Sunderland coraz bliżej upragnionego awansu do Championship. Wszystko wskazuje na to, że limit pecha na Stadium of Light został wyczerpany

SPADEK Z PREMIER LEAGUE I POCZĄTEK PROBLEMÓW

Sunderland pożegnał się z rozgrywkami Premier League w sezonie 2016/17, zajmując ostatnie miejsce w tabeli. Mimo pełnego goryczy i rozczarowań sezonu nikt nie spodziewał się wówczas, jak nisko upadnie klub, który przez 10 lat z rzędu występował na pierwszoligowych angielskich boiskach. Simon Grayson, nowy menedżer zespołu ze Stadium of Light został postawiony przed bardzo trudnym zadaniem, jakim miał być powrót do angielskiej elity. Jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu z klubu odeszło kilku kluczowych graczy, jak Jordan Pickford, Jeremain Lens, Sebastian Larsson czy Jermain Defoe. O sile zespołu miała stanowić mieszanka weteranów takich jak John O’Shea, Darron Gibson czy Lee Cattermole w połączeniu z głodną sukcesów młodzieżą. Rzeczywistość okazała się brutalna. Zawirowania związane ze zmianą właściciela, nietrafione transfery, koszty utrzymania niechcianych piłkarzy, ogromny pech w poszczególnych meczach – wszystko to sprawiło, że zamiast walki o awans, Sunderland desperacko musiał walczyć o pozostanie w Championship. 

Po zwolnieniu Graysona, nowym menedżerem został Chris Coleman. Były selekcjoner reprezentacji Walii, z którą dotarł aż do półfinału Mistrzostw Europy, witany był w klubie jako gwiazda i nadzieja na lepszą przyszłość. W momencie podpisania kontraktu przez Colemana, Sunderland okupował ostatnią – 24. pozycję z ligowej tabeli. Walijczyk podjął się ekstremalnie trudnego zadania. Forma prezentowana przez jego nowych piłkarzy była po prostu fatalna, do tego dochodziły braki kadrowe. Oliwy do ognia dolewały plotki o rychłej sprzedaży klubu. Na domiar złego, Darron Gibson, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w drużynie, będąc pod wpływem alkoholu spowodował kolizję drogową. Reakcja klubu mogła być tylko jedna. Kontrakt Gibsona został rozwiązany. Atmosfera w zespole była daleka od ideału. Najlepiej opłacanym piłkarzem w klubie był Jack Rodwell, który co tydzień inkasował 40 tysięcy funtów, a częściej niż na boisku widywany był na trybunach i w gabinecie lekarza. Swojej frustracji nie kryli kibice Sunderlandu, którzy coraz częściej domagali się odejścia Ellisa Shorta – właściciela klubu. Reputacja pogarszała się z miesiąca na miesiąc, idąc w parze z mizernymi wynikami, jakie osiągali na boiskach Championship piłkarze Czarnych Kotów. Coleman, od którego oczekiwano o wiele więcej, zdołał wygrać zaledwie 5 z 28 meczów ligowych. Po pechowej porażce na własnym stadionie z Burton Albion dla Sunderlandu nie było już ratunku. Klub musiał się pogodzić z kolejną wizją spadku. Coleman został zwolniony, a Sunderland wkrótce miał trafić w nowe ręce. 

ERA DONALDA, METHVENA I ROSSA

Jeszcze w kwietniu 2018 roku Ellis Short po spłaceniu dlugów, zdecydował się na sprzedaż Sunderlandu. Klub trafił w ręce konsorcjum, którego głównymi udziałowcami byli Stewart Donald i Charlie Methven. Pierwszy z nich miał już pewne doświadczenie w prowadzeniu klubu piłkarskiego, inwestując wcześniej swój majątek w Eastleigh FC i Oxford United. Drugi, ekscentryk traktujący wszystkich z góry, skupiający się wyłącznie na finansach, starał sie wprowadzić w klubie model korporacyjny. Ich pierwszą decyzją było zatrudnienie na stanowisku menedżera Jacka Rossa, który pracował do tej pory w St.Mirren. Przed Szkotem postawiony został jasno określony cel – bezpośredni awans do Championship. Klub spadając z roku na rok na trzeci poziom rozgrywek notował olbrzymie straty finansowe, na które dłużej nie mógł sobie pozwolić. Zatrudnienie Rossa spotkało się z ogólną aprobatą zarówno wśród fanów, jak i środowiska piłkarskiego w Anglii. Szkocki menedżer zaczął naprawdę dobrze, zwyciężając w czterech z pięciu meczów League One. Pierwsza porażka przyszła dopiero w ósmej kolejce. Lepszy okazał się być ponownie Burton Albion. Co prawda w pucharach Sunderland odpadał dosyć szybko, ale awansował jednocześnie do finału EFL Trophy, w którym musiał uznać wyższość Portsmouth FC. Po zaciętym meczu i wyrównującym golu McGeady’ego w ostatniej minucie dogrywki, Sunderland ostatecznie przegrał 6-7 w rzutach karnych. Na londyńskim Wembley zebrało się tego dnia ponad 85 tysięcy widzów.

Fani Czarnych Kotów znani są w Anglii ze swojego fanatycznego podejścia i wspierania piłkarzy nawet w najgorszych momentach. Region, z którego pochodzą nie jest najbogatszym w kraju, a piłka nożna pomaga choć na chwilę zapomnieć o problemach dnia codziennego. Przekonać się o tym mogliśmy, oglądając wyprodukowaną przez Netflix serię, zatytułowaną „Sunderland ‘till I die”. Mimo porażki w finale, do końca sezonu pozostało jeszcze kilka ważnych gier, a Sunderland oscylował wokół 4-5 miejsca w tabeli. Niestety, mimo dobrej gry i postawy zespołu, klub ze Stadium of Light zakończył zmagania ligowe na piątym miejscu, umożliwiającym grę w play offach o awans do Championship. W półfinałach podopieczni Jacka Rossa trafili właśnie na Portsmouth. Mieli więc idealną okazję, by zrewanżować się za niedawną porażkę na Wembley. W pierwszym meczu, po bramce Chrisa Maguire’a gospodarze wygrali 1-0. W rewanżu na Fratton Park, mimo nerwowej końcówki i emocji do ostatniego gwizdka, mecz zakończył się bezbramkowym remisem, oznaczającym dla Sunderlandu awans do finału baraży. W najważniejszym meczu sezonu Sunderlandowi przyszło sie mierzyć z Charlton Athletic. Lepiej w to spotkanie weszli piłkarze z północy Anglii, obejmując prowadzenie już po pięciu minutach po kuriozalnym nieporozumieniu z bramkarzem i samobójczym trafieniu Naby Sarra. Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze z Londynu doprowadzili do remisu. Defensywa Sunderlandu rozstała „rozklepana” przez Joe Aribo i Lee Taylora, a po wstrzeleniu piłki ze skraju pola karnego Ben Purrington z najbliższej odległości wyrównał na 1-1. I kiedy wydawało się, że nic już się nie wydarzy w tym meczu, w czwartej minucie doliczonego czasu gry po serii błędów w defensywie Sunderland stracił bramkę, która zaważyła o losach awansu. De ja vu. Już w poprzednim sezonie ich zmorą były głupio tracone gole w końcowej fazie spotkania. Nie inaczej było tym razem. Po długiej, ciężkiej batalii, walki do samego końca i ostatecznie dwóch przegranych finałach, Sunderland po raz kolejny zawiódł swoich kibiców, a cel postawiony przez zarząd przed rozpoczęciem sezonu nie został zrealizowany. Mimo tego, tym razem włodarze ze Stadium of Light nie dokonali żadnych nerwowych ruchów, a Jack Ross zachował posadę menedżera zespołu.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI, INDOLENCJA ZARZĄDU I PRESJA ZE STRONY KIBICÓW

Po nieudanej próbie awansu i dwóch porażkach w najważniejszych meczach sezonu, kibice Sunderland domagali się coraz głośniej daleko idących zmian, włącznie ze sprzedażą ich ukochanego klubu. Za niepowodzenia w poprzedniej kampanii winili głównie Stewarta Donalda. Głównymi zarzutami kierowanymi wobec niego była nieumiejętność w prowadzeniu klubu piłkarskiego i nieudolność na rynku transferowym. Najlepszym podsumowaniem jego nieznajomości branży było desperackie sprowadzenie do klubu Willa Grigga w styczniowym oknie transferowym. Mimo podpowiedzi ze strony współpracowników, w tym szefa działu skautingu, Donald zdecydował się zapłacić za 27-letniego wtedy piłkarza Wigan kwotę 3 milionów funtów. Oczywiście północnoirlandzki napastnik nie był wart nawet połowy tej sumy. Życie szybko zweryfikowało jego umiejętności. W dwudziestu ligowych meczach Grigg był w stanie tylko raz pokonać bramkarzy rywali. Jednego gola dorzucił także w meczu EFL Cup przeciwko Grimsby Town. Szybko zdano sobie sprawę, że jego transfer to jedno wielkie nieporozumienie. Mimo to, piłkarz został w Sunderlandzie na kolejny sezon. I tu bez większych niespodzianek. W rozgrywkach League One przebywał na boisku zaledwie 374 minuty. W styczniu, bez żalu wypożyczono go do MK Dons, gdzie w debiucie strzelił dwa gole w meczu z Rochdale. Przez cztery miesiące rozegrał tam łącznie 13 spotkań, zdobywając tylko 3 bramki. Kontrakt z Sunderlandem wiąże go do maja 2022 roku. Jeśli nagle nie zacznie seryjnie zdobywać bramek, ciężko będzie na nim zarobić jakiekolwiek poważne pieniądze. 

