Jędrzejczak z kontry, czyli piłkarski pragmatyzm na niełatwy czas

W poniedziałek zakończyła się saga, która była już męcząca dla wszystkich, którym na sercu leży dobro polskiej piłki. Po tym, jak portugalski dezerter Paulo Sousa opuścił szeregi kadry, ponad miesiąc sternik krajowej federacji Cezary Kulesza szukał odpowiedniego zastępcy. W zasadzie od początku jednymi z głównych kandydatów na to zaszczytne stanowisko byli faworyci opinii publicznej – Adam Nawałka oraz Czesław Michniewicz.  Ostateczne to ten drugi wygrał w wyścigu o to stanowisko. Dlaczego zatem cały proces wyboru selekcjonera tak się przeciągał? Mam swoją optykę na ten temat i o tym właśnie opowiem w dalszej części tego tekstu.

Czytaj dalej „Jędrzejczak z kontry, czyli piłkarski pragmatyzm na niełatwy czas”

Loża Rebelianckich Szyderców #25

Przerwa świąteczno-noworoczna to zazwyczaj czas piłkarskiej posuchy. Jedynie fani Premier League mogą się czuć w tym okresie ukontentowani, bo liga angielska naciska wówczas pedał gazu i wchodzi na najwyższe obroty, oddzielając mężczyzn od chłopców. W tym roku jednak i Jej Wysokość nie dostarczyła aż tylu wrażeń co zwykle, zmagając się z atakującym ją Covid-19, przez co wiele spotkań zostało odwołanych. W Polsce emocji przy bożonarodzeniowym stole dostarczył nam za to pewien siwy Portugalczyk i jego saga… Zapraszam do lektury pierwszej w tym roku Loży Rebelianckich Szyderców.

Czytaj dalej „Loża Rebelianckich Szyderców #25”

Jędrzejczak z kontry, czyli jak oszukał nas portugalski lawirant.

Pojawiające się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia informacje jakoby Paulo Sousa miał opuścić Reprezentację Polski na rzecz brazylijskich klubów, wydawały się dla mnie dość zaskakujące i przyznam zupełnie szczerze, że nie dawałem im większej wiary. Twierdziłem, że przecież w tym momencie takie posunięcie byłoby horrendalnie absurdalne, ale niestety myliłem się. Nie tylko kilka dni temu. Myliłem się w zasadzie od momentu, w którym PZPN ogłosił nazwisko nowego selekcjonera i o tym dzisiaj w tym tekście.

Czytaj dalej „Jędrzejczak z kontry, czyli jak oszukał nas portugalski lawirant.”

Aston Villo, robisz to dobrze! Czyli plan na zastąpienie Jacka Grealisha.

Czy ligowy średniak, który aspiruje do tego, by stać się dla ligi kimś więcej, może poradzić sobie z utratą swojej największej gwiazdy? Włodarze Aston Villi zrobili w tym oknie transferowym wszystko, by na jego finiszu móc powiedzieć, że tak. Jak wiadomo, Birmingham nie jest już aktualnym adresem zamieszkania Jacka Grealisha. Anglik wypłynął na szerokie wody, przenosząc się do City, a wynikające z jego sprzedaży 100 milionów funtów, trafiło do kasy jego macierzystego zespołu. Przed zarządem The Villans pojawiło się więc wyzwanie, co zrobić byśmy nie musieli płakać po Jacku? Na ten moment, może się wydawać, że znaleźli odpowiedź na to wcale niełatwe pytanie.

Czytaj dalej „Aston Villo, robisz to dobrze! Czyli plan na zastąpienie Jacka Grealisha.”

Za takie pieniądze?! Awantura o White’a.

Trwające wciąż okno transferowe jest w tym momencie tylko tłem, dla tego co wydarzyło się na linii Barcelona-Paryż. Trudno się dziwić, w końcu Leo Messi opuścił klub, z którym – jak mogło się wydawać – miał być związany po wsze czasy. To oczywiście temat numer jeden jeśli chodzi o letnie przeprowadzki. Gdzieś na dalszym planie przebija się głośny transfer Lukaku, wcześniejsze transakcje z Varanem i Sancho w rolach głównych, czy też wciąż aktualny temat Kane’a. No i rzecz jasna Grealish! Ja jednak w poniższym tekście chciałbym wrócić do dość gorącego zakupu, ale raczej będącego źródłem szyderstw, niż uznania, dla klubu który bohatera owego tekstu postanowił pozyskać. A mowa tu o blisko 60-milionowym transferze 23-letniego Bena White’a. Jest to transakcja, która w moim odczuciu jest nie tylko do wybronienia, ale już teraz można uznać ją za istotne wzmocnienie Kanonierów. I tak, wiem. Jest to niepopularna opinia. 

60 milionów za piłkarza Brighton?

Choćby dlatego, że na wyobraźnię może podziałać kwota transferu. Trudno mi jednak zrozumieć to, że dla wielu w obecnych czasach, jest to wydatek aż tak szokujący. Jasne, coronawirusowe perypetie pokomplikowały pewne sprawy, ale patrząc na poczynania piłkarskich mocarstw, to chyba jednak nie wszystkim. A już na pewno nie aż tak jak się początkowo spodziewano. Piłkarze kosztowali, kosztują i będą kosztować ogromne pieniądze. Pukanie się po czołach nic tutaj nie da. Andrzej Twarowski pisał kiedyś, że 75 milionów to można dać za Van Gogha, a nie za Virgila Van Dijka, ale po pewnym czasie sam przyznał, że był to jeden z tych tweetów, których żałuje najmocniej. Nie wiem czy podobny los spotka tych szydzących z zakupu Bena White’a, ale po dłuższym zastanowieniu ta transakcja ma sens, a jej kwota – biorąc pod uwagę obecne standardy – nie jest wcale wzięta z kosmosu.

Sprawdzony w lidze

Przede wszystkim Arsenal nie kupuje kota w worku, a zawodnika, który rozegrał już 36 spotkań na poziomie Premier League. Kluby z Anglii wielokrotnie sprowadzały za duże pieniądze zagranicznych defensorów, którzy na pierwszy rzut oka mieli wszystko, by podbić ligę. Kończyło się to różnie. Tak na szybko można w tym gronie wymienić Mangalę (Porto-City 45 mln euro), Otamendiego (Valencia-City  45 mln euro), czy Mustafiego (Valencia-Arsenal 40 mln euro). Czasem brakowało, umiejętności, innym razem nie pomogło zdrowie. W innych wypadkach problemy związane ze zmianą kulturową, okazywały się nie do przeskoczenia. Tutaj o ostatnim z przypadków mowy być nie może, a to bardzo mocno zmniejsza ryzyko tego, bądź co bądź, wielomilionowego transferu.

Żołnierz Bielsy i Pottera 

Skoro jednak napomknąłem między wierszami o kwestiach zdrowotnych, to należy wspomnieć, że White wygląda pod tym względem wybitnie. Wystarczy powiedzieć, że piłkarz ten rozegrał na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów aż 77 spotkań ligowych. 41 z nich przypada na grę w Leeds na poziomie Championship w kampanii 19/20. Wówczas nie opuścił on żadnego meczu, grając w każdym z nich w pełnym wymiarze czasowym! Ten okres zresztą przełożył się na nagrodę dla Najlepszego Młodego Piłkarza Sezonu oraz miejsce w Najlepszej Jedenastce rozgrywek. Pozostała liczba to wspomniane wyżej mecze w Premier League, w ramach sezonu 20/21. Regularna gra pod wodzą, najpierw Bielsy, a później Pottera, oraz jego harmonijny przeskok z zaplecza angielskich rozgrywek na ich najwyższy poziom, świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, mamy do czynienia z zawodnikiem, który może pochwalić się końskim zdrowiem. Po drugie, mówimy o chłopaku, który rozwija się więcej niż prawidłowo. I oczywiście, kontuzja może przydarzyć się zawsze. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli podzielić piłkarzy na tych podatnych na urazy oraz tych, którzy nie łapią ich niemal wcale, to White zdecydowanie należy do zbioru numer dwa. A to spora wartość.

Wymarzony piłkarz dla Artety

Wyżej wymienione nazwiska Bielsy i Pottera nie padają też tutaj przypadkowo. Zarówno Argentyńczyk, Anglik, jak i obecny przełożony White’a – Arteta, mają ze sobą wiele wspólnego jeśli chodzi o podejście do futbolu. Mianowicie, każdy z nich lubuje się w „grze piłką” i stawia na wysoką kulturę. Jeśli jesteś piłkarzem topornym, mającym problemy z podstawowymi aspektami technicznymi, to raczej nie masz szans na zaistnienie u któregokolwiek z tych szkoleniowców. A przecież zarówno trener Leeds, jak i ten z Brighton, eksploatowali White’a do granic możliwości. Ogromne znaczenie ma tutaj fakt, że Anglik to defensor dobrze operujący futbolówką. I to na tyle, że kilkukrotnie zdarzyło mu się zagrać w środku pola. Ważne są tu też kwestie mentalnościowe. Bielsa mówił o swoim byłym piłkarzu:

„Ma on w sobie wiele cech do zaoferowania, ale najważniejszą z nich jest to, że odpowiednio reaguje na swoje wpadki. Na przykład gdy spojrzymy na bramkarzy, to gdy wejdą oni źle w mecz, mogą myśleć o swojej pomyłce do samego jego końca, przez co grają coraz gorzej i gorzej. Kiedy przełożymy to na środkowych obrońców, to ich reakcja na błędy jest również bardzo istotną informacją. To kluczowe by umieć utrzymać regularność nawet jeśli zmagasz się z problemami.”

Tak więc mówimy o zawodniku o wysokich umiejętnościach technicznych i odpowiednim charakterze. A to dla Artety bardzo ważne cechy. Oczywistym jest, że hiszpański menedżer kładzie bardzo duży nacisk na skrupulatne wyprowadzenie futbolówki ze strefy obronnej i umiejętną grę pod wysokim pressingiem rywala. A piłkarska jakość i wiara we własne umiejętności prezentowane przez White’a są do tego niezbędne.

Pasujące do siebie puzzle

Podsumowując, Arsenal wydał na defensora Brighton blisko 60 milionów euro. I jasne, są to spore pieniądze. Mówimy jednak o wciąż młodym, ale ogranym już na angielskich boiskach piłkarzu, którego styl gry idealnie pasuje do koncepcji menadżera Kanonierów. Ponadto White wciąż wydaje się zawodnikiem, który ma w sobie spore rezerwy, oraz odznacza się mentalnością, która może zaprowadzić go naprawdę wysoko. Zresztą, jego dobra forma i spory potencjał zostały dostrzeżone przez selekcjonera reprezentacji Anglii, Garetha Southgate’a, który powołał obrońcę na czerwcowe, towarzyskie mecze z Austrią oraz Rumunią, i pozwolił mu zadebiutować już w pierwszym z tych spotkań. I oczywiście, na rynku być może znalazłoby się kilka potencjalnie lepszych opcji transferowych, ale ilu z tych piłkarzy chciałoby zasilić Arsenal? Zespół Kanonierów jest w miejscu w takim, w jakim jest i może tylko z zazdrością patrzeć na choćby Manchester United, który jest w stanie przekonać do siebie Varane’a. Lata posuchy zmuszają włodarzy The Gunners do wyszukiwania nieoczywistych opcji. Transfer Bena White’a właśnie takim rozwiązaniem jest, ale w moim odczuciu jest to ruch bardzo sensowny. Mimo, że wielu sądzi inaczej.

Michał Bakanowicz

Kości zostały rzucone, czyli przywitanie Mourinho w Wiecznym Mieście

Kiedy ponad dwa tysiące lat temu Juliusz Cezar wraz ze swoim wiernym wojskiem przekraczał rzekę Rubikon, miał zakrzyknąć: „Alea iacta est”, co się wykłada, że kości zostały rzucone. Tym samym rozpoczęła się krwawa, bezpardonowa wojna domowa w republice rzymskiej, którą boski Juliusz wydał Pompejuszowi, a dzięki której na powrót stał się hegemonem starożytnego świata. Wczoraj jego niewątpliwy następca, czyli Jose Mourinho wkroczył do Wiecznego Miasta, po czym oznajmił, że jest gotowy poprowadzić rzymskie legiony ku chwale.

Jose Mourinho przybył do Rzymu, a następnie, co nie było trudne do przewidzenia, z miejsca skradł show. W ostatnich dniach parę renomowanych, włoskich klubów zaprezentowało nowych trenerów. Simone Inzaghi przywitał się z kibicami Interu Mediolan, Maurizio Sarri udzielił długiego wywiadu dla „Sportitalia”, a Luciano Spaletti zdążył uścisnąć dłoń Aurelio De Laurentisa. Jednak to Mourinho wzbudził największe zainteresowanie spośród wszystkich wyżej wymienionych. Dzisiaj w samym centrum Wiecznego Miasta, na zjawiskowym tarasie otoczonym przez starożytne budowle, pośród medialnego zgiełku, został zaprezentowany jako nowy trener AS Romy. Zasiadłszy za stołem, powziął na twarz dobrze wszystkim znany szelmowski uśmiech i odpowiedział na pytania zgromadzonych dziennikarzy. „The Special One” – jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy – oficjalnie powrócił na Półwysep Apeniński.

Gra na sentymentach

Na początku maja bieżącego roku AS Roma poinformowała o zatrudnieniu Jose Mourinho, a czerwono – żółta część Rzymu nieomal eksplodowała. W mediach społecznościowych momentalnie zapanowało istne szaleństwo spotęgowane specjalnymi okolicznościami. Do ostatniej chwili przed oficjalnym ogłoszeniem nie nastąpił żaden medialny przeciek. Informacja spadła na wszystkich niczym grom z jasnego nieba i stała się wspaniałą okazją do hucznego świętowania. Nazajutrz włoskie sportowe dzienniki obwołały Mourinho nowym Cezarem, a na ulicach pojawiły się pierwsze podobizny nowego trenera. Symboliczne, że w jednej z rzymskich kawiarni pojawiły się lody „Special One” o smaku białej czekolady i cytrusów, które według załączonego opisu miały zapewnić „powiew świeżego powietrza, radości i energii.”

Wczoraj, Mourinho w gustownym garniturze wtargnął na konferencję prasową, w jego oczach pojawił się błysk, a my, wszyscy piłkarscy kibice zaczęliśmy oglądać kolejny sezon starego, dobrze nam znanego serialu. Opowiadając o dzisiejszym położeniu portugalskiego trenera, nie sposób nie odwoływać się do sentymentów. Obecny od prawie dwóch dekad w świecie wielkiej piłki Mourinho, wykreował niejedną wspaniałą drużynę, niejednokrotnie był aktorem najprzedniejszych piłkarskich spektakli. Tyle że nieustannie odwołując się do chwalebnej przeszłości, często stwarza wrażenie, jakby już dawno przeistoczył się w muzealny eksponat.

Jose rozpoczął nowy rozdział i dał znak, że wciąż żyje. Rozliczył się z ostatnimi angielskimi podbojami w Londynie i Manchesterze, stwierdzając, że żaden z nich nie był katastrofą, a ten, kto tak uważa, nigdy nie funkcjonował w piłkarskiej branży. Mam wrażenie, że przyjeżdżając na Półwysep Apeniński, Mourinho ma świadomość, że będzie pracować na innych zasadach. W Rzymie nikt nie naruszy odwiecznej hierarchii, nie postawi wyżej zawodnika, niż trenera tak jak miało to miejsce w Manchesterze United. Ponadto, zdaje się, że pomiędzy Jose a dyrektorem generalnym romanistów, Thiago Pinto, zawiązała się nić porozumienia, co może zaowocować zadowalającym mercato. Paradoksalnie to, że Roma nie posiada w swoich szeregach żadnej topowej gwiazdy, może stać się ogromną szansą Mourinho. Graczy pokroju Lorenzo Pellegriniego, Nicolo Zaniolo, Gianluci Manciniego czy Marasha Kumbulli, Jose weźmie pod swoje skrzydła i ukształtuje na własną modłę. W ten projekt można wierzyć, tym bardziej że Portugalczyk wraca na stare, włoskie śmieci.

Wybaczcie, ale niemal każdy, kto jest pod wpływem magii Mourinho, z łatwością wpada w pułapkę mitologizowania przeszłości. Jedenaście lat temu, zanim Jose opuścił Italię zdobył triplettę z Interem Mediolan, gdzie stworzył – w moim mniemaniu – wzór piłkarskiej drużyny. W pamięci na zawsze pozostaje tamta, niezwykła drużyna, a także jeden wymowny obrazek – największy boiskowy twardziel, Marco Materazzi w objęciach Jose Mourinho, na stadionowym parkingu, tuż po wygranym finale Ligi Mistrzów w 2010 roku. Obaj płaczący na myśl o przyszłym, rychłym rozstaniu. Obaj już na zawsze związani braterską więzią. Wierzę, że Portugalczyk nie rozstał się z dawną wielkością, a dzisiejszy futbol nadal stać na podobnie kapitalne sceny.

Herrera, Capello i prace remontowe

Z resztą na wczorajszej konferencji nie zabrakło wątku Interu. Nieco sprowokowany Mourinho uszczypliwie odniósł się do pracy Antonio Conte w Mediolanie:

„W historii klubów są trenerzy, których nigdy nie należy porównywać. W Rzymie nie można kogokolwiek porównywać z Liedholmem czy Capello. Gdy mówisz o Interze, to nie możesz porównywać mnie czy Helenio Herrery do kogokolwiek innego.”

Z kolei zapytany o wizję rozwoju klubu rzucił: „Nie pracujemy na pojedyncze wygrane, chcemy zaprowadzić klub wysoko i tam pozostać. Łatwo byłoby wygrać, a potem nie płacić pensji”, co oczywiście było przytykiem w stronę mediolańskiego klubu, który niedawno świętował zdobycie scudetto, a który popadł w kłopoty finansowe.

„Naszym celem jest wygranie pierwszego meczu o punkty w tym sezonie. Potem naszym celem będzie wygranie drugiego meczu. Z dnia na dzień musimy być coraz lepsi.”

Wczorajsza konferencja prasowa Mourinho nie będzie zaliczana do jego najbardziej pamiętnych występów za mikrofonem. Otwarcie dał do zrozumienia, że potrzebuje czasu. Wskazywał na błędy Romy popełniane w zeszłym sezonie i akcentował potrzebę ciężkiej pracy w celu zaszczepienia wielu zawodnikom nowej mentalności. Raczej tonował nastroje, unikając otwartych deklaracji. Jednak nie było bezbarwnie – już po krótkiej przemowie, nie bacząc na czekających dziennikarzy, Jose chciał uciec z konferencji, a jeszcze zanim odpowiedział na pierwsze pytanie, śpiesznym krokiem udał się ku oknu, by wykonać niezbędne prace remontowe.

***

Jestem bardziej doświadczony, ale DNA pozostało to samo. Jestem, kim jestem na dobre lub na złe i jestem w zasadzie tą samą osobą.

Kości zostały rzucone. Posiwiały Cezar wkroczył do Wiecznego Miasta, aby wydać wojnę, wszystkim tym, którzy zdążyli w niego zwątpić. Nadal stać go na błyskotliwość i czar, który zwykł tworzyć wokół własnej osoby. Niedługo przekonamy się, czy ku chwale Romy odwojuje, choć część dawnej chwały, a może, co niewykluczone  – wzorem Juliusza Cezara – na powrót stanie się jednym z największych.

Olgierd Bondara

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