Mozaika Hamsika – Szwedzka układanka króla Neapolu

Czy największy transfer w historii ligi szwedzkiej ma sens? Od niemal tygodnia pytanie to jest na ustach większości fanów skandynawskiego futbolu. Marek Hamsik zasilił szeregi IFK Göteborg – klubu, który w zeszłym sezonie Allsvenskan (jakby to powiedział Franciszek Smuda) „walczył o spadek”. Dlaczego akurat Szwecja? A jeżeli już Szwecja, to dlaczego akurat Göteborg? Wokół tego transferu zgromadziło się więcej znaków zapytania niż na szyi Quebo. Mimo wszystko, transfer wydaje się jak najbardziej przemyślany.

5 marca dokładnie o godzinie 11:21 na stronie internetowej http://expressen.se zostaje opublikowany artykuł Daniela Kristoffersona. „Bomba: Hamsik w drodze do Göteborga” – krzyczał nagłówek. W dalszej części tekstu mogliśmy się dowiedzieć, że 33-letni pomocnik rozwiązał kontrakt z Dalian Professional i już wkrótce uda się do Szwecji, aby odbyć testy medyczne. Pontus Farnerud, dyrektor sportowy IFK Göteborg wolał zostawić sprawę bez komentarza. Coś musiało być na rzeczy. Trzy dni później doniesienia się potwierdziły, a Daniel Kristofferson mógł się poczuć jak szwedzki Fabrizio Romano.  Marek Hamsik wylądował na lotnisku w Göteborgu, a jego transfer został ogłoszony punktualnie o godzinie 19:30. Na naszych oczach zaczęła się tworzyć historia szwedzkiej piłki.

HAMSIK ZA 1/4 JĘDRZEJCZYKA

Szwedzkie media podają, że IFK Göteborg zaoferowało Hamsikowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy koron miesięcznie. Jest to około 50 tysięcy złotych brutto. Bardzo mało, jak na tak klasowego zawodnika. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tego typu kwoty są codziennością w naszej rodzimej lidze. Może to frazes, ale tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

Doskonale wiemy, że Szwecja nie była pierwszym wyborem Hamsika. Początkowo 3-miesięczny kontrakt miał mu zaoferować Slovan Bratysława, ale transakcja nie mogła dojść do skutku ze względu na okienko transferowe, które na Słowacji zamykało się znacznie wcześniej niż w Szwecji. Z mniej oczywistych powodów, Hamsik szukał również spokoju oraz boiska z naturalną trawą, co w Szwecji wcale nie jest takie oczywiste. Jego przyszły pracodawca musiał spełniać wszystkie te wymagania. Göteborg je spełniał.

CHCESZ PAN HAMSIKA?

Z przenosinami Słowaka wiąże się także kilka ciekawych anegdot. Tuż po podpisaniu umowy, agent piłkarza wyjawił mediom kilka faktów na temat negocjacji które jego klient prowadził z innymi klubami. A owych klubów było całkiem sporo.

Najprostszą metodą na nawiązanie kontaktu z prezesami szwedzkich klubów była naturalnie rozmowa telefoniczna. Jej schemat niezależnie od klubu był zawsze taki sam. Agent pytał się, czy klub zainteresowany jest Markiem Hamsikiem, w odpowiedzi słuchając ciągłego niedowierzania prezesów coraz to większych marek.

„Czy ty mówisz o tym Marku Hamsiku? Tak, już Ci wierzę… Haha, dobry żart.”

To jedna z najdziwniejszych odpowiedzi jakie usłyszał. Nikt nie chciał uwierzyć, że ktoś o pokroju Marka Hamsika będzie chciał grać w lidze szwedzkiej. No, może prawie nikt…

Zdecydowanie najszybszą reakcją wykazał się wspomniany już wcześniej Pontus Farnerud, pełniący w Göteborgu funkcję dyrektora sportowego. Od razu zapaliły mu się lampki w oczach i był gotowy do przeprowadzenia transferu mimo kłopotów finansowych i fatalnej formy klubu w zeszłym sezonie. Zagrał va banque, czego z pewnością nie żałuje.

