Najciekawszy sezon Serie A od lat wchodzi w decydującą fazę

Po ośmiu latach hegemonii Juventusu w końcu dostaliśmy kampanię, w której zwycięstwo Bianconerich nie jest najbardziej możliwą opcją. Samo to sprawia, że końcówkę rozgrywek śledzić będziemy z zapartym tchem, a jest jeszcze przecież walka o europejskie puchary oraz utrzymanie. Ciekawe będą również rywalizację w nagrodach indywidualnych. Tak interesującego, pełnego emocji sezonu Serie A nie mieliśmy od dawna.

SCUDETTO

W ostatnich latach przyzwyczailiśmy się, że w roli głównego faworyta do mistrzostwa Włoch obsadza się Juventus. W tym sezonie było jednak inaczej, ponieważ wiele osób już przed startem rozgrywek typowało, że tym razem uda się komuś zdetronizować Starą Damę. Głównie w kontekście drużyn, które mogą tego dokonać mówiło się o Interze, oraz czasami Atalancie, jednak ze znacznym naciskiem na Nerazzurich, i jak widać – typy były poprawne. Mediolańczycy w tym momencie mają 6 punktów przewagi nad drugim miejscem oraz jeden mecz rozegrany mniej, lecz Scudetto wciąż nie jest pewne. Juventus zapowiada, że ich obowiązkiem jest walka do samego końca, a Milan, który mimo że osłabł w ostatnich tygodniach, również ma szansę jeszcze zaskoczyć. Do grona drużyn walczących o mistrzostwo można by jeszcze zaciągnąć Atalantę, która w ostatnim czasie ustabilizowała formę.

2 miesiące, 10 kolejek (w przypadku Interu i Juventusu 11) – tyle zostało do zakończenia obecnego sezonu Serie A, i chociaż Inter jest zarazem niesamowicie rozpędzony, to jest to wciąż okres czasu, w którym może stracić przewagę. Z ważnych, teoretycznie trudnych starć, Nerazzurim pozostały jeszcze mecze z Napoli, Romą oraz Juventusem. Trzy potencjalne starcia, w których jest szansa na zgubienie punktów. Taki stan rzeczy sprawia, że rywalom ciągle pozostaje walczyć. Antonio Conte jest mistrzem serii. Z Chelsea w sezonie 2016/17 miał passe 13 zwycięstw z rzędu i zakończył ją na ważnym spotkaniu z Tottenhamem. Obecnie Inter wygrał wszystkie z 8 ostatnich meczów Serie A i niektórzy posuwają się nawet nad stwierdzeniem, że będąc tak rozpędzoną machiną, mogą taką serię dociągnąć do samego końca. Jest to jak najbardziej realny scenariusz, ponieważ Mediolańczycy dawno nie byli tak mocni, jednak ewentualna porażka może przynieść gorszy okres, a na to czekają ich rywale.

Jest to szukanie trochę na siłę scenariusza, który jeszcze bardziej podkręciłby atmosferę w kontekście walki o mistrzostwo na finiszu rozgrywek, ale fakt faktem, niezależnie kto zakończy kampanie na fotelu lidera, takiej rywalizacji o Scudetto nie mieliśmy dawno. Dla postronnych obserwatorów Calcio zniwelowanie przewagi punktowej Interu byłoby czymś fantastycznym, bo ostatnie kolejki stałyby się do granic możliwości ciekawe. Cudów nie oczekujmy, ale futbol widział już nie takie historie.

EUROPEJSKIE PUCHARY

Walka o prawo udziału w Lidze Mistrzów sezonu 2021/22 zapowiada się absolutnie najciekawiej w końcówce rozgrywek. Faworytów o miejsce w pierwszej czwórce jest 7, jednak w walkę można wpisać 6, ponieważ Inter nawet jeśli straci pozycję lidera, to z czołówki wypaść nie powinien. Podsumowując – Milan, Juventus, Atalanta, Napoli, Roma i Lazio to drużyny, które do samego końca walczyć będą o prawo udziału w elitarnych europejskich rozgrywkach. Co najciekawsze w tej rywalizacji, żaden z wyżej wymienionych zespołów nie ma znacznej przewagi nad resztą. Biancocelesti, którzy w tym momencie są na siódmej pozycji, tracą do drugich Rossonerich 10 punktów, ale mają zaległe spotkanie. Do czwartej Atalanty tracą już tylko 6 oczek i także mają rozegrany jeden mecz mniej od La Dei.

Żeby lepiej zobrazować, jak duży ścisk jest w górze tabeli, wystarczy podać punkty drużyn kolejno od 2 do 7 miejsca. Milan – 59, Juventus – 55 (mecz mniej), Atalanta – 55, Napoli – 53 (mecz mniej), Roma – 50, Lazio – 49 (mecz mniej). Do końca sezonu pozostało jeszcze 8 bezpośrednich spotkań pomiędzy wyżej wymienionymi drużynami, a więc układ czołówki tabeli przetasuje się jeszcze pewnie kilka razy. Wytypowanie pozostałej trójki, która zagra w przyszłym sezonie Ligi Mistrzów (zakładając, że Inter nie popadnie w ogromny kryzys), jest zadaniem bardzo trudnym. Do końca rozgrywek liczyć się będzie każdy punkt, a wpadki takie jak ta Juventusu z Benevento mogą fatalnie poskutkować. Najbliższe spotkania po przerwie na kadrę będą prawdopodobnie ostatnią chwilą, aby ustabilizować swoją formę na finisz sezonu. Zbyt późne ocknięcie się może nie wystarczyć do zajęcia miejsca w czołowej czwórce.

UTRZYMANIE

Walka o utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech zważając na drużyny, które będą w nią zamieszanie, oraz okoliczności, również zapowiada się całkiem ciekawie. Na ten moment kandydatów do spadku można wymienić siedmiu – Crotone, Parma, Cagliari, Torino, Benevento, Spezia i Fiorentina. Genoa, a tym bardziej Udinese czy Bologna są już raczej poza zasięgiem strefy spadkowej i nie powinni się martwić o utrzymanie. Przyjęło się już, że Crotone pożegna się z Serie A i raczej nie ma co liczyć na powtórkę z 2017 roku, kiedy to Davide Nicola bohatersko uchronił ich przed degradacją. Pitagorici jednak wygraną nad Torino i zaciętą walką z Lazio oraz Bologną pokazali, że łatwo zrzucić się nie dadzą. Na cudy nikt raczej nie liczy, ale boju o każdy punkt w ostatnich kolejkach można się z ich strony spodziewać.

Parma chociaż zaczęła ostatnio lepiej punktować, to ciągle sama siebie sabotuję i głupie tracenie punktów na pewno nie pomoże im w utrzymaniu. Z ostatnich 7 spotkań prowadzili przez pewien moment w aż 6, a wyciągnęli z nich zaledwie 6 na 18 możliwych punktów. W taki sposób nie wyjdą ze strefy spadkowej. Cagliari chociaż miało duże ambicję na ten sezon i sprowadziło duże – jak na swoje realia – nazwiska, to wplątało się w walkę o prawo bytu w Serie A. W tym momencie tracą 1 punkt do najbliższej bezpiecznej pozycji, na której znajduje się Torino, jednak Granata ma rozegrany o jeden mecz mniej. Sytuacja Turyńczyków jest minimalnie lepsze od Sardyńczyków, ale również trzeba ich rozpatrywać w kontekście ewentualnego spadku.

Wyżej wymieniona czwórka to główni kandydaci do spadku. Benevento, Spezia i Fiorentina w tym momencie mają 7 punktów przewagi nad strefą spadkową i chociaż ciągle jest szansa, że któraś z tych drużyn zleci z ligi, tak z czwórki Crotone, Parma, Cagliari i Torino powinny odpaść przynajmniej dwie drużyny. Wygrana Czarownic nad Juventusem może być dobrą motywacją dla beniaminka, aby w lidze pozostać, a Spezia swoją ambicją łatwo się nie podda. Na spadek Violi, chociaż ma przed sobą trudny terminarz, jest prawdopodobnie najmniejszy z całego wyżej wymienionego grona kurs, jednak ciągle istniej dość duża matematyczna szansa na znalezienie się poniżej czerwonej kreski. Na ten moment spaść może każda z powyższych drużyn, więc dopóki nie zapewnią sobie utrzymania, można spodziewać się z ich strony zaciętej walki.

CAPOCANNONIERE

Pojedynek o tytuł najlepszego strzelca co sezon jest ciekawym dodatkiem, który zachęca piłkarzy biorących w nim udział do jeszcze większej rywalizacji, a co za tym idzie – większej ilości emocji dla nas, kibiców. W pewnym momencie mogło się wydawać, że Zlatan Ibrahimović niespodziewanie powalczy o ten tytuł, ale kontuzje pokrzyżowały mu plany i w tym momencie, przy rozpędzonym Ronaldo i Lukaku, jest to raczej nieosiągalne. Jednak nie można wykluczać Luisa Muriela, który od jakiegoś czasu strzela jak na zawołanie i powoli dogania drugiego w tej klasyfikacji Romelu Lukaku.

W tym momencie największym faworytem do końcowego triumfu jest oczywiście Cristiano Ronaldo, który ma 4-bramkową przewagę nad napastnikiem z Interu. Portugalczyk od momentu przyjazdu do Włoch jeszcze ani razu nie zdobył tego tytułu, a chyba każdy wie, jak bardzo zależy mu na zdobywaniu trofeów, rekordów oraz indywidualnych nagród. W pierwszym sezonie na półwyspie Apenińskim lepsi pod względem bramkowym lepsi byli od niego kolejno; Quagliarella (26), Zapata (23) i Piątek (22), a w zeszłej kampanii mimo zdobyciu aż 31 trafień, lepszy okazał się Ciro Immobile, który zdobył ich 36. Wiele mówi się o ewentualnym opuszczeniu Juventusu przez Cristiano po sezonie, więc nawet jeśli jest to prawda, to Ronaldo bez tytułu króla strzelców z Włoch nie wyjedzie.

Na 11 kolejek przed końcem (tyle zostało spotkań Bianconerim) zajmuję pozycję lidera z 23 bramkami, ale tuż za sobą ma Romelu Lukaku, który jest w tak fenomenalnej formie, że wciąż ma szansę dogonić piłkarza Juventusu. Z trzeciego miejsca po cichu rozpędza się Luis Muriel, który wraz ze wzrostem formy Atalanty sam przeżywa świetną dyspozycję, jednak najbardziej prawdopodobne jest, że między Lukaku a Ronaldo rozegra się walka o Capocannoniere. Portugalczyk pragnie zdobyć brakujący w jego kolekcji tytuł, a Lukaku prowadząc Inter do Scudetto, chce przypieczętować sezon indywidualną nagrodą.

MATEUSZ PEREK

O Realu Sociedad, który prawie zdobył mistrzostwo.

Na przełomie wieków w Hiszpanii walka o mistrzostwo była niezwykle zacięta. Przez kilka lat zespoły z czołówki wymieniały się mistrzostwem kraju. Nieoczekiwanie do wyścigu o tytuł w sezonie 2002/03 włączył się Real Sociedad. Była to tym większa niespodzianka, że trzy wcześniejsze sezony piłkarze Txuri-urdin kończyli na miejscu trzynastym. Jak doszło do niespodzianki? Jakich zmian dokonano przed startem sezonu? Co wyróżniało ten zespół?

