Remis o smaku zmarnowanej szansy

Remis na inaugurację mistrzostw świata w wykonaniu reprezentacji Polski to nowość. Ostatni raz turniej tej rangi równie dobrze zaczynaliśmy w 1986 roku. Wydawać by się więc mogło, że po przedwczorajszym meczu z Meksykiem powinniśmy być zadowoleni. Nic jednak bardziej mylnego, bo wielu kibiców zadaje sobie pytanie – skoro było tak dobrze, to dlaczego jest tak źle? Mimo wszystko pozytywny wynik przyćmiła gra Biało-czerwonych, którzy swym podejściem do tego spotkania nie dali sobie nawet szansy na zwycięstwo.

Gdy równo dwa lata temu obraz gry drużyny prowadzonej przez Jerzego Brzęczka wyglądał bardzo podobnie, wieszaliśmy na nim psy. Powszechnie mówiło się, że z taką grą nie mamy czego szukać na Euro 2020. Doprowadziło to do zmiany selekcjonera na Paulo Sousę, który starał się zmienić grę reprezentacji Polski. Niespodziewane odejście Portugalczyka jednak wymusiło awaryjne zatrudnienie Czesława Michniewicza.

Dlaczego o tym wszystkim wspominam? Co ma Brzęczek i Sousa do wczorajszego meczu z Meksykiem? A no to, że wszystkie te trenerskie zawirowania determinują, to co dziś obserwujemy w wykonaniu polskiej reprezentacji. To jaką filozofię gry preferuje Michniewicz, wiedzieliśmy już, zanim został zatrudniony przez PZPN. Wówczas w obliczu zbliżających się wielkimi krokami baraży o mistrzostwa świata w Katarze wszyscy akceptowaliśmy defensywne podejście selekcjonera. Cel uświęcał środki, bo i czasu było ekstremalnie mało.

Na imprezie rangi mistrzowskiej od reprezentacji Polski oczekujemy jednak czegoś więcej niż, to co zaproponowali nam podopieczni Czesława Michniewicza przeciwko Meksykanom. Pech chciał, że we wtorek świetne spotkanie rozegrała Arabia Saudyjska z typowaną na faworyta do końcowego zwycięstwa Argentyną. Widać było w jej grze pomysł, konsekwencje w realizacji planu i przede wszystkim wiarę we własne umiejętności. Herve Renard miał o wiele więcej czasu na ułożenie sobie tej drużyny, ale pracuje również z gorszym materiałem piłkarskim.

Polska z graczami FC Barcelony, AS Romy, Feyenoordu Rotterdam czy nawet Benevento i Spezii stanowi nadal solidniejszy materiał do gry kombinacyjnej. Tego niestety nie widzieliśmy. Nie oszukujmy się – po raz kolejny w pewien sposób wyśmiewane przez nas narody po prostu lepiej umieją grać w piłkę. Tu nie chodzi nawet o niespodziewany triumf Arabii Saudyjskiej, ale o samą grę z piłką przy nodze. Regularnie co dwa lata musimy przełykać gorzką pigułkę, przekonując się, że reprezentanci niemal każdego kraju potrafią więcej z piłką przy nodze niż my. Za każdym razem próbuję znaleźć na to zagadnienie sensowną odpowiedź, ale z każdą imprezą mam wrażenie, że jestem pod tym względem coraz głupszy.

Światowy system skautingu w najlepszych europejskich ligach nie może być przecież tak ślepy na dyscyplinę taktyczną, spokój w rozegraniu, agresywne podejście do rywala i pomysł na siebie piłkarzy Arabii Saudyjskiej, Tunezji czy nawet Iranu przed czterema laty w Rosji. Przecież to nie są lepsi piłkarze od Piotra Zielińskiego, Sebastiana Szymańskiego, Jakuba Kamińskiego itd. Dlaczego więc to oni lepiej operują piłką, a my zawsze ograniczamy się do gry bardziej prymitywnej? Owszem, można założyć, że naszym grupowym rywalom z Azji po prostu wyszedł jeden mecz, ale nasuwa się kolejne pytanie – dlaczego nam mecz na takim poziomie czysto piłkarskim wyjść nie może?

Jak inaczej nazwać fakt, że wczoraj Robert Lewandowski otrzymał większość podań od Wojciecha Szczęsnego? Mając w środku pola Zielińskiego, Szymańskiego i po bokach Zalewskiego z Kamińskim nie potrafimy zrobić użytku nie tylko z Lewandowskiego, ale również z umiejętności rozegrania piłki, którą przecież ci zawodnicy prezentują w swoich klubach.

To nie jest problem, tylko wczorajszego meczu, bo każdy, kto obserwuje grę reprezentacji Polski regularnie, wiedział, czego może się spodziewać. Wtorkowy mecz był kwintesencją ostatnich miesięcy w wykonaniu Biało-czerwonych. Problem polega jednak na tym, że ta drużyna na każdej imprezie wygląda tak samo. Rozegranie piłki i gra w ofensywie za każdym razem kuleje. Wirtuozami oczywiście nie jesteśmy i nie będziemy, ale naprawdę ci zawodnicy nie są aż tak ubodzy piłkarsko, by prezentować się tak słabo na połowie rywala.

To nie jest tak, że to, co zobaczyliśmy we wtorek na Stadium 974 w wykonaniu reprezentacji Polski, było tylko i wyłącznie złe. Mimo słabej gry na połowie rywala w końcu na mistrzostwach świata sprostaliśmy zadaniu w defensywie. Graliśmy kompaktowo, nie pozwoliliśmy Meksykanom na rozwinięcie skrzydeł. Mądrze spowalnialiśmy tempo gry, co było kluczowe do tego, by podopieczni Taty Martino nie mogli się każdą kolejną akcją napędzać. Bałem się, że gdy źle wejdziemy w ten mecz, to obraz gry będzie bardzo podobny do tego sprzed czterech lat przeciwko Kolumbii.

Czesław Michniewicz jednak dobrze ustawił pod tym względem drużynę w defensywie. Oczywiście to Meksyk stworzył sobie bardziej klarowne sytuacje w tym meczu, ale ani jedna z nich nie była poważnym zagrożeniem. Wydaje się, że trochę je wyolbrzymiamy poprzez naszą indolencję nie tyle pod bramką Guillermo Ochoi, a na połowie Meksykanów.

Irytuje przede wszystkim fakt, że selekcjoner tak mocno zatracił się w defensywnym podejściu do gry w tym meczu. Personalnie wystawił ofensywny skład, ale zupełnie z tego nie skorzystał. Okopanie się przed własnym polem karnym, wybijanie Meksykanów z rytmu to coś, czego wszyscy się spodziewaliśmy, ale spodziewaliśmy się również, że nadejdzie moment, gdzie mocniej postawimy na ofensywę. Okazja ku temu była w drugiej połowie, gdy nasz rywal wyglądał nieco słabiej, ale my po prostu nie daliśmy sobie szansy na zwycięstwo.

Narracja po tym spotkaniu pewnie byłaby inna, gdyby Robert Lewandowski wykorzystał rzut karny. To, że dla każdego piłkarza to obowiązek wiemy wszyscy, ale pudła z jedenastu metrów po prostu się zdarzają. Problem polega na tym, że tego dnia nie daliśmy rywalom popełnić błędu w defensywie, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiliśmy ich zaatakować. Boli fakt, że nasz wczorajszy rywal był naprawdę słaby. Mając zawodnika pokroju Roberta Lewandowskiego, z takim przeciwnikiem trzeba zrobić wszystko, by go wykorzystać. Pokazała to akcja, po której podyktowano rzut karny. Meksyk popełniałby błędy, ale Polskę ograniczał strach przed odsłonięciem tyłów.

Mamy punkt, z którego należy się jednak cieszyć. Nie chodzi tu o budowanie negatywnej narracji wokół reprezentacji Polski, bo nadal jesteśmy w grze i jeśli nam się uda awansować, to powiemy, że cel uświęca środki. Na mistrzostwach świata najważniejszy jest wynik i skuteczność w dążeniu do celu. Czesława Michniewicza i każdego piłkarza, na którego postawi, ocenimy kompleksowo po mundialu.

Na wczorajszy mecz z Meksykiem należy jednak spojrzeć z większą perspektywą, bo historia zatoczyła koło. Przed dwoma laty za podobną, choć bardziej rozpaczliwą grę, głową przypłacił Jerzy Brzęczek. Tajemnicą poliszynela jest, że sporą rolę odegrali w tym zawodnicy na czele z naszym kapitanem. Z perspektywy dwóch lat można powiedzieć, że zmieniły się nazwiska, ale gra nie.

Damian Głodzik

fot. commons.wikimedia.org

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: