Aż do pałacu, czyli portret Maurizio Sarriego

Maurizio Sarri, wędrując przez ławki trenerskie kolejnych klubów wykreował nową kulturę kibicowską łączącą fanów spod różnych szerokości geograficznych. Człowiek, który jako piłkarz nigdy nie miał związku z piłką nożną na najwyższym poziomie, jako trener wykreował modę na ofensywny futbol we Włoszech.

Losy Maurizio Sarriego to historia człowieka, który postawił wszystko na jedną kartę… i wygrał. Człowieka, który rzucił wyzwanie całemu piłkarskiemu środowisku we Włoszech. Toskański trener jednego dnia siedział z papierosem na kanapie, a drugiego wtargnął na salony i ustawiał po kątach większych od siebie. Był trochę jak jeden z bohaterów klasyka kina gangsterskiego, który pewnego razu zobaczył telebim z napisem „Świat należy do Ciebie” („The World is Yours”). I podobnie jak Tony Montana, Sarri uwierzył we własne możliwości.

Jeszcze trzydzieści lat temu, Maurizio Sarri był pracownikiem banku na toskańskiej prowincji. Po pracy zamieniał garnitur na klubowy dres i prowadził wieczorne treningi w klubach z niższych lig. Jako gorący pasjonat odznaczał się niespotykaną na amatorskim poziomie etyką pracy i profesjonalizmem. Każda jednostka treningowa była precyzyjnie zaplanowana, nic nie mogło być dziełem przypadku. Prowadził zeszyty, w których gromadził obszerne notatki na temat poczynań swoich graczy i procesu szkoleniowego. Gromadził niezliczone informacje, które wykorzystywał, przygotowując pierwsze, prymitywne analizy gier. W tym kontekście niewiele się zmieniło – po dziś dzień pieczołowicie zbiera setki informacji na temat przeciwnika i swojego zespołu. Piłka nożna to dla Sarriego niezmiennie zbiór liczb i danych, które należy odpowiednio wykorzystać w drodze do zwycięstwa na boisku.

Nikogo, więc nie zdziwiło kiedy lata później Marek Hamsik stwierdził: „Sarri to chory człowiek. On żyje piłką 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Dlatego też czasem traci kontakt z rzeczywistością.”

Radość i rewolucja

USD Sitia, US Faellese, USD Cavirgilia, US Antella, AC Valdema. To nie jadłospis jednej z wielu toskańskich pizzerii, ale nazwy pierwszych klubów Maurizio Sarriego. Klubów, które podają biografowie trenera, a o których ciężko znaleźć cokolwiek sensownego w odmętach internetu. W małych miejscowościach rozsianych pomiędzy Florencją, a Neapolem niepostrzeżenie kiełkował mit prowincjonalnego rewolucjonisty.

W 2015 roku, kiedy Maurizio Sarri obejmował SSC Napoli niewielka grupa fanów toskańskiego trenera założyła facebookową stronę „Sarrismo – gioia e rivoluzione” (Sarrismo – radość i rewolucja). W miarę rozwoju charakterystycznego stylu gry drużyny spod Wezuwiusza, grono obserwatorów profilu powiększało się ostatecznie, osiągając liczbę niemal stu tysięcy! Powszechnie stosowany hasztag #FinoAlPallazo (aż do pałacu) przez wiele tygodni bił w sieci rekordy popularności. Włosi uwielbiający toskańskiego trenera (którego zaczęli nazywać „Il Comandante”), wraz z nim chcieli szturmować pałac, który był tu tylko synonimem bogatych klubów z północy Włoch.

Narodził się mit Sarriego, według którego futbol peryferyjny, romantyczny toczy nieustanną walkę z nuworyszami i zbiurokratyzowanymi, bogatymi klubami. W prestiżowej, włoskiej encyklopedii „Treccani” pojawiło się nawet hasło „Sarrismo”, pod którym napisano: „Koncepcja gry w piłkę nożną promowana przez trenera Maurizio Sarriego, oparta na szybkości i skłonności do ofensywy; także bezpośredni i niezbyt dyplomatyczny sposób komunikacji i zachowania, który jest typowy dla trenera Sarriego.” Na włoskiej ziemi, gdzie niemal wszyscy przedkładali defensywę nad ofensywę, Sarri dokonał rewolucji, pokazał, że nowoczesna piłka musi cieszyć oko. Mówił: „Gdybym zobaczył mój zespół broniący się i tylko kontrujący, po pół godziny gry wstałbym, wyszedł i wrócił do pracy w banku, ponieważ przestałoby mi to sprawiać radość.” 

Idea futbolowej rewolucji na tyle pochłonęła Włochów, że na całej szerokości Półwyspu Apenińskiego zaczęły powstawać fankluby. Kibice uwielbiali ofensywny styl i docenili wizerunek oparty na autentyczności. Do świata eleganckich garniturów, Sarri wszedł w rozciągniętym swetrze i z dogasającym papierosem w ręku. Przez długi czas nie zmieniał się ani na jotę. Większość przesądów i dogmatów została mu do dzisiaj.

Sarri jest przesądny. Ponoć w czasach, gdy trenował w Serie C, przed ważnym meczem podjechał na klubowy parking i parkując przypadkowo potrącił stojące obok auto, które – jak się później okazało – należało do jednego z jego zawodników. Mecz został wygrany, więc Sarri w każdy kolejny dzień meczowy, co tydzień, podjeżdżał na parking i rytualnie obijał ten sam samochód. Ponoć drużyna nie przegrała żadnego meczu do końca sezonu i pewnie awansowała ligę wyżej.

Poza tym, można odnotować jeszcze kilka ciekawostek. Dziesięć minut po zejściu z boiska, po zakończonym meczu, podopieczni Sarriego muszą mieć podaną pizzę. Czwórka obrońców to jego taktyczna świętość, na którą nie waży się podnieść ręki. Jak sam kiedyś przyznał – zawsze kiedy jego drużyna przegrywa błyskawicznie udaje się do fryzjera, aby ściąć włosy.

Jorginho dopowiadał: „Ma swoje zabobony, jak chyba każdy człowiek. Na przykład nigdy nie dotyka piłki meczowej. Nawet gdy przegrywamy i musimy gonić wynik, a piłka wypadnie za linię przy nim, on jej nie poda, żebyśmy mogli jak najszybciej wznowić grę. Nie ma szans, żeby jej dotknął.”

Bajka o garbatym skurwysynie

Do 2015 roku, kiedy dostał angaż w SSC Napoli, na poziomie Serie A, pracował tylko w jednym klubie – w Empoli, które samodzielnie wprowadził do elity. Pod Wezuwiuszem nie mógł liczyć na ciepłe przywitanie. Diego Maradona powiedział, że z Sarrim jako trenerem, Napoli nie będzie w stanie wygrywać. Toskańczyk nic sobie z tego nie robił. Już parę miesięcy później „El Pibe” był zmuszony przeprosić trenera, który wzniecił ogień rewolucji na południu Włoch.

Pracoholizm szybko przynosił efekty. Trzeba pamiętać, że Sarri jest zakochany w analizach i zbieraniu danych. Uwielbia statystyki, schematy, Giorgio Chielini wspominał w swojej książce, że Maurizio więcej czasu przebywa w biurze niż na boisku. Drużynę ustawił w klasycznym dla siebie 1 – 4 – 3 – 3. Zawodnicy do znudzenia ćwiczyli rozmaite warianty akcji, spędzali godziny na murawie, aby sprostać taktycznym fanaberiom Sarriego. Opłaciło się! Jako kolektyw byli jak dobrze naoliwiona maszyna. Nie zawsze było kolorowo, ale scudetto, będące na wyciągnięcie ręki, przegrali głównie we własnych głowach. W swoim czasie, bez wątpienia, grali najładniejszą piłkę na Półwyspie Apenińskim.

W pamiętnym sezonie 2017 – 18, Napoli zdobyło 91 punktów, a mimo to nie zdołało zdobyć upragnionego krajowego mistrzostwa. To był magiczny czas dla całego Neapolu. Sarri dość wymownie mówił o swojej kadrze meczowej – jest nas tylko osiemnastu, ale to wystarczy, żeby wzniecić rewolucję. Parę kolejek przed końcem rozgrywek, klub spod Wezuwiusza przyjechał na Alianz Stadium mierzyć się z Juventusem. Maurizio Sarri, prężąc się w autokarze wjeżdżającym na obiekt rywali, pokazywał środkowy palec licznie zgromadzonym turyńskim kibicom. Tamten mecz Napoli wygrało po golu Koulibalego, a Neapolitańczycy na zaledwie kilka kolejek przed końcem sezonu objęli prowadzenie w tabeli. Wezuwiusz eksplodował z euforii.

