Jason Cummings, czyli nieważne jak zaczynasz. Ważne jak kończysz.

Dobre złego początki, a złe dobrego – tak w skrócie można podsumować dotychczasową karierę Jasona Cummingsa – swego czasu jednego z największych szkockich talentów. Dziś 25-letni napastnik próbuje ratować swoją karierę w Dundee FC, czwartej drużynie szkockiej Championship.

Jason Cummings jako młody chłopak trzymał kciuki za Hearts FC. Chodził nawet do Tynecastle High School – szkoły położonej tuż obok stadionu „Serc”. W międzyczasie pierwsze kroki w piłkarskim świecie stawiał w zespole Hutchison Vale – lokalnym klubie, który swoje mecze rozgrywa w Saughton Sport Complex. Po pewnym czasie dołączył do akademii Hearts, czym spełnił swoje dziecięce marzenie. Niestety, w 2012 roku wskutek kilku przeciągających się kontuzji został zwolniony z klubu bez żalu. Wrócił do „The Hutchie” gdzie szybko stał się wiodącą postacią. Świetna postawa w amatorskiej lidze i masa strzelonych goli odbiła się szerokim echem wśród lokalnej społeczności. W lecie 2013 roku podpisał pierwszy profesjonalny kontakt. Jego nowym klubem stał się Hibernian FC – największy rywal Hearts, któremu Cummings kibicował od dziecka…

DEBIUT W SZKOCKIEJ PREMIERSHIP I PRZESTRZELONY KARNY

Gdy w chłodne listopadowe popołudnie 2013 roku wiatr i deszcz smagały zielono-biały dach stadionu przy Easter Road, Cummings stanął przed szansą debiutu w szkockiej elicie. Na boisku pojawił się w 62. minucie zmieniając Johna Collinsa. Hibernian przegrał ten mecz 0-2 a młody napastnik niczym szczególnym się nie wyróżnił. W tamtym sezonie wystąpił w 16 meczach ligowych, grając głównie ogony. Debiutanckie bramki dla Hibernian strzelił w barażach o utrzymanie przeciwko Hamilton. W pierwszym – wyjazdowym meczu – dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. W rewanżu goście odrobili straty, doprowadzając do serii rzutów karnych. W decydującym momencie do piłki podszedł właśnie Cummings. Niestety, jego strzał sparowany został przez bramkarza Hamilton – Kevina Cuthberta. Dla 18 tysięcy widzów zgromadzonych tego dnia przy Easter Road Stadium oznaczało to spadek ich ukochanego klubu do niższej klasy rozgrywkowej.

STATUS GWIAZDY. KORONA KRÓLA STRZELCÓW I TRANSFER DO NOTTINGHAM FOREST

Po spadku do Championship Cummings stał się podstawowym zawodnikiem i prawdziwą gwiazdą „Hibbies”. Już w pierwszym sezonie, mimo nieudanej walki o powrót do Premiership i przegranych Play Offach, sięgnął po koronę króla strzelców zaplecza szkockiej elity. W lidze strzelił łącznie 18 bramek. Jego dobra postawa nie uszła uwadze angielskim skautom i po zakończeniu rozgrywek otrzymał kilka ofert transferu, które ostatecznie odrzucił. W następnym sezonie również z 18 ligowymi golami na koncie stał się najlepszym piłkarzem Hibernian. W wyścigu o tytuł króla strzelców ustąpił tylko Martynowi Waghornowi z Rangers, który okazał się lepszy o dwa trafienia. Co ma wisieć nie utonie. W kolejnej batalii Hibernian zdobył mistrzostwo Championship i awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej, a Cummings – jakżeby inaczej – z 19 trafieniami sięgnął po tytuł dla najlepszego snajpera w lidze (ex aequo ze Stephenem Dobbie z Queens of South).

W międzyczasie, w maju 2016 roku pomógł Hibernian w zdobyciu pierwszego od 114 lat Pucharu Szkocji. W finale na Hampden „Hibs” po bramce w doliczonym czasie gry pokonali Rangers 3-2 i sięgnęli po upragnione trofeum. Szkot zaliczył w tym meczu asystę przy bramce Anthony’ego Stokesa. Świetne trzy sezony, regularność w zdobywaniu bramek i sukcesy z Hibernian doprowadziły Cummingsa do kolejnego awansu sportowego w jego karierze. W czerwcu 2017 roku podpisał kontrakt z Nottingham Forest – zespołem angielskiej Championship. Kwota transferu wyniosła ok. 1.100.00 euro.

ROZCZAROWANIE, KARIERA WISZĄCA NA WŁOSKU I NIEUDANY POWRÓT NA SZKOCKIE BOISKA

Co może pójść nie tak, kiedy zdobywasz bramkę w debiucie? W przypadku Jasona Cummingsa właściwie wszystko. Gdy w sierpniu 2017 roku w meczu EFL Cup przeciwko Shrewsbury, Szkot podwyższał wynik spotkania na 2-0, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. W 14 ligowych meczach w barwach Forest zdobył zaledwie jedną bramkę i szybko przypięto mu łatkę „waste of money”. W styczniu 2018 roku został wypożyczony do końca sezonu do Rangers. W umowie widniał zapis o możliwości transferu definitywnego. W barwach „The Gers” zadebiutował 24 stycznia w wygranym 2-0 meczu z Aberdeen FC. Cztery dni później cieszył się z premierowego gola dla Rangers, którego zdobył w potyczce z Ross County. 4 marca w ćwierćfinale Pucharu Szkocji Cummings znów znalazł się w blasku reflektorów. Jego trzy bramki zdobyte w meczu z Falkirk pomogły awansować Rangers do półfinału Scottish Cup. Niestety, jednorazowy przebłysk nie wystarczył, by zostać w Glasgow na dłużej i Cummings po zakończeniu sezonu musiał wracać do Nottingham. Nie da się ukryć, że nikt tam na niego nie czekał z otwartymi ramionami. Piłkarz stanął przed kolejną wizją zmiany otoczenia.

DLA ODMIANY WYPOŻYCZENIE, WIĘCEJ WYPOŻYCZEŃ

Po powrocie do macierzystego klubu Cummings został wystawiony na listę transferową. Propozycję rocznego wypożyczenia wysunął grający w League One Peterborough United. Szkot nie kręcił zbyt długo nosem i przystał na zaproponowane warunki. Zaczął naprawdę imponująco. W pierwszych pięciu ligowych meczach strzelił 6 bramek i po raz kolejny dał sobie i innym nadzieję na powrót do formy sprzed lat. Niestety, w kolejnych meczach Cummings nie potrafił odnaleźć się na boisku i jego wypożyczenie zostało przedwcześnie zakończone w dniu 30 stycznia 2019 roku. Już dzień później widniał w rejestrze ówczesnego lidera League One – Luton FC. Napastnik został ponownie wypożyczony. Na pierwszą bramkę musiał jednak poczekać aż do kwietnia, kiedy to po wejściu z ławki w meczu z Blackpool doprowadził do remisu 2-2. I to właściwie wszystko, co miał do zaproponowania w tamtym momencie. Kolejne rozczarowanie, po którym nawet najtwardsi mieliby problem się podnieść.

TRANSFER DO SHREWSBURY I PRZEBŁYSK GENIUSZU W MECZU Z LIVERPOOLEM

2 września 2019 roku Cummings został przedstawiony jako nowy nabytek Shrewsbury Town. Kwota transferu nie została podana do wiadomości publicznej. W zespole „The Shrews” piłkarz zadebiutował w ligowym meczu z AFC Wimbledon. Na boisku pojawił sie w 68. minucie, zmieniając Daniela Udoha. Pięć minut później mógł celebrować debiutanckie trafienie. Mecz zakończył się wynikiem 1-1. Po raz kolejny nie najgorszy start w nowym klubie. Swoje zwycięskie bramki dołożył również w meczach z Southend United i Sunderlandem. Niekończące się drobne urazy plus choroba podczas Świąt Bożego Narodzenia spowodowały jednak, że już do końca sezonu Cummings grywał tylko ogony, w większości przypadków wchodząc z ławki rezerwowych. Przebłysk geniuszu pokazał jednak w meczu V rundy Pucharu Anglii w meczu przeciwko Liverpoolowi. 26 stycznia wchodząc z ławki, strzelił dwa gole ekipie Jurgena Kloppa i jego nazwisko znów (na krótko) znalazło się na pierwszych stronach gazet.

WITAMY W DUNDEE

Przez okres półtorarocznego pobytu w Shrewsbury, Cummings prócz kilku sporadycznych momentów nadal nie potrafił ustabilizować formy. W końcu przyszedł czas, by po raz kolejny spróbować swoich sił tam, gdzie wiodło mu się najlepiej-czyli szkockiej Championship. W styczniu tego roku 25-letni napastnik podpisał kontrakt z Dundee FC, który wiąże go z obecnym pracodawcą do maja 2022 roku.

