Kości zostały rzucone, czyli przywitanie Mourinho w Wiecznym Mieście

Kiedy ponad dwa tysiące lat temu Juliusz Cezar wraz ze swoim wiernym wojskiem przekraczał rzekę Rubikon, miał zakrzyknąć: „Alea iacta est”, co się wykłada, że kości zostały rzucone. Tym samym rozpoczęła się krwawa, bezpardonowa wojna domowa w republice rzymskiej, którą boski Juliusz wydał Pompejuszowi, a dzięki której na powrót stał się hegemonem starożytnego świata. Wczoraj jego niewątpliwy następca, czyli Jose Mourinho wkroczył do Wiecznego Miasta, po czym oznajmił, że jest gotowy poprowadzić rzymskie legiony ku chwale.

Jose Mourinho przybył do Rzymu, a następnie, co nie było trudne do przewidzenia, z miejsca skradł show. W ostatnich dniach parę renomowanych, włoskich klubów zaprezentowało nowych trenerów. Simone Inzaghi przywitał się z kibicami Interu Mediolan, Maurizio Sarri udzielił długiego wywiadu dla „Sportitalia”, a Luciano Spaletti zdążył uścisnąć dłoń Aurelio De Laurentisa. Jednak to Mourinho wzbudził największe zainteresowanie spośród wszystkich wyżej wymienionych. Dzisiaj w samym centrum Wiecznego Miasta, na zjawiskowym tarasie otoczonym przez starożytne budowle, pośród medialnego zgiełku, został zaprezentowany jako nowy trener AS Romy. Zasiadłszy za stołem, powziął na twarz dobrze wszystkim znany szelmowski uśmiech i odpowiedział na pytania zgromadzonych dziennikarzy. „The Special One” – jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy – oficjalnie powrócił na Półwysep Apeniński.

Gra na sentymentach

Na początku maja bieżącego roku AS Roma poinformowała o zatrudnieniu Jose Mourinho, a czerwono – żółta część Rzymu nieomal eksplodowała. W mediach społecznościowych momentalnie zapanowało istne szaleństwo spotęgowane specjalnymi okolicznościami. Do ostatniej chwili przed oficjalnym ogłoszeniem nie nastąpił żaden medialny przeciek. Informacja spadła na wszystkich niczym grom z jasnego nieba i stała się wspaniałą okazją do hucznego świętowania. Nazajutrz włoskie sportowe dzienniki obwołały Mourinho nowym Cezarem, a na ulicach pojawiły się pierwsze podobizny nowego trenera. Symboliczne, że w jednej z rzymskich kawiarni pojawiły się lody „Special One” o smaku białej czekolady i cytrusów, które według załączonego opisu miały zapewnić „powiew świeżego powietrza, radości i energii.”

Wczoraj, Mourinho w gustownym garniturze wtargnął na konferencję prasową, w jego oczach pojawił się błysk, a my, wszyscy piłkarscy kibice zaczęliśmy oglądać kolejny sezon starego, dobrze nam znanego serialu. Opowiadając o dzisiejszym położeniu portugalskiego trenera, nie sposób nie odwoływać się do sentymentów. Obecny od prawie dwóch dekad w świecie wielkiej piłki Mourinho, wykreował niejedną wspaniałą drużynę, niejednokrotnie był aktorem najprzedniejszych piłkarskich spektakli. Tyle że nieustannie odwołując się do chwalebnej przeszłości, często stwarza wrażenie, jakby już dawno przeistoczył się w muzealny eksponat.

Jose rozpoczął nowy rozdział i dał znak, że wciąż żyje. Rozliczył się z ostatnimi angielskimi podbojami w Londynie i Manchesterze, stwierdzając, że żaden z nich nie był katastrofą, a ten, kto tak uważa, nigdy nie funkcjonował w piłkarskiej branży. Mam wrażenie, że przyjeżdżając na Półwysep Apeniński, Mourinho ma świadomość, że będzie pracować na innych zasadach. W Rzymie nikt nie naruszy odwiecznej hierarchii, nie postawi wyżej zawodnika, niż trenera tak jak miało to miejsce w Manchesterze United. Ponadto, zdaje się, że pomiędzy Jose a dyrektorem generalnym romanistów, Thiago Pinto, zawiązała się nić porozumienia, co może zaowocować zadowalającym mercato. Paradoksalnie to, że Roma nie posiada w swoich szeregach żadnej topowej gwiazdy, może stać się ogromną szansą Mourinho. Graczy pokroju Lorenzo Pellegriniego, Nicolo Zaniolo, Gianluci Manciniego czy Marasha Kumbulli, Jose weźmie pod swoje skrzydła i ukształtuje na własną modłę. W ten projekt można wierzyć, tym bardziej że Portugalczyk wraca na stare, włoskie śmieci.

Wybaczcie, ale niemal każdy, kto jest pod wpływem magii Mourinho, z łatwością wpada w pułapkę mitologizowania przeszłości. Jedenaście lat temu, zanim Jose opuścił Italię zdobył triplettę z Interem Mediolan, gdzie stworzył – w moim mniemaniu – wzór piłkarskiej drużyny. W pamięci na zawsze pozostaje tamta, niezwykła drużyna, a także jeden wymowny obrazek – największy boiskowy twardziel, Marco Materazzi w objęciach Jose Mourinho, na stadionowym parkingu, tuż po wygranym finale Ligi Mistrzów w 2010 roku. Obaj płaczący na myśl o przyszłym, rychłym rozstaniu. Obaj już na zawsze związani braterską więzią. Wierzę, że Portugalczyk nie rozstał się z dawną wielkością, a dzisiejszy futbol nadal stać na podobnie kapitalne sceny.

Herrera, Capello i prace remontowe

Z resztą na wczorajszej konferencji nie zabrakło wątku Interu. Nieco sprowokowany Mourinho uszczypliwie odniósł się do pracy Antonio Conte w Mediolanie:

„W historii klubów są trenerzy, których nigdy nie należy porównywać. W Rzymie nie można kogokolwiek porównywać z Liedholmem czy Capello. Gdy mówisz o Interze, to nie możesz porównywać mnie czy Helenio Herrery do kogokolwiek innego.”

Z kolei zapytany o wizję rozwoju klubu rzucił: „Nie pracujemy na pojedyncze wygrane, chcemy zaprowadzić klub wysoko i tam pozostać. Łatwo byłoby wygrać, a potem nie płacić pensji”, co oczywiście było przytykiem w stronę mediolańskiego klubu, który niedawno świętował zdobycie scudetto, a który popadł w kłopoty finansowe.

„Naszym celem jest wygranie pierwszego meczu o punkty w tym sezonie. Potem naszym celem będzie wygranie drugiego meczu. Z dnia na dzień musimy być coraz lepsi.”

Wczorajsza konferencja prasowa Mourinho nie będzie zaliczana do jego najbardziej pamiętnych występów za mikrofonem. Otwarcie dał do zrozumienia, że potrzebuje czasu. Wskazywał na błędy Romy popełniane w zeszłym sezonie i akcentował potrzebę ciężkiej pracy w celu zaszczepienia wielu zawodnikom nowej mentalności. Raczej tonował nastroje, unikając otwartych deklaracji. Jednak nie było bezbarwnie – już po krótkiej przemowie, nie bacząc na czekających dziennikarzy, Jose chciał uciec z konferencji, a jeszcze zanim odpowiedział na pierwsze pytanie, śpiesznym krokiem udał się ku oknu, by wykonać niezbędne prace remontowe.

***

Jestem bardziej doświadczony, ale DNA pozostało to samo. Jestem, kim jestem na dobre lub na złe i jestem w zasadzie tą samą osobą.

Kości zostały rzucone. Posiwiały Cezar wkroczył do Wiecznego Miasta, aby wydać wojnę, wszystkim tym, którzy zdążyli w niego zwątpić. Nadal stać go na błyskotliwość i czar, który zwykł tworzyć wokół własnej osoby. Niedługo przekonamy się, czy ku chwale Romy odwojuje, choć część dawnej chwały, a może, co niewykluczone  – wzorem Juliusza Cezara – na powrót stanie się jednym z największych.

Olgierd Bondara

Raptus, zdobywca czy wściekły buldog? Nieoczywiste losy Antonio Conte.

Zdobywca – to słowo bodaj najlepiej opisuje osobowość zwichrowanego trenera z Apulii. Conte, mimo wielu niepowodzeń nieustannie prze ku następnym wyzwaniom. Jest trochę jak mityczny, starożytny przywódca, który ulega niegasnącej żądzy podboju i ekspansji. Swego czasu „La Gazzetta dello Sport” piórem jednego ze swoich komentatorów wyraziła, że Conte potrzebuje garstki prawdziwych wojowników, a rozpęta piekło na każdym froncie i przeciw każdemu typowi przeciwnika.

Czytaj dalej „Raptus, zdobywca czy wściekły buldog? Nieoczywiste losy Antonio Conte.”

Siedem grzechów głównych Juventusu

Ostatnie tygodnie „Starej Damy” nie należą do najlepszych. Styl nie rzuca na kolana, wyniki są poniżej oczekiwań, a ciągłe plotki o Andrei Pirlo nie pomagają w zbudowaniu atmosfery w zespole. Od początku sezonu Juve zmaga się z tymi samymi problemami. Na przełomie nowego roku wydawało się, że doszło do przełamania, kiedy pokonali w dobrym stylu Milan, a następnie mieli imponującą serię zwycięstw i awansowali do finału Coppa Italia, pokonując w półfinale Inter. Jednak okazało się, że problemy wróciły ze zdwojoną siłą. Dziś nie wiadomo, czy w przyszłym sezonie Juventus zagra w Lidze Mistrzów i kto będzie trenerem tej drużyny. Oto „Siedem grzechów głównych”, których dopuściła się drużyna z Turynu.

1. Andrea Pirlo – zagrywka pokerowa

Wiadomość o zwolnieniu Maurizio Sarriego i zatrudnieniu Andrei Pirlo wstrząsnęła całym piłkarskim światem. Jeszcze kilka tygodni wcześniej miał być trenerem primavery „Starej Damie”, aż nagle został szkoleniowcem pierwszej drużyny 9-krotnych mistrzów Italii z rzędu. Trzeba brać pod uwagę, że Pirlo dopiero uczy się swojego fachu, zbiera doświadczenie, a rzucenie go od razu na tak głęboką wodę było ryzykownym posunięciem zarządu Juve. Andrea otrzymał zadanie przebudowy drużyny, mimo braku środków na transfery; wdrożenie nowej taktyki, mimo plagi kontuzji i absencji spowodowanej koronawirusem oraz obronę tytułu mistrzowskiego, mimo poważnych wzmocnień rywali. Początek sezonu był obiecujący, ale w drużynie zauważalna była jeszcze ręka „Sarrizmo”. Z tygodnia na tydzień widzieliśmy nowy Juventus, który potrafił dostosować się do przeciwnika i zaskakiwać różnorodnymi ustawieniami, jak grę wahadłami, czy zagęszczeniami środka pola, przez bocznych obrońców.

