Ekipa na Węgry. Filozofia Sousy. Felieton Michała Bakanowicza.

Czy wytypowanie naszej jedenastki na mecz z Węgrami to nic innego jak wróżenie z fusów? I tak, i nie.

Oczywiście, przed pierwszym spotkaniem Sousy w roli selekcjonera Reprezentacji Polski trudno jest cokolwiek założyć w ciemno. Tym bardziej, że powołania Portugalczyka były w pewnych miejscach nieoczekiwane, a konferencje prasowe z jego udziałem póki co nie dają zbyt wielu odpowiedzi. Można więc wszystko zamknąć w stwierdzeniu – pożyjemy, zobaczymy.

No ale przecież z drugiej strony Sousa to nie jest jakiś anonim, którego przeszłość jest nam totalnie nieznana. Bardziej wnikliwi kibice i eksperci dawno już prześledzili profil tego trenera i można mieć wrażenie, że mniej więcej wiemy, czego możemy się spodziewać.

Na przykład, jego dotychczasowa kariera klubowa wskazuje, że jego ulubiony system to gra trójką z tyłu. Wybierał to rozwiązanie w Fiorentinie i kontynuował je w Bordeaux. Owszem, z rożnym skutkiem, ale zawsze konsekwentnie. Zwracał przy tym na ogół uwagę na zróżnicowanie wahadeł – do którego jeszcze przejdziemy – a także na odpowiednią charakterystykę poszczególnych piłkarzy.

To o czym również należy wspomnieć to elastyczność w ustawieniu formacji, preferowanych przez Sousę. Jeśli wciąż sugerować się tym, co Portugalczyk proponował na włoskiej, czy francuskiej ziemi, to zakładam, że 1-3-4-2-1 to będzie nasz pomysł w fazie ataku, a 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1, ma umożliwić nam chronienie naszej bramki.

Faza obrony
Faza ataku

I jestem przekonany, my takim systemem grać będziemy! Pytanie tylko czy prędzej, czy później.

Zaryzykuję stwierdzenie, że wyjdziemy w takim układzie już w Budapeszcie. I jasne, byłoby to dość odważne posunięcie ze strony selekcjonera. Ale czy od razu szalone? 

Umówmy się. Nasi reprezentanci z niejednego pieca chleb jedli. Zarówno ich przeszłość, jak i teraźniejszość to duże europejskie kluby i trenerzy, którzy wiedzą czym jest taktyka. Dobry piłkarz to taki, który jest elastyczny i otwarty na nowe trendy, a przecież tylko tacy powinni przyjeżdżać na Kadrę. To może wypalić.

Tak więc omówienie filozofii Sousy mamy za sobą. Oczywiście w totalnym uproszczeniu. Pora rozwinąć temat na przykładzie poszczególnych nazwisk.

Bramka: Szczęsny

Ta kwestia jest bezdyskusyjna. Portugalczyk wskazał swojego bramkarza numer jeden i tego będzie się trzymał.

Środek obrony: Bednarek, Glik, Bereszyński

Dwie pierwsze pozycje są niepodważalne. Raczej nikt nie wyobraża sobie by obrońca  Southampton lub Benevento mógł wypaść ze składu. Wątpliwości budzi jedynie opcja numer trzy.

Ale skąd pomysł z Bereszyńskim? Po pierwsze Helik, Piątkowski i Dawidowicz to kadrowe świeżaki. Po drugie – jak wyżej wspomniałem – system 1-3-4-2-1, zakłada, że w fazie obronnej przechodzimy w 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1. Oznacza to, że dobrze by jeden ze środkowych defensorów był również takim, któremu nie jest obca gra przy linii bocznej. Bereszyński spełnia te warunki, a dodatkowo nie bez znaczenia jest fakt, że bywał również wykorzystywany w ten sposób w Sampdorii.

Wahadła: Reca/Rybus i Szymański/Jóźwiak

System Sousy jest asymetryczny. Oznacza to w dużym uproszczeniu tyle, że na jednym z wahadeł możemy spodziewać się nominalnego bocznego obrońcy, a na drugim zawodnika znanego raczej z gry na skrzydle. Skoro więc prawa strona zabezpieczona jest Bereszyńskim, to tutaj spodziewałbym się więcej odwagi. Tym bardziej, że piłkarz Sampdorii to jedyny prawy obrońca powołany przez Sousę. Zrezygnowanie z Kędziory może świadczyć o tym, że Portugalczyk woli mieć na tej stronie piłkarzy ofensywnych, lub opcjonalnie skorzystać tam z Bereszyńskiego właśnie. 

Z lewej musi być nieco bardziej stabilnie, stąd ktoś z dwójki Reca/Rybus. Oczywiście, obaj zaczynali od gry na skrzydle, ale dziś kojarzymy ich mimo wszystko jako bocznych obrońców.

Płachetę i Grosickiego pomijam, gdyż po pierwsze nie grają w klubie, po drugie piłkarz WBA totalnie nie pasuje mi do systemu Portugalczyka, i na ten moment trudno przewidzieć mi jego rolę w zespole. 

Defensywni pomocnicy: Krychowiak i Moder

Czy wyobrażam sobie pierwszą jedenastkę bez Krychowiaka? Oczywiście.

Ale pod warunkiem, że zdrowi będą Bielik i Góralski, a Moder będzie łapał minuty w Brighton. Póki co, miejsce ma tylko to drugie, wobec czego piłkarz Lokomotivu może liczyć na kolejną szansę. Tym bardziej, że w Rosji prezentuje się dobrze. Tak samo jak Moder w poprzednim meczu „Mew”, w którym to zagrał na lewym wahadle. U nas jednak najprawdopodobniej grać będzie w środku.

Ofensywni pomocnicy/cofnięci napastnicy: Zieliński i Milik 

Co do tego pierwszego, gra sezon życia i jest jednym z najważniejszych piłkarzy Napoli. Trudno więc wyobrazić sobie jedenastkę bez niego.

Jeśli zaś mowa drugim, to nie ukrywam, że jeszcze rano w jego miejscu był Klich. Covid zrobił jednak swoje i trzeba kombinować. Dotychczasowe założenia Sousy pozwalają na podwieszenie pod  „dziewiątkę” dwóch ofensywnych pomocników, lub duetu składającego się jednego piłkarza o takiej charakterystyce i cofniętego napastnika. Tak więc perypetie piłkarza Leeds mogą okazać się szansą zarówno dla naszych „dziesiątek”, jak i piłkarzy kojarzonych z grą w ataku. Tutaj wybór pada na Milika, choć nie wykluczam też wariantu, w którym Szymański zostaje przesunięty wyżej, a prawy korytarz otwiera się dla kogoś z duetu Płacheta/Jóźwiak.

Ale wracając jeszcze do Zielińskiego. Jego ustawienie bliżej lewej strony, powinno zapewnić nam płynność w przejściu do fazy obronnej. Wówczas Zielu staje się lewy pomocnikiem, a Reca bądź Rybus cofają się do bloku obronnego. 

Napastnik: Lewandowski

Tu komentarz jest zbędny. 

Tak więc karkołomne zadanie za mną. Sam jestem ciekaw ile typów się sprawdzi i przede wszystkim czy Sousa, zdecyduje się na „swój” system już teraz. Oczywiście, mamy tu kilka niepodważalnych pozycji, o które mogę być spokojny, ale nie zdziwi mnie też jakaś spora niespodzianka. Może na głęboką wodę rzucony zostanie Kozłowski? A może Kowalczyk, którego charakterystykę komplementował Sousa? Nie bez szans na występ wydaje się też Płacheta, czy któryś z pominiętych przeze mnie środkowych obrońców.

W każdym razie to tylko rodzaj zabawy, a same nazwiska wymieniłem po to, by pewne rzeczy były bardziej przejrzyste. Personalia są jednak mniej ważne. Sęk w tym by zespół wyglądał dobrze jako całość. Czy uda się Sousie osiągnąć to już w pierwszym meczu? Czekamy z niecierpliwością!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z Rusłanem Neshcheretem.

Rusłan Neshcheret był najpopularniejszym piłkarzem w wieczór 4. listopada 2020 roku. Cały świat mówił wówczas o genialnym występie 18- letniego Ukraińca na Camp Nou. Niestety poza jednym przebłyskiem z europejskim potentatem, zaliczył również wpadki w dwóch następujących po sobie meczach (w tym szlagierze z Szachtarem). Co słychać u utalentowanego bramkarza Dynama? Jak widzi swoją przyszłość?

Stałeś się bardzo popularny po meczu z Barcą. W Polsce i na całym świecie było o tobie bardzo głośno. Co czułeś podczas debiutu w Lidze Mistrzów?
Czułem się dobrze. Nie przeraziła mnie atmosfera wielkiego stadionu i renoma utytułowanego przeciwnika. Nie stresowałem się. Podszedłem do tego spotkania z chłodną głową. Drużyna rozegrała bardzo dobry mecz i pomimo naporu rywala dawaliśmy sobie rade, a ja miałem wiele okazji, by móc się wykazać.

