Plastikowy Świat nie dla wszystkich

Wczorajsze wystąpienie Florentino Pereza utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten człowiek już dawno powinien cieszyć się zasłużoną emeryturą. Facet stracił kontakt z rzeczywistością, a jego mania wielkości Realu Madryt może przyczynić się do upadku piłki nożnej w formie, jaką znamy.

Profesjonalny futbol stał się biznesem, w którym romantyzm i tradycje nie są nikomu potrzebne. Prezes Realu Madryt przedstawił nam wizję plastikowego świata, w którym tylko najlepsi i najbogatsi mają szansę odnosić sukces. 74-letni Hiszpan w spokojny i przekonujący dla wielu sposób starał się udowodnić, że tylko powstanie Superligi może uchronić futbol przed upadkiem. Jego wyniosłe wypowiedzi o solidarności i rozwoju do złudzenia przypominały hasła rzucane przez polityków w czasie kampanii wyborczej. Według Pereza obecna forma rozgrywek nie gwarantuje najwyższego poziomu, a właśnie on miałby być tym, czego pragną dziś najbardziej kibice piłkarscy.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. O ile sensem piłki nożnej, jak i każdej innej dyscypliny sportowej, jest dążenie do ideału i wygrywania w najlepszy możliwy sposób, tak sprowadzanie tego do rozgrywek dla wybranej elity jest przejawem oderwania od rzeczywistości. Piłka nożna to przede wszystkim emocje, przywiązanie do tradycji i sposób na życie milionów ludzi. Jasne jest, że poziom piłkarski jest bardzo istotny, ale mimo wszystko nie najważniejszy. To kibice dali podwaliny pod przeobrażenie się klubów piłkarskich w finansowych hegemonów. To oni, przeznaczając lwią część swych zarobków na karnety, gadżety i pakiety telewizyjne umożliwili czerpanie korzyści klubom, które przez dekady wzmacniały swoją pozycję na rynku i doszły do miejsca, w którym się dzisiaj znajdują. Piłka nożna to sport ludzi i dla ludzi, jakkolwiek patetycznie by to nie zabrzmiało. Dlaczego więc świat, jaki znamy, ma już niedługo zostać wywrócony do góry nogami?

Stanowisko właścicieli dwunastu klubów w kontekście powstania Superligi jest jasne, a Florentino Perez tylko potwierdził to we wczorajszym wystąpieniu.  Zwiększenie zysków i załatanie dziur w budżecie, które powstały na skutek szalejącej pandemii, ma być ich główną motywacją. Szkoda, że prezes Realu nie myślał o tym wcześniej, przez lata sprowadzając na Bernabeu najdroższych piłkarzy i oferując im olbrzymie kontrakty. Zepsucie rynku we współczesnym futbolu to między innymi zasługa jego chorych ambicji. Real nie jest tu oczywiście wyjątkiem. Piłkarze to dzisiaj jedna z najbardziej uprzywilejowanych grup zawodowych na świecie. Wysokie kontrakty, bonusy przy podpisie i prowizje dla agentów od lat powodują, że piłka nożna staje się sztucznym tworem, mającym coraz mniej wspólnego ze zdrową rywalizacją. Rynek transferowy oszalał, a kwoty, jakie wydają dziś kluby na utrzymanie swoich pracowników, już dawno przestały kogokolwiek szokować. Neymar, którego przenosiny do PSG stały się rekordem transferowym, z marszu uzyskał w paryskim klubie status mega gwiazdy. Brazylijczyk oprócz ogromnego wyposażenia, jakie co tydzień wpływa na jego konto z kasy klubu, może też liczyć na specjalne traktowanie. Szczytem absurdu jest fakt, że PSG opłaca pensje jego przyjaciół, za samo bycie blisko i wspieranie w życiu codziennym brazylijskiego skrzydłowego. To tylko jeden z przykładów przywilejów, na jakie liczyć może Neymar we francuskim klubie. Takich Neymarów w nowoczesnej piłce będzie niestety coraz więcej. Już dzisiaj głośno mówi się, że potencjalny transfer Erlinga Haalanda może kosztować jego przyszłego pracodawcę łącznie ok. 400 milionów euro. I nawet, jeśli Norweg sam nie zatraci się w swym bogactwie, jaki przekaz otrzymają najmłodsi, stawiający pierwsze kroki na drodze swojej kariery?

Sugerując się słowami Florentino Pereza, możemy dojść do wniosku, że tylko mecze dwunastu najbardziej utytułowanych europejskich klubów mogą nam zapewnić rozrywkę na odpowiednim poziomie. Gdzie jest więc miejsce dla klubów, które trofeów na swoim koncie mają zdecydowanie mniej, ale pod względem sportowym są coraz bliżej elity? Gdzie jest dziś miejsce dla czarnych koni, którzy wbrew całemu światu, potrafią napsuć krwi faworytom i niejednokrotnie cieszyć się nieoczekiwanym sukcesem? Piłka nożna nie zaczyna się w Madrycie, a nie kończy w Mediolanie.  I wcale nie trzeba szukać nie wiadomo jak daleko. Mimo że Champions League ma swoje mankamenty, wciąż dochodzi w niej do zaskakujących rezultatów. Najlepszym dowodem tej tezy są, chociażby przypadki PSV Eindhoven z 2005 roku, FC Porto z 2004 czy Leverkusen z 2002 roku. Jak wytłumaczyć piłkarzom Leicester czy Lille, że nawet jeśli awansują do przyszłorocznej edycji Ligii Mistrzów, niedane im będzie sprawdzenie swoich umiejętności na tle najsilniejszych ekip? Jeśli najlepsze i najbardziej utytułowane drużyny zdecydują się dołączyć do Superligi, automatycznie straci na tym cała reszta piłkarskiej Europy. Rywalizacja na krajowym podwórku również nie będzie już tak zacięta, jak miało to miejsce dotychczas. Dojdzie do meczów o pietruszkę, co spowodować może lawinę nieszczęść, a mniej zamożne kluby skazać nawet na bankructwo. Dla setek tysięcy kibiców zmagania ligowe to największe święto, a rywalizacja z odwiecznym rywalem wzbudza równie wielkie emocje, jak finał Ligii Mistrzów. Nie można być tak pazernym i krótkowzrocznym, by tego nie zauważać.

Żeby było jasne, UEFA i FIFA także mają swoje za uszami, i absolutnie nie mam zamiaru bronić obu instytucji. Mundial w Katarze rozgrywany w zimie, przymykanie oka na kluby łamiące zasady finansowego fair play, ciągła modyfikacja europejskich rozgrywek. Nazbierało się tego tyle, że można by o tym napisać niezłą książkę. Nie znaczy to jednak, że popieram plan powstania Superligi. Uważam, że patrząc długoterminowo, będzie to jedna z najgorszych decyzji, jakie mogli podjąć ludzie pociągający za sznurki we współczesnym futbolu. Nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że piłka nożna cieszy się coraz mniejszym zainteresowaniem i potrzebuje nowych rozwiązań, ze zmianą długości meczów i modyfikacją zasad. Brzmi to, jak science fiction. Jestem przekonany, że jeśli tylko koszmar związany z covid-19 się skończy, ludzie masowo wracać będą na stadiony, i nie będzie to tylko chwilowy boom.

Podsumowując, piłka nożna sprowadzona została do roli maszynki do zarabiania pieniędzy. Być może nie ma już dla niej ratunku, a do praw rządzących obecnym futbolem trzeba będzie po prostu przywyknąć. Powoli kończy się miejsce dla romantyzmu i poszanowania tradycji. Od modyfikacji logo, przez sprzedaż praw do nazwy stadionu, aż po tworzenie się nowych rozgrywek tylko dla VIP-ów, bombardowani jesteśmy co rusz zmianami, które jeszcze dwadzieścia lat temu nie byłyby możliwe do zaakceptowania. Galopujący w coraz szybszym tempie świat rodzi pytanie, jaką rolę odegrają w nim kibice, dla których piłka to coś więcej, niż bezmyślne gapienie się w ekran telewizora.

Karol Koczta

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s