28 marca 2021 roku. Gruzja, 89. drużyna z rankingu FIFA, mierzy się u siebie z Hiszpanią, która w tym samym rankingu znajduje się 83 miejsca wyżej. Pozornie, cel dla gospodarzy powinien być jeden – nie dostać lania. Willy Sagnol miał jednak inny plan na ten mecz – Gruzja nie chciała być chłopcem do bicia. Stawiali opór przeciwnikom, a tuż pod koniec pierwszej połowy wprawili w osłupienie (nie tylko swoich) fanów – wyszli na prowadzenie za sprawą gola strzelonego przez Khvichę Kvaratskhelię. Mimo, że Hiszpania finalnie wymęczyła wygraną, gospodarze pozostawili po sobie świetne wrażenie, tak jak Kvicha, o którym zrobiło się (w końcu) głośno w Europie. Czemu „w końcu”? Zapraszam do tekstu!
KLUB
Lewoskrzydłowy pochodzi z Tbilisi, stolicy kraju. Wychował się w akademii najlepszego gruzińskiego klubu, Dinamo Tbilisi. Długo jednak tam nie zabawił i w wieku 17 lat przeniósł się do ówczesnego beniaminka ligi, FC Rustavi. Tam rozegrał niezły sezon, w trakcie którego zdobył trzy bramki. Jego formę zauważył Lokomotiw Moskwa, który zdecydował się na wypożyczenie młodego Gruzina, płacąc za nie 100 tysięcy euro.
Khvicha ie zagrzał jednak zbyt długo miejsca w 3-krotnym mistrzu Rosji. Po czterech miesiącach, 10 występach i jednej bramce wrócił do FC Rustavi, jednak nie zamierzał przedłużać kończącego się w grudniu kontraktu. Fakt ten wykorzystała inna drużyna z Premier Ligi – Rubiń Kazań. Był to jeden z najlepszych transferów tej drużyny w ostatnich latach.
Pierwszy mecz Gruzina w barwach Rubinu to 24 minuty, które otrzymał w niezwykle prestiżowym spotkaniu przeciwko… byłej drużynie piłkarza, Lokomotiw Moskwa. Kvaratskhelia zupełnie się tym nie przejął i w taki niezwykle inteligentny sposób strzelił bramkę, która dała jego drużynie remis:
Pierwszy sezon Khvicha zakończył z trzema bramkami i dwoma asystami. Nie tak źle jak na skrzydłowego, choć też mogło być lepiej. Jest jednak jedna cecha, która wyróżnia go wśród dosłownie WSZYSTKICH pozostałych piłkarzy Premier Ligi. Drybling. 21-latek jest najlepszym dryblerem w całej lidze (4,1 udanego dryblingu na mecz)! Zresztą, wystarczy spojrzeć na tę kompilację. Nie da się nie cmokać z zachwytu:
Trzeba też przyznać, że mimo zaledwie siedmiu zdobytych bramek na przestrzeni dwóch sezonów, praktycznie każda z nich ma w sobie coś pięknego. Gruzin potrafi nie tylko uderzyć z główki, ale też umie posłać taką rakietę:
Na sukcesie Khvichy zależy wszystkim fanom gruzińskiej piłki. Kvaratskhelia jest dla nich połączeniem Ronaldo, Messiego i Lewandowskiego. Piłkarzem, który może nieść na swych barkach całą reprezentację, jak robili to kiedyś Shota Arveladze, Levan Kobiashvili czy Kakhaber Kaladze. 20-latek może być piłkarzem tego typu, co pokazał zarówno na szczeblu młodzieżowym (pierwsze miejsce w grupie eliminacji do Mistrzostw Europy U19, trzecie miejsce w eliminacjach ME U17 oraz strzelona bramka Francji w U21), jak i w seniorach, co pokazały dobitnie ostatnie mecze kwalifikacji do Mundialu, gdzie Kvaratskhelia strzelił dwie bramki – jedna dała nadzieję na korzystny wynik z Hiszpanią, a druga sprawiła, że w starciu z Grecją Gruzja zremisowała.
W obecnym sezonie Khvicha Kvaratskhelia zdobył już cztery bramki i cztery asysty. Jest łączony z coraz to większymi markami: Bayern, Milan, Juventus, a lista wkrótce się powiększy. Transfermarkt wycenia jego wartość na 15 mln euro (ponad dwa razy więcej niż drugi najbardziej wartościowy piłkarz Rubinu), a media mówią o cenie oscylującej w okolicach 20-25 mln euro, co byłoby rekordem transferowym drużyny z Kazania. Nie wiadomo jeszcze, gdzie trafi Gruzin, ale trzeba będzie śledzić karierę, bo o 20-latku będzie jeszcze głośno.
Celta, choć widnieje na piłkarskiej mapie Hiszpanii od 1923 roku, nigdy nie zdobyła krajowego trofeum. Nieco lepiej wiodło się Celcie w Europie, a największym sukcesem w historii Celty było znalezienie się w gronie zwycięzców Pucharu Intertoto w roku 2000. Wówczas pokonali w dwumeczu Zenit Sankt Petersburg, a prawdziwe europejskie boje już w Pucharze UEFA miały dopiero nadejść. Przepustka do Pucharu UEFA dała Celcie możliwość zmierzenia się kolejno Rijeką, Crveną Zvezdą, Szachtarem, Stuttgartem i Barceloną, która w zakończyła europejski sen Celty na ¼ finału. O losach dwumeczu przesądziła zasada bramek zdobytych na wyjeździe. Do sezonu 16/17 był to najlepszy wynik Celty w tych rozgrywkach.
Na początku XXI wieku piłkarze Celty zabierali swoich kibiców na huśtawkę nastrojów. Szczytem fluktuacji był sezon 03/04, w którym Celta dotarła do ⅛ finału Ligi Mistrzów, a także niespodziewanie opuściła Primera Division. W obecnym stuleciu Celta przez sześć sezonów występowała w drugiej lidze. Kibice Celty mogli być spokojni o utrzymanie, dopiero gdy drużynę objął Luis Enrique, a powrót do europejskich pucharów nastąpił dopiero w drugim sezonie pracy Eduardo Berizzo.
PRZYSZEDŁ, ŻEBY ZNÓW BYŁO GŁOŚNO O CELCIE
Kiedy Luis Enrique opuścił Celtę na rzecz Barcelony, w Vigo debatowano nad wyborem kolejnego trenera. Ostatecznie postawiono na Eduardo Berizzo, który znał każdy zakątek Vigo dzięki temu, że grał w koszulce Celestes od stycznia 2001 roku do lipca 2005. Berizzo w chwili przejęcia Celty nie miał szczególnie dużego doświadczenia jako samodzielny trener, a sceptycy podchodzili do niego z dużym dystansem, ponieważ nigdy wcześniej nie prowadził zespołu w Europie. Krótko prowadził Estudiantes, a następnie odnosił sukcesy (mistrzostwo i Superpuchar) z zespołem O’Higgins.
Berizzo w Celcie szybko rozwiał wątpliwości. Zadbał o dobre pierwsze wrażenie, podkreślając, że czuje dumę z faktu, że po raz kolejny może być częścią historii Celty. Swój pierwszy sezon pracy w Europie zakończył na ósmym miejscu, choć na pewnym etapie sezonu Celta traciła punkty bez opamiętania. Żeby nie być gołosłownym, w połowie sezonu zaliczyli serię jedenastu spotkań bez zwycięstwa. Pomimo chwilowej zapaści do miejsca dającego możliwość gry w pucharach zabrakło niewiele. Cztery oczka. W kolejnym sezonie Celta wykonała duży krok do przodu i po dziesięciu latach przerwy zapewniła sobie prawo gry w europejskich pucharach. Szóste miejsce i co ciekawe zakończyli sezon z ujemnym bilansem bramkowym, który wynikał z kilku wpadek np. porażki z Barceloną 6:1, z Realem 7:1 oraz Valencią 5:1. Co ważne mecze Celty zazwyczaj były bardzo ciekawe ze względu na sposób gry, który wprowadził Berizzo. Celta potrafiła wyprowadzać zarówno groźne kontry, jak i ukąsić rywala poprzez kombinacyjną grę w ataku pozycyjnym, świetnie wykorzystując całą szerokość boisk.
Kolejny sezon Celta zaczęła od serii trzech porażek: z Leganes, Realem Madryt oraz Atletico. W siódmej kolejce na Balaidos przyjechała Barcelona bez Leo Messiego. Celta pokonała Barcelonę 4:3, prowadząc w pewnym momencie już 3:0, aby w następnej kolejce zagrać koszmarne spotkanie i ulec Villarrealowi Frana Escriby 5:0. Tak w dużym uproszczeniu wyglądał sezon ligowy w wykonaniu zespołu Eduardo Berizzo. Wzloty przeplatały liczne upadki, czego potwierdzeniem jest siedem ostatnich spotkań w sezonie, w których zdobyli zaledwie jeden punkt. W Pucharze Króla Celta wyeliminowała UCAM Murcia, Valencię, Real Madryt, ale niespodziewanie przegrała dwumecz o finał z Deportivo Alaves. Jednak przejdźmy już do Ligi Europy, a może jednak najpierw wywołamy bohatera pierwszoplanowego.
TRANSFER PEWNIACZEK
Powrót Celty do rozgrywek europejskim był w dużej mierze konsekwencją powrotu na Balaidos lokalnego bohatera, Iago Aspasa. W Liverpoolu nie spełnił oczekiwań, w Sevilli się nie odnalazł, w krótkim czasie trafiając z nieba do piekła, a marzenia o grze w reprezentacji musiał odłożyć na później.
Włodarze Celty byli przekonani, że galicyjskie powietrze sprawi, że Aspas wróci na właściwe tory. I tak też się stało. W pierwszym sezonie po powrocie zdobył 14 bramek w lidze oraz dołożył pięć asyst. W kolejnych zdobywał bramki z jeszcze większą częstotliwością i łatwością do tego stopnia, że dziś nikt nie wyobraża sobie Celty bez Aspasa. Żeby było śmieszniej, w tym samym sezonie do Vigo trafił również Dejan Drazic z OFK Belgrad (obecnie zawodnik Zagłębia Lubin). W tym czasie Celta podchodziła dość zachowawczo do każdego wydanego euro. Zespół zasilił także Daniel Waas, który przed transferem spadł z Evian do Ligue 2, Claudio Beauvue, któremu nie poszło w OL po transferze z Guingamp i John Guidetti, a większość zainwestowanych pieniędzy pochodziła ze sprzedaży Santiego Miny do Valencii.
PIŁKARZ TAŃSZY OD CHEESEBURGERA
John Guidetti nigdy nie stał na czele kolejki po odbiór Złotej Piłki, czy Złotego Buta, ale z pewnością nie można mu odmówić waleczności i charyzmy. Zanim trafił do Celty podczas jednej z konferencji porównano go do Harrego Kane’a, na co Szwed odpowiedział w swoim stylu, uznając, że nie ma sensu porównywać go do Kane’a. Swoją wartość rynkową przyrównał do ceny Cheesburgera.
