre wrażenie. Często przerywał akcje rywali, a w ofensywie pełnił role łącznika, który starał się napędzać poczynania ofensywne swojej drużyny. To dobry prognostyk przed zbliżającymi się spotkaniami Olympiku.

Grałeś w Polsce i na Ukrainie. Znasz smak gry w obu tych krajach. Jak porównałbyś poziom Ekstraklasy do UPL?

Ciężkie pytanie. Cóż, jeszcze dwa lata temu, gdy UPL podupadała, poziom był mniej więcej taki sam. Teraz wydaje mi się, że jednak wyższy jest w UPL. Wydaje mi się, że obecnie przewyższa ona poziomem Ekstraklasę.

A jak opiszesz samą UPL?

Obecnie gra się bardzo zachowawczy futbol. Drużyny lubią się bronić. Jest też dużo ciężkiej, fizycznej pracy i walki. Całą drużyna biega i nikt nie odpuszcza ani na chwilę.

To twoje odczucia dotyczące tego, co dzieje się na murawie. A jak porównasz poziom organizacji lig?

Tu nie ma co porównywać. Ekstraklasa pod tym względem, to zupełnie inny poziom. Wszystko jest tam dopięte na ostatni guzik. Przyjemnie się gra w takich warunkach.

Chciałbyś wrócić do Polski?

Nie myślę o tym teraz. W Olimpiku jest mi bardzo dobrze, czuję się świetnie. Nie mam potrzeby, by wracać do Polski. Z drugiej strony kto wie, co się jeszcze wydarzy…

A co takiego jest w Olimpiku, że chciałbyś tu zostać?

Świetna drużyna. Super piłkarze, zespół prezentuje się bardzo dobrze, a teraz przyszedł jeszcze niesamowity trener. Jestem ciekawy tego, jak daleko uda się nam zajść. Mamy plany, by zając możliwie najwyższą lokatę na koniec sezonu. Dobrze się tu czuję, dużo gram, absolutnie nie mam prawa na nic narzekać. Tylko się cieszyć.

Rosnące ambicje w Szczecinie. Czy Portowców stać na walkę o najwyższe cele?



Drużyna z Pomorza Zachodniego kolejny sezon z rzędu robi znaczący progres w każdym aspekcie piłkarskim. Podobnie jak w zeszłym roku, na półmetku rozgrywek są w gronie faworytów do gry w europejskich pucharach, a nawet w kontekście mistrzostwa. Wnioski z wiosny 2020 zostały jednak wyciągnięte i w Szczecinie szykują się na przełomową względem ostatnich lat pozycję w tabeli.

DŁUGOTERMINOWY PROJEKT PRZYNOSI efekty

Niemiecki szkoleniowiec Kosta Runjaic rozpoczął swój staż na północnym zachodzie kraju w listopadzie 2017 roku. Początkowo była to decyzja niezrozumiała z jego perspektywy, ponieważ jeszcze kilka lat temu dwukrotnie otarł się z Kaiserslautern o niemiecką Bundesligę. Do Pogoni przyszedł w momencie, kiedy Portowcy okupowali dolne strefy tabeli, a kryzys coraz bardziej się pogłębiał. „Ja byłem bez klubu, oni potrzebowali trenera. Lubię wyzwania, tak nasze drogi się zeszły” – takimi słowami tłumaczył Runjaic swój wybór po objęciu wówczas ostatniej drużyny Ekstraklasy. Cel na sezon był jeden – utrzymać się w lidze, a potem pomyślimy, co dalej. Ostatecznie udało się uniknąć spadku i to w dość dobrym stylu. Grupę spadkową zakończyli na 3 pozycji z przewagą 9 punktów nad strefą degradacji. W tym momencie można było zacząć kłaść fundamenty pod większy projekt.