Wielu zawodników może pozazdrościć ci pewności siebie. Zdradzisz nam sekret?
W sumie sam nie wiem. Chyba po prostu już taki jestem. Trener przed meczem wypowiedział słowa, które wspominam z uśmiechem. Rzucił pytaniem „ile razy zdarzy ci się zagrać na Camp Nou w takim meczu?”. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść i zagrać dobrze (śmiech).

Kiedy dowiedziałeś się, że zagrasz w pierwszym składzie?
W meczu poprzedzającym spotkanie w LM, zostałem pierwszym bramkarzem. Konkurenci byli chorzy (Covid), a że przed meczem z Barcą nie wyzdrowieli, to było dla mnie jasne, że na Camp Nou wystąpię między słupkami od pierwszych minut.

Co możesz powiedzieć o swojej przyszłości? Jesteś już bramkarzem pierwszego zespołu. Co dalej?
Z pierwszą drużyną trenuję z przerwami już od ponad roku. Oczywiście robię wszystko, by zostać numerem jeden, ale nie jest to takie proste. Mam nadzieję, że wszystko się pójdzie po mojej myśli. Teraz leczę kontuzję, ale już trenuję indywidualnie i liczę na szybki powrót.

Rozmowę przeprowadził

BUCKAROOBANZAI

Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.

Dziś rozmowa z wyjątkowym gościem. Zrezygnował ze studiów w Jokohamie, by zostać zawodowym piłkarzem. Próbował swoich sił w ponad 10 krajach, a od ponad roku przebywa w Polsce. Ostatnio podpisał kontrakt z Bronią Radom. Co myśli o Polsce? Który japoński piłkarz jest jego zdaniem najlepszy? Najlepsza rzecz, która przydarzyła mu się w Polsce?

Czytaj dalej „Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.”

Błysk serbskiego talentu – Dusan Vlahović podbija calcio

Kiedy trafiał do Florencji, Vincenzo Montella przybił mu łatkę perspektywicznego chłopaka, który w przyszłości pozwoli Fiorentinie zarobić ogromne pieniądze na transferze. Minęło 1.5 roku, a Dusan Vlahović jest zawodnikiem, który ciągnie za uszy Violę. Ma na koncie już 12 bramek, a w ostatnim spotkaniu przeciwko Benevento popisał się hat-trickiem w pierwszej połowie. Jeśli licząc tylko piłkarzy z 2000 roku i młodszych, tylko Erling Haaland ma więcej goli na koncie od Serba. Cofnijmy się kilka lat wstecz i przenieśmy się do stolicy Serbii.

BELGRAD OSZLIFOWAŁ DIAMENT, KTÓRY BIŁ REKORDY

Dusan w juniorskich kategoriach reprezentował trzy kluby ze stolicy Serbii (Partizan, Crvena i OFK). W wieku 14 lat został przechwycony przez Partizan Belgrad z rąk odwiecznego rywala – Crveny Zvezdy. Już w tak młodym wieku był zbyt dobry, żeby grać w rozgrywkach juniorskich, a zbyt młody, żeby grać w seniorskiej drużynie. Rok później mając 15 lat, podpisał zawodowy kontrakt z Partizanem, ale na debiut w rozgrywkach ligowych musiał poczekać jeszcze rok. Od razu ówczesny trener Ivan Tomić zagwarantował, że dla Vlahovica zarezerwowany jest numer 9 na koszulce. W dorosłej drużynie „Grabarach” zadebiutował 21 lutego 2016 roku w spotkaniu ligowym z OFK Belgrad, gdzie stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Został najmłodszym debiutantem w historii Partizana.

Niecały tydzień później pobił kolejny rekord, został najmłodszym piłkarzem, który wziął udział w „wiecznych derbach” z „czerwoną gwiazdą” (wcześniej najmłodszym piłkarzem, który zagrał w tym spotkaniu był Luka Jović). Kibice Crveny Zvezdy wygwizdali 16-letniego chłopaka, ponieważ jako junior opuścił ich klub na rzecz wrogiej drużyny ze stolicy Serbii. 2 kwietnia 2016 roku Vlahović został także najmłodszym strzelcem w historii klubu, trafiając do siatki przeciwko Spartakowi Subotica. Z wysokości trybun był obserwowany przez skautów Arsenalu czy Juventusu, którzy musieli zobaczyć na własne oczy, jak gra nastolatek z Belgradu. W całej historii piłkarza mamy także polski wątek. Dusan w następnym sezonie zadebiutował w europejskich rozgrywkach. Partizan  z 16-letnim Vlahovicem mierzył się z Zagłębiem Lubin w ramach eliminacji do Ligi Europy. Polska drużyna wyszła z tego starcia zwycięsko po rzutach karnych. Latem 2017 roku podpisał kontrakt z Fiorentiną, ale do końca sezonu biegał jeszcze w koszulce Partizana. Łącznie rozegrał 66 spotkań, strzelając 18 bramek. Wynik nie powala na kolana, ale trzeba zwrócić uwagę, że był chłopakiem, który dopiero wchodził w wiek dorosłości. Od lipca 2018 roku czekała Florencja z ambitnymi planami z Rocco Commisso na czele…

SERIE A – SPEŁNIENIE MARZEŃ.

Dusan od dziecka był oczarowany Italią. Już jako młody chłopak pragnął grać we Włoszech. Na konferencji prasowej został przedstawiony jako wielki talent, który w przyszłości ma stać się piłkarzem klasy światowej. Debiut w Serie A przypadł na spotkanie z Interem. Serb zagrał tylko 7 minut, ale wprowadził wiele kolorytu i młodzieńczej fantazji w końcówce spotkania przegranego 2:1. Fiorentina prezentowała się w tamtym okresie, łagodnie mówiąc beznadziejnie. Stefano Pioli został zwolniony w kwietniu, a Serb pod jego wodzą rozegrał w lidze tylko 107 minut. Dusan wyróżniał się trudnym charakterem, a ówczesny trener Violi wielokrotnie wspominał, że nie jest jeszcze gotowy na wielkie granie. Fiorentina zatrudniła Vincenzo Montelle, u którego Vlahović otrzymywał więcej minut, ale nadal podstawowym napastnikiem był Giovanni Simeone. Viola cudem uniknęła spadku w sezonie 2018/19, a pierwszy rok w Italii Serb zakończył z dorobkiem 0 goli i 0 asyst. Wyróżniał się za to w młodzieżowych rozgrywkach Primavery. W 13 spotkaniach zanotował 11 trafień. Przyszły sezon miał być przełomowy w karierze Dusana Vlahovica.

PIERWSZE TRAFIENIE, PIERWSZA ASYSTA, PIERWSZY SKŁAD

W przerwie między sezonami młody Serb pracował nad sylwetką. Nabrał odpowiedniej masy, którą przerodził na siłę. Stał się napastnikiem, którego przepchnąć jest nie lada sztuka. Pierwsze spotkanie w sezonie 2019/20 Fiorentina rozegrała z Monzą w Coppa Italia. Do 80 minuty meczu sensacyjnie prowadzili goście, ale wtedy rozpoczął się „Dusan show”. Na boisku Vlahović pojawił się 6 minut wcześniej. Strzelił dwie bramki, a przy trafieniu Federico Chiesy na 3:1 zanotował asystę. Ówczesny trener Vincenzo Montella preferował dość nienaturalne ustawienie z trójką obrońców i brakiem naturalnej „9” w ofensywie. W ataku czarował wcześniej wspomniany Fede Chiesa i Franck Ribery. Dusan do momentu kontuzji Francuza był piłkarzem wchodzącym z ławki. Wszystko się zmieniło po spotkaniu z Cagliari. Vlahović po raz pierwszy w sezonie wyszedł w podstawowym składzie i popisał się dwiema bramkami. Viola przegrała z ekipą Sardynii 5:2, a jedynym wygranym we fioletowej koszulce był właśnie Serb, który znalazł się w jedenastce kolejki. Na następne trafienie musiał poczekać ponad miesiąc, kiedy w 90 minucie spotkania dał remis drużynie w hitowym starciu z Interem. Vlahović nadal miał spore braki techniczne. Przez wielu był nazywany „drewniakiem”. Jednak z tygodnia na tydzień widać było postęp u Serba. Na włoskich boiskach czuł się jak ryba w wodzie. Brakowało mu tylko liczb. Po zmianie trenera zaczął częściej wychodzić w pierwszym składzie. Na wstępie zdobył zaufanie Beppe Iachiniego, który widział nie tylko w swoim składzie Serba, ale także w Juventusie, jako następcę Higuaina. Na początku marca klub ogłosił, że Dusan Vlahović jest zakażony koronawirusem i bardzo źle przechodzi chorobę. Gorączka trzymała niemal dwa tygodnie Serba, dobijając nawet do 40 stopni. Covid miał wpływ na dalszą część sezonu Dusana. Miał ogromny problem z dojściem do siebie i formy. Po powrocie ligi nie strzelił już żadnej bramki, mimo że na boisku spędził ponad 300 minut. Sam piłkarz uważa, że był to do tej pory najważniejszy sezon w jego dotychczasowej karierze, który sprowadził go na ziemie. Strzelił 6 bramek w 30 spotkaniach.

AKTUALNY SEZON I MASZYNA CESARE PRANDELLEGO

Jeszcze przed startem rozgrywek Serie A otrzymał swoją ulubioną 9 na koszulce. To wyróżnienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i zdobywaniem bramek. Giuseppe Iachini zapewnił, że przyszedł moment na Vlahovica. Schody zaczęły się kiedy trener nie był zadowolony z pracy na treningach Serba. Od pierwszego spotkania próbował różnych ustawień z Patrickiem Cutrone i Cristianem Kouame w duecie z Franckiem Riberym, ale Francuz najlepiej czuł się gdy miał obok siebie Dusana. Do momentu zwolnienia trenera „czapeczki” Serb strzelił tylko jedną bramkę w lidze i prezentował się karygodnie. Wszystko odmienił Cesare Prandelli, który wrócił do Florencji i postawił sobie za zadanie zbudować bramkostrzelnego Vlahovica, tak jak zrobił to z Adrianem Mutu, Alberto Gilardino, czy Lucą Tonim. Efekt „nowej miotły” mogliśmy zobaczyć dopiero w spotkaniu z Sassuolo, kiedy trafił do bramki neroverdich po 2.5 miesiącach posuchy. Do tej pory regularnie znajdował miejsce w „jedenastce badziewiaków”.

Największy wpływ na formę i pewność siebie Serba miała bramka w derbowym spotkaniu z Juventusem, które sensacyjnie na wyjeździe wygrała Viola aż 3:0. Do tej pory Vlahović prezentuje się zankomicie, a ostatni mecz z Benevento jest tego przykładem. Ustrzelił „czarownicom” hat-tricka w 45 minut. Już nie jest piłkarzem, który ma klapki na oczach i widzi bramkę. Stał się pracusiem, który haruje w defensywie, pomaga przy rozgrywaniu akcji i walczy o każdą piłkę w ofensywie. Rozwinął się w ekspresowym tempie na boiskach Serie A, a na jego kolejne występy kibice czekają z wypiekami na twarzy. W tej chwili ciągnie Fiorentine za uszy i gdyby nie jego postawa, oglądalibyśmy Florencję w dole tabeli.

Dusan Vlahović 2019/20 vs 2020/21

*Stan na 14.03.2021

Kontrakt Serba wygasa latem 2023 roku. Viola już na ten moment może zbić fortunę, ponieważ Dusanem interesują się wielkie włoskie kluby. Ma doskonałe predyspozycje, żeby osiągnąć poziom klasy światowej. Pozostaje ciężka praca, aby szlifować swój talent. Wielka piłka stoi otworem. Piłkarskim idolem Vlahovica jest Zlatan Ibrahimović, ale 20-letni Serb wierzy, że jest w stanie osiągnąć więcej od Szweda.

KACPER KARPOWICZ

Już nadeszła pora, by pożegnać Parmę z Serie A?

Drużyna Gialloblu miała w tym sezonie zrobić krok do przodu, więc mimo niezłych wyników w zeszłym sezonie, zarząd postanowił przeprowadzić zmianę szkoleniowca. Decyzja ta, jak się później okazało, była fatalna, bo z solidnej drużyny środka tabeli Parmeńczycy zmienili się w jednego z głównych faworytów do spadku.

ZAMIESZANIE Z TRENEREM

Roberto D’Aversa pracował w Parmie od sierpnia 2016 roku. W zaledwie dwa lata zdołał awansować z Serie C do Serie A, dzięki czemu zyskał sobie wysoki status w oczach kibiców oraz zarządu. Pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej choć był z problemami, bo Gialloblu mieli czwartą najgorszą defensywę w lidze (gorzej tylko Chievo, Frosinone i Empoli, którzy spadli), jednak udało się go zakończyć utrzymaniem, co można było uznać za sukces. Rozgrywki 2019/20 pod względem miejsca w tabeli były bardzo dobre dla Parmeńczyków, ponieważ zajęli 11 pozycję z 14 punktami przewagi nad strefą spadkową. Właściciele mieli jednak pewne wątpliwości co do kontynuowania współpracy z D’Aversą, gdyż ich zdaniem drużyna mimo niezłych wyników, nie prezentowała się tak, jakby chcieli. Nie grała widowiskowo, a bardziej dość opornie, co nie zadowalało grona tifosich Parmy. Zarząd wierzył, że ich drużynę stać na osiąganie jeszcze lepszych rezultatów, z atrakcyjniejszym dla oka stylem gry, ale uznali, że z aktualnym szkoleniowcem, który mimo wszystko osiągał dobre wyniki, nie jest to możliwe.

Po zakończeniu naprawdę udanego sezonu postanowiono rozstać się z Roberto, i sięgnąć po Fabio Liveraniego, który chociaż spadł w zeszłym roku z Lecce, to ich zdaniem miał odpowiedni warsztat, aby wnieść Parmę na wyższy poziom. Dano mu spore możliwości na rynku transferowym, ponieważ do klubu definitywnie przyszło łącznie 11 zawodników za około 80 milionów euro, a na odejściach zyskali zaledwie 4,5mln. Popełnili ogromne ryzyko dojąc wolną rękę nowemu – niezbyt doświadczonemu – szkoleniowcowi, co jak się później okazało, było ogromnym błędem. Parma pod wodzą Fabio zdobyła zaledwie 12 oczek po 16 kolejkach, a styl gry, który miał uatrakcyjnić, prawdopodobnie stał na jeszcze gorszym poziomie. 7 stycznia 2021 roku postanowiono odsunąć Liveraniego od sterów pierwszej drużyny.

Kto przyszedł na jego miejsce? Rzecz jasna Roberto D’Aversa, któremu jeszcze pół roku temu w dziwnych okolicznościach podziękowano za współpracę. W obliczu fatalnej sytuacji w tabeli wierzono, że trener, który spędził w klubie sporo czasu, będzie w stanie wyciągnąć Parme ze strefy spadkowej. Póki co powrót starego szkoleniowca nie przyniósł żadnych korzystnych efektów, ponieważ punktuję na jeszcze gorszym poziomie, niż jego poprzednik. 13 meczów – 4 remisy i 1 wygrana. Średnio 0,54 punktu na mecz, a w przypadku Liveraniego średnia ta wynosiła 0,75. Z jednej strony można więc uznać, że przywrócenie D’Aversy było błędem, ale prawda jest jednak taka, że największym błędem było zwalnianie go na koniec zeszłego sezonu. Parma dalej grałaby prawdopodobnie ciężki dla oka futbol, ale byłaby przynajmniej w lepszej sytuacji sportowej. A co najśmieszniejsze, niektóre źródła podają, że ze względu na słabe wyniki rozważa się przywrócenie do roli trenera Fabio Liveraniego. Cyrku ciąg dalszy.

BEZSENSOWNIE WYDANY BUDŻET

Zazwyczaj każda drużyna, która po połowie sezonu jest zagrożona spadkiem z ligi, zimowe mercato wykorzystuje w celach wzmocnień „na teraz”, które będą w stanie pomóc w walce o utrzymanie. Torino sprowadziło Sanabrie i Mandragore, czyli nazwiska, które w Serie A w pewnym stopniu są już sprawdzone. Cagliari Nainggolana, Duncana, Asamoah oraz Ruganiego, a Genoa Strootmana, czy chociażby Portanove. Nawet Benevento oraz Crotone dokonało wzmocnień, które w jakimś stopniu można uznać za właściwe w kwestii walki o utrzymanie. Parma również ściągnęła piłkarzy, którzy mają duże doświadczenie w poważnej piłce, ale niezbyt jakościowych. Mattia Bani, Andrea Conti oraz Graziano Pelle, który w zasadzie jako jedyny z całej trójki wygląda na mocne wzmocnienie, chociaż ostatnie 5 lat spędził w lidze Chińskiej. Pierwsza dwójka w ostatnich miesiącach kompletnie nie ma formy, więc ciężko oczekiwać, że w drużynie Gialloblu nagle odpalą.

Minione okienko transferowe w wykonaniu Parmy jest jednak absurdalne ze względu na ilość wydanego budżetu na zawodników, którzy w seniorskiej piłce doświadczenia dużego nie mają. Aż 13 milionów euro przeznaczyli na 22-letniego Rumuna Dennisa Mana, który dotychczas grał jedynie w swojej rodzimej lidze. Przyszedł także Joshua Zirkzee, który aktualnie jest wyłącznie na wypożyczeniu, jednak Włosi mają opcję wykupu w okolicach 15 milionów euro. Nie jest to tak, że są to złe transfery, bo obaj zawodnicy mają bez wątpienia wielki talent, lecz są to ruchy bardzo bezsensowne z uwagi na obecną sytuacje. Pierwsze tygodnie ich pobytu w klubie już pokazały, że w tym sezonie wpływu na grę zespołu większego mieć nie będą, i było to raczej oczywiste w chwili realizacji transferów. Poza tym zakładając, że Parmeńczycy spadną z ligi, to wątpię, że zarazem Rumun jak i Holender będą chcieli grać na zapleczu Serie A. Ściągnięcie Zirkzee oraz Mana byłoby dobrym ruchem, ale nie w momencie, kiedy walczy się o utrzymanie.

ŁATWE TRACENIE PUNKTÓW

Słaba forma i kiepski styl gry to jedno, ale Parma nawet jeśli zagra niezłe spotkanie i przez większość meczu wynik układa się po ich myśli, to na koniec zazwyczaj i tak wyniosą z niego maksymalnie punkt. W 9 pojedynkach obecnego sezonu, w trakcie których w pewnym momencie prowadzili, zdobyli na koniec jedynie 15 na 27 możliwych punktów. W skład tej statystyki wchodzą cztery mecze, które zremisowali mimo dwubramkowej przewagi. Jeśli innym drużynom kilka razy zdarzyło się tracić punkty w dość przypadkowy sposób, tak Parma traci je konsekwentnie wręcz w tym samym stylu i w tych samych okolicznościach.

Mecz z Interem – objęcie prowadzenia w 46 minucie i podwyższenie go w 62, aby na koniec po bramce Perisicia w doliczonym czasie gry zgarnąć zaledwie punkt. Milan – prowadzenie 2:0 w 56 minucie, zakończenie wynikiem 2:2 po trafieniu Theo w 91 minucie. Z Udinese oraz ze Spezią z dwubramkowego prowadzenia w stan remisu przeszli – w porównaniu z poprzednimi spotkaniami – dość szybko, bo w kolejno 80 oraz 72 minucie, i było w nich nawet opcja, że nie zachowają nawet punktu. Sassuolo – prowadzenie 1:0 w doliczonym czasie gry, jednak bramka Djuricica z rzutu karnego w 95 minucie ustala wynik remisowy. Ostatnim przykładem jest mecz rollercoaster z Fiorentiną, w którym najpierw zdołali z rezultatu 1:2 wyjść na prowadzenie 3:2 (strzelając bramkę w 90 minucie), aby na koniec, po samobóju Iacoponiego w 4 minucie doliczonego czasu gry, rzecz jasna zremisować.

Chociaż ostatni mecz z Romą był swego rodzaju przełomem, bo udało im się zdobyć 3 punkty wygrywając 2:0, tak w przypadku Parmy można mówić o sporym braku koncentracji, a nawet i może motywacji w najważniejszych momentach meczu. Jak wspomniał niegdyś Czesław Michniewicz – „2:0 to niebezpieczny wynik” i słowa tę powinni sobie wziąć do serca wszyscy piłkarze Gialloblu wraz z trenerem, ponieważ obecnie łatwe tracenie punktów jest pod względem sportowym największym przekleństwem Parmeńczyków.

MATEUSZ PEREK

Mozaika Hamsika – Szwedzka układanka króla Neapolu

Czy największy transfer w historii ligi szwedzkiej ma sens? Od niemal tygodnia pytanie to jest na ustach większości fanów skandynawskiego futbolu. Marek Hamsik zasilił szeregi IFK Göteborg – klubu, który w zeszłym sezonie Allsvenskan (jakby to powiedział Franciszek Smuda) „walczył o spadek”. Dlaczego akurat Szwecja? A jeżeli już Szwecja, to dlaczego akurat Göteborg? Wokół tego transferu zgromadziło się więcej znaków zapytania niż na szyi Quebo. Mimo wszystko, transfer wydaje się jak najbardziej przemyślany.

5 marca dokładnie o godzinie 11:21 na stronie internetowej http://expressen.se zostaje opublikowany artykuł Daniela Kristoffersona. „Bomba: Hamsik w drodze do Göteborga” – krzyczał nagłówek. W dalszej części tekstu mogliśmy się dowiedzieć, że 33-letni pomocnik rozwiązał kontrakt z Dalian Professional i już wkrótce uda się do Szwecji, aby odbyć testy medyczne. Pontus Farnerud, dyrektor sportowy IFK Göteborg wolał zostawić sprawę bez komentarza. Coś musiało być na rzeczy. Trzy dni później doniesienia się potwierdziły, a Daniel Kristofferson mógł się poczuć jak szwedzki Fabrizio Romano.  Marek Hamsik wylądował na lotnisku w Göteborgu, a jego transfer został ogłoszony punktualnie o godzinie 19:30. Na naszych oczach zaczęła się tworzyć historia szwedzkiej piłki.

HAMSIK ZA 1/4 JĘDRZEJCZYKA

Szwedzkie media podają, że IFK Göteborg zaoferowało Hamsikowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy koron miesięcznie. Jest to około 50 tysięcy złotych brutto. Bardzo mało, jak na tak klasowego zawodnika. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tego typu kwoty są codziennością w naszej rodzimej lidze. Może to frazes, ale tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

Doskonale wiemy, że Szwecja nie była pierwszym wyborem Hamsika. Początkowo 3-miesięczny kontrakt miał mu zaoferować Slovan Bratysława, ale transakcja nie mogła dojść do skutku ze względu na okienko transferowe, które na Słowacji zamykało się znacznie wcześniej niż w Szwecji. Z mniej oczywistych powodów, Hamsik szukał również spokoju oraz boiska z naturalną trawą, co w Szwecji wcale nie jest takie oczywiste. Jego przyszły pracodawca musiał spełniać wszystkie te wymagania. Göteborg je spełniał.

CHCESZ PAN HAMSIKA?

Z przenosinami Słowaka wiąże się także kilka ciekawych anegdot. Tuż po podpisaniu umowy, agent piłkarza wyjawił mediom kilka faktów na temat negocjacji które jego klient prowadził z innymi klubami. A owych klubów było całkiem sporo.

Najprostszą metodą na nawiązanie kontaktu z prezesami szwedzkich klubów była naturalnie rozmowa telefoniczna. Jej schemat niezależnie od klubu był zawsze taki sam. Agent pytał się, czy klub zainteresowany jest Markiem Hamsikiem, w odpowiedzi słuchając ciągłego niedowierzania prezesów coraz to większych marek.

„Czy ty mówisz o tym Marku Hamsiku? Tak, już Ci wierzę… Haha, dobry żart.”

To jedna z najdziwniejszych odpowiedzi jakie usłyszał. Nikt nie chciał uwierzyć, że ktoś o pokroju Marka Hamsika będzie chciał grać w lidze szwedzkiej. No, może prawie nikt…

Zdecydowanie najszybszą reakcją wykazał się wspomniany już wcześniej Pontus Farnerud, pełniący w Göteborgu funkcję dyrektora sportowego. Od razu zapaliły mu się lampki w oczach i był gotowy do przeprowadzenia transferu mimo kłopotów finansowych i fatalnej formy klubu w zeszłym sezonie. Zagrał va banque, czego z pewnością nie żałuje.

Inna historia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Hamsik zadzwonił do samego Svena-Görana Erikssona. Jak mówi legendarny szkoleniowiec, Hamsik błyskawicznie go oczarował. „Zaraz, przecież to z Panem IFK Göteborg wygrało Puchar UEFA, prawda?” – zapytał Słowak podczas rozmowy telefonicznej. „To było bardzo miłe, że o tym wspomniał. Wydarzyło się to przecież w latach 80.” – skomentował Eriksson w późniejszym wywiadzie dla dziennika „Sportbladet”. Wybitny szkoleniowiec wystawił swojemu byłemu klubowi piękną laurkę i przekonał Słowaka do transferu. Kilkadziesiąt lat temu osiągnął z klubem największy sukces, teraz przyłożył rękę do największego transferu.

ŻYŁA ZŁOTA

Często powielany mit mówi, że transfer piłkarza potrafi zwrócić  się z samych koszulek. Jest to oczywiście nieprawda, co nie zmienia faktu, że Hamsik już kilka dni po podpisaniu kontraktu lekko podreperował budżet IFK Göteborg. „W ciągu kilku godzin sprzedaliśmy ponad 1400 gadżetów związanych z Markiem – komentuje Erica Berghagen, menedżer ds. klubowego marketingu. Co więcej, za każdy dzień Hamsika na mistrzostwach Europy klub otrzyma 49 tysięcy koron. Dziennikarze „Sportbladet” szybko obliczyli, że takowych dni będzie co najmniej 25. Oznacza to wpływ do kasy klubowej rzędu ponad 1,2 miliona koron szwedzkich. Na pytanie, czy transfer Słowaka się zwróci dyrektor sportowy klubu odpowiedział wprost: Tak, ale jeszcze nie teraz. Na tym dyskusja o sensie transferu powinna się zakończyć, ale okazało się, że nawet tak przemyślany ruch ma swoich sceptyków.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

„Lubię, kiedy zawodnikowi zależy na klubie. W tym przypadku tak nie jest” – tak transfer Marka Hamsika skomentował Anders Svensson, legenda reprezentacji Szwecji. „Myślę, że Hamsik może zrobić więcej złego niż dobrego. Od razu wchodzi do zespołu i ma czas na przygotowania, ale co to daje klubowi na dłuższą metę? Oczywiście piłkarze mogą się sporo nauczyć trenując z takim zawodnikiem, ale pamiętajmy, że przychodzi on tutaj tylko dla siebie i dla swoich własnych potrzeb. Jego myśli nie są niebiesko-białe.” – dodał.

Dzisiaj rano dowiedzieliśmy się, że Hamsik opuścił trening ze względu na uraz mięśnia łydki. „Nie mam pojęcia, co się stało ani jak Marek się teraz czuje. Poczuł ból i opuścił boisko pod koniec treningu. To wszystko, co wiem na ten moment” – powiedział po treningu trener Roland Nilsson. Nie wiadomo jak poważny jest uraz Słowaka.

Transfer Hamsika do Göteborga jest uczciwą wymianą korzyści między klubem, a zawodnikiem. Słowak otrzyma odpowiednie miejsce do treningu przed Mistrzostwami Europy, możliwość optymalnego wejścia w rytm meczowy oraz spokój. W zamian klub dostaje znakomitego piłkarza i rozgłos, który w dzisiejszych czasach również ma swoją cenę. Nawet jeżeli Słowak opuści zespół we wrześniu, powinien zostawić po sobie dobre wspomnienia i sporą sumę pieniędzy w klubowej kasie.

MACIEJ SZEŁEGA

Historia współczesnych derbów Sevilli.

W życiu są pewne tylko trzy rzeczy śmierć, podatki i emocje związane z piłkarskimi derbami. Już samo słowo derby wzbudza ludzką ciekawość, kojarzy się z zaciętą rywalizacją, a przy okazji oddaje charakter wyjątkowego wydarzenia, z którym mamy do czynienia tylko od czasu do czasu. Dziś wcielam się w rolę przewodnika po współczesnych derbach Sevilli.

Z CYKLU NIETYPOWE PRAKTYKI

Na przełomie XX i XXI w. konflikt pomiędzy fanami obu ekip wciąż narastał, a najzagorzalsze grupy kibicowskie pozwalały sobie na coraz więcej. Swoje trzy grosze dorzucili również czterej piłkarze Sevilli, którzy sprowokowani przez grupę fanatyków Betisu wzięli udział w bójce w jednym z lokalnych barów. Na boiskach również dochodziło do czynów, które nie miały wiele wspólnego ze sportową rywalizacją, ale sytuacja w barze była skandaliczna. W ramach 40. kolejki sezonu 96/97 (ostatni sezon przed zmniejszeniem ligi do 20 zespołów) Betis mierzył się na własnym stadionie ze Sportingiem Gijon, który walczył o ligowy byt. Wygrana gości oznaczała spadek Sevilli. 

Kibice „Verdiblancos” poprzez swoje zachowanie postanowili dać swoim piłkarzom do zrozumienia, że ten mecz należy odpuścić. Za każdym razem, gdy zawodnicy Betisu byli przy piłce, ich kibice wyrażali swoje niezadowolenie poprzez rzęsiste porcje gwizdów. Kiedy piłką operowali gracze z Gijon, stadion wrzał i oklaskiwał „bohaterów”, którzy sprawią, że Sevilla pożegna się z LaLigą. 

Ku uciesze fanów Betisu, Sporting wygrał po bramce Dmitrija Cherysheva (ojca Denisa Cherysheva). Kilka lat później doszło do swego rodzaju rewanżu. W sezonie 99/00 oba kluby ze stolicy Andaluzji szorowały po dnie ligowej tabeli. Po 34. serii spotkań Sevilla była już pewna spadku. Mając w pamięci okoliczności z końcówki sezonu 96/97 postanowiła podłożyć się Realowi Oviedo, dzięki czemu Betis również pożegnał się z LaLigą.

PORADNIK JAK NIE KIBICOWAĆ

Obie ekipy spędziły zaledwie rok w Segunda Division, a wzajemna nienawiść pomiędzy ekipami osiągnęła astronomiczne poziomy. W pierwszej połowie 2002 roku podczas derbów zapłonęła część krzesełek, w październiku na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan doszło do kolejnego skandalu. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem ochroniarz pracujący przy zabezpieczaniu spotkania został pobity przez grupę pseudokibiców Sevilli, którzy mniej więcej przez minutę okładali go ze wszystkich sił. W trakcie spotkania również dochodziło do przykrych incydentów. W pewnym momencie ktoś rzucił racą w kierunku bramkarza Betisu Toniego Pretsa, a nieco później jeden z fanatyków Sevilli postanowił wkroczyć na murawę i uderzyć golkipera Betisu. Zdarzenia, o których mowa sprawiły, że komisja ligi nałożyła na Sevillę karę czterech spotkań bez udziału publiczności.

HISTORIA Z BUTELKĄ W TLE

Brzmi niczym afera alkoholowa pełna wzlotów i jak to często bywa również upadków, natomiast odnosi się jedynie do aktu głupoty pewnego kibica, który podczas spotkania Copa del Rey rozgrywanego na stadionie Betisu postanowił rzucić butelką w stronę ławki rezerwowych Sevilli. Największym pechowcem całego zajścia okazał się szkoleniowiec Sevilli Juande Ramos, który w wyniku trafienia w głowę stracił przytomność, po czym został przewieziony do szpitala. 

Haniebny czyn sprawił, że sędzia postanowił przerwać spotkanie w 57. minucie w obawie o bezpieczeństwo zawodników oraz osób zasiadających na trybunach. Pozostała część rywalizacji decyzją Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej została przeniesiona na neutralny dla obu ekip stadion Getafe. Na Coliseum Alfonso Pérez już bez udziału publiczności wynik nie uległ zmianie. Bramka Fredericka Kanoute zdobyta w przerwanym spotkaniu zdecydowała o awansie drużyny Juande Ramosa. W następnej rundzie Sevilla zdołała wyeliminować Deportivo La Coruña, a w finale pokonała Getafe. Po raz kolejny bohaterem czerwonej części Sevilli okazał się kameruński napastnik Frederick Kanoute. Sezon 2006/07 Sevilla zakończyła na trzeciej pozycji w lidze, a co ważniejsze do gabloty trafił Puchar UEFA oraz wspomniany wcześniej Puchar Króla.

DERBY POD ZNAKIEM WZAJEMNEGO SZACUNKU

Nic tak nie zbliża ludzi, jak różnego rodzaju tragedie. Pewnego sierpniowego wieczoru na Estadio Sanchez Pizjuan Sevilla podejmowała Getafe i nic nie zapowiadało momentu, w którym po raz kolejny świat piłki pogrąży się w smutku. Pod koniec pierwszej połowy na oczach kilkudziesięciu tysięcy kibiców w wyniku zatrzymania akcji serca na murawę upadł Antonio Puerta. Niemal natychmiast zareagowali Andrés Palop oraz Ivica Dragutinovic i dzięki reanimacji Puerta zdołał podnieść się z murawy, po czym udał się do szatni, w której po raz kolejny upadł.

Następnie 21-latek został przewieziony do szpitala. Po trzech dniach świat obiegła smutna informacja o śmierci jednokrotnego reprezentanta Hiszpanii. Śmierć zawodnika Sevilli złagodziła obyczaje pomiędzy zwaśnionymi klubami. Kibice Betisu wielokrotnie pokazywali, jak bardzo wstrząsnęła nimi śmierć piłkarza, który był wychowankiem ich największego rywala. Na Estadio Benito Villamarin zagościły sztandary z napisami „Gdziekolwiek jesteś, jesteśmy z tobą. Połączyłeś Sevillę i nigdy cię nie zapomnimy”. Pierwsze spotkanie derbowe po śmierci Puerty okrzyknięto mianem „Derbi de Puerta”, a na boisku Sevilla nie dała szans Betisowi, wygrywając 3:0, choć nie obyło się bez kontrowersji. Sędzia Undiano Malenco uznał bramkę Luisa Fabiano pomimo tego, że ten uderzył piłkę ręką. Bramkę na 2:0 zdobył również Luis Fabiano, a wynik spotkania ustalił Dani Alves.