Guidetti nie był też ostatnim ogórem. Wraz z reprezentacją Szwecji do lat 21 wygrał Młodzieżowe Mistrzostwa Europy, co oznaczało dla Guidettiego konieczność przefarbowania włosów na różowo, ponieważ przegrał zakład! Kiedy był nastolatkiem, wraz z rodziną przeniósł się do Kenii, ponieważ jego ojciec otrzymał tam pracę. Z tego powodu John kilka szlifów zebrał na afrykańskich boiskach. W wywiadzie dla The Guardian podkreślił, że właśnie tam chciałby mieszkać po zakończeniu kariery.
🇸🇪 John Guidetti, napastnik Alaves i reprezentacji Szwecji do 2005 roku występował w piłkarskich akademiach w 🇰🇪 Kenii. Jego ojciec pracował wówczas w Nairobi jako dyrektor jednej ze szkół. pic.twitter.com/nnjeEYKT3z
W pewnym momencie grając w Holandii, strzelał jak na zawołanie, ale jego rozwój zatrzymały nietypowe problemy zdrowotne.
„Zjadłem trochę kurczaka na przyjęciu urodzinowym mojej dziewczyny, ale doprowadziło to do zatrucia pokarmowego. Mój stan się pogorszył, gdy wirus wpłynął na mój układ nerwowy […] Dzień po rozegraniu meczu nie mogłem nawet stanąć na prawej nodze. Po prostu upadłem na ziemię. Fizjoterapeuta powiedział mi, żebym pojeździł trochę na rowerze stacjonarnym, ale nie mogłem nawet tego zrobić”.
Kiedy trafił do Celty, od razu rzucił stwierdzeniem, że już nie może doczekać się derbów z Deportivo! Jego kariera przypomina nieco dwudziestoczterogodzinną wycieczkę po Vigo, którą urządził sobie dzień po ogłoszeniu transferu, by poznać wszelkie zakamarki miasta. Szwedowi zdarzały się przebłyski zwłaszcza w europejskich pucharach, lecz dziś jest raczej bliżej transferu do Ekstraklasy niż gry na najwyższym poziomie. Niemniej jednak ciężko nie docenić wkładu Guidettiego w awans Celty do ½ finału Ligi Europy.
EUROSEN I EUROPOBUDKA
Celta trafiła do grupy z Ajaxem, Standardem Liege oraz Panathinaikosem. W pierwszych trzech meczach zdobyli łącznie pięć punktów, co stawiało ich w niezłej sytuacji przed rundą rewanżową. Następnie przegrali z Ajaxem i zremisowali ze Standardem Liege, który również ostrzył sobie zęby na 1/16 finału. Przed ostatnią serią spotkań Standard i Celta miały po sześć punktów. Belgijski zespół czekało starcie z najmocniejszym w tej grupie Ajaxem, a Celtę wyjazdowy mecz z Panathinaikosem, który grał już tylko o honor. Standard zremisował 1:1, a Celta wygrała w Atenach 0:2 po bramkach Guidettiego i Orellany.
W 1/16 Celta trafiła na Szachtar Donieck. U siebie Celta uległa zespołowi Paulo Fonseki 0:1, co bardzo skomplikowało kwestię awansu do kolejnej rundy. W rewanżu Szachtar postawił twarde warunki, a mecz zdominowały sytuacje stykowe. Jednak w końcówce los uśmiechnął się do Celty. W 90. minucie sędzia wskazał na jedenasty metr, po kontakcie Pyatova z Johnem Guidettim, a Iago Aspas strzelił bramkę na wagę dogrywki. W niej niezwykle groźny był Theo Bongonda, który pojawił się na boisku w drugiej części spotkania. Celta konsekwentnie dążyła do drugiego trafienia. Dopięli swego. Z rzutu rożnego dośrodkował Jozabed a bramkę po strzale głową zdobył Gustavo Cabral.
W 1/8 Celta grała z Krasnodarem. Pierwsze spotkanie wygrali u siebie 2:1, co stawiało ich w uprzywilejowanej sytuacji przed dalekim wyjazdem do Krasnodaru. W rewanżu Celta pokazała od początku, że nie da sobie zabrać awansu. Już w trzeciej sekundzie meczu odebrali piłkę zawodnikom Krasnodaru i pognali na bramkę rywala. Wspomniana akcja nie została zakończona bramką, ale golkiper FK Krasnodar mógł sprawdzić swój poziom dogrzania. Już na początku drugiej części spotkania Hugo Mallo, strzelił bramkę na 0:1, a resztki nadziei rywalom odebrał Iago Aspas wykorzystując podanie Guidettiego.
W 1/4 Celtę czekał dwumecz z Genkiem. Pierwsze spotkanie rozegrano na Balaidos i emocji zwłaszcza w pierwszej połowie nie brakowało. W 10. minucie na prowadzenie wyszli goście. Jean-Paul Boetius wykorzystał podanie Leandro Trossarda. Celta szybko wyrównała za sprawą Pione Sisto, a następnie w 17. minucie wyszła na prowadzeniu po strzale Iago Aspasa. Pod koniec pierwszej połowy prowadzenie podwyższył John Guidetti, który na tym etapie rozgrywek miał już cztery bramki i cztery asysty w LE. Belgowie dążyli do wygrania tego spotkania, ale było ich stać tylko na bramkę kontaktową. W rewanżu Berizzo postawił na tę samą jedenastkę, która wyszła na pierwsze spotkanie. Genk podszedł do rewanżu pragmatycznie, licząc na kontry. Celta grała nieco odważniej. W drugiej połowie Genk zaczął stwarzać więcej sytuacji, ale Trossard i Boetius nie mogli znaleźć recepty na pokonanie Sergio Alvareza. Na prowadzenie wyszła Celta. Sisto odebrał piłkę Castagne, a następnie pognał na bramkę Ryana, by strzałem lewą nogą umieścić piłkę w siatce. Kilka minut później błąd popełnił Gustavo Cabral, a bramkę wyrównująca zdobył Trossard. Piłkarze Genku napierali, ale na niewiele się to zdało. Mecz zakończył się remisem, a Celta po raz pierwszy w historii awansowała do półfinału Ligi Europy.
Ostatnią przeszkodą na drodze do finału LE był Manchester United prowadzony przez Jose Mourinho. Portugalczyk i jego piłkarze przeciętnie radzili sobie w lidze i było już wiadomo, że dzięki krajowym rozgrywkom nie zapewnią sobie awansu do Ligi Mistrzów. Jedynie dzięki zwycięstwie w LE mogli zagwarantować sobie występy w LM w następnym sezonie.
Pierwszy mecz Celty z Manchesterem United zakończył się skromnym zwycięstwem gości. W pierwszym kwadransie groźnie na bramkę Romero uderzył Daniel Wass. Kilka minut później Sergio Alvarez w fenomenalnym stylu wybronił strzał Rashforda. Ataki Manchesteru narastały. Lingard miał dwie fantastyczne okazje, ale pierwsza połowa zakończyła się bez bramek. W drugiej Manchester był bardziej konkretny, a bramkę po strzale z rzutu wolnego zdobył Marcus Rashford, który od kilku tygodni wyrastał na lidera zespołu. W tym spotkaniu kibice nie zobaczyli już więcej bramek.
Przed rewanżem Mourinho wypowiedział słowa, które idealnie odwzorowywały sytuację obu klubów: „Dla Celty to najważniejszy mecz w historii, ale dla nas to również najważniejszy mecz w historii”.
Lepiej w rewanż weszli piłkarze Berizzo, który sprawili, że już w pierwszych piętnastu minutach Romero musiał pięciokrotnie interweniować. Jednak w 17. minucie ponownie błysnął Rashford. Z głębi pola dośrodkował na głowę Felainiego, a ten nie miał większych problemów z zamienieniem sytuacji na bramkę. Mecz był żywy, grany na wysokim tempie, które sprawiało, że obrońcy często spóźniali się z interwencjami, co przełożyło się na liczbę kartek. Na drugą połowę nie wyszedł słabo grający w tym spotkaniu Waas (zazwyczaj niezawodny, o niesamowitej wydajności), a w jego miejsce Berizzo wstawił Jozabeda, który często wchodził z ławki i zwykle nie zawodził Argentyńczyka. Wymiana ciosów doprowadziła do zdobycia bramki wyrównującej. Bongonda kilka minut po pojawieniu się z ławki dograł do Facundo Roncagli, który wpakował piłkę do siatki, przywracając nadzieję na awans. Trzy minuty po zdobyciu bramki, Roncaglia i Eric Baily postanowili wyjaśnić sobie nieporozumienia w sposób bardzo bezpośredni. To wydarzenie nie umknęło sędziemu, który wręczył dżentelmenom po czerwonej kartce na zgodę. Czasu pozostawało niewiele, a Celta musiała zdobyć kolejną bramkę, by zagrać w finale.
Mourinho, jak przystało na chytrego lisa, szybko wykonał zmiany, które miały wybić hiszpański zespół z rytmu. Za sprawą przerw mecz przedłużono o sześć minut. W 95. minucie Beauvue, zamiast uderzyć na bramkę, posłał piłkę do Guidettiego, ale Szwed nie zdołał wpakować piłki do siatki, a tym samym Celta nie awansowała do finału. Było blisko, ale nie tym razem. Celta, z której kibice Deportivo żartują, że nic nigdy nie zdobyła (marginalne znaczenie dla większości hiszpańskich kibiców miało zwycięstwo w Pucharze Intertoto, które jedynie uprawniało do gry w Pucharze UEFA) wybudziła się z pięknego snu.
ROZSTANIE Z NADZIEJĄ NA LEPSZE JUTRO
Berizzo już na początku swojej pracy w Vigo powiedział, że jego celem jest sprawienie, by ludzie byli dumni z jego zespołu. O sobie mówił, że jest prostym facetem, który wyruszył z torbą, żeby spełnić swoje marzenia o byciu piłkarzem. Celta sezon ligowy zakończyła na 13. miejscu, a Berizzo zdecydował się opuścić klub. Z wielu powodów negocjacje się przeciągały. Kiedy Berizzo prowadził zespół, był trzynastym trenerem w lidze pod względem wysokości wynagrodzenia. Z tego też powodu zażądał podwyżki, którą wynegocjował, ale klub nie chciał podnieść pensji jego asystentom, co mocno wkurzyło Argentyńczyka. Dodatkowo Berizzo chciał przedłużyć umowę o zaledwie rok, a Celta chciała związać się z trenerem na dłużej. Być może do kwestii kontraktowych podchodziłby nieco inaczej, gdyby otrzymał większą autonomię w przypadku transferów do klubu. Transfery Hjulsagera, Lemosa czy Rossiego nie były z nim konsultowane. W kolejnych tygodniach stało się jasne, że Sampaoli opuści Sevillę, a Berizzo zajmie jego miejsce. I tak właśnie skończyła się piękna przygoda Berizzo w Vigo. Choć Berizzo w dość chłodnych relacjach rozstał się z zarządem, to na swojej konferencji dał jasno do zrozumienia, że nie można mu mówić do widzenia, lecz do zobaczenia.
Kyle Lafferty to jedna z najbarwniejszych postaci nie tylko szkockiej, ale i brytyjskiej piłki. U kresu kariery znów przypomniał sobie, jak się strzela gole, a dzięki świetnej postawie w Kilmarnock ponownie trafił na pierwsze strony gazet.
Zderzenie z rzeczywistością
Lafferty urodził się w Enniskillen, stolicy północnoirlandzkiego hrabsta Fermanagh. Pierwsze kroki w futbolu stawiał w dwóch loklanych klubach – NFC Kesh i przez krótki okres w Ballinamallard FC. Niedługo później zwrócił na siebie uwagę Burnley FC, który w tamtym okresie występował w angielskiej Championship. Po uzgodnieniu warunków, jako niespełna siedemnastolatek, podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Przenosiny do Anglii spowodowały, że młody piłkarz nagle poczuł się samotny. Jego rodzina i znajomi zostali w Irlandii Północej, a Lafferty nie potrafił poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością. Coraz częściej, by wypełnić luki pomiędzy treningami a grą dla The Clarets, wstępował więc do punktów bukmacherskich, gdzie przegrywał znaczną część skromnego w tamtym okresie wynagrodzenia. Jak się później okazało, był to kluczowy moment w kontekście kreowania się jego charakteru i decyzji, jakie podejmował w przyszłości.
Dwie wieże z Glasgow
Po trzyletnim okresie spędzonym w Burnley i średnio udanym wypożyczeniu do Darlington, zainteresowanie Laffertym wyraziły trzy znane kluby: Rangers, Celtic i Leeds United. 21-letni wówczas piłkarz zdecydował się dołączyć do niebieskiej części Glasgow, a pobyt w klubie z Ibrox był jednym z najlepszych i najbardziej stabilnych okresów jego kariery. W premierowym sezonie na szkockich boiskach Lafferty rozegrał łącznie 28 meczów, w których zdobył 7 bramek i zanotował 2 asysty. Nie najgorzej, jak na kogoś, kto po raz pierwszy w karierze zderzył się z ogromną presją i oczekiwaniami kibiców. Rangers sięgnął w tamtym sezonie po Mistrzostwo i Puchar Szkocji, a Lafferty był jednym z ojców tego sukcesu. Na początku sezonu 10/11 do Rangers sprowadzony został Nikica Jelavic, za którego Rapid Wiedeń zainkasował około 5 milionów euro. Ich boiskowa współpraca układała się bardzo dobrze, a duet wysokich napastników zaczęto nazywać „dwoma wieżami”. W ostatniej kolejce tamtego sezonu Rangers, aby świętowąć trzeci z rzędu tytuł mistrzowski, musiał wygrać na wyjeździe z Kilmarnock. Już po siedmiu minutach goście prowadzili 3-0, a trzecią bramkę po podaniu Jelavicia strzelił właśnie Lafferty. Piłkarze Waltera Smitha rozbili tego dnia Kilmarnock aż 5-1, a północnoirlandzki napastnik mógł zabrać do domu piłkę, wręczaną zdobywcy hat-tricka. Łącznie, podczas gry dla Rangers, Lafferty trzykrotnie sięgał po tytuł Mistrza Szkocji, dwukrotnie zdobywał Puchar Ligii Szkockiej i dołożył jedno trofeum za zwycięstwo w Pucharze kraju, jednocześnie stając się jednym z ulubieńców kibiców The Gers.
Blaski, cienie i początek tułaczki
Nie zawsze jednak o Laffertym pisano w prasie w samych superlatywach. W maju 2009 roku w meczu przeciwko Aberdeen, po spięciu z Charlie Mulgrewem przy linii bocznej boiska, reprezentant Irlandii Północnej padł na murawę, zasłaniając twarz. Sędziujący tamto spotkanie Stuart Dougall, po konsultacji z Grahamem Chambersem, ukarał obrońcę Aberdeen czerwoną kartką, a grający w osłabieniu goście przegrali ten mecz 1-2. Telewizyjne powtórki pokazały, że Lafferty symulował, a jego reakcja była skrajnie przesadzona. Zachowanie zawodnika skrytykował sam Walter Smith, sugerując, że w jego zespole nie ma miejsca na tym podobne ekscesy. Kilka dni później komisja odwoławcza anulowała czerwoną kartkę Mulgrewa, jednocześnie zawieszając na dwa spotkania winowajcę całego zajścia.
Pod koniec sezonu 11/12 Rangers, jako wicemistrz Szkocji, z powodu zadłużenia i bankructwa, znalazł się pod zarządem komisarycznym. W konsekwencji oznaczało to degradację do Third Division, a klub przejęła nowa spółka, kierowana przez Charlesa Greena. Na mocy ustawy o prawie pracy część piłkarzy nie zdecydowała się przenieść swoich kontraktów do nowopowstałej spółki. Jednym z nich był Kyle Lafferty. Mimo klikunastu ofert z angielskich i szkockich klubów północnoirlandzki napastnik postawił na przeprowadzkę do FC Sion. Epizod w kraju Helwetów nie był szczególnie udany. Już po roku Laffferty prezentowany był na konferencji prasowej jako nowy zawodnik US Palermo. W trakcie rocznego pobytu we Włoszech Lafferty znów potwierdził swoją wartość, a przez sycylijskich kibiców wybrany został nawet najlepszym piłkarzem Palermo tamtego sezonu. We wszystkich rozgrywkach strzelił wówczas 11 bramek, co czyniło go, tuż po Abelu Hernandezie, drugim najskuteczniejszym piłkarzem klubu. Pod tym względem lepszy był nawet, od Paulo Dybali czy Andrei Belottiego! Jego sposób bycia i pozaboiskowe wybryki nie sposobały się jednak prezydentowi Palermo, który zdecydował o umieszczeniu piłkarza na liście transferowej.
Palermo's strikeforce in Serie B during the 2013-14 season:
Abel Hernández – 14 goals Kyle Lafferty – 12 goals Andrea Bellotti – 10 goals Paulo Dybala – 5 goals
1 lipca 2014 roku, chwilę po otwarciu okienka transferowego, Lafferty dołączył do Norwich City, które zdecydowało się wyłożyć za niego 4.5 miliona euro. W klubie z Carrow Road nie szło mu jednak najlepiej, a coraz częściej pojawiały się głosy o problemach w życiu prywatnym. Po latach piłkarz przynał, że główną motywacją jego transferu był spory zastrzyk gotówki, który otrzymał przy podpisaniu kontraktu. Już po pół roku Lafferty wypożyczony został do Rizespor, zespołu tureckiej SuperLig. Tam nadal nie potrafił wrócić do optymalnej formy, strzelając zaledwie dwie bramki w 15 meczach. Piłkarz wrócił do macierzystego klubu, by udać się na kolejne wypożyczenie, tym razem do Birmingham. Jeszcze będąc piłkarzem Norwich, Lafferty przyłapany został na obstawianiu meczów hiszpańskiej LaLiga, co niezgodne było z regulaminem angielskiej federacji. Piłkarza ukarano grzywną w wysokości 23 tysięcy funtów, a sprawę nagłaśniały największe brytyjskie media. Jak stwierdził sam Lafferty, w tamtym okresie obstawiał wszystko, co możliwe, od koni po wyścigi psów, mimo że nie miał o tym bladego pojęcia. Swoje zakłady wybierał na podstawie koloru kasku dżokeja, a chęć odegrania się była silniejsza od niego. Tylko szczerość i przyznanie się do ostrego uzależnienia od hazardu sprawiły, że skończyło się na karze finansowej. W innym wypadku Lafferty mógł nawet zostać zawieszony, co uniemożliwiłoby mu udział w rozrgrywanych we Francji Mistrzostwach Europy. Byłaby to ogromna strata dla reprezentacji Irlandii Północnej. Tym bardziej że w eliminacjach Lafferty zdobył aż 7 bramek, stając się najlepszym strzelcem zespołu.
Błazen z dobrym sercem
Po nieudanym okresie w Norwich, Lafferty zdecydował się wrócić na szkockie boiska, tym razem podpisując kontrakt z Heart of Midlothian. Przeprowadzka na stare śmieci podziałała na niego w bardzo pozytywyny sposób, a sam zainteresowany stał się w tamtym okresie kluczowym graczem klubu z zachodniej części Edynburga. Lafferty nie byłby jednak sobą, gdyby było o nim głośno tylko z powodu sportowych osiągnięć. Jak wspomina Austin MacPhee, wieloletni współpracownik i przyjaciel Lafferty’ego, był on jednym z największych błaznów i żartownisiów, jakich kiedykolwiek poznał. Podobną opinię o północnoirladzkim piłkarzu podziela jego były klubowy kolega, Gregg Wylde. Szkot szczególnie dobrze pamięta sytuację z fajerwerkami, które do szatni Rangers przyniósł Lee McCulloch, a które finalnie trafiły w ręce Lafferty’ego. Północnoirlandzki piłkarz, nie zastanawiając się zbyt długo nad konsekwencjami, wsadził je do butelki z wodą, podpalił i wrzucił pod natryski. Butelka eskpolodowała, pomieszczenie pokryło się dymem zmieszanym z parą wodną, a czujniki dymu wywołały wycie alarmu pożarowego. Wszyscy piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego musieli natychmiast opuścić szatnię i udać się w bezpieczne miejsce. Innym razem, jak wspomina Austin MacPhake, na lotnisku Heathrow w Londynie, Lafferty schował się za karuzelą bagażową, naśladując odgłosy mewy. Robił to na tyle dobrze, że zdezorientowani pracownicy ochrony zaczęli przeszukiwać cały terminal. W podobny sposób wystraszył bramkarza reprezentacji Irlandii Północnej, Maika Taylora, gdy ten brał prysznic po jednej z serii treningowych. Lafferty przez wielu uważany jest za duszę towarzystwa, a jego pogodne usposobienie często pozwala na rozładowanie negatywnej energii. Podobne zdanie na jego temat mają piłkarze Sarpsborg, do którego w styczniu 2020 roku trafił Lafferty po nieudanym powrocie do Rangers. Jego doświadczenie, charyzma i niezła postawa na boisku spowodowały, że zespół odbił się od dna tabeli i ostatecznie utrzymał w Eliteserien. Samego Lafferty’ego najlepiej podsumował Ismaila Cheick Coulibaly, który wówczas rezprezentował barwy norweskiego klubu. Malijczyk nie miał prawa jazdy, a na treningi musiał chodzić pieszo kilka kilometrów. Gdy tylko Lafferty dowiedział się o tym, z własnej kieszeni zapłacił za nowy rower, który następnego dnia podarował zaskoczonemu Coulibaly’emu
„Niekontrolowany kobieciarz”
Hazard to nie jedyna słabość, z którą podczas swojej kariery mierzyć musi się Kyle Lafferty. Od lat w środowisku znany jest jako lovelas i bawidamek. Pierwszą żoną piłkarza została w 2012 roku, była Miss Szkocji – Nicole Mimnagh. Związek nie przetrwał jednak zbyt długo, a już po czterech latach nazwisko Lafferty przybrała była kandydatka konkursu na najpiękniejszą Szkotkę, Vanessa Chung. W październiku 2018 roku piłkarz wywołał kolejną aferę obyczajową, gdy wysyłał zdjęcia swojego nagiego torsu nieznajomej ze Snapchata. Było to zaledwie dwa miesiące po tym, jak urodziło mu się dziecko. Zniesmaczona tym faktem kobieta, do której trafiły nagie zdjęcia, nagłośniła sprawę. Podobnie wyglądało to podczas rocznej przygody w Palermo. Prezes włoskiego klubu, na pytanie dziennikarza, dlaczego zdecydował się sprzedać Lafferty’ego mimo dobrego sezonu, odpowiedział:
„Został sprzedany na wyraźną prośbę mojego menedżera, Beppe Iachiniego. Lafferty jest niekontrolowanym kobieciarzem, Irlandczykiem bez żadnych zasad. Jest kimś, kto znika na tydzień i udaje się do Mediolanu, by polować na serca kobiet. […] Ma dwie rodziny i sześcioro dzieci, nigdy nie trenuje na maksa. Na boisku jest bardzo pożyteczny, dał nam wiele dobrego. Jego zachowania jednak nie da się kontrolować, a Iachini powiedział mi, że nie potrafi go okiełznać, dlatego musi odejść”.