Inna historia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Hamsik zadzwonił do samego Svena-Görana Erikssona. Jak mówi legendarny szkoleniowiec, Hamsik błyskawicznie go oczarował. „Zaraz, przecież to z Panem IFK Göteborg wygrało Puchar UEFA, prawda?” – zapytał Słowak podczas rozmowy telefonicznej. „To było bardzo miłe, że o tym wspomniał. Wydarzyło się to przecież w latach 80.” – skomentował Eriksson w późniejszym wywiadzie dla dziennika „Sportbladet”. Wybitny szkoleniowiec wystawił swojemu byłemu klubowi piękną laurkę i przekonał Słowaka do transferu. Kilkadziesiąt lat temu osiągnął z klubem największy sukces, teraz przyłożył rękę do największego transferu.

ŻYŁA ZŁOTA

Często powielany mit mówi, że transfer piłkarza potrafi zwrócić  się z samych koszulek. Jest to oczywiście nieprawda, co nie zmienia faktu, że Hamsik już kilka dni po podpisaniu kontraktu lekko podreperował budżet IFK Göteborg. „W ciągu kilku godzin sprzedaliśmy ponad 1400 gadżetów związanych z Markiem – komentuje Erica Berghagen, menedżer ds. klubowego marketingu. Co więcej, za każdy dzień Hamsika na mistrzostwach Europy klub otrzyma 49 tysięcy koron. Dziennikarze „Sportbladet” szybko obliczyli, że takowych dni będzie co najmniej 25. Oznacza to wpływ do kasy klubowej rzędu ponad 1,2 miliona koron szwedzkich. Na pytanie, czy transfer Słowaka się zwróci dyrektor sportowy klubu odpowiedział wprost: Tak, ale jeszcze nie teraz. Na tym dyskusja o sensie transferu powinna się zakończyć, ale okazało się, że nawet tak przemyślany ruch ma swoich sceptyków.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

„Lubię, kiedy zawodnikowi zależy na klubie. W tym przypadku tak nie jest” – tak transfer Marka Hamsika skomentował Anders Svensson, legenda reprezentacji Szwecji. „Myślę, że Hamsik może zrobić więcej złego niż dobrego. Od razu wchodzi do zespołu i ma czas na przygotowania, ale co to daje klubowi na dłuższą metę? Oczywiście piłkarze mogą się sporo nauczyć trenując z takim zawodnikiem, ale pamiętajmy, że przychodzi on tutaj tylko dla siebie i dla swoich własnych potrzeb. Jego myśli nie są niebiesko-białe.” – dodał.

Dzisiaj rano dowiedzieliśmy się, że Hamsik opuścił trening ze względu na uraz mięśnia łydki. „Nie mam pojęcia, co się stało ani jak Marek się teraz czuje. Poczuł ból i opuścił boisko pod koniec treningu. To wszystko, co wiem na ten moment” – powiedział po treningu trener Roland Nilsson. Nie wiadomo jak poważny jest uraz Słowaka.

Transfer Hamsika do Göteborga jest uczciwą wymianą korzyści między klubem, a zawodnikiem. Słowak otrzyma odpowiednie miejsce do treningu przed Mistrzostwami Europy, możliwość optymalnego wejścia w rytm meczowy oraz spokój. W zamian klub dostaje znakomitego piłkarza i rozgłos, który w dzisiejszych czasach również ma swoją cenę. Nawet jeżeli Słowak opuści zespół we wrześniu, powinien zostawić po sobie dobre wspomnienia i sporą sumę pieniędzy w klubowej kasie.

MACIEJ SZEŁEGA

Dynamit w nogach i głowie – ciekawy przypadek Pione Sisto

Nazywają go dziwakiem i niespełnionym talentem. Jedni oklaskują, drudzy wskazują palcami. Był na okładkach gazet ze względu na swoje umiejętności, ale większą popularnością cieszyły się newsy o jego ekscentrycznym zachowaniu. Poznajcie Pione Sisto. Oto słodko-gorzka historia o depresji, talencie i oczekiwaniach, którą napisał futbol.

JEDEN Z DZIEWIĘCIU

Pione Sisto Ifolo Emirmija przyszedł na świat w Kampali, stolicy Ugandy. Jego rodzice pochodzili z Sudanu. Tam się wychowali, założyli rodzinę i dowiedzieli się, co to znaczy wojna. Konkretnie II wojna domowa w Sudanie, która trwała aż przez 22 lata. Szacuje się, że podczas jej trwania życie straciło 1,5 miliona cywilów, natomiast aż 4 miliony osób zostały zmuszone do emigracji. Wśród tych osób znajdowali się Masima Sisto Iccang oraz Sisto Locco Majuleikwa, czyli rodzice dzisiejszego bohatera. W przeciągu kilku miesięcy dwukrotnie zmieniali swoje miejsce zamieszkania. Najpierw zmuszeni byli do ucieczki z Sudanu do Ugandy, a następnie otrzymali pomoc ze strony duńskiego rządu. Do Europy trafili, gdy Pione miał zaledwie dwa miesiące.

Piłkarz ma aż ośmioro rodzeństwa: Adeleide, Lobolohitti, Margaret, Akari, Cathy, Angelo, Lopunyaka i Reginę. Jeden z jego braci jest inżynierem, inny posiada licencjat z ekonomii. On sam nigdy nie przykładał zbytniej wagi do nauki, co wcale nie oznacza, że próżnował. Już w wieku 7 lat trafił do szkółki Tjörring IF. „Pione cały czas musiał z kimś rywalizować, bo inaczej po prostu się nudził” – powiedział Kent Kalhoj, jego pierwszy trener. Jak sam mówi, Pione był jego ulubieńcem nie tylko ze względu na wrodzone umiejętności, ale również wielką pracowitość. „Większość dzieci w akademii trenowało 12 godzin tygodniowo, tymczasem Pione ćwiczył przez 24.” Nic dziwnego, że w wieku 15 lat trafił do FC Midtjylland. W barwach Wilków przeżył wiele pięknych chwil. Gol na Old Trafford, tytuł gracza sezonu w wieku zaledwie 19 lat, aż w końcu mistrzostwo Danii. Po pewnym czasie znacząco przerósł ligę duńską, a oferty Evertonu, Porto, czy West Hamu tylko czekały na podpis. Ku zdziwieniu mediów, Sisto wybrał jednak grę dla Celty Vigo.

Jak sam mówił, przekonała go możliwość występowania w pierwszej jedenastce i szansa na rozwój w silnej, europejskiej lidze. Ruch ten mógł wydawać się niezrozumiały, ale osoby z jego środowiska nie były nim specjalnie zaskoczone. Szczególnie, że jego bliscy twierdzili, że Pione jest uzależniony od ciągłego rozwoju. Celta mu ten rozwój zapewniała, przynajmniej do czasu…

Jego pierwsze sezony w Hiszpanii wyglądały obiecująco. Sisto na pewnym etapie rozgrywek potrafił być najlepszym asystentem ligi, a w mediach pojawiało się coraz więcej pogłosek o zainteresowaniu FC Barcelony. W spełnieniu marzenia o przeprowadzce na Camp Nou miał Duńczykowi pomóc dobry występ na mundialu. Jego wartość rynkowa sięgała już niespełna 20 milionów euro, wszystko wskazywało na to, że Celta pobije swój dotychczasowy rekord transferowy (należący wówczas do Nolito, za którego Manchester City zapłacił 18 milionów euro). W klubie rosła presja, a wśród kibiców oczekiwania. Balonik został napompowany. Wystarczyło jedno ukłucie, aby pękł z hukiem.

PRZECIĄŻENIE SYSTEMU

Debiut na mistrzostwach świata to dla większości piłkarzy wielka chwila. Niegdyś Paweł Sibik porównał swoje słynne 5 minut na mundialu w Korei i Japonii do 100 występów w Ekstraklasie. Nie bez powodu. Mundial to święto różnorodności, prawdziwy piłkarski karnawał. Teoretycznie taki kolorowy ptak jak Sisto powinien znakomicie odnaleźć się na tego typu imprezie. W rzeczywistości, to właśnie na mundialu przeżywał swój największy koszmar.

„Problemy, które za mną chodzą przez ostatnie dwa lata miały swój początek na mundialu w 2018 roku. Kompletnie mi się tam nie podobało. Po jakimś czasie chciałem już tylko wrócić do domu”.

Podczas trwania mistrzostw Duńczyk zdiagnozował u siebie pierwsze objawy depresji. Debiut na tak dużej imprezie nie był dla niego niczym specjalnym. Czuł zobojętnienie, nie obchodziło go zupełnie nic, co się działo wokół niego. A działo się sporo. W ostatnim sparingu przed mistrzostwami (przeciwko Panamie) Sisto strzelił swoją debiutancką bramkę dla reprezentacji. Prasa natychmiast podchwyciła temat (osobny artykuł poświęcił mu nawet „The Guardian”), oznajmiając, że skrzydłowy trafił z formą na mundial. Być może trafił, ale tylko z formą fizyczną. Głowa ewidentnie nie dojechała. Miał być duńskim Messim, czy nowym Laudrupem. Wkrótce okazało się, że nie pozostał nawet sobą. Gdy wrócił do Hiszpanii był już zupełnie innym człowiekiem.

OWOCOWA DESPERACJA

Gra Celty w sezonie 18/19 była równie rozczarowująca, co drugi sezon serialu „True Detective”. Potrafili co prawda wyeliminować Real Madryt w ćwierćfinale Pucharu Króla, ale jednocześnie do przedostatniej kolejki walczyli o utrzymanie. Gdy masz w składzie Stanislava Lobotkę, Maxiego Gomeza, czy Iago Aspasa, oczekuje się od ciebie zajęcia miejsca przynajmniej w środku stawki. Większość zawodników nie wzięło sobie jednak oczekiwań kibiców do serca, a kwestia utrzymania znowu spoczęła na barkach Aspasa. Co więcej, gdy tylko okazało się, że Celta zapewniła sobie utrzymanie, w klubie zaczęło dochodzić do prawdziwej serii niefortunnych zdarzeń. W tym przypadku ich autorem nie był Lemony Snicket, a pewien duński skrzydłowy i jego paru kolegów z zespołu.

Od kontuzjowanego Emre Mora nagrywającego swoje skoki do basenu,  Sofiane Boufala i Ryada Boudebouza zatrzymanych przez policję za jazdę na motorze bez uprawnień, aż do Pione Sisto i jego cudownej diety owocowej. O Celcie Vigo z tamtego okresu można było powiedzieć wszystko, ale na pewno nie to, że było tam nudno. Co do samego Duńczyka i jego dziwnych nawyków: 21 dni o samych owocach, tak wyglądały przygotowania gracza „Celestes” do najważniejszej fazy sezonu. Co ciekawe, to nie koniec dziwnych historii z jego udziałem. Sezon później, w dobie pandemii wyruszył wraz ze swoją siostrą w podróż po Europie. Bez wiedzy klubu wrócił do Danii, a podczas lockdownu standardowy trening zastąpił medytacją. Po jakimś czasie w klubie mieli go już serdecznie dosyć, a transfer wydawał się być kwestią czasu.

Już kilka miesięcy później Sisto został zaprezentowany jako stary-nowy gracz FC Midtjylland. Warto dodać, że na prezentacji pojawili się jego rodzice, którzy z włóczniami w rękach zaprezentowali tradycyjny afrykański taniec. Po jego wcześniejszych wybrykach nikt nie był tym specjalnie zaskoczony (szczególnie, że jego rodzice zrobili to samo podczas jego premierowej konferencji dla reprezentacji Danii w 2014 roku).

OSTATNI PUZZEL

Początkowo wydawało się, że Sisto nie będzie pasował do Midtjylland. Podczas jego czteroletniej nieobecności klub poszedł mocno do przodu, zaczął stosować najnowocześniejsze metody scoutingu, czy treningu przy użyciu nowych technologii. Zaczęli również sprowadzać analityków specjalizujących się w absolutnie każdym aspekcie gry (na przykład rzutach z autu). Jednym słowem, w tym klubie nie ma miejsca na przypadek. Jak na ironię, jedynym przypadkiem wydawać się mógł transfer naszego bohatera.

Do tak profesjonalnego, hermetycznego środowiska miał wkroczyć facet, który znany był z niewykonywania poleceń klubu, czy stosowania własnych, specyficznych metod treningu. Zespół, w którym zwracają uwagę na każdą dodatkową kalorię miał przyjąć faceta, który wierzył w cudowne działanie diety owocowej, czy medytacji. Okazało się, że w tym szaleństwie była jakaś metoda.

Negocjacje kontraktowe z zawodnikiem wcale nie należały do najłatwiejszych. Sisto był już zdecydowany na transfer do FC Kopenhagi, lecz w ostatniej chwili rozmyślił się. Podczas rozmów z Midtjylland wcale nie było lepiej. Negocjacje się wydłużały, a piłkarz zachowywał się coraz bardziej nieprofesjonalnie. Odmawiał, żądał wysokiego wynagrodzenia, a nawet chciał wpłynąć na ostateczną kwotę transferu. Na jego szczęście duński klub prowadził negocjacje twardą ręką, a jego przedstawiciele wiedzieli, że nie mogą wrócić do Danii bez 26-letniego skrzydłowego. Postawili na swoim, a hitowy transfer stał się faktem.

Po powrocie do Danii Pione Sisto odżył. Coraz bardziej przypomina piłkarza, który strzelał bramki na Old Trafford, po cichu marząc o grze dla Barcelony. Po 17 ligowych spotkaniach ma swoim koncie 5 bramek oraz 2 asysty. Jak sam mówi, musiał zniszczyć starego człowieka, tak aby w jego miejsce pojawił się nowy. Pomimo tak dobrej dyspozycji, nie zanosi się, aby spełnił on oczekiwania, jakie mieli co do niego kibice jeszcze kilka lat temu. Jego historia może posłużyć za przestrogę dla nas wszystkich. Dla mediów, zawodników, trenerów, a nawet kibiców. Pamiętajmy, że płyta boiska potrafi być krzywym zwierciadłem, które wygładza ludzkie problemy. Wielu piłkarzy prawdziwą rywalizację rozpoczyna dopiero po końcowym gwizdku. Najgorsze, że jest to rywalizacja z samym sobą.

MACIEK SZEŁĘGA

Lagerbäck vs Sørloth – kulisy konfliktu w reprezentacji Norwegii

Norwegowie czekają już 20 lat na kolejny występ na dużej imprezie. Ostatnią z ich udziałem było Euro 2000 w Belgii i Holandii. Warto wspomnieć, że w kadrze grali wówczas Henning Berg, Ståle Solbakken, Ole Gunnar Solskjær, czy John Carew. Pierwsza trójka od lat zajmuje się trenerką, a ostatni jest rozchwytywanym aktorem. Przez minione dwie dekady w Norweskiej piłce zmieniło się bardzo dużo. Jedno jednak zostało – tęsknota za występem na dużym turnieju. Z tego powodu porażka z Serbią bolała podwójnie i przyniosła bardzo nieprzyjemne konsekwencje. Nie tylko te czysto sportowe. Temat konfliktu w reprezentacji Norwegii przeszedł w polskich mediach kompletnie bez echa. Dzisiaj postanowiłem nieco go przybliżyć.

O jedno zdanie za daleko
13 października, kilka dni po spotkaniu z Serbią Lars Lagerbäck organizuje spotkanie ze swoimi podopiecznymi. Zawodników podzielono na cztery grupy ze względu na pozycje. Na pierwszy ogień poszli napastnicy – Joshua King, Erling Haaland oraz Alexander Sørloth. Spotkanie nie poszło jednak po myśli selekcjonera.

Miała być kilkuminutową dyskusją, skończyło się na półgodzinnej kłótni. Sørloth zarzucał Lagerbäckowi zły dobór taktyki na spotkanie z Serbią. Eksperymentalne ustawienie z trójką obrońców nie zadziałało, o co pretensje miał 24-letni napastnik Lipska. Miał w tym sporo racji. Na spotkanie z Rumunią i Irlandią Północną Norwegowie wyszli klasycznym 4-4-2. Oba spotkania wygrali. Co więcej, spotkania te były popisem duetu Haaland – Sørloth. Nic nie wskazywało na to, aby w kadrze działo się coś złego, a jednak.

Konfrontacja Lagerbäcka z grupą napastników zakończyła się dość niespodziewanie. Według portalu VG selekcjoner opuścił spotkanie, ostro krytykując napastnika. „Jak możesz oceniać ten mecz, skoro nie widziałeś jeszcze żadnej powtórki!? Ja obejrzałem go już kilka razy. Poza tym, jak możesz zabierać głos, skoro nie trafiłeś na pustą bramkę w meczu z Cyprem!?” Lagerbäck trafił w czuły punkt. Mecz z Cyprem rozgrywany był późną jesienią 2018 roku. Sørloth nie ukrywa, że był to zdecydowanie najtrudniejszy moment w jego karierze. Nie mógł się przebić do składu Crystal Palace, a w reprezentacji był niezwykle nieskuteczny. Mimo wszystko Norwegia pokonała Cypr 2:0, a sytuacje Sørlotha nie zmieniłyby ostatecznego rezultatu. Dlatego właśnie słowa Lagerbäcka były nie tyle skandaliczne, co po prostu dziwne.

Więcej niż kapitan
W złagodzeniu konfliktu między Sørlothem, a Lagerbäckiem kluczową rolę odegrał Stefan Johansen – kapitan reprezentacji. Jego rola w kadrze od jakiegoś czasu była mocno kwestionowana. Pomocnik nie został przecież zgłoszony do gry w Premier League przez Fulham. Od sierpnia rozegrał trzy mecze w kadrze i zaledwie jeden w klubie. Co więcej, był to mecz 1/8 finału Carabao Cup, w którym Fulham przegrało z Brentford aż 3:0. Decyzja o dalszym powoływaniu go do reprezentacji była lekko mówiąc kontrowersyjna, szczególnie gdy przypomnimy sobie o ciągłym braku powołania dla Tokmaca Nguena (do którego zaraz wrócimy). Mimo wszystko Johansen udowodnił swoją wartość. Bynajmniej nie na boisku. Okazało się, że był on pośrednikiem między selekcjonerem a napastnikiem. Dużo rozmawiał z Sørlothem, uspokoił go i skłonił do przeprosin. Ugasił pożar, który kilka dni później ponownie wznieciły media.

Uwaga, mamy kreta!
Sprawę konfliktu w reprezentacji Norwegii od kilku tygodni opisuje dziennik VG. Portal jako pierwszy nagłośnił sprawę, cytując słowo w słowo kłótnię między napastnikiem reprezentacji, a jej szkoleniowcem. VG powołuje się na zeznania anonimowych graczy, którzy z wiadomych przyczyn nie zdradzili swojej tożsamości. O całej sytuacji zostały napisane dziesiątki artykułów, a sprawa z biegiem czasu zaczęła przypominać prawdziwą telenowelę. Problemem reprezentacji nie okazał się więc sam konflikt, a jego echo.

Gdzie jest Tokki?
Urodził się w Kenii, jego matka pochodzi z Etiopii, a ojciec z Sudanu. On sam zdecydował się jednak na grę dla Norwegii. Tokmac Nguen to kluczowy zawodnik Ferencvarosu. W tym sezonie ligi węgierskiej strzelił 6 bramek w 8 spotkaniach, a w Lidze Mistrzów postraszył FC Barcelonę (jego bramka niestety nie została uznana) i ukąsił Dynamo Kijów. Nie wystarczyło to jednak, aby otrzymać powołanie do reprezentacji Norwegii. Kibice reprezentacji wymyślili nawet specjalny hashtag, pod którym dyskutowali o pomijaniu napastnika przez Lagerbäcka mimo jego kolejnych świetnych występów. Selekcjoner tłumaczy, że Nguen znajduje się na szerokiej liście kandydatów do gry w kadrze. Nikogo to jednak nie zadowala, a już na pewno nie samego zawodnika.

ROZMOWA Z BENEM WELLSEM


O sytuacji w reprezentacji Norwegii opowiedział mi także Ben Wellss, który jest piłkarskim analitykiem, zajmującym się norweską piłką.

Co myślisz o aktualnej sytuacji w reprezentacji Norwegii? W ostatnich tygodniach na horyzoncie pojawiło się trochę problemów. Brak powołania dla Nguena, konflikt Lagerbäcka z Sørlothem, porażka w barażach z reprezentacją Serbii. Nie wygląda to zbyt dobrze.

B.W – Mimo wszystko uważam, że obecna sytuacja jest względnie pozytywna. Dotyczy ona najsilniejszej reprezentacji Norwegii od lat, a wokół zespołu nadal gromadzi się dużo pozytywnej energii. Oczywiście, jest też dużo problemów, które trzeba nagłaśniać. Lagerbäck ma swoich krytyków (w tym mnie), którzy zarzucają mu, że nie potrafi wycisnąć z tej kadry tego, co najlepsze. Kwalifikacja do Euro zawsze była dla Norwegów bardzo ważna, więc jej brak musiał spowodować pojawienie się nowych problemów i konfliktów. Brak Tokmaca Nguena też jest jednym z większych zarzutów skierowanych w stronę Lagerbäcka. Szanuję i lubię go jako trenera, ale nie sądzę, żeby był odpowiednim kandydatem do prowadzenia kadry przez następne lata.

Największym problemem kadry jest rzecz jasna wewnętrzny konflikt. Kto twoim zdaniem miał rację – Lagerbäck, czy Sørloth?

B.W – To skomplikowana sytuacja, nie oceniałbym jej w ten sposób, dlatego, że każdy ma swoją rację. Dobrze wiemy, że w każdym zespole zdarzają się mniejsze lub większe konflikty. Prawdziwy problem pojawił się, gdy sprawa została ujawniona, a nie pozostawiona za zamkniętymi drzwiami. Uważam, że Lagerbäck popełnił błąd w wyborze składu oraz taktyki na spotkanie z Serbią, ale jestem pewien, że dokonał też odpowiednich zmian w przerwie spotkania. Sørloth w większości miał rację. Lagerbäck popełnił kilka błędów, ale na koniec dnia to on jest trenerem, a Sørloth zawodnikiem do jego dyspozycji. Jego niezadowolenie powinno być wyrażone w szatni, a nie trafiać do mediów.

Mimo wszystko, przyszłość reprezentacji Norwegii wygląda bardzo obiecująco. Haaland, Hauge, Ødegaard… Czy mógłbyś określić, w jaki sposób Norwegia produkuje tak dużo niesamowitych talentów w ostatnich latach?

B.W – Moim zdaniem rozwój jest kwestią bardzo personalną i zależy od każdego zawodnika z osobna, ale jest kilka czynników, które wpływają na ogólny rozwój zawodników młodego pokolenia. Po pierwsze, w Norwegii znajdziemy dużo świetnych, młodych trenerów. Po drugie, coraz więcej młodych zawodników dostaje szansę na grę w najwyższej klasie rozgrywkowej mimo braku doświadczenia (znakomitym tego przykładem są Omar Sahraoui – jedna z gwiazd Vålerengi Oslo, czy Jens Petter Hauge, który regularną grą w Eliteserien zapracował na transfer do Milanu – przyp. red.). Mają również możliwość treningu przez cały rok na sztucznych boiskach. Poprzednie pokolenia niestety nie miały takich możliwości.

Na koniec chciałbym się Ciebie zapytać o związki między Polską, a Norweską reprezentacją. Która z nich jest twoim zdaniem mocniejsza? Są między nimi jakieś podobieństwa? Dlaczego polscy fani powinni zainteresować się norweską piłką?