Przed sezonem 2018/19 Portowcy dokonali wzmocnień jasno sugerujących, że mają zamiar aspirować o górną ósemkę ligi. Radosław Majewski, Mariusz Malec, czy wypożyczony z Wolverhampton Michał Żyro robili dobre wrażenie, a do tego doszli jeszcze niezbyt znani polskiej piłce Zvonimir Kozulj, Tomas Podstawski, Iker Guarrotxena, David Stec i Soufian Benyamina. Z całego tego grona jedynie były piłkarz Legii Warszawa i Niemiec nie spełnili postawionych przed nimi oczekiwań, natomiast Majewski, Kozulj oraz Podstawski idealnie wpasowali się w styl gry Kosty. Przedsezonowe założenia udało się wypełnić, ponieważ Szczecinianie zajęli 7 pozycję, prezentując się ze świetnej strony w grupie mistrzowskiej. W międzyczasie oficjalnie rozpoczęła się budowa nowego stadionu oraz kompleksu boisk treningowych. Wszystko zaczęło iść w dobrym kierunku, a końcówka rozgrywek pokazała, że po doszlifowaniu kilku aspektów są w stanie rywalizować z czołówką tabeli.

Największym problem drużyny Runjaicia była defensywa. Obrońcy popełniali wiele błędów, a bramkarze często zawodzili. Z siedmiu wzmocnień, jakie przeprowadzili w lecie 2019 roku, aż pięć było do strefy obronnej. Golkiper Dante Stipica, środkowi defensorzy Benedikt Zech, Igor Łasicki i Kostas Triantafyllopoulos, oraz Damian Dąbrowski grający na pozycji defensywnego pomocnika. Pierwsze efekty było widać już po połowie sezonu, bo Austriak wraz z Grekiem zbierali liczne brawa za solidną grę, a Chorwat przez wielu został okrzyknięty najlepszym bramkarzem ligi. Na półmetku sezonu Portowcy okupowali górną część tabeli, a myśli o grze w eliminacjach do europejskich pucharów były jak najbardziej uzasadnione. Wiosna jednak okazała się tragiczna dla Pogoni, ponieważ po odejściu Zvonimira Kozulja, oraz Srdjana Spiridonovicia stracili siłę w ofensywie, a kolektyw spoza boiska przestał się przekładać na murawę. Jak runda mistrzowska w sezonie 18/19 była bardzo udana w ich wykonaniu, tak ta z 2020 roku była sporym rozczarowaniem.

Chociaż przed ubiegłymi rozgrywkami wycofał się główny sponsor klubu – grupa Azoty, to rozwój nie zahamował, a wręcz przeciwnie. Jarosław Mroczek nie obawiał się sięgnąć do kieszeni i sprowadził Michała Kucharczyka, Alexandra Gorgona, Luke Zahovicia oraz Luisa Mate. Co najważniejsze – oprócz Marcina Listkowskiego nikt istotny z klubu nie odszedł. Mimo kiepskiego startu w rozgrywkach i ciągnących się problemów z formą aż do grudnia, Portowcom udało się zakończyć rundę jesienną na pozycji lidera.

WYRACHOWANIE I DETERMINACJA

Pogoń nie gra atrakcyjnej dla oka piłki. Nie ma sensu nikogo przekonywać, że jest inaczej. Portowcy grają przede wszystkim mądrze, z myślą o końcowym wyniku, a nie o zrobieniu jak najlepszego widowiska. Po objęciu nawet jednobramkowego prowadzenia nie szukają na siłę podwyższenia rezultatu, tylko starają się go nie stracić. Dla niektórych taki styl może być bardzo nudny, a nawet niemożliwy do oglądania, ale takie nastawienie doprowadziło ich do miejsca, w którym aktualnie są. Nie jest to jednak typowo defensywna gra, w której w ośmiu, bądź więcej bronią swojego pola karnego, tylko stawiają na kontrolę i posiadanie piłki.

Akcje bramkowe często są budowane od obrony, z dużą liczbą podań, a czasami przy wykryciu błędu w ustawieniu rywala pójdzie szybkie wyprowadzenie akcji, jak chociażby przy bramce Sebastiana Kowalczyka w meczu z Lechem Poznań. Długa wymienność podań dekoncentruje rywala, dzięki czemu jest większa szansa, że popełni błąd. Posiadanie futbolówki i mądre ustawienie sprawia także, że rzadko nadziewają się na kontry. Ogólnie rzecz biorąc, defensywa Runjaicia działa jak jedna wielka maszyna. Jeśli ktoś popełni indywidualny błąd w okolicach własnego pola karnego, to praktycznie cała formacja obronna się sypie, i trzeba liczyć na samodzielny odbiór któregoś z obrońców, bądź w ostateczności na Dante Stipice. Często Chorwat ratuje sytuacje fenomenalnymi interwencjami, ale czasami kończy się to stratą bramki.