I trzeba uczciwie przyznać, że początek w jego wykonaniu jest jak najbardziej udany. W ośmiu ligowych meczach strzelił jak dotąd 4 bramki. Szybko stał się ulubieńcem kibiców z Dens Park. Cummings ma dopiero 25 lat. Nie raz udowadniał, że ma ogromny talent, z którym w parze nie idzie jednak stabilizacja i regularność. Powrót na szkockie boiska to z pewnością krok wstecz i osobista porażka napastnika Dundee. Czasem warto jednak zrobić jeden krok wstecz by potem móc zrobić dwa kroki do przodu. Na jego równej i dobrej formie z pewnością skorzystałaby również reprezentacja Szkocji, która już dziś zaczyna walkę o awans na Mundial w Katarze.

KAROL KOCZTA

Skąd biorą się problemy Lecha? Zapytaliśmy Huberta Michnowicza.

Sytuacja Lecha Poznań jest delikatnie mówiąc nieciekawa. Wyniki doskonale oddają nijaką grę zespołu prowadzonego przez Dariusza Żurawia. Postanowiłem, więc zapytać Huberta Michnowicza, sympatyka futbolu, a zarazem dziennikarza – pasjonata, zajmującego się sprawami Lecha Poznań, o opinię dotyczącą obecnej sytuacji w klubie.


Przejdźmy od razu do rzeczy. Co Pana zdaniem jest główną przyczyną słabej gry Lecha Poznań? Jeszcze kilka miesięcy temu Lech potrafił zachwycać.
Należy oddzielić grę Lecha w europejskich pucharach od poczynań w Ekstraklasie. Droga Lecha do  LE była bardzo udana. Poza meczem z Valmierą, do każdej z rund kwalifikacyjnych Lech nie przystępował w roli faworyta, czyli drużyny, która może, ale nie musi. Koniec końców Lechowi udało się wywalczyć awans, co niewątpliwie mogło cieszyć i jest było powodem do dumy, Od dłuższego czasu żadna z polskich drużyn nie zdołała się zakwalifikować do fazy grupowej, a Lech osiągnął to, prezentując styl godny podziwu. Byłem świadkiem spotkań eliminacyjnych i doskonale pamiętam, że w zespole panowała doskonała atmosfera. W tej drużynie było jakości, która przekładała się na grę.

Europa nie znała Lecha i nie miała czasu na rozgryzienie Lecha. Natomiast w Ekstraklasie sytuacja wyglądała już zgoła inaczej. Bardzo szybko trenerzy drużyn przeciwnych rozszyfrowali grę Kolejorza. Wyniki, które Lech uzyskiwał w lidze, nie były pokłosiem pecha, ponieważ pech może odnosić się do jednego, czy dwóch spotkań. Po pierwszym meczu z Górnikiem w styczniu, zapytałem trenera, czy nie martwi go styl. Odpowiedział, że zacznie się martwić, jeśli stylu nie będzie przez kilka spotkań. Co było dalej, doskonale pamiętamy

Myślę, że jedną z przyczyn to tarcia. Nie sądzę, że są to tarcia pomiędzy zawodnikami, choć nie wykluczam, że takowe też występują. Obstawiam, że raczej wynikają z oczekiwań piłkarzy w kontrze do możliwości trenera. Raczej też, nie winiłbym trenerów od przygotowania fizycznego. Można to porównać do sytuacji w reprezentacji Polski za kadencji Brzęczka.  Wyniki do pewnego momentu były dobre, ale brakowało stylu, a frustracja wśród piłkarzy i kibiców narastała. Zgrzyty wisiały w powietrzu tym bardziej, że wypowiedzi Brzęczka i czasami też piłkarzy, wzbudzały kontrowersje. A ja uważam, że w Lechu piłkarze pokroju Pedro Tiby, Daniego Ramireza, Lubomira Satki oczekują od trenera lepszego warsztatu trenerskiego.

Jednak z jakiegoś powodu postawiono na Żurawia.
Nie winiłbym trenera. Prowadząc inne zespoły nie wiodło mu się szczególnie. Otrzymał szansę wykazania się w czołowym zespole ekstraklasy. Ciężko mu się dziwić, że podjął wyzwanie. Na jego miejscu każdy by skorzystał z takiej szansy.


Nie wydaje się Panu, że decydując się na niedoświadczonego trenera, powinno się go otoczyć osobami, które uzupełniłyby jego braki?
Teoretycznie tak. Teraz możemy tylko gdybać. Suche fakty też pokazują, że za trenera Skrzypczaka i Bartkowiaka Lech prezentował się lepiej. Jednak tak naprawdę nie wiemy, co działo się wewnątrz drużyny. Trenerzy Bartkowiak oraz Skrzypczak byli odbierani przez piłkarzy bardzo pozytywnie. Na początku roku 2020 uczestniczyłem z Lechem w obozie w Belek. Byłem obecny na praktycznie wszystkich treningach w pierwszym tygodniu zgrupowania. Takiej relacji jak miał chociażby trener Skrzypczak z zawodnikami nie da się zapomnieć. Przyznam szczerze, że nie wiem dokładnie, czy to trener Skrzypczak naciskał na to, by móc podjąć pracę jako pierwszy trener, czy być może trener Żuraw czuł, że jego decyzje są czasami podważane, bo i tego typu wersje wydarzeń słyszałem. Wiemy natomiast, że Lech z nowymi asystentami radzi sobie gorzej. I ja tak naprawdę do tej pory nie wiem, za co odpowiada trener Dudka i Góra.

A co sądzi Pan o transferach letnich? O ile cześć z tych zawodników ma określony poziom sportowy, o tyle nie jestem przekonany, czy wszyscy pasują do Lecha. Czy te ruchy można uznać za przemyślane?
Jest to temat złożony. Pozyskiwanie zawodników wiąże się z wieloma zmiennymi. Pandemia również dołożyła swoje trzy grosze i skomplikowała sytuację. Obserwacja zawodnika w takim wypadku jest ograniczona. W świecie futbolu ważną rolę odgrywają agenci, a internet dziś sprawia, że kluby mają dostęp do wielu platform, dzięki którym mogą ocenić potencjał zawodnika, nie ruszając się z klubu.

Posłużę się przykładem Jana Sykory. Lech od dawna walczył o zakontraktowanie tego zawodnika, ale z różnych powodów finalizacja nastąpiła dopiero w 2020. Problem Jana polega na tym, że w Czechach gra się trochę inaczej. Polska liga jest bardzo fizyczna. Na czeskich boiskach można zaobserwować większą kulturę gry. Dlatego nie za bardzo mogę zrozumieć, jak Sykora mógł się znaleźć jako jedynka skrzydłowego.

W pewnym sensie liczne wypożyczenia Sykory mogły stanowić dla Lecha sygnał, że być może czegoś temu zawodnikowi brakuje. Jednak Lech mocno skupił się na jego pozyskaniu, a dziś można powiedzieć, że z Jankiem jest dramat. Pomijając jego problemy ze zdrowiem, słyszałem też, że pojawiały się małe tarcia pomiędzy nim a trenerem. Teraz nawet jak nic mu nie dolega, to nie jest skrzydłowym na miarę Lecha Poznań.

Ciekawym wątkiem są też wypożyczenia do Lecha.
Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku wypożyczenia są robione w celu dobicia do pewnej liczby graczy. Na przykład Awwad nie dostał zbyt wielu szans, ale wg mnie miał coś w sobie. Tak naprawdę nie można było go normalnie zweryfikować w grze, bo tych szansach dostawał bardzo mało, a okazje ku temu były. Brakowało zaufania ze strony trenera i podejrzewam, że podobnie może być z Kvekveskirim. Który może mieć nawet większe umiejętności, ale zrobiono z niego znowu typowego zapchajdziurę. Selekcja zawodników wypożyczonych, nawet jeśli nie jest błędna, to momentami działa w myśl zasady sztuka dla sztuki.

Po raz kolejny wracamy do tematu trenera.
Wg mnie w Lechu na ten moment nie ma żadnej konkurencji w walce o wyjściowy skład. I tu nie chodzi nawet o liczebność zawodników. Są niedociągnięcia na niektórych pozycjach, ale kadra nie jest przetrzebiona, jak chociażby jesienią.

A dla wzrostu jakości w drużynie nie ma nic gorszego jak brak konkurencji. Myślę, że gdyby miał Pan obstawić skład Lecha na kolejne spotkanie, miałby Pan problem z wytypowaniem może jednego nazwiska. Bez względu na to, jak zawodnik wypadnie w danym mikrocyklu i tak wyjdzie w pierwszym składzie. Tak to widzę niestety i takie też głosy dochodzą mnie z szatni Lecha. Jak posłucha się piłkarzy, którzy wyjeżdżają za granicę, tam jest walka o miejsce w składzie na każdym treningu. U nas tego nie ma.


Według mnie trener Żuraw nie ma na tyle charyzmy i wizji, że mógłby dokonać radykalnych zmian. Myślę, że trener czasami i może myśli o roszadach, ale blokuje go wizja tego, jak inni mogliby zareagować na zmiany, mam tu na myśli nie tylko zawodników, ale też zarząd Lecha, więc odpuszcza.

Dobrym przykładem zjazdu formy jest Dani Ramirez.
Dani przechodził Covida i być może z tego powodu nie gra najlepiej, ale czy słusznym działaniem jest próba odbudowy zawodnika poprzez dawanie mu okazji do gry w każdym ze spotkań? Moim zdaniem nie. Przykładowo taki Filip Marchwiński często jest przerzucany pomiędzy zespołem rezerw a Ekstraklasą, a przecież jesienią był pierwszym zmiennikiem Daniego Ramireza. Teraz go nie ma i należy się zastanowić, co tu się wydarzyło.

Jak już jesteśmy przy Marchwińskim, to podzielę się swoją myślą. W pewnym momencie w Lechu grało wielu młodych piłkarzy, choć Żuraw wcale chętnie na nich nie stawiał, o czym świadczy akcja bilet dla Muhara. Teraz wydaje mi się, że Marchwiński został pozostawiony samemu sobie.
Z tego, co wiem, Filip Marchwiński dobrze się prowadzi. Wiemy, że dużo potrafi, choć ma kilka mankamentów fizycznych, które wiążą się z jego wiekiem. Ale wg mnie Lech nie ma pomysłu na Filipa. Trener boi się podejmować decyzje, które w danym meczu mogłyby zaskoczyć rywali Lecha, a jednocześnie przy słabszej dyspozycji Daniego, mogłaby się otworzyć szansa dla Filipa. A inne zespoły mają wiedzę jak grać z Lechem. Dla wytrawnego trenera, który zjadł zęby na tej lidze, rozpracowanie Lecha nie stanowi problemu.


Uważa Pan, że Lech powinien już podziękować Żurawiowi?
Dla mnie czas trenera Żurawia się skończył. Już pierwsze 3-4 wiosenne mecze były jasnym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Taki klub jak Lech nie może sobie pozwolić, by grać tak nijako. Uprzedzając ciąg dalszy, muszę przypomnieć, że jesienią przedłużono kontrakt z trenerem. Myślę, że gdyby do tego nie doszło, to już po czterech pierwszych wiosennych kolejkach doszłoby do zwolnienia Żurawia. Nie byłoby nawet dyskusji, czy ta decyzja jest słuszna, czy nie, bo Lech grał bardzo, ale to bardzo słabo. Teraz zwolnienie świadczyłoby o tym, że pół roku temu podjęto złą decyzję, a a’la korporacja, jaką stał się Lech, nigdy do błędnych decyzji się nie przyzna,


Zarządzający klubem ślepo podążają za strategią, która się nie sprawdza i nie potrafią w porę zareagować.
Świetnym przykładem jest sytuacja, która była z Muharem. Na siłę broniono tego transferu zakłamując rzeczywistość. Wymyślano historie, że dzięki Muharowi była konkurencja, która pozwoliła rozwinąć się Moderowi. To jest niestety obracanie kota ogonem. Skoro wszyscy dookoła mówią, że jest coś nie tak, to znaczyć, że rzeczywiście coś jest nie tak. W środowisku kibicowskim jest mnóstwo ludzi, którzy znają się na rzeczy i proszę mi wierzyć, w wielu kwestiach wychodzi na „ich”, że mieli rację.

W innych klubach już dawno zrezygnowano by z Żurawia. Jakby Pan mnie zapytał, czy zmiana trenera coś da, to sądzę, że mogłaby coś dać, ale problem tkwi głębiej. Ktoś podjął decyzję o zatrudnieniu Żurawia, do drużyny z takimi przychodami, z takimi aspiracjami i zapleczem kibicowskim. Lech w Wielkopolsce ma praktycznie monopol kibicowski. Ten „ktoś” to mam na myśli zarząd i politykę klubu. Nie da się żyć tylko z akademii, jeśli jest się klubem sportowym, o tak wspaniałej historii. Co roku musi być cel sportowy, jasno i wyraźnie postawiony, dlatego śmieszą mnie te teksty o pięknej grze i wypadkowej tej gry.

Wracając do tematu, to tak jak Panu mówiłem. To jest specyfika korporacyjnego ładu, która nie pomaga. Wszyscy widzą, że jest olbrzymi pożar, a mam wrażenie, że Lech go spłyca do poziomu malutkiego ogniska. Przyświeca im wiara, że skoro się pali, to za chwilę pożar samoistnie zniknie, albo przyjdą jakieś deszcze monsunowe.

Myślę, że błędem może być też to, że Lech skupia się na szczegółach, a zaniedbuje podstawy.
Spójrzmy na to, co dzieje się w Warcie. Jaka tam jest otoczka, jak trener jest postrzegany przez zawodników, jak trener wypowiada się o swoich piłkarzach. Przed sezonem byli skazani na walkę o utrzymanie, a pokazali, że są w stanie walczyć o środek tabeli, a nie wiadomo nawet czy nie o coś więcej. Byłoby miło, gdyby ktoś z Lecha spojrzał na Wartę i zwrócił uwagę na te aspekty. Tam każdy tryb do siebie pasuje. W Lechu funkcjonuje to zgoła inaczej. I nie jest to nowość.

Kogo widziałby Pan w roli trenera po ewentualnym zwolnieniu?
Mówi się o trenerze Skorży. Podobno był blisko Śląska. Ponoć w rozmowach wypadł bardzo dobrze, ale zrezygnował z ubiegania się o tę posadę. Ciekawe, czy oznacza to, że czeka na lepszą ofertę. Kiedyś w jednym z wywiadów powiedział, że nie jest strażakiem i nie będzie przejmował zespołu w trakcie sezonu. Możliwe, że poczeka do momentu, w którym wszystkie karty będą na stole. Pytanie zasadnicze, dlaczego jednak teraz nie przyjdzie, ale nie jako strażak.

Z jednego powodu uważam, że zmiana trenera Żurawia na trenera o warsztacie trenera Skorży mogłaby wyjść na plus. Według mnie dalsza degrengolada Lecha będzie zrażać niestety zawodników. Dziś sobie nie wyobrażam, że latem mógłby odejść Ishak, ale ma dobre liczby i znajduje się pod obserwacją innych klubów. Wielu z tych piłkarzy ma ambicje, które trzeba zaspokoić. Pedro Tiba chce zakończyć karierę w Poznaniu, ale trzeba wiedzieć jak zadbać o takiego piłkarza. Nie wiem, czy pozostawienie Żurawia nie przyniesie większych strat. Pozostało tylko osiem kolejek, ale brak reakcji może wywołać nieciekawe sytuacje kadrowe.

Czy ten sezon można jeszcze odratować?
Miejsce czwarte bez pucharów czy też ósme będzie przyjmowane za podobny kaliber porażki. Nie jestem zwolennikiem tego, by Żuraw rozpoczął kolejny sezon, nawet jeśli Lech jakimś cudem wywalczyłby możliwość startów w eliminacjach. Myślę, że nic dobrego by to nie przyniosło. A teraz trzymanie trenera na siłę do końca sezonu, tak jak wspomniałem może negatywnie odbić się też na zespole.

Abstrahując od tego, jak Pan by się czuł, gdyby Pan wiedział, że za dwa miesiące Pana nie będzie, choć nikt w oczy tego Panu nie powiedział. To, co dzieje się w klubie jest konsekwencją niestety wielu decyzji z ostatnich lat. Trener to jeden z trybów. Za wyniki odpowiada również zarząd oraz dział skautingu, a w Lechu łatwiej przychodzi zarabianie na zawodnikach niż sukcesy sportowe. Lech zarabia więcej na sprzedaży piłkarzy niż dzięki sukcesom sportowym. Obawiam się, że w Lechu obowiązuje niepisana zasada mówiąca, że wynik sportowy jest tylko celem drugorzędnym. Może w końcu ktoś tam na górze zrozumie, że przez zrealizowany i ambitny cel sportowy można zarobić o wiele więcej niż do tej pory, a przede wszystkim odzyskać zszargane doszczętnie już zaufanie kibiców.

Rozmowę przeprowadził Paweł Ożóg

Ekipa na Węgry. Filozofia Sousy. Felieton Michała Bakanowicza.

Czy wytypowanie naszej jedenastki na mecz z Węgrami to nic innego jak wróżenie z fusów? I tak, i nie.

Oczywiście, przed pierwszym spotkaniem Sousy w roli selekcjonera Reprezentacji Polski trudno jest cokolwiek założyć w ciemno. Tym bardziej, że powołania Portugalczyka były w pewnych miejscach nieoczekiwane, a konferencje prasowe z jego udziałem póki co nie dają zbyt wielu odpowiedzi. Można więc wszystko zamknąć w stwierdzeniu – pożyjemy, zobaczymy.

No ale przecież z drugiej strony Sousa to nie jest jakiś anonim, którego przeszłość jest nam totalnie nieznana. Bardziej wnikliwi kibice i eksperci dawno już prześledzili profil tego trenera i można mieć wrażenie, że mniej więcej wiemy, czego możemy się spodziewać.

Na przykład, jego dotychczasowa kariera klubowa wskazuje, że jego ulubiony system to gra trójką z tyłu. Wybierał to rozwiązanie w Fiorentinie i kontynuował je w Bordeaux. Owszem, z rożnym skutkiem, ale zawsze konsekwentnie. Zwracał przy tym na ogół uwagę na zróżnicowanie wahadeł – do którego jeszcze przejdziemy – a także na odpowiednią charakterystykę poszczególnych piłkarzy.

To o czym również należy wspomnieć to elastyczność w ustawieniu formacji, preferowanych przez Sousę. Jeśli wciąż sugerować się tym, co Portugalczyk proponował na włoskiej, czy francuskiej ziemi, to zakładam, że 1-3-4-2-1 to będzie nasz pomysł w fazie ataku, a 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1, ma umożliwić nam chronienie naszej bramki.

Faza obrony
Faza ataku

I jestem przekonany, my takim systemem grać będziemy! Pytanie tylko czy prędzej, czy później.

Zaryzykuję stwierdzenie, że wyjdziemy w takim układzie już w Budapeszcie. I jasne, byłoby to dość odważne posunięcie ze strony selekcjonera. Ale czy od razu szalone? 

Umówmy się. Nasi reprezentanci z niejednego pieca chleb jedli. Zarówno ich przeszłość, jak i teraźniejszość to duże europejskie kluby i trenerzy, którzy wiedzą czym jest taktyka. Dobry piłkarz to taki, który jest elastyczny i otwarty na nowe trendy, a przecież tylko tacy powinni przyjeżdżać na Kadrę. To może wypalić.

Tak więc omówienie filozofii Sousy mamy za sobą. Oczywiście w totalnym uproszczeniu. Pora rozwinąć temat na przykładzie poszczególnych nazwisk.

Bramka: Szczęsny

Ta kwestia jest bezdyskusyjna. Portugalczyk wskazał swojego bramkarza numer jeden i tego będzie się trzymał.

Środek obrony: Bednarek, Glik, Bereszyński

Dwie pierwsze pozycje są niepodważalne. Raczej nikt nie wyobraża sobie by obrońca  Southampton lub Benevento mógł wypaść ze składu. Wątpliwości budzi jedynie opcja numer trzy.

Ale skąd pomysł z Bereszyńskim? Po pierwsze Helik, Piątkowski i Dawidowicz to kadrowe świeżaki. Po drugie – jak wyżej wspomniałem – system 1-3-4-2-1, zakłada, że w fazie obronnej przechodzimy w 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1. Oznacza to, że dobrze by jeden ze środkowych defensorów był również takim, któremu nie jest obca gra przy linii bocznej. Bereszyński spełnia te warunki, a dodatkowo nie bez znaczenia jest fakt, że bywał również wykorzystywany w ten sposób w Sampdorii.

Wahadła: Reca/Rybus i Szymański/Jóźwiak

System Sousy jest asymetryczny. Oznacza to w dużym uproszczeniu tyle, że na jednym z wahadeł możemy spodziewać się nominalnego bocznego obrońcy, a na drugim zawodnika znanego raczej z gry na skrzydle. Skoro więc prawa strona zabezpieczona jest Bereszyńskim, to tutaj spodziewałbym się więcej odwagi. Tym bardziej, że piłkarz Sampdorii to jedyny prawy obrońca powołany przez Sousę. Zrezygnowanie z Kędziory może świadczyć o tym, że Portugalczyk woli mieć na tej stronie piłkarzy ofensywnych, lub opcjonalnie skorzystać tam z Bereszyńskiego właśnie. 

Z lewej musi być nieco bardziej stabilnie, stąd ktoś z dwójki Reca/Rybus. Oczywiście, obaj zaczynali od gry na skrzydle, ale dziś kojarzymy ich mimo wszystko jako bocznych obrońców.

Płachetę i Grosickiego pomijam, gdyż po pierwsze nie grają w klubie, po drugie piłkarz WBA totalnie nie pasuje mi do systemu Portugalczyka, i na ten moment trudno przewidzieć mi jego rolę w zespole. 

Defensywni pomocnicy: Krychowiak i Moder

Czy wyobrażam sobie pierwszą jedenastkę bez Krychowiaka? Oczywiście.

Ale pod warunkiem, że zdrowi będą Bielik i Góralski, a Moder będzie łapał minuty w Brighton. Póki co, miejsce ma tylko to drugie, wobec czego piłkarz Lokomotivu może liczyć na kolejną szansę. Tym bardziej, że w Rosji prezentuje się dobrze. Tak samo jak Moder w poprzednim meczu „Mew”, w którym to zagrał na lewym wahadle. U nas jednak najprawdopodobniej grać będzie w środku.

Ofensywni pomocnicy/cofnięci napastnicy: Zieliński i Milik 

Co do tego pierwszego, gra sezon życia i jest jednym z najważniejszych piłkarzy Napoli. Trudno więc wyobrazić sobie jedenastkę bez niego.

Jeśli zaś mowa drugim, to nie ukrywam, że jeszcze rano w jego miejscu był Klich. Covid zrobił jednak swoje i trzeba kombinować. Dotychczasowe założenia Sousy pozwalają na podwieszenie pod  „dziewiątkę” dwóch ofensywnych pomocników, lub duetu składającego się jednego piłkarza o takiej charakterystyce i cofniętego napastnika. Tak więc perypetie piłkarza Leeds mogą okazać się szansą zarówno dla naszych „dziesiątek”, jak i piłkarzy kojarzonych z grą w ataku. Tutaj wybór pada na Milika, choć nie wykluczam też wariantu, w którym Szymański zostaje przesunięty wyżej, a prawy korytarz otwiera się dla kogoś z duetu Płacheta/Jóźwiak.

Ale wracając jeszcze do Zielińskiego. Jego ustawienie bliżej lewej strony, powinno zapewnić nam płynność w przejściu do fazy obronnej. Wówczas Zielu staje się lewy pomocnikiem, a Reca bądź Rybus cofają się do bloku obronnego. 

Napastnik: Lewandowski

Tu komentarz jest zbędny. 

Tak więc karkołomne zadanie za mną. Sam jestem ciekaw ile typów się sprawdzi i przede wszystkim czy Sousa, zdecyduje się na „swój” system już teraz. Oczywiście, mamy tu kilka niepodważalnych pozycji, o które mogę być spokojny, ale nie zdziwi mnie też jakaś spora niespodzianka. Może na głęboką wodę rzucony zostanie Kozłowski? A może Kowalczyk, którego charakterystykę komplementował Sousa? Nie bez szans na występ wydaje się też Płacheta, czy któryś z pominiętych przeze mnie środkowych obrońców.

W każdym razie to tylko rodzaj zabawy, a same nazwiska wymieniłem po to, by pewne rzeczy były bardziej przejrzyste. Personalia są jednak mniej ważne. Sęk w tym by zespół wyglądał dobrze jako całość. Czy uda się Sousie osiągnąć to już w pierwszym meczu? Czekamy z niecierpliwością!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z Rusłanem Neshcheretem.

Rusłan Neshcheret był najpopularniejszym piłkarzem w wieczór 4. listopada 2020 roku. Cały świat mówił wówczas o genialnym występie 18- letniego Ukraińca na Camp Nou. Niestety poza jednym przebłyskiem z europejskim potentatem, zaliczył również wpadki w dwóch następujących po sobie meczach (w tym szlagierze z Szachtarem). Co słychać u utalentowanego bramkarza Dynama? Jak widzi swoją przyszłość?

Stałeś się bardzo popularny po meczu z Barcą. W Polsce i na całym świecie było o tobie bardzo głośno. Co czułeś podczas debiutu w Lidze Mistrzów?
Czułem się dobrze. Nie przeraziła mnie atmosfera wielkiego stadionu i renoma utytułowanego przeciwnika. Nie stresowałem się. Podszedłem do tego spotkania z chłodną głową. Drużyna rozegrała bardzo dobry mecz i pomimo naporu rywala dawaliśmy sobie rade, a ja miałem wiele okazji, by móc się wykazać.

Wielu zawodników może pozazdrościć ci pewności siebie. Zdradzisz nam sekret?
W sumie sam nie wiem. Chyba po prostu już taki jestem. Trener przed meczem wypowiedział słowa, które wspominam z uśmiechem. Rzucił pytaniem „ile razy zdarzy ci się zagrać na Camp Nou w takim meczu?”. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść i zagrać dobrze (śmiech).

Kiedy dowiedziałeś się, że zagrasz w pierwszym składzie?
W meczu poprzedzającym spotkanie w LM, zostałem pierwszym bramkarzem. Konkurenci byli chorzy (Covid), a że przed meczem z Barcą nie wyzdrowieli, to było dla mnie jasne, że na Camp Nou wystąpię między słupkami od pierwszych minut.

Co możesz powiedzieć o swojej przyszłości? Jesteś już bramkarzem pierwszego zespołu. Co dalej?
Z pierwszą drużyną trenuję z przerwami już od ponad roku. Oczywiście robię wszystko, by zostać numerem jeden, ale nie jest to takie proste. Mam nadzieję, że wszystko się pójdzie po mojej myśli. Teraz leczę kontuzję, ale już trenuję indywidualnie i liczę na szybki powrót.

Rozmowę przeprowadził

BUCKAROOBANZAI

Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.

Dziś rozmowa z wyjątkowym gościem. Zrezygnował ze studiów w Jokohamie, by zostać zawodowym piłkarzem. Próbował swoich sił w ponad 10 krajach, a od ponad roku przebywa w Polsce. Ostatnio podpisał kontrakt z Bronią Radom. Co myśli o Polsce? Który japoński piłkarz jest jego zdaniem najlepszy? Najlepsza rzecz, która przydarzyła mu się w Polsce?

Czytaj dalej „Rozmowa z piłkarskim obieżyświatem. Yudai Miyamoto.” →

Błysk serbskiego talentu – Dusan Vlahović podbija calcio

Kiedy trafiał do Florencji, Vincenzo Montella przybił mu łatkę perspektywicznego chłopaka, który w przyszłości pozwoli Fiorentinie zarobić ogromne pieniądze na transferze. Minęło 1.5 roku, a Dusan Vlahović jest zawodnikiem, który ciągnie za uszy Violę. Ma na koncie już 12 bramek, a w ostatnim spotkaniu przeciwko Benevento popisał się hat-trickiem w pierwszej połowie. Jeśli licząc tylko piłkarzy z 2000 roku i młodszych, tylko Erling Haaland ma więcej goli na koncie od Serba. Cofnijmy się kilka lat wstecz i przenieśmy się do stolicy Serbii.

BELGRAD OSZLIFOWAŁ DIAMENT, KTÓRY BIŁ REKORDY

Dusan w juniorskich kategoriach reprezentował trzy kluby ze stolicy Serbii (Partizan, Crvena i OFK). W wieku 14 lat został przechwycony przez Partizan Belgrad z rąk odwiecznego rywala – Crveny Zvezdy. Już w tak młodym wieku był zbyt dobry, żeby grać w rozgrywkach juniorskich, a zbyt młody, żeby grać w seniorskiej drużynie. Rok później mając 15 lat, podpisał zawodowy kontrakt z Partizanem, ale na debiut w rozgrywkach ligowych musiał poczekać jeszcze rok. Od razu ówczesny trener Ivan Tomić zagwarantował, że dla Vlahovica zarezerwowany jest numer 9 na koszulce. W dorosłej drużynie „Grabarach” zadebiutował 21 lutego 2016 roku w spotkaniu ligowym z OFK Belgrad, gdzie stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Został najmłodszym debiutantem w historii Partizana.

Niecały tydzień później pobił kolejny rekord, został najmłodszym piłkarzem, który wziął udział w „wiecznych derbach” z „czerwoną gwiazdą” (wcześniej najmłodszym piłkarzem, który zagrał w tym spotkaniu był Luka Jović). Kibice Crveny Zvezdy wygwizdali 16-letniego chłopaka, ponieważ jako junior opuścił ich klub na rzecz wrogiej drużyny ze stolicy Serbii. 2 kwietnia 2016 roku Vlahović został także najmłodszym strzelcem w historii klubu, trafiając do siatki przeciwko Spartakowi Subotica. Z wysokości trybun był obserwowany przez skautów Arsenalu czy Juventusu, którzy musieli zobaczyć na własne oczy, jak gra nastolatek z Belgradu. W całej historii piłkarza mamy także polski wątek. Dusan w następnym sezonie zadebiutował w europejskich rozgrywkach. Partizan  z 16-letnim Vlahovicem mierzył się z Zagłębiem Lubin w ramach eliminacji do Ligi Europy. Polska drużyna wyszła z tego starcia zwycięsko po rzutach karnych. Latem 2017 roku podpisał kontrakt z Fiorentiną, ale do końca sezonu biegał jeszcze w koszulce Partizana. Łącznie rozegrał 66 spotkań, strzelając 18 bramek. Wynik nie powala na kolana, ale trzeba zwrócić uwagę, że był chłopakiem, który dopiero wchodził w wiek dorosłości. Od lipca 2018 roku czekała Florencja z ambitnymi planami z Rocco Commisso na czele…

SERIE A – SPEŁNIENIE MARZEŃ.

Dusan od dziecka był oczarowany Italią. Już jako młody chłopak pragnął grać we Włoszech. Na konferencji prasowej został przedstawiony jako wielki talent, który w przyszłości ma stać się piłkarzem klasy światowej. Debiut w Serie A przypadł na spotkanie z Interem. Serb zagrał tylko 7 minut, ale wprowadził wiele kolorytu i młodzieńczej fantazji w końcówce spotkania przegranego 2:1. Fiorentina prezentowała się w tamtym okresie, łagodnie mówiąc beznadziejnie. Stefano Pioli został zwolniony w kwietniu, a Serb pod jego wodzą rozegrał w lidze tylko 107 minut. Dusan wyróżniał się trudnym charakterem, a ówczesny trener Violi wielokrotnie wspominał, że nie jest jeszcze gotowy na wielkie granie. Fiorentina zatrudniła Vincenzo Montelle, u którego Vlahović otrzymywał więcej minut, ale nadal podstawowym napastnikiem był Giovanni Simeone. Viola cudem uniknęła spadku w sezonie 2018/19, a pierwszy rok w Italii Serb zakończył z dorobkiem 0 goli i 0 asyst. Wyróżniał się za to w młodzieżowych rozgrywkach Primavery. W 13 spotkaniach zanotował 11 trafień. Przyszły sezon miał być przełomowy w karierze Dusana Vlahovica.

PIERWSZE TRAFIENIE, PIERWSZA ASYSTA, PIERWSZY SKŁAD

W przerwie między sezonami młody Serb pracował nad sylwetką. Nabrał odpowiedniej masy, którą przerodził na siłę. Stał się napastnikiem, którego przepchnąć jest nie lada sztuka. Pierwsze spotkanie w sezonie 2019/20 Fiorentina rozegrała z Monzą w Coppa Italia. Do 80 minuty meczu sensacyjnie prowadzili goście, ale wtedy rozpoczął się „Dusan show”. Na boisku Vlahović pojawił się 6 minut wcześniej. Strzelił dwie bramki, a przy trafieniu Federico Chiesy na 3:1 zanotował asystę. Ówczesny trener Vincenzo Montella preferował dość nienaturalne ustawienie z trójką obrońców i brakiem naturalnej „9” w ofensywie. W ataku czarował wcześniej wspomniany Fede Chiesa i Franck Ribery. Dusan do momentu kontuzji Francuza był piłkarzem wchodzącym z ławki. Wszystko się zmieniło po spotkaniu z Cagliari. Vlahović po raz pierwszy w sezonie wyszedł w podstawowym składzie i popisał się dwiema bramkami. Viola przegrała z ekipą Sardynii 5:2, a jedynym wygranym we fioletowej koszulce był właśnie Serb, który znalazł się w jedenastce kolejki. Na następne trafienie musiał poczekać ponad miesiąc, kiedy w 90 minucie spotkania dał remis drużynie w hitowym starciu z Interem. Vlahović nadal miał spore braki techniczne. Przez wielu był nazywany „drewniakiem”. Jednak z tygodnia na tydzień widać było postęp u Serba. Na włoskich boiskach czuł się jak ryba w wodzie. Brakowało mu tylko liczb. Po zmianie trenera zaczął częściej wychodzić w pierwszym składzie. Na wstępie zdobył zaufanie Beppe Iachiniego, który widział nie tylko w swoim składzie Serba, ale także w Juventusie, jako następcę Higuaina. Na początku marca klub ogłosił, że Dusan Vlahović jest zakażony koronawirusem i bardzo źle przechodzi chorobę. Gorączka trzymała niemal dwa tygodnie Serba, dobijając nawet do 40 stopni. Covid miał wpływ na dalszą część sezonu Dusana. Miał ogromny problem z dojściem do siebie i formy. Po powrocie ligi nie strzelił już żadnej bramki, mimo że na boisku spędził ponad 300 minut. Sam piłkarz uważa, że był to do tej pory najważniejszy sezon w jego dotychczasowej karierze, który sprowadził go na ziemie. Strzelił 6 bramek w 30 spotkaniach.

AKTUALNY SEZON I MASZYNA CESARE PRANDELLEGO

Jeszcze przed startem rozgrywek Serie A otrzymał swoją ulubioną 9 na koszulce. To wyróżnienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i zdobywaniem bramek. Giuseppe Iachini zapewnił, że przyszedł moment na Vlahovica. Schody zaczęły się kiedy trener nie był zadowolony z pracy na treningach Serba. Od pierwszego spotkania próbował różnych ustawień z Patrickiem Cutrone i Cristianem Kouame w duecie z Franckiem Riberym, ale Francuz najlepiej czuł się gdy miał obok siebie Dusana. Do momentu zwolnienia trenera „czapeczki” Serb strzelił tylko jedną bramkę w lidze i prezentował się karygodnie. Wszystko odmienił Cesare Prandelli, który wrócił do Florencji i postawił sobie za zadanie zbudować bramkostrzelnego Vlahovica, tak jak zrobił to z Adrianem Mutu, Alberto Gilardino, czy Lucą Tonim. Efekt „nowej miotły” mogliśmy zobaczyć dopiero w spotkaniu z Sassuolo, kiedy trafił do bramki neroverdich po 2.5 miesiącach posuchy. Do tej pory regularnie znajdował miejsce w „jedenastce badziewiaków”.

Największy wpływ na formę i pewność siebie Serba miała bramka w derbowym spotkaniu z Juventusem, które sensacyjnie na wyjeździe wygrała Viola aż 3:0. Do tej pory Vlahović prezentuje się zankomicie, a ostatni mecz z Benevento jest tego przykładem. Ustrzelił „czarownicom” hat-tricka w 45 minut. Już nie jest piłkarzem, który ma klapki na oczach i widzi bramkę. Stał się pracusiem, który haruje w defensywie, pomaga przy rozgrywaniu akcji i walczy o każdą piłkę w ofensywie. Rozwinął się w ekspresowym tempie na boiskach Serie A, a na jego kolejne występy kibice czekają z wypiekami na twarzy. W tej chwili ciągnie Fiorentine za uszy i gdyby nie jego postawa, oglądalibyśmy Florencję w dole tabeli.