Od momentu klęski ligowej z Interem (2:0) podopieczni Andrei Pirlo zanotowali na początku roku serię sześciu wygranych spotkań, grając w imponującym stylu. Wszystko posypało się po przegranym meczu z Napoli (1:0). Przyszła Liga Mistrzów, a napięty terminarz w połączeniu z problemami kadrowymi i obniżką formy kluczowych piłkarzy, znalazło odzwierciedlenie w wynikach. Od lutego nie widać postępów drużyny, a ma się wrażenie, że jest coraz gorzej. Odpadnięcie z Champions League, porażka z Benevento, remis w derbach Turynu i z odwiecznym rywalem Fiorentiną sprawiły, że pościg za Interem zakończył się na 34. Kolejce. Teraz pozostaje im walka o awans do Ligi Mistrzów. Posada Pirlo pod koniec sezonu wisi na włosku i  wydaje się, że w przyszłym sezonie nie obejrzymy go na ławce trenerskiej. Andrea miał być nowym Zidanem, ale budowa nowej „Starej Damy” okazała się misją niewykonalną dla żółtodzioba.

2. Kontuzje i absencje

Czy było takie spotkanie w tym sezonie, kiedy Andrea Pirlo mógł skorzystać ze swoich wszystkich piłkarzy? Odpowiedź brzmi: nie.

Covid i urazy mięśniowe Leonardo Bonucciego sprawiły, że ominęły go ważne spotkania z: Romą, Interem, Napoli dwukrotnie, Porto i Lazio. Włoski obrońca jest liderem defensywy Juventusu i jego brak był widoczny gołym okiem.

W tym sezonie kontuzje Giorgio Chielliniego wykluczyły na prawie trzy miesiące. Były to głównie niegroźne urazy, ale sam fakt opuszczenia tylu spotkań przez kapitana Juventusu sprawia, że coraz poważniej zastanawiamy się, czy po sezonie nie zakończy kariery.

Juan Cuadrado jest w tym sezonie jednym z lepszych piłkarzy bianconerich. Kolumbijczyk ma już na swoim koncie 10 asyst i jest liderem w tej klasyfikacji. Jego brak był widoczny w pierwszym spotkaniu 1/8 finału z Porto, kiedy brakowało kogoś, kto dokładnie wrzuci piłkę na głowę piłkarzy w polu karnym.

Paulo Dybala przez kontuzję więzadła w kolanie opuścił 80 dni. Andrea Pirlo chciał zbudować drużynę wokół Argentyńczyka, ale nie mógł z niego skorzystać przez blisko trzy miesiące. Włoski trener nieudolnie próbował zrobić z Dejana Kulusevskiego nowego Dybalę, więc brak najbardziej wartościowego piłkarza drużyny sprawił, że znajdują się teraz w tym miejscu, w jakim są.

 Pech nie opuścił także Cristiano Ronaldo. Portugalczyk przez zakażenie koronawirusem musiał opuścić mecze z Barceloną w Lidze Mistrzów, czy ligowe z Hellasem, które szczęśliwie udało się zremisować.

Nie tylko wyżej opisani zawodnicy musieli pauzować. Zły los dopadł także takich piłkarzy jak:

-Alex Sandro,

-Matthijs de Ligt,

-Merih Demiral,

-Rodrigo Bentancur,

-Arthur,

-Aaron Ramsey,

-Weston McKennie,

-Alvaro Morata,

 -Danilo.

Wydaje się, że kontuzje ominęły tylko piłkarzy bez formy w ostatnim czasie, czyli Federico Bernardeschiego, Dejana Kulusevskiego i Wojtka Szczęsnego.

W piłce nożnej nie można przewidzieć absencji piłkarzy, ale cała fala urazów w „Starej Damy” sprawia, że przypominają nam się czasy Arsenalu, którzy od lat mierzyli z ogromnym pechem. Sezon przygotowawczy nie został w pełni przepracowany przez Juventus i to może być poniekąd wina tylu urazów.

3. Środek pola

Jedno słowo, które może opisać formę środkowych pomocników Juventusu? – Dramat.

Rodrigo Bentancur miał być lepszą wersją Miralema Pjanica, który wcieli się w jego rolę na boisku, a jak jest? Jest jeszcze gorzej. Urugwajczyk kompletnie nie może się odnaleźć pod skrzydłami Andrei Pirlo. W większości spotkań po prostu przechodzi obok, a Juventusowi brakuje piłkarza, który rozegra piłkę z linii obrony, jak to robił wcześniej wspomniany Bośniak. Bentancur w tym sezonie Serie A zanotował cztery asysty, nie strzelając żadnej bramki. Dla porównania w ubiegłym roku Pjanić na tym samym etapie miał zgromadzonych pięć asysty i trzy gole. Kibice „Starej Damy” tak prędko nie wybaczą mu prostego błędu w meczu wyjazdowym 1/8 finału z Porto.

Wymiana pomiędzy Barceloną a Juventusem wyszła dla jednych i drugich na minus. Bośniak nie prezentuje się na miarę oczekiwań blaugrany, a dobre spotkania Brazylijczyka w koszulce bianconerich możemy policzyć na palcach jednej ręki. Arthur, przychodząc do nowego klubu, miał łatkę leniwego piłkarza, który gra asekuracyjnie. Niestety dla kibiców Juve wszystko okazało się prawdą. Kreatywny pomocnik strzelił w tym sezonie jedną bramkę (po przypadkowym rykoszecie z Bologną) i nie zanotował ani jednej asysty. Arthur jest autorem najdziwniejszej statystyki w tym sezonie Serie A. Popisał się tylko jednym (!) długim podaniem, które nie dotarło do kolegi z zespołu.

Aaron Ramsey i Adrien Rabiot grają poniżej oczekiwań, ale w ich grze możemy doszukać się pozytywów. Walijczyk ma całkiem niezłe statystyki (2 bramki i 4 asysty), natomiast Francuz wywiązuje się całkiem dobrze ze swoich zadań nałożonych przez Andreę Pirlo. Były piłkarz Schalke Weston McKennie jest prawdziwą rewelacją i strzałem w dziesiątkę działaczy Juve. Nikt się nie spodziewał, że Amerykanin wskoczy na tak wysoki poziom.

Na tej pozycji potrzebna będzie prawdziwa rewolucja, jeśli „Stara Dama” chce wrócić na szczyt.

4. Cristiano Ronaldo

Portugalczyk nie jest problemem Juventusu, ale piłkarze go otaczający. Mimo że prawdopodobnie CR7 sięgnie po capocannoniere, to Andrea Pirlo nie potrafi znaleźć pomysłu, aby w pełni wykorzystać obecność w drużynie jednego z lepszych piłkarzy w historii. Frustracja w niektórych spotkaniach Ronaldo jest uzasadniona. Najczęściej uwidacznia się, kiedy drużyna nie ma pomysłu na konstrukcje akcji i piłka wędruje do byłego zawodnika Realu, który musi wcielić się w rolę kreatora. Nie tylko Pirlo jest temu winien, ale także pomocnicy, którzy nie biorę rozgrywania akcji na swoje barki, tylko liczą na magię Cristiano. Wiele spekuluje się czy Portugalczyk zostanie w przyszłym sezonie nadal piłkarzem Juventusu. Prawdopodobnie tak, choć w przypadku braku awansu do Ligi Mistrzów, może się okazać, że Ronaldo przestanie interesować gra w Lidze Europy, a klub będzie chciał się uwolnić od gigantycznej pensji zawodnika. Ronaldo skończył w tym roku 36 lat. Nadal jest w znakomitej formie fizycznej i nie myśli o końcu kariery, tylko chce w dalszym ciągu sięgać po najbardziej prestiżowe trofea w piłce nożnej.

5. Liga Mistrzów

Jedyne co pozytywnego spotkało Juventus w tegorocznej edycji Champions League, to wysoka wygrana nad Barceloną (3:0). Można jeszcze docenić zwycięstwo nad Dynanem Kijów, ale trzeba pamiętać, że Ukraińcy nie mogli wystawić w obu spotkaniach najmocniejszego składu, przez ognisko koronawirusa, jaki dopadł tę drużynę. Prawdziwym koszmarem był mecz z Ferencvaros na Allianz Stadium, które dopiero udało się rozstrzygnąć w doliczonym czasie gry, po bramce Alvaro Moraty. Juventus w tamtym czasie dopiero nabierał rozpędu, a dwumecz z Porto miał być tylko formalnością.

Cóż… Morale przed pierwszym spotkaniem zostały podłamane dość niespodziewaną porażką z Napoli (1:0), które w tamtym okresie przeżywało kryzys. Juventus na Estadio Do Dragao nie pokazał nic szczególnego. Turyńczycy przegrali w beznadziejny sposób mecz, po katastrofalnych błędach swoich piłkarzy. Na pochwały zasłużył jedynie Federico Chiesa, który zdobył wyrównującą bramkę. W 93 minucie spotkania Daniel Siebert podjął dość kontrowersyjną decyzję, nie dyktując dość oczywistego rzutu karnego, po faulu na Cristiano Ronaldo. Włoskie media kilka dni grzmiały, bo ten dwumecz mógł się inaczej potoczyć, kiedy wykorzystałby „11” sam poszkodowany.

Minęły prawie trzy tygodnie, a Juventus do rewanżu podchodził natchniony zwycięstwem w lidze nad Lazio (3:1). No i niestety znów błędy indywidualne zaważyły na przebiegu spotkania. Na samym początku meczu beznadziejną interwencją w defensywie popisał się Merih Demiral, a w dogrywce… nie trzeba przypominać postawy Cristiano Ronaldo w murze. Bianconeri w rewanżu zagrali bardzo dobrze, a mogli jeszcze przed dogrywką wyrwać awans, ponieważ w doliczonym czasie gry w poprzeczkę uderzył Juan Cuadrado. Zwycięstwo po dogrywce 3:2 z osłabionym Porto nie dawało awansu do ćwierćfinału. Trzeci rok z rzędu Juventus przedwcześnie odpadł z Ligi Mistrzów i w dość kiepskim stylu. Na zwycięstwo w tych rozgrywkach czekają już ponad 25 lat.

6. Andrea Agnelli i Superliga

Większość kibiców piłki nożnej zamarła na wieść o powstaniu Superligi. Prezydent Juventusu był szefem europejskiego stowarzyszenia klubów UEFA. Włoch natychmiast zrezygnował z tej funkcji, kiedy na jaw wyszło, że jest jednym z założycieli nowo powstałej ligi dla najbardziej zamożnych klubów. Projekt Superligi okazał się totalną klapą, a Andrea Agnelli stał się jeszcze bardziej znienawidzony przez kibiców Juve. Plotki głosiły, że Włoch zrezygnował z funkcji prezydenta Juve, ale wszystkiego dowiemy się po sezonie. „Stara Dama” do samego końca trzymała się nowego pomysłu, co bardzo odbiło się na postrzeganiu klubu przez postronnych widzów. Juventus miał należeć do najlepszej „16” klubów Europy, a do samego końca muszą drżeć o awans do przyszłorocznej Ligi Mistrzów.