Sympatycy drużyny ze Stadium of Light od początku krytykowali aspekt finansowy towarzyszący transferowi Grigga. Stewart Donald przed rozpoczęciem sezonu 19/20 był zdecydowanie bardziej ostrożny i nie podejmował już desperackich kroków podczas letniego okna transferowego. Jednocześnie nie ukrywał, że jeśli tylko pojawi się zadowalająca oferta, odda klub w ręce nowego inwestora. Presję na nim coraz częściej wywierały grupy stowarzyszenia kibiców. Menedżer Jack Ross pogodził się z faktem, że ewentualne wzmocnienia pierwszej drużyny muszą się zmieścić w ściśle określonym budżecie. Do klubu trafiali więc głównie piłkarze dostępni z wolnego transferu, tacy jak Conor McLaughlin, Joel Lynch, Lee Burge i Kyle Lafferty

Mimo ograniczonych możliwości sezon 19/20 zaczął się całkiem udanie. Sunderland w pierwszych pięciu meczach ligowych zdobył 11 punktów. Co prawda zajmował w tamtym momencie dopiero szóste miejsce, ale w tabeli ligowej panował ogromny ścisk a różnice między pierwszym a dziesiątym miejscem były minimalne. Potem przyszły dwie niespodziewane porażki z Peterborough i Burton Albion. Nic nie wskazywało wtedy, że przygoda Jacka Rossa z klubem może się wkrótce zakończyć. Tymczasem po meczu jedenastej kolejki z Lincoln City, przegranym przez Sunderland 0-2, Szkot został zwolniony. Szokująca decyzja, tym bardziej zważywszy na to, że była to dopiero trzecia ligowa porażka, a Czarne Koty zajmowały piątą pozycję w tabeli League One. Jack Ross podczas pobytu na Stadium of Light wykonał kawał dobrej roboty, a w wielu przypadkach mógł mówić o zwyczajnym braku szczęścia. Nie uchroniło go to jednak przed utratą posady, którą sprawował przez okres 501 dni. Ross poprowadził Sunderland łącznie w 76 meczach, a jego bilans to 40 zwycięstw, 25 remisów i 11 porażek. Średnia punktów wynosząca 1.91 na mecz również robi wrażenie. 

PRZEJĘCIE STERÓW PRZEZ PHILA PARKINSONA I PRZEDWCZEŚNIE ZAKOŃCZONE ROZGRYWKI

W miejsce Jacka Rossa zatrudniony został były opiekun Bolton Wanderers – Phil Parkinson. Początek miał co najwyżej średni, ale zespół nadal zajmował miejsce w tabeli dające awans do fazy play off. Jak się później okazało, szalejąca pandemia Covid-19 spowodowała anulowanie dalszych gier i przedwczesne zakończenie sezonu. Sunderland uplasował się finalnie na dopiero ósmym miejscu, co oznaczało pozostanie w League One na kolejny rok. Decyzje władz EFL spotkały się z ogólną krytyką i niezadowoleniem, jednak protestujące kluby niewiele wskórały i ostateczny układ tabeli pozostał niezmieniony. 

Przed rozpoczęciem obecnego sezonu Sunderland, jak większość klubów League One musiał się liczyć z olbrzymią dziurą w budżecie, co jednocześnie ograniczało ich możliwości na rynku transferowym. Podobnie jak rok wcześniej, osoby odpowiedzialne w klubie za sektor finansowy sprzeciwiały się sprowadzaniu drogich w utrzymaniu piłkarzy, a zespół wzmocnili głównie zawodnicy dostępni z wolnego transferu, jak Aiden O’Brien, Remi Matthews, Bailey Wright czy Danny Graham. Ten ostatni, z powodu ciągłych problemów zdrowotnych już w styczniu bieżącego roku zdecydował się na zakończenie profesjonalnej kariery. Jedynym piłkarzem, za którego Sunderland gotów był wyłożyć jakiekolwiek pieniądze, był sprowadzony ze szkockiej Premiership Ross Stewart. Jego transfer zamknął się w granicach 400 tysięcy funtów. Dużym plusem było zatrzymanie w klubie Aidena McGeady’ego, który poprzedni sezon spędził na niezbyt udanym wypożyczeniu w Charlton Athletic. Zmiana otoczenia dobrze zrobiła jednak 33-letniemu szkockiemu skrzydłowemu, po powrocie do klubu znów jest wiodącą postacią w drużynie Czarnych Kotów.

W meczu otwarcia Sunderland tylko zremisował z Bristol Rovers na własnym stadionie, ale gra zespołu mogła napawać optymizmem. Pierwsza porażka przyszła dopiero w siódmej serii spotkań. Lepsi okazali się piłkarze Portsmouth, wywożąc cenne trzy punkty ze Stadium of Lights. Historia znów zatoczyła koło i piłkarze prowadzeni przez Parkinsona mieli niedużą stratę do pierwszych dwóch lokat premiowanych bezpośrednim awansem. Po 13 kolejkach i serii trzech meczów bez zwycięstwa, Sunderland spadł na ósme miejsce w tabeli. Mimo, że był to pierwszy, niewielki z resztą kryzys, na dywanik wezwany został Phil Parkinson. Na drugi dzień mógł powoli zabierać swoje rzeczy z gabinetu menedżera. Stuart Donald po raz kolejny udowodnił, że kierowanie klubem piłkarskim zwyczajnie go przerasta. W ciągu trzech lat Sunderland zwolnił piątego menedżera! W jego miejsce zatrudniony został dosyć nieoczekiwanie Lee Johnson. 5 grudnia zaprezentowany został oficjalnie jako nowy opiekun zespołu. W debiucie na ławce trenerskiej jego Sunderland przegrał na własnym stadionie 0-1 z Wigan. W następnych trzech meczach udało się zdobyć pięć punktów, co pozwoliło przesunąć się o dwie lokaty w górę tabeli. 19 stycznia na Stadium of Light przyjechał Plymouth. Goście okazali sie lepsi, wygrywając 2-1. O dziwo, nikt nie myślał wtedy o zwalnianiu kolejnego trenera, a przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Jak się później okazało, była to jedna z nielicznych dobrych decyzji działaczy Sunderland w ostatnich latach.

PIERWSZE OD LAT TROFEUM I ŚWIETNA PASSA TRWAJĄCA DO DZIŚ

Od momentu wspomnianej wyżej porażki z Plymouth, piłkarze prowadzeni przez Lee Johnsona przeżywają prawdziwy renesans formy. W lidze niepokonani są od 16 spotkań, co pozwoliło awansować na trzecie miejsce w tabeli. W Sunderlandzie znów uwierzono, że po latach upokorzeń i zawodów, w końcu uda się zrealizować cel i awansować do Championship. Nadzieje kibiców na lepsze jutro wzbudziła  też długo wyczekiwana zmiana warty w zarządzie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po długich i skomplikowanych negocjacjach, Stewart Donald zdecydował się w końcu sprzedać klub. Sunderland trafił w ręce francuskiego multimilionera Kyrila Louisa-Dreyfusa. W lutym bieżącego roku, po spełnieniu wszelkich warunków i zatwierdzeniu przez władze EFL, Dreyfus stał się prezesem i głównym udziałowcem angielskiego klubu. Charlie Methven, Juan Sartori oraz Stewart Donald pozostali w klubie jako mniejszościowi akcjonariusze. 

Zmiana właściciela, oczyszczona atmosfera i jasno sprecyzowana sytuacja prawna klubu wydaje się mieć znaczący wpływ na boiskowe poczynia piłkarzy Sunderlandu. Oprócz świetnej postawy w lidze i długiej serii bez porażki, do klubowej gabloty w końcu trafił długo wyczekiwany puchar. 14 marca, w rozegranym na Wembley finale Czarne Koty pokonały 1-0 Tranmere Rovers po bramce Lyndena Goocha. Dla klubu z północno-wschodniej części Anglii jest to pierwsze trofeum od 48 lat! Sunderland, który przez pięć ostatnich sezonów musiał się liczyć z upokorzeniami, w końcu może powiedzieć o sobie, że jest najlepszy. Nawet, jeśli jest to tylko EFL Trophy, przez wielu uważane w Anglii za puchar gorszego sortu.

Pierwsze od blisko pięciu dekad trofeum powinno zmotywować piłkarzy i sztab do jeszcze cięższej pracy i przyczynić się do długo wyczekiwanego awansu. Po 38 kolejkach Sunderland zajmuje trzecie miejsce w tabeli, ze stratą pięciu punktów do lidera z Hull. Piłkarze Lee Johnsona mają jednak o dwa mecze rozegrane mniej. Czołowymi graczami Sunderland FC są Max Power, Grant Leadbitter, Josh Scowen, Chris Maguire, Aiden McGeady i przede wszystkim Charlie Wyke. Anglik znajduje się w wyśmienitej formie strzeleckiej. W tym sezonie, w 36 meczach ligowych zdobył aż 22 gole. Przed piłkarzami Johnsona stoi ogromna szansa, którą powinni wykorzystać. Już dziś podejmować u siebie będą siódmy w tabeli Charlton. Trzy punkty w tym meczu mogą mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o bezpośredni awans do Championship.

KAROL KOCZTA

Cezary Wilk: Jestem bardzo zadowolony z tego, że dzięki grze w piłkę, mogłem poznać wiele interesujących miejsc, ludzi i historii.

Rozmowa z Cezarym Wilkiem umożliwiła poznanie wartościowych opinii odnoszących się do El Clasico, kariery i życia w Hiszpanii, charakterystyki poszczególnych graczy oraz podejścia dojrzałej osoby, która potrafi czerpać radość z życia. Najlepszy piłkarz, z którym dzielił szatnie? Jak kuchnia wpływa na relacje zawodników? Kto wygra El Clasico? Uroki triathlonu? To tylko część pytań, na które odpowiedział Cezary Wilk.

Czytaj dalej „Cezary Wilk: Jestem bardzo zadowolony z tego, że dzięki grze w piłkę, mogłem poznać wiele interesujących miejsc, ludzi i historii.”

Kącik ukraińskiej piłki. Historia kibica Obolonu.

Denis Stolyarchuk urodził się i żyje w Kijowie. Uwielbia piłkę nożną, a przede wszystkim chodzić na mecze swojego ukochanego zespołu. Jego ulubioną drużyną jest Obolon Kijów, choć przecież w mieście najpopularniejsze jest Dynamo, to nie pała do niego wielką sympatią.

„Mnie ten klub nie interesuje. Musi wygrać każdy mecz. Jeżeli wygra, to wszystko jest ok. Jak przegrywa, to wszyscy chcą zwolnić trenera. Obolon raz potrafi wygrać z Szachtarem na wyjedzie, by potem przegrać z drużyną z dołu tabeli. Mnie się to podoba. Do tego ten stadion Dynama. Wielki i bez duszy. Co ludzie chcą tam oglądać? Przecież wszystko jest tak daleko, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Chodziłem do młyna, jeździłem na wyjazdy Bilo- Sinych, jednak szybko mi to zbrzydło”.

Pierwszy mecz Obolonu zaliczył 3.10.2009. Pierwszy wyjazd rok później.

„Przez prawie cały pierwszy sezon chodziłem tylko na mecze domowe. Jednak zaprzyjaźniłem się z jednym dziennikarzem i on zaproponował mi przejazd klubowym busem do Lwowa na mecz z Karpatami. Było to 19.09.2010. Poważnie się wciągnąłem i od tego czasu jeżdżę już regularnie”.

Denis był już na prawie 500 meczach swojej drużyny. Do tego dołożył drugie tyle śledząc poczynania klubów z niższych lig.

„W UPL nie ma czego oglądać. Ciągle te same stadiony i miasta. Druga liga to inna sprawa. Tam są stadiony, na których jeszcze nie byłem. A ligi amatorskiej to totalna egzotyka”.

Denis zaliczył ponad 156 meczów wyjazdowych Oboloniu! Ale jak sam mówi, nie liczy tych rozgrywanych w Kijowie i okolicach.

„Narzuciłem sobie granicę 50 km. Jeżeli Obolon gra bliżej, to dla mnie nie wyjazd. Zresztą często chodzę na mecze piechotą. Dla mnie 30- 40 km nie stanowi problemu. Dlatego wszystko, co jest rozgrywane w Obwodzie Kijowskim, zaliczam do meczów domowych. Powiem szczerze, że gdy nie ma dobrych połączeń między miasteczkami i mam trochę wolnego czasu, to robię sobie spacer. Tak jak wtedy, gdy przeszedłem z Oleksandrii do Petrove 40 km. Zajęło mi to około 8 godzin. Łącznie przejechałem około 180- 200 tysięcy kilometrów”.

Bohater rozmowy tak lubi swój klub, że wakacje spędza zawsze w terminie obozów przygotowawczych Obolonu.

„Staram się nie opuszczać nawet gier kontrolnych, choć nie są one moim priorytetem. Lecę do Turcji w dzień wylotu drużyny i wracam, gdy piłkarze kończą przygotowania do rundy wiosennej. Oprócz sparingów mojego klubu oglądam mecze innych klubów, w tym 3. i 4. ligi tureckiej”.

Denis zaliczył około 143 mecze w dni robocze.

„Pracuję jako kurier. Często biorę wolne albo szukam innego pracodawcy. Mecze Obolonu są ważniejsze. Niestety przypadają często w poniedziałki i piątki. Zawsze więc uprzedzam nowego szefa o swoich planach przed podjęciem pracy”.

A teraz przechodzimy do rzeczy najciekawszej. Największy kibic Obolonu zaliczył 10 złotych sezonów. I to mimo pogrzebów w rodzinie, grania w środku tygodnia, kilkunastogodzinnych (a czasem kilkudniowych) podróży i Covida. To znaczy, że przez 10 lat nie przegapił oficjalnego meczu swojej komandy!

„Opuściłem w 2011 roku dwa mecze. Pierwszy, z Zorią w Doniecku. Nie było biletów na pociąg, a na autobus pieniędzy. Drugi to mecz z Szachtarem w tym samym mieście. Rozchorowałem się i ominęła mnie wyjazdowa wygrana, do tego to była pierwsza porażka Górników na Donbas Arenie”.

Od tego momentu Denis zaliczył ponad 300 meczów z rzędu!

-194 gry w pierwszej lidze,

-62 w drugiej,

-36 w UPL,

-18 w pucharach,

-7 w ligach amatorskich.

Komplet, o jakim pomarzyć może każdy. Plus 169 meczów towarzyskich.

Co dalej?

„A co ma być dalej? Będę kontynuował swoją serię tak długo, jak to możliwe!”

BUCKAROO BANZAI

Bolesny upadek piłkarskiego Ikara – historia Yoanna Gourcuffa

„Miał być Zidane, a wyszedł ci Gourcuff” rapował Kaz Bałagane w utworze „Fortaleza”. Yoann Gourcuff był najlepszym piłkarzem Ligue 1, tryumfatorem Ligi Mistrzów, uczestnikiem mundialu, a przede wszystkim niedoszłym następcą Zinedine’a Zidane’a w reprezentacji Francji. Wydawało się, że jest piłkarskim Midasem, który zamienia wszystko, czego się dotknie w złoto. Po kilku latach okazało się jednak, że z postaci mitologicznych znacznie bliżej było mu do Ikara…

Yoann Gourcuff urodził się 11 lipca 1986 roku w Ploemeur, niewielkiej miejscowości we wschodniej Francji. Jest synem Christiana Gourcuffa, byłego piłkarza i zawodowego trenera. To właśnie ojciec wprowadził do go świata sportu. Co ciekawe, pokazał on synowi nie tylko zieloną murawę, ale również… kort tenisowy. Yoann wybrał futbol, choć tenisistą był całkiem niezłym. W 1998 roku wystartował nawet w turnieju Super 12 Auray Open, którego zwycięzcą został młody Rafael Nadal.

Praktyka na korcie opłaciła się. W przełomowym momencie kariery każde podanie Yoanna wyglądało jak forehand Rogera Federera, a każdy strzał był mocny i dokładny niczym serwis Johna Isnera. Nie bez przyczyny Gourcuff bardzo szybko przebił się do pierwszej drużyny Rennes. Co prawda drużynę trenował wówczas jego ojciec, ale nikt nie mógł młodemu pomocnikowi zarzucić, że gra tylko za nazwisko. Nie był również wpychany do składu na siłę. Jego rozwój przebiegał stopniowo, w należytym tempie. W pierwszym sezonie w barwach „Les Rouges et Noirs” rozegrał zaledwie 9 ligowych spotkań. Rok później spotkań tych było już 21, a w sezonie 05/06 uzbierał aż 36 występów na boiskach Ligue 1. Ledwie otworzyło się okienko transferowe, a na stole leżały już oferty Ajaksu, czy Arsenalu, ale rywalizację o podpis „nowego Zidane’a” wygrał ostatecznie AC Milan.

W Mediolanie Francuz spędził dwa sezony. Dwa skrajnie różne sezony. Pierwszy był dla niego świetny, drugi natomiast zakończył się klapą. Średnia liczba minut, które spędził na boiskach Serie A, z roku na rok zmniejszyła się aż o połowę. Na osłodę została mu jedynie Liga Mistrzów, zdobyta w poprzednim sezonie w barwach Milanu. Niestety, z nią też wiąże się pewna nieprzyjemna historia. Gourcuff obejrzał finał z trybun, nie znalazł się nawet w 18 meczowej Rossonerich, choć wcześniej rozegrał w ich barwach 21 ligowych spotkań. Najlepszą opcją dla niego wydawało się wypożyczenie, najlepiej do Ligi, w której czuł się zdecydowanie najlepiej, czyli Ligue 1. Ostatecznie trafił do Bordeaux – klubu, dzięki któremu zyskał międzynarodową sławę.

ROK, KTÓRY ZMIENIŁ MOJE ŻYCIE

Sezon 08/09 w Ligue 1 może nam się kojarzyć z dwiema rzeczami. Po pierwsze, z 14 bramkami Ireneusza Jelenia dla Auxerre, a po drugie z niesamowitym Yoannem Gourcuffem, prowadzącym swoje Bordeaux do tytułu mistrzowskiego. 12 bramek i 11 asyst w jednym sezonie. Po takim wyczynie porównań do Zidane’a było już tylko więcej i więcej. Nie ma się czemu dziwić, Gourcuff naprawdę wyglądał jak legendarny Zizou. Co więcej, czasami mogło się wydawać, że w jakiś nadprzyrodzony sposób potrafił on przejmować jego umiejętności. Tak było między innymi w słynnym starciu z PSG, kiedy to Bordeaux rozgromiło Paryżan aż 4:0.

Gourcuff, raz, dwa, trzy… Gol! Wyjątkowy Yoann Gourcuff! Nowy Zidane! Cudo! Francuscy komentatorzy nie mogli w to uwierzyć. Yoann Gourcuff właśnie trzema magicznymi dotknięciami oszukał defensywę PSG, strzelając gola na 3:0 w meczu 20 kolejki francuskiej Ligue 1. W czasach gdy w Ligue 1 grają tacy magicy jak Mbappe, czy Neymar, trafienie to nadal jest uznawane za jedno z najładniejszych w historii rozgrywek.

RÓWNIA POCHYŁA

13,5 miliona euro zapłaciło Bordeaux za wykup Gourcuffa z Milanu. Drobne, patrząc przez pryzmat sezonu, który Francuz miał za sobą. Miano najlepszego piłkarza we Francji, 20 miejsce w plebiscycie „Złotej Piłki” i debiut w reprezentacji. Piłkarski Ikar jeszcze nigdy nie był aż tak blisko słońca. Niestety, z czasem już tylko tracił wysokość.

Transfer do Lyonu uczynił go najlepiej zarabiającym piłkarzem w Ligue 1. Wprost proporcjonalne do zarobków wzrosły jednak oczekiwania kibiców. Yoann nie spełnił ich nawet w najmniejszym stopniu. Tragiczny występ na mundialu (Francuzi nie wyszli z grupy, a Gourcuff został zapamiętany jedynie z dość wątpliwej czerwonej kartki przeciwko RPA), rozczarowująca forma w barwach Lyonu i rozpoczęcie niefortunnej serii kontuzji, która towarzyszłyła mu już do końca kariery. Jednym słowem, rok 2010 był najgorszy w karierze piłkarza. Przez następną dekadę był już tylko cieniem piłkarza, który doprowadził Bordeaux do mistrzostwa i stopniowo rozmieniał się na drobne w klubach takich jak Rennes, czy Dijon. Posypał się, ale źródła jego problemów należy szukać dużo wcześniej. W 2006 roku (tuż przed transfer do Milanu) otrzymał grzywnę w wysokości 2000 euro za pobicie mężczyzny pod klubem nocnym w niewielkiej miejscowości Hennebont. Już wtedy można było dostrzec pierwsze oznaki jego kruchej psychiki. A to tylko jedno z wielu dziwactw, których się dopuścił podczas trwania kariery.