Cofnijmy się do połowy 2002 roku. Valencia po raz piąty w swojej historii zdobyła tytuł mistrzowski, Barcelona po raz drugi z rzędu zakończyła sezon poza podium, Diego Tristan z Deportivo la Coruna odebrał statuetkę dla najlepszego strzelca LaLiga, a Real na Hampden Park pokonał Bayer Leverkusen w finale LM.

PORZĄDKI I ZMIANY

Nic wówczas nie zapowiadało, że pojawi się nowa siła z Kraju Basków. W Realu Sociedad dokonano kilku zmian, choć nie byli szczególnie aktywni na rynku transferowym. Zespół wzmocnili Valery Karpin, Gabriel Schurrer oraz Sergio Boris. Oprócz nich do pierwszego zespołu dołączyli powracający z wypożyczeń oraz piłkarze zespołu rezerw. Tylko niepoprawni optymiści mogli spodziewać się walki o tytuł. Dla Karpina transfer do RSSS oznaczał złamanie zasady mówiące, że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Wcześniej bronił barw Realu Sociedad w latach 1994-1996. Kiedy zdecydował się na powrót, wielu uważało wówczas, że kariera 33-latka dogasa, tym bardziej że w Celcie z sezonu na sezon prezentował się coraz gorzej.

Władze klubu postanowiły dokonać zmiany na stanowisku trenera. Poprzedni sezon w roli trenera dokończył Roberto Olabe i choć dobrze punktował, nie utrzymał swojej posady. Zatrudniono Raynalda Denoueix, który na początku XXI wieku przeżył huśtawkę nastrojów. Najpierw w sezonie 00/01 wywalczył z Nantes mistrzostwo Francji, by w następnym po 19. kolejce zostać zwolnionym ze względu na fatalne wyniki i ostatnią pozycję w ligowej stawce. Po zwolnieniu przyznał otwarcie, że 99% prezesów podjęłoby tę samą decyzję. Francuz od klubu z San Sebastian otrzymał szansę, której nie zmarnował. Przeniósł do San Sebastian wiele francuskich wzorców. Jak się okazało, nie tylko wzorców. Żartował, że nawet korzysta z tego samego ekspresu do kawy, co w Nantes. Być może zabrał go ze sobą, by zachować w sobie cząstkę byłego klubu, w którym łącznie spędził 36 lat?

PODSTAWOWA JEDENASTKA

Nowy trener wyznawał zasadę, że ciężka praca zawsze się wybroni, a futbol polega na doskonałej komunikacji. Zwykle jego zespół wychodził w ustawieniu 4-4-2. I tak mniej więcej prezentowała się pierwsza XI na przestrzeni sezonu 02/03.

Omówienie można zacząć dość nietypowo od napastników, bo tam działo się najwięcej. Duet, który stworzyli Nihat i Kovacevic zachwycił, strzelając łącznie 43 gole. Doskonale się uzupełniali, przez co obrońcy mieli ręce pełne roboty. Kovacevic grał świetnie w powietrzu oraz mógł poszczycić się potężnym uderzeniem. Nihat dla odmiany był szybki i niezwykle skuteczny. Tworzyli wówczas tandem niemal nie do zatrzymania. Co ciekawe dla obu napastników był to jedyny sezon w karierze, w którym przekroczyli barierę dwudziestu bramek w rozgrywkach ligowych. Nihat po latach wspominał, że mnóstwo jego rodaków pokochało klub z Kraju Basków i po dziś dzień sympatyzują z tym zespołem.

W linii pomocy również było ciekawie. Na prawym skrzydle grał Valeri Karpin. W sezonie 01/02 strzelił zaledwie trzy bramki dla Celty, ale po powrocie do Realu Sociedad nawiązał do swoich najlepszych lat i zdobył ich aż osiem w pierwszym sezonie. Na lewym skrzydle występował wychowanek Javi de Pedro, który słynął z doskonałego dośrodkowania. Niewielu było wówczas graczy, którzy w tym elemencie gry mogli się z nim równać. Ponadto był jedynym zawodnikiem Realu Sociedad, który otrzymał powołanie na MŚ w Korei i Japonii. Był podstawowym piłkarzem kadry La Roja na tym turnieju.

W środku pola grał wciąż młody, ale już doświadczony Xabi Alonso, który zapewniał bezpieczeństwo w tyłach, a charakterystycznymi długimi zagraniami rozrzucał grę na skrzydła, gdzie na piłki czekali już Karpin i de Pedro. Obok Xabiego grał Aranburu, który przez całą karierę występował tylko w Realu Sociedad, a od 2005 do 2012 roku pełnił rolę kapitana.

Obrona Realu Sociedad składała się z solidnej czwórki. Na lewej obronie występował Agustin Aranzabal, na prawej Aitor Lopez Rekarte oraz Igor Jauregi i Gabriel Schurrer ustawieni w środku. Bramki strzegł Sander Westerveld, który w przeszłości bronił barw Liverpoolu, ale po poważnym błędzie w meczu z Boltonem Wanderers stracił w oczach Houlliera, który szybko znalazł następców. Kilka miesięcy później został sprzedany za cztery miliony euro do Realu Sociedad. Zmiennicy w RSSS również prezentowali solidny poziom. Oscar De Paul, Igor Gabilondo, Kvarme czy Tayfun Korhut dali trenerowi możliwość rotacji.

JAK ZACHWYCIĆ PIŁKARSKA HISZPANIĘ

Nie licząc porażki z Realem Saragossa w Pucharze Króla, piłkarze Realu Sociedad weszli w sezon z przytupem. Pierwszym ligowym rywalem był Athletic. Real Sociedad w przekonującym stylu pokonał zespół prowadzony przez Juupa Heynkessa 4:2. Od tego spotkania rozpoczęli serię dziewiętnastu spotkań ligowych bez porażki. System zaproponowany przez nowego trenera funkcjonował znakomicie, a hiszpańska prasa rozpływała się nad grą pełną wymienności pozycji. Gdy Xabi Alonso ruszał do przodu, Valery Karpin zabezpieczał jego strefę, a Aranburu starał się przejść bliżej prawej strony, gdy tylko dostrzegł, że Rekarte postanowił zabawić się w skrzydłowego.

„Teraz mogę powiedzieć, że fizycznie jestem mocny, jak nigdy dotąd. Trener reprezentacji powiedział, że nie widział mnie tak biegającego. Prawda jest taka, że czuję się bardzo dobrze i mam dużo pewności siebie”.

kOVACEVIC W PAŹDZIERNIKU 2002

Real Sociedad 4:2 Athletic Club

Espanyol 1:3 Real Sociedad

Real Sociedad 3:3 Betis

Osasuna 2:3 Real Sociedad

Real Sociedad 2:1 Real Valladolid

Deportivo Alaves 2:2 Real Sociedad

Real Sociedad 2:1 Racing Santander

Villarreal 0:1 Real Sociedad

Real Sociedad 1:1 Deportivo la Coruna

Real Madryt 0:0 Real Sociedad

Rayo Vallecano 0:0 Real Sociedad

Po serii trzech remisów Real Sociedad na Anoeta podejmował Barcelonę, która rozgrywała jeden z najgorszych sezonów od lat. Jednak nie przeszkodziło to piłkarzom Louisa van Gaala w objęciu prowadzenia. Real Sociedad napierał od pierwszych minut, ale dogodne sytuacje do zdobycia bramki marnowali kolejno Nihat, Karpin oraz Kovacevic, a w bramce Dumy Katalonii świetnie spisywał się Bonano. W 33. minucie bramkę dla Barcy zdobył Patrick Kluivert. Trafienie było dość kuriozalne, ponieważ Holender oddał lekki strzał, który trafił w słupek, a następnie piłka po kontakcie z plecami Westervelda trafiła do siatki.

RSSS wyrównał w 40. minucie. Rzut wolny Xabiego Alonso znalazł adresata, a strzał głową Kovacevicia przeszedł tuż obok rąk Bonano. W 52. minucie piłkę w środku stracił Xavi, ta trafiła do de Pedro, który podaniem prostopadłym obsłużył Kovacevica, a ten strzelił bramkę, która ostatecznie dała piłkarzom z Kraju Basków upragnione zwycięstwo.

Real Sociedad 2:1 Barcelona

Sevilla 0:1 Real Sociedad

Real Sociedad 2:1 Mallorca

Recreativo Huelva 1:3 Real Sociedad

Real Sociedad 2:2 Malaga

Valencia 2:2 Real Sociedad

Real Sociedad 1:0 Celta Vigo

Atletico Madryt 1:2 Real Sociedad

ZNAMIONA KRYZYSU

Przez długi czas zawodnicy Txuri-urdin nie zwracali uwagi na, to, że wiele osób związanych z piłką, przepowiadało im zdobycie tytułu mistrzowskiego. Postępowali zgodnie z założeniami trenera, myśląc tylko o pracy i skupiając się wyłącznie na następnym rywalu. Sezon był dość szalony i swoje chwile chwały przeżywała również Celta, Deportivo, Valencia czy Real Madryt. W pewnym momencie przewaga RSSS nad Realem Madryt wynosiła pięć oczek, osiem nad Valencią, jedenaście nad Deportivo, a nawet dwadzieścia nad Barceloną.

Kryzys był wręcz nieunikniony i nadszedł w środku sezonu. Biorąc pod uwagę wszystkie kolejki z lutego oraz pierwszą marcową piłkarze klubu z San Sebastian zdobyli zaledwie cztery punkty na piętnaście możliwych, co sprawiło, że Real Madryt objął prowadzenie w wyścigu o mistrzostwo, a Deportivo oraz Valencia zbliżyły się w znacznym stopniu do rewelacji sezonu.


Athletic Club 3:0 Real Sociedad

Real Sociedad 0:0 Espanyol Barcelona

Betis 3:2 Real Sociedad

Real Sociedad 2:0 Osasuna

Real Valladolid 3:0 Real Sociedad

Real Sociedad 3:1 Deportivo Alaves

Racing Santander 1:2 Real Sociedad

Real Sociedad 2:2 Villarreal

Deportivo La Coruna 2:1 Real Sociedad



MECZ SEZONU

Real Sociedad przez większość sezonu błyszczał, ale bez wątpienia największym popisem była wygrana 4:2 z późniejszymi mistrzami Realem Madryt. Los Blancos do tego spotkania przystępowali po zwycięstwie z Rayo, natomiast ich rywale w 28. kolejce przegrali z Deportivo La Coruna. Dla obu zespołów ten mecz był niezwykle ważny. Trener Realu Sociedad starał się zdjąć presję ze swoich zawodników, przypominając, że ich rywal ma w swoim składzie najlepszego piłkarza świata.

Real Sociedad wyszedł na murawę bez jakiejkolwiek bojaźni. Od początku dali do zrozumienia przeciwnikom, że tanio skóry nie sprzedadzą. Kovacevic otworzył wynik spotkania już w drugiej minucie a w dziewiętnastej miał już na koncie dublet. Jakby tego było mało, w 30. minucie wynik podwyższył Nihat. Niespełna minutę później Los Blancos zmniejszyli przewagę gospodarzy za sprawą Ronaldo, ale w 33. minucie bramkę na 4:1 strzelił Xabi Alonso, co praktycznie zamknęło to spotkanie na dobre. W 84. minucie na 4:2 strzelił Javier Portillo, ale to trafienie nie miało większego znaczenia. Real Sociedad obnażył wszystkie braki drużyny del Bosque, ale Los Blancos przegrali tylko bitwę. Wojna o tytuł nadal trwała.

Real Sociedad 4:2 Real Madryt

Real Sociedad 5:0 Rayo Vallecano

FC Barcelona 2:1 Real Sociedad

Real Sociedad 1:0 Sevilla

Mallorca 1:3 Real Sociedad

Real Sociedad 1:0 Recreativo Huelva

Malaga 0:2 Real Sociedad

JAK NIE GRAĆ W KOŃCÓWCE SEZONU

Ostatecznie o niepowodzeniu zadecydował brak doświadczenia w walce o tytuł. Piłkarze RSSS musieli szybko przestawić wajchę z pozycji ligowego średniaka w stronę napisu mistrzowie. Niestety ta w pewnym momencie zmieniła nieco położenie. Dla wielu z tych zawodników był to najlepszy sezon w karierze, a kibice Realu Sociedad po dziś dzień wspominają z uśmiechem na ustach niesamowity zespół z sezonu 2002/03. Losy rywalizacji rozstrzygnęły się w trzech ostatnich kolejkach. W 36. serii spotkań na Anoeta podejmowali walczącą o miejsce uprawniające do gry w Lidze Mistrzów Valencię. Podobnie jak w pierwszym spotkaniu padł remis. W międzyczasie Real Madryt zremisował mecz z Celtą Vigo, co oznaczało, że Txuri-urdin nadal przewodzili stawce, ale ich przewaga była nieznaczna.

W 37. serii spotkań Real Madryt wygrał pewnie wyjazdowy mecz z Atletico, a Realowi Sociedad przypadło starcie z Celtą, której bardzo zależało na wygranej i to oni lepiej weszli w to spotkanie. Już w pierwszej minucie groźny strzał oddał El Zar Aleksander Mostovoy. W 10. minucie fatalną w skutkach stratę przy wyprowadzeniu piłki zaliczył Rekarte. Piłkę odebrał Berizzo, oddał ją do Luccina, który długim podaniem uruchomił Mostovoya. Ten uderzył na bramkę w taki sposób, że piłka odbiła się od pleców Edu, a następnie wpadła do bramki. Real Sociedad próbował się odgryzać. Groźne strzały oddał między innymi de Pedro, ale to Celta strzeliła kolejną bramkę. Edu dośrodkował w pole karne, a Mostovoy strzałem głową pokonał Westevelda. Piłkarze Realu Sociedad szukali bramki kontaktowej. Niezawodny de Pedro dośrodkował po ziemi do Nihata, który zdobył bramkę kontaktową. Piłkarze trenera Lotiny doskonale wiedzieli, że ich rywale podejmą ryzyko i Celta będzie miała szansę wykonać zabójczą kontrę. Tak się właśnie stało. Celta zabawiła się pod bramką Westervelda do tego stopnia, że po strzale Velasco, Mido dobił na pustą bramkę. Zostało gościom tylko dwadzieścia minut na odrobienie dwubramkowej straty. Na domiar złego to Celta miała więcej okazji bramkowych. Real zdobył się na kilka podrygów. W ostatnich minutach De Paula zawiązał dwójkową akcję z Nihatem. Brakowało jednak dokładności. Piłka kilkukrotnie odbijała się od obrońców, jednak szczęście uśmiechnęło się po raz kolejny do Nihata, który strzelił na 3:2, ale była to ostatnia bramka w tym spotkaniu.

Real Sociedad 1:1 Valencia

Celta 3:2 Real Sociedad

Real Sociedad 3:0 Atletico Madryt

Korzystny wynik dał Celcie gwarancję występów w kolejnej edycji Ligi Mistrzów, dla RSSS oznaczał utratę pierwszego miejsca w lidze i stratę dwóch punktów do Królewskich tuż przed ostatnią kolejką. By zdobyć tytuł, musieli wygrać swoje spotkanie z Atletico i liczyć na wpadkę Realu Madryt w meczu z Athleticiem. Ostatecznie Real Sociedad wygrał swój mecz 3:0, ale nic im to nie dało, ponieważ Królewscy również wygrali swoje spotkanie. Choć drużyna RSSS nie zdobyła trofeum, to jej członkowie zostali nagrodzeni indywidualnie. Tytuł najlepszego hiszpańskiego gracza trafił do rąk Xabiego Alonso, najlepszym obcokrajowcem został wybrany Nihat, a nagrodę dla najlepszego trenera odebrał Raynald Denouiex.

POST SCRIPTUM

W sezonie 2003/04 zagrali w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Zajęli drugie miejsce w grupie, kończąc za Juventusem, a zostawiając w pokonanym polu Galatasaray i Olympiakos Pireus. W kolejnej fazie natrafili na OL, który wyszedł górą z tego starcia. Francuski zespół w obu spotkaniach zwyciężył 1:0. Na domiar złego RSSS w lidze przeżywał wielki kryzys. Można doszukać się podobieństwa RSSS prowadzonego przez Denoueix do sytuacji w Nantes, Sociedad również po sukcesie zderzył się z rzeczywistością. Sezon 03/04 zakończyli na 15. miejscu. Denoueix kontynuował pracę w Kraju Basków aż do spadku w 2007 roku. Okazało się, że Real Sociedad był ostatnim klubem prowadzonym przez Francuza.

PAWEŁ OŻÓG

Polska-Andora 3:0. Pomeczowe noty.

Wystawanie indywidualnych ocen po takim meczu nie należy do najłatwiejszego zadania. No bo przecież z jednej strony osiągnęliśmy korzystny wynik, nie straciliśmy bramki i generalnie dość łatwo rozprawiliśmy się z rywalem, więc powinniśmy odczuwać satysfakcję. Z drugiej mamy świadomość jakiej klasy był to przeciwnik i wiemy, jak sam mecz wyglądał. A mówiąc najdelikatniej, nie były to wielkie widowisko. W związku z tym – uprzedzając nieco fakty – noty też wygórowane nie będą. Żeby zostać ocenionym pozytywnie po spotkaniu z takim rywalem jak Andora, trzeba zrobić coś niecodziennego, zapaść w pamięć jakimś zagraniem, czy zwyczajnie widza zaskoczyć. A udało się to naprawdę niewielu.

Skala not: 1-10 (5 jako nota wyjściowa)

PIERWSZY SKŁAD

Wojciech Szczęsny

Totalnie bezrobotny, więc równie dobrze mógłby zostać bez oceny. W jego przypadku ciężko przypomnieć sobie choćby jedno zagranie. Pasywny rywal nie dał mu szansy na zamazanie niezbyt pozytywnego obrazu, jaki pozostawił po sobie w meczu z Węgrami. 

Ocena: 5/10


Maciej Rybus

W defensywie bez jakichkolwiek problemów, ale też inaczej być nie mogło. W ataku raczej niczego ekstra nam nie dał, a w starciu z takim zespołem jak Andora, powinniśmy tego od niego wymagać. Ostatecznie dobrze wykonany stały fragment gry, pozwolił mu na zaliczenie asysty, która podnosi jego notę o jedno oczko.

Ocena: 5/10 


Kamil Glik i Kamil Piątkowski

Umówmy się, pod naszą bramką nie miało prawa nic się wydarzyć. Wystarczył do tego poprawny występ naszych środkowych defensorów. Ale biorąc pod uwagę nasze problemy w ataku pozycyjnym, prosiło się o jakąkolwiek inwencję płynącą, od któregoś z wyżej wymienionych imienników. Zabrakło jakiegoś złamania schematu w postaci dynamicznego wejścia, czy nieoczywistego, dłuższego podania. Minimalistyczny występ więc oceny też niespecjalnie wygórowane.

Ocena: 5/10


Bartosz Bereszyński

Jeśli jesteś bocznym obrońcą i grasz z Andorą, to oczekuje się od Ciebie nieco więcej, niż tylko zabezpieczenie własnej strony. Zabrakło odwagi i jakości w ofensywie.

Ocena: 4/10


Piotr Zieliński

Zawodnik z Neapolu miał pojedyncze momenty, w których widać było jego zaawansowane umiejętności. No bo Zielu po prostu to ma. Ale było tego za mało. Mało konkretny i co najwyżej poprawny występ.

Ocena: 5/10


Grzegorz Krychowiak

Starał się być aktywny ale to nie był jakiś bardzo jakościowy występ. Co prawda 2-3 razy potrafił rzucić niezłe podanie, ale też nie udało mu się uniknąć typowych dla niego kiksów, jak choćby podwójne „machnięcie się” z końcówki meczu (86’). Występ bez historii.

Ocena: 5/10


Kamil Jóźwiak

Jako jeden z nielicznych potwierdził swoją niezłą dyspozycję. Jego rajdy i dośrodkowania robiły różnicę. Nie bał się dryblingów i nieoczywistych zagrań. I o to chodzi. Ukoronowaniem jego dobrego występu była asysta przy golu Lewandowskiego. 

Ocena: 6/10

Robert Lewandowski

To nie był wielki występ zawodnika Bayernu, ale wystarczająco dobry by dwukrotnie trafić do siatki. Jeśli dołożyć do tego jego próby w kreowaniu akcji, to chyba ostatecznie za ten mecz należy go pochwalić. 

Ocena: 7/10

Krzysztof Piątek

Trudno odmówić mu chęci. Przez cały swój pobyt na boisku próbował znaleźć drogę do siatki. Niestety nie udało się, ale za to miał udział przy golu numer trzy, kiedy to przytomnie zagrał na skrzydło do Grosika. 

Ocena: 5/10

Arkadiusz Milik

W Polsce przyjęło się mówić, że były piłkarz Napoli to ktoś, kto ma smykałkę do gry kombinacyjnej. Ostatnio nie widać tego w ogóle. Mam wrażenie, że Milik na naszych oczach zmienia się w piłkarza jednowymiarowego i sporo stracił na jakości. Skuteczność też szwankuje, czego rezultatem jest kolejny, anonimowy występ.

Ocena: 2/10

REZERWOWI

Kamil Grosicki (od 60’)

Dostał pół godziny na zaprezentowanie swoich umiejętności i mimo, że na kolana nie rzucił, to zakończył mecz z asystą. I za te precyzyjne dośrodkowanie do Świderskiego należy go pochwalić.

Ocena: 6/10

Paweł Dawidowicz (od 60’)

Czasu dostał sporo, a ciężko cokolwiek z jego występu zapamiętać. Wydawał się nieco zagubiony.

Ocena: 4/10

Przemysław Płacheta (od 60’)

Poza szybkością pokazał niewiele. A szkoda bo 30 minut w meczu z Andorą to wystarczający czas, by zrobić coś ekstra. Nic takiego niestety nie miało miejsca.

Ocena: 4/10

Karol Świderski (od 63’)

Trudno wymarzyć sobie lepszy debiut. Przytomne zachowanie w polu karnym, pozwoliło mu na zdobycie bramki. Pojawił się na boisku i dał konkret, a tego oczekujemy od rezerwowego napastnika.

Ocena: 6/10

Kacper Kozłowski (od 73’)

Nie ma sensu nadawać temu występowi wielkiego znaczenia, ale wejście to było obiecujące. Przy trzeciej bramce to właśnie on przyspieszył akcję dobrym podaniem do Piątka. Póki co nie popadamy jednak w euforię.

Ocena: 5/10

MICHAŁ BAKANOWICZ

Francuski ból głowy. Które kluby dostarczają najwięcej piłkarzy reprezentacjom Francji?

