Diego Sinagra – gdy sława wyprzedza talent

Jeśli twoim ojcem jest najlepszy piłkarz świata, to z góry wiadomo, że gdy odwiesi już buty na kołku, to właśnie na ciebie spadnie ciężar presji, by w te buty ponownie wskoczyć. Nawet jeśli spadają ci one z nóg i czujesz się w nich jak w kajakach, a na dodatek wspomniany ojciec odżegnuje się od wspólnych więzów krwi. I to pomimo tego, że już dawno udowodniono mu, że się myli, a ty wyglądasz jak jego niemal perfekcyjna kopia z młodości. Mniej więcej tak wyglądała ponad połowa życia Diego Sinagry, znanego jako Diego Maradona jr. Pierworodnego syna śmiertelnego boga futbolu.

Czytaj dalej „Diego Sinagra – gdy sława wyprzedza talent”

„Cisza, Bóg śpi”. Blaski i cienie życia Diego Maradony

Po tym, jak rok temu, w zaciszu swojego domu, na obrzeżach Buenos Aires, zmarł Diego Armando Maradona, na placach i ulicach argentyńskich miast zgromadziły się nieprzebrane tłumy. Wszyscy przybyli na stołeczne Plaza de Mayo, obserwując asfaltową drogę autostrady, choć na chwilę chcieli dostrzec karawan wiozący drewnianą trumnę okrytą argentyńską flagą. Zgromadzeni – młodzi, w sile wieku i starcy, biedni i zamożniejsi, cały naród – żegnali swojego idola w jego ostatniej, doczesnej podróży. Gdzieś na wysokościach powiewał wiele mówiący o całym zajściu transparent z napisem: „Diego, nie ważne co zrobiłeś ze swoim życiem, ważne co zrobiłeś z naszym.”

Czytaj dalej „„Cisza, Bóg śpi”. Blaski i cienie życia Diego Maradony”

Całą noc płakałem, ale już się nie boję. Życie Sinisy Mihajlovicia

W ostatnim czasie minęły równo dwa lata od dnia, w którym Sinisa Mihajlović przeszedł udany przeszczep szpiku kostnego. Pokonał białaczkę i wrócił do żywych. Nieco wcześniej, w lutym 2019 roku, kiedy świętował swoje pięćdziesiąte urodziny, spojrzał w lustro i rzekł do siebie: „Sinisa, sporo już zobaczyłeś na tym świecie.” W swojej autobiografii rozwinął tę myśl: „Czułem, jakbym miał na liczniku na dobrą sprawę nie 50, a 150 lat.”

Czytaj dalej „Całą noc płakałem, ale już się nie boję. Życie Sinisy Mihajlovicia”

Mentalność jest kluczem! 40 lat Zlatana Ibrahimovicia

Nieuchronnie zbliża się dzień, w którym Zlatan Ibrahimović zawiesi buty na kołku i pożegna się z piłką. Nie ulega wątpliwości, że świat futbolu momentalnie stanie się uboższy, a liga włoska straci część swojego blasku. Nie tyle ze względu na grę i to, co wciąż prezentuje na boisku, ile na osobowość, która wciąż jest wielka, wciąż magnetyzuje. W ostatnim wywiadzie gorzko stwierdził, że nie jest już tym samym graczem, co kiedyś. Ciało wolniej się regeneruje, częściej zmaga się z bólem, głowa nie zawsze pracuje na najwyższych obrotach. Mimo to, Ibra wciąż jest wyjątkowy, nieustannie pragnie wzbijać się na wyżyny.

Czytaj dalej Mentalność jest kluczem! 40 lat Zlatana Ibrahimovicia

Najciekawsze transfery letniego okienka transferowego w Serie A

Pandemia dotknęła bardzo mocno włoską piłkę klubową. Wiele drużyn z Serie A, by związać koniec z końcem, musiało pozbyć się swoich najlepszych piłkarzy. Na Półwyspie Apenińskim nie zobaczymy już takich gwiazd jak: Cristiano Ronaldo (Manchester United), Romelu Lukaku (Chelsea), Achraf Hakimi, Gianluigi Donnarumma (PSG), Cristian Romero (Tottenham), czy Rodrigo De Paul (Atletico). Kluby musiały ostro nagimnastykować się latem, aby za odpowiednią ceną wzmocnić skład. Kibice calcio dostrzegają w tym same pozytywy, ponieważ każdy ruch zarządu musiał być dokładnie przemyślany. Podsumujmy zatem, które transfery okazały się najciekawsze we włoskiej lidze.