DERBY W LIDZE EUROPY

Po sezonie 13/14 Betis po raz kolejny pożegnał się z najwyższą klasą rozgrywkową. Kibice „Verdiblancos” już od 15. kolejki oglądali swoich ulubieńców na dole ligowej tabeli. Wówczas piłkarzem Betisu był Damien Perquis, który częściej leczył urazy, niż wychodził na murawę. Betis o dziwo o wiele lepiej radził sobie w Lidze Europejskiej. Zdołał wyjść z grupy, w której mierzył się z OL, Jabloncem i Vitorią Guimaraes. W 1/16 wyeliminował Rubin Kazan, by w następnej rundzie trafić na Sevillę. 

Pierwsze spotkanie wygrali niespodziewanie goście, u których rolę kapitana pełnił Damien Perquis. Rewanż od samego początku nie układał się po myśli trenera Betisu – Gabriela Calderóna, który od połowy stycznia do końca sezonu prowadził ekipę z zielono-białej części Sevilli. W rewanżu lawinę nieszczęść zapoczątkowała kontuzja Polaka, w wyniku której ze łzami w oczach opuścił murawę. W następnych fragmentach spotkania bramki na wagę dogrywki zdobyli Jose Antonio Reyes oraz Carlos Bacca. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc doszło do serii rzutów karnych, w których lepsza okazała się Sevilla, a jej awans przypieczętował Ivan Rakitić.

NIECH ŻYJE FUTBOL

Na początku sezonu 17/18 stery w Betisie przejął Quique Setien, dla którego był to pierwszy sezon pracy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Hiszpanii. Efekty pracy Setiena można było dostrzec niemal natychmiast. Betis pod jego wodzą grał futbol przyjemny dla oka zwłaszcza dla kibiców postronnych. Śledzących regularnie spotkania Betisu kompletnie nie dziwiło, że w jednej kolejce potrafił ograć Getafe 4:0, by kilka kolejek później ulec 0:5 ekipie Eibar. Pierwsze derby Setiena okazały się prawdziwym świętem futbolu nie tylko na boisku, ale również na trybunach, ponieważ kibice obu ekip stworzyli fantastyczną atmosferę godną pojedynku derbowego. 

Gospodarzem spotkania była Sevilla, która tydzień wcześniej dokonała istotnej zmiany. Nowym szkoleniowcem Sevilli został Vincenzo Montella, który zastąpił Eduardo Berizzo. Goście postanowili wejść mocno w to spotkanie i nie minęło nawet 30 sekund, gdy Sergio Rico po raz pierwszy musiał wyciągać piłkę z siatki po firmowym strzale lewą nogą Fabiana Ruiza. W tym momencie rozpoczęła się wymiana ciosów. Kolejne bramki zdobywali kolejno Ben Yedder na 1:1, Feddal na 2:1 oraz Kjaer na 2:2. Niespełna 5 minut później sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy. W drugiej części spotkania za sprawą Durmisiego i Sergio Leona Betis wyszedł na dwubramkowe prowadzenia. Bramkę kontaktową w 67. minucie zdobył Clement Lenglet. Oba zespoły wściekle atakowały, co również przełożyło się na liczbę żółtych kartoników pokazanych przez Jesusa Gila Manzano. W 95 minucie wynik na 3:5 ustalił Cristian Tello i tym samym ekipa Setiena rozpoczęła pogoń za miejscem dającym możliwość występów w europejskich pucharach. Ostatecznie sezon zakończyli na 6 miejscu, które dla zespołu z Estadio Benito Villamarin powrót do gry w Lidze Europy. Sevilla na koniec sezonu uplasowała się tuż za Betisem.

PAWEŁ OŻÓG

Z boiska w Chojnicach na salony w Serie A

Przez lata mieliśmy ogromne problem z obsadą pozycji lewego obrońcy. Na Euro 2016 z musu musiał grać Artur Jędrzejczyk, a ostatnio były selekcjoner reprezentacji Polski Jerzy Brzęczek desygnował Bartosz Bereszyńskiego, który nie czuł się najlepiej po przeciwnej stronie defensywy. Na tę chwilę mamy Macieja Rybusa, który solidnie prezentuje się w Moskiewskim Lokomotiwie oraz Arkadiusza Recę, który buduje swoją markę na Półwyspie Apenińskim. Arek pozostawił po sobie dobre wrażenie w Spal, a w tym sezonie dobrymi występami przypomina o sobie Gian Piero Gasperiniemu, który na początku sezonu miał problem z obsadą lewego wahadła przez kontuzję Robina Gosensa. Czy Recę stać na większe włoskie granie? Czy też Polak skazany jest na ciągłe wypożyczenia do beniaminków? Czas pokaże.

CHOJNICE – DROGA DO EKSTRAKLASY

Reca jest wychowankiem Kolejarza Chojnice, ale bardzo szybko trafił do Chojniczanki, ponieważ cała drużyna młodzieżowa została przeniesiona do wyżej notowanego klubu miasta z województwa pomorskiego. Na treningi dojeżdżał z pobliskich Nieżychowic. Początkowo mama zabraniała mu jeździć na zajęcie, ale malutki Arek postawił na swoim i sam dojeżdżał na treningi – bez zgody rodziców. Reca już w młodości wyróżniał się nieprawdopodobnym przyspieszeniem i łatwością ogrywania rywali. W wieku 17 lat grał na czwartoligowych boiskach w drugiej drużynie Chojniczanki, ale swoimi występami nie przekonywał do siebie trenerów seniorskiej klubu z Chojnic. Arek trafił do Koralu Dębnica, gdzie współpracował z byłym piłkarzem ekstraklasowej Zawiszy Bydgoszcz czy Amiki Wronki – Grzegorzem Wódkiewiczem.

Kiedy go zobaczyłem, byłem zdziwiony, że Chojniczanka zdecydowała się wypożyczyć takiego chłopaka. Już wtedy miał walory, którymi zachwyca do dziś: szybkość, dobra technika, dynamika, świetna koordynacja i niesamowita motoryka. Dodatkowo było widać, że jest ambitny, bo często zostawał po treningach. Brakowało mu tylko ogrania – wspomina były trener Arkadiusza w rozmowie z Maciejem Wąsowskim z Przeglądu Sportowego.

Po sezonie w Dębnicy trafił do Floty Świnoujście. To właśnie roczny pobyt w klubie „wyspiarzy” okazał się kluczowy w karierze młodego piłkarza. W Świnoujściu otrzymał pierwszą poważną szansę w dorosłej piłce. Na zapleczu Ekstraklasy rozegrał 28 spotkań, a ówczesny trener Tomasz Kafarski widział w chłopaku ogromny potencjał. Arek miał nawet pewne miejsce w składzie po zimowej zmianie trenera. Sam Romuald Szukiełowicz porównywał go do Kamila Kosowskiego. Sezon w 1 lidze zakończył z 3 bramkami i 2 asystami. Flota Świnoujście wycofała się z rozgrywek w przyszłym sezonie, a oko na Arkadiusza zwróciła Wisła Płock. Kilka tygodni później został nowym piłkarzem „nafciarzy”.

WISŁA PŁOCK I DEBIUT W EKSTRAKLASIE

W Płocku trafił pod skrzydła trenera Marcina Kaczmarka, który od razu zwrócił uwagę na doskonałe warunki fizycznie, przyspieszenie i nienaganną technikę w lewej stopie. Szkoleniowiec widział w nim nowego bocznego obrońcę. Debiutu w nowym klubie nie wspomina najlepiej, ponieważ w spotkaniu z Drutex Bytovią w Pucharze Polski został zdjęty w przerwie meczu, po tym jak kompletnie nie radził sobie z atakami przeciwników. Po dość nieszczęsnym pierwszym spotkaniu w koszulce Wisły Płock słuch zaginął o Arku. Szczęście uśmiechnęło się do piłkarza, kiedy otrzymał szansę w spotkaniu ligowym z Sandecją Nowy Sącz. To, co wydarzyło się w tym meczu zmieniło bieg kariery Recy. Strzelił dwie bramki. Najpierw po cudownym rajdzie, a potem jeszcze piękniejszym lobie. Sam piłkarz twierdzi, że nie wie, co się w tamtym meczu stało. Od tamtego spotkania był już podstawowym zawodnikiem „nafciarzy”. Regularnie otrzymywał powołania do młodzieżowych reprezentacji, a trenerzy z Płocka coraz częściej ustawiali wyżej Recę, który momentami grał na „9”. W sezonie 2015/16 na zapleczu Ekstraklasy został wybrany najlepszym młodzieżowcem ligi z 12 bramkami i 5 asystami na koncie. W biało-niebieskiej koszulce wystąpił w 94 oficjalnych spotkaniach, w których zdobył 19 bramek i zanotował 12 asyst. Sezon 2017/18 był ostatnim w Płocku Arkadiusza Recy. W większości spotkań występował na pozycji lewego obrońcy. Dobra dyspozycja na starej nowej pozycji przykuła uwagę skautów włoskich drużyn. Oferta transferowa Atalanty wydała się najrozsądniejsza. Do dziś jest najdroższym piłkarzem odchodzącym z klubu. Do Bergamo trafił za blisko 4 mln euro. Wyruszył Arek na podbój Półwyspu Apenińskiego.

