Berek ucieczką od wojny. Reportaż z zajęć z dziećmi z Ukrainy.

W mojej gminie stacjonuje obecnie blisko 300 uchodźców z Ukrainy. Śpią oni w wiejskich świetlicach, prywatnych domach życzliwych osób oraz na hali sportowej. Wśród nich są oczywiście dzieci. I jest ich całkiem sporo. Dzieci, którym trzeba zająć czas, tak by oderwać ich myśli od wyjątkowo brutalnej codzienności jaką zgotowała im rosyjska inwazja. Okazuje się, że życie napisało scenariusz, w którym owa aktywność będzie moim zadaniem w najbliższych dniach, tygodniach, a może i miesiącach.   

Czytaj dalej „Berek ucieczką od wojny. Reportaż z zajęć z dziećmi z Ukrainy.”

Wojna, czyli czas odpowiedzi.

Niespełna dwa tygodnie temu nasz świat wyglądał zupełnie inaczej. Niestety wraz z dniem 24 lutego, i inwazją rosyjskich wojsk na Ukrainę, musieliśmy zdać sobie sprawę, że czeka nas czas, którego do tej pory nie mieliśmy okazji doświadczyć. Przynajmniej w zdecydowanej większości. Zbombardowane domy, rodzące się w schronach dzieci, stające się niedługo potem sierotami, krew, rozpacz i cierpienie. A to tylko wycinek rzeczywistości, która ma miejsce tuż za naszą granicą.

Czytaj dalej „Wojna, czyli czas odpowiedzi.”

Kiedy nastanie sezon BVB?

Jest rok 2007. 21-letni Jakub Błaszczykowski opuszcza Wisłę Kraków na rzecz Borussii Dortmund za nieco ponad 3 mln euro. Wtedy się zaczęła moja sympatia drużyny z Zagłębia Ruhry. Obserwowanie wyników Bundesligi na telegazecie i w gazecie codziennej „Fakt”. Trzymałem kciuki, żeby nie spadli. I faktycznie, udało im się. Zajęli 13. miejsce w pierwszym sezonie mojego kibicowania. Przychodzi Juergen Klopp z Mainz, zaczyna się wspinaczka na szczyt. Swoje apogeum osiąga w latach 2011-2013. Dwa mistrzostwa kraju, DFB-Pokal, finał Ligi Mistrzów. Ale potem to wszystko nie wygląda już tak pięknie. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest to, że Bayern mknie po raz dziesiąty z rzędu po paterę bez specjalnego przemęczania się, bo rywale sami sobie podkładają kłody pod nogi. Dlaczego tak długo kibice BVB muszą czekać na ten wymarzony sezon? Czy dane będzie im ujrzeć piłkarzy unoszących nagrodę za mistrzostwo Bundesligi?

Czytaj dalej „Kiedy nastanie sezon BVB?”

Podcast Ribelli d’Italia #1

Z przyjemnością informujemy was, że właśnie w eter trafił debiutancki podcast stworzony przez stajnię Futbolowa Rebelia! Audycja dedykowana jest fanom Calcio, a jej autorami są nasi redakcyjni specjaliści od Serie A – Olgierd Bondara i Kacper Karpowicz! Poza YouTube znajdziecie nas także na Spotify! Oba linki znajdziecie poniżej:

Walec bawarski, Wolfsburg zwycięski, problemy frankfurckie – Bundesligo, dobrze, że jesteś!

            Kluby wróciły na boiska po przerwie reprezentacyjnej. Na niemieckich stadionach nie brakowało emocji i dobrych widowisk. Dość powiedzieć, że padło 28 bramek, a więc niecałe 3,5 gola na mecz. Jak się potoczyły losy poszczególnych drużyn? Czas na podsumowanie czwartej serii spotkań.

Czytaj dalej „Walec bawarski, Wolfsburg zwycięski, problemy frankfurckie – Bundesligo, dobrze, że jesteś!”

Panie van Bommel, jak mi, żeś Pan zaimponował w tej chwili, czyli 3. kolejka Bundesligi w pigułce.

Na każdym stadionie kibice widzieli bramki. Borussia Dortmund nie bez problemów uporała się z Hoffenheim, szalona połowa w Stuttgarcie i hit dla Wolfsburga – tak między innymi wyglądał zeszły weekend. Zapraszam na podsumowanie 3. kolejki Bundesligi.

Czytaj dalej „Panie van Bommel, jak mi, żeś Pan zaimponował w tej chwili, czyli 3. kolejka Bundesligi w pigułce.”

Hiszpańska budowa na katarski grunt.

Luis Enrique to człowiek, którego życie osobiste uległo zawaleniu w związku z sytuacją rodzinną. Choć nie musiał, to chciał podjąć się ponownie prowadzenie reprezentacji Hiszpanii i pomimo krytyki, której doświadczał od co najmniej kilku miesięcy, może stanąć przed lustrem i powiedzieć do siebie „dobra robota”.

Pewne wydarzenia zmieniają postrzeganie świata. Przed serią jedenastek w meczu ze Szwajcarią, Luis Enrique był niezwykle spokojny. Po meczu przyznał, że podczas karnych nie odczuwał strachu. Po pewnych przejściach człowiek nieco spokojniej podchodzi do niektórych kwestii. Pokornie. Nią zarażał zespół, choć nie obyło się bez buńczucznych zapowiedzi Ferrana Torres w stosunku do Roberta Lewandowskie, za które ostatecznie piłkarz przeprosił. Luis Enrique mocno się zmienił. Stał się dla swoich piłkarzy kimś w rodzaju przewodnika po życiu. Każdy piłkarz tej reprezentacji chwalił sobie współpracę z Lucho i nawet między wierszami nie można było znaleźć słów krytyki pod jego adresem.

OCZEKIWANIA I PRZYGOTOWANIA

Przed turniejem Luis Enrique określił się, że celem nadrzędny reprezentacji jest znalezienie się w gronie ośmiu najlepszych zespołów. Cel został zrealizowany z nawiązką. Hiszpanie osiągnęli półfinał i niewiele brakowało, by w niedzielę, to oni stawili czoła Anglikom. Zanim rozpoczęły się Mistrzostwa Europy, wiele osób podchodziło do reprezentacji Hiszpanii z dużym dystansem, natomiast okazało się, że kadra Lucho, pomimo napotkanych trudności, może zaliczyć je do udanych. Potrzebowali jednak czasu. Lucho przed turniejem często rotował. Na dobrą sprawę, jeśli panowała jakaś hierarchia (poza Simonem), to głównie w głowie Hiszpana. Media często zarzucały jego drużynie jedno wymiarowość, brak planu B i rozważenia gry w innym systemie. Nie można też dziwić się stawianym przez dziennikarzy pytaniom. W wielu spotkaniach przed mistrzostwami, Hiszpanie bardzo siermiężnie budowali akcje, przez co byli łatwi do rozczytania. Selekcjoner chłodno odpowiadał, że woli mieć jeden, ale dobry plan, niż tysiąc, ale niedopracowanych.

Z pewnością mógł martwić brak prawdziwego lidera w zespole, którego średnia wieku nie przekraczała 26 lat. W ramach ciekawostki można dodać, że identyczną średnią wieku miała reprezentacja Hiszpanii, która w 2010 zdobyła Mistrzostwo Świata. Fabian Ruiz zapytany, czy brak Ramosa, oznacza brak lidera z prawdziwego zdarzenia, przyznał, że mają Jordiego Albę i Sergio Busquetsa. Z całym szacunkiem dla tej dwójki porównywanie ich zdolności przywódczych do legendy Realu Madryt jest niczym porównanie Bambi do Króla Lwa.

Optymistów poza otoczeniem piłkarzy i sztabu brakowało. Przygotowania zostały zaburzone przez przypadki koronawirusa w zespole. Hiszpanie nie rozegrali ostatniego meczu kontrolnego z Litwą w optymalnym zestawieniu. Z konieczności w tym meczu wystąpiła kadra młodzieżowa, która godnie zastąpiła hiszpański pierwszy garnitur i rozbiła rywali znad Bałtyku. Przed startem mistrzostw można było, więc oczekiwać, że pierwsze mecze będą służyły jako kontynuacja przygotowań do turnieju, który na dobrą sprawę dla Hiszpanów miał się rozpocząć od 1/8 finału.

PRZEBIEG MISTRZOSTW

Fazę grupową rozpoczęli dość słabo od remisów ze Szwecją oraz z Polską, natomiast w meczu ze Słowacją nastąpił przełom. Wygrali 5:0 i pewnie awansowali do następnej fazy. Tam czekała już na nich Chorwacja. Z Chorwatami rozegrali bardzo dobrą pierwszą połowę, na której widnieje cierń w postaci niewytłumaczalnej sytuacji, która doprowadziła do utraty bramki. Pedri zagrał piłkę w światło bramki Unaia Simona, który nie zdołał jej opanować. Piłka znalazła się w siatce i Hiszpanie musieli odrabiać straty. Pomimo błędu piłkarze Luisa Enrique nie zwiesili głów i grali swoje. Najpierw wyrównali, a następnie wypracowali dwubramkowe prowadzenie. Nieoczekiwanie w końcówce spotkania Chorwaci zdołali doprowadzić do wyrównania. Na początku dogrywki Hiszpanie przeżywali mały kryzys. Chorwaci mieli co najmniej dwie dobre sytuacje, natomiast Hiszpanie przetrwali próbę sił. Ponadto zdołali zwyciężyć w tym spotkaniu 5:3.

W kolejnej fazie Hiszpanie mierzyli się ze Szwajcarią. Wyszli na prowadzenie po próbie Jordiego Alby. Piłka nieszczęśliwie odbiła się od Zakarii i wpadła do bramki Sommera. W tym meczu oba zespoły nieco zawiodły. Wielu spodziewało się, że na fali zwycięstw po ekscytujących meczach stworzą spektakl, natomiast tak się nie stało. Przed meczem selekcjoner reprezentacji Hiszpanii dość optymistycznie ocenił grę swojego zespołu twierdząc, że na tych mistrzostwach nie widział lepszej reprezentacji niż ta prowadzona przez niego. Czy było to zagranie pod publiczkę, czy nie, mecz z Helwetami okazał się kubłem zimnej wody dla jego podopiecznych. Szwajcarzy doprowadzili do wyrównania i pomimo faktu, że od 70 minuty grali w osłabieniu, Hiszpanie nie byli w stanie wykorzystać przewagi liczebnej i wygrać w 90 minutach, ani nawet w dogrywce. O wszystkim miały zdecydować rzuty karne. Na boisku pojawił się między innymi Rodri, który zawiódł, marnując strzał z wapna. Jednakże nawet to nie przeszkodziło Hiszpanii w wywalczeniu awansu do następnej rundy.

W półfinale czekało ich najtrudniejsze starcie. Mecz z Włochami, którzy fantastycznie weszli w turniej i zdaniem wielu byli faworytami w tym pojedynku. Choć to Hiszpanie przeważali, to Włosi za sprawą Federico Chiesy wyszli na prowadzenie w 60 minucie. Skrzydłowy wykorzystał niefrasobliwość Aymerica Laporte, który przy próbie wybicia piłki wślizgiem nabił Erica Garcię. W meczu ze Szwajcarami w nieco innej sytuacji Aymeric nabił Pau Torresa, ale efekt był podobny.

Włosi nie zdołali utrzymać prowadzenia. Bramkę dla Hiszpanii na wagę remisu zdobył Alvaro Morata, który kilka minut wcześniej pojawił się na murawie. W dogrywce wynik nie uległ zmianie, a to oznaczało, że Hiszpanie po raz kolejny walczyli o awans w rzutach karnych. Te lepiej wykonywali Włosi i to oni awansowali do finału.

WNIOSKI

Przed mistrzostwami kwestionowano pozycję Unaia Simona. Niektórzy domagali się wystawienia w bramce debiutanta Roberta Sancheza, jednak na Lucho naciski medialne oraz kibicowskie nie zrobiły wrażenia i autorytarnie postawił na Baska. Na uwagę zasługuje fakt, że pomimo popełnienia dużego błędu w meczu z Chorwacją, Unai Simon zdołał się pozbierać i nie można mieć do niego większych pretensji. Zaliczył kilka kluczowych interwencji, ponadto zaimponował w rzutach karnych w meczu ze Szwajcarią i mimo wszystko przy jego nazwisku można zapisać plus.

Również Jordi Alba rozegrał bardzo dobry turniej. Tylko w meczu z Chorwacją nie wyszedł od pierwszej minut. Jego zmiennik, Jose Luis Gaya również pokazał, że nie znalazł się w tej kadrze przez przypadek.

Jeżeli chodzi o środkowych obrońców, to tylko Diego Llorente nie zagrał choćby minuty. Grali na zmianę Torres, Laporte i Garcia. Najsolidniej z nich w obronie prezentował się Garcia, ale jemu również zdarzały się słabsze chwile, co nie powinno dziwić, zważywszy na niewielką liczbę minut rozegranych w tym sezonie. Lekko złośliwie o obrońcach La Roja wypowiedział się Santiago Canizares, który jest zdania, że mimo wszystko lepiej wyprowadzają piłkę niż bronią.

Lekkim rozczarowaniem jest Marcos Llorente. Do pewnego stopnia słabszą dyspozycję piłkarza Atletico Madryt można usprawiedliwiać tym, że Luis Enrique wystawiał go w pierwszych spotkaniach na prawej obronie, gdzie jego atuty są nieco mniej eksponowane, niż gdy gra wyżej. Od trzeciego meczu grupowego stracił miejsce w składzie na rzecz Cesara Azpilicueta i ta decyzja się wybroniła. Sam Llorente w wielu wywiadach wspominał o tym, że cieszy go sama możliwość gry w pierwszym składzie bez względu na to, czy gra w środku pola, czy na skrzydle lub prawej obronie. Znacznie lepiej zaprezentował się Cesar Azpilicueta, ale wobec niego nie było stawianych tak wysokich oczekiwań.

Nie można przejść obojętnie obok Pedriego. W ostatnich kolejkach sezonu było widać po nim zmęczenie, które zjadało jego kreatywność, jednakże na Mistrzostwach Europy spisywał się bez zarzutów. Był jednym z najlepszych zawodników reprezentacji Hiszpanii, choć jeszcze w 2020 występował na poziomie drugiej ligi hiszpańskiej. Przeskok ze starć zespołami pokroju Fuenlabrady do piłki na najwyższym poziomie w jego przypadku nie był widoczny. Przebiegł najwięcej kilometrów spośród wszystkich piłkarzy, którzy wystąpili na europejskim czempionacie (do półfinału włącznie). Ponadto podaniami z głębi pola potrafił wypracować przewagę, która przekładała się na sytuacje bramkowe Hiszpanów.

Kontynuując wątek Pedriego, Lucho uporządkował kwestię pierwszych wyborów w strefie centralnej boiska. Wcześniej rotował nadmiernie tercetem i ciężko było się połapać, kto jest tak naprawdę pierwszym wyborem. Teraz jest już jasne. Rywalizację wygrała trójka Pedri-Busquets-Koke i zdała egzamin na co najmniej czwórkę w pięciostopniowej skali. Doskonale się uzupełniali, przez co każdy z tych piłkarzy miał momenty chwały. Busquets przydarzały się błędy, ale grał naprawdę dobrze. Koke ciężko harował i trzeba być nieco ślepym, by tego nie docenić. Rodri i Fabian Ruiz przegrali rywalizację, a Thiago został wręcz zdeklasowany. Kiedy pojawiał się na boisku, nie wnosił nic szczególnego do gry. Można wręcz rzec, że prezentował się niczym oldboy, który odwiedził młodszych kolegów, by rozruszać stawy. Widać, że smog liverpoolski mu nie służy i powinien zastanowić się, czy przypadkiem nie warto zmienić otoczenia, by nieco rozruszać nie tak wcale stare kości.

Błysnął Dani Olmo, któremu do pełni szczęścia zabrakło zimnej krwi pod bramką rywali. Strzelał najczęściej spośród wszystkich piłkarzy reprezentacji, natomiast nie zdobył choćby jednej bramki. Jego wkład w grę zespołu był naprawdę duży. Doskonale poruszał się między liniami, stwarzał przewagę w poszczególnych sektorach i jeśli nadal będzie się tak rozwijał, to niewykluczone, że kiedyś wskoczy na szczebel światowego TOP10. Ferran Torres zaprezentował się solidnie. Turniej opuszcza z podniesioną głową z dwiema bramkami i asystą. Adama Traore był tylko bohaterem epizodycznym.

Z doskonałej strony pokazał się Pablo Sarabia. Szukał szybkiego rozegrania akcji, doskonale kręcił obrońcami drużyn przeciwnych oraz strzelał ważne bramki, a także dokładał asysty. W ostatnim meczu turnieju nie mógł wystąpić z powodu urazu jednakże, ciężko nie docenić występu gracza, który był zaskoczony powołaniem i grał zdecydowanie lepiej niż w barwach PSG. Jeszcze kilka lat temu poważnie zastanawiał się nad swoją karierą, kiedy wraz z Getafe spadał z ligi. Wówczas rękę do niego wyciągnęła Sevilla i od tego momentu znajduje się na odpowiednich torach.

Przed startem Mistrzostw Europy podkreślałem, że reprezentacja Hiszpanii byłaby stawiana w nieco innym świetle, gdyby w jej szeregach znalazł się napastnik pokroju Fernando Torresa lub Davida Villi. Morata nie jest złym napastnikiem, natomiast często brakuje mu zimnej głowy i wyczucia linii. Jest podatny na krytykę, która pada w jego kierunku w nadmiarze, o czym w trakcie Mistrzostw każdy mógł się przekonać, gdyż przerodziła się w hejt w najgorszym wydaniu. Pod adresem jego rodziny padały groźby. Takim zachowaniom należy mówić stanowcze NIE. Część gróźb pod adresem Alvaro Morata trafiła do odpowiednich służb. Na tych mistrzostwach zdobył trzy bramki, choć mógł zdobyć ich więcej. Braki nadrabiał walką i pracą na rzecz drużyny, a jego postawa zwłaszcza w meczu z Polską zasługuje na szacunek.

Zawiódł Mikel Oyarzabal. Gdyby był bardziej skuteczny w meczu z Włochami, to Hiszpanie zagraliby w finale. Już w końcówce sezonu prezentował się nieco słabiej i niestety brak formy w ostatnich kolejkach przełożył się na jego występy na Mistrzostwach Europy. Gerard Moreno z pewnością też nie pokazał pełni potencjału, ale miał swoje momenty i pewnie jego występ byłby lepiej odbierany, gdyby wykorzystał rzut karny w meczu z Polską.

Z tych mistrzostw należy wyciągnąć wnioski na przyszłość i rzec można, że pewne fundamenty zostały położone pod katarski mundial. W obecnej kadrze znajduje się wielu piłkarzy klasy europejskiej, natomiast brakuje piłkarzy klasy światowej. Być może kilku z nich w przyszłości osiągnie ten poziom, natomiast na tym etapie kariery jeszcze brakuje im do poprzedników, którzy święcili największe triumfy. Niektóre tryby zaczęły do siebie pasować, a Luis Enrique nie spalił za nikim mostów, więc w przypadku dobrej dyspozycji niektórych piłkarzy droga do kadry pozostaje otwarta. Z pewnością nie był to zmarnowany czas. Zarówno dla trenera, który miał okazję na zebranie doświadczenia selekcjonera w warunkach bojowych, jak i dla piłkarzy, którzy mogli się obyć na wielkim turnieju u boku doświadczonego życiowo trenera.

PAWEŁ OŻÓG

To musiało się tak skończyć. Kamil Grosicki poza kadrą na EURO 2020

W ostatni poniedziałek podano do informacji publicznej nazwiska reprezentantów Polski, którzy znaleźli się w kadrze na zbliżające się Mistrzostwa Europy. Tego typu nominacje to jak wiemy zawsze dobra okazja do dywagacji. Czas, w którym poddajemy pod wątpliwość obecność lub jej brak piłkarzy naszej narodowej kadry. Po decyzjach Paulo Sousy mówi się najwięcej w kontekście Kamila Grosickiego. Popularny „Grosik’ europejski czempionat zobaczy najprawdopodobniej w telewizji, bo choć formalnie znalazł się wśród rezerwowych, to trudno zakładać, że portugalski opiekun naszej kadry sięgnie akurat po Kamila, kiedy uraz wykluczy któregoś ze szczęśliwych wybrańców.

Moim zdaniem w kryzysowej sytuacji to raczej Sebastian Szymański jest bliżej zastąpienia teoretycznego pechowca.  W kraju rozgorzała żarliwa dyskusja wśród kibiców, zwolenników talentu wychowanka Pogoni Szczecin, którzy za nic w świecie nie mogli zrozumieć decyzji o pominięciu zawodnika, który był jednym z symboli kadry Adama Nawałki. To fakt, że pięć lat temu piłkarze z ówczesnej kadry przeżywali fantastyczną przygodę we Francji zakończoną dość brutalnie w Marsylii, gdzie żegnaliśmy się z EURO 2016 po nieszczęsnych rzutach karnych z reprezentacją Portugalii. To fakt, że Grosicki dla reprezentacji zrobił wiele, to wreszcie fakt, że to nadal klasowy zawodnik. Nie zmienia to jednak faktu, że obecnie nie spełnia podstawowego kryterium odnośnie powołań. Grosicki nie gra w klubie i nie gra w nim niemal w ogóle w tym sezonie.

Latem, kiedy jego West Bromwich Albion awansowało do Premier League, Polak na swoich mediach społecznościowych zamieścił wymowny wpis pokazujący, że zamierza zwojować ligę, o której marzył i do której zawsze dążył. Owszem, zimą 2017 roku zasilił barwy Hull City, ale zaledwie po pół roku The Tigers spadli do Championship. West Brom miał być zatem szansą na dokończenie przerwanej misji, ale nią jednak nie był. Ówczesny menager The Baggies Slaven Bilić konsekwentnie pomijał Polaka przy wyborze składu. Beniaminek notował do tego słabe wyniki i postanowiono zatrudnić Sama Allardyce’a. Wyglądało na to, że pod wodzą Big Sama Grosicki zacznie częściej pojawiać się na murawie i faktycznie tak było, bo nasz rodak zaliczył kilka spotkań w barwach swojego klubu. Dziś wiadomo, że była to próba pokazania go światu i pozbycia się w okienku transferowym podbijając jedynie cenę ewentualnej transakcji. Grosicki wiedział zatem na co się pisze, a mimo ofert z zagranicy wolał zostać na The Hawthorns.

Spekulowano o kilku klubach takich jak choćby Schalke 04 Gelsenkirchen lub grający szczebel niżej od West Bromu Nottingham Forrest. Polak wolał zatem kasować około czterdzieści tysięcy funtów tygodniówki, niż regularnie grać w meczach o stawkę. Czy miał do tego prawo? Oczywiście, że miał. Taką podjął decyzję licząc pewnie po cichu, że na EURO to on i tak pojedzie, bo selekcjoner nie odważy się na tak radykalny ruch. Stało się inaczej i ja decyzję Sousy w pełni popieram i akceptuję. Nie można w kontekście gry w kadrze narodowej rozpatrywać zawodnika wyłącznie pod kątem jego zasług oraz sentymentu.

Szwedzki model z powołaniem wiekowego Andreasa Granqvista do kadry naszych grupowych rywali do mnie zupełnie nie trafia i nie widzę tego u nas.  Jeżeli kierować się faktycznie sentymentalnymi przesłankami, to moglibyśmy także w kadrze na EURO zobaczyć choćby Artura Boruca czy Jakuba Błaszczykowskiego, którzy ciągle są przecież czynnymi zawodnikami w Legii Warszawa i Wiśle Kraków. Paulo Sousa zdecydował się na ruch, który pokazał jego niezależność i to, że w miejscu jego pracy nie będzie świętych krów. Przykład Grosickiego powinien być także inspiracją dla innych kadrowiczów, także młodych piłkarzy, uważających, że coś im się należy. To nie do końca prawda, bo i w sporcie i w życiu powinniśmy przecież ponosić konsekwencje swoich wyborów.

Bartłomiej Jędrzejczak

Deleu dla Rebelii: Od dziecka kibicowałem Flamengo!

Luiz Carlos Santos, bliżej znany jako Deleu, zgodził się odpowiedzieć na kilka przygotowanych przez nas pytań. Były piłkarz m.in. Lechii i Cracovii, dla których rozegrał łącznie ponad 200 meczów na boiskach Ekstraklasy, opowiedział nam o początkach kariery, ojczyźnie, idolach z dzieciństwa, miłości do Polski i planach na przyszłość.

Rozegrałeś ponad 200 meczów w Ekstraklasie, jednak odkąd odszedłeś z Cracovii, zniknąłeś nieco z radarów sympatyków Ekstraklasy. Powiedz, proszę, czym się dzisiaj zajmujesz?

Nadal gram w piłkę, obecnie jestem piłkarzem Jaguara Gdańsk. Oprócz tego zacząłem pracę jako trener grup młodzieżowych w tym samym klubie.

Jak to się stało, że trafiłeś akurat do Jaguara? Jakie są aspiracje tej drużyny? Grasz tam zawodowo, czy traktujesz to raczej jako formę rekreacji?

Skontaktował się ze mną trener Marek Szutowicz, z którym miałem przyjemność pracować wcześniej w Lechii i zaproponował ponowną współpracę. Bardzo mnie to ucieszyło, więc nie zwlekałem zbyt długo z odpowiedzią. Naszym celem jest awans do III ligi. Mamy największą akademię piłkarską w województwie pomorskim. Oczywiście, w klubie gram zawodowo, podobnie z resztą podchodzę do pracy z dziećmi.

Jakie jest zaplecze klubu pod względem infrastruktury?

Wszystko w klubie zorganizowane jest na bardzo wysokim poziomie. Mamy kilka boisk treningowych, a klub nadal rozwija się we właściwym kierunku.

Patrząc na Twoje CV, jesteś zdecydowanie największą gwiazdą drużyny. Czy popularność jakkolwiek przeszkadza Ci w życiu codziennym?

Tak, masz rację. Jestem najbardziej doświadczonym piłkarzem w drużynie i staram się dzięki temu pomagać młodszym kolegom. Popularność zupełnie mi nie przeszkadza. Przez lata gry w Esktraklasie zdążyłem do tego przywyknąć.

Jak często odwiedzasz ojczyznę? Czego brakuje Ci w Polsce najbardziej? Czy jest coś, za czym szczególnie tęsknisz?

W Brazylii jestem coraz rzadziej. W Polsce niczego mi nie brakuje. Najbardziej tęsknię za rodziną, ale mamy ze sobą stały kontakt.

Kibice w Polsce wyobrażają sobie Brazylię jako miejsce, gdzie na każdym podwórku dzieciaki uganiają się całymi dniami za piłką. U nas, mimo wybudowania nowych boisk i inwestycji w orliki, dzieci i młodzież coraz bardziej pochłonięte są mediami społecznościowymi i E-Sportem. Jak wygląda to w Brazylii?

Tak, w Brazylii każde dziecko spędza większość czasu na podwórku, grając w piłkę, lub po prostu bawiąc się w coś innego. Prawda jest taka, że w wielu domach nie ma jeszcze komputerów ani telefonów komórkowych, tak więc zabawa na świeżym powietrzu to wciąż jedyna możliwa forma rekreacji.

Gdzie stawiałeś swoje pierwsze kroki w świecie futbolu?

Przygodę z piłką rozpocząłem w szkole, miałem wtedy 11 lat. Graliśmy turniej międzyszkolny, a ja zauważony zostałem przez jednego z właścicieli akademii piłkarskiej. Zostałem zaproszony na trening i okazało się, że jestem na tyle dobry, by związać się z drużyną na dłużej.

Na jakiej pozycji byłeś wystawiany, gdy zaczynałeś profesjonalną karierę?

Grałem głównie jako defensywny pomocnik, z czasem przesunięty zostałem na prawą stronę obrony.

Kto był Twoim idolem z dzieciństwa?

Ciężko jednoznacznie powiedzieć. Nie miałem raczej jednego idola. Bardzo lubiłem Romario, który strzelał wówczas mnóstwo bramek, a reprezentację Brazylii doprowadził do wygranej na Mistrzostwach Świata w 1994 roku. To samo mogę powiedzieć o Ronaldo.

Największa gwiazda, z jaką kiedykolwiek dzieliłeś szatnię?

Kilka lat temu, podczas meczu charytatywnego rozgrywanego w Brazylii, miałem przyjemność występować na boisku razem z Martą, najlepszą zawodniczką kobiecej piłki nożnej na świecie. W drużynie przeciwnej grał wtedy Ronaldinho Gaucho.

Kto spośród Twoich kolegów z Brazylii, z którymi nadal masz kontakt, zrobił największą karierę?

Na pewno jest to Marinho, napastnik Santos, który wybrany został m.in. najlepszym piłkarzem Copa Libertadores w 2020 roku.

Zdarza się, że zawodowi piłkarze, w życiu prywatnym zupełnie nie interesują się piłką. Jak jest w Twoim przypadku? Czy masz jakiś ulubiony klub?

Oczywiście, że interesuję się futbolem. Nie jest to tylko mój zawód, ale przede wszystkim pasja. Codziennie sprawdzam wyniki, na bieżąco śledzę wszystkie najciekawsze informacje. Jeśli chodzi o ulubiony klub, to od dziecka trzymam kciuki za Flamengo.

Jak oceniasz szanse Canarinhos na zbliżającym się Mundialu w Katarze? Co sądzisz o pomyśle FIFA, by organizować tak prestiżowy turniej w zimie?

Brazylia, ze swoim potencjałem i indywidualnymi umiejętnościami pojedynczych zawodników, zawsze stawiana będzie w roli jednego z faworytów. Gdyby mistrzostwa odbyły się latem, piłkarzom byłoby bardzo ciężko, ze względu na panujący tam klimat i wysokie temperatury.

Na którym polskim stadionie grało Ci się najlepiej?

Stary stadion Lechii Gdańsk przy Traugutta. Atmosfera na tym stadionie była zdecydowanie najlepsza, dzięki dopingowi i wsparciu gdańskich kibiców.

Najtrudniejszy ligowy rywal?

Chyba jednak Legia Warszawa. Przeciwko nim grało się najtrudniej. Mieli pełne trybuny, które podgrzewały atmosferę, do tego zawsze byli dobrze przygotowani i uznawani za faworytów.

Czy uważasz, że w pełni wykorzystałeś swój potencjał?

Myślę, że zrobiłem wszystko, co było w mojej mocy, by być dzisiaj tym, kim jestem. Zawsze dawałem z siebie maksimum, niezależnie od okoliczności.

Jakie są Twoje plany na przyszłość? Zamierzasz wrócić do ojczyzny, czy na dobre zapuściłeś korzenie w Polsce?

W najbliższej przyszłości chciałbym się poświęcić pracy z dziećmi i młodzieżą. Zawsze chciałem uczyć gry w piłkę i wierzę, że doświadczenie zdobyte na boisku ułatwi mi to zadanie. Staram się cały czas rozwijać w tym kierunku. Jeśli chodzi o powrót do Brazylii, to jest to zamknięty rozdział w moim życiu. Teraz moją ojczyzną jest Polska, a ja czuję się Polakiem. Mam tutaj rodzinę i jestem szczęśliwy. Polska przez te wszystkie lata stała się moim drugim domem.

Karol Koczta

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