Czytaj dalej „Najciekawsze transfery letniego okienka transferowego w Serie A”

Ronaldo w Juventusie, czyli kroczenie od ściany do ściany

Trzy lata temu wydawało się, że Juventus dokonał niemożliwego. Na Allianz Stadium trafił Cristiano Ronaldo – piłkarz, który miał dać Turynowi upragniony triumf w Lidze Mistrzów. Wówczas wydawało się, że Bianconeri są bardzo blisko swego celu, a Portugalczyk to brakujący element układanki, która z roku na rok wydawała się przybliżać klub do wymarzonego od wielu lat celu.

Czytaj dalej „Ronaldo w Juventusie, czyli kroczenie od ściany do ściany”

Ballada o grubasie, hawajskiej koszuli i dominacji. Przygody Mino Raioli

Mówią, że do pracy jest mu potrzebny jedynie naładowany telefon, prawnik i przekąski w zasięgu ręki. Mino Raiola, który dla większości kibiców znany jest jako zachłanny pasibrzuch, od niespełna dwóch dekad trzęsie rynkiem transferowym i dyktuje na nim warunki. Kiedy zasiada do stołu negocjacyjnego walczy niczym lew o dobro własne i klientów, których zwykł traktować jak własne dzieci. Podróżując po świecie odziany w ekstrawagancką, hawajską koszulę wywołuje skrajne emocje. Nikomu się nie kłania, dzięki czemu niejednokrotnie rzucał na kolana najpotężniejszych ludzi w piłkarskim biznesie.

Czytaj dalej Ballada o grubasie, hawajskiej koszuli i dominacji. Przygody Mino Raioli

Charakterniak, artysta środka pola i miłośnik nocnych klubów. Nainggolan opuszcza Italię

Piłka nożna jest magnesem wielkich osobowości. Niemal każdy sport generuje niezliczoną ilość niezwykłych opowieści, ale piłka jest najpowszechniejsza. Piłkarzami zostają pracoholicy, ułożeni chłopcy, ale też kolorowe ptaki, charyzmatyczne i barwne osobowości. Radja Nainggolan, który po szesnastu latach opuszcza Półwysep Apeniński, należy do tych ostatnich. Potrafiących elektryzować na boisku i poza nim. Italia żegna bohatera wielu pamiętnych meczów, największego awanturnika ligi i pogromcę wielu dyskotekowych parkietów.

Dwa razy miałem przyjemność podziwiać jego grę na żywo. Parę lat temu, był mroźny wieczór w Bergamo, a na archaiczny, jeszcze przed wykonaną już modernizacją stadion, przyjechała ekipa AS Romy. Ledwie pamiętam wynik, był to mój pierwszy kontakt z wielkim futbolem, ale w pamięć zapadł mi Nainggolan operujący piłką z niemałą swobodą. Na małej, boiskowej przestrzeni był absolutnym mistrzem, od ręki potrafił znaleźć rozwiązanie popychające akcję całej drużyny ku bramce rywala. Poza tym dysponował fenomenalnym przerzutem. Drugi raz natknąłem się na niego w Reggio Emilia. Ninja ledwie dołączył do zespołu Cagliari Calcio. Na rozgrzewce, gdy przyszedł czas oddawania strzałów, kiedy chybił, a piłka wylądowała na trybunach, moc uderzenia rozbiła jedno z siedzeń w drzazgi. Nie będę ukrywać – do mieściny położonej w północnych Włoszech przyjechałem specjalnie dla niego.

Nainggolan spędził na włoskich boiskach niemal całość swojego dorosłego życia. Przemierzył Półwysep Apeniński – od urokliwej Piacenzy, poprzez słoneczną Sardynię, Wieczne Miasto aż do słynnej stolicy mody. Włochy dały mu bardzo wiele. Rozwój od boiskowego zabijaki do charakternego artysty środka pola i szacunek na niemal każdym stadionie Serie A. Lecz, co najważniejsze: zaakceptowały jego niesforną osobowość. Tylko tam, będąc zawodowym piłkarzem, mógł wypalać paczkę papierosów dziennie i nadużywać alkoholu. Owszem, miewał problemy ze względu na swoją nieokiełznaną naturę. Bywały skandale, afery, chwile kiedy dawał pożywkę lokalnym tabloidom. Jednak dopóki trzymał wysoki poziom na boisku, jego nocne życie było jedynie ciekawostką. Bowiem kiedy wychodził na trening, harował najciężej ze wszystkich.