Najważniejszą rolę w preferowanym przez Niemieckiego trenera stylu odgrywa defensywny pomocnik. Aktualnie tę funkcję wykonuję Damian Dąbrowski, który w mojej opinii jest najlepszym piłkarzem Szczecinian w tym sezonie, uwzględniając tylko zawodników z pola. Łączy formację defensywną z atakiem i niemal wszystkie wyprowadzane akcje przechodzą przez byłego piłkarza Cracovii. Ma on za zadanie rozrzucać piłki ze środkowej części boiska na skrzydła lub czasami samemu podprowadzić futbolówkę wyżej. Przede wszystkim musi unikać błędu, ponieważ w przeciwnym razie obrońcy będą musieli interweniować. Głównie właśnie z tego względu wygrał rywalizacje o miejsce w wyjściowym składzie z Tomasem Podstawskim, ponieważ w porównaniu do Portugalczyka popełnia o wiele mniej pomyłek.

Portowcy są niesamowicie zdeterminowani do wygrywania, przez co starają się jak najbardziej zwężać ryzyko popełnienia błędu. Stanowią jeden wielki kolektyw, który na pierwszym miejscu ma dobro drużyny. Indywidualne akcje nie są karane, ale każdy stara się szukać jak najlepszego rozwiązania, a nie poklasków za efektowne zagrania. W Pogoni widać wielkie wyrachowanie, które prowadzi ich do sukcesu.

SPOKOJNI O PRZYSZŁOŚĆ

Stadion na 20 tysięcy miejsc, centrum szkolenia dzieci i młodzieży, trzy boiska pełnowymiarowe. Tak wyglądają najważniejsze punkty w ramach projektu dotyczącego rozbudowę klubu, opiewającego na ponad 362 miliony złotych. Pogoń w końcu będzie mogła pochwalić się nowoczesnym stadionem, o którym bardzo długo marzyli, oraz jakościowo poprawić szkolenie młodzieży. Akademia wejdzie na jeszcze wyższy poziom, bo przecież mowa tu o jednej z lepszych szkółek w Polsce. Inwestycja da nowe rozwiązania i większą swobodę trenerom, którzy już teraz robią świetną robotę. Widok rozbudowanej bazy treningowej w dużym stopniu zachęci także młodych piłkarzy, którym została złożona oferta dołączenia do jednej z grup młodzieżowych. Projekt ten niesamowicie przyśpieszy rozwój klubu, a być może okaże się nawet najważniejszym posunięciem w historii Pogonii.

Cała machina związana z nową infrastrukturą ruszy rzecz jasna dopiero po ukończeniu jej budowy, jednak w pierwszej drużynie Portowców już teraz jest wielu młodych zawodników, na których Kosta Runjaic nie obawia się stawiać. Sebastian Kowalczyk, choć rozgrywa już 5. sezon w Ekstraklasie, to ciągle ma dopiero 22-lata. Mimo młodego wieku już teraz jest jednym z liderów szatni oraz niejednokrotnie wychodził na boisko z opaską kapitańską. Takiej postaci potrzebuje każda drużyna, a Szczecin – zakładając, że nigdzie nie odejdzie – już teraz ma zapewnionego lidera na lata. Adrian Benedyczak zadebiutował w sezonie 17/18, ale dopiero teraz przebił się na stałe do pierwszej drużyny Portowców. Poprzedni rok spędził na wypożyczeniu w Głogowie, gdzie poprzez regularną grę zbierał doświadczenie grając zbierał doświadczenie. Po czasie jak widać – wyjazd się opłacił, ponieważ w najwyższej polskiej klasie rozgrywkowej pokazuje się ze świetnej strony, co przełożyło się także na dwa trafienia.

Chociaż jest jednym z najmniej doświadczonych piłkarzy Pogoni, to według niektórych w obecnym sezonie należy do grona jednych z lepszych zawodników występujących w granatowo-bordowych barwach. Mowa tu oczywiście o Kacprze Kozłowskim, któremu wielką karierę wróży się już od debiutu w wieku niespełna 16 lat (dokładnie 15 lat, 7 miesięcy). Jednak dopiero teraz zachwyty nad młodzieżowym reprezentantem Polski osiągnęły apogeum, ponieważ pod koniec ubiegłego roku kalendarzowego robił prawdziwą furorę na boiskach Ekstraklasy. Drugim z młodych pomocników zbierającym już pochwały jest Kacper Smoliński. Rok temu otrzymał trzy razy szansę występu, jednak obecnie już na stałe zawitał w seniorskiej kadrze.