B.W – Nie wiem, czy jestem odpowiednią osobą, aby oceniać waszą reprezentację, ale trzeba przyznać, że historycznie od zawsze byliście silniejszą (piłkarsko) nacją. Od jakiegoś czasu Norwegia zaczęła produkować wielu obiecujących graczy, co sprawiło, że reprezentację te zbliżyły się do siebie poziomem. Podobieństwo może wiec stanowić jakość piłkarska. Reprezentacja Norwegii może zainteresować Polaków na wiele sposobów. To obiecujący zespół, który posiada wielu utalentowanych technicznie zawodników. To świetny czas, na zainteresowanie się norweską piłką.

***

Słowa Bena przypomniały mi o jednej anegdocie, którą obrazuje jakie zmiany przeszedł skandynawski futbol w ostatnich latach. Pamiętam, że Aron Gunnarsson w wywiadzie po bardzo udanym, historycznym dla Islandii Euro 2016 opowiadał o swoich początkach. Twierdził, że dzieciństwo wykształciło u niego mentalność prawdziwego wikinga. O zostaniu piłkarzem marzył od dziecka, lecz w piłkę mógł grać tylko przez kilka miesięcy w roku. Jego największym wrogiem były warunki atmosferyczne, które dosłownie zamieniały lokalne boiska w lodowiska. Islandczyk musiał znaleźć alternatywę. Zaczął więc trenować piłkę ręczną. Gdy nie mógł kopać piłki, szedł na hale i trenował rzucanie. Po kilkunastu latach, trening szczypiorniaka spłacił się. To właśnie Gunnarsson wykonał rzut z autu po którym reprezentacja Islandii strzeliła gola Anglikom w 1/8 finału Euro. Selekcjonerem reprezentacji Islandii był wówczas właśnie Lars Lagerbäck.

Koronabingo – problemów ciąg dalszy
Życie nie znosi pustki. Kiedy wszystko wskazywało na to, że duża część problemów reprezentacji została już rozwiązana, na horyzoncie pojawił się kolejny, dużo groźniejszy przeciwnik. Mowa oczywiście o wirusie, którego nosicielem okazał się podstawowy obrońca kadry – Omar Elabdellaoui. Wkrótce okazało się, że z powodu jego zakażenia norweskie władze nie pozwolą zawodnikom na opuszczenie kraju. Według obecnych zaleceń rządu cała grupa powinna odbyć 10-dniową kwarantannę. Nikt oprócz Elabdellaouiego nie uzyskał jednak wyniku pozytywnego, a każdemu z zawodników przeprowadzono przecież dwa dodatkowe testy. Sprawę w swoje ręce wzięli wkrótce najważniejsi kadrowicze, którzy wystosowali do ministerstwa specjalne oświadczenie. Przeczytamy w nim między innymi, że:

„Przez cztery lata ciężko pracowaliśmy, aby przybliżyć się do awansu na mistrzostwa. Awansowaliśmy o ponad 40 miejsc w rankingach FIFA. Teraz możemy awansować do grupy A w Lidze Narodów i spotkać tam najlepsze drużyny w Europie. Możemy znaleźć się wśród 20 najlepszych krajów w Europie, co daje nam drugi poziom rozstawienia w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata. Brak gry w międzynarodowych meczach przeciwko Rumunii i Austrii może szybko zniszczyć nasze sportowe ambicje zarówno w perspektywie krótko, jak i długoterminowej.”

Chaos? Mało powiedziane. Główny oficer ds. kontroli zakażeń w Oslo uważał, że reprezentacja narodowa może polecieć do Rumunii prywatnym samolotem. Z drugiej strony ministerstwo zdrowia uważało, że ​​przepisy na to nie pozwalają. A to wszystko przez jeden pozytywny wynik testu. Norwegowie w kwestii Covidowej są wyjątkowo skrupulatni. Tym razem ta skrupulatność odbiła im się czkawką. Piłkarze spędzili kilka godzin, czekając na oficjalną decyzję rządu. Ich oczekiwanie przerwało dopiero definitywne „nie” ministra zdrowia. Dzisiejszy mecz z Rumunią został więc odwołany, podobnie jak towarzyskie spotkanie z Izraelem kilka dni temu. Teraz pozostaje nam jedynie trzymać kciuki, aby nie zakończyło się ono walkowerem.

MACIEJ SZEŁĘGA

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