Do trzech razy sztuka
W styczniu tego roku, po niezbyt szczęśliwych przygodach w Sunderlandzie i Regginie, Lafferty został wolnym agentem. O przyszłość nie musiał się jednak martwić, bo prędzej czy później zgłosiłby się jakiś klub zainteresowany jego usługami. Jak sam stwierdził jeszcze podczas pobytu w Norwegii, zupełnie nie ma dla niego znaczenia gdzie gra, a do pracy piłkarza podchodzi jak do każdego innego zawodu. Miesiąc po odejściu z Regginy podpisał kontrakt z nowym klubem. Po raz trzeci zdecydował się wrócić do Szkocji, gdzie wyrobił sobie dobrą markę i odnosił największe sukcesy w karierze. Tym razem padło na Kilmarnock, który przez większą część sezonu broni się przed spadkiem. Od momentu przyjścia do zespołu, Lafferty z miejsca stał się kluczowym zawodnikiem klubu. W dziewięciu pierwszych meczach strzelił 9 bramek i zaliczył 2 asysty.
Dwukrotnie na przestrzeni miesiąca popisał się hat-trickiem. To dzięki m.in. jego dobrej postawie The Killie awansowali do ćwierćfinału Pucharu Szkocji, w którym już dzisiaj zmierzą się na własnym stadionie z St. Mirren. Jeśli dotrą do półfinału, ta sztuka uda im się po raz pierwszy od sezonu 96/97, gdzie ostatecznie triumfowali w całych rozgrywkach. Kilmarnock to trzynasty profesjonalny klub w karierze Kyle’a Lafferty’ego. Jeśli uda mu się utrzymać dobrą formę i pozostać w Premiership, nic nie stoi na przeszkodzie, by na dobre zakotwiczyć w obecnym miejscu. Pytanie, jak długo w Kilmarnock wytrzyma sam zainteresowany.
Harry Kane od kilku lat jest jednym z najlepszych napastników na świecie. Jego indywidualne osiągnięcia nie mają jednak przełożenia na zdobywanie trofeów. Być może jest to najlepszy moment, by pożegnać się z Tottenhamem i dołączyć do zespołu, który mógłby mu zagwarantować sukces?
Napoli w tym sezonie jest jedną wielką niewiadomą. Wciąż są w grze o Ligę Mistrzów, mimo konfliktu Gennaro Gattuso z Aurelio De Laurentiisem, wielu kontuzji, czy gorszej formy w danym okresie. Awans do prestiżowych rozgrywek byłby na pewno wielkim sukcesem dla drużyny spod Wezuwiusza. Przeprowadziliśmy wywiad z włoskim dziennikarzem CalcioNapoli24 i Metropolis – Bruno Galvànem, który opowie nam o spięciu na linii trener-prezes, Diego Maradonie, Arkadiuszu Miliku i wielu innych ciekawych kwestiach z perspektywy miłośnika „azzurrich”. Zapraszamy!
Wczorajsze wystąpienie Florentino Pereza utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten człowiek już dawno powinien cieszyć się zasłużoną emeryturą. Facet stracił kontakt z rzeczywistością, a jego mania wielkości Realu Madryt może przyczynić się do upadku piłki nożnej w formie, jaką znamy.
Prawie pięć lat temu świętował z Leicester pierwsze mistrzostwo Anglii w historii tego klubu. Pół roku po sukcesie z „lisami” został zwolniony, ale i tak odchodził z drużyny w chwale. Przed Sampdorią trenował jeszcze takie drużyny jak: Nantes, Fulham czy Romę, ale z żadną z tych drużyn nie potrafił powtórzyć spektakularnego sukcesy. W oczach fanów na całym świecie zyskał sympatię. Kilka dni temu włoskie media informowały, że nie chce przedłużyć umowy z drużyną, która ma siedzibę w Genoi. Massimo Ferrero będzie próbował przekonać Włocha, by pozostał, ale decyzja wydaje się nieodwracalna. Jak ocenimy ponad dwuletnią Claudio w drużynie blucerchiatich? Zacznijmy od początku…
ZASTAŁ SAMPDORIĘ DREWNIANĄ…
Przed sezonem 2019/20 nowym szkoleniowcem drużyny z Genoi został Eusebio Di Francesco. Sampdoria w ubiegłym sezonie zajęła w lidze 9 miejsce, a Marco Giampaolo powędrował do Milanu. Nowy sezon z nowym trenerem miał być bardzo ważny. Massimo Ferrero wierzył, że uda się Sampdorii awansować do europejskich pucharów, a jak to wyglądało za kadencji Di Francesco? Rozpoczęli od trzech wysokich porażek z Lazio (0:3), Sassuolo (4:1) oraz Napoli (2:0). Już wtedy zapaliła się lampka, że potrzebna jest zmiana na stanowisku szkoleniowca, ale wszystko zmieniło zwycięstwo na własnym stadionie z Torino (1:0). Sampdoria prezentowała się tragicznie, zawodnicy nie przypominali zgranej ekipy z poprzedniego sezonu. Kolejne porażki sprawiły, że już w połowie października byłego trenera Romy zastąpił Claudio Ranieri.
Zadanie przed szkoleniowcem urodzonym w Rzymie było bardzo trudne. Blucerchiati zajmowali ostatnie miejsce w tabeli i byli głównym kandydatem do spadku. Po 13 kolejkach udało im się wydostać ze strefy spadkowej. Kiedy wydawało się, że wyszli na prostą, na początku grudnia rozegrali mecz z Cagliari. Był to prawdopodobnie najlepszy mecz ubiegłego sezonu. Drużyna Claudio Ranieriego prowadziła 3:1, ale ostatecznie przegrali 4:3, a w doliczonym czasie gry przełamał się po dwóch latach bez bramki Alberto Cerri. Tamto spotkanie Sampy wiele zmieniło na przestrzeni całego sezonu.
WIDOCZNE POSTĘPY, ALE CELEM BYŁO UTRZYMANIE
Claudio Ranieri od początku miał swoją wizję dotyczącą ustawienia i założeń taktycznych. Dopiero w połowie grudnia, czyli po ponad dwóch miesiącach wdrożył w Sampdorię swój plan. Do pomysłu trenera sceptycznie nastawiony był kapitan drużyny – Fabio Quagliarella, któremu nie podobał się defensywny styl gry. Do momentu wstrzymania rozgrywek wyniki Sampy były sinusoidą. Potrafili zremisować z Milanem (0:0), Sassuolo (0:0), ograć w pięknym stylu Brescię (5:1). Ale dobre spotkania potrafili zamazać beznadziejnymi występami takimi jak z Lazio (5:1), Napoli (2:4) czy Fiorentiną (1:5). Ogromne kłopoty mieli obrońcy podopiecznych Ranieriego, którzy popełniali na umór błędy. Podczas spotkania z drużyną Simone Inzaghiego tragiczne zawody rozegrał Julian Chabot. Mecz zakończył z czerwoną kartką, a komentujący to spotkanie Piotr Dumanowski i Dominik Guziak uznali, że był to najgorszy indywidualny występ w tamtym sezonie. Tuż przed lockdownem rozgrywek pokonali na własnym stadionie Hellas Verona. Covid mocno dotknął drużynę z Genoi. Pierwsze przypadki koronawirusa w Serie A pochodziły właśnie z ich drużyny. Manolo Gabbiadini bardzo źle przeszedł zakażenie. Równe dwa tygodnie męczyła go gorączka, która oscylowała w okolicach 40 stopni. Wirus nie ominął również Bartosza Bereszyńskiego, którego też męczyły objawy. Całe szczęście pod koniec czerwca rozgrywki udało się wznowić, a przed pierwszym spotkaniem po lockdownie Claudio Ranieri wysnuł teorię, że piłkarze, którzy przeszli zakażenie koronawirusem, mieli ogromny problem z wróceniem do formy.
W ciągu tygodnia drużyna Sampdorii rozegrała trzy spotkania i trzy spotkania przegrała. Znów nad klubem pojawiło się widmo spadku, który nie oszczędził także lokalnego rywala – Genoę. Po 29 kolejkach wiadomo już było, że z Serie A pożegna się Spal i Brescia, a o ostatnie miejsce premiowane spadkiem będzie walczyło Lecce, Genoa oraz Sampdoria. W następnym sześciu spotkaniach udało im się wygrać aż pięć z nich. Doskonałą formę prezentowali Emil Audero, Fabio Quagliarella, Manolo Gabbiadini oraz Karol Linetty. To oni byli w tamtym sezonie najlepszymi piłkarzami blucerchiatich. Po 34 kolejkach wskoczyli nawet na 13 lokatę, a połowa miasta Genoi mogła odetchnąć z ulgą, gdzie druga połowa obgryzała paznokcie, aby udało się utrzymać w lidze. Sampdoria zakończyła sezon na 15 miejscu, a Genoa na 17. W październiku podjęto dobrą decyzję, aby zatrudnić Claudio Ranieriego, który otrzymał prosto brzmiące zadanie – utrzymać Sampdorię w Serie A. Włoski trener wywiązał się z tej roli znakomicie, a Massimo Ferrero zaproponował nową umowę, aby Claudio w następnym sezonie powalczył o coś więcej, niż tylko utrzymanie.
OBECNY SEZON, CZYLI WYJŚCIE NA PROSTĄ
Podobnie jak w ubiegłym sezonie, drużyna Sampdorii nie szalała podczas letniego mercato. Z Interu do klubu trafił Antonio Candreva oraz wrócił z wypożyczenia Valerio Verre. Udało się utrzymać trzon zespołu, który wystarczyło tylko doszlifować. Na inaugurację sezonu wysoko przegrali z Juventusem (3:0), w którym na ławce trenerskiej debiutował Andrea Pirlo. W drugiej kolejce zanotowali porażkę na własnym stadionie z beniaminkiem Benevento (2:3) i wydawało się, że aktualny sezon będzie kopiuj-wklej ubiegłych rozgrywek. Wszystko ruszyło w 3 kolejce, kiedy zdołali pokonać na wyjeździe Fiorentinę (1:2). W następnych kolejkach zdołali wygrać z takimi tuzami włoskiej Serie A, jak Lazio (3:0) i Atalantę (1:3).
MASSIVE 9 points for Sampdoria in their last 3 matches against some tough opponents.
Po znakomitej serii znów przyszedł marazm. W listopadzie nie wygrali żadnego spotkania, a na domiar złego odpadli z Coppa Italia po porażce z lokalnym rywalem – Genoą. Przed świętami Bożego Narodzenia Claudio Ranieri znalazł się na celowniku Massimo Ferrero. Właściciel Sampdorii zaprosił „na dywanik” trenera i kapitana Fabio Quagliarellę. Skutek był natychmiastowy. Przed świąteczną przerwą w rozgrywkach pokonali Hellas Veronę (1:2) i Crotone (3:1). Na koniec roku znajdywali się w czołowej dziesiątce, co można było uznać za sukces. Najlepszy mecz sezonu przypadł na święto Trzech Króli. Piłkarze blucerchiatich pokonali dość niespodziewanie na własnym stadionie Inter, a prawdziwe show w tamtym spotkaniu zaprezentował Antonio Candreva, który skarcił swój były klub. Wątpliwości budził stan murawy na Stadio Luigi Ferraris. Przed meczem z ekipą Antonio Conte nad Genoą przeszła potężna ulewa, która doszczętnie zrobiła z boiska bagno. Dopiero po ponad miesiącu udało poprawić stan murawy. Natomiast Sampdoria prezentowała równą formę. Drużyna z Genoi ustabilizowała swoją pozycję w środku tabeli, ale w ostatnich tygodniach pojawiła się informacja, że Claudio Ranieri będzie chciał po sezonie opuścić szeregi blucerchiatich. Włoski szkoleniowiec ma dobre stosunki z zarządem, ale swoją decyzję tłumaczy spełnieniem celu, czyli utrzymania w ubiegłym sezonie i w aktualnym zdobycia w najszybszym możliwym tempie 40 punktów, które są barierą utrzymania. Plotki w Italii mówią, że jego miejsce ma zająć aktualny trener Venezii – Paolo Zanetti. W sezonie 2020/21 nie uda się awansować do europejskich pucharów, ale o takim wyróżnieniu nie myśleli nawet przez minutę w klubie. Massimo Ferrero na pewno zasiądzie do rozmów z Ranierim, ale jego decyzja wydaje się nieodwracalna. Następca będzie miał jednak ułatwione zadanie, gdyż przejmie drużynę poukładaną i głodną wyników.
We włoskim środowisku Claudio ma miano trenera, do którego należy podejść z szacunkiem. Sukcesy w Premier League i Serie A sprawiły, że nadal będzie pożądanym trenerem na rynku. Ranieri w październiku skończy 70 lat, ale nie myśli jeszcze o emeryturze. Uwielbia nowe wyzwania, więc możemy czekać na oficjalną informację, który klub w następnym sezonie Włoch poprowadzi.
W wielosekcyjnym klubie Levante występuje dość rzadko spotykana rywalizacja pomiędzy sekcją męską a damską założoną w 1998. Panie w przeszłości odnosiły zdecydowanie większe sukcesy. Cztery razy zdobywały mistrzostwo Hiszpanii, łącznie dwunastokrotnie kończyły sezon na podium oraz zdobyły sześć Pucharów Królowej. Drużyna męska nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów, ale warto docenić sezon 2011/12 oraz 2012/13 w wykonaniu Granotas.
SKROMNY PROJEKT Z NOWYM STERNIKIEM
W sezonie 10/11 zespół Granotas prowadził Luis Garcia, ale po zakończeniu rozgrywek przeniósł się do Getafe. Jego miejsce w Levante zajął Juan Ignacio Martinez, który wcześniej z sukcesami prowadził Cartagenę w rozgrywkach Segunda Division. Po kilku latach pracy na niższych poziomach rozgrywkowych w końcu otrzymał szansę pracy w hiszpańskiej elicie. Levante było wówczas skromnym klubem. Kibice Levante wciąż miele z tylu głowy wspomnienia związane z katastrofalnym sezonem 07/08 zakończonym spadkiem oraz dwóch latach spędzonych na zapleczu.
Nie dziwi więc fakt, że wówczas głównym celem Levante było pewne utrzymanie w Primera Division. Narzędzia do zrealizowania tego celu były jednak mocno ograniczone. W zależności od źródeł budżet klubu na początku sezonu 11/12 oscylował w granicach 22 milionów euro (najniższy budżet w stawce), a do zespołu trafiali głównie piłkarze, niedoceniani lub ci, którzy szukali przystani do odbudowania.
Miércoles 16/11 nos visitará Juan Ignacio Martínez, entrenador del Levante U.D. a las 18h en Galileo. Acceso Libre. pic.twitter.com/B2F5HiTS
Starano się nie nadwyrężać budżetu, ponieważ sytuacja była nadal napięta do tego stopnia, że dwa lata wcześniej klub został zmuszony do organizacji meczu pomiędzy Levante a drużyną złożoną z gwiazd ligi hiszpańskiej. Pieniądze ze sprzedaży biletów przeznaczono na pokrycie zaległych pensji zawodników.
Przed startem sezonu 11/12 dołączyli: Pallardo za 200k euro z Getafe, Pedro Lopez za 200k z Realu Valladolid, Navas wyp. za 150k euro z Albacete, Barkero za darmo z Numancii, del Horno za darmo z Valencii, Farinos za darmo z Herculesa, Aranda za darmo z Osasuny, El Zhar za darmo z Liverpoolu, Cabral wyp. z Arsenal FC, Arouna Kone wyp. z Sevilli.
REMISOWY POCZĄTEK I LIDER PRIMERA DIVISION
Zespół, który składał się z 24 piłkarzy, w tym siedmiu wychowanków ruszył na zgrupowanie przedsezonowe do Holandii i Belgii. Kolejnym etapem przygotowań były spotkania towarzyskie w Hiszpanii oraz w Anglii. Czasu do rozpoczęcia rozgrywek nie było dużo, a trener musiał szybko zaimplementować swoje pomysły. Jego Levante starało się grać futbol na miarę potencjału. Stabilna gra w obronie w połączeniu z szybkimi kontrami stały się specjalnością tej ekipy i ostatecznie przyczyniły się do sprawienia kilku niespodzianek, ale po kolei.
Sezon ligowy rozpoczęli od trzech remisów, kolejno z Realem Saragossa, Getafe i Racingiem Santander. W czwartej kolejce na Ciutat de Valencia zawitał Real Madryt z Jose Mourinho za sterami. Niespodziewanie Los Blancos przegrali to spotkanie 1:0, a bohaterem Las Granotas stał się Arouna Kone, który wykończył akcję Javiego Venty.
W przypadku Kone należy zatrzymać się na moment. Zazwyczaj piłkarze, których sprowadza Monchi, są chwaleni, natomiast w przypadku Iworyjczyka dyrektor sportowy Sevilli się pomylił. Po dobrym sezonie w PSV, Sevila zapłaciła za niego 12 milionów euro z nadzieją, że za moment będzie można na nim jeszcze zarobić. Okazało się, że wówczas najdroższy piłkarz w historii Sevilli nie jest najłatwiejszym piłkarzem do współpracy.
Z perspektywy czasu transfer Iworyjczyka do Sevilli okazał się jednym z najgorszych transferów Monchiego. Choć w Sevilli mu nie poszło, to dziwnym trafem odnalazł się w Levante, do którego w pierwszej kolejności został wypożyczony. Przychodził jako następca Felipe Caicedo i wykonał swoją pracę należycie, choć na początku sezonu był totalnie bez formy i trener zdecydował się na grę z fałszywą dziewiątką. Jego kontrakt z Sevillą kończył się w czerwcu 2012, czyli w momencie zakończenia wypożyczenia. Teoretycznie, więc w 2012 mógł podpisać kontrakt z Levante bez udziału Sewilli, ale w wypożyczeniu zawarto klauzulę, która dawała Sevilli pewną furtkę. W przypadku zdobycia przez Kone 18 bramek, jego kontrakt Sevillą zostałby przedłużony automatycznie. Pod koniec sezonu Arouna Kone zbliżył się mocno do tej granicy, co było nie w smak zarówno piłkarzowi (nie miał zamiaru wracać do Sevilli), jak i Levante, które miało w planach dużo zarobić na Iworyjczyku. Do dziś ptaszki ćwierkają, że nie zagrał w dwóch ostatnich spotkaniach sezonu, nie ze względu na kontuzję, lecz w obawie o to, że może strzelić osiemnastego gola.
Skład Levante w spotkaniu z Realem Madryt
Po zwycięstwie z Królewskimi Levante wskoczyło na najwyższe obroty. W 9. kolejce mierzyli się z Villarrealem. Las Granotas zajmowali wówczas drugie miejsce w lidze, ale wiedzieli, że w przypadku zwycięstwa, przeskoczą w tabeli Barcelonę, która straciła punkty z Sevillą. Levante wygrało 3:0 i tym samym zaczęło przewodzić stawce. W następnej kolejce wygrali z Realem Sociedad po golu Rubena Suareza z rzutu wolnego w 93. minucie spotkania i dopiero Osasuna przerwała serię siedmiu zwycięstw.
PROBLEMY NA POCZĄTKU RUNDY REWANŻOWEJ
Po 19. kolejce mając 31 punktów na koncie, zajmowali czwartą pozycję tuż za Barceloną, Realem i Valencia. Drugą rundę spotkań rozpoczęli źle. Od remisu, który poprzedził serię czterech porażek, co zepchnęło ich na siódmą pozycję. Ciosem dla zespołu w połowie sezonu była kontuzja kluczowego dla zespołu Juanlu. Hiszpan w meczu rewanżowym Pucharu Króla z Deportivo la Coruna złamał kość piszczelową, przez co wypadł na wiele tygodni. Ponadto zimą odeszło kilku piłkarzy: Nano i Rafa Jordà odeszli do ligi chińskiej, Carlos Aranda do Realu Saragossa, Wellington do Alcoyano, a Héctor Rodas do Elche CF. Braki uzupełnili Óscar Serrano, Pedro Botelho i Abdelkader Ghezzal ten ostatni okazał się kluczowym zawodnikiem w 38. kolejce.
Levante w drugiej części sezonu grało w kratkę. Piłkarze Jose Ignacio Martineza nie byli w stanie ustabilizować formy, ale ich rywale w walce o europejskie puchary również nie byli w stanie utrzymać doskonałej formy w kilku spotkaniach z rzędu. W 29. kolejce zawodnicy Levante ponownie znaleźli się na miejscu dającym możliwość występów w Lidze Mistrzów. Apetyty zaczęły rosnąć i wszystko nadal było możliwe. W 32. kolejce podejmowali Atletico i było to niezwykle ważne spotkanie z perspektywy możliwości awansu do europejskich pucharów. Atletico łączyło wówczas grę w lidze hiszpańskiej z europejskimi pucharami, co było szansą na sprawienie niespodzianki. Trzy dni wcześniej Los Colchoneros pokonali Hannover96 w ¼ finału LE. Atletico źle weszło w to spotkanie i już w pierwszej minucie stracili bramkę za sprawą Valdo. W 10. minucie podwyższył Arouna Kone, a wynik nie zmienił się do końca meczu. W 37. kolejce Las Granotas utrudnili sobie zadania, przegrywając z Mallorcą, przez co spadli na siódme miejsce. Ostatnia seria spotkań zapowiadała się więc niezwykle ciekawie. Levante zajmowało siódmą lokatę z 52 oczkami na koncie, żeby dostać się pucharów, musieli wygrać swój mecz i liczyć na potknięcie Mallorci bądź Atletico. Mallorca przegrała z Realem Madryt 4:1, zaś Atletico wygrało z Villarrealem i tym samym spuścili Żółtą Łódź Podwodną do drugiej ligi.
