Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto

Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.

JEDEN Z DZIEWIĘCIU

Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.

Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.

Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…

Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.

PRZECIĄŻENIE SYSTEMU

Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.

„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.

Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.

OWOCOWA DESPERACJA

Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.

Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu,  Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.

Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).

OSTATNI PUZZEL

Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.

Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.

Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.

Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.

MACIEK SZEŁĘGA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s