7 GRZECHÓW GŁÓWNYCH – GENEZA UPADKU GOURCUFFA

1. SYNDROM ZIDANE’A

Porównania do Zidane’a towarzyszyły mu na każdym kroku. Gdy wybierał się do Włoch, wszyscy upatrywali w tym analogii do przenosin Zizou na Półwysep Apeniński. Gdy wracał do Bordeaux, każdy widział w nim nowego Zidane’a, który również napisał piękny rozdział w historii Żyrondystów. Sam Zidane często studził zapał kibiców oraz dziennikarzy. Nie raz powtarzał, że Gourcuff potrzebuje czasu i spokoju. Nawet gdy chwalił młodego pomocnika, zwracał uwagę, że to wcale nie jest takie proste. Łatkę łatwo bowiem przypiąć, a znacznie trudniej ją później odczepić. Szczególnie gdy została ona przypięta wspólnymi siłami przez większość kibiców we Francji.

2. KRUCHA PSYCHIKA

W reprezentacji trzymał się tylko z Hugo Llorisem, który podobnie jak on jest osobą dość cichą i wyważoną. Jego relacje z nieco bardziej śmiałymi kolegami z zespołu praktycznie nie istniały. Co więcej, selekcjoner reprezentacji Francji – Raymond Domenech twierdził, że gdy tylko Franck Ribery spoglądał w szatni na Gourcuffa, widział w jego oczach nienawiść.

3. PODATNOŚĆ NA KONTUZJE

Futbol zna wiele przypadków dziwnych kontuzji. David James doznał urazu pleców, sięgając po pilot do telewizora, a znany z serii brutalnych fauli Norweg Svein Grondalen musiał opuścić kilka spotkań ze względu na zderzenie z łosiem podczas porannej przebieżki. Najbardziej znanym jest oczywiście przypadek bramkarza reprezentacji Hiszpanii – Santiago Canizaresa, który ominął mundial w 2002 roku przez to, że upuścił butelkę wody po goleniu na stopę. Ich przypadki są jednak niczym przy urazach, jakich potrafił doznać Gourcuff podczas pobytu w Lyonie.

Urazy przychodziły do niego w najbardziej nieoczekiwanych momentach. Raz doznał kontuzji podczas zbijania piątek po zdobytej bramce, innym razem podczas spaceru z psem. Do najdziwniejszej sytuacji doszło jednak podczas spotkania z Niceą. Miał wejść na ostatnie 15 minut meczu, ale nawet to go przerosło. W pewnym momencie spotkania Francuz zderzył się ze swoim kolegą z zespołu tuż po oddaniu strzału na bramkę rywali. Z pozoru zwykła boiskowa sytuacja, nic nadzwyczajnego. Dla Yoanna był to jednak wystarczający powód, aby opuścić boisko bez zgody trenera. Skarżąc się na ból, zszedł z boiska i udał się do szatni. Ówczesny szkoleniowiec Lyonu – Hubert Fournier, nie mógł w to uwierzyć. Minęło kilka minut, zanim się otrząsnął i poprosił Mohameda Yattarę o wejście na boisko w miejsce rzekomo kontuzjowanego kolegi z zespołu.

4. LENISTWO

„Gourcuff był w błędzie. Jego największym problemem było pozaboiskowe zachowanie. Nie miał ochoty uczyć się włoskiego, prawie w ogóle się nie angażował. Dużo mniej utalentowani zawodnicy zapracowali sobie na szacunek grupy, a on stał się dla nas obcy i musiał opuścić Milan mimo swoich umiejętności” – tymi słowami Paolo Maldini opisał przygodę Gourcuffa z Calcio. Trafił w punkt, chociaż zarówno sam zainteresowany, jak i jego ojciec zaprzeczali słowom wypowiedzianym przez legendę Rossonerich. I tu przechodzimy do kolejnego punktu…

5. NADOPIEKUŃCZOŚĆ

Francuz nie potrafił przyjąć do siebie krytyki. Często tłumaczył go ojciec, a on sam nie widział nic złego w swoim zachowaniu. Co tu dużo mówić, był rozpieszczony. Z biegiem lat stało się to coraz bardziej uciążliwe. Szczególnie gdy dostał się do dorosłej reprezentacji Francji.

6. ODMIENNOŚĆ

Gourcuff nienawidził sławy. Gdy był proszony do pomeczowego wywiadu, rzadko kiedy patrzył dziennikarzom w oczy. Wodził wzrokiem, najczęściej kierując spojrzenia na obuwie reporterów. Jego agent powiedział kiedyś, że Yoann nie trawił otoczki związanej z futbolem. Był zakochany w kopaniu piłki, a nie podpisywaniu autografów.

7. KONFLIKTOWOŚĆ

Jedni mówili, że był pretensjonalny, drudzy nie lubili jego stylu bycia. Jeszcze inni uważali, że zbyt często zrzuca winę na kolegów z zespołu i wynosi do mediów informacje z szatni. Taką wizytówkę wystawił sobie Yoann przez dobrych kilka lat występów dla kadry narodowej. Mało kto go akceptował, a co dopiero lubił. Nic dziwnego, że z czasem między nim a resztą zespołu zaczęło dochodzić do coraz częstszych utarczek słownych. Fani trójkolorowych z pewnością pamiętają jego spór z Franckiem Riberym oraz Nicolasem Anelką. Yoann oskarżył ich o boiskową arogancję i celowe unikanie podań w jego stronę. Mało kto brał tego typu zarzuty na poważnie.

Mieliśmy go zapamiętać jako nowego Zidane’a, tymczasem w pamięci wielu fanów zostały jedynie jego dziwne wybryki. Życie piłkarza bywa przewrotne, czasami karierę można wygrać na boisku, by po chwili przegrać ją w głowie.

MACIEJ SZEŁĘGA

Była nadzieja Juventusu gwiazdą Paryżan. Dorastanie Moise Keana wśród najlepszych

W 2016 roku, kiedy Moise Kean wchodząc na boisko w meczu z Pescarą stawał się najmłodszym debiutantem w historii Juventusu, wielu już chrzczciło go na przyszłość Starej Damy. Miał dorastać w Turynie pod okiem najlepszych, a z czasem zostać centralną postacią projektu na następne lata. Jednak po zakończeniu ery Allegriego, upadła także nadzieja kibiców wobec młodego Włocha, ponieważ ten postanowił opuścić półwysep Apeniński. Dzisiaj jest jedną z ważniejszych postaci PSG i jak sam zapowiada – ma nadzieję, że zostanie w Paryżu na dłużej.

ROZSTANIE Z JUVENTUSEM

„Najmłodszy piłkarz w historii Juventusu”, „Pierwszy zawodnik urodzony w XXI wieku z debiutem w Lidze Mistrzów”, „Pierwszy zawodnik urodzony w XXI wieku z debiutem w reprezentacji Włoch” – tak wygląda kilka tytułów, które osiągnął piłkarz sprowadzony w 2011 roku do akademii Bianconerich z lokalnego rywala, Torino. Robił postępy w ekspresowym tempie, a w klubie co raz więcej osób wierzyło, że kiedyś zadebiutuje w pierwszej drużynie. Po 5 latach, 2016 roku zmieniając w 84 minucie meczu z Pescarą Mario Mandzukicia niektórzy byli już wręcz przekonani, że zostanie gwiazdą ówczesnego mistrza Włoch.

W 2017 roku po przedłużeniu kontraktu z Juventusem do 2020 roku został wypożyczony do Hellasu Verona, aby zebrać doświadczenie i ograć się na profesjonalnym poziomie. Ruch ten okazał się bardzo dobrą decyzją, ponieważ po powrocie do Turynu widać było po nim większą pewność siebie i zdecydowanie. Nie był to już zwykły dzieciak, którego trzeba jeszcze wprowadzać do seniorskiej piłki, tylko pełnoprawny, pewny piłkarz najlepszej włoskiej drużyny. W całym sezonie 2018/19 rozegrał 17 spotkań, zdobywając w nich 7 bramek, co było świetnym wynikiem, zważając na to, że był to jego pierwszy poważny sezon w barwach Bianconerich.

Jak się później okazało – dotychczas ostatni. W niedawnym wywiadzie opublikowanym lutego tego roku dla „FootballItalia” brat Moise ujawnił, że odejście Keana z Turynu spowodowane było zmianą trenera. Włoski napastnik ufał Allegriemu, jednak po przyjściu Sarriego ten dał mu sygnał, że nie bierze go pod uwagę w swoim projekcie. Piłkarz nie zamierzał być rezerwową opcją w klubie, więc zakomunikował, że chcę odejść, a w przeciwnym wypadku nie przedłuży wygasającego za rok kontraktu. Bianconeri byli zmuszeni więc wystawić go na listę transferową.

PORÓWNANIA DO BALOTELLIEGO

Na początku sierpnia po kupno zgłosił się Everton, który płacąc 27 milionów euro, był przekonany, że inwestycja się opłaci. Początki w Anglii okazały się jednak trudne dla młodego Włocha. Nie emanował już taką skutecznością, jak we Włoszech, a do tego niektóre źródła podawały, że ma problemy z dyscypliną. Często spóźniał się na treningi, oraz w pełni nie wykonywał założeń narzuconych przez trenera. Doprowadziło to do fali porównań do Mario Balotelliego, który zaprzepaścił swoją karierę na rzecz głupich, niedojrzałych zachowań.

Giorgio Chiellini w maju ubiegłego roku zdementował jednak te porównania, twierdząc, że jest zupełnie inny niż Balotelli. Twierdził, że jest pracoholikiem oraz posiada wystarczająco dużą determinację, aby wykorzystać swój talent. Powiedział również, że mimo częstego zwracania mu uwagi przez liderów Juventusu, wciąż utrzymywał szacunek wobec starszej grupy. Zdanie włoskiego obrońcy podtrzymywali między innymi Theo Walcott i Yerry Mina, którzy uspokajali, że przeprowadzka w tak młodym wieku nie jest łatwa i na niektóre jego wybryki powinno się po prostu przymrużyć oko. Kolumbijczyk również twierdził, że reprezentant Włoch jest niesamowicie pracowity i wkłada wiele wysiłku, aby nad sobą pracować. Mimo niektórych sytuacji porównania do Mario Balotelliego pewnie wciąż będą się pojawiać, jednak słysząc słowa osób z jego otoczenia – aż tak nie grozi mu zaprzepaszczenie kariery.

TRANSFER DO PSG

Po kiepskim sezonie spędzonym w Evertonie Kean stracił pewność siebie i chęć walki o podstawowy skład. W ubiegłe lato było już niemal pewne, że Włoch wyjedzie z Anglii, jednak nikt nie chciał przystać na warunki transferu, które stawiali The Toffees. W opcję weszło więc wypożyczenie, na które skusiło się PSG. Francuzi po odejściu Edinsona Cavaniego i Choupo-Motinga potrzebowali zmiennika dla Mauro Icardiego i uznali, że Moise będzie idealną opcją. Tuchel, który wówczas był jeszcze trenerem Paryżan, wypowiadał się w samych superlatywach na temat transferu. Ściągając go, brał pod uwagę, że może zagrać samotnie na pozycji środkowego napastnika w formacji 4-3-3, lub w dwójce do pary z Mbappe bądź Icardim w 4-2-2, a kiedy zajdzie potrzeba – wystąpić nawet na skrzydle. Kean jest bardzo uzdolnionym technicznie i wszechstronnym zawodnikiem, co w drużynie o profilu PSG niemal zawsze się sprawdza.

Debiut we Francji przypadł na październikowe starcie z Nimes w 7 kolejce Ligue 1, kiedy to wyszedł od pierwszej minuty na pozycji centralnego napastnika, z powodu kontuzji Icardiego. Mistrzowie kraju wygrali tamto spotkanie 4:0, a Kean, chociaż nie zaliczył ani żadnej bramki, ani asysty, to pokazał, że w Paryżu będzie wartością dodatnią. Pełne 90 minut energicznie pracował na boisku oraz stwarzał miejsce i sytuacje schodzącym ze skrzydeł Mbappe i Sanabrii. Na pierwsze trafienie nie trzeba było długo czekać, ponieważ już w następnej kolejce w starciu z Dijon zaliczył dublet, a w środku tygodnia strzelił wszystkie bramki w wygranym 2:0 meczu Ligi Mistrzów z Basaksehirem. Po równym miesiącu od debiutu miał na koncie 5 bramek i asystę w 7 meczach, co już wtedy zaczęło skłaniać do dyskusji, czy PSG powinno go wykupić. Na dzień dzisiejszy w 30 spotkaniach zdobył 15 trafień, co czyni go drugim najlepszym strzelcem w drużynie mistrzów Francji (pierwszy Mbappe 30 bramek).

CHĘĆ POZOSTANIA WE FRANCJI

Kean, póki co jest jedynie wypożyczony do PSG, ale przy obecnej dyspozycji nieuniknione, że Francuzi zdecydują się na wykupienie na stałe Włocha. Piłkarz sam twierdzi, że nie czuję w tym momencie potrzeby zmiany otoczenia, ponieważ w Paryżu rozwija się świetnie. W tym momencie ciężko byłoby mu znaleźć klub takiej klasy, w którym byłby w stanie grać z taką regularnością, jak obecnie. W wywiadzie dla oficjalnej strony Ligue 1 zdradził, że możliwość trenowania z wielkimi piłkarzami jest najlepszą możliwą opcją, jaka może się przytrafić młodemu piłkarzowi. Ciężko znaleźć grono zawodników, od których piłkarz nastawiony na techniczną grę bardziej się czegoś nauczy, niż od Neymara, Mbappe czy Verrattiego.

Kean nie miał zbyt wiele czasu, aby zapoznać się dokładnie z drużyną, ponieważ przyszedł już w trakcie sezonu, ale znajomość języka francuskiego znacznie przyśpieszyła ten proces. Rodzina Moise pochodzi w Wybrzeża Kości Słoniowej i mieszkając we Włoszech, ciągle rozmawiali w rodzimym języku. Sam piłkarz chcę zostać w Paryżu, ale sprawa definitywnego przejścia nie jest wciąż pewna. Carlo Ancelotti nie ma zamiaru trzymać go na siłę w Evertonie, ale twierdzi, że najpierw musi wpłynąć korzystna oferta. PSG Talk podaje, że The Toffees oczekują przynajmniej 50 milionów euro, a PSG nie chcę wejść powyżej 35 mln euro. W ostatnim czasie zaczęły pojawiać się także informacje, jakoby Juventus miał wykorzystać tę sytuację i ściągnąć Moise z powrotem do siebie. Sytuacja jest dość skomplikowana, ale Kean obecnym sezonem udowodnił, że ciągle jest jednym z większych talentów w Europie.

MATEUSZ PEREK

Kolejka na trampolinę. Kto w najbliższej przyszłości wybije się w Red Bull Salzburg?

Obecny mistrz Austrii jest wypchany po brzegi utalentowanymi zawodnikami. Prawdopodobnie mogliby oni wystawiać co mecz skład z samymi zawodnikami U21, a i tak byliby zamieszani w walkę o mistrzostwo. W ostatnich latach z klubu wylatywali Dayot Upamecano, Erling Haaland, Naby Keita, Dominik Szoboszlai czy Sadio Mane. Obecnie do wyjazdu przygotowany jest Patson Daka – kolejne gole służą bardziej wywindowaniu ceny wywoławczej niż ściągnięciu zainteresowania wielkich klubów. Od dawna swoje wysokie umiejętności potwierdza również Mergim Berisha. Pozostaje więc zadać pytanie. Kto następny? Kim będą kolejni następcy wszystkich wymienionych wyżej przeze mnie zawodników? Po odpowiedź zapraszam do lektury tekstu!

SEKOU KOITA

Kozak. Po prostu kozak. Nadpiłkarz wręcz. Jeśli 21-latek nie zostanie sprzedany przez Salzburg już tego lata, winą będzie mógł obarczyć trzymiesięczne zawieszenie za niedozwolone substancje (doping). Jak twierdzi sam zainteresowany, podał mu je lekarz kadry Mali tuż przed meczem z Namibią, bowiem ich stadion znajdował się 1 655 metrów nad poziomem morza. Kiedy jeszcze mógł grać, Koita pokazywał, że jest niezwykle uzdolnionym piłkarzem. Rozegrał 1650 minut we wszystkich rozgrywkach, w których trakcie strzelił 17 goli i dołożył do tego 6 asyst. Oznacza to, że miał udział przy bramce co 71 minut! Kosmiczne liczby. Jeśli nic nie pójdzie źle, w przyszłym sezonie dalej będzie kluczowym napastnikiem Salzburga. Dłużej niż rok Koita w Austrii nie zabaluje, gdyż, podobnie jak Haaland czy Daka, jest po prostu na to za dobry.

BRENDEN AARONSON

Jankesi w Europie długo byli traktowani jak swego rodzaju dziwacy – mówili na piłkę nożną „soccer”, gdy dla wszystkich to był i jest „football”. Warto też przy tym wspomnieć, że umiejętności reprezentantów USA nie były najwyższe, co pokazały, chociażby kwalifikacje do Mundialu w Rosji – gdzie w grupie eliminacyjnej skończyli za Hondurasem czy Panamą. Trzy lata to jednak szmat czasu i dziś piłkarze ze Stanów Zjednoczonych są jednymi z najbardziej obiecujących zawodników na świecie. Salzburg o tym wie, choć pierwszego Amerykanina w historii klubu obsadzili w dużo ważniejszej roli – trenera. Na piłkarza tej narodowości trzeba było czekać do stycznia tego roku, ale fani Byków nie mają na co narzekać. Brenden Aaronson rozegrał na ten moment 15 spotkań we wszystkich rozgrywkach, zdobywając trzy bramki i notując trzy asysty. Całkiem nieźle jak na ofensywnego pomocnika. Dodatkowo warto wspomnieć, że jego transfer to była nie tyle promocja, ile kradzież – mistrz Austrii zapłacił za niego niespełna sześć milionów euro, zapewniając Philadelphii spory procent od następnego transferu.

KARIM ADEYEMI

Gdy trafiał do Salzburga miał zaledwie 16 lat. Z miejsca został wysłany do rezerw, gdzie błyskawicznie wywalczył sobie miejsce w podstawowej XI. W ciągu dwóch sezonów stał się gwiazdą 2. Ligi, strzelając 15 bramek i dokładając do tego osiem asyst – większość z tych liczb uzyskał przed ukończeniem 18. roku życia! Do pierwszej drużyny też wszedł z buta – zagrał całą drugą połowę 1/16 Ligi Europy przeciwko Eintrachtowi Frankfurt. W Bundeslidze pełnił rolę rezerwowego, ale i tak udało mu się strzelić gola i uzyskać dwie asysty. Obecnie również pełni tę funkcję, choć wchodził na boisko nie tylko w spotkaniach ligowych, ale również tych pucharowych – rozegrał 50 minut w fazie grupowej Ligi Mistrzów oraz 59 minut w 1/16 Ligi Europy. W tym sezonie, we wszystkich rozgrywkach ma cztery gole i cztery asysty – co pokazuje, jak bardzo wszechstronnym napastnikiem jest młody Niemiec. Kto wie, może to on w przyszłym sezonie będzie tworzył zabójczy duet z Sekou Koitą?

MOHAMED CAMARA

O defensywnych pomocnikach, z racji ich pozycji, nie mówi się tak często, jak o tych bardziej ofensywnych zawodnikach. Mohamed Camara wpisuje się w ten trend, jednak Jesse Marsch doskonale zdaje sobie sprawę z jego wartości. Malijczyk jest kluczowy przy budowaniu ataku od defensywy, stanowiąc łącze pomiędzy obrońcami a wyżej ustawionymi zawodnikami. Ma niesamowite czucie przestrzeni i widzi wszystko, co się dzieje na boisku, często z niczego posyła długie piłki, przyśpieszając znacząco akcję. Wiele osób, które go oglądają, porównują jego sposób gry do tego, jak prezentował się w swoim prime Sergio Busquets. Kto wie, czy nie miałby już paru asyst na koncie, gdyby nie feralna sytuacja z dopingiem, za którą, tak samo, jak opisany wyżej Sekou Koita, został ukarany trzymiesięczną dyskwalifikacją. Na pewno zobaczymy go w przyszłym sezonie na boisku jeszcze więcej!

NOAH OKAFOR

Minął już rok od rekordowego (11 mln euro) transferu 1-krotnego reprezentanta Szwajcarii do Salzburga. Ruch ten można określić jako zdecydowanie trafiony. 21 występów w Bundeslidze, siedem bramek, dwie asysty i udział przy bramce co 125 minut. Bardzo dobre statystyki, patrząc na to, że Noah często przesiadywał na ławce rezerwowych. Jego rozwój obecnie zahamowało naderwanie włókna mięśniowego. Początkowo miał pauzować jedynie trzy tygodnie. Było to… dwa miesiące temu. Ciężko stwierdzić, czy zobaczymy jeszcze Szwajcara w tym sezonie na boisku. Ten prawy pomocnik zdążył pokazać, że ma niesamowite umiejętności i instynkt do strzelania goli. Obyśmy oglądali go jak najdłużej.

BENJAMIN ŠEŠKO

Urodzony w 2003 roku Słoweniec nie jest jeszcze gorącym nazwiskiem na rynku. Słowo „jeszcze” warto jednak podkreślić, bo jeśli jego rozwój będzie przebiegał tak dobrze, jak dotychczas, to wkrótce będzie czołowym napastnikiem austriackiej Bundesligi. W samym Salzburgu się na tę chwilę nie nagrał – swój trzyminutowy debiut zaliczył pod sam koniec stycznia i od tamtej pory nie pojawił się na boisku w koszulce Salzburga. Benjamin jest jednak kluczowym zawodnikiem rezerw swojego macierzystego klubu – drugoligowego FC Liefering. Mierzący 194 centymetry Słoweniec rozegrał na tym poziomie 18 spotkań, strzelając sześć bramek i zaliczając dwie asysty. Goli powinien mieć znacznie więcej, ale wykończenie to jedna z głównych umiejętności, które musi poprawić (według totalfootballanalysis.com zdobywa 0,24 bramki z 0,4 xG na 90 minut). Świetnie czuje się również w polu karnym (2.25 strzałów i 4.59 kontaktów z piłką w szesnastce na 90 minut). Šeško na szczęście ma dużo czasu na poprawę swojej gry, gdyż jest on dopiero na początku przygody z wielką piłką.

ADAMU CHUKWUBUIKE

Austriak z nigeryjskimi korzeniami jest w tym zestawieniu wyjątkowy. Jako jedyny nie gra obecnie ani w Tipico Bundeslidze, ani w 2. Lidze. Gdzie więc przebywa? Jest wypożyczony do St. Gallen, grającego obecnie w Super League – najwyższej klasie rozgrywkowej w Szwajcarii. Znajduje się tam stosunkowo niedługo, bo niepełne dwa miesiące. Tym bardziej imponuje fakt, że 19-latek w sześciu spotkaniach dwukrotnie już pokonywał bramkarzy rywali. Oczywiście nie trafił do Szwajcarii w połowie roku za ładne oczy. Wypożyczenie było wynikiem wyśmienitej formy, w jakiej Adamu się znajdował przez jesienną rundę 2. Ligi. W trakcie 13 meczów strzelił siedem bramek (i do dzisiaj jest liderem Liefering w klasyfikacji strzelców) oraz zdobył pięć asyst (jest ex aqueo drugi z Mauritsem Kjaergaardem w tym aspekcie). Chukwubuike ciągle czeka na debiut w Bundeslidze. Kto wie, czy nie doczeka się go już za sezon?

MAURITS KJAERGAARD

Młodzieżowy reprezentant Danii rozgrywa w Austrii swój drugi sezon i trzeba powiedzieć, że świetnie sobie radzi. Do pierwszej jedenastki Liefering zaczął się łapać dopiero pod koniec rozgrywek. Mimo tego, w 2. Lidze wystąpił już 32 razy, notując pięć trafień i dokładając do tego siedem asyst. Całkiem niezłe liczby, patrząc na to, że 17-latek jest nominalnie środkowym pomocnikiem. Jego bardzo dobra forma została nawet zauważona przez trenera Salzburga, gdyż Maurits doczekał się debiutu w Bundeslidze – 22 minuty w meczu z wymagającym rywalem, jakim jest Sturm Graz, to całkiem niezłe osiągnięcie.

Mistrz Turcji jedną nogą w drugiej lidze. Klub wspierany przez prezydenta kraju może podzielić los Juventusu, Milanu, Manchesteru City, Herfolge i 1. FC Nurnberg.

Co łączy wyżej wymienione kluby? Oprócz podobieństw czysto piłkarskich, czy możliwości sportowych, przynajmniej w przypadku pierwszych trzech, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Wszystkie mają w swej historii niechlubne osiągnięcie w postaci spadku do drugiej ligi, będąc aktualnym mistrzem kraju. W przypadku Milanu i Juventusu było to konsekwencją wybuchu afer korupcyjnych i skończyło się karną degradacją o klasę niżej. Herfolge i Nurnberg z kolei okazały się po prostu niewystarczająco silne, notując fatalny w skutkach regres formy sportowej. Do ich grona dołączyć może wkrótce aktualny mistrz Turcji – Istanbul Basaksehir FK. Piłkarze znad Bosforu znajdują się tuż nad strefą spadkową Tureckiej Superligi i do końca sezonu nie mogą być pewni swojej przyszłości.

POWRÓT DO KORZENI, SPRAWIEDLIWOŚĆ I ROZWÓJ W TLE

Instanbul Basaksehir to dosyć młody klub na piłkarskiej mapie Turcji. Pod obecną nazwą funkcjonuje oficjalnie od czwartego czerwca 2014 roku, powstał w wyniku restrukturyzacji właścicielskiej. Korzenie klubu sięgają 1990 roku. To wtedy, po fuzji trzech robotniczych klubów utworzony został przez ówczesnego burmistrza Stambułu Istanbul Buyuksehir Belediyespor. Wielosekcyjny klub finansowany z pieniędzy publicznych. W sezonie 92/93 IBB świętował pierwszy w historii awans na zaplecze Superligi. Dwa sezony później spadł do III ligi, by po roku znów awansować na drugi poziom rozgrywek. W sezonie 06/07 klub uzyskal historyczny awans do tureckiej Superligi.

W pierwszym sezonie Basaksehir zajął bezpieczne, 12. miejsce w tabeli. Swoje mecze klub rozgrywał wówczas na stadionie Ataturka w Stambule. W sezonie 10/11 Istanbul awansował do finału Pucharu Turcji, przegrywając jednak w rzutach karnych z lokalnym rywalem – Besiktasem. W regulaminowym czasie gry padł wynik 2-2. Wiosną 2014 roku klub zerwał wszelkie powiązania z miastem, co łączyło się z daleko idącymi zmianami, jak restrukturyzacja czy przyjęcie nowej oficjalnej nazwy – Istanbul Basaksehir Futbol Kulubu. Już wtedy klub coraz częściej łączony był z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. Związki z polityką znaleźć można także wśród ludzi bezpośrednio zarządzającymi klubem. Prezes Goksel Gumusdag to członek partii AKP, której nazwę przetłumaczyć można jako Partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Barwy klubu również odpowiadają barwom tej organizacji politycznej. Co więcej, prywatnie Gumusdag jest powinowatym żony Prezydenta Turcji.

MEGALOMANIA W POMARAŃCZOWO-NIEBIESKO-BIAŁYCH BARWACH I UPRAGNIONY TYTUŁ

Recep Erdogan od początków istnienia Basaksehiru nie ukrywał czynnego wspierania klubu i stał się niejako symbolem aktualnego mistrza Turcji. W dniu otwarcia nowego stadionu – Fathim Terim Stadyumu – wystąpił nawet w pokazowym meczu jednocześnie strzelając trzy bramki! W meczu tym udział wziął również jego syn Bilal. Erdogan znany jest ze swoich konserwatywnych poglądów i megalomanii. Jego głównym założeniem jest rywalizacja z najbardziej utytułowanymi lokalnymi rywalami z Galatasaray, Fenerbahce i Besiktasu. Klub, w który inwestują firmy takie jak Burger King, DenizBank czy Turkish Airlines wpompował w ostatnich latach setki milionów euro w zagranicznych piłkarzy oraz infrastrukturę. I nie są to bynajmniej piłkarze mało znani. W tureckim klubie w ciągu ostatnich paru lat występowali tacy zawodnicy jak Emre Belozoglu, Robinho, Gael Clichy, Emmanuel Adebayor, Semih Senturk, Eljero Elia, Martin Skrtel czy Pierre Webo. Istanbul Basaksehir to klub wielu kontrastów. Z jednej strony ogromne pieniądze i poważni politycy w tle, z drugiej niewielka liczba kibiców i brak tradycji czysto piłkarskich. Mimo to, klub w poprzednim sezonie po raz pierwszy w historii sięgnął po tytuł mistrza Turcji, na finiszu rozgrywek o cztery punkty wyprzedzając drugi w tabeli Trabzonspor. Za ojca sukcesu uznano Okana Buruka. Były piłkarz m.in. Galatasaray, Interu Mediolan czy Instanbulsporu właśnie po raz pierwszy w karierze jako menedżer mógł świętować tytuł mistrza Turcji. Wcześniej, w sezonie 2017/2018 na stadionie Diyarbakirsporu zdobył Puchar z Akhisarsporem, w finale pokonując Fenerbahce 3-2.

FATALNY POCZĄTEK NOWEGO SEZONU PRZYPUDROWANY HISTORYCZNYM ZWYCIĘSTWEM Z MANCHESTEREM UNITED

Po zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza Turcji i awansie do Ligii Mistrzów wydawało się, że zespół prowadzony przez Buruka nadal będzie się rozwijał sportowo, a w lidze powalczy przynajmniej o pierwszą piątkę. W Champions League nikt nie dawał im większych szans nawet na zajęcie trzeciego miejsca, upoważniającego do gry w 1/16 Ligii Europy. Basaksehir trafił do grupy śmierci z PSG, Manchesterem United i RB Lipsk. Nawet sam Erdogan nie mógł być optymistą tuż po wylosowaniu rywali w fazie grupowej. Na domiar złego ekipa ze Stambułu zanotowała prawdziwy falstart w rozgrywkach ligowych. W pierwszych trzech kolejkach przegrała wszystkie mecze, nie potrafiła strzelić nawet bramki. Upragnione zwycięstwo w lidze przyszło dopiero 17 października. Na polu bitwy pokonany został ówczesny wicemistrz – Trabzonspor SK. Po pierwszych dziesięciu kolejkach Basaksehir zajmował 8. miejsce w tabeli z bilansem 4-2-4. Nie był to wymarzony początek, ale też nikt nie przypuszczał wtedy, że aktualny mistrz będzie się w tym sezonie bronił przed spadkiem. W międzyczasie udało się przecież sensacyjnie wygrać w Lidze Mistrzów z Manchesterem United. Zwycięstwo szczególnie dobrze smakowało Rafaelowi Da Silvie, który w latach 2007-2015 był zawodnikiem Czerwonych Diabłów. Brazylijczyk był z resztą jednym z najlepszych piłkarzy na boisku tamtego wieczora. Jak się później okazało, było to jedyne zwycięstwo tureckiej drużyny w tegorocznej edycji LM. Po historycznym zwycięstwie nad Anglikami morale w zespole znacząco się podniosło i nic nie wskazywało na tak słaby przebieg reszty sezonu. Tymczasem Basaksehir w okresie od 21 listopada zeszłego roku aż do niedzieli 21 marca wygrał zaledwie 3 mecze ligowe na 22 możliwe! Na domiar złego, nie udało się wygrać żadnego z ligowych meczów derbowych. Jedynym zwycięstwem nad lokalnymi rywalami było lutowe 2-1 nad Fenerbahce w Pucharze Turcji. Tak fatalna postawa i brak punktów w rywalizacji z „wielką trójką” ze Stambułu sprawiły, że z posadą menedżera pożegnać się musiał Okan Buruk. 54-krotny reprezentant Turcji pracę stracił 29 stycznia – kilka dni po domowym podziale punktów w meczu z Rizesporem.

KOMPROMITACJA Z HATYASPOR I BRAK EFEKTU NOWEJ MIOTŁY

Dzień po zwolnieniu Buruka, Basaksehir rozgrywał domowy mecz z Hatyasporem. Na ławce gospodarzy usiadł w roli tymczasowego menedżera Nedim Yigit, zajmujący się w klubie znad Bosforu pracą z młodzieżą. Nie był to jednak najszczęśliwszy dzień w karierze Turka. Basaksehir po przygnębiająco słabej grze poniósł sromotną klęskę. Mecz zakończył się wynikiem 1-5. Był to jedyny jak do tej pory mecz Basaksehir z Yigitem na ławce trenerskiej. Dwa dni po tym blamażu w roli menedżera zatrudniony został Aykut Kocaman. Doświadczony trener pracował wcześniej w Istanbulspor, Malatyaspor, Ankaraspor, dwukrotnie w Konyaspor i w raz w Fenerbahce. Z tym ostatnim zespołem zdobył w 2011 roku tytuł Mistrza Turcji oraz dwa krajowe puchary. Z Konyaspor również sięgał po to trofeum – w sezonie 16/17. Co ciekawe, w finale tamtego meczu Konyaspor wygrał po dogrywce z Basaksehir właśnie.

Początek Kocamana w klubie ze Stambułu daleki jest od ideału. 55-letni Turek przegrał pierwsze cztery spotkania, w tym derbową potyczkę z Galatasaray. Pierwsze zwycięstwo z nowym zespołem odniósł dopiero w siódmej próbie, wygrywając wyjazdowe spotkanie z Genclerbirligi Ankara. Do tej pory (stan na 05.04.21) Kocaman wygrał zaledwie dwa ligowe mecze. To wczorajsze, 3-1 nad Malatyasporem, może mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o utrzymanie. W tym momencie Basaksehir ma tylko punkt przewagi nad 18. w tabeli Kayserispor. W obecnym sezonie Turkish Superleague spadają aż cztery zespoły, a różnice punktowe między miejscem 14 a 19 są naprawdę minimalne.

SŁABE WYNIKI OFENSYWY

Tak słaba forma zespołu może dziwić tym bardziej że ani w letnim, ani w zimowym oknie transferowym nie doszło do masowej wyprzedaży kluczowych zawodników. Z drużyny odeszli co prawda Aziz Behich, Eljero Elia, Gael Clichy i Milos Jojic, ale dla każdego z nich klub szybko znalazł zastępstwo. W zimowym oknie transferowym rozwiązano kontrakt z Martinem Skrtelem. Jego pobyt na Fatih Terim Stadyum był co najwyżej średnio udany, a Słowak inkasował jednocześnie jedną z najwyższych tygodniówek. Transfery do klubu takich piłkarzy jak Rafael, Berkay Ozcan, Nacer Chadli, Giuliano czy Hasan Ali Kaldirim musiały napawać kibiców optymizmem.

Szybko okazało się, że w maszynce, która seriami zdobywała punkty w poprzednim sezonie, coś się zacięło, a nawet zupełnie przestało działać. Tegorocznych porażek nie można zrzucić na karb kontuzji, bo te poważne raczej omijają piłkarzy Basaksehir. Wygląda na to, że ewidentnie coś się wypaliło, a być może jest to pokłosie zachłyśnięcia się nieoczekiwanym sukcesem poprzedniego sezonu. Szczególnie słabo prezentują się ci, którzy powinni stanowić o sile zespołu. Demba Ba w 24 meczach ligowych zdobył tylko 5 bramek, Berkay Ozcan w 25 meczach zanotował tylko jedną asystę, taką samą liczbę meczów ligowych rozegrał Frederik Gulbrandsen, a zaliczył tylko 6 trafień. Indywidualne statystyki Mehmeta Topala, Danijela Aleksicia czy Brazylijczyka Giuliano również nie rzucają na kolana. W 31 meczach tureckiej Superligi Basaksehir zdobył tylko 35 bramek, tracąc jednocześnie aż 49. Brak jakości w ofensywie znacznie przyczynił się do fatalnej pozycji ligowej. Słabo prezentuje się Nacer Chadli, który ma na koncie tylko 10 meczów ligowych, a przecież od zawodników z takim doświadczeniem trzeba oczekiwać znacznie więcej. Na domiar złego, w styczniowym oknie transferowym Basaksehir stracił Irfana Kahveciego. Wszechstronny pomocnik przeszedł w styczniu do Fenerbahce za 7 milionów euro.

Do zakończenia sezonu w tureckiej Superlidze zostało jeszcze 9 kolejek. Basaksehir zmierzy się w nich m.in. z Kayserispor, Erzumunspor i Kasimpasa – bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie. To właśnie w meczach z nimi podopieczni Kocamana powinni szukać kompletu punktów. Tegoroczna gra na trzy fronty ewidentnie nie przysłużyła się tureckiemu klubowi, piłkarze zwyczajnie nie poradzili sobie z napiętym kalendarzem. W przypadku utrzymania na kolejny sezon w Basaksehir muszą zapaść odważne decyzje. Być może trzeba będzie pożegnać się z kilkoma najlepiej opłacanymi zawodnikami. Niepewna pozostaje także przyszłość Aykuta Kocamana.

KAROL KOCZTA

Talenty nie tylko spod znaku byka – top 5 najbardziej utalentowanych piłkarzy Tipico Bundesligi , którzy występują poza RB Salzburg.

Problem z młodymi zawodnikami w austriackiej Bundeslidze jest taki, że jeśli nie znajdują się oni w drużynie aktualnego mistrza kraj, to nie mówi się o nich zbyt wiele. Nie samym Red Bullem jednak liga austriacka stoi. Oto 5 najlepszych zawodników U21, którzy w żaden sposób nie są związani z hegemonem ligi.

5. KAI STRATZNIG (WOLFSBERGER AC)

18-latek jest jedną z największych pereł akademii Wolfsbergera. Trafił do niej w wieku 13 lat i stopniowo piął się w strukturach klubu, aż dotarł do pierwszego składu. Zadebiutował w końcówce poprzedniego sezonu. Rozegrał na dziś (pisane przed niedzielnym meczem) 27 spotkań w barwach Wolfsbergera, na które składa się 18 występów w Bundeslidze, dwa w ÖFB-Cup i aż siedem w Lidze Europy. Do tego parę dni temu zadebiutował w reprezentacji Austrii do lat 21, wchodząc na 45 minut w meczu z Arabią Saudyjską (wygrana 10:0) i na ostatnie sekundy z Polską (zwycięstwo 2:0). Warto wspomnieć, że nadal czeka na premierowego gola lub asystę w barwach Wölfen.

Poniżej statystyki z meczu Kaia przeciwko Austrii Wiedeń (5:3 dla Wolfsbergera):


4. KELVIN YEBOAH (STURM GRAZ)

Ghańczyk, mimo że ma dopiero 20 lat, ma już niezłe doświadczenie w piłce seniorskiej. Jest to dla niego trzeci sezon w Austrii (drugi sezon w Bundeslidze, do tego jeden w 2. Lidze). Łącznie dla WSG Tirol i Sturmu Graz rozegrał lekko ponad 70 spotkań, strzelił 15 bramek oraz dołożył do tego siedem asyst. Ghański skrzydłowy do Austrii trafił, co ciekawe, z Włoch – dokładniej z Primavery A.C. Gozzano. Wraz z WSG Tirolem awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej (dla klubu był to powrót do Bundesligi po niemalże 40 latach). Sezon później Kelvin wraz z drużyną był o włos od powrotu na zaplecze Bundesligi, ale uratowało ich bankructwo SV Mattersburg. W tym roku Kelvin był jednym z najlepiej prezentujących się piłkarzy Tirolu, co zaowocowało zimowym transferem do walczącego o podium Sturmu Graz.



3. AMADOU DANTE (STURM GRAZ)

Młody lewy obrońca gładko wprowadził się do ekipy z Grazu. Poprzedni sezon, który był dla niego debiutancki, spędził na wypożyczeniu w TSV Hartberg i choć zaczął grać dopiero pod sam koniec rozgrywek, miał duży wkład w awans do eliminacji Ligi Europy. W obecnych rozgrywkach jest kluczowym elementem układanki Christiana Ilzera, opuszczając zaledwie jedno spotkanie – z powodu otrzymanej mecz wcześniej czerwonej kartki. Mimo to Amadou nie jest ofensywnym typem bocznego obrońcy, jak Alphonso Davies, Andrew Robertson czy Theo Hernandez, co pokazują jego statystyki – zero bramek i zaledwie jedna asysta zdobyta na przestrzeni 26 występów (licząc ligę i puchar). Dante trzeba jednak oddać, że zdążył już odnieść sukces na arenie reprezentacyjnej. W poprzednim roku wraz z drużyną Mali U20 wygrał Puchar Narodów Afryki do lat dwudziestu!



2. EMANUEL AIWU (ADMIRA WACKER)

Wychowany praktycznie od początku w akademii klubu z Mödling, jest najlepszym zabezpieczeniem finansowym tej drużyny. Jedynym problemem jest kończący się już za rok kontrakt 20-latka. Uważam jednak, że niezależnie od tego, czy Admira spadnie, czy utrzyma się w Bundeslidze, Aiwu w lecie pożegna się z klubem i zostawi w klubowej kasie sumę w granicach 2-3 mln euro. Mimo swojego młodego wieku Emanuel jest już niezwykle doświadczonym zawodnikiem. Obecny sezon jest dla niego już czwartym spędzonym w najwyższej klasie rozgrywkowej w Austrii. W tym okresie rozegrał prawie 70 meczów ligowych, dołożył do tego cztery bramki i asystę. Jako środkowy obrońca! Na poziomie reprezentacyjnym zaliczył sześć spotkań w barwach Austrii U21.



1. YUSUF DEMIR (RAPID WIEDEŃ)

Gwiazda. Nie tylko swojego zespołu, ale i całej ligi. O Yusufie pewnie można by zrobić cały artykuł, co jest dość niezłym osiągnięciem jak na zawodnika, który ma 17 lat i tak naprawdę dopiero zaczyna przygodę z seniorską piłką. Nieprzypadkowo jednak Demir znajduje się na radarze Barcelony, Manchesteru United, Borussi Dortmund czy Bayernu Monachium. Ofensywny pomocnik w tym sezonie zagrał 560 minut na przestrzeni 18 meczów, notując w tym czasie trzy bramki i jedną asystę. W ostatnim tygodniu zadebiutował również w dorosłej reprezentacji Austrii, wchodząc na ostatnie pięć minut w meczu z Wyspami Owczymi. Ma 173 cm wzrostu i 65 kg, co pomaga mu poruszać się z gracją po boisku. Kocha dryblować i mieć piłkę przy nodze, przez co media lubią nazywać go „austriackim Messim”. Najsmutniejszą wiadomością dla kibiców austriackiej Bundesligi jest fakt, że prawdopodobnie w najbliższym oknie transferowym opuści Rapid i trafi do mocniejszej ligi. Rapid musi sprzedać swój największy diament już teraz, bo za rok skończy się jego kontrakt. Gdzie pójdzie? Za ile? Nikt nie ma pewności, ale nie mam wątpliwości, że rekord transferowy klubu z Wiednia (8 mln euro, które Ajax zapłacił za Maximiliana Wöbera) zostanie pobity. Może nawet dwukrotnie.

TT @AustriackaPilka

Anglia-Polska 2:1. Pomeczowe noty.

Niestety, znowu się nie udało. Podopieczni Sousy po bezbarwnym meczu ulegli Anglikom, którzy – umówmy się – również nie zagrali wielkiego spotkania. Mimo wszystko nasi Reprezentanci nie stanęli na wysokości zadania.  Owszem, mieliśmy kilka momentów, ale to zaledwie kropla w morzu potrzeb. Na pozytywną notę zasłużyło naprawdę niewielu.

Skala ocen: 1-10 (5 jako nota wyjściowa)

Wojciech Szczęsny

Przy bramkach bez szans. Gdyby udało mu się obronić strzał Maguire’a, to byłaby to jedna z bardziej spektakularnych interwencji w jego życiu. Niestety, tak się nie stało. Wyłapał to co miał wyłapać, plus dorzucił do tego 2-3 naprawdę dobre interwencje. Poza tym pewny w grze nogami.

6/10

Jan Bednarek

Najjaśniejszy punkt defensywy. W pierwszej połowie zaliczył dwie super-interwencje, kiedy to był naszą ostatnią instancją, kasującą rajdy Sterlinga. Niezamieszany w żadną ze straconych przez nas bramek.

7/10

Kamil Glik

Nieco mniej zauważalny niż Bednarek, ale mimo wszystko na solidnym poziomie. Podobnie jak w przypadku swojego młodszego kolegi, ustrzegł się rażących błędów, które prowadziłyby bezpośrednio do utraty bramki.

6/10

Michał Helik

Główny winowajca przy golu numer jeden. Idiotyczna decyzja o wślizgu, zakończona faulem na Sterlingu i rzutem karnym. Trudno tu znaleźć jakiekolwiek usprawiedliwienie, gdyż skrzydłowy Manchesteru City nie byłby w stanie z tej akcji już czegokolwiek wykrzesać. Dodatkowy minus za brak asekuracji dla Bereszyńskiego w co najmniej kilku sytuacjach.

3/10

Maciej Rybus

W defensywie poprawny, w ofensywie mizerny. Nijaki występ, którego symbolem był wykonywany przez niego rzut wolny z 22 minuty. Kiedy grasz z Anglikami każdy stały fragment jest na wagę złota. Tak po prostu nie można.

4/10

Jakub Moder

Nie jestem przekonany czy w pierwszej połowie…pojawił się na placu. W drugiej zdobył bramkę dzięki, której przejdzie do historii. Nie dość, że oddał strzał, to jeszcze wcześniej wyłuskał piłkę Stonesowi. Te dwa zagrania, a także fakt, że po strzelonym golu nieco się ożywił, mocno podnoszą jego ocenę.

6/10

Grzegorz Krychowiak

Wyszedł na to spotkanie niesamowicie naładowany i jako jeden z niewielu dźwignął je pod względem mentalnym. Dużo pracował, rozgrywał, potrafił „podostrzyć”, kiedy było to potrzebne. Owszem, był nieco zamieszany w gola numer dwa, kiedy to pozwolił Stonesowi na zgranie piłki, ale nabiegający na nią Anglik był w uprzywilejowanej pozycji. Niech więc będzie to okoliczność łagodząca.

6/10

Bartosz Bereszyński

Miał ogromne problemy ze Sterlingiem. Im dalej w las, tym radził sobie z nim lepiej, ale nie zmienia to faktu, że początkowe fragmenty były dla niego dramatyczne. Owszem, wyżej wspomniany Helik nie pomagał mu w uporządkowaniu gry obronnej, ale z drugiej strony w ataku Bereszyński też wiele nam nie dał. Poza jedną akcją z końcówki spotkania. To trochę za mało.

4/10 

Piotr Zieliński

Niechlujny występ, którego największą skazą jest strata z 17 minuty, która to rozpoczęła falę nieszczęść, która spadła na naszą Reprezentację. Do tego, że Zielu czasem „znika”, już się chyba przyzwyczailiśmy. Ale do tego, że notorycznie gubi piłkę już nie. A wczoraj zdarzyło mu się to aż 14 razy! Nie udźwignął spotkania.

3/10

Karol Świderski

Jedyne co warto zapamiętać to akcja, po której wywalczył rzut wolny w 21 minucie (zmarnowany przez Rybusa). Poza tym nie zrobił w zasadzie nic.

3/10

Krzysztof Piątek

Nie zagroził bramce rywala, ale nie pomogli mu w tym też koledzy, którzy nie byli w stanie dostarczyć mu piłki. Był pracowity i zaliczył kilka udanych powrotów, to jednak nie do końca to czego byśmy od niego oczekiwali. Na plus zgranie głową do Milika, po którym ten niecelnie uderzał. Niemniej, raczej mizerny występ.

4/10

Arkadiusz Milik (od 45’)

Minimalna poprawa naszej gry, może mieć związek z wejściem jego, oraz Jóźwiaka. Nieco zdynamizował nasze poczynania, kilka razy szarpnął, a przede wszystkim zaliczył asystę przy golu Modera. No ale też fatalnie chybił po strzale głową, złapał głupią żółtą kartkę, a także nie przeszkodził Maguire’owi w strzeleniu braki. Mieszane odczucia.

5/10

Kamil Jóźwiak (od 54’)

Najjaśniejszy punkt naszej ofensywny. Odważny, niekalkulujący, chętnie wchodzący w pojedynki. Powiew świeżości w naszym ataku.

6/10

Rafał Augustyniak 

W ostatniej minucie spotkania nie potrafił zrobić tego, co kilka minut wcześniej udało się Maguire’owi. Oprócz tego raczej mało widoczny.

4/10

Kamil Grosicki i Arkadiusz Reca 

bez oceny

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