Dusan Vlahović 2019/20 vs 2020/21

*Stan na 14.03.2021

Kontrakt Serba wygasa latem 2023 roku. Viola już na ten moment może zbić fortunę, ponieważ Dusanem interesują się wielkie włoskie kluby. Ma doskonałe predyspozycje, żeby osiągnąć poziom klasy światowej. Pozostaje ciężka praca, aby szlifować swój talent. Wielka piłka stoi otworem. Piłkarskim idolem Vlahovica jest Zlatan Ibrahimović, ale 20-letni Serb wierzy, że jest w stanie osiągnąć więcej od Szweda.

KACPER KARPOWICZ

Już nadeszła pora, by pożegnać Parmę z Serie A?

Drużyna Gialloblu miała w tym sezonie zrobić krok do przodu, więc mimo niezłych wyników w zeszłym sezonie, zarząd postanowił przeprowadzić zmianę szkoleniowca. Decyzja ta, jak się później okazało, była fatalna, bo z solidnej drużyny środka tabeli Parmeńczycy zmienili się w jednego z głównych faworytów do spadku.

ZAMIESZANIE Z TRENEREM

Roberto D’Aversa pracował w Parmie od sierpnia 2016 roku. W zaledwie dwa lata zdołał awansować z Serie C do Serie A, dzięki czemu zyskał sobie wysoki status w oczach kibiców oraz zarządu. Pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej choć był z problemami, bo Gialloblu mieli czwartą najgorszą defensywę w lidze (gorzej tylko Chievo, Frosinone i Empoli, którzy spadli), jednak udało się go zakończyć utrzymaniem, co można było uznać za sukces. Rozgrywki 2019/20 pod względem miejsca w tabeli były bardzo dobre dla Parmeńczyków, ponieważ zajęli 11 pozycję z 14 punktami przewagi nad strefą spadkową. Właściciele mieli jednak pewne wątpliwości co do kontynuowania współpracy z D’Aversą, gdyż ich zdaniem drużyna mimo niezłych wyników, nie prezentowała się tak, jakby chcieli. Nie grała widowiskowo, a bardziej dość opornie, co nie zadowalało grona tifosich Parmy. Zarząd wierzył, że ich drużynę stać na osiąganie jeszcze lepszych rezultatów, z atrakcyjniejszym dla oka stylem gry, ale uznali, że z aktualnym szkoleniowcem, który mimo wszystko osiągał dobre wyniki, nie jest to możliwe.

Po zakończeniu naprawdę udanego sezonu postanowiono rozstać się z Roberto, i sięgnąć po Fabio Liveraniego, który chociaż spadł w zeszłym roku z Lecce, to ich zdaniem miał odpowiedni warsztat, aby wnieść Parmę na wyższy poziom. Dano mu spore możliwości na rynku transferowym, ponieważ do klubu definitywnie przyszło łącznie 11 zawodników za około 80 milionów euro, a na odejściach zyskali zaledwie 4,5mln. Popełnili ogromne ryzyko dojąc wolną rękę nowemu – niezbyt doświadczonemu – szkoleniowcowi, co jak się później okazało, było ogromnym błędem. Parma pod wodzą Fabio zdobyła zaledwie 12 oczek po 16 kolejkach, a styl gry, który miał uatrakcyjnić, prawdopodobnie stał na jeszcze gorszym poziomie. 7 stycznia 2021 roku postanowiono odsunąć Liveraniego od sterów pierwszej drużyny.

Kto przyszedł na jego miejsce? Rzecz jasna Roberto D’Aversa, któremu jeszcze pół roku temu w dziwnych okolicznościach podziękowano za współpracę. W obliczu fatalnej sytuacji w tabeli wierzono, że trener, który spędził w klubie sporo czasu, będzie w stanie wyciągnąć Parme ze strefy spadkowej. Póki co powrót starego szkoleniowca nie przyniósł żadnych korzystnych efektów, ponieważ punktuję na jeszcze gorszym poziomie, niż jego poprzednik. 13 meczów – 4 remisy i 1 wygrana. Średnio 0,54 punktu na mecz, a w przypadku Liveraniego średnia ta wynosiła 0,75. Z jednej strony można więc uznać, że przywrócenie D’Aversy było błędem, ale prawda jest jednak taka, że największym błędem było zwalnianie go na koniec zeszłego sezonu. Parma dalej grałaby prawdopodobnie ciężki dla oka futbol, ale byłaby przynajmniej w lepszej sytuacji sportowej. A co najśmieszniejsze, niektóre źródła podają, że ze względu na słabe wyniki rozważa się przywrócenie do roli trenera Fabio Liveraniego. Cyrku ciąg dalszy.

BEZSENSOWNIE WYDANY BUDŻET

Zazwyczaj każda drużyna, która po połowie sezonu jest zagrożona spadkiem z ligi, zimowe mercato wykorzystuje w celach wzmocnień „na teraz”, które będą w stanie pomóc w walce o utrzymanie. Torino sprowadziło Sanabrie i Mandragore, czyli nazwiska, które w Serie A w pewnym stopniu są już sprawdzone. Cagliari Nainggolana, Duncana, Asamoah oraz Ruganiego, a Genoa Strootmana, czy chociażby Portanove. Nawet Benevento oraz Crotone dokonało wzmocnień, które w jakimś stopniu można uznać za właściwe w kwestii walki o utrzymanie. Parma również ściągnęła piłkarzy, którzy mają duże doświadczenie w poważnej piłce, ale niezbyt jakościowych. Mattia Bani, Andrea Conti oraz Graziano Pelle, który w zasadzie jako jedyny z całej trójki wygląda na mocne wzmocnienie, chociaż ostatnie 5 lat spędził w lidze Chińskiej. Pierwsza dwójka w ostatnich miesiącach kompletnie nie ma formy, więc ciężko oczekiwać, że w drużynie Gialloblu nagle odpalą.

Minione okienko transferowe w wykonaniu Parmy jest jednak absurdalne ze względu na ilość wydanego budżetu na zawodników, którzy w seniorskiej piłce doświadczenia dużego nie mają. Aż 13 milionów euro przeznaczyli na 22-letniego Rumuna Dennisa Mana, który dotychczas grał jedynie w swojej rodzimej lidze. Przyszedł także Joshua Zirkzee, który aktualnie jest wyłącznie na wypożyczeniu, jednak Włosi mają opcję wykupu w okolicach 15 milionów euro. Nie jest to tak, że są to złe transfery, bo obaj zawodnicy mają bez wątpienia wielki talent, lecz są to ruchy bardzo bezsensowne z uwagi na obecną sytuacje. Pierwsze tygodnie ich pobytu w klubie już pokazały, że w tym sezonie wpływu na grę zespołu większego mieć nie będą, i było to raczej oczywiste w chwili realizacji transferów. Poza tym zakładając, że Parmeńczycy spadną z ligi, to wątpię, że zarazem Rumun jak i Holender będą chcieli grać na zapleczu Serie A. Ściągnięcie Zirkzee oraz Mana byłoby dobrym ruchem, ale nie w momencie, kiedy walczy się o utrzymanie.

ŁATWE TRACENIE PUNKTÓW

Słaba forma i kiepski styl gry to jedno, ale Parma nawet jeśli zagra niezłe spotkanie i przez większość meczu wynik układa się po ich myśli, to na koniec zazwyczaj i tak wyniosą z niego maksymalnie punkt. W 9 pojedynkach obecnego sezonu, w trakcie których w pewnym momencie prowadzili, zdobyli na koniec jedynie 15 na 27 możliwych punktów. W skład tej statystyki wchodzą cztery mecze, które zremisowali mimo dwubramkowej przewagi. Jeśli innym drużynom kilka razy zdarzyło się tracić punkty w dość przypadkowy sposób, tak Parma traci je konsekwentnie wręcz w tym samym stylu i w tych samych okolicznościach.

Mecz z Interem – objęcie prowadzenia w 46 minucie i podwyższenie go w 62, aby na koniec po bramce Perisicia w doliczonym czasie gry zgarnąć zaledwie punkt. Milan – prowadzenie 2:0 w 56 minucie, zakończenie wynikiem 2:2 po trafieniu Theo w 91 minucie. Z Udinese oraz ze Spezią z dwubramkowego prowadzenia w stan remisu przeszli – w porównaniu z poprzednimi spotkaniami – dość szybko, bo w kolejno 80 oraz 72 minucie, i było w nich nawet opcja, że nie zachowają nawet punktu. Sassuolo – prowadzenie 1:0 w doliczonym czasie gry, jednak bramka Djuricica z rzutu karnego w 95 minucie ustala wynik remisowy. Ostatnim przykładem jest mecz rollercoaster z Fiorentiną, w którym najpierw zdołali z rezultatu 1:2 wyjść na prowadzenie 3:2 (strzelając bramkę w 90 minucie), aby na koniec, po samobóju Iacoponiego w 4 minucie doliczonego czasu gry, rzecz jasna zremisować.