„Lubię się napić i wiem, jakie łatki mi ludzie przypinają. Nie zmienię tego. Szczerze mówiąc w piłce najbardziej, lubię samą grę, reszty nie cierpię. Nie zostanę komentatorem po karierze, nie będę oceniał kolegów po fachu. Nie zwiążę się z futbolem. To brudny, zakłamany i pozorancki świat.”

Radja Nainggolan

***

Historia drogi Radji do Włoch jest ze wszech miar godna uwagi. Zanim dorósł, rodzinę opuścił jego ojciec z Indonezji. Matka, belgijka harowała po kilkanaście godzin dziennie, aby wyżywić dwójkę dzieci i spłacić długi pozostawione przez ojca. Na życie trójki osób pozostawało 500 euro miesięcznie. Nainggolan pomagał matce i grywał na osiedlu jednej z biedniejszych dzielnic Antwerpii. Na ulicy wypatrzył go Allesandro Beltrami, początkujący agent, który jeździł zdezelowanym samochodem po Europie w poszukiwaniu dobrze rokujących talentów. Wyciągnął Radję z ulicy, dofinansował jego rodzinę i wytransferował go do Piacenzy, gdzie wszystko się zaczęło.  

„Jestem pazerny na życie. Kocham je i chcę żyć jak najdłużej. Moja żona dała mi spokój i dwójkę wspaniałych dzieci. Zrobię wszystko, co w mojej mocy, by pokonała chorobę i była z nami jeszcze bardzo, bardzo długo.”

Radja Nainggolan
Może być zdjęciem przedstawiającym 2 osoby

W wywiadzie dla Diletty Leotty powiedział, że kiedy decydował się na transfer do AS Romy, myślał kategoriami klubu, w którym spotka Daniele de Rossiego i Francesco Tottiego. Nie zawiódł się, bo ci zawodnicy okazali się być kompletnym przeciwieństwem wszystkiego, co złe w piłce. Trenując pod okiem wielkich mistrzów, Radja sam wszedł na wyżyny swoich możliwości. Kampania 2017/18, podczas której Giallorssi zameldowali się w półfinale Ligi Mistrzów, była niczym piękny sen. Sam Nainggolan był jak buldożer. W pamiętnym, półfinałowym rewanżu na rzymskim Stadio Olimpico podczas szaleńczej pogoni za odrobieniem niekorzystnego wyniku dwukrotnie trafiał do bramki. W 86 minucie strzelił zza pola karnego prostym podbiciem stopy, a futbolówka odbiła się od słupka i wpadła do bramki. Tuż przed zakończeniem spotkania podszedł do rzutu karnego i huknął tak, że nieomal zerwała się siatka. Mimo fatalnego błędu z pierwszej połowy, po końcowym gwizdku schodził z boiska niczym król. 

W Mediolanie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Kibicom podobało się jego zachowanie kiedy mówił, że dałby sobie uciąć jaja, jeżeli to pomogłoby wygrać z Juventusem – odwiecznym rywalem Nerrazurich. W dalszym ciągu nie miał jednak zamiaru porzucać swojego zabawowego trybu życia, który w końcu stał się realnym problemem. Przeciążony organizm Nainggolana stał się podatny na kontuzje. Dodatkowo raz spóźnił się na trening, przez co został zawieszony przez klub. Oliwy do ognia dolewały filmy przedstawiające Ninję krążącego po omacku w jednym z klubów nocnych. Odkręcił się dopiero na koniec sezonu, można powiedzieć w samą porę. W rywalizacji ze Starą Damą potężnie uderzył z dystansu, zostawiając w pamięci kibiców, chociaż jedno miłe wspomnienie.

***

Nie chcę każdej nocy spędzać w mieszkaniu, tak jak pozostali piłkarze. Dom – boisko – dom – boisko – dom – boisko. Myślę, że w odpowiednich chwilach trzeba cieszyć się życiem, czasami trochę go roztrwonić.”