Levante wygrało w przekonującym stylu 3:0 z Atleticiem, który kilka dni wcześniej przegrał finał Ligi Europy z Atletico Madryt. Dwie bramki zdobył wspomniany wcześniej Abdelkadder Ghezzal (zwłaszcza pierwsze trafienie jest godne uwagi) a wynik spotkania uderzeniem z rzutu karnego ustalił Francisco Farinos. Dla gości ten mecz nie miał większego znaczenia. Czekali już tylko na finał Copa del Rey z Barceloną. Niestety tamto spotkanie również przegrali 3:0.
Był to pierwszy awans Levante do europejskich pucharów. Około 22:30 kibice razem z piłkarzami świętowali historyczny sukces na murawie stadionu. Następnie piłkarze udali się do szatni, a trener Juan Ignacio Martinez w przypływie emocji wskoczył pod prysznic w garniturze, co zostało uwiecznione przez klubową telewizję.
ELIMINACJE I FAZA GRUPOWA
W sierpniu doszło do ważnego z punktu widzenia klubu losowania. W ostatniej rundzie kwalifikacji do LE Levante wylosowało szkocki Motherwell. Trzecia drużyna SPL przegrała u siebie 0:2 po bramkach Juanlu i El Zhara, a następnie na wyjeździe 1:0 po bramce Gekasa, co dało Levante możliwość gry w fazie grupowej.
W grupie los skojarzył ich z niemieckim Hanowerem, holenderskim Twente i szwedzkim Helsingborgiem. Spotkania w tej grupie były bardzo wyrównane i zgodnie z przewidywaniami najsilniejszą drużyną okazał się Hannover. Pierwsze spotkanie wygrali przedstawiciele Bundesligi, a drugie zakończyło się remisem. W starciach z Twente raz górą było Levante, a raz spotkanie zakończyło się remisem. Helsingborg okazał się najłatwiejszym rywalem, ponieważ Levante wygrało oba spotkania. Wyniki tych spotkań dały Levante awans z drugiego miejsca.
W 1/16 Levante czekał dwumecz z faworyzowanym Olympiakosem. Grecki zespół miał zdecydowanie większe doświadczenie w europejskich pucharach, ale to Levante wygrało oba spotkania. Pierwsze 3:0, a rewanż w Grecji 0:1. Wydawało się, że dla Levante w pucharach nie ma rzeczy niemożliwych. W kolejnej rundzie przyszło im się zmierzyć z Rubinem. W Walencji kibice nie obejrzeli bramek i choć Levante nie wygrało, ważne, że Rubin nie zdobył bramki na wyjeździe. Rewanż okazał się bardzo wymagający. W pierwszych 90 minutach nie było bramek, więc trzeba było rozegrać dogrywkę. W niej Levante opadło z sił i Rubin zwyciężył 2:0.
Choć porażka nie jest niczym przyjemnym, to kibice Granotas do dziś spotykają spotkania w pucharach z uśmiechem na ustach. Drużyna, która nie była przyzwyczajona do gry co trzy dni, mogła nareszcie skupić się na lidze. Sezon zakończyli się 11 miejscu, a dyrektor sportowy Levante, Manuel Salvador, ogłosił odejście trenera Juana Ignacio Martíneza z klubu. Wyznał, że była to najtrudniejsza decyzja w jego karierze, która dotknęła go osobiście, lecz uznał, że klub potrzebuje trenera z nieco innym spojrzeniem na futbol. Tym samym zespół objął Joaquin Caparros, a Juan Ignacio Martinez odszedł do Realu Valladolid. Dziś prowadzi Real Saragossa. Objął tę drużynę w trudnym momencie, ale wszystko wskazuje na to, że wyprowadził zespół na prostą.
Zinedine Zidane wielokrotnie w tym sezonie był już zwalniany przez media, które tylko przeganiały się w informacjach, kto ma zostać jego następcą. Francuz w międzyczasie robił swoje i był zmuszony do eksperymentowania na żywym organizmie, aby ciągle liczyć się w walce o największe trofea. Kilka decyzji w jego wykonaniu było fatalnych, ale ostatecznie i tak zdołał wręcz niezauważenie wyjść z kłopotów. Po wygranej w El Clasico Los Blancos przybliżyli się do obrony tytułu mistrzowskiego, a jak najbardziej realny awans do półfinału Ligi Mistrzów może sprawić, że sezon dla „Królewskich” będzie nadspodziewanie udany.
PRZYWRÓCENIE NADZIEI
Cel Realu Madryt na każdy sezon jest taki sam – walka o wszystko, co możliwe do zdobycia. I chociaż jest to prawda, to przy widocznych problemach satysfakcję sprawiłoby samo zdobycie mistrzostwa Hiszpanii wraz z ewentualnymi pucharami krajowymi. O Lidze Mistrzów mało kto realnie myślał, ponieważ w poprzednich latach Królewscy nas od tego odzwyczaili. Na początku roku jednak wątpliwa stała się walka nawet o pozostałe trofea. Chociaż grudzień był całkiem dobry w wykonaniu Madrytczyków, tak styczeń zniwelował nadzieje wobec sukcesu w obecnym sezonie. Odpadnięcie z Superpucharu Hiszpanii i kompromitująca przegrana z Alcoyano w Pucharze Króla, oraz 7 na 12 możliwych do zdobycia punktów w LaLidze przy komplecie Atletico sprawiły, że powoli zaczęto spisywać rozgrywki na straty.
Dwumecz z Atalantą w dużym stopniu przywrócił nadzieje w serca kibiców. O ile pierwsze spotkanie nie było dość przekonujące, bo La Dea musiała się zmagać wręcz od samego początku w dziesiątkę, tak awans został przypieczętowany w świetnym stylu. W międzyczasie Atletico zaczęło gubić punkty i strata do pozycji lidera ciągle malała, a wraz z nią na nowo zaczęto wierzyć w zdobycie mistrzostwa kraju. Ostatni tydzień sprawił, że Real nie tylko ponownie rozpatruje się roli kandydata do wygrania ligi Hiszpańskiej, ale również w kontekście zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Pokonanie Barcelony dało Los Blancos pozycje wicelidera i zaledwie punkt straty do Rojiblancos, a genialny mecz z Liverpoolem w Madrycie sprawił, że są już jedną nogą w półfinale. Do tego trzeba jeszcze utrzymania wyniku z pierwszego meczu w dzisiejszym spotkaniu, ale jeśli się to uda, to Real dość niespodziewanie – patrząc na przedsezonowe typowania – zostanie jednym z kandydatów do wygrania największych europejskich rozgrywek.
ROZWÓJ TAKTYCZNY
W pewnym momencie sezonu coś ewidentnie przestało funkcjonować i Francuz został zmuszony do zmiany swojego stylu pracy. Dotychczas dużo spotkań traktował dość pobłażliwie, z myślą, że piłkarze takiej klasy nie powinni mieć problemów z wygraną. Od stycznia, czyli czasu „małego kryzysu” zaczął przykładać większą uwagę pojedynkom „mniejszej klasy” i obecnie w każdym meczu da się zauważyć szeroki zakres taktyczny, w tym nowe pomysły. Przełomem było starcie z Getafe, kiedy postanowił wyjść w formacji z wahadłowymi. Ekipa Jose Bordalasa, choć ma w tym sezonie ogromne problemy, tak jednak wciąż jest drużyną z LaLiga. Powiedzieć, że spotkanie było jednostronne, to duży minimalizm. Gospodarze zdominowali przeciwników w nowym systemie gry, co na pewno przyniosło sporo optymizmu, a przede wszystkim materiału do dalszej analizy.
Dwumecz z Atalantą w 1/8 finału Ligi Mistrzów był kolejnym przykładem, że Zidane zaczął próbować czegoś nowego. W pierwszym spotkaniu przez uraz wystąpić nie mógł Karim Benzema, więc Zinedine był niemal zmuszony postawić na Mariano. Jak się jednak okazało, nie do końca. Francuz na pozycji napastnika wystawił Isco, czyli cofniętą „dziewiątkę”. Chociaż na przebieg meczu mocno wpłynęła kartka Freulera, to drużyna została tak przygotowana, że obyło się bez problemów, a z nowego wariantu ofensywnego Zidane mógł powyciągać wnioski. W rewanżu natomiast ponownie postawił na formacje z wahadłowymi, i ponownie świetnie się to sprawdziło, tylko tym razem już na wielkim rywalu. Spotkania, a przede wszystkim pierwsze połowy w starciach z Liverpoolem i następnie Barceloną idealnie pokazały, że Zidane rozwija się taktycznie. Zneutralizowanie drużyny Kloppa i Koeamana (z naciskiem na pierwsze 45 minut), to nie lada sztuka, a wydaję się, że Zizou dopiero zaczyna powiększać swój wachlarz taktyczny.
SPECJALISTA OD WIELKICH SPOTKAŃ
Zinedine Zidane’owi można zarzucić wiele rzeczy, ale jedno trzeba przyznać – w ważnych spotkaniach bardzo rzadko zawodzi. Na pojedynki z klasowymi markami potrafi nie tylko odpowiednio zmobilizować drużynę, ale również genialnie przygotować ją pod rywala. Jest to widoczne już od czasów jego pierwszej kadencji, o czym świadczą przede wszystkim trzy wygrane Ligi Mistrzów, gdzie po prostu trzeba się mierzyć z najlepszymi, ale w obecnej kampanii jest to jeszcze bardziej imponujące. Nie ma co ukrywać, że wcześniej w dużym stopniu mógł polegać na Cristiano Ronaldo, który niemalże w każdej wygranej był najważniejszą postacią. Obecnie, chociaż Karim Benzema rozgrywa świetne miesiące, to nie ma postaci, której mógłby w 100% zaufać. Odpowiedzialność rozkładana jest w większym stopniu na całą drużynę, przez co on sam ma również więcej pracy, aby dobrze ją przygotować. Dokładając do tego problemy kadrowe, można naprawdę pogratulować wyników i przede wszystkim stylu, w którym wygrywa wielkie spotkania.
Real Madrid in big games this season:
• 3-1 vs Barcelona. • 2-1 vs Barcelona. • 2-0 vs Atletico. • 3-1 vs Liverpool. • 1-1 vs Atletico • 1-0 vs Atalanta. • 3-1 vs Atalanta. • 2-0 vs M’Gladbach. • 2-0 vs Inter Milan. • 3-2 vs Inter Milan.
W obecnym sezonie jedyne spotkania z „wielkich”, które zostały przegrane to przede wszystkim mecz z Athleticiem Bilbao w Superpucharze i ewentualnie „dwumecz” z Szachtarem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Wymieniając już te pozytywne wyniki, mamy wygraną z; Barceloną (x2), Interem (x2), Atalantą (x2) Borussią Moenchengladbach, Sevillą, Atletico i Liverpoolem. A więc na 13 bardzo ważnych meczów, aż 10 zostało wygranych, z czego część z nich w świetnym stylu. Zidane’a nazywa się specjalistą od finałów, ale myślę, że ciężko również znaleźć trenera, który ogólnie lepiej spisuje się w ważnych pojedynkach, niż Francuz.
NATRUDNIEJSZY OKRES SEZONU
Zidane na konferencji po wygranym klasyku z Barceloną powiedział, że drużyna fizycznie jest już na granicy. Wystarczy mały błąd, trochę wysiłku za dużo, a może to poskutkować urazem. Kolejnym z wielu, bo ilość piłkarzy, którzy byli w dotychczasowym sezonie kontuzjowani, jest ogromna, a część z nich wciąż niezdolna do gry. W tym momencie Zinedine do dyspozycji ma zaledwie 5 obrońców z pierwszej drużyny, z czego dwóch środkowych. Oznacza to, że jeśli w najbliższym czasie wypadnie Nacho bądź Militao, to Francuz będzie zmuszony sięgnąć do Castilli.
Zizou aktualnie musi niesamowicie mądrze zarządzać siłami drużyny, ponieważ kontuzja każdego kolejnego zawodnika będzie oddalać ich od sukcesu. Nawet jeśli Real grać będzie ważne spotkanie z trudnym rywalem, to Zidane musi czasami zaryzykować, ściągając kluczowych piłkarzy, aby ci nie zostali przeciążeni, bo do końca sezonu jeszcze trochę zostało. Idealny przykład tego, jak Francuz dba obecnie o energię zespołu, mieliśmy w sobotnim klasyku. Chociaż Barcelona ciągle się rozkręcała, to trener Królewskich postanowił ściągnąć Benzeme, Kroosa i Viniciusa, czyli trzy kluczowe postacie drużyny, na rzecz Mariano, Isco i Marcelo, czyli piłkarzy drugoplanowych. W pewnym momencie skład Los Blancos wyglądał niczym w sparingu, a nie w największym ligowym pojedynku świata, ponieważ na boisku było sporo piłkarzy, którzy w normalnych warunkach na nie by nie wyszli.
Z drużyną z Katalonii ryzyko się opłaciło, ale w kolejnych meczach tyle szczęścia Zidane może już nie mieć. Mimo to podejmowanie takich decyzji wciąż pozostaje wskazane, ponieważ w przeciwnym wypadku Francuz może być zmuszony korzystać z piłkarzy rezerwowych od pierwszej minuty.
Stołek, na którym siedzi Solskjaer stygnie z tygodnia na tydzień. Norweski menedżer udowadnia po raz kolejny, jak ważne w futbolu jest zaufanie ze strony ludzi pociągających za sznurki i konsekwentne dążenie do celu. Menedżer Manchesteru United robi systematyczny progres, a coraz częściej pojawiają się głosy o nowym kontrakcie dla Norwega.
CIERPLIWOŚĆ KLUCZEM DO SUKCESU
Ole Gunnar Solskjaer, jak każdy menedżer klubu z ambicjami, przez media zwalniany był już jakieś 150 razy. Ed Woodward, mimo kryzysów i wpadek, pozostawał powściągliwy i nie podejmował żadnych nerwowych ruchów. Czytając brytyjską prasę, szczególnie tę śniadaniową, wyczytać mogliśmy coraz to nowsze nazwiska osób, które lada moment miały zająć gabinet menedżera w klubie z Old Trafford. W międzyczasie pojawiały się opinie, że postawienie na Ole jako stałego menedżera odbije się w klubie czkawką. Tymczasem Solskjaer, nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuje pracę w angielskim klubie, a rezultaty są coraz bardziej widoczne.
Ole Gunnar Solskjaer go dey lucky if e be Manchester United boss when season end. We believe say dem go sack am. #MUFC
Początek przygody Norwega w zespole 20-krotnego mistrza Anglii był co najmniej bardzo udany. Rozbita mentalnie grupa ludzi, którą pozostawił na Old Trafford Jose Mourinho, nagle zaczęła seryjnie wygrywać, strzelając przy tym sporo bramek. W okresie od 22 grudnia do 9 lutego 2018 roku United nie przegrał jedenastu meczów z rzędu, jednocześnie triumfując w pierwszych ośmiu. Już wtedy kibice z czerwonej części Manchesteru dostali jasny sygnał, że w ich ulubieńcach drzemie olbrzymi potencjał. Pierwsza porażka przyszła dopiero w meczu Ligii Mistrzów z PSG. Piłkarze Tuchela wracali do Paryża z zaliczką dwóch bramek strzelonych na wyjeździe, co, jak wiadomo, stawiało ich w roli murowanego faworyta. W rewanżu Solskjaer nie mógł skorzystać z kilku czołowych piłkarzy, w tym Paula Pogby. Żaden z ekspertów nie dawał piłkarzom United większych szans na korzystny rezultat. A jednak bramka Marcusa Rashforda, zdobyta w doliczonym czasie gry, dająca awans Czerwonym Diabłom do ćwierćfinału, oznaczała jeden z najbardziej spektakularnych comeback’ów w historii Ligii Mistrzów. Wydawać by się mogło, że tak znaczący triumf powinien napompować piłkarzy United pozytywną energią. Tymczasem po zwycięstwie w Paryżu podopieczni Solskjaera popadli w poważny kryzys. W pozostałych dwunastu meczach tamtej kampanii wygrali zaledwie dwa razy, odpadając w międzyczasie z rozgrywek Champions League. Forma zespołu była daleka od ideału, a bolesna porażka 0-4 na Goodison Park była tego najlepszym odzwierciedleniem. W tamtym okresie, pomiędzy marcem a majem, bilans United był wprost fatalny. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i aż osiem porażek jasno wskazywały, że z zespołem dzieje się coś złego, a niektórym piłkarzom zwyczajnie nie zależy na dobrych wynikach. Winą za ten stan rzeczy obarczony został Norweg, a w mediach coraz głośniej zastanawiano się, czy zaoferowanie mu stałej umowy było najlepszym pomysłem.
PRZEMYŚLANE I TRAFIONE TRANSFERY
Wskutek niezakwalifikowania się do następnej edycji Ligii Mistrzów, na Old Trafford z początkiem nowego sezonu musiały zapaść odważne decyzje. Pierwszy skład potrzebował wzmocnień, a duża liczba traconych goli zmotywowała działaczy i samego Solskjaera do aktywności na rynku transferowym. Po sprowadzeniu skrzydłowego Swansea – Daniela Jamesa, do czerwonej części Manchesteru trafił Harry Maguire. Była to jedna z najlepszych decyzji menedżera United, odkąd zaczął pracę przy Sir Matt Busby Way. Mimo kilku słabszych meczów i zawalonych bramek, rosły angielski obrońca wywierał coraz większy wpływ na poczynania defensywne United. Do tej pory, grając przez blisko dwa sezony, nie opuścił ani jednego spotkania ligowego. Dziś, ustalając skład na następny mecz, Solskjaer zaczyna właśnie od Maguire’a. Prawdziwy lider, który w pewnym momencie dostał nawet opaskę kapitańską. Transfer Anglika to jednak nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się pół roku później. Odkąd Bruno Fernandes zdecydował się podpisać kontrakt z United, zespół przeszedł totalną metamorfozę. Właściwie od samego początku Portugalczyk odgrywa olbrzymią rolę w układance norweskiego menedżera. Jego liczby są fenomenalne, a Solskjaer może pochwalić się tym, że doprowadził do jednego z najlepszych transferów Manchesteru United na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Skupiając się na ruchach kadrowych, nie można zapomnieć o przewietrzeniu szatni i odmłodzeniu kadry, jakich dokonał w ciągu nieco ponad dwóch lat Norweg. To za jego kadencji klub opuścili piłkarze, którzy pobierali ogromne tygodniówki, a na boisku mieli niewiele do zaoferowania. Mowa przede wszystkim o Alexisie Sanchezie. Blisko 500 tysięcy funtów, zasilające co tydzień jego konto nijak się miało do formy, jaką prezentował podczas pobytu na Old Trafford Chilijczyk. Oprócz niego, klub opuścili Antonio Valenica, Marouane Fellaini, Matteo Darmian, Ashley Young, Chris Smalling, Marcos Rojo i Romelu Lukaku, który w czerwonej koszulce z diabłem na piersi nigdy nie wykorzystał pełni swojego potencjału. Przed tym sezonem, do Lazio wypożyczony został również Andreas Perreira.
INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ, KONTUNUOWANIE TRADYCJI I DOBRE WYBORY PERSONALNE
Ole Gunnar Solskjaer, podpisując kontrakt z Manchesterem United, doskonale wiedział, jak ważna jest inwestycja młodych, głodnych sukcesów piłkarzy. Ściągnięcie Aarona Wan-Bissaki, Amada Diallo czy Facundo Pellestriego wyraźnie pokazuje, że wizja rozwoju i długofalowych korzyści są dla niego sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, marka taka jak Manchester United, gdzie presja jest ogromna a kibice pragną sukcesów tu i teraz, nie może pozwolić sobie na granie „dzieciakami”. Stąd tez decyzja o sprowadzeniu na Old Trafford Edinsona Cavaniego. Czerwonym Diabłom od dwóch lat brakowało w szatni prawdziwego snajpera, który w pojedynkę móglby wygrać im mecz. Odion Ighalo, jak wszyscy wiemy, był tylko opcją tymczasową. Nigeryjczyk zostawił kawał zdrowia grając dla Manchesteru United, ale jego możliwości były jednak ograniczone. Co innego Cavani. Jego wpływ na grę zespołu mogliśmy zobaczyć już w pierwszych kilku meczach. Urugwajczyk wniósł wiele doświadczenia i spokoju w szeregi ofensywy United. Skorzystać na obecności w drużynie Cavaniego powinien Mason Greenwood, który od momentu wejścia do pierwszej drużyny, robi systematyczny progres. Młody Anglik debiutował właśnie u Solskjaera. To pod jego batutą Greenwood stał się pierwszym od 2003 roku nastolatkiem, który wchodząc z ławki w meczu United zanotował bramkę i asystę. Ostatnim, który tego dokonał był sam Cristiano Ronaldo. Młody Anglik jest też na najlepszej drodze, by dogonić Wayne’a Rooneya. Co prawda do rekordu strzeleckiego trochę mu jeszcze brakuje, ale Greenwood może go przeskoczyć pod względem bramek dla United, będąc nastolatkiem. Rooney miał 15 takich trafień, Greenwoodowi brakuje w tym momencie tylko dwóch, by zrównać się z legendarnym napastnikiem. Oprócz wspomnianego wyżej Greenwooda, w pierwszej drużynie Manchesteru United pod wodzą Solskjaera debiutowało jeszcze 12 zawodników akademii: Tahith Chong, James Garner, Brandon Williams, Di’Shon Bernard, Ethan Laird, Dylan Levitt, D’Mani Mellor, Largie Ramazani, Ethan Galbraith, Teden Mengi, Shola Shoretire i Dean Henderson.