Nie wolno także zapominać o Hubercie Turskim, który, choć w tym sezonie został chwilowo odsunięty na bok, to ma niesamowite warunki jak na swój wiek (18 lat). Obecnie pod względem fizycznym wygląda lepiej niż duża część rosłych zawodników ligi. Na wypożyczeniu w Warcie Poznań przebywa aktualnie Maciej Żurawski, który także wiele razy zaprezentował swój potencjał w pierwszym zespole. Mateusz Łęgowski, chociaż nie zaliczył jeszcze debiutu w profesjonalnym futbolu, to w ubiegłym sezonie przebywał w hiszpańskiej Valencii, gdzie trenerzy doceniali jego umiejętności. Jest jeszcze dochodzący do pełnej sprawności po kontuzji Marcel Wędrychowski, który również ma ogromne możliwości. Mariusz Fornalczyk i Bartłomiej Mruk nie są wychowankami klubu, ale o ich podpis walczyło kilka innych drużyn Ekstraklasy. Pierwszy z nich, choć w ostatnich tygodniach rozegrał tylko 21 minut, to udowodnił w nich swoją wartość. Były zawodnik Garbarni Kraków otrzymał, póki co zaledwie minutę, co poskutkowało wypożyczeniem do Błękitnych Stargard z trzeciego poziomu rozgrywkowego.

Młodzież w Szczecinie rozkwita w ekspresowym tempie, a proces ten ma usprawnić nowy kompleks nowych boisk i budowa akademii z prawdziwego zdarzenia. Pogoń w najbliższych latach stanie się sporym producentem piłkarzy z potencjałem, nie tylko na skale krajową. W głowach kibiców, jak i zapewne osób w klubie największym celem jest jednak wygranie jakiegoś trofeum. W końcu, bo Portowcy w całej swojej historii ani razu nie sięgnęli po oficjalny puchar. Jak pokazuje aktualna dyspozycja Szczecinian – pragnienie w najbliższej przyszłości zostać zrealizowane.

MATEUSZ PEREK

W Lechii sezon przejściowy w pełni.

Lechia Gdańsk w tym sezonie delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyca. Jeżeli ktoś spodziewał się postępów, to mógł się zawieść niczym pracownik oczekujący znacznej podwyżki, który zamiast niej otrzymał bakaliowe środy i owocowe czwartki. Należy zadać sobie pytanie, w którą stronę zmierza ten zespół, w czym tkwi problem i gdzie upatrywać szans.

PODSTAWOWA GARŚĆ STATYSTYK


Lechia zazwyczaj jako pierwsza traci bramkę. W 10 z 16 rozegranych spotkań traciła gola jako pierwsza, co pokazuje, że zespół Stokowca lubi sobie utrudniać zadanie. Jeżeli chodzi o dorobek bramkowy, Lechia strzeliła dokładnie tyle samo bramek co czwarty w tabeli Śląsk Wrocław. Lechia podobnie jak Pogoń większość bramek strzela po stałych fragmentach gry. W ten sposób Lechia zdobyła 13 spośród 21 bramek (najwyższy udział procentowy bramek po SFG w całej lidze).


TYLKO JEDEN ZESPÓŁ SPADA Z LIGI

Najprostszym wytłumaczeniem przeciętnej oraz słabej gry w większość spotkań jest fakt, że tylko jeden zespół po sezonie opuści ligę. Regulamin rozgrywek 20/21 sprzyja zespołom, które postanowiły urządzić sobie tzw. sezon przejściowy. Jeśli dany klub ma kadrę na miejsca powiedzmy 6-10, może sobie przebimbać sezon, a i tak prawdopodobnie nie skończy na ostatnim miejscu, o ile spręży się w spotkaniach ze słabeuszami. Zespół Stokowca działa jak bystry uczeń, któremu nie zależy na stypendium, ale wie, że musi zdać do następnej klasy i robi to bez zbędnego wysiłku. Lechia na ogół nie zachwyca, ale potrafi wypunktować drużyny, które dopiero co awansowały do Ekstraklasy:
– wygrali na wyjeździe z Wartą 0:1,
– wygrali u siebie ze Stalą Mielec 4:2,
– wygrali u siebie z Podbeskidziem 4:0,
– zremisowali w Grodzisku z Wartą Poznań 1:1.


Dziesięć punktów w czterech spotkaniach z beniaminkami, to połowa dorobku punktowego Lechii w tym sezonie. Pozostałe punkty zawodnicy Piotra Stokowca wywalczyli w spotkaniach z Cracovią, Wisłą Kraków, Zagłębiem oraz Śląskiem.

TYLKO UZUPEŁNIENIA

Transfery letnie:
Bartosz Kopacz z Zagłębia Lubin,
Kristers Tobers z Lipawy (sprowadzono na stałe),
Kenny Saief wyp. z Anderlechtu (a właściwie przedłużono jego wypożyczenie).


Transfery zimowe:
Mykola Musolitin z Valmiery,
Jan Biegański z GKS-u Tychy,
Joseph Ceesay z Helsingborgsa.

O ile na ocenę zimowych transferów jeszcze przyjdzie czas, o tyle letnie ruchy można już rzetelnie podsumować. Tobers i Saief już w poprzednim sezonie grali dla biało-zielonych, więc ciężko ich rozpatrywać w kontekście wzmocnień. Docenić należy transfer Bartosza Kopacza, który gra bardzo solidnie i tworzy dobry, jak na warunki Ekstraklasy duet stoperów.

Letnim pomysłem na uzupełnienie kadry było postawienie na młodych zawodników, którzy ostatnio przebywali na wypożyczeniach, czyli Mateusza Żukowskiego i Mateusza Sopoćko. Pierwszy zagrał tylko raz w podstawowym w składzie, ale na tle Wisły Płock prezentował się na tyle słabo, że otrzymał w przerwie wędkę od trenera Stokowca. Jak dotąd uzbierał 98 minut w 6 spotkaniach ligowych. Sopoćko już zdążył pożegnać się z Lechią. Uzbierał nieco więcej minut, ale również nie zachwycał. Raczej nikt nie spodziewał się, że Sopoćko podbije ekstraklasowe boiska, ponieważ w poprzednim sezonie będąc na wypożyczeniu w Podbeskidziu, nie był nawet podstawowym młodzieżowcem.

MARAZM, MARAZM I MARAZM

Lechia potrafi ciułać punkty, ale niestety na tym poprzestaje. Ciężko doszukać się w tym zespole większych pokładów kreatywności, bo nawet jak któryś z zawodników wybija się ponad przeciętność, to za moment reszta ściąga go w dół. Na pierwszy plan wysuwa się środek pola, który bez względu na personalia prezentuje się zazwyczaj przeciętnie bądź słabo. Od Kubickiego raczej nikt nigdy nie wymagał stania się nowym Tonim Krossem, ale jego rozwój w pewnym momencie stanął i Stokowiec, który pracował z nim jeszcze w czasach Zagłębia, nie sprawił, że były młodzieżowy reprezentant Polski podniósł swój poziom sportowy. Tomasz Makowski w zasadzie nie ma atutów poza byciem młodzieżowcem. Ostatnio przynajmniej podejmuje próby strzałów z dystansu, ale wciąż śrubuje statystykę spotkań bez strzelonej bramki na poziomie Ekstraklasy.

Maciej Gajos to już wyższy poziom ligowego dżemiku. Kiedy przechodził do Lechii, wielu kibiców Lecha żartowało, że duet Klimczak&Rutkowski podrzucił do Gdańska konia trojańskiego. Niewiele dziś zostało z piłkarza, który kilka lat temu nieźle się zapowiadał, a dziś nie jest w stanie wziąć na siebie gry cieniującej Lechii w większości spotkań Lechii. Egzon Kreyzu zagrał tylko dwa spotkania i niczym szczególnym się nie wyróżnił. Młody Kałuziński zdążył już wylecieć z boiska w meczu z Jagiellonią i – co gorsza – potem Lechia zaczęła grać nawet lepiej. Nadal musi ciężko pracować, ale daleki jestem od skreślenia 18-letniego zawodnika.

Z oceną Kennego Saiefa można mieć problem. Widać u tego zawodnika jakość czysto piłkarską, ale nie ma liczb. Trzynaście spotkań i aż biją po oczach zera po stronie bramek i asyst. Faktem jest, że w wielu spotkaniach koledzy z zespołu „okradali” go z asyst, ale już przyzwoite 2+3 wyglądałoby zdecydowanie lepiej. Wydaje się, że mógłby z powodzeniem grać na tzw. „kierownicy”, ale ostatnio trener Lechii postanowił wrócić do ustawienia z Saiefem na boku.