Francja od lat uchodzi za prawdziwą kopalnię diamentów światowego futbolu. Transfery z Ligue 1 na poziomie kilkudziesięciu milionów euro nie robią już na nikim wrażenia. Skąd jednak biorą się obecni reprezentanci Trójkolorowych? Czy najsłynniejsze kluby znad Sekwany mają najlepsze akademie? Okazuje się, że nie do końca. Przynajmniej poprzez pryzmat powołań do reprezentacji.

Czytaj dalej „Francuski ból głowy. Które kluby dostarczają najwięcej piłkarzy reprezentacjom Francji?”

Węgry-Polska 3:3. Pomeczowe noty.

Co to było za spotkanie! Owszem, nie udało nam się pokonać Węgrów, a w naszej grze jest mnóstwo do poprawy, ale takich emocji nasza Reprezentacja nie dostarczyła nam dawno. Trudno zakładać by Sousa wyszedł na ten mecz z „Show must go on!” na ustach, ale nie zmienia to faktu, że było ciekawie. 

Tak czy inaczej, zbyt daleko idących wniosków po tym meczu wyciągać nie będziemy. Przynajmniej odnośnie Portugalczyka. Selekcjoner musi mieć czas na to by wdrożyć swą, nieco skomplikowaną wizję, a pierwsze zdobycze punktowe, powinny spoczywać przede wszystkim na barkach piłkarzy. A jak oni wypadli w tym spotkaniu? 

Skala ocen: 1-10 (5 jako ocena wyjściowa)

WYJŚCIOWA XI

Wojciech Szczęsny

Czy możemy go jednoznacznie winić za którąkolwiek z bramek? Moim zdaniem nie. Oczywiście, pewne zastrzeżenia co do pierwszej są zasadne, gdyż nasz bramkarz zachował się w tej sytuacji po prostu… dziwnie. Nie zmienia to jednak faktu, że jedno podanie Węgrów rozszarpało naszą całą drugą linię oraz defensywę. W związku z tym czepianie się bramkarza, za skapitulowanie w sytuacji jeden na jeden, byłoby trochę na wyrost. Przy kolejnych golach był też bez szans. Przynajmniej teoretycznie. Mimo wszystko Szczęsny nie zrobił w tym meczu absolutnie niczego, by jakkolwiek sobie pomóc. Nie zaliczył żadnego zagrania, którego moglibyśmy nazwać superinterwencją, a dodatkowo wprowadzał nerwowość w szeregi obronne. Po co było to wyjście do główki w 30 minucie? A to złe wybicie na 30 metr od naszej bramki, na kwadrans przed końcem? Pusty przelot z końcówki? Bramkarz Juventusu nie wyglądał jak ostoja zespołu, a raczej jak debiutant, którego trzeba było prowadzić za rączkę. 

Ocena: 4/10

Jan Bednarek

Jeśli zabierzesz mu Glika, błądzi niczym dziecko we mgle. Koledzy nie pomogli, ale pierwszy gol obciąża głównie jego konto. Elektryczny, niezdecydowany, nie nadążający za grą i idealnie wpisujący się w marazm, tyczący się niemal całej naszej linii obrony. Jeśli ktokolwiek uważał, że to Bednarek stanie się nowym liderem naszej defensywy, to albo musi na to jeszcze długo poczekać, albo po prostu srogo się zawiedzie. Słaby występ piłkarza Southampton.

Ocena: 4/10

Michał Helik

Sousa wrzucił go na głęboko wodę, a defensor Barnsley po prostu utonął. Jeśli miał dawać to czego nie mogliśmy oczekiwać od Glika, a więc sprawne operowanie piłką i umiejętność grania w wysoko ustawionej linii defensywny, to nie zrobił tego zupełnie. Nie dał rady zaasekurować Bednarka przy pierwszym golu, przy drugim był zbyt spóźniony by zablokować strzał. Do tego żółta kartka, który nie odebrała mu ochoty do ostrej gry, przez co był o krok od tego, by wylecieć z boiska. Nie zdał egzaminu.

Ocena: 3/10

Bartosz Bereszyński

Nie był to dla niego mecz bez wad. Przy trzecim golu to właśnie jego niezdecydowanie rozpoczęło falę nieszczęść. Ale za to przy drugim robił co mógł blokując Węgra. Na niewiele to się zdało, ale to i tak więcej niż wiecznie spóźniony Helik i elektryczny Bednarek. Do tego asysta przy bramce Lewandowskiego. Bardzo niejednoznaczne spotkanie w wykonaniu defensora Sampdorii, ale na pewno nie takie, po którym możemy go otwarcie skrytykować.

Ocena: 5/10

Arkadiusz Reca

Reca to piłkarz nierówny. I potwierdził to w tym meczu. Z jednej strony fajnie szarpnął przy akcji dającej nam pierwszą bramkę, z drugiej totalnie zagubił się kiedy zza jego pleców wyskoczył Orban i strzelił na 3:2. Bardzo chaotyczny występ z masą nieporozumień.

Ocena: 3/10

Jakub Moder

Kolejny piłkarz, co do którego można mieć mieszane uczucia. Na pewno nie odmówisz mu aktywności i tzw. „wszędobylstwa”. Widać, że chciał się w tym meczu pokazać. Mimo wszystko niedokładności było tutaj zbyt dużo, a ponad to Sousa, podczas swojej konferencji, wyraźnie wskazał go jako tego, który nie do końca realizował wcześniejsze założenia. 

Ocena: 5/10

Grzegorz Krychowiak

To może wciąż nie jest „Krycha” jakiego chcemy oglądać, ale to był na pewno pozytywny występ w jego wykonaniu. Zadziorność w defensywie i kilka dobrych piłek posuwających akcje do przodu. Można mieć zastrzeżenia co do kilku zagrań (jak choćby niepotrzebne ryzyko z 5 minuty), ale finalnie oglądało się go dobrze.

Ocena: 6/10

Sebastian Szymański

W porównaniu z Jóźwiakiem – do którego przejdziemy za chwilę – wypadł skrajnie niekorzystnie. Widać było, że źle czuje się na pozycji wahadłowego. Miał problemy zarówno w defensywie jak i w ataku, kiedy to zwalniał nasze kolejne akcje. Jedyny plus to 1-2 niezłe dośrodkowania, ale to za mało.

Ocena: 4/10

Piotr Zieliński

W pierwszej połowie niewidoczny. W drugiej cofnął się nieco głębiej i dał popis. Asysta przy drugim golu, ważny udział przy trzecim. Tyle z rzeczy oczywistych. Nie wolno nam jednak nie zaznaczyć tego co zrobił przy bramce numer jeden. Jego spokój we własnym polu karnym i swobodne rozrzucenie piłki do lewej strony, pozwoliło nam na skonstruowanie akcji, która dała nam kontaktowe trafienie. Wtedy kiedy większość polskich piłkarzy wybija na oślep, lub gra bezpiecznie do bramkarza, Zieliński widzi nieco więcej. I tak poznaje się piłkarza klasowego.

Ocena: 7/10

Arkadiusz Milik

Równie dobrze na boisku mogło go nie być. Nie zrobił absolutnie niczego z czego można by było go zapamiętać. Kojarzę może 2-3 momenty, w których koledzy dostarczyli mu piłkę w pole karne, i w żadnym z nich nie zachował się dobrze. Anonimowy występ.

Ocena: 3/10

Robert Lewandowski

Irytujący przez niemal cały mecz. Aż do 83 minuty kiedy to pokazał klasę strzelając bramkę w trudnej sytuacji. Potem jeszcze efektownie uderzał z woleja. Sporo walczył i nie miał łatwego życia, ale możemy wymagać od niego znacznie więcej. Ważny gol nieco ratuje jego notę i wynosi go piętro ponad przeciętność, z jaką możemy kojarzyć sporą grupę naszych wczorajszych reprezentantów.

Ocena:  6/10

REZERWOWI

Kamil Glik (od 58’)

Pokazał, że to zbyt wcześnie by go skreślać. Niczym wielkim się nie wyróżnił, ale wprowadził względny spokój, który mimo wszystko nie pozwolił nam ustrzec się trzeciej bramki. Solidnie, ale nic ponad to.

Ocena: 5/10

Kamil Jóźwiak (od 59’)

To było prawdziwe wejście z buta. Asysta (choć po drodze był jeszcze Krychowiak), gol i udział przy trzeciej bramce. Odwaga, której brakowało Szymańskiemu. Pewniak w kolejnych meczach. Wycisnął ze swojego występu absolutne maksimum.

Ocena: 8/10

Krzysztof Piątek (od 59’)

Bramka już przy pierwszym kontakcie z piłką. Później może nie aż tak bardzo widoczny, ale na pewno przydatny.

Ocena: 6/10

Maciej Rybus (od 79’)

Równie dobrze mógłby być bez oceny. Niczym się nie wyróżnił, ale też nie popełnił żadnego błędu.

Ocena: 5/10

Kamil Grosicki (od 84’)

Miał dwa momenty, w których mógł zrobić coś ekstra (85 i 92 minuta), w obu podjął złe decyzje i nie pomógł zespołowi.

Ocena: 4/10

MICHAŁ BAKANOWICZ

Życie w biało-czarnych barwach. Wywiad z kibicem Sieny.

Siena od wielu lat boryka się z ogromnymi problemami. Kiedyś byli ekipą, która nadawała koloryt Serie A. Dziś są drużyną, która zajmuje miejsce w środku stawki Serie D grupy E. Żeby wrócić do elity potrzebna będzie długa droga. Wywiad z założycielem polskiego fanklubu Sieny oraz strony internetowej http://Siena.com.pl

Od ilu lat kibicujesz Sienie i jak zaczęła się twoja miłość do bianconerich?

Moje kibicowanie Sienie rozpoczęło się dosyć przypadkowo i jest ono wynikiem tego, że jednym z moich ulubionych piłkarzy był Tore André Flo. Wiadomo w czasach świetności Flonaldo (oczywiście przydomek nawiązuje do Ronaldo Il Fenomeno, który norweg otrzymał, kiedy Norwegia pokonała Brazylię 4: 2 w meczu towarzyskim) Internet nie był jeszcze tak rozpowszechniony, jak dzisiaj. Śledziłem jego wyniki w telegazecie, gdy grał w Chelsea, Rangers oraz Sunderland. Później straciłem trochę jego karierę z oczu, aż pewnego dnia zobaczyłem, że gra w Sienie. Jako że miałem już pewne doświadczenie w prowadzeniu strony – przez wiele lat miałem też stronę o Ronaldo Il Fenomeno – i grafice komputerowej, postanowiłem stworzyć portal właśnie o toskańskim klubie. Więc mogę stwierdzić, iż kibicuję Sienie od roku 2004, a strona powstała w kolejnym roku.

Czy miałeś okazję zasiąść na trybunach Stadio Artemio Franchi?

Niestety nie miałem takowej okazji. Byłem w Sienie tylko raz, zespół wówczas grał na wyjeździe, a bramy stadionu były zamknięte.

Ulubiony twój piłkarz oraz najlepszy, który zakładał koszulkę Sieny?