7. Formacja, taktyka i rola piłkarzy

Nie mieliśmy jeszcze w tym sezonie Juventusu dwóch spotkań z rzędu, żeby wystawili ten sam skład. Andrea Pirlo stara się rotować ustawieniami, zależnie od tego, jakich piłkarzy ma do dyspozycji i z jakim przeciwnikiem się mierzy. Federico Bernardeschi grał już w środku pola, na skrzydle, na wahadle, na lewej obronie, a nawet przez chwilę występował jako jeden z trójki środkowych obrońców. Na papierze przed meczem widnieje zawsze ustawienie 4-4-2, co jest bardzo mylne. Patrząc na heatmapę danych piłkarzy można zobaczyć, jak różni się ich rola na boisku od papierkowej wersji. Mogła się podobać taktyka Juve w dwumeczu Coppa Italia z Interem, kiedy boczni obrońcy zagęszczali środek pola i pomagali w konstruowaniu akcji. Na nerazzurrich przyniosło to skutek, ale inne drużyny zaczęły wykorzystywać dziurę pozostawioną na bokach obrony i Pirlo musiał wycofać się z tego pomysłu. Dużo zwycięstw dało „Starej Damy” ustawienie z wahadłami, ale nawet to w ostatnich tygodniach zostało zakopane, ponieważ Turyńczycy muszą grać bardziej ofensywnie. W ostatnich tygodniach cała gra Juventusu jest w rękach Cristiano Ronaldo.

Kibice bianconerich przeżywają trudny okres i obgryzają paznokcie z nerwów, czy ich drużynie uda się awansować do Ligi Mistrzów. Andrea Pirlo apelował o cierpliwość, ale tej brakuje już nawet jego podopiecznym. Projekt „Pirlizmo” może uratować jedynie zwycięstwo z Atalantą w finale Coppa Italią, a przecież jeszcze nie tak dawno ekipa Gian Piero Gasperiniego potrafiła pokonać Juventus (1:0). Ciężko przewidzieć co czeka Juventus w przyszłym sezonie. Czy Pirlo dostanie kolejną szansę? Czy Max Allegri wróci na ławkę trenerską? Czy jakimś cudem uda się wyrwać z Realu Zinedine Zidane’a? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość i letnie mercato.

KACPER KARPOWICZ

Najważniejsze tygodnie Belottiego w Torino. Włoch przed jedną z ostatnich szans na transfer wyżej.

Przyszłe okienko transferowe może być prawdopodobnie ostatnią szansą Andrei Belottiego na przejście do lepszego klubu. W przeszłości miał już do tego kilka razy okazje, ale wolał pozostać w drużynie Granaty, aby powalczyć z nią o wyższe cele. Obecnie klub ze stolicy Piemontu jest w bardzo kiepskiej sytuacji, a wielkie kluby stoją otworem przed Andreą. Nieuniknione, że w lecie dojdzie do rozstania. Jednak reprezentant Włoch dopilnuje tego, aby nie nastąpiło one w gorzkiej atmosferze.

ŻYWA LEGENDA KLUBU

Postawienie obecnego kapitana „Il Granaty” w hierarchii klubowych legend obok piłkarzy chociażby Grande Torino, mogłoby być mocno kontrowersyjne. Faktem jest jednak, że z „nowoczesnych” ikon 7-krotnego mistrza Włoch, Andrea Belotti jest jedną z tych największych. Od momentu przybycia do Turynu, a więc 6 lat temu, nieustannie trzyma wysoką dyspozycje, co w ogromnym stopniu przekłada się na rezultaty zespołu. Podczas jego pobytu w Torino prawdopodobnie nie było i nadal nie ma lepszego piłkarza, niż on. Poza boiskiem również prezentuje się godnie, jak przystało na kapitana. Dzięki ciężkiej pracy zapracował sobie na wielki status, oraz miano jednego z lepszych obecnie Włoskich napastników. Powołania do reprezentacji Azzurich również nie biorą się znikąd, a w aktualnych czasach jest to dość rzadkie zjawisko wśród piłkarzy Granaty.

222 spotkań, 104 bramki, 26 asyst. Tak wyglądają liczby „Il Gallo” w barwach Torino. Utwierdzają one jeszcze bardziej w zdaniu, że jest to piłkarz zdecydowanie za dobry, jak na klub, który reprezentuje. Okazje na transfer do o wiele lepszego klubu miał już niejednokrotnie. Od sezonu 2016/17, kiedy to zdobył rekordowe dla niego 26 trafień w Serie A, nieustannie jest łączony z wielkim markami. Wydawałoby się, że po tak świetnej kampanii każdy piłkarz zgodzi się na sportowy awans, a już tym bardziej jeśli ma okazje do gry w europejskich pucharach, których jego obecny klub mu nie zagwarantuje. Z Belottim było jednak inaczej, ponieważ mimo wielu ofert zdecydował pozostać w Turynie.

Nigdy o jakimś ogromnym przywiązaniu do barw Granaty z jego ust nie słyszeliśmy, choć nie można mu tego wykluczyć. Brak decyzji na transfer bierze się z tego, że Andrea chcę mieć zagwarantowaną regularną grę w wyjściowym składzie. Na tym najbardziej mu zależy, a z dotychczasowych ofert transferowych nie widział opcji na taką częstotliwość występów, jak w Torino.

„Nie jestem zainteresowany pójściem do świetnego zespołu, jeśli będzie to oznaczać, że ​​nie gram lub będę zmiennikiem. Jeśli odejdę, to dlatego, że będę miał gwarancje regularnej gry.”.

Takie słowa wypowiedział w 2018 roku, więc jak widać – nie wyklucza transferu. Nie wpływa to jednak ani trochę na jego zaangażowanie w funkcjonowanie Torino, ponieważ na dobro drużyny pracuje tak mocno, jakby miał tu pozostać już na zawsze.

UTRZYMAĆ TORINO W SERIE A

Jeśli Belotti ma zamiar opuścić Granate przyszłego lata, to na pewno nie dopuści do tego, aby do rozstania doszło w złej atmosferze wywołanej spadkiem. Dla drużyn, które chcą ściągnąć do siebie Andreę degradacje Torino byłaby bardzo na korzyść, ponieważ wtedy niemal w 100% byłoby pewne, że Włoch opuści swoją obecną drużynę. W ostatnich tygodniach sytuacja „Byków” nieco się poprawiła, ponieważ zaczęli dość regularnie punktować (ostatnie 5 spotkania – 8 punktów), co poskutkowało wyjściem ze strefy spadkowej. Turyńczycy jednak nadal nie mogą być pewni miejsca we włoskiej elicie na przyszły sezon, bo w tym momencie mają tyle samo punktów, co Benevento, które zajmuje najwyższe miejsce w strefie spadkowej.

Chociaż przyjście Davide Nicoli na posadę szkoleniowca, oraz ściągnięcie Antonio Sanabrii i Rolando Mandragory znacząco złagodziło uzależnienie Torino od Andrei, to „Il Gallo” wciąż ma duży wpływ na grę Granaty. W ostatnim czasie trochę przyćmiewa go świetna dyspozycja Sanbarii, jednak Belotti wciąż wykonuje tak dużą pracę, jak wcześniej. Z Paragwajczykiem stworzył w tym sezonie o wiele lepszy duet napastników, niż chociażby z Simone Zazą. Uzupełniają się pod wieloma względami, co przekłada się na wyniki drużyny. W ostatnim czasie to głównie Antonio strzela bramki, ale to Andreą zazwyczaj wykonuję tę „brudną” robotę. Przepycha się z obrońcami, walczy o piłkę, stwarza zamieszanie w szeregach defensywy rywala, oraz buduje pozycje dla partnerów. Nawet jeśli Belotti zaciąłby się na dłuższy okres czasu, to miejsca w drużynie pewnie by nie stracił, ponieważ jego wpływ na grę Torino jest bardzo widoczny.

Patrząc na cały sezon – Belotti miał udział przy 39% bramek Torino, co daje mu 7 miejsce pod tym względem w lidze. 12 bramek i 6 asyst pokazuje, że pod każdym względem jest liderem ofensywy „Byków”. Nikt w drużynie nie ma od niego więcej bramek, oraz nikt nie ma od niego więcej asyst. Andrea w ogromnym stopniu przyczynia się w tym sezonie do wyników Granaty i prawdopodobnie gdyby nie on, to byliby w jeszcze gorszej sytuacji.

SAGA TRANSFEROWA

Z każdym zbliżającym się okienkiem pojawia się multum nowych wiadomości i spekulacji, co do przyszłości Belottiego w Torino. Od lat łączony jest z innymi włoskimi ekipami, czy też z klubami z Anglii oraz Hiszpanii, i nie inaczej jest tym razem. Po wpisaniu samej frazy „Belotti” w Twitterową wyszukiwarkę automatycznie pojawiają się tematy z dopiskami klubów, jak chociażby Napoli, Milan czy nawet Liverpool. Lista drużyn, z którymi łączy się Andreę jest niesamowicie długa, i choć znaczna część plotek jest zapewne fałszywa, to świadczy to o tym, jak bardzo rozchwytywanym napastnikiem jest „Il Gallo”.

Dotychczas Belotti nie postanowił opuścić stolicy Piemontu, jednak przyszłe okienko może być przełomowe w tej kwestii. Spadek Torino, które w tym momencie ma tyle samo punktów, co 18 Benevento, niemalże z automatu oznacza odejście Andrei. Nie ma chyba absolutnie żadnych szans, aby reprezentant Włoch grał na zapleczu Serie A. Taki scenariusz jest wymarzony dla potencjalnych kupców, jednak nawet jeśli „Byki” utrzymają się w lidze, to jego odejście jest bardzo możliwe.

Belotti w 2018 roku postawił ultimatum, że jeśli ma gdzieś odejść, to musi mieć gwarancje regularnej gry. Ten argument dość mocno przemawia za tym, że zostanie w drużynie Granaty, ponieważ mało który klub na wyższym poziomie jest w stanie mu zapewnić taką rolę, lecz trzeba brać poprawkę na to, że od wywiadu minęły już 3 lata. Przez ten czas sporo mogło się zmienić u Andrei w kwestii postrzegania swojej przyszłości, a kolejny fatalny sezon w wykonaniu jego drużyny na pewno mocno na to wpłynął. Drugiej okazji na zagranie w wielkim klubie może już nie dostać, a grono zainteresowanych klubów jest zapewne tak duże, że może dokonać odpowiedniego wyboru.

MATEUSZ PEREK

Czy to koniec przygody Claudio Ranieriego w Sampdorii?

Prawie pięć lat temu świętował z Leicester pierwsze mistrzostwo Anglii w historii tego klubu. Pół roku po sukcesie z „lisami” został zwolniony, ale i tak odchodził z drużyny w chwale. Przed Sampdorią trenował jeszcze takie drużyny jak: Nantes, Fulham czy Romę, ale z żadną z tych drużyn nie potrafił powtórzyć spektakularnego sukcesy. W oczach fanów na całym świecie zyskał sympatię. Kilka dni temu włoskie media informowały, że nie chce przedłużyć umowy z drużyną, która ma siedzibę w Genoi. Massimo Ferrero będzie próbował przekonać Włocha, by pozostał, ale decyzja wydaje się nieodwracalna. Jak ocenimy ponad dwuletnią Claudio w drużynie blucerchiatich? Zacznijmy od początku…

ZASTAŁ SAMPDORIĘ DREWNIANĄ…

Przed sezonem 2019/20 nowym szkoleniowcem drużyny z Genoi został Eusebio Di Francesco. Sampdoria w ubiegłym sezonie zajęła w lidze 9 miejsce, a Marco Giampaolo powędrował do Milanu. Nowy sezon z nowym trenerem miał być bardzo ważny. Massimo Ferrero wierzył, że uda się Sampdorii awansować do europejskich pucharów, a jak to wyglądało za kadencji Di Francesco? Rozpoczęli od trzech wysokich porażek z Lazio (0:3), Sassuolo (4:1) oraz Napoli (2:0). Już wtedy zapaliła się lampka, że potrzebna jest zmiana na stanowisku szkoleniowca, ale wszystko zmieniło zwycięstwo na własnym stadionie z Torino (1:0). Sampdoria prezentowała się tragicznie, zawodnicy nie przypominali zgranej ekipy z poprzedniego sezonu. Kolejne porażki sprawiły, że już w połowie października byłego trenera Romy zastąpił Claudio Ranieri.

Zadanie przed szkoleniowcem urodzonym w Rzymie było bardzo trudne. Blucerchiati zajmowali ostatnie miejsce w tabeli i byli głównym kandydatem do spadku. Po 13 kolejkach udało im się wydostać ze strefy spadkowej. Kiedy wydawało się, że wyszli na prostą, na początku grudnia rozegrali mecz z Cagliari. Był to prawdopodobnie najlepszy mecz ubiegłego sezonu. Drużyna Claudio Ranieriego prowadziła 3:1, ale ostatecznie przegrali 4:3, a w doliczonym czasie gry przełamał się po dwóch latach bez bramki Alberto Cerri. Tamto spotkanie Sampy wiele zmieniło na przestrzeni całego sezonu.

WIDOCZNE POSTĘPY, ALE CELEM BYŁO UTRZYMANIE

Claudio Ranieri od początku miał swoją wizję dotyczącą ustawienia i założeń taktycznych. Dopiero w połowie grudnia, czyli po ponad dwóch miesiącach wdrożył w Sampdorię swój plan. Do pomysłu trenera sceptycznie nastawiony był kapitan drużyny – Fabio Quagliarella, któremu nie podobał się defensywny styl gry. Do momentu wstrzymania rozgrywek wyniki Sampy były sinusoidą. Potrafili zremisować z Milanem (0:0), Sassuolo (0:0), ograć w pięknym stylu Brescię (5:1). Ale dobre spotkania potrafili zamazać beznadziejnymi występami takimi jak z Lazio (5:1), Napoli (2:4) czy Fiorentiną (1:5). Ogromne kłopoty mieli obrońcy podopiecznych Ranieriego, którzy popełniali na umór błędy. Podczas spotkania z drużyną Simone Inzaghiego tragiczne zawody rozegrał Julian Chabot. Mecz zakończył z czerwoną kartką, a komentujący to spotkanie Piotr Dumanowski i Dominik Guziak uznali, że był to najgorszy indywidualny występ w tamtym sezonie. Tuż przed lockdownem rozgrywek pokonali na własnym stadionie Hellas Verona. Covid mocno dotknął drużynę z Genoi. Pierwsze przypadki koronawirusa w Serie A pochodziły właśnie z ich drużyny. Manolo Gabbiadini bardzo źle przeszedł zakażenie. Równe dwa tygodnie męczyła go gorączka, która oscylowała w okolicach 40 stopni. Wirus nie ominął również Bartosza Bereszyńskiego, którego też męczyły objawy. Całe szczęście pod koniec czerwca rozgrywki udało się wznowić, a przed pierwszym spotkaniem po lockdownie Claudio Ranieri wysnuł teorię, że piłkarze, którzy przeszli zakażenie koronawirusem, mieli ogromny problem z wróceniem do formy.

W ciągu tygodnia drużyna Sampdorii rozegrała trzy spotkania i trzy spotkania przegrała. Znów nad klubem pojawiło się widmo spadku, który nie oszczędził także lokalnego rywala – Genoę. Po 29 kolejkach wiadomo już było, że z Serie A pożegna się Spal i Brescia, a o ostatnie miejsce premiowane spadkiem będzie walczyło Lecce, Genoa oraz Sampdoria. W następnym sześciu spotkaniach udało im się wygrać aż pięć z nich. Doskonałą formę prezentowali Emil Audero, Fabio Quagliarella, Manolo Gabbiadini oraz Karol Linetty. To oni byli w tamtym sezonie najlepszymi piłkarzami blucerchiatich. Po 34 kolejkach wskoczyli nawet na 13 lokatę, a połowa miasta Genoi mogła odetchnąć z ulgą, gdzie druga połowa obgryzała paznokcie, aby udało się utrzymać w lidze. Sampdoria zakończyła sezon na 15 miejscu, a Genoa na 17. W październiku podjęto dobrą decyzję, aby zatrudnić Claudio Ranieriego, który otrzymał prosto brzmiące zadanie – utrzymać Sampdorię w Serie A. Włoski trener wywiązał się z tej roli znakomicie, a Massimo Ferrero zaproponował nową umowę, aby Claudio w następnym sezonie powalczył o coś więcej, niż tylko utrzymanie.

OBECNY SEZON, CZYLI WYJŚCIE NA PROSTĄ

Podobnie jak w ubiegłym sezonie, drużyna Sampdorii nie szalała podczas letniego mercato. Z Interu do klubu trafił Antonio Candreva oraz wrócił z wypożyczenia Valerio Verre. Udało się utrzymać trzon zespołu, który wystarczyło tylko doszlifować. Na inaugurację sezonu wysoko przegrali z Juventusem (3:0), w którym na ławce trenerskiej debiutował Andrea Pirlo. W drugiej kolejce zanotowali porażkę na własnym stadionie z beniaminkiem Benevento (2:3) i wydawało się, że aktualny sezon będzie kopiuj-wklej ubiegłych rozgrywek. Wszystko ruszyło w 3 kolejce, kiedy zdołali pokonać na wyjeździe Fiorentinę (1:2). W następnych kolejkach zdołali wygrać z takimi tuzami  włoskiej Serie A, jak Lazio (3:0) i Atalantę (1:3).

Po znakomitej serii znów przyszedł marazm. W listopadzie nie wygrali żadnego spotkania, a na domiar złego odpadli z Coppa Italia po porażce z lokalnym rywalem – Genoą. Przed świętami Bożego Narodzenia Claudio Ranieri znalazł się na celowniku Massimo Ferrero. Właściciel Sampdorii zaprosił „na dywanik” trenera i kapitana Fabio Quagliarellę. Skutek był natychmiastowy. Przed świąteczną przerwą w rozgrywkach pokonali Hellas Veronę (1:2) i Crotone (3:1). Na koniec roku znajdywali się w czołowej dziesiątce, co można było uznać za sukces. Najlepszy mecz sezonu przypadł na święto Trzech Króli. Piłkarze blucerchiatich pokonali dość niespodziewanie na własnym stadionie Inter, a prawdziwe show w tamtym spotkaniu zaprezentował Antonio Candreva, który skarcił swój były klub. Wątpliwości budził stan murawy na Stadio Luigi Ferraris. Przed meczem z ekipą Antonio Conte nad Genoą przeszła potężna ulewa, która doszczętnie zrobiła z boiska bagno. Dopiero po ponad miesiącu udało poprawić stan murawy. Natomiast Sampdoria prezentowała równą formę. Drużyna z Genoi ustabilizowała swoją pozycję w środku tabeli, ale w ostatnich tygodniach pojawiła się informacja, że Claudio Ranieri będzie chciał po sezonie opuścić szeregi blucerchiatich. Włoski szkoleniowiec ma dobre stosunki z zarządem, ale swoją decyzję tłumaczy spełnieniem celu, czyli utrzymania w ubiegłym sezonie i w aktualnym zdobycia w najszybszym możliwym tempie 40 punktów, które są barierą utrzymania. Plotki w Italii mówią, że jego miejsce ma zająć aktualny trener Venezii – Paolo Zanetti. W sezonie 2020/21 nie uda się awansować do europejskich pucharów, ale o takim wyróżnieniu nie myśleli nawet przez minutę w klubie. Massimo Ferrero na pewno zasiądzie do rozmów z Ranierim, ale jego decyzja wydaje się nieodwracalna. Następca będzie miał jednak ułatwione zadanie, gdyż przejmie drużynę poukładaną i głodną wyników.

We włoskim środowisku Claudio ma miano trenera, do którego należy podejść z szacunkiem. Sukcesy w Premier League i Serie A sprawiły, że nadal będzie pożądanym trenerem na rynku. Ranieri w październiku skończy 70 lat, ale nie myśli jeszcze o emeryturze. Uwielbia nowe wyzwania, więc możemy czekać na oficjalną informację, który klub w następnym sezonie Włoch poprowadzi.

KACPER KARPOWICZ

Manuel Locatelli – perełka z Mediolanu błyszczy w Sassuolo

Wszedł do Milanu w wieku 18 lat. Regularnie otrzymywał minuty oraz pokazywał się z wyjątkowej strony, ale już dwa lata później został wypożyczony z obowiązkiem wykupu do Sassuolo. Wydawało się, że chłopak nie poradził sobie z presją, ale tylko uśpił naszą czujność i wskoczył pod okiem Roberto De Zerbiego na światowy poziom. Dziś wymieniamy Locatellego jako kandydata na przyszłego lidera środka pola w Juventusie oraz chłopaka, który może bez problemu wskoczyć do podstawowego składu reprezentacji Włoch na Mistrzostwa Europy.

Z BERGAMO DO MEDIOLANU I PIERWSZE POWOŁANIA DO REPREZENTACJI

Manuel Locatelli swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Atalancie. Już jako młody chłopak wyróżniał się w rozgrywkach Esordienti (dla dzieci w wieku 11-12 lat), co poskutkowało szybkim transferem do Milanu. Rodzinny dom opuścił jako 11-latek, aby przenieść się do stolicy Lombardii. Włoch był wyróżniającym się chłopakiem w rozgrywkach młodzieżowych w koszulce Milanu. Potrafił w pojedynkę rozprawiać się z przeciwnikami, co skutkowało powołaniami do juniorskich reprezentacji Italii oraz treningami ze starszymi kolegami. Trenerzy młodych ekip rossonerich słusznie faworyzowali Locatellego, ponieważ wyróżniał się nawet na tle starszych kolegów. W koszulce narodowej przeszedł każdy szczebel od U15 po U21. Rozegrał aż 71 spotkań w koszulce młodej „Squadra Azzurra”. Manuel swój pierwszy profesjonalnym kontrakt z klubem podpisał w 2015 roku, jako zaledwie 17-letni chłopak. Chyba nikt się nie spodziewał, że już rok później będzie miał za sobą debiut i pierwszą bramkę w Serie A.

PROMYK SŁOŃCA I NADZIEI W KOSZULCE CZERWONO-CZARNEJ

 „O Boże! Niesamowite, ależ uderzył Manuel Locatelli, a ten chłopak ma zaledwie 18 lat!” – tak krzyczał po zdobytej bramce dla Milanu w spotkaniu z Sassuolo komentator Eleven Sports Piotr Dumanowski. Była to debiutancka bramka Manuela na poziomie Serie A. Jak szybko zadebiutował, tak równie szybko pokochało go San Siro. Mijały tygodnie, miesiące, a Manuela zaczęła przytłaczać bezbarwność Milanu. Chłopak miał problem z udźwignięciem presji, jaka spadła po znakomitym debiucie. Zapytaliśmy Marcina Długosza – eksperta Calcio oraz miłośnika Milanu, o Locatellego, który nie przeszedł drogi usłanej różami w Mediolanie.

– Chyba każdy kibic Milanu miał co do Manu ogromne oczekiwania. I dość paradoksalnie właśnie jego świetne wejście do zespołu spowodowało, że potem rzeczy nie potoczyły się jak należy. Ludzie z dnia na dzień przestali postrzegać Locatellego jako obiecującego 18- czy potem 19-latka, a zaczęli patrzeć na niego przez pryzmat goli z Sassuolo i Juventusem. Pięknych, ważnych, ale jednak rozdmuchujących otoczkę wokół tego chłopaka do granic możliwości, czy raczej te granice przekraczając, a jeśli dodamy do tego fakt, że zawodzący klub pokroju Milanu to ostatnie miejsce w piłkarskim świecie, gdzie można liczyć na spokojny rozwój i wprowadzanie, to mamy obraz, dlaczego tak to się potoczyło – podsumował ekspert.

Na pewno był okres wow, bum i zaskoczenia, a potem przyszła szara rzeczywistość. Gdzieś przeczytałem, że Locatelli teraz w stosunku do Milanu jest jak zraniona dziewczyna – z jednej strony wciąż kocha, z drugiej nie ma mowy o wybaczeniu, a jest chęć zemsty i uleczenia zadry w innych barwach, na przykład Juventusu. Więc posługując się dalej tą nomenklaturą, ujmijmy, że po początkowym zauroczeniu i całkowitym straceniu głowy, życie codzienne nie było już tak kolorowe i uczucie wygasło – komentuje Marcin Długosz.

Sezon 2016/17 był bardzo dobry w wykonaniu nastoletniego piłkarza. Na boiskach Serie A spędził 1689 minut, strzelając dwie bramki (wcześniej wspomniana z Sassuolo i Juventusem). Cały rok Locatelli grał na młodzieńczej fantazji, nieraz potrafił swoich kolegów z drużyny zagrzewać do walki. Był materiałem na przyszłego kapitana Milanu, ale przyszły sezon okazał się ostatnim w koszulce rossonerich…

Kolejny sezon i kolejny rok postępów? Nie tym razem. Locatellego przerosły oczekiwania, z miejsca miał stać się liderem pola, a Vincenzo Montella i później Gennaro Gattuso zaczęli więcej wymagać od młodego chłopaka. Kibice Milanu również rzucili na barki Manu presję, której kompletnie nie udźwignął. Wkrótce Włoch zaczął przegrywać rywalizację z Lucasem Biglią, który trafił w tym samym sezonie do drużyny rossonerich za 20 mln euro. Wyżej w hierarchii od niego był później nawet doświadczony Riccardo Montolivo, który wracał do zdrowia po ciężkiej kontuzji. Problemy Milanu spiętrzyły kłopoty Manuela. Co poszło nie tak?

– Milan latem 2017, jak wszyscy pamiętamy, wydał kupę pieniędzy i nie miał z tego właściwie nikt. Spiętrzające się oczekiwania, brak realizacji celów, zawodzący zawodnicy… To nie był czas ani miejsce, żeby kogoś głaskać, nawet jeżeli były ku temu powody. Inaczej byłoby w obecnym Milanie, co doskonale udowadnia Tonali. On sobie wchodzi krok po kroku, łapie pewność, z miesiąca na miesiąc wygląda lepiej. Bo to się odbywa naturalnie, ma czas, nie zjadają go przerośnięte oczekiwania. Locatelli nie miał tego szczęścia, trafiając na dużo bardziej burzliwy okres w klubie – opowiada fan rossonerich.

W sezonie 2017/18 rozegrał tylko 668 minut, ani razu nie wpisując się na listę strzelców i ani razu asystując. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Włoch nie zaspokoił głodu sukcesów w Milanie. Klub borykał się z ogromnymi problemami, a Manuel, żeby wyjść na prostą, udał się na wypożyczenie z obowiązkiem wykupu do Sassuolo.

– Klub słusznie zauważył, że ówczesny 20-letni Locatelli nie jest zawodnikiem będącym we właściwej formie, aby występować na kierownicy Milanu. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy można się złapać za głowę, że wolano w tym względzie Biglię, ale na stan wiedzy z 2018 roku rozumiem, że klub wolał wtedy mieć ligowego wyjadacza – nawet jeśli dalekiego od topowej formy – niż młokosa, który był wciąż do ogrania i zagubił swój blask. Dalszy wybór był pewnie indywidualną decyzją Locatellego. Mógł to ciągnąć, ale wolał odejść i grać regularnie. Wyszło znakomicie dla niego – komentuje dziennikarz Super Expressu.

NOWY KLUB, NOWE CELE, NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Decyzję o zmianie wart podjął z agentem. Milan nie stawiał oporu, zgadzając się na warunki Włocha. Locatelli miał ogromny żal do swojego byłego klubu, że nie otrzymał wsparcia, kiedy był w trudnej sytuacji.

„Pożegnanie z Milanem? Nie wiem, czy to właściwe powiedzieć, że mnie porzucili, ale w Milanie nie czułem już więcej zaufania. Cierpiałem i płakałem. Jestem szczery” – opowiada piłkarz Sassuolo.

W nowej drużynie na dzień dobry stał się ważną postacią. Roberto De Zerbi dostosował taktykę „neroverdich” do młodego Włocha. Zapytaliśmy Marcina Ostrowskiego – redaktora Calcio Merito, czy spodziewał się wybuchu talentu pomocnika od pierwszych spotkań w nowej drużynie.

– Locatelli trafił na moment, w którym Milan potrzebował piłkarzy na „już”. Nie dostał czasu na rozwinięcie się. Gdy Locatelli wchodził do zespołu bez presji, jak obecnie Tonali, być może Milan miałby teraz u siebie jednego z najlepszych pomocników w lidze. Locatelli pokazywał potencjał, ale aż taka eksplozja jego talentu na pewno zaskoczyła. Ten piłkarz ma cechy kompletnego pomocnika. Przed nim otwarta droga do światowej czołówki na tej pozycji – podsumował nasz rozmówca.

W swoim pierwszym sezonie Manuel Locatelli rozegrał aż 1976 minut. Piłkarski rok kończył z dwoma bramkami i czterema asystami na koncie. Etatowy młodzieżowy reprezentant Italii zaliczył przełomowy sezon w swojej karierze. Reanimacja wielkiego talentu trwała bardzo krótko.

Przyszły sezon przyniósł jeszcze więcej dobrego. Manuel zajął miejsce w składzie Stefano Sensiego, który powędrował do Interu i stał się liderem środka pola Sassuolo. Wizja i zmysł gry chłopaka wskoczyła na jeszcze wyższy poziom. Roberto De Zerbi wyczarował nowego Locatellego, który już nie tylko odpowiadał za destrukcję ataku rywali, ale także za konstruowanie akcji ofensywnych drużyny, która przechodzić miała przez nogi Locatellego. Sezon 2019/20 przerwany pandemią był równie wyśmienity co poprzedni. Na boisku spędził łącznie 2741 minut, co było najwyższym wynikiem w całej drużynie (nie licząc bramkarza Consigliego). Świetne występy zaowocowały pierwszymi powołaniami do reprezentacji Italii przez Roberto Manciniego.

Aktualny sezon można uznać za wybitny. W przypadku absencji Domenico Berardiego to Manuel zakłada opaskę kapitańską. Całą drużynę Sassuolo można uznać za rewelację rozgrywek Serie A, ale mózgiem fenomenu drużyny De Zerbiego jest Locatelli. Czy Milan może żałować utraconej perełki?

– Łatwo powiedzieć dziś, że się żałuje, ale… chyba nie. Milan akurat w środku pola nie ma co narzekać, bo duet Kessie – Bennacer w formie może konkurować o miano najlepszego w lidze. Rozwija się Tonali, gigantyczny talent. A sam Locatelli potrzebował zmiany otoczenia, przede wszystkim mniejszych oczekiwań i presji, żeby spokojnie się rozwinąć i postawić na stół swoje karty. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że obecnego Manu nigdy byśmy nie ujrzeli, gdyby przed ostatnie lata w Milanie tylko wchodził z ławki czy grał od czasu do czasu, dodatkowo obrywając krytyką nie tyle za siebie, co za wszystko wokół, bo wiadomo, jak ciężko było/jest znieść ten aspekt w tak wielkim klubie, który zawodzi. Czasami rozłąka, choć bolesna, to najlepsza decyzja i myślę, że z perspektywy czasu po prostu wyszło dobrze. Locatelli się rozwija, Milan ma innych i nie narzeka. Pozostanie tylko drobne uczucie niespełnionej romantycznej historii – opowiada stały ekspert programu „Curva Sud” na Kanale Sportowym.

REPREZENTACJA WŁOCH I WALKA O PODSTAWOWY SKŁAD

Manuel piął się po szczeblach młodzieżowej kadry, tak samo teraz pnie się po szczeblach w hierarchii pomocników. Roberto Mancini nie jest w stanie zagwarantować na ten moment Locatellemu tej samej pozycji co w Sassuolo. Rywalizacja w środku pomocy „Squadra Azzurra” jest chyba największa na świecie. Na ostatnim zgrupowaniu wskoczył Manu do podstawowego składu w miejsce Jorginho i spisał się wyśmienicie. Włosi ocenili go największym wygranym ostatnich spotkań. Marco Verratti i Nicolo Barella są nietykalni, ale czy piłkarz Sassuolo jest w stanie wygryźć zawodnika na co dzień grającego w Premier League

– Roberto Mancini uwielbia Jorginho, który jest mózgiem zespołu i ma niesamowitą wizję gry. Wydaje mi się, że Locatellemu ciężko będzie przeskoczyć w hierarchii Verrattiego, Barellę czy Jorginho, ale obecnie jest chyba czwartym do grania, nad Pellegrinim. Nie możemy też zapominać o jego byłym koledze z zespołu, Stefano Sensim, który ma problemy ze zdrowiem, ale gdy już gra prezentuje się naprawdę znakomicie. Włosi mają niewyobrażalnie mocny środek pola i każdy z tych piłkarzy jest gwarancją jakości – odpowiada Marcin Ostrowski.

Locatelli rozegrał do tej pory 9 spotkań dla reprezentacji Italii, strzelając jednego gola w meczu z Bułgarią. Kadra stoi dla niego otworem. W styczniu skończył dopiero 23-lata, a selekcjoner reprezentacji Włoch uwielbia bazować na młodzieży.

PRZYSZŁY TRANSFER DO JUVENTUSU?

Otrzymywaliśmy już podczas zimowego mercato informacje, że Locatellim interesują się wielkie marki. Przewijały się takie nazwy klubów jak: Manchester City, Bayern Monachium, Liverpool, ale najczęściej wymieniany był Juventus. „Stara Dama” ma ogromne problemy i braki w środku pola, a transfer Locatelli wisiał już w powietrzu latem. Turyńczycy złożyli ofertę w wysokości 30 mln euro za Manu, ale natychmiastowo została odrzucona przez Giovanniego Carnevalliego i Carlo Rossiego – prezesa zarządu oraz prezydenta klubu. Juventus byłby najlepszy wyborem dla Locatellego?

– Locatelli wskoczył już na tak wysoki poziom, że byłby wzmocnieniem dla każdej drużyny Serie A. Naturalnym ruchem byłby wybór Juventusu, u którego ta formacja mocno kuleje. Nie mam wątpliwości, że piłkarz Sassuolo byłby teraz najmocniejszym punktem drugiej linii „Bianconerich”. Zapracował sobie na grę w klubie, który co roku realnie walczy o Scudetto i mógłby zdecydowanie poprawić wyniki „Starej Damy” w Lidze Mistrzów – podsumował redaktor Calcio Merito.

Talent jest darem, który jest łatwo zakopać, a trudno oszlifować. Manuel Locatelli stał jedną nogą nad przepaścią, ale pomocną dłoń wyciągnęło Sassuolo i Roberto De Zerbi. Dziś możemy zachwycać się przed telewizorem zagraniami reprezentanta Włoch i zastanawiać się, czy od przyszłego sezonu będziemy go oglądać w biało-czarnej koszulce Juventusu.

KACPER KARPOWICZ

Najciekawszy sezon Serie A od lat wchodzi w decydującą fazę

Po ośmiu latach hegemonii Juventusu w końcu dostaliśmy kampanię, w której zwycięstwo Bianconerich nie jest najbardziej możliwą opcją. Samo to sprawia, że końcówkę rozgrywek śledzić będziemy z zapartym tchem, a jest jeszcze przecież walka o europejskie puchary oraz utrzymanie. Ciekawe będą również rywalizację w nagrodach indywidualnych. Tak interesującego, pełnego emocji sezonu Serie A nie mieliśmy od dawna.

SCUDETTO

W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się, że w roli głównego faworyta do mistrzostwa Włoch obsadza się Juventus. W tym sezonie było jednak inaczej, ponieważ wiele osób już przed startem rozgrywek typowało, że tym razem uda się komuś zdetronizować Starą Damę. Głównie w kontekście drużyn, które mogą tego dokonać mówiło się o Interze, oraz czasami Atalancie, jednak ze znacznym naciskiem na Nerazzurich, i jak widać – typy były poprawne. Mediolańczycy w tym momencie mają 6 punktów przewagi nad drugim miejscem oraz jeden mecz rozegrany mniej, lecz Scudetto wciąż nie jest pewne. Juventus zapowiada, że ich obowiązkiem jest walka do samego końca, a Milan, który mimo że osłabł w ostatnich tygodniach, również ma szansę jeszcze zaskoczyć. Do grona drużyn walczących o mistrzostwo można by jeszcze zaciągnąć Atalantę, która w ostatnim czasie ustabilizowała formę.

2 miesiące, 10 kolejek (w przypadku Interu i Juventusu 11) – tyle zostało do zakończenia obecnego sezonu Serie A, i chociaż Inter jest zarazem niesamowicie rozpędzony, to jest to wciąż okres czasu, w którym może stracić przewagę. Z ważnych, teoretycznie trudnych starć, Nerazzurim pozostały jeszcze mecze z Napoli, Romą oraz Juventusem. Trzy potencjalne starcia, w których jest szansa na zgubienie punktów. Taki stan rzeczy sprawia, że rywalom ciągle pozostaje walczyć. Antonio Conte jest mistrzem serii. Z Chelsea w sezonie 2016/17 miał passe 13 zwycięstw z rzędu i zakończył ją na ważnym spotkaniu z Tottenhamem. Obecnie Inter wygrał wszystkie z 8 ostatnich meczów Serie A i niektórzy posuwają się nawet nad stwierdzeniem, że będąc tak rozpędzoną machiną, mogą taką serię dociągnąć do samego końca. Jest to jak najbardziej realny scenariusz, ponieważ Mediolańczycy dawno nie byli tak mocni, jednak ewentualna porażka może przynieść gorszy okres, a na to czekają ich rywale.

Jest to szukanie trochę na siłę scenariusza, który jeszcze bardziej podkręciłby atmosferę w kontekście walki o mistrzostwo na finiszu rozgrywek, ale fakt faktem, niezależnie kto zakończy kampanie na fotelu lidera, takiej rywalizacji o Scudetto nie mieliśmy dawno. Dla postronnych obserwatorów Calcio zniwelowanie przewagi punktowej Interu byłoby czymś fantastycznym, bo ostatnie kolejki stałyby się do granic możliwości ciekawe. Cudów nie oczekujmy, ale futbol widział już nie takie historie.

EUROPEJSKIE PUCHARY

Walka o prawo udziału w Lidze Mistrzów sezonu 2021/22 zapowiada się absolutnie najciekawiej w końcówce rozgrywek. Faworytów o miejsce w pierwszej czwórce jest 7, jednak w walkę można wpisać 6, ponieważ Inter nawet jeśli straci pozycję lidera, to z czołówki wypaść nie powinien. Podsumowując – Milan, Juventus, Atalanta, Napoli, Roma i Lazio to drużyny, które do samego końca walczyć będą o prawo udziału w elitarnych europejskich rozgrywkach. Co najciekawsze w tej rywalizacji, żaden z wyżej wymienionych zespołów nie ma znacznej przewagi nad resztą. Biancocelesti, którzy w tym momencie są na siódmej pozycji, tracą do drugich Rossonerich 10 punktów, ale mają zaległe spotkanie. Do czwartej Atalanty tracą już tylko 6 oczek i także mają rozegrany jeden mecz mniej od La Dei.

Żeby lepiej zobrazować, jak duży ścisk jest w górze tabeli, wystarczy podać punkty drużyn kolejno od 2 do 7 miejsca. Milan – 59, Juventus – 55 (mecz mniej), Atalanta – 55, Napoli – 53 (mecz mniej), Roma – 50, Lazio – 49 (mecz mniej). Do końca sezonu pozostało jeszcze 8 bezpośrednich spotkań pomiędzy wyżej wymienionymi drużynami, a więc układ czołówki tabeli przetasuje się jeszcze pewnie kilka razy. Wytypowanie pozostałej trójki, która zagra w przyszłym sezonie Ligi Mistrzów (zakładając, że Inter nie popadnie w ogromny kryzys), jest zadaniem bardzo trudnym. Do końca rozgrywek liczyć się będzie każdy punkt, a wpadki takie jak ta Juventusu z Benevento mogą fatalnie poskutkować. Najbliższe spotkania po przerwie na kadrę będą prawdopodobnie ostatnią chwilą, aby ustabilizować swoją formę na finisz sezonu. Zbyt późne ocknięcie się może nie wystarczyć do zajęcia miejsca w czołowej czwórce.

UTRZYMANIE

Walka o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech zważając na drużyny, które będą w nią zamieszanie, oraz okoliczności, również zapowiada się całkiem ciekawie. Na ten moment kandydatów do spadku można wymienić siedmiu – Crotone, Parma, Cagliari, Torino, Benevento, Spezia i Fiorentina. Genoa, a tym bardziej Udinese czy Bologna są już raczej poza zasięgiem strefy spadkowej i nie powinni się martwić o utrzymanie. Przyjęło się już, że Crotone pożegna się z Serie A i raczej nie ma co liczyć na powtórkę z 2017 roku, kiedy to Davide Nicola bohatersko uchronił ich przed degradacją. Pitagorici jednak wygraną nad Torino i zaciętą walką z Lazio oraz Bologną pokazali, że łatwo zrzucić się nie dadzą. Na cudy nikt raczej nie liczy, ale boju o każdy punkt w ostatnich kolejkach można się z ich strony spodziewać.

Parma chociaż zaczęła ostatnio lepiej punktować, to ciągle sama siebie sabotuję i głupie tracenie punktów na pewno nie pomoże im w utrzymaniu. Z ostatnich 7 spotkań prowadzili przez pewien moment w aż 6, a wyciągnęli z nich zaledwie 6 na 18 możliwych punktów. W taki sposób nie wyjdą ze strefy spadkowej. Cagliari chociaż miało duże ambicję na ten sezon i sprowadziło duże – jak na swoje realia – nazwiska, to wplątało się w walkę o prawo bytu w Serie A. W tym momencie tracą 1 punkt do najbliższej bezpiecznej pozycji, na której znajduje się Torino, jednak Granata ma rozegrany o jeden mecz mniej. Sytuacja Turyńczyków jest minimalnie lepsze od Sardyńczyków, ale również trzeba ich rozpatrywać w kontekście ewentualnego spadku.

Wyżej wymieniona czwórka to główni kandydaci do spadku. Benevento, Spezia i Fiorentina w tym momencie mają 7 punktów przewagi nad strefą spadkową i chociaż ciągle jest szansa, że któraś z tych drużyn zleci z ligi, tak z czwórki Crotone, Parma, Cagliari i Torino powinny odpaść przynajmniej dwie drużyny. Wygrana Czarownic nad Juventusem może być dobrą motywacją dla beniaminka, aby w lidze pozostać, a Spezia swoją ambicją łatwo się nie podda. Na spadek Violi, chociaż ma przed sobą trudny terminarz, jest prawdopodobnie najmniejszy z całego wyżej wymienionego grona kurs, jednak ciągle istniej dość duża matematyczna szansa na znalezienie się poniżej czerwonej kreski. Na ten moment spaść może każda z powyższych drużyn, więc dopóki nie zapewnią sobie utrzymania, można spodziewać się z ich strony zaciętej walki.

CAPOCANNONIERE

Pojedynek o tytuł najlepszego strzelca co sezon jest ciekawym dodatkiem, który zachęca piłkarzy biorących w nim udział do jeszcze większej rywalizacji, a co za tym idzie – większej ilości emocji dla nas, kibiców. W pewnym momencie mogło się wydawać, że Zlatan Ibrahimović niespodziewanie powalczy o ten tytuł, ale kontuzje pokrzyżowały mu plany i w tym momencie, przy rozpędzonym Ronaldo i Lukaku, jest to raczej nieosiągalne. Jednak nie można wykluczać Luisa Muriela, który od jakiegoś czasu strzela jak na zawołanie i powoli dogania drugiego w tej klasyfikacji Romelu Lukaku.

W tym momencie największym faworytem do końcowego triumfu jest oczywiście Cristiano Ronaldo, który ma 4-bramkową przewagę nad napastnikiem z Interu. Portugalczyk od momentu przyjazdu do Włoch jeszcze ani razu nie zdobył tego tytułu, a chyba każdy wie, jak bardzo zależy mu na zdobywaniu trofeów, rekordów oraz indywidualnych nagród. W pierwszym sezonie na półwyspie Apenińskim lepsi pod względem bramkowym lepsi byli od niego kolejno; Quagliarella (26), Zapata (23) i Piątek (22), a w zeszłej kampanii mimo zdobyciu aż 31 trafień, lepszy okazał się Ciro Immobile, który zdobył ich 36. Wiele mówi się o ewentualnym opuszczeniu Juventusu przez Cristiano po sezonie, więc nawet jeśli jest to prawda, to Ronaldo bez tytułu króla strzelców z Włoch nie wyjedzie.

Na 11 kolejek przed końcem (tyle zostało spotkań Bianconerim) zajmuję pozycję lidera z 23 bramkami, ale tuż za sobą ma Romelu Lukaku, który jest w tak fenomenalnej formie, że wciąż ma szansę dogonić piłkarza Juventusu. Z trzeciego miejsca po cichu rozpędza się Luis Muriel, który wraz ze wzrostem formy Atalanty sam przeżywa świetną dyspozycję, jednak najbardziej prawdopodobne jest, że między Lukaku a Ronaldo rozegra się walka o Capocannoniere. Portugalczyk pragnie zdobyć brakujący w jego kolekcji tytuł, a Lukaku prowadząc Inter do Scudetto, chce przypieczętować sezon indywidualną nagrodą.