Chociaż ostatni mecz z Romą był swego rodzaju przełomem, bo udało im się zdobyć 3 punkty wygrywając 2:0, tak w przypadku Parmy można mówić o sporym braku koncentracji, a nawet i może motywacji w najważniejszych momentach meczu. Jak wspomniał niegdyś Czesław Michniewicz – „2:0 to niebezpieczny wynik” i słowa tę powinni sobie wziąć do serca wszyscy piłkarze Gialloblu wraz z trenerem, ponieważ obecnie łatwe tracenie punktów jest pod względem sportowym największym przekleństwem Parmeńczyków.

MATEUSZ PEREK

Mozaika Hamsika – Szwedzka układanka króla Neapolu

Czy największy transfer w historii ligi szwedzkiej ma sens? Od niemal tygodnia pytanie to jest na ustach większości fanów skandynawskiego futbolu. Marek Hamsik zasilił szeregi IFK Göteborg – klubu, który w zeszłym sezonie Allsvenskan (jakby to powiedział Franciszek Smuda) „walczył o spadek”. Dlaczego akurat Szwecja? A jeżeli już Szwecja, to dlaczego akurat Göteborg? Wokół tego transferu zgromadziło się więcej znaków zapytania niż na szyi Quebo. Mimo wszystko, transfer wydaje się jak najbardziej przemyślany.

5 marca dokładnie o godzinie 11:21 na stronie internetowej http://expressen.se zostaje opublikowany artykuł Daniela Kristoffersona. „Bomba: Hamsik w drodze do Göteborga” – krzyczał nagłówek. W dalszej części tekstu mogliśmy się dowiedzieć, że 33-letni pomocnik rozwiązał kontrakt z Dalian Professional i już wkrótce uda się do Szwecji, aby odbyć testy medyczne. Pontus Farnerud, dyrektor sportowy IFK Göteborg wolał zostawić sprawę bez komentarza. Coś musiało być na rzeczy. Trzy dni później doniesienia się potwierdziły, a Daniel Kristofferson mógł się poczuć jak szwedzki Fabrizio Romano.  Marek Hamsik wylądował na lotnisku w Göteborgu, a jego transfer został ogłoszony punktualnie o godzinie 19:30. Na naszych oczach zaczęła się tworzyć historia szwedzkiej piłki.

HAMSIK ZA 1/4 JĘDRZEJCZYKA

Szwedzkie media podają, że IFK Göteborg zaoferowało Hamsikowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy koron miesięcznie. Jest to około 50 tysięcy złotych brutto. Bardzo mało, jak na tak klasowego zawodnika. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tego typu kwoty są codziennością w naszej rodzimej lidze. Może to frazes, ale tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

Doskonale wiemy, że Szwecja nie była pierwszym wyborem Hamsika. Początkowo 3-miesięczny kontrakt miał mu zaoferować Slovan Bratysława, ale transakcja nie mogła dojść do skutku ze względu na okienko transferowe, które na Słowacji zamykało się znacznie wcześniej niż w Szwecji. Z mniej oczywistych powodów, Hamsik szukał również spokoju oraz boiska z naturalną trawą, co w Szwecji wcale nie jest takie oczywiste. Jego przyszły pracodawca musiał spełniać wszystkie te wymagania. Göteborg je spełniał.

CHCESZ PAN HAMSIKA?

Z przenosinami Słowaka wiąże się także kilka ciekawych anegdot. Tuż po podpisaniu umowy, agent piłkarza wyjawił mediom kilka faktów na temat negocjacji które jego klient prowadził z innymi klubami. A owych klubów było całkiem sporo.

Najprostszą metodą na nawiązanie kontaktu z prezesami szwedzkich klubów była naturalnie rozmowa telefoniczna. Jej schemat niezależnie od klubu był zawsze taki sam. Agent pytał się, czy klub zainteresowany jest Markiem Hamsikiem, w odpowiedzi słuchając ciągłego niedowierzania prezesów coraz to większych marek.

„Czy ty mówisz o tym Marku Hamsiku? Tak, już Ci wierzę… Haha, dobry żart.”

To jedna z najdziwniejszych odpowiedzi jakie usłyszał. Nikt nie chciał uwierzyć, że ktoś o pokroju Marka Hamsika będzie chciał grać w lidze szwedzkiej. No, może prawie nikt…

Zdecydowanie najszybszą reakcją wykazał się wspomniany już wcześniej Pontus Farnerud, pełniący w Göteborgu funkcję dyrektora sportowego. Od razu zapaliły mu się lampki w oczach i był gotowy do przeprowadzenia transferu mimo kłopotów finansowych i fatalnej formy klubu w zeszłym sezonie. Zagrał va banque, czego z pewnością nie żałuje.

Inna historia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Hamsik zadzwonił do samego Svena-Görana Erikssona. Jak mówi legendarny szkoleniowiec, Hamsik błyskawicznie go oczarował. „Zaraz, przecież to z Panem IFK Göteborg wygrało Puchar UEFA, prawda?” – zapytał Słowak podczas rozmowy telefonicznej. „To było bardzo miłe, że o tym wspomniał. Wydarzyło się to przecież w latach 80.” – skomentował Eriksson w późniejszym wywiadzie dla dziennika „Sportbladet”. Wybitny szkoleniowiec wystawił swojemu byłemu klubowi piękną laurkę i przekonał Słowaka do transferu. Kilkadziesiąt lat temu osiągnął z klubem największy sukces, teraz przyłożył rękę do największego transferu.

ŻYŁA ZŁOTA

Często powielany mit mówi, że transfer piłkarza potrafi zwrócić  się z samych koszulek. Jest to oczywiście nieprawda, co nie zmienia faktu, że Hamsik już kilka dni po podpisaniu kontraktu lekko podreperował budżet IFK Göteborg. „W ciągu kilku godzin sprzedaliśmy ponad 1400 gadżetów związanych z Markiem – komentuje Erica Berghagen, menedżer ds. klubowego marketingu. Co więcej, za każdy dzień Hamsika na mistrzostwach Europy klub otrzyma 49 tysięcy koron. Dziennikarze „Sportbladet” szybko obliczyli, że takowych dni będzie co najmniej 25. Oznacza to wpływ do kasy klubowej rzędu ponad 1,2 miliona koron szwedzkich. Na pytanie, czy transfer Słowaka się zwróci dyrektor sportowy klubu odpowiedział wprost: Tak, ale jeszcze nie teraz. Na tym dyskusja o sensie transferu powinna się zakończyć, ale okazało się, że nawet tak przemyślany ruch ma swoich sceptyków.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

„Lubię, kiedy zawodnikowi zależy na klubie. W tym przypadku tak nie jest” – tak transfer Marka Hamsika skomentował Anders Svensson, legenda reprezentacji Szwecji. „Myślę, że Hamsik może zrobić więcej złego niż dobrego. Od razu wchodzi do zespołu i ma czas na przygotowania, ale co to daje klubowi na dłuższą metę? Oczywiście piłkarze mogą się sporo nauczyć trenując z takim zawodnikiem, ale pamiętajmy, że przychodzi on tutaj tylko dla siebie i dla swoich własnych potrzeb. Jego myśli nie są niebiesko-białe.” – dodał.

Dzisiaj rano dowiedzieliśmy się, że Hamsik opuścił trening ze względu na uraz mięśnia łydki. „Nie mam pojęcia, co się stało ani jak Marek się teraz czuje. Poczuł ból i opuścił boisko pod koniec treningu. To wszystko, co wiem na ten moment” – powiedział po treningu trener Roland Nilsson. Nie wiadomo jak poważny jest uraz Słowaka.

Transfer Hamsika do Göteborga jest uczciwą wymianą korzyści między klubem, a zawodnikiem. Słowak otrzyma odpowiednie miejsce do treningu przed Mistrzostwami Europy, możliwość optymalnego wejścia w rytm meczowy oraz spokój. W zamian klub dostaje znakomitego piłkarza i rozgłos, który w dzisiejszych czasach również ma swoją cenę. Nawet jeżeli Słowak opuści zespół we wrześniu, powinien zostawić po sobie dobre wspomnienia i sporą sumę pieniędzy w klubowej kasie.

MACIEJ SZEŁEGA

Historia współczesnych derbów Sevilli.

W życiu są pewne tylko trzy rzeczy śmierć, podatki i emocje związane z piłkarskimi derbami. Już samo słowo derby wzbudza ludzką ciekawość, kojarzy się z zaciętą rywalizacją, a przy okazji oddaje charakter wyjątkowego wydarzenia, z którym mamy do czynienia tylko od czasu do czasu. Dziś wcielam się w rolę przewodnika po współczesnych derbach Sevilli.

Z CYKLU NIETYPOWE PRAKTYKI

Na przełomie XX i XXI w. konflikt pomiędzy fanami obu ekip wciąż narastał, a najzagorzalsze grupy kibicowskie pozwalały sobie na coraz więcej. Swoje trzy grosze dorzucili również czterej piłkarze Sevilli, którzy sprowokowani przez grupę fanatyków Betisu wzięli udział w bójce w jednym z lokalnych barów. Na boiskach również dochodziło do czynów, które nie miały wiele wspólnego ze sportową rywalizacją, ale sytuacja w barze była skandaliczna. W ramach 40. kolejki sezonu 96/97 (ostatni sezon przed zmniejszeniem ligi do 20 zespołów) Betis mierzył się na własnym stadionie ze Sportingiem Gijon, który walczył o ligowy byt. Wygrana gości oznaczała spadek Sevilli. 

Kibice „Verdiblancos” poprzez swoje zachowanie postanowili dać swoim piłkarzom do zrozumienia, że ten mecz należy odpuścić. Za każdym razem, gdy zawodnicy Betisu byli przy piłce, ich kibice wyrażali swoje niezadowolenie poprzez rzęsiste porcje gwizdów. Kiedy piłką operowali gracze z Gijon, stadion wrzał i oklaskiwał „bohaterów”, którzy sprawią, że Sevilla pożegna się z LaLigą. 

Ku uciesze fanów Betisu, Sporting wygrał po bramce Dmitrija Cherysheva (ojca Denisa Cherysheva). Kilka lat później doszło do swego rodzaju rewanżu. W sezonie 99/00 oba kluby ze stolicy Andaluzji szorowały po dnie ligowej tabeli. Po 34. serii spotkań Sevilla była już pewna spadku. Mając w pamięci okoliczności z końcówki sezonu 96/97 postanowiła podłożyć się Realowi Oviedo, dzięki czemu Betis również pożegnał się z LaLigą.

PORADNIK JAK NIE KIBICOWAĆ

Obie ekipy spędziły zaledwie rok w Segunda Division, a wzajemna nienawiść pomiędzy ekipami osiągnęła astronomiczne poziomy. W pierwszej połowie 2002 roku podczas derbów zapłonęła część krzesełek, w październiku na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan doszło do kolejnego skandalu. Jeszcze przed pierwszym gwizdkiem ochroniarz pracujący przy zabezpieczaniu spotkania został pobity przez grupę pseudokibiców Sevilli, którzy mniej więcej przez minutę okładali go ze wszystkich sił. W trakcie spotkania również dochodziło do przykrych incydentów. W pewnym momencie ktoś rzucił racą w kierunku bramkarza Betisu Toniego Pretsa, a nieco później jeden z fanatyków Sevilli postanowił wkroczyć na murawę i uderzyć golkipera Betisu. Zdarzenia, o których mowa sprawiły, że komisja ligi nałożyła na Sevillę karę czterech spotkań bez udziału publiczności.

HISTORIA Z BUTELKĄ W TLE

Brzmi niczym afera alkoholowa pełna wzlotów i jak to często bywa również upadków, natomiast odnosi się jedynie do aktu głupoty pewnego kibica, który podczas spotkania Copa del Rey rozgrywanego na stadionie Betisu postanowił rzucić butelką w stronę ławki rezerwowych Sevilli. Największym pechowcem całego zajścia okazał się szkoleniowiec Sevilli Juande Ramos, który w wyniku trafienia w głowę stracił przytomność, po czym został przewieziony do szpitala. 

Haniebny czyn sprawił, że sędzia postanowił przerwać spotkanie w 57. minucie w obawie o bezpieczeństwo zawodników oraz osób zasiadających na trybunach. Pozostała część rywalizacji decyzją Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej została przeniesiona na neutralny dla obu ekip stadion Getafe. Na Coliseum Alfonso Pérez już bez udziału publiczności wynik nie uległ zmianie. Bramka Fredericka Kanoute zdobyta w przerwanym spotkaniu zdecydowała o awansie drużyny Juande Ramosa. W następnej rundzie Sevilla zdołała wyeliminować Deportivo La Coruña, a w finale pokonała Getafe. Po raz kolejny bohaterem czerwonej części Sevilli okazał się kameruński napastnik Frederick Kanoute. Sezon 2006/07 Sevilla zakończyła na trzeciej pozycji w lidze, a co ważniejsze do gabloty trafił Puchar UEFA oraz wspomniany wcześniej Puchar Króla.

DERBY POD ZNAKIEM WZAJEMNEGO SZACUNKU

Nic tak nie zbliża ludzi, jak różnego rodzaju tragedie. Pewnego sierpniowego wieczoru na Estadio Sanchez Pizjuan Sevilla podejmowała Getafe i nic nie zapowiadało momentu, w którym po raz kolejny świat piłki pogrąży się w smutku. Pod koniec pierwszej połowy na oczach kilkudziesięciu tysięcy kibiców w wyniku zatrzymania akcji serca na murawę upadł Antonio Puerta. Niemal natychmiast zareagowali Andrés Palop oraz Ivica Dragutinovic i dzięki reanimacji Puerta zdołał podnieść się z murawy, po czym udał się do szatni, w której po raz kolejny upadł.

Następnie 21-latek został przewieziony do szpitala. Po trzech dniach świat obiegła smutna informacja o śmierci jednokrotnego reprezentanta Hiszpanii. Śmierć zawodnika Sevilli złagodziła obyczaje pomiędzy zwaśnionymi klubami. Kibice Betisu wielokrotnie pokazywali, jak bardzo wstrząsnęła nimi śmierć piłkarza, który był wychowankiem ich największego rywala. Na Estadio Benito Villamarin zagościły sztandary z napisami „Gdziekolwiek jesteś, jesteśmy z tobą. Połączyłeś Sevillę i nigdy cię nie zapomnimy”. Pierwsze spotkanie derbowe po śmierci Puerty okrzyknięto mianem „Derbi de Puerta”, a na boisku Sevilla nie dała szans Betisowi, wygrywając 3:0, choć nie obyło się bez kontrowersji. Sędzia Undiano Malenco uznał bramkę Luisa Fabiano pomimo tego, że ten uderzył piłkę ręką. Bramkę na 2:0 zdobył również Luis Fabiano, a wynik spotkania ustalił Dani Alves.

DERBY W LIDZE EUROPY

Po sezonie 13/14 Betis po raz kolejny pożegnał się z najwyższą klasą rozgrywkową. Kibice „Verdiblancos” już od 15. kolejki oglądali swoich ulubieńców na dole ligowej tabeli. Wówczas piłkarzem Betisu był Damien Perquis, który częściej leczył urazy, niż wychodził na murawę. Betis o dziwo o wiele lepiej radził sobie w Lidze Europejskiej. Zdołał wyjść z grupy, w której mierzył się z OL, Jabloncem i Vitorią Guimaraes. W 1/16 wyeliminował Rubin Kazan, by w następnej rundzie trafić na Sevillę. 

Pierwsze spotkanie wygrali niespodziewanie goście, u których rolę kapitana pełnił Damien Perquis. Rewanż od samego początku nie układał się po myśli trenera Betisu – Gabriela Calderóna, który od połowy stycznia do końca sezonu prowadził ekipę z zielono-białej części Sevilli. W rewanżu lawinę nieszczęść zapoczątkowała kontuzja Polaka, w wyniku której ze łzami w oczach opuścił murawę. W następnych fragmentach spotkania bramki na wagę dogrywki zdobyli Jose Antonio Reyes oraz Carlos Bacca. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia, więc doszło do serii rzutów karnych, w których lepsza okazała się Sevilla, a jej awans przypieczętował Ivan Rakitić.

NIECH ŻYJE FUTBOL

Na początku sezonu 17/18 stery w Betisie przejął Quique Setien, dla którego był to pierwszy sezon pracy na najwyższym szczeblu rozgrywkowym w Hiszpanii. Efekty pracy Setiena można było dostrzec niemal natychmiast. Betis pod jego wodzą grał futbol przyjemny dla oka zwłaszcza dla kibiców postronnych. Śledzących regularnie spotkania Betisu kompletnie nie dziwiło, że w jednej kolejce potrafił ograć Getafe 4:0, by kilka kolejek później ulec 0:5 ekipie Eibar. Pierwsze derby Setiena okazały się prawdziwym świętem futbolu nie tylko na boisku, ale również na trybunach, ponieważ kibice obu ekip stworzyli fantastyczną atmosferę godną pojedynku derbowego. 

Gospodarzem spotkania była Sevilla, która tydzień wcześniej dokonała istotnej zmiany. Nowym szkoleniowcem Sevilli został Vincenzo Montella, który zastąpił Eduardo Berizzo. Goście postanowili wejść mocno w to spotkanie i nie minęło nawet 30 sekund, gdy Sergio Rico po raz pierwszy musiał wyciągać piłkę z siatki po firmowym strzale lewą nogą Fabiana Ruiza. W tym momencie rozpoczęła się wymiana ciosów. Kolejne bramki zdobywali kolejno Ben Yedder na 1:1, Feddal na 2:1 oraz Kjaer na 2:2. Niespełna 5 minut później sędzia odgwizdał koniec pierwszej połowy. W drugiej części spotkania za sprawą Durmisiego i Sergio Leona Betis wyszedł na dwubramkowe prowadzenia. Bramkę kontaktową w 67. minucie zdobył Clement Lenglet. Oba zespoły wściekle atakowały, co również przełożyło się na liczbę żółtych kartoników pokazanych przez Jesusa Gila Manzano. W 95 minucie wynik na 3:5 ustalił Cristian Tello i tym samym ekipa Setiena rozpoczęła pogoń za miejscem dającym możliwość występów w europejskich pucharach. Ostatecznie sezon zakończyli na 6 miejscu, które dla zespołu z Estadio Benito Villamarin powrót do gry w Lidze Europy. Sevilla na koniec sezonu uplasowała się tuż za Betisem.

PAWEŁ OŻÓG

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