Ulubiony to oczywiście Tore André Flo, chociaż mam także sentyment do piłkarzy, którzy przez wiele lat występowali w klubie jak Simone Vergassola, Enrico Chiesa, Massimo Maccarone, czy Daniele Portanova. Co do najlepszego piłkarza, to trudno stwierdzić, jeśli wziąć pod uwagę tylko sam okres gry, to moim zdaniem jednak Enrico Chiesa, który pomimo swojego wieku był kluczowym piłkarzem aż do ostatniego sezonu. Z kolei, jeśli patrzeć tylko na zawodników, którzy „przewinęli się” przez klub i późniejszy ich rozwój to Ciro Immobile, który jednak wielkiej kariery pod Torre del Mangia nie zrobił, chociaż było więcej utalentowanych piłkarzy, którzy później trafili do Juventusu, czy Romy.

Sezon 2003/04 był pierwszy w najwyższej klasie rozgrywkowej klubu. Siena zajęła wtedy 14 miejsce, które dawało utrzymanie. Jak wspominasz ten historyczny moment?

Dla każdego małego klubu utrzymanie się w Serie A to szczególne osiągnięcie tym bardziej dla beniaminka, który po raz pierwszy grał w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech.

Na początku XXI wieku regularnie utrzymywaliście się w Serie A. Który sezon był najlepszy w wykonaniu Sieny?

Z całą pewnością sezon 2011/12. Wówczas poza pewnym utrzymaniem się w Serie A – 14 miejsce, klub awansował do półfinału Coppa Italia, gdzie pechowo przegrał dwumecz z Napoli. W pierwszym spotkaniu na stadionie Artemio Franchi, podopieczni trenera Giuseppe Sannino wygrali 2:1, lecz w rewanżu już w Neapolu lepsi okazali się gospodarze, którzy wygrali 2:0. Ale jak już mówiłem, dla klubu z małego miasteczka, jakim jest Siena, każde utrzymanie się w Serie A było traktowane jak Scudetto.

Na początku drugiej dekady XXI wieku wróciliście na dwa sezony do Serie A. Co powiesz o tej ostatniej przygodzie waszej ukochanej drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej Italii?

W ostatnim sezonie gry w Serie A więc w sezonie 2012/13 w klubie zaczęły się pojawiać problemy finansowe, które spowodowały spadek do Serie B, a następnie pierwsze bankructwo. Pomimo braku wypłacania na czas pensji, zobowiązań podatkowych i odjęciu sześciu punktów karnych właśnie z powodu zaległości płacowych, zawodnicy walczyli do samego końca o utrzymanie, lecz niestety się nie udało, do bezpiecznej strefy zabrakło osiem punktów, a dwa jeśli dodać odjęte oczka.

Chyba jako największy sukces klubu można uznać awans do półfinału Coppa Italia w sezonie 2011/12. Mieliście ogromne szanse na finał, ale sprawy skomplikował samobój Emmanuele Pissoliego w pierwszym spotkaniu. Jak wspominasz dwumecz z Napoli?

Można powiedzieć, że Siena sama przegrała ze sobą. Ponieważ poza samobójczym trafieniem Emanuele Pesoliego w końcówce pierwszego meczu, również w rewanżu Bianconeri dali „pomocną” dłoń Napoli i do własnej siatki trafił także kapitan Simone Vergassola. Oczywiście rozczarowanie było ogromne, awans do finału był o krok, a to byłaby kolejna historyczna rzecz dla klubu, a w finale wszystko mogło się wydarzyć. Wygrana z Juventusem dawałaby grę w Lidze Europy, a w przypadku porażki, Siena grałaby o Superpuchar Włoch! Wówczas dalsza historia mogłaby się potoczyć inaczej, ale teraz to czyste dywagacje.

Przed sezonem 2014/15 Sieny nie zgłoszono do ligi. Niedługo później klub ogłosił bankructwo. Czy możesz przybliżyć czytelnikom, o co chodziło z fałszywymi rozliczeniami w klubie? Jakie są przyczyny upadku drużyny?

Pierwsze bankructwo klubu to już pokłosie problemów finansowych z sezonu 2012/13, które ciągnęły się także w kolejnym, gdy klub również nie wypłacał na czas pensji i zobowiązań podatkowych, za co został ukarany odjęciem ośmiu punktów (dwa za każdy miesiąc). Tutaj także można spekulować, co by było, gdyby. Jakby nieodjęte oczka, Bianconeri zakończyliby rozgrywki na miejscu dającym awans do play-off, a w przypadku awansu mogłoby nie być bankructwa. Główne przyczyny upadku to milionowe długi i złe zarządzanie. Prezydent Massimo Mezzaroma ściągał do klubu piłkarzy, na których nie było go stać, zaciągając to kolejne długi wobec Banca Monte dei Paschi di Siena, który był głównym sponsorem klubu. Z tego co się orientuję, to dług wobec wszystkich wierzycieli wynosił ponad 40 mln euro. Przed startem nowego sezonu Siena nie spłaciła zaległości w wynagrodzeniach, zobowiązań podatkowych, nie uregulowała kwoty zadłużenia ani nie wpłaciła niezbędnego poręczenia niezbędnego do zarejestrowania się do kolejnego sezonu, czego efektem było bankructwo.

Z którym klubem kibice Sieny mają najbardziej na pieńku? Które derby są najgorętsze?

Największa wrogość między kibicami jest z Fiorentiną. Mecz z Violą jest nazywany derby guelfi-ghibellini z powodów dwóch historycznych bitew między miastami: Bitwa o  Montaperti z 1260 roku (wygrana przez gibelinów senesi) i pod Colle di Val d’Elsa z 1269 roku (wygrana przez gwelfów fiorentini, którzy byli sojusznikami colligiani), choć warto wspomnieć, że w średniowieczu Siena i Florencja były wewnętrznie podzielone pomiędzy gwelfów i gibelinów. Innymi nielubianymi klubami są Empoli, Arezzo i Livorno, te rywalizacje również mają podłoże historyczne, ale nie tak duże jak ta z Florencją, przecież Republika Sieny została zdobyta właśnie przez Medyceuszy.

Jak oceniasz pracę Alberto Gilardino w twoim ukochanym klubie?

Biorąc pod uwagę, że przed startem tego sezonu, klub ponownie zbankrutował, nowe struktury powstały na kilka tygodni przed rozpoczęciem rozgrywek, a piłkarzy sprowadzono na chybcika dzięki kontaktom dyrektora sportowego Andrei Grammatica, to całkiem dobrze. Gila stworzył podstawę drużyny, która pomimo wielu przeciwności losu takich jak późniejsze rozpoczęcie treningów przed startem sezonu, czy wiele przełożonych meczów z powodu koronawirusa wśród rywali, zajmowała drugie miejsce w grupie. Jednak jego praca została niespodziewanie przerwana na początku stycznia, gdy po kilku słabszych meczach zwrócił się do władz o wzmocnienie kadry, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych możliwości składu, w końcu zdobył mistrzostwo świata, więc zna się na piłce nożnej. Jego prośba nie spodobała się ówczesnemu prezydentowi Romanowi Gevorkyanowi, który postanowił go zwolnić.

Tymczasowym szkoleniowcem została klubowa legenda Stefano Argilli, któremu zapowiedziano, że poprowadzi zespół tylko do lutego, wówczas władze ogłoszą nazwisko nowego, zagranicznego trenera. Postawiono na duet Marians Pahars-Vladimir Gazzaev, który nie tylko miał problem z porozumiewaniem się z zawodnikami w języku włoskim, ale przede wszystkim nie znał realiów włoskiej piłki, a w szczególności reguł panujących w Serie D, czego przykładem był mecz z Sinalunghese, gdy Pahars dokonał takich zmian, że Bianconeri przez kilka minut grali bez wymaganego młodzieżowca. Spotkanie i tak było przegrane, więc wynik utrzymano, ale w każdym innym przypadku skończyłoby się walkowerem. Po tych wszystkich zawirowaniach właściciele klubu postanowili dokonać rewolucji w zarządzie i przyznać się do błędu, jakim było zwolnienie Alberto Gilardino, ponownie go zatrudniając.

Po powrocie Gila otrzymał żądane wzmocnienia składu, ale strata do pierwszego miejsca dającego bezpośredni awans do Serie C jest już zbyt duża. Oznacza to, że aby utrzymać resztkę nadziei na awans poprzez ewentualny repasaż, Siena musi zająć miejsce dające grę w play-off, do których zakwalifikują się zespoły od drugiego do piątego miejsca w tabeli. Z końcową oceną należy poczekać do końca sezonu, ale biorąc pod uwagę cały ten chaos, uważam, że praca, jaką wykonuje były napastnik jest zadawalająca.

Jak widzisz przyszłość klubu? Którego piłkarza warto obserwować?

Należy zacząć, że od sierpnia właścicielem klubu jest ormiański holding Berkeley Capital CJSC, który w przeciągu trzech lat zamierza przywrócić Sienę do poziomu Serie B. Plany Ormian są ambitne również dlatego, że chcą zbudować nowoczesny stadion, który ma jednocześnie pełnić dodatkową rolę centrum wellness dla całego miasta. Pomysł polega na stworzeniu struktur monitorowania zdrowia również dla mieszkańców, a nie tylko dla piłkarzy. Dzięki innowacyjnym technologiom, terapiom i natychmiastowej opiece. Ten obszar ma być parkiem zdrowia dla Sieny i turystów, ma się tam znajdować supermarket z produktami ekologicznymi i centrum kultury. Jeśli chodzi o piłkarzy wartych obserwacji, to jest kilku młodych i zdolnych. Moją uwagę przyciągnęli szczególnie dwaj. Pierwszy to Alessandro Martina, który jest z rocznika 2000, to nominalny lewy obrońca, który jednak został przesunięty przez Alberto Gilardino na lewe wahadło, a czasem skrzydło. Jego atutami są szybkość oraz dobry drybling. Natomiast drugim piłkarzem jest Guglielmo Mignani z rocznika 2002. To syn klubowej legendy Michele Mignaniego. Niespełna 19-latek jest napastnikiem, który jest szybki i waleczny. Myślę, że obaj za kilka lat będą występować na boiskach Serie A.

KACPER KARPOWICZ

Złota generacja Portugalii. Os Navegadores tak mocni nie byli od lat.

Reprezentacja Portugalii wygrywając Mistrzostwa Europy w 2016 roku przez wielu uważana była za absolutną niespodziankę. Mało kto przed turniejem typował, że Fernando Santos wraz ze swoją drużyną będzie w stanie sięgnąć po końcowe trofeum. Minęło pięć lat, w trakcie których aktualny mistrz starego kontynentu znacząco nabrał na silę, i przed zbliżającym się turniejem już od samego początku będzie zaliczany do grona faworytów.

SANTOS MA Z CZEGO WYBIERAĆ

Wracając do pamiętnego finału Mistrzostw Europy 2016 gołym okiem widać wzbogacenie się reprezentacji Portugalii na przestrzeni tych pięciu lat. Wówczas od pierwszej minuty naprzeciw drużynie Francji wybiegło – nie ujmując całej reszcie – zaledwie 2 zawodników z czołowych europejskich klubów, a dokładniej jednego, bo mowa tu o Cristiano Ronaldo oraz Pepe. Można by do tego grona jeszcze wrzucić Renato Sanchesa, który był już dogadany z Bayernem Monachium i Raphaela Guerreiro przechodzącego w międzyczasie z Lorient do Borussi Dortmund. Jednak cała reszta wybiegającej drużyny składała się z 5 piłkarzy rodzimej ligi (Rui Patricio, Carvalho, Adrein Silva, Joao Mario, Nani), oraz 2 występujących w Southampton (Soares i Jose Fonte). Ławka także nie wyglądała nadzwyczaj wyjątkowo, ponieważ największymi nazwiskami byli Quaresma, Moutinho, Gomes, Eder, oraz będący u schyłku kariery Ricardo Carvalho.

Wymieniona kadra nie należała oczywiście do słabych, ale przyrównując ją do obecnej, można mówić o ogromnym skoku jakościowym. Jak wówczas można było góra czterech zawodnikach grających w wielkich klubach, tak dzisiaj jest mowa o przynajmniej dziewięciu, a reszta grająca w mniej jakościowych zespołach również stanowi o ich sile. Jest to też obecnie „kłopot” Fernando Santos, ponieważ ma do wyboru tylu piłkarzy grających na wysokim poziomie, że kilku z nich musiał po prostu odrzucić. Idealnym przykładem jest 22-letni Pedro Goncalves. W aktualnym sezonie w barwach Sportingu Lizbona w 27 spotkaniach zdobył 15 bramek i 5 asyst, a mimo to selekcjoner nie powołał go do pierwszej kadry na eliminacyjne mecze Mistrzostw Świata. Trudno porównywać piłkarzy na przestrzeni 5 lat, ale w tym momencie Pedro jest bez wątpienia w lepszej formie, niż chociażby Joao Mario czy Adrien Silva, którzy wystąpili w finale Mistrzostw Europy. Świadczy to o ogromnym skoku jakościowym reprezentacji Portugalii.

Wystarczy spojrzeć na samą listę powołanych piłkarzy, aby przekonać się, że Os Navegadores przechodzą złote czasy. Podmieniając za nazwiska piłkarzy nazwy klubów, w których występują, mamy kolejno – Olympique Lyon, Wolves, Granada, Arsenal, Manchester City, Granada, Lille, FC Porto, Manchester City, Sporting, Borussia Dortmund, PSG, Sporting, Wolves, Manchester City, Manchester United, Wolves, Lille, FC Porto, Eintracht Frankfurt, Juventus, Liverpool, Atletico Madryt, Wolves oraz Benfica. Rzecz jasna, jeśli ktoś dostaje powołanie do kadry, to musi grać regularnie w klubie, więc wymieniona wyżej lista świadczy o sile jak dużych klubów znaczą obecni reprezentanci kraju żeglarzy. Tak szeroki wachlarz wyboru pozwala Santosowi dobrać piłkarzy do danej taktyki ze świadomością, że zawsze może liczyć na sporo jakości. Portugalii w tym momencie nie można już postrzegać w roli ewentualnej niespodzianki na zbliżającym się EURO, lecz jako absolutnego kandydata do wygrania Mistrzostw Europy.

LIDERZY REPREZENTACJI

Każda drużyna potrzebuje liderów. Zarówno na boisku, jak i poza nim. W reprezentacji Portugalii o ten aspekt nie muszą się martwić, bo w kadrze nie brakuje doświadczonych zawodników, którzy pod każdym względem będą odpowiadać za ogólną formę drużyny. Os Navegadores „przywódców” mają absolutnie w każdej linii, i nie tyczy się to zaledwie jednego zawodnika. Jest to fenomenalny aspekt pod kątem wprowadzania młodych zawodników do drużyny, ponieważ bez względu na to, na jakiej pozycji gra początkujący w reprezentacji zawodnik – będzie miał swojego mentora, od którego wyciągnie sporo cech na przyszłość. Taki atut zespołu jest bezcenny, bo w następnych latach będą mogli wymieniać starszych piłkarzy na nowych, którzy zostali już odpowiednio przygotowani przez tych, których miejsce zajmują.

Pierwszą postacią, która przychodzi na myśl jest rzecz jasna Cristiano Ronaldo. Najlepszy piłkarz w historii reprezentacji, od którego uczyć się będą następne pokolenia nawet po zakończeniu jego kariery. Ciężko prosić o lepszego lidera dla drużyny, ponieważ sprawdzi się on wręcz pod każdym względem. Na boisku będzie gwarancją najwyższej jakości, a poza nim w odpowiedni sposób potrafi zarządzać zespołem. Trenerem jest oczywiście Fernando Santos, ale Cristiano angażuję się wręcz równie mocno w ogólne dobre drużyny. Idealnym przykładem jest finał EURO 2016, w którym z powodu kontuzji musiał przedwcześnie zejść z boiska, ale przy linii bocznej pracował tak mocno, jakby na nim był. Wiele osób po tym incydencie ironiczne mówiło, że Portugalia posiada dwóch szkoleniowców, ale taka wypowiedź może mieć również poważny charakter. Santos odpowiada za przygotowanie zespołu do spotkań po względem piłkarskim, a Ronaldo mentalnym.

Cristiano nie jest oczywiście jedynym liderem reprezentacji. Obowiązkiem jest wspomnienie również o Pepe, który w kadrze występuję od lat. W ostatnim starciu Ligi Mistrzów z Juventusem udowodnił także, że również na boisku ciągle potrafi wpłynąć na losy zespołu, mimo 38 lat. U jego boku w najbliższych miesiącach grać będzie prawdopodobnie Ruben Dias, który aktualnie jest już raczej na wyższym (sportowym) poziomie, niż kolega z reprezentacji, ale ciągle będzie mógł od niego sporo wynieść. W drugiej linii także nie brakuje liderów, bo grają tam przecież Joao Moutinho, Danilo Pereira, czy trochę mniej doświadczony, ale równie mocno potrafiący poprowadzić drużynę Bruno Fernandes. Z pozycji bramkarza duży wpływ będzie miał Rui Patricio, a z ławki doradzać będzie Jose Fonte. W reprezentacji Portugalii jest odpowiednio dużo piłkarzy, którzy odpowiadać będą za scalanie i trzymanie kolektywu zespołu. Taka skarbnica doświadczenia to bogactwo dla całej kadry, a mowa tu przecież o piłkarzach, którzy również na boisku dają sporo jakości.

POKOLENIE NA LATA

Część z obecnych liderów z biegiem czasu będzie musiała oczywiście odstawić grę dla swojego kraju. Cristiano Ronaldo kadrę ma zostawić po mistrzostwach świata 2022 w Katarze, a Pepe nieuniknione, że schowa czerwoną koszulkę reprezentacji już po zbliżającym się euro. Os Navegadores nie muszą jednak się zmartwiać tym, kim w niedalekiej przyszłości ich zastąpią. Młode pokolenie Portugalii na kilku pozycjach już w tym momencie wygląda lepiej, niż starsi zawodnicy kadry. Joao Felix grający na skrzydle jest stałym punktem wyjściowego składu, Ruben Dias w formacji defensywnej nie ma sobie równych, a Diogo Jota, nieoczekiwany bohater Liverpoolu, również często dostaje szanse od Santosa. Andre Silva trochę lat już ma, ale w ostatnim czasie w końcu obudził w sobie swój potencjał, i jeszcze przez parę dobrych lat może być wielką korzyścią dla selekcjonera drużyny narodowej. Z kadry na marcowe mecze warto też wymienić dwóch przedstawicieli Wolverhampton – Rubena Nevesa i Pedro Neto, oraz 18-letniego Nuno Mendesa, który spisuje się na tyle dobrze w barwach Sportingu, że selekcjoner pierwszej reprezentacji chciał go mieć już teraz.

Również kadra u21 skrywa wiele ciekawych nazwisk, które niedługo wejdą do pierwszej drużyny i będą stanowić o jej sile. Wyżej wspomniany Pedro Goncalves podbija swoją rodzimą ligę, Trincao z dobrej strony pokazuje się w barwach Barcelony, a Tiago Djalo dość regularnie gra w barwach Lille, czyli aktualnym wiceliderze Ligue 1. Rafael Leao chociaż przeciętnie radzi sobie w Milanie, to także ma predyspozycje, aby kiedyś regularnie grać w pierwszej reprezentacji. Podobnie jest z Diogo Dalotem, lecz tutaj potencjał niestety jest nieco mniejszy. Młodzieżowa drużyna Portugalii również posiada sporo jakości, o czym świadczy między innymi 27 zdobytych na 30 możliwych punktów w eliminacjach do Mistrzostw Europy, a Santosowi pozostaje tylko czekać, aż część z nich zrobi krok w kierunku pierwszej reprezentacji.

MATEUSZ PEREK

Jason Cummings, czyli nieważne jak zaczynasz. Ważne jak kończysz.

Dobre złego początki, a złe dobrego – tak w skrócie można podsumować dotychczasową karierę Jasona Cummingsa – swego czasu jednego z największych szkockich talentów. Dziś 25-letni napastnik próbuje ratować swoją karierę w Dundee FC, czwartej drużynie szkockiej Championship.

Jason Cummings jako młody chłopak trzymał kciuki za Hearts FC. Chodził nawet do Tynecastle High School – szkoły położonej tuż obok stadionu „Serc”. W międzyczasie pierwsze kroki w piłkarskim świecie stawiał w zespole Hutchison Vale – lokalnym klubie, który swoje mecze rozgrywa w Saughton Sport Complex. Po pewnym czasie dołączył do akademii Hearts, czym spełnił swoje dziecięce marzenie. Niestety, w 2012 roku wskutek kilku przeciągających się kontuzji został zwolniony z klubu bez żalu. Wrócił do „The Hutchie” gdzie szybko stał się wiodącą postacią. Świetna postawa w amatorskiej lidze i masa strzelonych goli odbiła się szerokim echem wśród lokalnej społeczności. W lecie 2013 roku podpisał pierwszy profesjonalny kontakt. Jego nowym klubem stał się Hibernian FC – największy rywal Hearts, któremu Cummings kibicował od dziecka…

DEBIUT W SZKOCKIEJ PREMIERSHIP I PRZESTRZELONY KARNY

Gdy w chłodne listopadowe popołudnie 2013 roku wiatr i deszcz smagały zielono-biały dach stadionu przy Easter Road, Cummings stanął przed szansą debiutu w szkockiej elicie. Na boisku pojawił się w 62. minucie zmieniając Johna Collinsa. Hibernian przegrał ten mecz 0-2 a młody napastnik niczym szczególnym się nie wyróżnił. W tamtym sezonie wystąpił w 16 meczach ligowych, grając głównie ogony. Debiutanckie bramki dla Hibernian strzelił w barażach o utrzymanie przeciwko Hamilton. W pierwszym – wyjazdowym meczu – dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. W rewanżu goście odrobili straty, doprowadzając do serii rzutów karnych. W decydującym momencie do piłki podszedł właśnie Cummings. Niestety, jego strzał sparowany został przez bramkarza Hamilton – Kevina Cuthberta. Dla 18 tysięcy widzów zgromadzonych tego dnia przy Easter Road Stadium oznaczało to spadek ich ukochanego klubu do niższej klasy rozgrywkowej.

STATUS GWIAZDY. KORONA KRÓLA STRZELCÓW I TRANSFER DO NOTTINGHAM FOREST

Po spadku do Championship Cummings stał się podstawowym zawodnikiem i prawdziwą gwiazdą „Hibbies”. Już w pierwszym sezonie, mimo nieudanej walki o powrót do Premiership i przegranych Play Offach, sięgnął po koronę króla strzelców zaplecza szkockiej elity. W lidze strzelił łącznie 18 bramek. Jego dobra postawa nie uszła uwadze angielskim skautom i po zakończeniu rozgrywek otrzymał kilka ofert transferu, które ostatecznie odrzucił. W następnym sezonie również z 18 ligowymi golami na koncie stał się najlepszym piłkarzem Hibernian. W wyścigu o tytuł króla strzelców ustąpił tylko Martynowi Waghornowi z Rangers, który okazał się lepszy o dwa trafienia. Co ma wisieć nie utonie. W kolejnej batalii Hibernian zdobył mistrzostwo Championship i awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej, a Cummings – jakżeby inaczej – z 19 trafieniami sięgnął po tytuł dla najlepszego snajpera w lidze (ex aequo ze Stephenem Dobbie z Queens of South).

W międzyczasie, w maju 2016 roku pomógł Hibernian w zdobyciu pierwszego od 114 lat Pucharu Szkocji. W finale na Hampden „Hibs” po bramce w doliczonym czasie gry pokonali Rangers 3-2 i sięgnęli po upragnione trofeum. Szkot zaliczył w tym meczu asystę przy bramce Anthony’ego Stokesa. Świetne trzy sezony, regularność w zdobywaniu bramek i sukcesy z Hibernian doprowadziły Cummingsa do kolejnego awansu sportowego w jego karierze. W czerwcu 2017 roku podpisał kontrakt z Nottingham Forest – zespołem angielskiej Championship. Kwota transferu wyniosła ok. 1.100.00 euro.

ROZCZAROWANIE, KARIERA WISZĄCA NA WŁOSKU I NIEUDANY POWRÓT NA SZKOCKIE BOISKA

Co może pójść nie tak, kiedy zdobywasz bramkę w debiucie? W przypadku Jasona Cummingsa właściwie wszystko. Gdy w sierpniu 2017 roku w meczu EFL Cup przeciwko Shrewsbury, Szkot podwyższał wynik spotkania na 2-0, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. W 14 ligowych meczach w barwach Forest zdobył zaledwie jedną bramkę i szybko przypięto mu łatkę „waste of money”. W styczniu 2018 roku został wypożyczony do końca sezonu do Rangers. W umowie widniał zapis o możliwości transferu definitywnego. W barwach „The Gers” zadebiutował 24 stycznia w wygranym 2-0 meczu z Aberdeen FC. Cztery dni później cieszył się z premierowego gola dla Rangers, którego zdobył w potyczce z Ross County. 4 marca w ćwierćfinale Pucharu Szkocji Cummings znów znalazł się w blasku reflektorów. Jego trzy bramki zdobyte w meczu z Falkirk pomogły awansować Rangers do półfinału Scottish Cup. Niestety, jednorazowy przebłysk nie wystarczył, by zostać w Glasgow na dłużej i Cummings po zakończeniu sezonu musiał wracać do Nottingham. Nie da się ukryć, że nikt tam na niego nie czekał z otwartymi ramionami. Piłkarz stanął przed kolejną wizją zmiany otoczenia.

DLA ODMIANY WYPOŻYCZENIE, WIĘCEJ WYPOŻYCZEŃ

Po powrocie do macierzystego klubu Cummings został wystawiony na listę transferową. Propozycję rocznego wypożyczenia wysunął grający w League One Peterborough United. Szkot nie kręcił zbyt długo nosem i przystał na zaproponowane warunki. Zaczął naprawdę imponująco. W pierwszych pięciu ligowych meczach strzelił 6 bramek i po raz kolejny dał sobie i innym nadzieję na powrót do formy sprzed lat. Niestety, w kolejnych meczach Cummings nie potrafił odnaleźć się na boisku i jego wypożyczenie zostało przedwcześnie zakończone w dniu 30 stycznia 2019 roku. Już dzień później widniał w rejestrze ówczesnego lidera League One – Luton FC. Napastnik został ponownie wypożyczony. Na pierwszą bramkę musiał jednak poczekać aż do kwietnia, kiedy to po wejściu z ławki w meczu z Blackpool doprowadził do remisu 2-2. I to właściwie wszystko, co miał do zaproponowania w tamtym momencie. Kolejne rozczarowanie, po którym nawet najtwardsi mieliby problem się podnieść.

TRANSFER DO SHREWSBURY I PRZEBŁYSK GENIUSZU W MECZU Z LIVERPOOLEM

2 września 2019 roku Cummings został przedstawiony jako nowy nabytek Shrewsbury Town. Kwota transferu nie została podana do wiadomości publicznej. W zespole „The Shrews” piłkarz zadebiutował w ligowym meczu z AFC Wimbledon. Na boisku pojawił sie w 68. minucie, zmieniając Daniela Udoha. Pięć minut później mógł celebrować debiutanckie trafienie. Mecz zakończył się wynikiem 1-1. Po raz kolejny nie najgorszy start w nowym klubie. Swoje zwycięskie bramki dołożył również w meczach z Southend United i Sunderlandem. Niekończące się drobne urazy plus choroba podczas Świąt Bożego Narodzenia spowodowały jednak, że już do końca sezonu Cummings grywał tylko ogony, w większości przypadków wchodząc z ławki rezerwowych. Przebłysk geniuszu pokazał jednak w meczu V rundy Pucharu Anglii w meczu przeciwko Liverpoolowi. 26 stycznia wchodząc z ławki, strzelił dwa gole ekipie Jurgena Kloppa i jego nazwisko znów (na krótko) znalazło się na pierwszych stronach gazet.

WITAMY W DUNDEE

Przez okres półtorarocznego pobytu w Shrewsbury, Cummings prócz kilku sporadycznych momentów nadal nie potrafił ustabilizować formy. W końcu przyszedł czas, by po raz kolejny spróbować swoich sił tam, gdzie wiodło mu się najlepiej-czyli szkockiej Championship. W styczniu tego roku 25-letni napastnik podpisał kontrakt z Dundee FC, który wiąże go z obecnym pracodawcą do maja 2022 roku.

I trzeba uczciwie przyznać, że początek w jego wykonaniu jest jak najbardziej udany. W ośmiu ligowych meczach strzelił jak dotąd 4 bramki. Szybko stał się ulubieńcem kibiców z Dens Park. Cummings ma dopiero 25 lat. Nie raz udowadniał, że ma ogromny talent, z którym w parze nie idzie jednak stabilizacja i regularność. Powrót na szkockie boiska to z pewnością krok wstecz i osobista porażka napastnika Dundee. Czasem warto jednak zrobić jeden krok wstecz by potem móc zrobić dwa kroki do przodu. Na jego równej i dobrej formie z pewnością skorzystałaby również reprezentacja Szkocji, która już dziś zaczyna walkę o awans na Mundial w Katarze.

KAROL KOCZTA

Skąd biorą się problemy Lecha? Zapytaliśmy Huberta Michnowicza.

Sytuacja Lecha Poznań jest delikatnie mówiąc nieciekawa. Wyniki doskonale oddają nijaką grę zespołu prowadzonego przez Dariusza Żurawia. Postanowiłem, więc zapytać Huberta Michnowicza, sympatyka futbolu, a zarazem dziennikarza – pasjonata, zajmującego się sprawami Lecha Poznań, o opinię dotyczącą obecnej sytuacji w klubie.


Przejdźmy od razu do rzeczy. Co Pana zdaniem jest główną przyczyną słabej gry Lecha Poznań? Jeszcze kilka miesięcy temu Lech potrafił zachwycać.
Należy oddzielić grę Lecha w europejskich pucharach od poczynań w Ekstraklasie. Droga Lecha do  LE była bardzo udana. Poza meczem z Valmierą, do każdej z rund kwalifikacyjnych Lech nie przystępował w roli faworyta, czyli drużyny, która może, ale nie musi. Koniec końców Lechowi udało się wywalczyć awans, co niewątpliwie mogło cieszyć i jest było powodem do dumy, Od dłuższego czasu żadna z polskich drużyn nie zdołała się zakwalifikować do fazy grupowej, a Lech osiągnął to, prezentując styl godny podziwu. Byłem świadkiem spotkań eliminacyjnych i doskonale pamiętam, że w zespole panowała doskonała atmosfera. W tej drużynie było jakości, która przekładała się na grę.

Europa nie znała Lecha i nie miała czasu na rozgryzienie Lecha. Natomiast w Ekstraklasie sytuacja wyglądała już zgoła inaczej. Bardzo szybko trenerzy drużyn przeciwnych rozszyfrowali grę Kolejorza. Wyniki, które Lech uzyskiwał w lidze, nie były pokłosiem pecha, ponieważ pech może odnosić się do jednego, czy dwóch spotkań. Po pierwszym meczu z Górnikiem w styczniu, zapytałem trenera, czy nie martwi go styl. Odpowiedział, że zacznie się martwić, jeśli stylu nie będzie przez kilka spotkań. Co było dalej, doskonale pamiętamy

Myślę, że jedną z przyczyn to tarcia. Nie sądzę, że są to tarcia pomiędzy zawodnikami, choć nie wykluczam, że takowe też występują. Obstawiam, że raczej wynikają z oczekiwań piłkarzy w kontrze do możliwości trenera. Raczej też, nie winiłbym trenerów od przygotowania fizycznego. Można to porównać do sytuacji w reprezentacji Polski za kadencji Brzęczka.  Wyniki do pewnego momentu były dobre, ale brakowało stylu, a frustracja wśród piłkarzy i kibiców narastała. Zgrzyty wisiały w powietrzu tym bardziej, że wypowiedzi Brzęczka i czasami też piłkarzy, wzbudzały kontrowersje. A ja uważam, że w Lechu piłkarze pokroju Pedro Tiby, Daniego Ramireza, Lubomira Satki oczekują od trenera lepszego warsztatu trenerskiego.

Jednak z jakiegoś powodu postawiono na Żurawia.
Nie winiłbym trenera. Prowadząc inne zespoły nie wiodło mu się szczególnie. Otrzymał szansę wykazania się w czołowym zespole ekstraklasy. Ciężko mu się dziwić, że podjął wyzwanie. Na jego miejscu każdy by skorzystał z takiej szansy.


Nie wydaje się Panu, że decydując się na niedoświadczonego trenera, powinno się go otoczyć osobami, które uzupełniłyby jego braki?
Teoretycznie tak. Teraz możemy tylko gdybać. Suche fakty też pokazują, że za trenera Skrzypczaka i Bartkowiaka Lech prezentował się lepiej. Jednak tak naprawdę nie wiemy, co działo się wewnątrz drużyny. Trenerzy Bartkowiak oraz Skrzypczak byli odbierani przez piłkarzy bardzo pozytywnie. Na początku roku 2020 uczestniczyłem z Lechem w obozie w Belek. Byłem obecny na praktycznie wszystkich treningach w pierwszym tygodniu zgrupowania. Takiej relacji jak miał chociażby trener Skrzypczak z zawodnikami nie da się zapomnieć. Przyznam szczerze, że nie wiem dokładnie, czy to trener Skrzypczak naciskał na to, by móc podjąć pracę jako pierwszy trener, czy być może trener Żuraw czuł, że jego decyzje są czasami podważane, bo i tego typu wersje wydarzeń słyszałem. Wiemy natomiast, że Lech z nowymi asystentami radzi sobie gorzej. I ja tak naprawdę do tej pory nie wiem, za co odpowiada trener Dudka i Góra.