Rozkwit idei gwałtownie się załamał, gdy Sarri porzucił Neapol i przyjął ofertę Chelsea Londyn. Okrągły rok później twórca Sarrismo przeniósł się pod Piemont, do Juventusu, a popularnego trenera okrzyknięto zdrajcą ideałów. Maurizio Sarri zaprzedał się bogaczom i zaczął, z różnymi skutkami, rezydować w pałacu. Gianmarco Volpe, założyciel strony „Sarrismo, gioia e rivoluzione” gorzko komentował: „Nazwaliśmy go przywódcą, a on sam zaczął używać tego terminu, spodobało mu się to, kim dla nas jest. Dlatego myślę, że wybierając Juventus zdradził bardziej siebie samego niż nas.” Kibice SSC Napoli także nie mieli złudzeń. W Neapolu pojawił się transparent o treści: „Ty garbaty skurwysynie. Tyle mówiłeś o Juve, a teraz ściągasz przed nimi majtki.” 

Tymczasem Sarri miał swoje ambicje. Poczuł, że neapolitańska formuła uległa wyczerpaniu, a szansa trenowania topowego klubu angielskiej Premier League może się nie powtórzyć. Mimo paru upokorzeń, po roku pracy w Londynie mógł pochwalić się pucharem Ligi Europy. To było jego drugie trofeum w karierze, bowiem jeszcze w 2003 roku sięgnął po prowincjonalny Puchar Włoch Serie D. Wróciwszy do ojczyzny wywalczył jeszcze krajowe mistrzostwo dla Juventusu. Już nie był „zero tituli” jak Jose Mourinho mawiał o swoich licznych adwersarzach.

Mit ulegał powolnemu rozkładowi, a strona poświęcona popularnemu trenerowi wytraciła impet. Sarri zbiegł z pałacu i objął rzymskie Lazio.

Palacz i człowiek wirtuwiański

Dobiegł końca pierwszy sezon Sarriego w Rzymie, który w przedostatniej kolejce udało się skwitować awansem do Ligi Europy. Biancocelesti mieli swoje wzloty i upadki, momenty kiedy prezentowali śmiały ofensywny futbol, ale też mecze, w których nie stawali na wysokości zadania. Problemy pojawiały się ilekroć Lazio zmuszone było grać na dwóch frontach. Właśnie wtedy kontuzje i naturalne ograniczenia niektórych graczy stawały na drodze do grania o najwyższe cele.

Franco Recantanesi w swoim felietonie na łamach „Corierre dello sport” porównywał Maurizio Sarriego do Vincenta Van Gogha, od którego trudno wymagać, aby swoim pędzlem natychmiast wpadł na genialny pomysł i namalował – dajmy na to – człowieka wirtuwiańskiego. Recantanessi argumentował, że jeżeli Sarri nie posiada odpowiednich farb, odpowiednich narzędzi do wykonywania swojej pracy, to trzeba mu je kupić albo cierpliwie poczekać aż toskański trener zaszczepi u swoich zawodników swoją autorską ideę. 

Na koniec słowa bohatera tego tekstu, które niechybnie wywołają uśmiech na twarzy Czytelnika: „Palę 70-80 fajek dziennie, trzy paczki. Ale spokojnie, kilka miesięcy temu robiłem sobie badania i wszystko jest w porządku”. Ten sam człowiek uwielbia zapewniać, że nie może się nazywać nałogowym palaczem ten, kto po wypaleniu kilku paczek papierosów w ciągu dnia, wieczorem nie sięgnie po cygaro.

Obrazek Sarriego, jego facjaty wiejskiego filozofa, z nieodłącznym papierosem w ustach, to oczywisty symbol „Sarrismo”. Podstawa mitu, którym wciąż karmią się jego najzagorzalsi wyznawcy.

Następny sezon ligi włoskiej już za rogiem. Biegnijmy aż do pałacu.

Olgierd Bondara

wszystkie grafiki pochodzą z facebookowego profilu „Sarrismo – Gioia e Rivoluzione”

Sprawdź inne nasze teksty:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: