Pozwólcie mi żyć moim życiem… Dwa lata temu zmarł Diego Maradona

„Pozwólcie mi żyć moim życiem. Bo ja nigdy nie chciałem być dla nikogo przykładem”- przyznał pewnego razu kiedy wyniszczony przez kokainę, zmęczony nieustającym zainteresowaniem mediów, zdobywał się na chwilę szczerości. Zawsze uwielbiany, ubóstwiany, noszony na rękach. Dwa lata temu Diego Maradona zmarł na atak serca w swoim mieszkaniu w Buenos Aires.

Diego nigdy nie udawał, a ludzie, szczególnie ci ze społecznego marginesu, pokochali go za jego autentyczność. W swoich buńczucznych wypowiedziach nieraz podkreślał swoje pochodzenie, swój rodowód z najuboższych warstw społecznych. Jednocześnie tworzył się wokół jego osoby swoisty mit, którego stał się zakładnikiem jeszcze za swojego piłkarskiego życia. Z roku na rok, coraz starszy, coraz bardziej wulgarny i bezkompromisowy Diego, wzmacniał swój wizerunek buntownika, króla życia, człowieka nie znającego granic ani żadnej przesady.

Gdy inni tonowali nastroje, on uwielbiał podburzać, skandalizować. Po tym jak z powodu dopingu zdyskwalifikowano go z mundialu w Stanach Zjednoczonych (1994), stracił wszelkie hamulce. Stwierdził, że padł ofiarą spisku. Oskarżał i odgrażał się, że Argentyna razem z nim w składzie awansowałaby do finału, w którym pokonałaby Brazylię. Krok po kroku tracił kontakt z rzeczywistością. Zaprzyjaźnił się z Fidelem Castro, udał się do jego kubańskich posiadłości, gdzie rzekomo miał odstawić narkotyki. W 2009 roku, prowadząc naszpikowaną gwiazdami argentyńską reprezentację rzutem na taśmę zakwalifikował się na Mistrzostwa Świata w RPA. Na konferencji prasowej zaapelował do wszystkich krytyków: „możecie mi obciągnąć”, co już wcześniej sugerował w drużynowym autobusie, gdy odjeżdżając z parkingu wstał i złapał się za genitalia.

Jednak, co rusz powstawał z kolan. Emir Kusturica, reżyser, który zrealizował film dokumentalny o „El Pibe” przyznaje, że najbardziej fascynującą częścią jego osobowości było nieustanne dążenie do odkupienia. Trochę jak w meczu z Anglikami – najpierw oszukuje i oburza cały świat, żeby po chwili zmazać swoją winę najpiękniejszym golem wszechczasów. Diego staczał się w dolinę łez i boleści, a jego życie zamieniało się w koszmar. Upadał jak największy grzesznik, ale zaraz potem podnosił się, wracał do żywych, dzięki błogosławionej sile i potędze ducha. Dwa lata temu nie udało mu się po raz pierwszy.

Po II Wojnie Światowej, Argentyna pogrążyła się w społeczno – ekonomicznej stagnacji, przeplatanej gospodarczymi kryzysami. Kraj pogrążony w marazmie, rozkraczony między szansą ogromnych sukcesów, a upadkiem, który powoli stawał się rzeczywistością, potrzebował impulsu, bohatera. Nadszedł w osobie krępego, czarnowłosego chłopca. „El Pibe De Oro”- Diego Maradona – ucieleśnienie szaleńczych losów, symbol wiecznego rozdarcia między wykluczającymi się skrajnościami. Człowiek, z którym utożsami się przeciętny Argentyńczyk. Paweł Wilkowicz, na łamach „Rzeczpospolitej”, pisał w swoim znakomitym tekście pt. „Diego Maradona, historia choroby”:

„Maradonizm jest argentyński jak peronizm, jak junty. Jak przemoc i brudny język w życiu publicznym, jak marzycielstwo, tango, asado i bajki o wybranym przez Boga, pięknym europejskim kraju, który się przez przypadek zaplątał w Ameryce Łacińskiej.”

Streszczeniem jego życia już na zawsze pozostanie ćwierćfinał Mundialu z 1986 roku, mecz Argentyny z Anglią. A raczej to, co wydarzyło się tuż po przerwie. Piłka niespodziewanie spada w polu karnym Anglików, a biegnący Maradona trąca futbolówkę ręką. Gol. Największe oszustwo w historii pięknej gry. Diego biegnie ku narożnikowi, celebrując swoją zdobycz. Parę chwil później, ten sam zawodnik dokonuje oczyszczenia wszystkich swoich win. Argentyńczyk przejmuje piłkę na swojej połowie i zaczyna swój taniec. W charakterystycznej dla siebie pozie – wyprostowany, z futbolówkę przyklejoną do prostego podbicia stopy – mknie jak huragan, siejąc spustoszenie w obronie rywali. Kolejny gol. Victor Hugo Morales, sprawozdawca tamtego meczu, krzyczał do mikrofonu:

„Geniusz! Geniusz! Geniusz! Ta – ta – ta – ta – ta – ta! Gooool! Będę płakał! Jezu Chryste! Niech żyje piłka nożna! Golazzo! Diegoooo! Maradooona! Będę płakał, przepraszam! Maradona po zapierającym dech w piersiach rajdzie, najlepszej akcji wszechczasów! Niczym mały latawiec z kosmosu! Z jakiej planety przybyłeś! Okiwałeś tylu Anglików i zjednoczyłeś cały kraj w okrzykach na cześć Argentyny! Argentyna dwa, Anglia zero. Diego Armando Maradona! Dzięki ci, Boże, za futbol, za Maradonę, za te łzy, za… Argentyna dwa, Anglia zero.”

Po śmierci Maradony, Argentyna pogrążyła się w rozpaczy. Prezydent Alberto Fernandez ogłosił trzydniową żałobę, a ludzie wyszli na ulice, śpiewali piosenki w hołdzie zmarłemu, modlili się o pokój jego duszy. Całkiem podobnie jak wtedy, gdy w 2004 roku Maradona w stanie skrajnego wyczerpania trafił do szpitala w Buenos Aires. Organizm Diega – zdewastowany kokainą, nadwagą i destrukcyjnym stylem życia – niemalże odmówił posłuszeństwa. Argentyński naród, obawiając się śmierci idola tłumnie zgromadził się pod samymi drzwiami szpitala. Tysiące ludzi z różańcami i łzami w oczach, a ponad ich głowami morze, odręcznie napisanych transparentów: „Diego, wróć i pozwól nam marzyć” czy „Diego – na zawsze”. Pośród nich, najbardziej wymowny: „Cisza, Bóg śpi.”

Strzelecki dorobek Diego Armando Maradony nie umywa się do osiągnięć dzisiejszych piłkarskich herosów, którzy już dawno przebili skalę indywidualnych osiągnięć „El Diez”. Ronaldo, Messi czy Lewandowski ustanowili własne rekordy, które otwarcie sugerują ich piłkarską wyższość nad gwiazdami poprzednich epok. Mimo tych okoliczności spoczywająca na futbolowym Olimpie gwiazda Maradony nie gaśnie. Jego mit nie traci na wartości. Jego wyznawcy nie tracą wiary.

Liczy się legenda. I symbolika, która niepostrzeżenie rządzi naszymi sentymentami. Maradona należał do futbolu z innego, starego świata. Futbolu nie znającego absurdalnych kwot. Futbolu radosnego, marzycielskiego, plebejskiego. W pewien sposób tożsamego dla cech osobowości „El Pibe” – niepoukładanego, zawadiackiego, pełnego niedoskonałości, ale i naturalnego piękna.

Olgierd Bondara

Fot. Facebook

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: