Jędrzejczak z kontry, czyli jak oszukał nas portugalski lawirant.

Pojawiające się tuż przed Świętami Bożego Narodzenia informacje jakoby Paulo Sousa miał opuścić Reprezentację Polski na rzecz brazylijskich klubów, wydawały się dla mnie dość zaskakujące i przyznam zupełnie szczerze, że nie dawałem im większej wiary. Twierdziłem, że przecież w tym momencie takie posunięcie byłoby horrendalnie absurdalne, ale niestety myliłem się. Nie tylko kilka dni temu. Myliłem się w zasadzie od momentu, w którym PZPN ogłosił nazwisko nowego selekcjonera i o tym dzisiaj w tym tekście.

Czytaj dalej „Jędrzejczak z kontry, czyli jak oszukał nas portugalski lawirant.”

Aston Villo, robisz to dobrze! Czyli plan na zastąpienie Jacka Grealisha.

Czy ligowy średniak, który aspiruje do tego, by stać się dla ligi kimś więcej, może poradzić sobie z utratą swojej największej gwiazdy? Włodarze Aston Villi zrobili w tym oknie transferowym wszystko, by na jego finiszu móc powiedzieć, że tak. Jak wiadomo, Birmingham nie jest już aktualnym adresem zamieszkania Jacka Grealisha. Anglik wypłynął na szerokie wody, przenosząc się do City, a wynikające z jego sprzedaży 100 milionów funtów, trafiło do kasy jego macierzystego zespołu. Przed zarządem The Villans pojawiło się więc wyzwanie, co zrobić byśmy nie musieli płakać po Jacku? Na ten moment, może się wydawać, że znaleźli odpowiedź na to wcale niełatwe pytanie.

Czytaj dalej „Aston Villo, robisz to dobrze! Czyli plan na zastąpienie Jacka Grealisha.”

Za takie pieniądze?! Awantura o White’a.

Trwające wciąż okno transferowe jest w tym momencie tylko tłem, dla tego co wydarzyło się na linii Barcelona-Paryż. Trudno się dziwić, w końcu Leo Messi opuścił klub, z którym – jak mogło się wydawać – miał być związany po wsze czasy. To oczywiście temat numer jeden jeśli chodzi o letnie przeprowadzki. Gdzieś na dalszym planie przebija się głośny transfer Lukaku, wcześniejsze transakcje z Varanem i Sancho w rolach głównych, czy też wciąż aktualny temat Kane’a. No i rzecz jasna Grealish! Ja jednak w poniższym tekście chciałbym wrócić do dość gorącego zakupu, ale raczej będącego źródłem szyderstw, niż uznania, dla klubu który bohatera owego tekstu postanowił pozyskać. A mowa tu o blisko 60-milionowym transferze 23-letniego Bena White’a. Jest to transakcja, która w moim odczuciu jest nie tylko do wybronienia, ale już teraz można uznać ją za istotne wzmocnienie Kanonierów. I tak, wiem. Jest to niepopularna opinia. 

60 milionów za piłkarza Brighton?

Choćby dlatego, że na wyobraźnię może podziałać kwota transferu. Trudno mi jednak zrozumieć to, że dla wielu w obecnych czasach, jest to wydatek aż tak szokujący. Jasne, coronawirusowe perypetie pokomplikowały pewne sprawy, ale patrząc na poczynania piłkarskich mocarstw, to chyba jednak nie wszystkim. A już na pewno nie aż tak jak się początkowo spodziewano. Piłkarze kosztowali, kosztują i będą kosztować ogromne pieniądze. Pukanie się po czołach nic tutaj nie da. Andrzej Twarowski pisał kiedyś, że 75 milionów to można dać za Van Gogha, a nie za Virgila Van Dijka, ale po pewnym czasie sam przyznał, że był to jeden z tych tweetów, których żałuje najmocniej. Nie wiem czy podobny los spotka tych szydzących z zakupu Bena White’a, ale po dłuższym zastanowieniu ta transakcja ma sens, a jej kwota – biorąc pod uwagę obecne standardy – nie jest wcale wzięta z kosmosu.

Sprawdzony w lidze

Przede wszystkim Arsenal nie kupuje kota w worku, a zawodnika, który rozegrał już 36 spotkań na poziomie Premier League. Kluby z Anglii wielokrotnie sprowadzały za duże pieniądze zagranicznych defensorów, którzy na pierwszy rzut oka mieli wszystko, by podbić ligę. Kończyło się to różnie. Tak na szybko można w tym gronie wymienić Mangalę (Porto-City 45 mln euro), Otamendiego (Valencia-City  45 mln euro), czy Mustafiego (Valencia-Arsenal 40 mln euro). Czasem brakowało, umiejętności, innym razem nie pomogło zdrowie. W innych wypadkach problemy związane ze zmianą kulturową, okazywały się nie do przeskoczenia. Tutaj o ostatnim z przypadków mowy być nie może, a to bardzo mocno zmniejsza ryzyko tego, bądź co bądź, wielomilionowego transferu.

Żołnierz Bielsy i Pottera 

Skoro jednak napomknąłem między wierszami o kwestiach zdrowotnych, to należy wspomnieć, że White wygląda pod tym względem wybitnie. Wystarczy powiedzieć, że piłkarz ten rozegrał na przestrzeni ostatnich dwóch sezonów aż 77 spotkań ligowych. 41 z nich przypada na grę w Leeds na poziomie Championship w kampanii 19/20. Wówczas nie opuścił on żadnego meczu, grając w każdym z nich w pełnym wymiarze czasowym! Ten okres zresztą przełożył się na nagrodę dla Najlepszego Młodego Piłkarza Sezonu oraz miejsce w Najlepszej Jedenastce rozgrywek. Pozostała liczba to wspomniane wyżej mecze w Premier League, w ramach sezonu 20/21. Regularna gra pod wodzą, najpierw Bielsy, a później Pottera, oraz jego harmonijny przeskok z zaplecza angielskich rozgrywek na ich najwyższy poziom, świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze, mamy do czynienia z zawodnikiem, który może pochwalić się końskim zdrowiem. Po drugie, mówimy o chłopaku, który rozwija się więcej niż prawidłowo. I oczywiście, kontuzja może przydarzyć się zawsze. Nie zmienia to jednak faktu, że jeśli podzielić piłkarzy na tych podatnych na urazy oraz tych, którzy nie łapią ich niemal wcale, to White zdecydowanie należy do zbioru numer dwa. A to spora wartość.

Wymarzony piłkarz dla Artety

Wyżej wymienione nazwiska Bielsy i Pottera nie padają też tutaj przypadkowo. Zarówno Argentyńczyk, Anglik, jak i obecny przełożony White’a – Arteta, mają ze sobą wiele wspólnego jeśli chodzi o podejście do futbolu. Mianowicie, każdy z nich lubuje się w „grze piłką” i stawia na wysoką kulturę. Jeśli jesteś piłkarzem topornym, mającym problemy z podstawowymi aspektami technicznymi, to raczej nie masz szans na zaistnienie u któregokolwiek z tych szkoleniowców. A przecież zarówno trener Leeds, jak i ten z Brighton, eksploatowali White’a do granic możliwości. Ogromne znaczenie ma tutaj fakt, że Anglik to defensor dobrze operujący futbolówką. I to na tyle, że kilkukrotnie zdarzyło mu się zagrać w środku pola. Ważne są tu też kwestie mentalnościowe. Bielsa mówił o swoim byłym piłkarzu:

„Ma on w sobie wiele cech do zaoferowania, ale najważniejszą z nich jest to, że odpowiednio reaguje na swoje wpadki. Na przykład gdy spojrzymy na bramkarzy, to gdy wejdą oni źle w mecz, mogą myśleć o swojej pomyłce do samego jego końca, przez co grają coraz gorzej i gorzej. Kiedy przełożymy to na środkowych obrońców, to ich reakcja na błędy jest również bardzo istotną informacją. To kluczowe by umieć utrzymać regularność nawet jeśli zmagasz się z problemami.”

Tak więc mówimy o zawodniku o wysokich umiejętnościach technicznych i odpowiednim charakterze. A to dla Artety bardzo ważne cechy. Oczywistym jest, że hiszpański menedżer kładzie bardzo duży nacisk na skrupulatne wyprowadzenie futbolówki ze strefy obronnej i umiejętną grę pod wysokim pressingiem rywala. A piłkarska jakość i wiara we własne umiejętności prezentowane przez White’a są do tego niezbędne.

Pasujące do siebie puzzle

Podsumowując, Arsenal wydał na defensora Brighton blisko 60 milionów euro. I jasne, są to spore pieniądze. Mówimy jednak o wciąż młodym, ale ogranym już na angielskich boiskach piłkarzu, którego styl gry idealnie pasuje do koncepcji menadżera Kanonierów. Ponadto White wciąż wydaje się zawodnikiem, który ma w sobie spore rezerwy, oraz odznacza się mentalnością, która może zaprowadzić go naprawdę wysoko. Zresztą, jego dobra forma i spory potencjał zostały dostrzeżone przez selekcjonera reprezentacji Anglii, Garetha Southgate’a, który powołał obrońcę na czerwcowe, towarzyskie mecze z Austrią oraz Rumunią, i pozwolił mu zadebiutować już w pierwszym z tych spotkań. I oczywiście, na rynku być może znalazłoby się kilka potencjalnie lepszych opcji transferowych, ale ilu z tych piłkarzy chciałoby zasilić Arsenal? Zespół Kanonierów jest w miejscu w takim, w jakim jest i może tylko z zazdrością patrzeć na choćby Manchester United, który jest w stanie przekonać do siebie Varane’a. Lata posuchy zmuszają włodarzy The Gunners do wyszukiwania nieoczywistych opcji. Transfer Bena White’a właśnie takim rozwiązaniem jest, ale w moim odczuciu jest to ruch bardzo sensowny. Mimo, że wielu sądzi inaczej.

Michał Bakanowicz

Kości zostały rzucone, czyli przywitanie Mourinho w Wiecznym Mieście

Kiedy ponad dwa tysiące lat temu Juliusz Cezar wraz ze swoim wiernym wojskiem przekraczał rzekę Rubikon, miał zakrzyknąć: „Alea iacta est”, co się wykłada, że kości zostały rzucone. Tym samym rozpoczęła się krwawa, bezpardonowa wojna domowa w republice rzymskiej, którą boski Juliusz wydał Pompejuszowi, a dzięki której na powrót stał się hegemonem starożytnego świata. Wczoraj jego niewątpliwy następca, czyli Jose Mourinho wkroczył do Wiecznego Miasta, po czym oznajmił, że jest gotowy poprowadzić rzymskie legiony ku chwale.

Jose Mourinho przybył do Rzymu, a następnie, co nie było trudne do przewidzenia, z miejsca skradł show. W ostatnich dniach parę renomowanych, włoskich klubów zaprezentowało nowych trenerów. Simone Inzaghi przywitał się z kibicami Interu Mediolan, Maurizio Sarri udzielił długiego wywiadu dla „Sportitalia”, a Luciano Spaletti zdążył uścisnąć dłoń Aurelio De Laurentisa. Jednak to Mourinho wzbudził największe zainteresowanie spośród wszystkich wyżej wymienionych. Dzisiaj w samym centrum Wiecznego Miasta, na zjawiskowym tarasie otoczonym przez starożytne budowle, pośród medialnego zgiełku, został zaprezentowany jako nowy trener AS Romy. Zasiadłszy za stołem, powziął na twarz dobrze wszystkim znany szelmowski uśmiech i odpowiedział na pytania zgromadzonych dziennikarzy. „The Special One” – jedyny w swoim rodzaju, wyjątkowy – oficjalnie powrócił na Półwysep Apeniński.

Gra na sentymentach

Na początku maja bieżącego roku AS Roma poinformowała o zatrudnieniu Jose Mourinho, a czerwono – żółta część Rzymu nieomal eksplodowała. W mediach społecznościowych momentalnie zapanowało istne szaleństwo spotęgowane specjalnymi okolicznościami. Do ostatniej chwili przed oficjalnym ogłoszeniem nie nastąpił żaden medialny przeciek. Informacja spadła na wszystkich niczym grom z jasnego nieba i stała się wspaniałą okazją do hucznego świętowania. Nazajutrz włoskie sportowe dzienniki obwołały Mourinho nowym Cezarem, a na ulicach pojawiły się pierwsze podobizny nowego trenera. Symboliczne, że w jednej z rzymskich kawiarni pojawiły się lody „Special One” o smaku białej czekolady i cytrusów, które według załączonego opisu miały zapewnić „powiew świeżego powietrza, radości i energii.”

Wczoraj, Mourinho w gustownym garniturze wtargnął na konferencję prasową, w jego oczach pojawił się błysk, a my, wszyscy piłkarscy kibice zaczęliśmy oglądać kolejny sezon starego, dobrze nam znanego serialu. Opowiadając o dzisiejszym położeniu portugalskiego trenera, nie sposób nie odwoływać się do sentymentów. Obecny od prawie dwóch dekad w świecie wielkiej piłki Mourinho, wykreował niejedną wspaniałą drużynę, niejednokrotnie był aktorem najprzedniejszych piłkarskich spektakli. Tyle że nieustannie odwołując się do chwalebnej przeszłości, często stwarza wrażenie, jakby już dawno przeistoczył się w muzealny eksponat.

Jose rozpoczął nowy rozdział i dał znak, że wciąż żyje. Rozliczył się z ostatnimi angielskimi podbojami w Londynie i Manchesterze, stwierdzając, że żaden z nich nie był katastrofą, a ten, kto tak uważa, nigdy nie funkcjonował w piłkarskiej branży. Mam wrażenie, że przyjeżdżając na Półwysep Apeniński, Mourinho ma świadomość, że będzie pracować na innych zasadach. W Rzymie nikt nie naruszy odwiecznej hierarchii, nie postawi wyżej zawodnika, niż trenera tak jak miało to miejsce w Manchesterze United. Ponadto, zdaje się, że pomiędzy Jose a dyrektorem generalnym romanistów, Thiago Pinto, zawiązała się nić porozumienia, co może zaowocować zadowalającym mercato. Paradoksalnie to, że Roma nie posiada w swoich szeregach żadnej topowej gwiazdy, może stać się ogromną szansą Mourinho. Graczy pokroju Lorenzo Pellegriniego, Nicolo Zaniolo, Gianluci Manciniego czy Marasha Kumbulli, Jose weźmie pod swoje skrzydła i ukształtuje na własną modłę. W ten projekt można wierzyć, tym bardziej że Portugalczyk wraca na stare, włoskie śmieci.

Wybaczcie, ale niemal każdy, kto jest pod wpływem magii Mourinho, z łatwością wpada w pułapkę mitologizowania przeszłości. Jedenaście lat temu, zanim Jose opuścił Italię zdobył triplettę z Interem Mediolan, gdzie stworzył – w moim mniemaniu – wzór piłkarskiej drużyny. W pamięci na zawsze pozostaje tamta, niezwykła drużyna, a także jeden wymowny obrazek – największy boiskowy twardziel, Marco Materazzi w objęciach Jose Mourinho, na stadionowym parkingu, tuż po wygranym finale Ligi Mistrzów w 2010 roku. Obaj płaczący na myśl o przyszłym, rychłym rozstaniu. Obaj już na zawsze związani braterską więzią. Wierzę, że Portugalczyk nie rozstał się z dawną wielkością, a dzisiejszy futbol nadal stać na podobnie kapitalne sceny.

Herrera, Capello i prace remontowe

Z resztą na wczorajszej konferencji nie zabrakło wątku Interu. Nieco sprowokowany Mourinho uszczypliwie odniósł się do pracy Antonio Conte w Mediolanie:

„W historii klubów są trenerzy, których nigdy nie należy porównywać. W Rzymie nie można kogokolwiek porównywać z Liedholmem czy Capello. Gdy mówisz o Interze, to nie możesz porównywać mnie czy Helenio Herrery do kogokolwiek innego.”

Z kolei zapytany o wizję rozwoju klubu rzucił: „Nie pracujemy na pojedyncze wygrane, chcemy zaprowadzić klub wysoko i tam pozostać. Łatwo byłoby wygrać, a potem nie płacić pensji”, co oczywiście było przytykiem w stronę mediolańskiego klubu, który niedawno świętował zdobycie scudetto, a który popadł w kłopoty finansowe.

„Naszym celem jest wygranie pierwszego meczu o punkty w tym sezonie. Potem naszym celem będzie wygranie drugiego meczu. Z dnia na dzień musimy być coraz lepsi.”

Wczorajsza konferencja prasowa Mourinho nie będzie zaliczana do jego najbardziej pamiętnych występów za mikrofonem. Otwarcie dał do zrozumienia, że potrzebuje czasu. Wskazywał na błędy Romy popełniane w zeszłym sezonie i akcentował potrzebę ciężkiej pracy w celu zaszczepienia wielu zawodnikom nowej mentalności. Raczej tonował nastroje, unikając otwartych deklaracji. Jednak nie było bezbarwnie – już po krótkiej przemowie, nie bacząc na czekających dziennikarzy, Jose chciał uciec z konferencji, a jeszcze zanim odpowiedział na pierwsze pytanie, śpiesznym krokiem udał się ku oknu, by wykonać niezbędne prace remontowe.

***

Jestem bardziej doświadczony, ale DNA pozostało to samo. Jestem, kim jestem na dobre lub na złe i jestem w zasadzie tą samą osobą.

Kości zostały rzucone. Posiwiały Cezar wkroczył do Wiecznego Miasta, aby wydać wojnę, wszystkim tym, którzy zdążyli w niego zwątpić. Nadal stać go na błyskotliwość i czar, który zwykł tworzyć wokół własnej osoby. Niedługo przekonamy się, czy ku chwale Romy odwojuje, choć część dawnej chwały, a może, co niewykluczone  – wzorem Juliusza Cezara – na powrót stanie się jednym z największych.

Olgierd Bondara

Co za dużo, to niezdrowo. Rozterki Lamparda. Felieton Michała Bakanowicza.

Okno transferowe w wykonaniu Chelsea zostało rozegrane w iście spektakularnym stylu.
Zanim ktokolwiek zdążył się połapać, w klubie mieliśmy już Ziyecha i Wernera. Potem doszli
Havertz, Chilwell, Thiago Silva, czy wreszcie Mendy. Łącznie sześciu piłkarzy za kwotę
bliską 250 mln euro.

„Mają rozmach, skurwysyny” chciałoby się nawiązać klasyki polskiej komedii.

Abramowicz zawsze lubił wydawać pieniądze. Czasem było to zakupowe szaleństwo, w
późniejszych okresach inwestycje raczej wyważone, ale jednak na Stamford zawsze coś się
działo. Transferowy zakaz zastopował jednak rosyjskiego oligarchę w poprzednim oknie.
Teraz należało sobie to odbić.

Nie ma w tym niczego dziwnego. Ostatnie rozgrywki były w wykonaniu Chelsea solidne, ale
do poprawy jest sporo. Czwarte miejsce w lidze i odpadniecie w 1/8 Ligi Mistrzów to jednak
za mało. W Londynie ambicje są większe.

Mimo wszystko przy całym zachwycie transferami takimi jak przybycie Havertza, czy
Wernera, mam spore wątpliwości co do tego, że pieniądze zostały zainwestowane dokładnie
tam, gdzie powinny.

Chelsea z sezonu 2019/2020 kojarzy nam się z zespołem kreatywnym, widowiskowym i niemającym problemu ze zdobywaniem goli. Mankamentem była defensywa. Lampard do dziś
nie znalazł sposobu jak uszczelnić tę formację. Mało tego. Daily Mail podaje, że ten angielski
menadżer korzystał z 20 różnych zestawień w obronie, w zaledwie 41 ligowych spotkaniach.
Istne błądzenie we mgle.

The Blues wyglądają w tyłach przeciętnie pod względem personalnym. Przed obecnym
sezonem jasnym więc było, że wzmocnienia tam są niezbędne. Jaki jest tego efekt? Do klubu
trafił Ben Chilwell, który jest defensorem znanym z tego, że jest lepszy w ataku, niż w
obronie. Oprócz niego mamy 36-letniego Thiago Silvę, który mimo doświadczenia najlepsze
lata ma za sobą. Kolejny nabytek to grający do tej pory w Rennes Eduardo Mendy, o którym
wiemy, na razie tyle, że od Kepy gorszy na pewno nie będzie. Czy to jednak wystarczy?

Deprecjonowanie tych zawodników, zanim zdążą w klubie tak naprawdę zaistnieć, jest
oczywiście niesprawiedliwe. Jeśli jednak zestawimy powyższe nazwiska z wyżej
wymienionymi Ziyechem, Wernerem, czy Havertzem, to trudno oprzeć się wrażeniu, że
akcent został postawiony chyba nie do końca tam, gdzie należało to zrobić.

Szczególnie że gdy zerkniemy na tabelę z poprzedniego sezonu i zauważymy, że Chelsea pod
względem strzelonych goli była trzecim zespołem w lidze (69 trafień), a jeśli chodzi o
stracone, to był to wynik dopiero dziewiąty (54 gole).

I nawet już nie grzebiąc – w mimo wszystko nie tak dawnej – historii, to obecne rozgrywki też
dają już nam pewne sygnały. Co prawda Chilwell i Mendy nie zadebiutowali jeszcze w lidze,
ale Silva zdążył zrobić już błąd, po którym The Blues stracili gola. Ostatni mecz Chelsea z
WBA był pokazem nieporadności w tyłach. Wyniki 3:3 to żywe wspomnienie poprzednich
rozgrywek, gdzie ofensywę należy chwalić, ale za to obrona pozostawia wiele do życzenia.

A to może być też wynikiem problemu bogactwa w ataku. Kiedy masz w kadrze piłkarzy
takich jak Giroud, Abraham, Mount, Havertz, Werner, Hudson-Odoi, a wiesz, że za chwilę
dojdzie do nich jeszcze Pulisic i Ziyech, to trudno Ci zrezygnować, z któregokolwiek z nich.
Skład Chelsea w meczu z beniaminkiem był więc totalnie niezbalansowany. Boczni obrońcy
w postaci Alonso i Jamesa, to raczej tacy, których kojarzymy z ofensywnymi inklinacjami,
niż z solidnością w obronie, a druga linia złożona z defensywnych Kante, Kovacicia i
ofensywnego Havertza, okazała się niewystarczająca, by odpowiednio wesprzeć tyły.

I tu pojawia się mój zarzut do Lamparda. Osobiście uważam, że jeśli Anglik zdecydował się
na poświęcenie odpowiedzialnego w obronie Azpilicuety, kosztem wyżej wymienionych
zawodników, to jego druga linia powinna zostać zestawiona w bardziej przemyślany sposób.
No ale jak tu odpalić z kogoś z czwórki Mount, Havertz, Werner, czy Abraham? I to jeszcze
w momencie, w którym na ławce zostawiasz Girouda oraz Hudsona-Odoi’a, a wkrótce do
składu wskoczą Ziyech i Pulisic? No właśnie! Co za dużo to niezdrowo.

Efektem takich rozterek jest radosny futbol, który niekoniecznie jest odpowiednią drogą do
osiągnięcia sukcesu. Oczywiście, ofensywne zakupy Chelsea i ich bogactwo w ataku wciąż
robią wrażenie i są źródłem zazdrości wielu menadżerów. Tu jednak należy znaleźć złoty
środek, którego, na razie nie udało się zdefiniować, zarówno Abramowiczowi w trakcie
transferowego szaleństwa, jak i Lampardowi podczas kompletowania wyjściowego składu.

To drugie na pewno przyjdzie z czasem. Nie ma go jednak zbyt dużo. Chelsea nie może
pozwolić sobie na stratę kolejnych punktów, gdyż konkurencja nie śpi. Trzy zespoły mogą
pochwalić się kompletem zwycięstw po trzech kolejkach, a dorobek The Blues na poziomie 4
oczek jawi się, póki co mizernie. Tak więc, jeśli ten sezon ma być lepszym od poprzedniego,
recepta na sukces, którą jest pozbycie się defensywnych problemów, musi pojawić się niemal
natychmiast.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Imperium niemocy.

Skuteczna gra, kreatywność, wizja – tego z pewnością nie można powiedzieć o Legii Warszawa, która po raz kolejny zawiodła w eliminacjach do europejskich pucharów, ale czy można było uniknąć tej żenady?

Na początku należy cofnąć się do momentu, w którym wszystko zmierzało w dobrą stronę. Końcówka jesieni w wykonaniu Legii była naprawdę mocna i pokazała, że w tej lidze każdy musi się z nią liczyć. Legia nie grała może futbolu, który sprawiał, że na całym świecie podziwiano styl zespołu Vukovica, ale była do bólu skuteczna i każdy piłkarz wiedział, co ma robić na boisku. Część ludzi zaczęła powoływać Pawła Wszołka do reprezentacji, Jarosław Niezgoda rozstrzelał się na dobre, dzięki czemu wiosną już go w Legii nie było, Michał Karbownik dał pozytywny sygnał i w końcu wyrzucił ze składu średniaka Rochę, a Vesovic grał na miarę możliwości.

Wiosną Legia już nieco spuściła z tonu, ale pierwszy duży sygnał ostrzegawczy nastąpił po lockdownie. W grupie mistrzowskiej Legia wygrała tylko dwukrotnie w siedmiu spotkaniach, trzykrotnie zremisowała i odniosła dwie porażki. Wyniki te przełożyły się na zdobycie 9 punktów na 21 możliwych, ale większość się tym nie przejmowała, bo mistrzostwo, to mistrzostwo. Zrzucono kiepską dyspozycję Legii na kontuzję Vesovica i odrzucano myśli sugerujące, że coś się psuje. A szkoda.

Lukę po Vesovicu miał wypełnić Juranovic, który trafił do Legii pomimo tego, że nie miał najlepszej opinii w lidze chorwackiej. Wczorajszy mecz pokazała słuszność tych tez. Słabo broni, kiepsko się ustawia, a ofensywie nie daje tyle ile Czarnogórzec. Jednak czy to jest największy problem Legii? Nie. Problem tkwi znacznie głębiej. Brakuje wizji budowania zespołu na dłuższą metę. Wygląda to tak jakby część transferów była przeprowadzana na zasadzie znam to biorę, a resztę niech ktoś nam poleci, ale w sumie jesteśmy mocni. 

Czy Bartosz Kapustka jest złym piłkarzem? Nie, ale od EURO2020 nie poczynił postępów, a jego kontuzje oraz wybory sprawiły, że ciężko by stanowił wzmocnienie na tu i teraz. Rafa Lopes? Zaliczył niezły sezon w Cracovii, ale czy prezentuje poziom europejski? Joel Valencia? Swego czasu najlepszy piłkarz ligi, ale teraz przyjechał się odbudować. Mladenovic? W tym przypadku akurat ciężko się przyczepić. Podobnie wygląda sytuacja z Arturem Borucem.

A kogo tak naprawdę Legia potrzebowała? Młodego i zwrotnego środkowego obrońcy. O ile Jędrzejczyk i Lewczuk w poszczególnych meczach są w stanie Legii pomóc, o tyle jak mawiał klasyk „Peselu nie oszukasz”. Doświadczenie jest potrzebne, ale również młodość do rywalizacji. Ich zmiennik William Remy stale pokazuje, że Legia nie jest jego spełnieniem marzeń i znając życie gdyby dostał dobrą ofertę z drugiej ligi francuskiej wsiadłby w pierwszy samolot. Na boisku się snuje i jest elektryczny, a występy przeciwko Jagiellonii i Górnikowi powinny otworzyć osobom decyzyjnym, które powinny go wysłać gdziekolwiek, ale z dala od Legii. W talii wygniecionych kart pozostaje Wieteska, dobry znajomy Michniewicza, u którego Wietes wyglądał bardzo dobrze. W Legii jego występy sprowadzają się zazwyczaj do dwóch opcji. Pierwsza robienie karygodnych błędów, druga to wszelkiego rodzaju urazy. Jeżeli Michniewicz nie sprawi, że Wieteska zrobi kilka kroków do przodu, to już nikt.

Warto uderzyć w skrajności i nie zakończyć wytykania braków wyłącznie w obronie. Legii brakuje dobrego napastnika, który przesądzałby o losach meczów. Pekhart to zawodnik, który ma jedną cechę wiodącą. Grę głową. Reszta jest na poziomie ligowego dżemiku. Odetniesz go od dośrodkowań i jest tak przydatny, jak widelec podczas jedzenia zupy. Jose Kante nie jest złym piłkarzem, ale dość przeciętnym. Zwykle można go chwalić za chęci i grę pod zespół, ale samymi chęciami się nie wygrywa. Rafa Lopes również nie jest goleadorem, który zapewni rekordową sprzedaż koszulek. Jednej rzeczy można być pewnym. Gdyby Legia miała napadziora pokroju Jarosława Niezgody lub Mikaela Ishaka, możliwe, że ukryłby 3/4 mankamentów zespołu, a tak mamy walenie głową w mur w nadziei, że coś się zmieni.

Ponownie wszystko sprowadza się do wizji. Karabach od lat gra to samo. Może nie grają już tam piłkarze, którzy walczyli jak równy z równym w starciach z Romą, ale charakterystyką odpowiadają swoim poprzednikom. A w Legii wiecznie panuje chaos. Mioduski wiedział jakim trenerem jest Vukovic, pozwolił mu rozpocząć sezon, ale szybko go pożegnał. Mioduski widział, że Legia obniżyła w pewnym momencie loty, ale nie zareagował odpowiednio. Oczywiście zmiany trenerów w momencie, gdy wszystko zaczyna się walić, w niektórych przypadkach dają pozytywny impuls, ale ile można się łudzić, że samą podmianką trenerów uda się zbudować zdrowe podstawy?

PAWEŁ OŻÓG

Klopp ulepsza machinę. Przybycie hiszpańskiego magika. Felieton Michała Bakanowicza.

Obecne okno transferowe w Anglii to prawdziwe szaleństwo. Każdego dnia zasypują nas doniesienia o coraz to większych bombach. Wysokobudżetowe transakcje Wernera, Van de
Beeka, czy Bale’a, to zaledwie wierzchołek góry usypanej z żywej gotówki.

W tym finansowym wariactwie może się jednak okazać, że najważniejszy transfer opiewał na stosunkowo niską sumę. Wszystko za sprawą Liverpoolu i Thiago Alcantary, który zasilił zespół The Reds za kwotę zaledwie 20 mln funtów (+5 mln w ewentualnych bonusach). Co tak wyjątkowego kryje się w Hiszpanie, i jak może on wpłynąć na zespół Kloppa? Śpieszę z odpowiedzą.

Jeśli mielibyśmy się doszukiwać, jakichkolwiek mankamentów w maszynie zbudowanej przez Niemca, to w moim odczuciu na pierwszy plan wychodzi brak kreatywności w środku pola. Druga linia Liverpoolu skonstruowana jest głównie po to by przeszkadzać rywalom. To zbiór świetnie wyszkolonych zadaniowców w postaci Milnera, Fabinho, Hendersona i Wijnalduma. Żaden z tych piłkarzy nie jest kimś kto jest w stanie brylować w ofensywie. To co jednak oferują powyżsi zawodnicy to wybieganie, agresywność i doskonała organizacja w pressingu. Oczywiście, to nie jest tak, że żaden z nich nie jest w stanie zaliczyć asysty, czy strzelić gola. Ale nie liczby tu chodzi.

Do powyższego grona środkowych pomocników należy jeszcze dorzucić Jonesa, Oxlade’a-Chamberlaina i Keitę, którzy to zdają się być piłkarzami obdarzonymi nieco bardziej ofensywnymi atrybutami. Mimo wszystko, pierwszy z Anglików dopiero wchodzi do zespołu, drugi to raczej typ zawodnika rozwiązującego boiskowe problemy siłą i dynamiką, a Gwinejczyk wciąż nie przypomina piłkarza z czasów gry w RB Lipsk.

I wtedy wchodzi Thiago, cały na czerwono. Ten hiszpański magik jest w stanie przedefiniować grę drugiej linii The Reds. Świat obiegła już informacja o jego rekordzie pobitym w debiucie z Chelsea. Żaden inny piłkarz w historii Premier League, nie wykonał tak wielu dokładnych podań w ciągu 45 minut meczu (75 zagrań). Oczywiście, można to traktować jak ciekawostkę. Można też uzmysłowić sobie jak mocno zawodnik ten wzbogaci grę Liverpoolu.

Tu nawet nie chodzi o to, czy Hiszpan jest piłkarzem lepszym od Fabinho czy Hendersona. Jest po prostu całkowicie inny. I to nie tylko od nich! Bo Thiago to prawdziwy unikat. Weźmy na przykład takie dryblingi, a więc domenę – bądź co bądź – głównie skrzydłowych. Boczne sektory boiska to miejsce, w którym ryzyko „kiwki” jest minimalne w związku z czym, z takimi zagraniami kojarzymy zawodników jak Sancho, Neymar czy Sterling (Messiego pomijam bo to inna planeta). Otóż Hiszpan bierze tę teorię i z
uśmiechem na twarzy wrzuca ją do kosza. Jego średnia 3 dryblingów ma mecz to najlepszy wynik w całej Bundeslidze, jeśli chodzi o rozgrywki 2019/2020. Tak! On robi to w środku pola!

Każdy kto choć trochę zna się na piłce, ma świadomość tego, że po pierwsze – drybling to niesamowicie trudny element, po drugie – wykonany na środku boiska jest czymś co całkowicie dezorganizuje defensywę nawet najlepiej poukładanego przeciwnika. To jednak nie wszystko. Kiedy mamy już świadomość, że Thiago to piłkarz obdarzony odwagą i umiejętnością gry jeden na jeden, okazuje się, iż jego brawura łączy się również ze spokojem i schludnością.

Gdy zerkamy na statystki podań Hiszpana, możemy się dowiedzieć, że był on jednym z najczęściej i najdokładniej podających piłkarzy całej Bundesligi (sezon 2019/2020). Thiago zagrywał piłkę do partnerów średnio 74,9 razy na mecz, a jego procent skuteczności to 90,5. Jeśli wziąć pod uwagę stosunek ilości podań do ich celności, to nowy piłkarz Liverpoolu zmieścił się w czołówce ligi.



Wiemy już, że były gracz Bayernu to ktoś kto świetnie drybluje w newralgicznych strefach boiska i odznacza się doskonałą umiejętnością rozgrywania piłki. Poza tym jest on kimś kogo grę najzwyczajniej w świecie, dobrze się ogląda. Doskonały balans ciałem, świetne przyjęcie kierunkowe, oraz niespotykana i dopracowana do perfekcji technika podania. To naprawdę cieszy oko. Ciekawym jest jednak to, że Thiago wcale nie jest zawodnikiem typowo ofensywnym. Ba! Ktoś kto nazwie go „defensywnym rozgrywającym” wcale nie rozminie się z prawdą.

Wszystko dlatego, że nasz bohater do powyższy umiejętności dorzuca znakomitą grę w obronie. Zmysł do odpowiedniego asekurowania, przesuwania, czy zarządzania zespołem trudno zmierzyć w liczbach, ale odbiory i przechwyty już wyliczyć można. A Thiago to 1,9 takiego zagrania na mecz, zarówno jeśli chodzi o pierwszy, jak i drugi z parametrów. Daje mu to kolejno drugie, oraz pierwsze miejsce w tej statystyce, jeśli chodzi o wszystkich piłkarzy Bayernu.



Pokażcie mi więc drugiego piłkarza, który drybluje najlepiej w lidze, jest w topie jeśli chodzi o ilość/jakość podań, a do tego daje efekty w defensywie.

Thiago to odwaga, technika, dokładność, kreatywność, błysk, nieszablonowość i praca w obronie. Hiszpan może pomóc Liverpoolowi nie tylko w strzeleniu bramek, ale też w utrzymaniu wyniku, w regulowaniu tempa gry, czy generalnie w funkcjonowaniu całego zespołu. Na przestrzeni ostatnich sezonów, można było dostrzec, że pewien procent rywali The Reds „nauczył się” ich gry. Wysoki pressing, potężna ilość dośrodkowań z bocznych sektorów i ewentualne liczenie na kombinacje ofensywnego trio. W tym można było się w końcu połapać. A Thiago to nie tylko plan A czy B, jego wizja może otwierać również furtki z napisem C i D.

Tak więc jeśli Hiszpanowi będzie dopisywało zdrowie, może się okazać, że zespół Kloppa to jeszcze bardziej perfekcyjna machina, której działania tym razem nie sposób będzie rozgryźć.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