BOGINI PIĘKNA SPROWADZIŁA NA ZIEMIĘ

Początki życia w Bergamo nie należały do najłatwiejszych. Arek miał problem z komunikacją w szatni przez brak znajomości języka włoskiego. Pierwsze swoje spotkanie w koszulce niebiesko-czarnych rozegrał w sierpniu w ramach eliminacji do Ligi Europy z Hapoelem Haifa. Polak od pierwszego dnia był kreowany na lewego wahadłowego, ale debiut okazał się niemiły w skutkach, jak w przypadku Wisły Płock. Arek nie radził sobie z przeciwnikami i mało wnosił w akcjach ofensywnych. Kompletnie nie odnajdywał się w filozofii Gian Piero Gasperiniego. Na następne spotkanie musiał czekać prawie pół roku, kiedy trener postanowił dać mu szansę w spotkaniu ligowym z Frosinone. Reca otrzymał tylko 7 minut, a jedyne czym się wyróżnił to kilkoma sprintami, z którymi podmęczeni obrońcy „kanarków” sobie nie radzili. Mimo braku minut na boiskach Serie A Arek otrzymywał powołania do reprezentacji oraz był podstawowym lewym obrońcą u byłego selekcjonera – Jerzego Brzęczka.

Dużo kontrowersji wybuchło po słowach Macieja Szczęsnego, który powiedział, że Reca gra w reprezentacji, ponieważ Wisła Płock otrzymuje premię, kiedy Arkadiusz wychodzi na boisko w koszulce z Orzełkiem na piersi. Klub wystosował pismo, że nie ma żadnego zapisu w kontrakcie, a Jerzy Brzęczek dawał szansę Polakowi, ponieważ mu ufał i znał z pracy w klubie „nafciarzy”. Ostatecznie w sezonie 2018/19 Arek zagrał tylko w 5 spotkaniach Atalanty. Uzbierał łącznie tylko 140 minut. Mówiło się, że Reca odbił się od włoskiej piłki, ale rok pracy z trenerem Gasperinim nie poszedł na marne, ponieważ stał się łakomym kąskiem w letnim mercato dla klubów z dolnej części tabeli. I tak został wypożyczony do Spal…

OGROMNY POSTĘP I PIERWSZY POWAŻNY SEZON W SERIE A

W drużynie z Ferrary występowało w tamtym okresie aż trzech Polaków. Prócz Recy był Bartosz Salamon, a także Thiago Cionek. Ówczesny trener Leonardo Semplici preferował defensywny styl gry na trójkę obrońców. Trenerzy spędzali z Arkiem mnóstwo czasu, aby poprawić aspekt gry obronnej. Debiut ligowy Recy przypadł na spotkanie z Lazio. Niestety Polak nie będzie wspominał pierwszego meczu w koszulce „biancazzurich” najlepiej. Arkadiusz został zmieniony w przerwie spotkania, ponieważ był najsłabszy na boisku. Spal dość niespodziewanie, pokonało wtedy z Rzymu, która po tamtym meczu odnotowała rekordową liczbę 21 meczów bez porażki. Polak regularnie wybiegał w podstawowym składzie i zbierał coraz lepsze noty.

Pierwszą asystę zaliczył 20 stycznia 2020 roku w meczu przeciwko swojej drużynie, z której został wypożyczony – Atalancie.  Był to najlepszy występ Polaka w tamtym sezonie. Podczas przerwy spowodowanej pandemią Arek dużo trenował indywidualnie w swoim domu. Przecieraliśmy oczy ze zdumienia, kiedy po Internecie zaczęło krążyć zdjęcie sylwetki piłkarza i porównywaliśmy jego metamorfozę do Leona Goretzki. Pierwszy pełny sezon w Serie A można zaliczyć na ogromny plus. Reca rozwinął się pod każdym względem i zdobył upragnione doświadczenie. Cicho trzymaliśmy kciuki, że przekona do siebie trenera Gasperiniego, ale ten postanowił latem ściągnąć Johan Mojice. Od momentu awansu Crotone do Serie A trener Giovanni Stroppa mocno zabiegał o Polaka i widział go w swojej drużynie. Reca wrócił do Bergamo, gdzie z drużyną przeszedł cały okres przygotowawczy do zbliżającego się sezonu. W końcu trafił na wypożyczenie do Crotone, gdzie miał zdobyć kolejne doświadczenie na boiskach w Italii.

AKTUALNY SEZON – PRZEŁOMOWY?

Reca drugi raz spadnie z Serie A? Tak mówiło się przed sezonem. Trudno się było nie zgodzić, ponieważ ekipa Crotone odstawała kadrowo od reszty drużyn. Zadaniem Recy było po prostu grać i pokazywać się z jak najlepszej strony. Giovanni Stroppa od początku wierzył Polakowi i ufał mu, wystawiając go w każdym meczu od pierwszych minut. Arek bez problemu odnalazł się w nowej drużynie, czego nie można było powiedzieć o Crotone w Serie A, która odbijała się od przeciwników w niemal każdym spotkaniu. Winą nie można było obarczyć Recy, który od początku sezonu był wyróżniającą się postacią „pitagoricich” obok Juniora Messiasa i Simy’ego Nwankwo. Crotone prezentuje dość wesoły futbol, nawet teraz po zmianie trenera. Pierwszą asystę Arek zanotował w spotkaniu z mistrzem Italii – Juventusem, która pozwoliła drużynie urwać punkty faworytom. Pierwszą bramkę na boiskach Serie A zdobył w meczu ze Spezią wygranym 4:1. Polak popisał się piękną cieszynką, która zrobiła ogromne wrażenie na kibicach z całego świata. Arkadiusz zrobił monstrualny postęp względem poprzedniego sezonu. Giovanni Stroppa czy teraz Serse Cosmi rozpoczynają wyjściowy skład od nazwiska Polaka. Reca jest doskonale usposobiony ofensywnie, ma nieprawdopodobny ciąg na bramkę, ale dalej pozostawia wiele do życzenia jego postawa obronna. Do tej pory zgromadził w Crotone już 6 asyst i strzelił 2 bramki, a ostatnia z „granatą” była wyjątkowej urody. Trener Gasperini popełnił ogromny błąd, skreślając już przed sezonem Polaka, a na jego miejsce ściągając kolumbijskiego piłkarza Johana Mojice, który już w styczniu opuścił szeregi La Dei.

Porównanie sezonu 2019/20 z aktualnym:

Jeśli zdrowie dopisze możemy być spokojny o formę Arkadiusza Recy. Nowy selekcjoner Paulo Sousa preferuje grę na trójkę obrońców, więc pozycja lewego wahadłowego może być zarezerwowana dla piłkarza Crotone. Arek wiele przeszedł w Italii, ale w końcu wyszedł na prostą. Od nieudanych debiutów, aż po piękną bramkę z Torino. Wychowanek Chojnic staje się coraz większą marką na Półwyspie Apenińskim, a dziennikarze włoscy z meczu na mecz bardziej doceniają pracę Polaka. Aktualny sezon może okazać się przełomowy na boiskach we Włoszech.

W Madrycie potrzebna jest rewolucja. Jak ważne będzie przyszłe okienko dla Realu?

Florentino Perez w ostatnich sezonach wychodził z założenia, że drużyna nie potrzebuje przebudowy, bo ciągle składa się z wielu ogromnych nazwisk. W defensywie absolutna legenda klubu, drugą linie tworzy jeden z najlepszych tercetów pomocników w historii piłki nożnej, a na pozycji napastnika gra czołowy snajper na świecie. Jak widać, nie wystarczyło to jednak, aby utrzymać wielkość zespołu. Ze zmianami zbyt długo zwlekano, i w tym momencie potrzebna jest rewolucja. Letnio okienko może być jednym z najważniejszych w historii Realu Madryt.