A co sądzi Pan o transferach letnich? O ile cześć z tych zawodników ma określony poziom sportowy, o tyle nie jestem przekonany, czy wszyscy pasują do Lecha. Czy te ruchy można uznać za przemyślane?
Jest to temat złożony. Pozyskiwanie zawodników wiąże się z wieloma zmiennymi. Pandemia również dołożyła swoje trzy grosze i skomplikowała sytuację. Obserwacja zawodnika w takim wypadku jest ograniczona. W świecie futbolu ważną rolę odgrywają agenci, a internet dziś sprawia, że kluby mają dostęp do wielu platform, dzięki którym mogą ocenić potencjał zawodnika, nie ruszając się z klubu.

Posłużę się przykładem Jana Sykory. Lech od dawna walczył o zakontraktowanie tego zawodnika, ale z różnych powodów finalizacja nastąpiła dopiero w 2020. Problem Jana polega na tym, że w Czechach gra się trochę inaczej. Polska liga jest bardzo fizyczna. Na czeskich boiskach można zaobserwować większą kulturę gry. Dlatego nie za bardzo mogę zrozumieć, jak Sykora mógł się znaleźć jako jedynka skrzydłowego.

W pewnym sensie liczne wypożyczenia Sykory mogły stanowić dla Lecha sygnał, że być może czegoś temu zawodnikowi brakuje. Jednak Lech mocno skupił się na jego pozyskaniu, a dziś można powiedzieć, że z Jankiem jest dramat. Pomijając jego problemy ze zdrowiem, słyszałem też, że pojawiały się małe tarcia pomiędzy nim a trenerem. Teraz nawet jak nic mu nie dolega, to nie jest skrzydłowym na miarę Lecha Poznań.

Ciekawym wątkiem są też wypożyczenia do Lecha.
Odnoszę wrażenie, że w tym przypadku wypożyczenia są robione w celu dobicia do pewnej liczby graczy. Na przykład Awwad nie dostał zbyt wielu szans, ale wg mnie miał coś w sobie. Tak naprawdę nie można było go normalnie zweryfikować w grze, bo tych szansach dostawał bardzo mało, a okazje ku temu były. Brakowało zaufania ze strony trenera i podejrzewam, że podobnie może być z Kvekveskirim. Który może mieć nawet większe umiejętności, ale zrobiono z niego znowu typowego zapchajdziurę. Selekcja zawodników wypożyczonych, nawet jeśli nie jest błędna, to momentami działa w myśl zasady sztuka dla sztuki.

Po raz kolejny wracamy do tematu trenera.
Wg mnie w Lechu na ten moment nie ma żadnej konkurencji w walce o wyjściowy skład. I tu nie chodzi nawet o liczebność zawodników. Są niedociągnięcia na niektórych pozycjach, ale kadra nie jest przetrzebiona, jak chociażby jesienią.

A dla wzrostu jakości w drużynie nie ma nic gorszego jak brak konkurencji. Myślę, że gdyby miał Pan obstawić skład Lecha na kolejne spotkanie, miałby Pan problem z wytypowaniem może jednego nazwiska. Bez względu na to, jak zawodnik wypadnie w danym mikrocyklu i tak wyjdzie w pierwszym składzie. Tak to widzę niestety i takie też głosy dochodzą mnie z szatni Lecha. Jak posłucha się piłkarzy, którzy wyjeżdżają za granicę, tam jest walka o miejsce w składzie na każdym treningu. U nas tego nie ma.


Według mnie trener Żuraw nie ma na tyle charyzmy i wizji, że mógłby dokonać radykalnych zmian. Myślę, że trener czasami i może myśli o roszadach, ale blokuje go wizja tego, jak inni mogliby zareagować na zmiany, mam tu na myśli nie tylko zawodników, ale też zarząd Lecha, więc odpuszcza.

Dobrym przykładem zjazdu formy jest Dani Ramirez.
Dani przechodził Covida i być może z tego powodu nie gra najlepiej, ale czy słusznym działaniem jest próba odbudowy zawodnika poprzez dawanie mu okazji do gry w każdym ze spotkań? Moim zdaniem nie. Przykładowo taki Filip Marchwiński często jest przerzucany pomiędzy zespołem rezerw a Ekstraklasą, a przecież jesienią był pierwszym zmiennikiem Daniego Ramireza. Teraz go nie ma i należy się zastanowić, co tu się wydarzyło.

Jak już jesteśmy przy Marchwińskim, to podzielę się swoją myślą. W pewnym momencie w Lechu grało wielu młodych piłkarzy, choć Żuraw wcale chętnie na nich nie stawiał, o czym świadczy akcja bilet dla Muhara. Teraz wydaje mi się, że Marchwiński został pozostawiony samemu sobie.
Z tego, co wiem, Filip Marchwiński dobrze się prowadzi. Wiemy, że dużo potrafi, choć ma kilka mankamentów fizycznych, które wiążą się z jego wiekiem. Ale wg mnie Lech nie ma pomysłu na Filipa. Trener boi się podejmować decyzje, które w danym meczu mogłyby zaskoczyć rywali Lecha, a jednocześnie przy słabszej dyspozycji Daniego, mogłaby się otworzyć szansa dla Filipa. A inne zespoły mają wiedzę jak grać z Lechem. Dla wytrawnego trenera, który zjadł zęby na tej lidze, rozpracowanie Lecha nie stanowi problemu.


Uważa Pan, że Lech powinien już podziękować Żurawiowi?
Dla mnie czas trenera Żurawia się skończył. Już pierwsze 3-4 wiosenne mecze były jasnym sygnałem, że dzieje się coś niedobrego. Taki klub jak Lech nie może sobie pozwolić, by grać tak nijako. Uprzedzając ciąg dalszy, muszę przypomnieć, że jesienią przedłużono kontrakt z trenerem. Myślę, że gdyby do tego nie doszło, to już po czterech pierwszych wiosennych kolejkach doszłoby do zwolnienia Żurawia. Nie byłoby nawet dyskusji, czy ta decyzja jest słuszna, czy nie, bo Lech grał bardzo, ale to bardzo słabo. Teraz zwolnienie świadczyłoby o tym, że pół roku temu podjęto złą decyzję, a a’la korporacja, jaką stał się Lech, nigdy do błędnych decyzji się nie przyzna,


Zarządzający klubem ślepo podążają za strategią, która się nie sprawdza i nie potrafią w porę zareagować.
Świetnym przykładem jest sytuacja, która była z Muharem. Na siłę broniono tego transferu zakłamując rzeczywistość. Wymyślano historie, że dzięki Muharowi była konkurencja, która pozwoliła rozwinąć się Moderowi. To jest niestety obracanie kota ogonem. Skoro wszyscy dookoła mówią, że jest coś nie tak, to znaczyć, że rzeczywiście coś jest nie tak. W środowisku kibicowskim jest mnóstwo ludzi, którzy znają się na rzeczy i proszę mi wierzyć, w wielu kwestiach wychodzi na „ich”, że mieli rację.

W innych klubach już dawno zrezygnowano by z Żurawia. Jakby Pan mnie zapytał, czy zmiana trenera coś da, to sądzę, że mogłaby coś dać, ale problem tkwi głębiej. Ktoś podjął decyzję o zatrudnieniu Żurawia, do drużyny z takimi przychodami, z takimi aspiracjami i zapleczem kibicowskim. Lech w Wielkopolsce ma praktycznie monopol kibicowski. Ten „ktoś” to mam na myśli zarząd i politykę klubu. Nie da się żyć tylko z akademii, jeśli jest się klubem sportowym, o tak wspaniałej historii. Co roku musi być cel sportowy, jasno i wyraźnie postawiony, dlatego śmieszą mnie te teksty o pięknej grze i wypadkowej tej gry.

Wracając do tematu, to tak jak Panu mówiłem. To jest specyfika korporacyjnego ładu, która nie pomaga. Wszyscy widzą, że jest olbrzymi pożar, a mam wrażenie, że Lech go spłyca do poziomu malutkiego ogniska. Przyświeca im wiara, że skoro się pali, to za chwilę pożar samoistnie zniknie, albo przyjdą jakieś deszcze monsunowe.

Myślę, że błędem może być też to, że Lech skupia się na szczegółach, a zaniedbuje podstawy.
Spójrzmy na to, co dzieje się w Warcie. Jaka tam jest otoczka, jak trener jest postrzegany przez zawodników, jak trener wypowiada się o swoich piłkarzach. Przed sezonem byli skazani na walkę o utrzymanie, a pokazali, że są w stanie walczyć o środek tabeli, a nie wiadomo nawet czy nie o coś więcej. Byłoby miło, gdyby ktoś z Lecha spojrzał na Wartę i zwrócił uwagę na te aspekty. Tam każdy tryb do siebie pasuje. W Lechu funkcjonuje to zgoła inaczej. I nie jest to nowość.

Kogo widziałby Pan w roli trenera po ewentualnym zwolnieniu?
Mówi się o trenerze Skorży. Podobno był blisko Śląska. Ponoć w rozmowach wypadł bardzo dobrze, ale zrezygnował z ubiegania się o tę posadę. Ciekawe, czy oznacza to, że czeka na lepszą ofertę. Kiedyś w jednym z wywiadów powiedział, że nie jest strażakiem i nie będzie przejmował zespołu w trakcie sezonu. Możliwe, że poczeka do momentu, w którym wszystkie karty będą na stole. Pytanie zasadnicze, dlaczego jednak teraz nie przyjdzie, ale nie jako strażak.

Z jednego powodu uważam, że zmiana trenera Żurawia na trenera o warsztacie trenera Skorży mogłaby wyjść na plus. Według mnie dalsza degrengolada Lecha będzie zrażać niestety zawodników. Dziś sobie nie wyobrażam, że latem mógłby odejść Ishak, ale ma dobre liczby i znajduje się pod obserwacją innych klubów. Wielu z tych piłkarzy ma ambicje, które trzeba zaspokoić. Pedro Tiba chce zakończyć karierę w Poznaniu, ale trzeba wiedzieć jak zadbać o takiego piłkarza. Nie wiem, czy pozostawienie Żurawia nie przyniesie większych strat. Pozostało tylko osiem kolejek, ale brak reakcji może wywołać nieciekawe sytuacje kadrowe.

Czy ten sezon można jeszcze odratować?
Miejsce czwarte bez pucharów czy też ósme będzie przyjmowane za podobny kaliber porażki. Nie jestem zwolennikiem tego, by Żuraw rozpoczął kolejny sezon, nawet jeśli Lech jakimś cudem wywalczyłby możliwość startów w eliminacjach. Myślę, że nic dobrego by to nie przyniosło. A teraz trzymanie trenera na siłę do końca sezonu, tak jak wspomniałem może negatywnie odbić się też na zespole.

Abstrahując od tego, jak Pan by się czuł, gdyby Pan wiedział, że za dwa miesiące Pana nie będzie, choć nikt w oczy tego Panu nie powiedział. To, co dzieje się w klubie jest konsekwencją niestety wielu decyzji z ostatnich lat. Trener to jeden z trybów. Za wyniki odpowiada również zarząd oraz dział skautingu, a w Lechu łatwiej przychodzi zarabianie na zawodnikach niż sukcesy sportowe. Lech zarabia więcej na sprzedaży piłkarzy niż dzięki sukcesom sportowym. Obawiam się, że w Lechu obowiązuje niepisana zasada mówiąca, że wynik sportowy jest tylko celem drugorzędnym. Może w końcu ktoś tam na górze zrozumie, że przez zrealizowany i ambitny cel sportowy można zarobić o wiele więcej niż do tej pory, a przede wszystkim odzyskać zszargane doszczętnie już zaufanie kibiców.

Rozmowę przeprowadził Paweł Ożóg

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