W przypadku młodego bramkarza, który poprzedni sezon spędził na udanym wypożyczeniu do Sheffield United, Solskjaer po raz kolejny udowadnia, że nie boi się podjąć trudnych i nieoczywistych decyzji. Posadzenie De Gei na ławce i postawienie na dużo mniej doświadczonego Hendersona było dość ryzykowne, ale póki co ta decyzja się broni. Henderson wprowadził dużo spokoju w szyki obronne United. Wydaje się, że pod względem komunikacji jest już o półkę wyżej od hiszpańskiego golkipera. Solskjaera pochwalić trzeba także za dobrą ocenę sytuacji z Paulem Pogbą. Jeszcze tak niedawno wydawało się, że dni Francuza na Old Trafford są policzone. Wypowiedzi Mino Raioli, agenta piłkarza, tylko potwierdziły plotki o rychłym odejściu Pogby. Tymczasem Norweg, jak zwykle z klasą, ale stanowczo dał do zrozumienia, że to on rządzi na Old trafford. Odkąd francuski Mistrz Świata wyleczył kontuzję, gra na naprawdę wysokim poziomie, a wszelkie pogłoski na jego temat nie mają przełożenia na boiskowe poczynania. Wracając jeszcze na moment do transferów, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że świetnym ruchem było sprowadzenie do angielskiego klubu Alexa Tellesa z FC Porto. Nawet, jeśli Brazylijczyk nie ma aż tak bezpośredniego wpływu na grę United, to sama jego obecność w drużynie świetnie podziałała na Luke’a Shawa. Lewy obrońca jest jednym z najlepszych piłkarzy United w tym sezonie, a jego wysoka forma ma kluczowe znaczenie dla obrazu gry Czerwonych Diabłów.
WUEFISTA Z NIEZŁYM BILANSEM
Pamiętacie „run” Liverpoolu po tytuł mistrzowski w poprzednim sezonie i taranowanie każdego, kto stanął na ich drodze? Mało kto pamięta dzisiaj, ale to Solskjaer właśnie jako pierwszy przeciwstawił się maszynie Kloppa, remisując 1-1 na Old Trafford. I to dosyć pechowo, bo Liverpool wyrównał w ostatnich pięciu minutach po golu Adama Lallany. Ogólnie rzecz ujmując, łatka wuefisty, przyczepiona Norwegowi przez grupy jego adwersarzy, ma mniej więcej tyle samo sensu jak stwierdzenie, że w Anglii gra się tylko lagę do przodu. No może poza Stoke City i Burnley, ale o nich kiedy indziej. Ole Gunnar Solskjaer, podczas niespełna dwuipółletniego pobytu na Old Trafford czterokrotnie wygrywał z Guardiolą, trzykrotnie z Lampardem (którego nie ma dziś już w Chelsea), po dwa razy z Tuchelem i Mourinho. Raz górą był w starciach z Nagelsmanem, Sarrim, Kloppem i Bielsą. Przynajmniej połowa z nich jest powszechnie lansowana na fachowców dużo lepszych od Norwega. Oprócz tego, to właśnie Solskjaer, jako pierwszy w historii menedżer Manchesteru United, wygrał swoje trzy pierwsze spotkania w derbach na terenie City. Od początku zeszłego sezonu, Czerwone Diabły pod wodzą Ole przegrały 12 ligowych meczów. Dokładnie tyle samo, co Liverpool i o jeden mecz mniej od ekipy Guardioli. Jeśli chodzi o rywalizację z drużynami z TOP6, jak do tej pory, też nie wygląda to najgorzej. W tym sezonie bilans to 2 zwycięstwa, 5 remisów i jedna porażka, aczkolwiek bardzo bolesna. W meczach przeciwko City piłkarze United zdobyli cztery punkty, w obu meczach ligowych zachowując czyste konto. Podobnie jak w meczach z Chelsea, jednak tam dwukrotnie padał bezbramkowy remis. Jak na kogoś, kto nie ma pojęcia na czym polega ten biznes, norweski menedżer radzi sobie całkiem dobrze.
🧠 Warto wiedzieć.
🇳🇴 Ole Gunnar Solskjaer jest pierwszym menedżerem w historii 🔴 Manchesteru United, który wygrał swoje pierwsze trzy mecze wyjazdowe w derbach z 🔵 Manchesterem City.
Oczywiście, nie wszystko w drużynie United zawsze działa perfekcyjnie. Kamyczkiem do ogródka Solskjaera należy uznać przede wszystkim trzy przegrane półfinały: dwumecz Carabao Cup z City, porażki z Chelsea w FA Cup i Sevillą w Lidze Europy. W najważniejszych momentach sezonu nadal coś się blokuje, a marzenia o upragnionym trofeum trzeba odkładać na następny rok. Do tego dochodzi absolutna kompromitacja na Old Trafford w meczu ze Spurs. Co prawda United grał w osłabieniu przez ponad 60 minut, po czerwonej kartce dla Martiala, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie tak wysokiej porażki. Tottenham obnażył tego dnia wszystkie słabości United, bezwzględnie wykorzystując błędy popełnione przez gospodarzy. Plamą na honorze Solskjaera jest także odpadnięcie z Ligii Mistrzów obecnego sezonu jeszcze w fazie grupowej. United nie trafił na najłatwiejszych rywali, ale mając komplet punktów po dwóch pierwszych meczach z PSG i Lipskiem, po prostu nie mógł odpaść. Niestety stało się inaczej, a Solskjaer musiał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za niekorzystny rezultat. Norweski menedżer był krytykowany głównie za brak reakcji i zostawienie Freda na boisku w domowym meczu z PSG. Brazylijczyk zobaczył drugą żółtą kartkę, a United ostatecznie przegrał 1-3. Jedynym faktem, mogącym choć trochę usprawiedliwić piłkarzy Ole jest to, że jest to młody zespół, któremu często brakuje konsekwencji. W kilku przypadkach zdarzało się, że mając teoretycznie mecz pod kontrolą i prowadząc na 10-15 minut przed końcem, ostatecznie tracili punkty. W kluczowych momentach czasem wychodzi brak doświadczenia czy nawet wyrachowania. Z drugiej strony, na Old Trafford mają na czym budować, a młodzi zawodnicy coraz częściej stanowią o sile zespołu. United, zaraz po Brighton, ma najmłodszy zespół w całej Premier League. 23-letni Marcus Rashford, który z kilku powodów nie jest w najwyższej formie od dłuższego czasu, a mimo wszystko zdobył w tym sezonie już 20 bramek i 12 asyst, już teraz jest liderem zespołu.
DNA I KONTYNUACJA TRADYCJI
Odkąd Ole Gunnar Solskjaer pojawił się w Manchesterze, konsekwentnie stara się wpoić swoim piłkarzom słynne już „DNA”. I nie jest to tylko gra pod publiczkę. Zawodnicy United mają dawać z siebie wszystko niezależnie od okoliczności, wciąż podnosząc sobie poprzeczkę. Norweg stara się wprowadzić do drużyny mentalność zwycięzców i prawdziwego ducha Czerwonych Diabłów. Podczas gry dla United pod wodzą Sir Alexa Fergusona, Solskjaer doskonale rozumiał jak ważny jest upór, wiarę we własne umiejętności i gra do ostatniego gwizdka. Sam okrzyknięty został mianem super rezerwowego, a jego gol w finałowym meczu Champions League z Bayernem przeszedł do historii tych europejskich rozgrywek. Takiej samej determinacji i zaangażowania oczekuje od swoich podopiecznych norweski menedżer. To właśnie w tym elemencie widać największy progres i rękę Ole Gunnara Solskjaera. Czerwone Diabły są najlepszą drużyną w TOP5, która w tym sezonie zdobyła najwięcej punktów z pozycji przegrywającego.
Piłkarze Solskjaera zdobyli 28 takich oczek. Jeśli chodzi o powroty, piłkarze United potrafili aż dziewięciokrotnie zwyciężać w meczach, w których musieli odrabiać straty. Mowa tylko o obecnym sezonie Premier League. Najlepszy pod tym względem w historii jest Newcastle United – 10 comebacków w kampanii 01/02. Ogromne znaczenie w filozofii Manchesteru United ma też szkolenie młodych zawodników i sukcesywne wprowadzanie ich do pierwszego zespołu. Solskjaer kontynuuje na Old Trafford piękną tradycję, która rozpoczęła się ponad 80 lat temu. Przez cały ten okres, w ponad 4000 meczach z rzędu, w składzie meczowym United pojawia się przynajmniej jeden piłkarz, który jest wychowankiem klubu z czerwonej części Manchesteru! Marcus Rashford jest jednym z nich. Mimo kilku kontuzji i wahań formy stał się jednym z najlepszych piłkarzy United na przestrzeni ostatnich 3 lat. Podobnie Scott McTominay, którego charakter i determinacja w pełni odzwierciedlają cechy, jakie musi posiadać piłkarz Manchesteru United. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne, to tutaj również uznanie należy się Solskjaerowi. W dwóch ostatnich sezonach ligowych piłkarze United strzelali kolejno 65 i 66 goli. W tym momencie udało im się pokonać bramkarzy rywali 61-krotnie, ale do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze 7 kolejek. Można więc śmiało założyć, że i pod tym względem Czerwone Diabły dokonają progresu. W obecnej kampanii tylko czterem piłkarzom na poziomie Premier League udało się strzelić 20 lub więcej goli we wszystkich rozgrywkach. Dwóch z nich to piłkarze United: Bruno Fernandes (23 gole) i Marcus Rashford (20). Dobra forma strzelecka obu piłkarzy znacznie przyczyniła się do kolejnego osiągnięcia, jakie w CV może zapisać sobie Solskjaer. Manchester United kontynuuje imponującą passę 23 wyjazdowych meczów z rzędu bez porażki w lidze. Tylko Arsenal może pochwalić się lepszym rekordem (27).
20 – Marcus Rashford is the fourth Premier League player to reach 20 goals in all competitions this season after Harry Kane (29), Mo Salah (27) and Bruno Fernandes (23). Lion. #UELpic.twitter.com/tm6yqGKxfF
Podsumowując, Ole Gunnar Solskjaer, mimo wielu głosów krytyki i kilku wpadek, wykonuje na Old Trafford kawał dobrej roboty. Norweg doskonale wie, w którym kierunku chce doprowadzić klub, którego dobro ewidentnie leży mu na sercu. Jego kultura osobista i spokój często powodują, że staje się łatwym celem mediów i środowiska piłkarskiego na Wyspach. Punktem zwrotnym w jego karierze byłoby zdobycie tak długo wyczekiwanego przecież trofeum. Wzniesienie pucharu z pewnością zdjęłoby presję z piłkarzy United i podniosło wiarę we własne umiejętności. Już w czwartek Manchester United zmierzy się na na Old Trafford z Granadą w rewanżowym meczu ćwierćfinałów Ligii Europy. Zaliczka z pierwszego spotkania pozwala wierzyć, że United po raz kolejny staną przed szansą awansu do finału tych rozgrywek. Droga nie będzie prosta, ale jeśli Czerwone Diabły chcą znów aspirować do miana jednej z najlepszych drużyn Starego Kontynentu, muszą zrobić wszystko, by 26-go maja w Gdańsku móc podnieść ręce w geście triumfu.