MATEUSZ PEREK

Życie w biało-czarnych barwach. Wywiad z kibicem Sieny.

Siena od wielu lat boryka się z ogromnymi problemami. Kiedyś byli ekipą, która nadawała koloryt Serie A. Dziś są drużyną, która zajmuje miejsce w środku stawki Serie D grupy E. Żeby wrócić do elity potrzebna będzie długa droga. Wywiad z założycielem polskiego fanklubu Sieny oraz strony internetowej http://Siena.com.pl

Od ilu lat kibicujesz Sienie i jak zaczęła się twoja miłość do bianconerich?

Moje kibicowanie Sienie rozpoczęło się dosyć przypadkowo i jest ono wynikiem tego, że jednym z moich ulubionych piłkarzy był Tore André Flo. Wiadomo w czasach świetności Flonaldo (oczywiście przydomek nawiązuje do Ronaldo Il Fenomeno, który norweg otrzymał, kiedy Norwegia pokonała Brazylię 4: 2 w meczu towarzyskim) Internet nie był jeszcze tak rozpowszechniony, jak dzisiaj. Śledziłem jego wyniki w telegazecie, gdy grał w Chelsea, Rangers oraz Sunderland. Później straciłem trochę jego karierę z oczu, aż pewnego dnia zobaczyłem, że gra w Sienie. Jako że miałem już pewne doświadczenie w prowadzeniu strony – przez wiele lat miałem też stronę o Ronaldo Il Fenomeno – i grafice komputerowej, postanowiłem stworzyć portal właśnie o toskańskim klubie. Więc mogę stwierdzić, iż kibicuję Sienie od roku 2004, a strona powstała w kolejnym roku.

Czy miałeś okazję zasiąść na trybunach Stadio Artemio Franchi?

Niestety nie miałem takowej okazji. Byłem w Sienie tylko raz, zespół wówczas grał na wyjeździe, a bramy stadionu były zamknięte.

Ulubiony twój piłkarz oraz najlepszy, który zakładał koszulkę Sieny?

Ulubiony to oczywiście Tore André Flo, chociaż mam także sentyment do piłkarzy, którzy przez wiele lat występowali w klubie jak Simone Vergassola, Enrico Chiesa, Massimo Maccarone, czy Daniele Portanova. Co do najlepszego piłkarza, to trudno stwierdzić, jeśli wziąć pod uwagę tylko sam okres gry, to moim zdaniem jednak Enrico Chiesa, który pomimo swojego wieku był kluczowym piłkarzem aż do ostatniego sezonu. Z kolei, jeśli patrzeć tylko na zawodników, którzy „przewinęli się” przez klub i późniejszy ich rozwój to Ciro Immobile, który jednak wielkiej kariery pod Torre del Mangia nie zrobił, chociaż było więcej utalentowanych piłkarzy, którzy później trafili do Juventusu, czy Romy.

Sezon 2003/04 był pierwszy w najwyższej klasie rozgrywkowej klubu. Siena zajęła wtedy 14 miejsce, które dawało utrzymanie. Jak wspominasz ten historyczny moment?

Dla każdego małego klubu utrzymanie się w Serie A to szczególne osiągnięcie tym bardziej dla beniaminka, który po raz pierwszy grał w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech.

Na początku XXI wieku regularnie utrzymywaliście się w Serie A. Który sezon był najlepszy w wykonaniu Sieny?

Z całą pewnością sezon 2011/12. Wówczas poza pewnym utrzymaniem się w Serie A – 14 miejsce, klub awansował do półfinału Coppa Italia, gdzie pechowo przegrał dwumecz z Napoli. W pierwszym spotkaniu na stadionie Artemio Franchi, podopieczni trenera Giuseppe Sannino wygrali 2:1, lecz w rewanżu już w Neapolu lepsi okazali się gospodarze, którzy wygrali 2:0. Ale jak już mówiłem, dla klubu z małego miasteczka, jakim jest Siena, każde utrzymanie się w Serie A było traktowane jak Scudetto.

Na początku drugiej dekady XXI wieku wróciliście na dwa sezony do Serie A. Co powiesz o tej ostatniej przygodzie waszej ukochanej drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej Italii?

W ostatnim sezonie gry w Serie A więc w sezonie 2012/13 w klubie zaczęły się pojawiać problemy finansowe, które spowodowały spadek do Serie B, a następnie pierwsze bankructwo. Pomimo braku wypłacania na czas pensji, zobowiązań podatkowych i odjęciu sześciu punktów karnych właśnie z powodu zaległości płacowych, zawodnicy walczyli do samego końca o utrzymanie, lecz niestety się nie udało, do bezpiecznej strefy zabrakło osiem punktów, a dwa jeśli dodać odjęte oczka.

Chyba jako największy sukces klubu można uznać awans do półfinału Coppa Italia w sezonie 2011/12. Mieliście ogromne szanse na finał, ale sprawy skomplikował samobój Emmanuele Pissoliego w pierwszym spotkaniu. Jak wspominasz dwumecz z Napoli?

Można powiedzieć, że Siena sama przegrała ze sobą. Ponieważ poza samobójczym trafieniem Emanuele Pesoliego w końcówce pierwszego meczu, również w rewanżu Bianconeri dali „pomocną” dłoń Napoli i do własnej siatki trafił także kapitan Simone Vergassola. Oczywiście rozczarowanie było ogromne, awans do finału był o krok, a to byłaby kolejna historyczna rzecz dla klubu, a w finale wszystko mogło się wydarzyć. Wygrana z Juventusem dawałaby grę w Lidze Europy, a w przypadku porażki, Siena grałaby o Superpuchar Włoch! Wówczas dalsza historia mogłaby się potoczyć inaczej, ale teraz to czyste dywagacje.

Przed sezonem 2014/15 Sieny nie zgłoszono do ligi. Niedługo później klub ogłosił bankructwo. Czy możesz przybliżyć czytelnikom, o co chodziło z fałszywymi rozliczeniami w klubie? Jakie są przyczyny upadku drużyny?

Pierwsze bankructwo klubu to już pokłosie problemów finansowych z sezonu 2012/13, które ciągnęły się także w kolejnym, gdy klub również nie wypłacał na czas pensji i zobowiązań podatkowych, za co został ukarany odjęciem ośmiu punktów (dwa za każdy miesiąc). Tutaj także można spekulować, co by było, gdyby. Jakby nieodjęte oczka, Bianconeri zakończyliby rozgrywki na miejscu dającym awans do play-off, a w przypadku awansu mogłoby nie być bankructwa. Główne przyczyny upadku to milionowe długi i złe zarządzanie. Prezydent Massimo Mezzaroma ściągał do klubu piłkarzy, na których nie było go stać, zaciągając to kolejne długi wobec Banca Monte dei Paschi di Siena, który był głównym sponsorem klubu. Z tego co się orientuję, to dług wobec wszystkich wierzycieli wynosił ponad 40 mln euro. Przed startem nowego sezonu Siena nie spłaciła zaległości w wynagrodzeniach, zobowiązań podatkowych, nie uregulowała kwoty zadłużenia ani nie wpłaciła niezbędnego poręczenia niezbędnego do zarejestrowania się do kolejnego sezonu, czego efektem było bankructwo.

Z którym klubem kibice Sieny mają najbardziej na pieńku? Które derby są najgorętsze?

Największa wrogość między kibicami jest z Fiorentiną. Mecz z Violą jest nazywany derby guelfi-ghibellini z powodów dwóch historycznych bitew między miastami: Bitwa o  Montaperti z 1260 roku (wygrana przez gibelinów senesi) i pod Colle di Val d’Elsa z 1269 roku (wygrana przez gwelfów fiorentini, którzy byli sojusznikami colligiani), choć warto wspomnieć, że w średniowieczu Siena i Florencja były wewnętrznie podzielone pomiędzy gwelfów i gibelinów. Innymi nielubianymi klubami są Empoli, Arezzo i Livorno, te rywalizacje również mają podłoże historyczne, ale nie tak duże jak ta z Florencją, przecież Republika Sieny została zdobyta właśnie przez Medyceuszy.

Jak oceniasz pracę Alberto Gilardino w twoim ukochanym klubie?

Biorąc pod uwagę, że przed startem tego sezonu, klub ponownie zbankrutował, nowe struktury powstały na kilka tygodni przed rozpoczęciem rozgrywek, a piłkarzy sprowadzono na chybcika dzięki kontaktom dyrektora sportowego Andrei Grammatica, to całkiem dobrze. Gila stworzył podstawę drużyny, która pomimo wielu przeciwności losu takich jak późniejsze rozpoczęcie treningów przed startem sezonu, czy wiele przełożonych meczów z powodu koronawirusa wśród rywali, zajmowała drugie miejsce w grupie. Jednak jego praca została niespodziewanie przerwana na początku stycznia, gdy po kilku słabszych meczach zwrócił się do władz o wzmocnienie kadry, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych możliwości składu, w końcu zdobył mistrzostwo świata, więc zna się na piłce nożnej. Jego prośba nie spodobała się ówczesnemu prezydentowi Romanowi Gevorkyanowi, który postanowił go zwolnić.

Tymczasowym szkoleniowcem została klubowa legenda Stefano Argilli, któremu zapowiedziano, że poprowadzi zespół tylko do lutego, wówczas władze ogłoszą nazwisko nowego, zagranicznego trenera. Postawiono na duet Marians Pahars-Vladimir Gazzaev, który nie tylko miał problem z porozumiewaniem się z zawodnikami w języku włoskim, ale przede wszystkim nie znał realiów włoskiej piłki, a w szczególności reguł panujących w Serie D, czego przykładem był mecz z Sinalunghese, gdy Pahars dokonał takich zmian, że Bianconeri przez kilka minut grali bez wymaganego młodzieżowca. Spotkanie i tak było przegrane, więc wynik utrzymano, ale w każdym innym przypadku skończyłoby się walkowerem. Po tych wszystkich zawirowaniach właściciele klubu postanowili dokonać rewolucji w zarządzie i przyznać się do błędu, jakim było zwolnienie Alberto Gilardino, ponownie go zatrudniając.

Po powrocie Gila otrzymał żądane wzmocnienia składu, ale strata do pierwszego miejsca dającego bezpośredni awans do Serie C jest już zbyt duża. Oznacza to, że aby utrzymać resztkę nadziei na awans poprzez ewentualny repasaż, Siena musi zająć miejsce dające grę w play-off, do których zakwalifikują się zespoły od drugiego do piątego miejsca w tabeli. Z końcową oceną należy poczekać do końca sezonu, ale biorąc pod uwagę cały ten chaos, uważam, że praca, jaką wykonuje były napastnik jest zadawalająca.

Jak widzisz przyszłość klubu? Którego piłkarza warto obserwować?

Należy zacząć, że od sierpnia właścicielem klubu jest ormiański holding Berkeley Capital CJSC, który w przeciągu trzech lat zamierza przywrócić Sienę do poziomu Serie B. Plany Ormian są ambitne również dlatego, że chcą zbudować nowoczesny stadion, który ma jednocześnie pełnić dodatkową rolę centrum wellness dla całego miasta. Pomysł polega na stworzeniu struktur monitorowania zdrowia również dla mieszkańców, a nie tylko dla piłkarzy. Dzięki innowacyjnym technologiom, terapiom i natychmiastowej opiece. Ten obszar ma być parkiem zdrowia dla Sieny i turystów, ma się tam znajdować supermarket z produktami ekologicznymi i centrum kultury. Jeśli chodzi o piłkarzy wartych obserwacji, to jest kilku młodych i zdolnych. Moją uwagę przyciągnęli szczególnie dwaj. Pierwszy to Alessandro Martina, który jest z rocznika 2000, to nominalny lewy obrońca, który jednak został przesunięty przez Alberto Gilardino na lewe wahadło, a czasem skrzydło. Jego atutami są szybkość oraz dobry drybling. Natomiast drugim piłkarzem jest Guglielmo Mignani z rocznika 2002. To syn klubowej legendy Michele Mignaniego. Niespełna 19-latek jest napastnikiem, który jest szybki i waleczny. Myślę, że obaj za kilka lat będą występować na boiskach Serie A.

KACPER KARPOWICZ

Błysk serbskiego talentu – Dusan Vlahović podbija calcio

Kiedy trafiał do Florencji, Vincenzo Montella przybił mu łatkę perspektywicznego chłopaka, który w przyszłości pozwoli Fiorentinie zarobić ogromne pieniądze na transferze. Minęło 1.5 roku, a Dusan Vlahović jest zawodnikiem, który ciągnie za uszy Violę. Ma na koncie już 12 bramek, a w ostatnim spotkaniu przeciwko Benevento popisał się hat-trickiem w pierwszej połowie. Jeśli licząc tylko piłkarzy z 2000 roku i młodszych, tylko Erling Haaland ma więcej goli na koncie od Serba. Cofnijmy się kilka lat wstecz i przenieśmy się do stolicy Serbii.

BELGRAD OSZLIFOWAŁ DIAMENT, KTÓRY BIŁ REKORDY

Dusan w juniorskich kategoriach reprezentował trzy kluby ze stolicy Serbii (Partizan, Crvena i OFK). W wieku 14 lat został przechwycony przez Partizan Belgrad z rąk odwiecznego rywala – Crveny Zvezdy. Już w tak młodym wieku był zbyt dobry, żeby grać w rozgrywkach juniorskich, a zbyt młody, żeby grać w seniorskiej drużynie. Rok później mając 15 lat, podpisał zawodowy kontrakt z Partizanem, ale na debiut w rozgrywkach ligowych musiał poczekać jeszcze rok. Od razu ówczesny trener Ivan Tomić zagwarantował, że dla Vlahovica zarezerwowany jest numer 9 na koszulce. W dorosłej drużynie „Grabarach” zadebiutował 21 lutego 2016 roku w spotkaniu ligowym z OFK Belgrad, gdzie stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Został najmłodszym debiutantem w historii Partizana.

Niecały tydzień później pobił kolejny rekord, został najmłodszym piłkarzem, który wziął udział w „wiecznych derbach” z „czerwoną gwiazdą” (wcześniej najmłodszym piłkarzem, który zagrał w tym spotkaniu był Luka Jović). Kibice Crveny Zvezdy wygwizdali 16-letniego chłopaka, ponieważ jako junior opuścił ich klub na rzecz wrogiej drużyny ze stolicy Serbii. 2 kwietnia 2016 roku Vlahović został także najmłodszym strzelcem w historii klubu, trafiając do siatki przeciwko Spartakowi Subotica. Z wysokości trybun był obserwowany przez skautów Arsenalu czy Juventusu, którzy musieli zobaczyć na własne oczy, jak gra nastolatek z Belgradu. W całej historii piłkarza mamy także polski wątek. Dusan w następnym sezonie zadebiutował w europejskich rozgrywkach. Partizan  z 16-letnim Vlahovicem mierzył się z Zagłębiem Lubin w ramach eliminacji do Ligi Europy. Polska drużyna wyszła z tego starcia zwycięsko po rzutach karnych. Latem 2017 roku podpisał kontrakt z Fiorentiną, ale do końca sezonu biegał jeszcze w koszulce Partizana. Łącznie rozegrał 66 spotkań, strzelając 18 bramek. Wynik nie powala na kolana, ale trzeba zwrócić uwagę, że był chłopakiem, który dopiero wchodził w wiek dorosłości. Od lipca 2018 roku czekała Florencja z ambitnymi planami z Rocco Commisso na czele…

SERIE A – SPEŁNIENIE MARZEŃ.

Dusan od dziecka był oczarowany Italią. Już jako młody chłopak pragnął grać we Włoszech. Na konferencji prasowej został przedstawiony jako wielki talent, który w przyszłości ma stać się piłkarzem klasy światowej. Debiut w Serie A przypadł na spotkanie z Interem. Serb zagrał tylko 7 minut, ale wprowadził wiele kolorytu i młodzieńczej fantazji w końcówce spotkania przegranego 2:1. Fiorentina prezentowała się w tamtym okresie, łagodnie mówiąc beznadziejnie. Stefano Pioli został zwolniony w kwietniu, a Serb pod jego wodzą rozegrał w lidze tylko 107 minut. Dusan wyróżniał się trudnym charakterem, a ówczesny trener Violi wielokrotnie wspominał, że nie jest jeszcze gotowy na wielkie granie. Fiorentina zatrudniła Vincenzo Montelle, u którego Vlahović otrzymywał więcej minut, ale nadal podstawowym napastnikiem był Giovanni Simeone. Viola cudem uniknęła spadku w sezonie 2018/19, a pierwszy rok w Italii Serb zakończył z dorobkiem 0 goli i 0 asyst. Wyróżniał się za to w młodzieżowych rozgrywkach Primavery. W 13 spotkaniach zanotował 11 trafień. Przyszły sezon miał być przełomowy w karierze Dusana Vlahovica.

PIERWSZE TRAFIENIE, PIERWSZA ASYSTA, PIERWSZY SKŁAD

W przerwie między sezonami młody Serb pracował nad sylwetką. Nabrał odpowiedniej masy, którą przerodził na siłę. Stał się napastnikiem, którego przepchnąć jest nie lada sztuka. Pierwsze spotkanie w sezonie 2019/20 Fiorentina rozegrała z Monzą w Coppa Italia. Do 80 minuty meczu sensacyjnie prowadzili goście, ale wtedy rozpoczął się „Dusan show”. Na boisku Vlahović pojawił się 6 minut wcześniej. Strzelił dwie bramki, a przy trafieniu Federico Chiesy na 3:1 zanotował asystę. Ówczesny trener Vincenzo Montella preferował dość nienaturalne ustawienie z trójką obrońców i brakiem naturalnej „9” w ofensywie. W ataku czarował wcześniej wspomniany Fede Chiesa i Franck Ribery. Dusan do momentu kontuzji Francuza był piłkarzem wchodzącym z ławki. Wszystko się zmieniło po spotkaniu z Cagliari. Vlahović po raz pierwszy w sezonie wyszedł w podstawowym składzie i popisał się dwiema bramkami. Viola przegrała z ekipą Sardynii 5:2, a jedynym wygranym we fioletowej koszulce był właśnie Serb, który znalazł się w jedenastce kolejki. Na następne trafienie musiał poczekać ponad miesiąc, kiedy w 90 minucie spotkania dał remis drużynie w hitowym starciu z Interem. Vlahović nadal miał spore braki techniczne. Przez wielu był nazywany „drewniakiem”. Jednak z tygodnia na tydzień widać było postęp u Serba. Na włoskich boiskach czuł się jak ryba w wodzie. Brakowało mu tylko liczb. Po zmianie trenera zaczął częściej wychodzić w pierwszym składzie. Na wstępie zdobył zaufanie Beppe Iachiniego, który widział nie tylko w swoim składzie Serba, ale także w Juventusie, jako następcę Higuaina. Na początku marca klub ogłosił, że Dusan Vlahović jest zakażony koronawirusem i bardzo źle przechodzi chorobę. Gorączka trzymała niemal dwa tygodnie Serba, dobijając nawet do 40 stopni. Covid miał wpływ na dalszą część sezonu Dusana. Miał ogromny problem z dojściem do siebie i formy. Po powrocie ligi nie strzelił już żadnej bramki, mimo że na boisku spędził ponad 300 minut. Sam piłkarz uważa, że był to do tej pory najważniejszy sezon w jego dotychczasowej karierze, który sprowadził go na ziemie. Strzelił 6 bramek w 30 spotkaniach.

AKTUALNY SEZON I MASZYNA CESARE PRANDELLEGO

Jeszcze przed startem rozgrywek Serie A otrzymał swoją ulubioną 9 na koszulce. To wyróżnienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i zdobywaniem bramek. Giuseppe Iachini zapewnił, że przyszedł moment na Vlahovica. Schody zaczęły się kiedy trener nie był zadowolony z pracy na treningach Serba. Od pierwszego spotkania próbował różnych ustawień z Patrickiem Cutrone i Cristianem Kouame w duecie z Franckiem Riberym, ale Francuz najlepiej czuł się gdy miał obok siebie Dusana. Do momentu zwolnienia trenera „czapeczki” Serb strzelił tylko jedną bramkę w lidze i prezentował się karygodnie. Wszystko odmienił Cesare Prandelli, który wrócił do Florencji i postawił sobie za zadanie zbudować bramkostrzelnego Vlahovica, tak jak zrobił to z Adrianem Mutu, Alberto Gilardino, czy Lucą Tonim. Efekt „nowej miotły” mogliśmy zobaczyć dopiero w spotkaniu z Sassuolo, kiedy trafił do bramki neroverdich po 2.5 miesiącach posuchy. Do tej pory regularnie znajdował miejsce w „jedenastce badziewiaków”.

Największy wpływ na formę i pewność siebie Serba miała bramka w derbowym spotkaniu z Juventusem, które sensacyjnie na wyjeździe wygrała Viola aż 3:0. Do tej pory Vlahović prezentuje się zankomicie, a ostatni mecz z Benevento jest tego przykładem. Ustrzelił „czarownicom” hat-tricka w 45 minut. Już nie jest piłkarzem, który ma klapki na oczach i widzi bramkę. Stał się pracusiem, który haruje w defensywie, pomaga przy rozgrywaniu akcji i walczy o każdą piłkę w ofensywie. Rozwinął się w ekspresowym tempie na boiskach Serie A, a na jego kolejne występy kibice czekają z wypiekami na twarzy. W tej chwili ciągnie Fiorentine za uszy i gdyby nie jego postawa, oglądalibyśmy Florencję w dole tabeli.

Dusan Vlahović 2019/20 vs 2020/21

*Stan na 14.03.2021

Kontrakt Serba wygasa latem 2023 roku. Viola już na ten moment może zbić fortunę, ponieważ Dusanem interesują się wielkie włoskie kluby. Ma doskonałe predyspozycje, żeby osiągnąć poziom klasy światowej. Pozostaje ciężka praca, aby szlifować swój talent. Wielka piłka stoi otworem. Piłkarskim idolem Vlahovica jest Zlatan Ibrahimović, ale 20-letni Serb wierzy, że jest w stanie osiągnąć więcej od Szweda.

KACPER KARPOWICZ

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