CZAS NA WIELKI TRANSFER

W Madrycie po odejściu Cristiano Ronaldo nie ma postaci wiodącej, która potrafiłaby pociągnąć drużynę do zwycięstwa, a w tak wielkim klubie, taki piłkarz jest bardzo potrzebny. Następcą Portugalczyka w tej roli miał być Eden Hazard, który jak dzisiaj wiadomo, przez urazy nie jest w stanie wejść na poziom, który prezentował w Chelsea. Transfer nie wypalił, jednak nie jest to powód, aby teraz zrezygnować z takich inwestycji i liczyć, że któryś z młodych piłkarzy w klubie wyrośnie na gwiazdę, bo ostatnie miesiące znacznie w tej kwestii na nikogo nie wskazują. Tym bardziej, że sytuacja finansowa klubu nie wygląda źle. Okres pandemii przeszli bez większych – w porównaniu z innymi klubami – strat, oraz trzeba wziąć pod uwagę, że w ostatnich trzech okienkach wydali zaledwie 30 milionów euro. Zimą 2020 roku na Reiniera, i tyle. Przed i w trakcie obecnego sezonu nie przeprowadzili ani jednej transakcji wzmacniającej drużynę, lecz tylko się wzbogacali na sprzedażach. Czemu więc nie odpuścić transferów 2-3 Viniciusów, a w zamian sprowadzić jednego, bądź dwóch sprawdzonych, pewnych zawodników.

W ostatnim czasie przewijają się głównie dwa nazwiska, których domagają się kibice. Kylian Mbappe i Erling Haaland. W gruncie rzeczy wyciągnięcie przynajmniej jednego z nich może być problemem, ale grono wielkich piłkarzy, którymi może, a wręcz powinien się interesować Real, jest dużo szersze. W kwestii defensywy sporo się mówi o Davidzie Alabie, i tutaj chociaż pojawiają się ostatnio duże wątpliwości, to Królewscy ciągle są faworytem w wyścigu. Jeśli dojdzie do skutku, to wielkie brawa, jednak Los Blancos nie powinni spocząć na samym transferze Austriaka. Ciągle toczy się temat Camavingii, który chociaż byłby przyszłościową inwestycją, tak mimo wszystko raczej pewną, bo mowa tu o ogromnym talencie, który mimo 18 lat zdążył już zadebiutować w seniorskiej reprezentacji narodowej. W ostatnich tygodniach wrócił także temat Jadona Sancho, który mimo kiepskiego sezonu, byłby sporym wzmocnieniem.

Są to tylko przykłady, które najczęściej przewijają się w mediach. W rzeczywistości zbiór piłkarzy, którymi interesują się skauci Realu jest o wiele większy. Perez powinien kolejny raz zaryzykować. Postawić na kolejny transfer pokroju Hazarda, oraz liczyć na odrobinę więcej szczęścia. Bezczynne czekanie i liczenie na to, że któryś z obecnych zawodników wyrośnie na lidera może być fatalne w skutkach.

WZMOCNIENIA NA TERAZ

Dziesięć z ostatnich piętnastu transferów definitywnych Realu to piłkarze, którzy w chwili realizacji zaliczani byli do kategorii wiekowej u23. Pozostała piątka to oczywiście Eden Hazard, Thibaut Courtois, Ferland Mendy, Mariano Diaz, oraz Omar Mascarell, który w Madrycie kariery nie zrobił. Około 293 milionów euro z 516 wydanych w ostatnich 3 sezonach (włącznie z tym), zostało przeznaczone na transfery młodych zawodników. Przyszłościowe wzmocnienia to rzecz naturalna, a wręcz konieczna w każdym klubie, jednak w Realu zdecydowanie za dużo pieniędzy przeznaczyło się w to, co być może będzie kiedyś, a w dość dużym stopniu zapomniało się o tym, co jest teraz.

To, że duża część z wydanej kwoty na młodzież nie wypaliła to już odrębna kwestia, ale zarząd Los Blancos samym przeznaczeniem tak sporej ilości budżetu na niedoświadczonych piłkarzy, popełnił błąd. Powinniśmy więc mieć nadzieje, że zostały wyciągnięte z tego wnioski, i przyszłe okienko będzie obfitowało przede wszystkim we wzmocnienia, które z miejsca wpłyną na dyspozycje drużyny. Nie chodzi tu wyłącznie o wielomilionowe transfery wielkich piłkarzy, którzy w poprzednich klubach byli mocno wyróżniającymi się zawodnikami, lecz po prostu przemyślane. Choć nie jest to jeszcze potwierdzone, to ściągnięcie Davida Alaby jest absolutnym majstersztykiem. Królewscy – jeśli transfer dojdzie do skutku – Austriaka wezmą za całkowicie darmo.

Oczywiście nie ma na rynku wielu piłkarzy podobnej klasy, co aktualny piłkarz Bayernu Monachium, jednak na pewno znajdzie się kilku, których ściągnięcie nie będzie wielkim problem, a będą w stanie pozytywnie wpłynąć na drużynę. Nawet w roli rezerwowego, nie musi być to zawodnik pierwszego składu. Znaczna część budżetu musi po prostu zostać przeznaczona na wzmocnienia „na teraz”. Kolejne inwestycje w przyszłość aktualnie nie są konieczne, ponieważ w Madrycie kryzys trwa teraz.

TRANSFERY Z KLUBU

Składanie ofert innym klubom to jedna sprawa, ale w Realu sporo również ich otrzymają. Już teraz, na niespełna 4 miesiące przed otwarciem okienka, pojawiają się informacje jakoby Manchester United miał zamiar złożyć ofertę za Raphaela Varane’a. To propozycje z grupy tych, które należy mocno przemyśleć, jednak pojawią się też takie, które – jeśli kwota będzie odpowiednia – powinno się bez wahania przyjąć.

Luka Jović jest piłkarzem numer jeden, którego w letnie okienko powinno się pożegnać. Serb kompletnie nie sprawdził się w Hiszpanii, a na półrocznym wypożyczeniu w Eintrachcie pokazuje, że swoich umiejętności nie stracił. Okres w Madrycie udowodnił, że do drużyny Królewskich po prostu nie pasuje, i trzeba się z tym pogodzić. Real na transferze zwrotnym do Frankfurtu (zakładając, że tam wróci, a dużo na to wskazuje) zarobi zapewne zdecydowanie mniejszą kwotą, niż ta, za którą go ściągał, jednak pobyt Luki w stolicy Hiszpanii nikomu się nie opłaci, a przyszłe okienko będzie tym, w którym będą mogli najwięcej za niego zawołać.

Wręcz identyczna sytuacja jest Garethem Balem. Walijczyk również jest na wypożyczeniu w klubie, z którego przyszedł do Madrytu, oraz podobnie jak Jović, gra tam, i czuję się zdecydowanie lepiej, niż w stolicy Hiszpanii. Z odejściem Walijczyka pogodził się już chyba każdy nawet rok temu, jednak największą przeszkodą są warunki finansowe przyszłego pracodawcy. Chociaż w północnym Londynie złapał w ostatnim czasie wysoką formę, to wcale nie jest pewne, że do Tottenhamu wróci. W tym przypadku, w porównaniu do Serba, sprawa będzie trudniejsza, ale wydaje mi się, że wytransferowanie Garetha w tym roku będzie o wiele łatwiejsze, niż w zeszłym.

Wyżej wspomniany Raphael Varane jest podobno na najwyższym miejscu transferowej listy życzeń Manchesteru United, który ma zamiar mocno walczyć o ściągnięcie Francuza. Forma byłego zawodnika Lens w ostatnim czasie mocno spadła, i w sprawie obrońcy, który miał zastąpić Sergio Ramosa w roli lidera defensywy Los Blancos, zaczęły się dyskusje, czy z mistrzem świata z 2018 roku powinno się dalej współpracować. Ewentualna sprzedaż Raphaela na pewno mocno zasiliła by budżet Królewskich, jednak w tym momencie środek obrony jest tak mocno okrojony, że pozbycie się nawet piłkarza nie będącego od kilku miesięcy w optymalnej dyspozycji, byłoby ryzykownym posunięciem. Jeśli rzeczywiście dojdzie do wielkiego zainteresowania ze strony Anglików, to zarząd powinien mocno przemyślać tę ofertę, bo żadna z opcji nie wydaje się w 100% słuszną.

Piłkarzem, którego zdecydowanie powinno się zatrzymać w klubie jest Sergio Ramos, któremu po sezonie wygasa kontrakt. Hiszpan jest bez wątpienia jednym z największych kapitanów w historii dyscypliny, który nawet jeśli nie jest w stanie grać, to w ogromnym stopniu wpływa na drużynę. Różne media podają różne wersję negocjacji, Jedne, że Ramos wymaga absurdalnych warunków umowy, a drugie, że Florentino Perez nie zgadza się na takie w granicach rozsądku. Zarazem prezesowi, jak i kapitanowi niesamowicie zależy na sukcesach klubu, oraz kibicach, dla których Sergio jest ikoną, więc obie strony dla najlepszego rozwiązania muszą dojść do porozumienia. Florentino nie powinien popełniać błędu, który zrobił z Ikerem Casillasem. W tym momencie sprawa ta jest ponad ewentualnymi wzmocnieniami, i póki nie zostanie rozwiązana, nie będzie można w pełni skupić się na transferach.

MATEUSZ PEREK

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