Radja Nainggolan

Ze zdumieniem patrzę jak coraz więcej kibiców kręci piłka ze ścisłego mainstreamu. Kluby zadłużające się bez opamiętania, faszerowane petrodolarami, tworzące dream teamy, psujące rynek absurdalnymi kwotami niech istnieją gdzieś na uboczu mojej, piłkarskiej świadomości. Nie umiem się tym pasjonować. Mój futbol jest inny. Nieco bardziej niszowy. Kiedy w ostatnich sezonach Ninja trafiał na Sardynię i co rusz przebierał się w koszulkę lokalnego klubu, siadałem z przyjemnością przed telewizorem, żeby obejrzeć mecz drużyn z drugiej połowy tabeli ligi włoskiej. Kręci mnie rywalizacja, radość z gry w piłkę. Co tydzień czekałem na kawałek magii, który – mimo pogarszającej się kondycji fizycznej – Nainggolan wciąż miał do zaoferowania. Może właśnie, dlatego cały wczorajszy wieczór spędziłem, oglądając składanki najlepszych zagrań Belga.

Dla mnie kończy się pewna epoka. Arrivederci Ninja!

Olgierd Bondara

Kości zostały rzucone, czyli przywitanie Mourinho w Wiecznym Mieście

Kiedy ponad dwa tysiące lat temu Juliusz Cezar wraz ze swoim wiernym wojskiem przekraczał rzekę Rubikon, miał zakrzyknąć: „Alea iacta est”, co się wykłada, że kości zostały rzucone. Tym samym rozpoczęła się krwawa, bezpardonowa wojna domowa w republice rzymskiej, którą boski Juliusz wydał Pompejuszowi, a dzięki której na powrót stał się hegemonem starożytnego świata. Wczoraj jego niewątpliwy następca, czyli Jose Mourinho wkroczył do Wiecznego Miasta, po czym oznajmił, że jest gotowy poprowadzić rzymskie legiony ku chwale.

Jose Mourinho przybył do Rzymu, a następnie, co nie było trudne do przewidzenia, z miejsca skradł show. W ostatnich dniach parę renomowanych, włoskich klubów zaprezentowało nowych trenerów. Simone Inzaghi przywitał się z kibicami Interu Mediolan, Maurizio Sarri udzielił długiego wywiadu dla „Sportitalia”, a Luciano Spaletti zdążył uścisnąć dłoń Aurelio De Laurentisa. Jednak to Mourinho wzbudził największe zainteresowanie spośród wszystkich wyżej wymienionych. Dzisiaj w samym centrum Wiecznego Miasta, na zjawiskowym tarasie otoczonym przez starożytne budowle, pośród medialnego zgiełku, został zaprezentowany jako nowy trener AS Romy. Zasiadłszy za stołem, powziął na twarz dobrze wszystkim znany szelmowski uśmiech i odpowiedział na pytania zgromadzonych dziennikarzy. „The Special One” – jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy – oficjalnie powrócił na Półwysep Apeniński.

Gra na sentymentach

Na początku maja bieżącego roku AS Roma poinformowała o zatrudnieniu Jose Mourinho, a czerwono – żółta część Rzymu nieomal eksplodowała. W mediach społecznościowych momentalnie zapanowało istne szaleństwo spotęgowane specjalnymi okolicznościami. Do ostatniej chwili przed oficjalnym ogłoszeniem nie nastąpił żaden medialny przeciek. Informacja spadła na wszystkich niczym grom z jasnego nieba i stała się wspaniałą okazją do hucznego świętowania. Nazajutrz włoskie sportowe dzienniki obwołały Mourinho nowym Cezarem, a na ulicach pojawiły się pierwsze podobizny nowego trenera. Symboliczne, że w jednej z rzymskich kawiarni pojawiły się lody „Special One” o smaku białej czekolady i cytrusów, które według załączonego opisu miały zapewnić „powiew świeżego powietrza, radości i energii.”

Wczoraj, Mourinho w gustownym garniturze wtargnął na konferencję prasową, w jego oczach pojawił się błysk, a my, wszyscy piłkarscy kibice zaczęliśmy oglądać kolejny sezon starego, dobrze nam znanego serialu. Opowiadając o dzisiejszym położeniu portugalskiego trenera, nie sposób nie odwoływać się do sentymentów. Obecny od prawie dwóch dekad w świecie wielkiej piłki Mourinho, wykreował niejedną wspaniałą drużynę, niejednokrotnie był aktorem najprzedniejszych piłkarskich spektakli. Tyle że nieustannie odwołując się do chwalebnej przeszłości, często stwarza wrażenie, jakby już dawno przeistoczył się w muzealny eksponat.