Na skrzydłach sytuacja też nie wygląda kolorowo. Conrado zdarzają się przebłyski, ale brakuje mu regularności. Brazylijczyk potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluję. Podejmuje ryzyko i to może podobać się kibicom Lechii. Haydary w ostatnich spotkaniach wygląda tragicznie. Wspomniany wcześniej Sopoćko oraz Mihalik zdążyli już pożegnać się z klubem. Swoją drogą samo sprowadzenie Mihalika było tematem dość kontrowersyjnym, ponieważ w Cracovii zaliczył mnóstwo żenujących spotkań i ktoś, kto postawił na niego, był człowiekiem wielkiej wiary. Kilka dni temu do Lechii dołączył Joseph Ceesay, który w 2020 spadł z ligi szwedzkiej. Bazuje przede wszystkim na szybkości i w dzisiejszym spotkaniu z Puszczą zdobył bramkę już w trzeciej minucie spotkania. Pod koniec pierwszej połowy miał jeszcze jedną doskonałą okazję, ale jej nie wykorzystał. W zimowym oknie dołączył również Ukrainiec Musolitin, ale wciąż czeka na debiut w spotkaniu ligowym.

GŁOWNE ATUTY

O ile można wytykać Lechii braki na wielu pozycjach, o tyle duet środkowych obrońców Kopacz – Nalepa prezentuje się bardzo solidnie i śmiało można powiedzieć, że należą do ligowej czołówki. Co ciekawe Michał Nalepa z trzema bramkami na koncie jest drugim strzelcem w zespole, co powinno uwierać graczy ofensywnych. Dziś nie miał najlepszego dnia – zdobył bramkę samobójczą i miał kilka niepewnych interwencji – ale zazwyczaj gra dobrze.

Promykiem nadziei na lepsze czasy dla Lechii jest Rafał Pietrzak. Zaliczył w tym sezonie już 6 asyst, co prawda aż trzy w meczu z Podbeskidziem, ale w Lechii brakuje piłkarzy, którzy potrafią regularnie asystować i trafiać do bramki. Jeżeli już mowa o asystach, to warto przedstawić również statystykę kluczowych podań:
– Pietrzak 33,
– Kubicki 15,
– Conrado 13,
– Saief 12,
– Paixao 11,
– Fila 10,

Haydary 10,
– Gajos 8,
– Makowski 5.


W Ekstraklasie tylko Bartosz Nowak uzbierał więcej kluczowych podań niż Rafał Pietrzak, co pokazuje potencjał, który drzemie w lewym obrońcy Lechii. Gdyby większa liczba piłkarzy Lechii potrafiłaby wziąć grę na siebie, to ich sytuacja wyglądałaby zdecydowanie lepiej. Grają tak, jak grają, ale czwarte miejsce jest nadal na wyciągnięcie ręki. Przez długi czas dość zachowawcza gra Lechii przynosiła dobre rezultaty. Niestety pragmatyzm przełożył się na znaczący regres, który nie oddaje tabela. Złośliwi mogą powiedzieć, że Lechia, kiedy strzela bramkę cofa się, ale kiedy traci, również się cofa. Nawet spotkanie z Puszczą to pokazało. Lechia szybko strzeliła bramkę na 1:0 i nie zdecydowała się pójść za ciosem, a końcówka meczu wyglądała, jak typowy pomysł Cracovii na spotkanie, czyli wrzutki bez ładu i składu.

Lechia jeszcze nie tak dawno grała w finale Pucharu Polski, a rok wcześniej wywalczyła Puchar i Superpuchar, a dziś stała się drużyną, której głównym celem jest gra na poziomie Ekstraklasy, ale nic więcej. Czy zwolnienie Stokowca mogłoby pomóc? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że od jakiegoś czasu Lechia działa na określonych zasadach, które nie każdemu trenerowi mogą odpowiadać, a trener Stokowiec, co by nie mówić, zna już ten klub od podszewki, zdobył zaufanie kibiców zasilając klubową gablotę i zapewne wie najlepiej jakie potencjalne trupy mogą po raz kolejny wyskoczyć z szafy.

PAWEŁ OŻÓG

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