Jose rozpoczął nowy rozdział i dał znak, że wciąż żyje. Rozliczył się z ostatnimi angielskimi podbojami w Londynie i Manchesterze, stwierdzając, że żaden z nich nie był katastrofą, a ten, kto tak uważa, nigdy nie funkcjonował w piłkarskiej branży. Mam wrażenie, że przyjeżdżając na Półwysep Apeniński, Mourinho ma świadomość, że będzie pracować na innych zasadach. W Rzymie nikt nie naruszy odwiecznej hierarchii, nie postawi wyżej zawodnika, niż trenera tak jak miało to miejsce w Manchesterze United. Ponadto, zdaje się, że pomiędzy Jose a dyrektorem generalnym romanistów, Thiago Pinto, zawiązała się nić porozumienia, co może zaowocować zadowalającym mercato. Paradoksalnie to, że Roma nie posiada w swoich szeregach żadnej topowej gwiazdy, może stać się ogromną szansą Mourinho. Graczy pokroju Lorenzo Pellegriniego, Nicolo Zaniolo, Gianluci Manciniego czy Marasha Kumbulli, Jose weźmie pod swoje skrzydła i ukształtuje na własną modłę. W ten projekt można wierzyć, tym bardziej że Portugalczyk wraca na stare, włoskie śmieci.

Wybaczcie, ale niemal każdy, kto jest pod wpływem magii Mourinho, z łatwością wpada w pułapkę mitologizowania przeszłości. Jedenaście lat temu, zanim Jose opuścił Italię zdobył triplettę z Interem Mediolan, gdzie stworzył – w moim mniemaniu – wzór piłkarskiej drużyny. W pamięci na zawsze pozostaje tamta, niezwykła drużyna, a także jeden wymowny obrazek – największy boiskowy twardziel, Marco Materazzi w objęciach Jose Mourinho, na stadionowym parkingu, tuż po wygranym finale Ligi Mistrzów w 2010 roku. Obaj płaczący na myśl o przyszłym, rychłym rozstaniu. Obaj już na zawsze związani braterską więzią. Wierzę, że Portugalczyk nie rozstał się z dawną wielkością, a dzisiejszy futbol nadal stać na podobnie kapitalne sceny.

Herrera, Capello i prace remontowe

Z resztą na wczorajszej konferencji nie zabrakło wątku Interu. Nieco sprowokowany Mourinho uszczypliwie odniósł się do pracy Antonio Conte w Mediolanie:

„W historii klubów są trenerzy, których nigdy nie należy porównywać. W Rzymie nie można kogokolwiek porównywać z Liedholmem czy Capello. Gdy mówisz o Interze, to nie możesz porównywać mnie czy Helenio Herrery do kogokolwiek innego.”

Z kolei zapytany o wizję rozwoju klubu rzucił: „Nie pracujemy na pojedyncze wygrane, chcemy zaprowadzić klub wysoko i tam pozostać. Łatwo byłoby wygrać, a potem nie płacić pensji”, co oczywiście było przytykiem w stronę mediolańskiego klubu, który niedawno świętował zdobycie scudetto, a który popadł w kłopoty finansowe.

„Naszym celem jest wygranie pierwszego meczu o punkty w tym sezonie. Potem naszym celem będzie wygranie drugiego meczu. Z dnia na dzień musimy być coraz lepsi.”

Wczorajsza konferencja prasowa Mourinho nie będzie zaliczana do jego najbardziej pamiętnych występów za mikrofonem. Otwarcie dał do zrozumienia, że potrzebuje czasu. Wskazywał na błędy Romy popełniane w zeszłym sezonie i akcentował potrzebę ciężkiej pracy w celu zaszczepienia wielu zawodnikom nowej mentalności. Raczej tonował nastroje, unikając otwartych deklaracji. Jednak nie było bezbarwnie – już po krótkiej przemowie, nie bacząc na czekających dziennikarzy, Jose chciał uciec z konferencji, a jeszcze zanim odpowiedział na pierwsze pytanie, śpiesznym krokiem udał się ku oknu, by wykonać niezbędne prace remontowe.

***

Jestem bardziej doświadczony, ale DNA pozostało to samo. Jestem, kim jestem na dobre lub na złe i jestem w zasadzie tą samą osobą.

Kości zostały rzucone. Posiwiały Cezar wkroczył do Wiecznego Miasta, aby wydać wojnę, wszystkim tym, którzy zdążyli w niego zwątpić. Nadal stać go na błyskotliwość i czar, który zwykł tworzyć wokół własnej osoby. Niedługo przekonamy się, czy ku chwale Romy odwojuje, choć część dawnej chwały, a może, co niewykluczone  – wzorem Juliusza Cezara – na powrót stanie się jednym z największych.

Olgierd Bondara

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