Piłkarz. Podróżnik. Błazen. Lovelas. Hazardzista. Historia Kyle’a Lafferty’ego

Kyle Lafferty to jedna z najbarwniejszych postaci nie tylko szkockiej, ale i brytyjskiej piłki. U kresu kariery znów przypomniał sobie, jak się strzela gole, a dzięki świetnej postawie w Kilmarnock ponownie trafił na pierwsze strony gazet.

Zderzenie z rzeczywistością

Lafferty urodził się w Enniskillen, stolicy północnoirlandzkiego hrabsta Fermanagh. Pierwsze kroki w futbolu stawiał w dwóch loklanych klubach – NFC Kesh i przez krótki okres w Ballinamallard FC. Niedługo później zwrócił na siebie uwagę Burnley FC, który w tamtym okresie występował w angielskiej Championship. Po uzgodnieniu warunków, jako niespełna siedemnastolatek, podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Przenosiny do Anglii spowodowały, że młody piłkarz nagle poczuł się samotny. Jego rodzina i znajomi zostali w Irlandii Północej, a Lafferty nie potrafił poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością. Coraz częściej, by wypełnić luki pomiędzy treningami a grą dla The Clarets, wstępował więc do punktów bukmacherskich, gdzie przegrywał znaczną część skromnego w tamtym okresie wynagrodzenia. Jak się później okazało, był to kluczowy moment w kontekście kreowania się jego charakteru i decyzji, jakie podejmował w przyszłości.

Dwie wieże z Glasgow

Po trzyletnim okresie spędzonym w Burnley i średnio udanym wypożyczeniu do Darlington, zainteresowanie Laffertym wyraziły trzy znane kluby: Rangers, Celtic i Leeds United. 21-letni wówczas piłkarz zdecydował się dołączyć do niebieskiej części Glasgow, a pobyt w klubie z Ibrox był jednym z najlepszych i najbardziej stabilnych okresów jego kariery. W premierowym sezonie na szkockich boiskach Lafferty rozegrał łącznie 28 meczów, w których zdobył 7 bramek i zanotował 2 asysty. Nie najgorzej, jak na kogoś, kto po raz pierwszy w karierze zderzył się z ogromną presją i oczekiwaniami kibiców. Rangers sięgnął w tamtym sezonie po Mistrzostwo i Puchar Szkocji, a Lafferty był jednym z ojców tego sukcesu. Na początku sezonu 10/11 do Rangers sprowadzony został Nikica Jelavic, za którego Rapid Wiedeń zainkasował około 5 milionów euro. Ich boiskowa współpraca układała się bardzo dobrze, a duet wysokich napastników zaczęto nazywać „dwoma wieżami”. W ostatniej kolejce tamtego sezonu Rangers, aby świętowąć trzeci z rzędu tytuł mistrzowski, musiał wygrać na wyjeździe z Kilmarnock. Już po siedmiu minutach goście prowadzili 3-0, a trzecią bramkę po podaniu Jelavicia strzelił właśnie Lafferty. Piłkarze Waltera Smitha rozbili tego dnia Kilmarnock aż 5-1, a północnoirlandzki napastnik mógł zabrać do domu piłkę, wręczaną zdobywcy hat-tricka. Łącznie, podczas gry dla Rangers, Lafferty trzykrotnie sięgał po tytuł Mistrza Szkocji, dwukrotnie zdobywał Puchar Ligii Szkockiej i dołożył jedno trofeum za zwycięstwo w Pucharze kraju, jednocześnie stając się jednym z ulubieńców kibiców The Gers.

Blaski, cienie i początek tułaczki

Nie zawsze jednak o Laffertym pisano w prasie w samych superlatywach. W maju 2009 roku w meczu przeciwko Aberdeen, po spięciu z Charlie Mulgrewem przy linii bocznej boiska, reprezentant Irlandii Północnej padł na murawę, zasłaniając twarz. Sędziujący tamto spotkanie Stuart Dougall, po konsultacji z Grahamem Chambersem, ukarał obrońcę Aberdeen czerwoną kartką, a grający w osłabieniu goście przegrali ten mecz 1-2. Telewizyjne powtórki pokazały, że Lafferty symulował, a jego reakcja była skrajnie przesadzona. Zachowanie zawodnika skrytykował sam Walter Smith, sugerując, że w jego zespole nie ma miejsca na tym podobne ekscesy. Kilka dni później komisja odwoławcza anulowała czerwoną kartkę Mulgrewa, jednocześnie zawieszając na dwa spotkania winowajcę całego zajścia.

Pod koniec sezonu 11/12 Rangers, jako wicemistrz Szkocji, z powodu zadłużenia i bankructwa, znalazł się pod zarządem komisarycznym. W konsekwencji oznaczało to degradację do Third Division, a klub przejęła nowa spółka, kierowana przez Charlesa Greena. Na mocy ustawy o prawie pracy część piłkarzy nie zdecydowała się przenieść swoich kontraktów do nowopowstałej spółki. Jednym z nich był Kyle Lafferty. Mimo klikunastu ofert z angielskich i szkockich klubów północnoirlandzki napastnik postawił na przeprowadzkę do FC Sion. Epizod w kraju Helwetów nie był szczególnie udany. Już po roku Laffferty prezentowany był na konferencji prasowej jako nowy zawodnik US Palermo. W trakcie rocznego pobytu we Włoszech Lafferty znów potwierdził swoją wartość, a przez sycylijskich kibiców wybrany został nawet najlepszym piłkarzem Palermo tamtego sezonu. We wszystkich rozgrywkach strzelił wówczas 11 bramek, co czyniło go, tuż po Abelu Hernandezie, drugim najskuteczniejszym piłkarzem klubu. Pod tym względem lepszy był nawet, od Paulo Dybali czy Andrei Belottiego! Jego sposób bycia i pozaboiskowe wybryki nie sposobały się jednak prezydentowi Palermo, który zdecydował o umieszczeniu piłkarza na liście transferowej.

DEMONY PRZESZŁOŚCI

1 lipca 2014 roku, chwilę po otwarciu okienka transferowego, Lafferty dołączył do Norwich City, które zdecydowało się wyłożyć za niego 4.5 miliona euro. W klubie z Carrow Road nie szło mu jednak najlepiej, a coraz częściej pojawiały się głosy o problemach w życiu prywatnym. Po latach piłkarz przynał, że główną motywacją jego transferu był spory zastrzyk gotówki, który otrzymał przy podpisaniu kontraktu. Już po pół roku Lafferty wypożyczony został do Rizespor, zespołu tureckiej SuperLig. Tam nadal nie potrafił wrócić do optymalnej formy, strzelając zaledwie dwie bramki w 15 meczach. Piłkarz wrócił do macierzystego klubu, by udać się na kolejne wypożyczenie, tym razem do Birmingham. Jeszcze będąc piłkarzem Norwich, Lafferty przyłapany został na obstawianiu meczów hiszpańskiej LaLiga, co niezgodne było z regulaminem angielskiej federacji. Piłkarza ukarano grzywną w wysokości 23 tysięcy funtów, a sprawę nagłaśniały największe brytyjskie media. Jak stwierdził sam Lafferty, w tamtym okresie obstawiał wszystko, co możliwe, od koni po wyścigi psów, mimo że nie miał o tym bladego pojęcia. Swoje zakłady wybierał na podstawie koloru kasku dżokeja, a chęć odegrania się była silniejsza od niego. Tylko szczerość i przyznanie się do ostrego uzależnienia od hazardu sprawiły, że skończyło się na karze finansowej. W innym wypadku Lafferty mógł nawet zostać zawieszony, co uniemożliwiłoby mu udział w rozrgrywanych we Francji Mistrzostwach Europy. Byłaby to ogromna strata dla reprezentacji Irlandii Północnej. Tym bardziej że w eliminacjach Lafferty zdobył aż 7 bramek, stając się najlepszym strzelcem zespołu.

Błazen z dobrym sercem

Po nieudanym okresie w Norwich, Lafferty zdecydował się wrócić na szkockie boiska, tym razem podpisując kontrakt z Heart of Midlothian. Przeprowadzka na stare śmieci podziałała na niego w bardzo pozytywyny sposób, a sam zainteresowany stał się w tamtym okresie kluczowym graczem klubu z zachodniej części Edynburga. Lafferty nie byłby jednak sobą, gdyby było o nim głośno tylko z powodu sportowych osiągnięć. Jak wspomina Austin MacPhee, wieloletni współpracownik i przyjaciel Lafferty’ego, był on jednym z największych błaznów i żartownisiów, jakich kiedykolwiek poznał. Podobną opinię o północnoirladzkim piłkarzu podziela jego były klubowy kolega, Gregg Wylde. Szkot szczególnie dobrze pamięta sytuację z fajerwerkami, które do szatni Rangers przyniósł Lee McCulloch, a które finalnie trafiły w ręce Lafferty’ego. Północnoirlandzki piłkarz, nie zastanawiając się zbyt długo nad konsekwencjami, wsadził je do butelki z wodą, podpalił i wrzucił pod natryski. Butelka eskpolodowała, pomieszczenie pokryło się dymem zmieszanym z parą wodną, a czujniki dymu wywołały wycie alarmu pożarowego. Wszyscy piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego musieli natychmiast opuścić szatnię i udać się w bezpieczne miejsce. Innym razem, jak wspomina Austin MacPhake, na lotnisku Heathrow w Londynie, Lafferty schował się za karuzelą bagażową, naśladując odgłosy mewy. Robił to na tyle dobrze, że zdezorientowani pracownicy ochrony zaczęli przeszukiwać cały terminal. W podobny sposób wystraszył bramkarza reprezentacji Irlandii Północnej, Maika Taylora, gdy ten brał prysznic po jednej z serii treningowych. Lafferty przez wielu uważany jest za duszę towarzystwa, a jego pogodne usposobienie często pozwala na rozładowanie negatywnej energii. Podobne zdanie na jego temat mają piłkarze Sarpsborg, do którego w styczniu 2020 roku trafił Lafferty po nieudanym powrocie do Rangers. Jego doświadczenie, charyzma i niezła postawa na boisku spowodowały, że zespół odbił się od dna tabeli i ostatecznie utrzymał w Eliteserien. Samego Lafferty’ego najlepiej podsumował Ismaila Cheick Coulibaly, który wówczas rezprezentował barwy norweskiego klubu. Malijczyk nie miał prawa jazdy, a na treningi musiał chodzić pieszo kilka kilometrów. Gdy tylko Lafferty dowiedział się o tym, z własnej kieszeni zapłacił za nowy rower, który następnego dnia podarował zaskoczonemu Coulibaly’emu

„Niekontrolowany kobieciarz”

Hazard to nie jedyna słabość, z którą podczas swojej kariery mierzyć musi się Kyle Lafferty. Od lat w środowisku znany jest jako lovelas i bawidamek. Pierwszą żoną piłkarza została w 2012 roku, była Miss Szkocji – Nicole Mimnagh. Związek nie przetrwał jednak zbyt długo, a już po czterech latach nazwisko Lafferty przybrała była kandydatka konkursu na najpiękniejszą Szkotkę, Vanessa Chung. W październiku 2018 roku piłkarz wywołał kolejną aferę obyczajową, gdy wysyłał zdjęcia swojego nagiego torsu nieznajomej ze Snapchata. Było to zaledwie dwa miesiące po tym, jak urodziło mu się dziecko. Zniesmaczona tym faktem kobieta, do której trafiły nagie zdjęcia, nagłośniła sprawę. Podobnie wyglądało to podczas rocznej przygody w Palermo. Prezes włoskiego klubu, na pytanie dziennikarza, dlaczego zdecydował się sprzedać Lafferty’ego mimo dobrego sezonu, odpowiedział:

„Został sprzedany na wyraźną prośbę mojego menedżera, Beppe Iachiniego. Lafferty jest niekontrolowanym kobieciarzem, Irlandczykiem bez żadnych zasad. Jest kimś, kto znika na tydzień i udaje się do Mediolanu, by polować na serca kobiet. […] Ma dwie rodziny i sześcioro dzieci, nigdy nie trenuje na maksa. Na boisku jest bardzo pożyteczny, dał nam wiele dobrego. Jego zachowania jednak nie da się kontrolować, a Iachini powiedział mi, że nie potrafi go okiełznać, dlatego musi odejść”.

Do trzech razy sztuka

W styczniu tego roku, po niezbyt szczęśliwych przygodach w Sunderlandzie i Regginie, Lafferty został wolnym agentem. O przyszłość nie musiał się jednak martwić, bo prędzej czy później zgłosiłby się jakiś klub zainteresowany jego usługami. Jak sam stwierdził jeszcze podczas pobytu w Norwegii, zupełnie nie ma dla niego znaczenia gdzie gra, a do pracy piłkarza podchodzi jak do każdego innego zawodu. Miesiąc po odejściu z Regginy podpisał kontrakt z nowym klubem. Po raz trzeci zdecydował się wrócić do Szkocji, gdzie wyrobił sobie dobrą markę i odnosił największe sukcesy w karierze. Tym razem padło na Kilmarnock, który przez większą część sezonu broni się przed spadkiem. Od momentu przyjścia do zespołu, Lafferty z miejsca stał się kluczowym zawodnikiem klubu. W dziewięciu pierwszych meczach strzelił 9 bramek i zaliczył 2 asysty.

Dwukrotnie na przestrzeni miesiąca popisał się hat-trickiem. To dzięki m.in. jego dobrej postawie The Killie awansowali do ćwierćfinału Pucharu Szkocji, w którym już dzisiaj zmierzą się na własnym stadionie z St. Mirren. Jeśli dotrą do półfinału, ta sztuka uda im się po raz pierwszy od sezonu 96/97, gdzie ostatecznie triumfowali w całych rozgrywkach. Kilmarnock to trzynasty profesjonalny klub w karierze Kyle’a Lafferty’ego. Jeśli uda mu się utrzymać dobrą formę i pozostać w Premiership, nic nie stoi na przeszkodzie, by na dobre zakotwiczyć w obecnym miejscu. Pytanie, jak długo w Kilmarnock wytrzyma sam zainteresowany.

KAROL KOCZTA

Diego Maradona zawsze pozostanie dla nas Bogiem – wywiad z Bruno Galvànem.

Napoli w tym sezonie jest jedną wielką niewiadomą. Wciąż są w grze o Ligę Mistrzów, mimo konfliktu Gennaro Gattuso z Aurelio De Laurentiisem, wielu kontuzji, czy gorszej formy w danym okresie. Awans do prestiżowych rozgrywek byłby na pewno wielkim sukcesem dla drużyny spod Wezuwiusza. Przeprowadziliśmy wywiad z włoskim dziennikarzem CalcioNapoli24 i Metropolis – Bruno Galvànem, który opowie nam o spięciu na linii trener-prezes, Diego Maradonie, Arkadiuszu Miliku i wielu innych ciekawych kwestiach z perspektywy miłośnika „azzurrich”. Zapraszamy!

Czytaj dalej „Diego Maradona zawsze pozostanie dla nas Bogiem – wywiad z Bruno Galvànem.”

Czy to koniec przygody Claudio Ranieriego w Sampdorii?

Prawie pięć lat temu świętował z Leicester pierwsze mistrzostwo Anglii w historii tego klubu. Pół roku po sukcesie z „lisami” został zwolniony, ale i tak odchodził z drużyny w chwale. Przed Sampdorią trenował jeszcze takie drużyny jak: Nantes, Fulham czy Romę, ale z żadną z tych drużyn nie potrafił powtórzyć spektakularnego sukcesy. W oczach fanów na całym świecie zyskał sympatię. Kilka dni temu włoskie media informowały, że nie chce przedłużyć umowy z drużyną, która ma siedzibę w Genoi. Massimo Ferrero będzie próbował przekonać Włocha, by pozostał, ale decyzja wydaje się nieodwracalna. Jak ocenimy ponad dwuletnią Claudio w drużynie blucerchiatich? Zacznijmy od początku…

ZASTAŁ SAMPDORIĘ DREWNIANĄ…

Przed sezonem 2019/20 nowym szkoleniowcem drużyny z Genoi został Eusebio Di Francesco. Sampdoria w ubiegłym sezonie zajęła w lidze 9 miejsce, a Marco Giampaolo powędrował do Milanu. Nowy sezon z nowym trenerem miał być bardzo ważny. Massimo Ferrero wierzył, że uda się Sampdorii awansować do europejskich pucharów, a jak to wyglądało za kadencji Di Francesco? Rozpoczęli od trzech wysokich porażek z Lazio (0:3), Sassuolo (4:1) oraz Napoli (2:0). Już wtedy zapaliła się lampka, że potrzebna jest zmiana na stanowisku szkoleniowca, ale wszystko zmieniło zwycięstwo na własnym stadionie z Torino (1:0). Sampdoria prezentowała się tragicznie, zawodnicy nie przypominali zgranej ekipy z poprzedniego sezonu. Kolejne porażki sprawiły, że już w połowie października byłego trenera Romy zastąpił Claudio Ranieri.

Zadanie przed szkoleniowcem urodzonym w Rzymie było bardzo trudne. Blucerchiati zajmowali ostatnie miejsce w tabeli i byli głównym kandydatem do spadku. Po 13 kolejkach udało im się wydostać ze strefy spadkowej. Kiedy wydawało się, że wyszli na prostą, na początku grudnia rozegrali mecz z Cagliari. Był to prawdopodobnie najlepszy mecz ubiegłego sezonu. Drużyna Claudio Ranieriego prowadziła 3:1, ale ostatecznie przegrali 4:3, a w doliczonym czasie gry przełamał się po dwóch latach bez bramki Alberto Cerri. Tamto spotkanie Sampy wiele zmieniło na przestrzeni całego sezonu.

WIDOCZNE POSTĘPY, ALE CELEM BYŁO UTRZYMANIE

Claudio Ranieri od początku miał swoją wizję dotyczącą ustawienia i założeń taktycznych. Dopiero w połowie grudnia, czyli po ponad dwóch miesiącach wdrożył w Sampdorię swój plan. Do pomysłu trenera sceptycznie nastawiony był kapitan drużyny – Fabio Quagliarella, któremu nie podobał się defensywny styl gry. Do momentu wstrzymania rozgrywek wyniki Sampy były sinusoidą. Potrafili zremisować z Milanem (0:0), Sassuolo (0:0), ograć w pięknym stylu Brescię (5:1). Ale dobre spotkania potrafili zamazać beznadziejnymi występami takimi jak z Lazio (5:1), Napoli (2:4) czy Fiorentiną (1:5). Ogromne kłopoty mieli obrońcy podopiecznych Ranieriego, którzy popełniali na umór błędy. Podczas spotkania z drużyną Simone Inzaghiego tragiczne zawody rozegrał Julian Chabot. Mecz zakończył z czerwoną kartką, a komentujący to spotkanie Piotr Dumanowski i Dominik Guziak uznali, że był to najgorszy indywidualny występ w tamtym sezonie. Tuż przed lockdownem rozgrywek pokonali na własnym stadionie Hellas Verona. Covid mocno dotknął drużynę z Genoi. Pierwsze przypadki koronawirusa w Serie A pochodziły właśnie z ich drużyny. Manolo Gabbiadini bardzo źle przeszedł zakażenie. Równe dwa tygodnie męczyła go gorączka, która oscylowała w okolicach 40 stopni. Wirus nie ominął również Bartosza Bereszyńskiego, którego też męczyły objawy. Całe szczęście pod koniec czerwca rozgrywki udało się wznowić, a przed pierwszym spotkaniem po lockdownie Claudio Ranieri wysnuł teorię, że piłkarze, którzy przeszli zakażenie koronawirusem, mieli ogromny problem z wróceniem do formy.

W ciągu tygodnia drużyna Sampdorii rozegrała trzy spotkania i trzy spotkania przegrała. Znów nad klubem pojawiło się widmo spadku, który nie oszczędził także lokalnego rywala – Genoę. Po 29 kolejkach wiadomo już było, że z Serie A pożegna się Spal i Brescia, a o ostatnie miejsce premiowane spadkiem będzie walczyło Lecce, Genoa oraz Sampdoria. W następnym sześciu spotkaniach udało im się wygrać aż pięć z nich. Doskonałą formę prezentowali Emil Audero, Fabio Quagliarella, Manolo Gabbiadini oraz Karol Linetty. To oni byli w tamtym sezonie najlepszymi piłkarzami blucerchiatich. Po 34 kolejkach wskoczyli nawet na 13 lokatę, a połowa miasta Genoi mogła odetchnąć z ulgą, gdzie druga połowa obgryzała paznokcie, aby udało się utrzymać w lidze. Sampdoria zakończyła sezon na 15 miejscu, a Genoa na 17. W październiku podjęto dobrą decyzję, aby zatrudnić Claudio Ranieriego, który otrzymał prosto brzmiące zadanie – utrzymać Sampdorię w Serie A. Włoski trener wywiązał się z tej roli znakomicie, a Massimo Ferrero zaproponował nową umowę, aby Claudio w następnym sezonie powalczył o coś więcej, niż tylko utrzymanie.

OBECNY SEZON, CZYLI WYJŚCIE NA PROSTĄ

Podobnie jak w ubiegłym sezonie, drużyna Sampdorii nie szalała podczas letniego mercato. Z Interu do klubu trafił Antonio Candreva oraz wrócił z wypożyczenia Valerio Verre. Udało się utrzymać trzon zespołu, który wystarczyło tylko doszlifować. Na inaugurację sezonu wysoko przegrali z Juventusem (3:0), w którym na ławce trenerskiej debiutował Andrea Pirlo. W drugiej kolejce zanotowali porażkę na własnym stadionie z beniaminkiem Benevento (2:3) i wydawało się, że aktualny sezon będzie kopiuj-wklej ubiegłych rozgrywek. Wszystko ruszyło w 3 kolejce, kiedy zdołali pokonać na wyjeździe Fiorentinę (1:2). W następnych kolejkach zdołali wygrać z takimi tuzami  włoskiej Serie A, jak Lazio (3:0) i Atalantę (1:3).

Po znakomitej serii znów przyszedł marazm. W listopadzie nie wygrali żadnego spotkania, a na domiar złego odpadli z Coppa Italia po porażce z lokalnym rywalem – Genoą. Przed świętami Bożego Narodzenia Claudio Ranieri znalazł się na celowniku Massimo Ferrero. Właściciel Sampdorii zaprosił „na dywanik” trenera i kapitana Fabio Quagliarellę. Skutek był natychmiastowy. Przed świąteczną przerwą w rozgrywkach pokonali Hellas Veronę (1:2) i Crotone (3:1). Na koniec roku znajdywali się w czołowej dziesiątce, co można było uznać za sukces. Najlepszy mecz sezonu przypadł na święto Trzech Króli. Piłkarze blucerchiatich pokonali dość niespodziewanie na własnym stadionie Inter, a prawdziwe show w tamtym spotkaniu zaprezentował Antonio Candreva, który skarcił swój były klub. Wątpliwości budził stan murawy na Stadio Luigi Ferraris. Przed meczem z ekipą Antonio Conte nad Genoą przeszła potężna ulewa, która doszczętnie zrobiła z boiska bagno. Dopiero po ponad miesiącu udało poprawić stan murawy. Natomiast Sampdoria prezentowała równą formę. Drużyna z Genoi ustabilizowała swoją pozycję w środku tabeli, ale w ostatnich tygodniach pojawiła się informacja, że Claudio Ranieri będzie chciał po sezonie opuścić szeregi blucerchiatich. Włoski szkoleniowiec ma dobre stosunki z zarządem, ale swoją decyzję tłumaczy spełnieniem celu, czyli utrzymania w ubiegłym sezonie i w aktualnym zdobycia w najszybszym możliwym tempie 40 punktów, które są barierą utrzymania. Plotki w Italii mówią, że jego miejsce ma zająć aktualny trener Venezii – Paolo Zanetti. W sezonie 2020/21 nie uda się awansować do europejskich pucharów, ale o takim wyróżnieniu nie myśleli nawet przez minutę w klubie. Massimo Ferrero na pewno zasiądzie do rozmów z Ranierim, ale jego decyzja wydaje się nieodwracalna. Następca będzie miał jednak ułatwione zadanie, gdyż przejmie drużynę poukładaną i głodną wyników.

We włoskim środowisku Claudio ma miano trenera, do którego należy podejść z szacunkiem. Sukcesy w Premier League i Serie A sprawiły, że nadal będzie pożądanym trenerem na rynku. Ranieri w październiku skończy 70 lat, ale nie myśli jeszcze o emeryturze. Uwielbia nowe wyzwania, więc możemy czekać na oficjalną informację, który klub w następnym sezonie Włoch poprowadzi.

KACPER KARPOWICZ

EuroLevante, czyli najlepsze Levante w historii.

W wielosekcyjnym klubie Levante występuje dość rzadko spotykana rywalizacja pomiędzy sekcją męską a damską założoną w 1998. Panie w przeszłości odnosiły zdecydowanie większe sukcesy. Cztery razy zdobywały mistrzostwo Hiszpanii, łącznie dwunastokrotnie kończyły sezon na podium oraz zdobyły sześć Pucharów Królowej. Drużyna męska nie odnosiła tak spektakularnych sukcesów, ale warto docenić sezon 2011/12 oraz 2012/13 w wykonaniu Granotas.

SKROMNY PROJEKT Z NOWYM STERNIKIEM

W sezonie 10/11 zespół Granotas prowadził Luis Garcia, ale po zakończeniu rozgrywek przeniósł się do Getafe. Jego miejsce w Levante zajął Juan Ignacio Martinez, który wcześniej z sukcesami prowadził Cartagenę w rozgrywkach Segunda Division. Po kilku latach pracy na niższych poziomach rozgrywkowych w końcu otrzymał szansę pracy w hiszpańskiej elicie. Levante było wówczas skromnym klubem. Kibice Levante wciąż miele z tylu głowy wspomnienia związane z katastrofalnym sezonem 07/08 zakończonym spadkiem oraz dwóch latach spędzonych na zapleczu.

Nie dziwi więc fakt, że wówczas głównym celem Levante było pewne utrzymanie w Primera Division. Narzędzia do zrealizowania tego celu były jednak mocno ograniczone. W zależności od źródeł budżet klubu na początku sezonu 11/12 oscylował w granicach 22 milionów euro (najniższy budżet w stawce), a do zespołu trafiali głównie piłkarze, niedoceniani lub ci, którzy szukali przystani do odbudowania.

Starano się nie nadwyrężać budżetu, ponieważ sytuacja była nadal napięta do tego stopnia, że dwa lata wcześniej klub został zmuszony do organizacji meczu pomiędzy Levante a drużyną złożoną z gwiazd ligi hiszpańskiej. Pieniądze ze sprzedaży biletów przeznaczono na pokrycie zaległych pensji zawodników.

Przed startem sezonu 11/12 dołączyli:
Pallardo za 200k euro z Getafe,
Pedro Lopez za 200k z Realu Valladolid,
Navas wyp. za 150k euro z Albacete,
Barkero za darmo z Numancii,
del Horno za darmo z Valencii,
Farinos za darmo z Herculesa,
Aranda za darmo z Osasuny,
El Zhar za darmo z Liverpoolu,
Cabral wyp. z Arsenal FC,
Arouna Kone wyp. z Sevilli.

REMISOWY POCZĄTEK I LIDER PRIMERA DIVISION

Zespół, który składał się z 24 piłkarzy, w tym siedmiu wychowanków ruszył na zgrupowanie przedsezonowe do Holandii i Belgii. Kolejnym etapem przygotowań były spotkania towarzyskie w Hiszpanii oraz w Anglii. Czasu do rozpoczęcia rozgrywek nie było dużo, a trener musiał szybko zaimplementować swoje pomysły. Jego Levante starało się grać futbol na miarę potencjału. Stabilna gra w obronie w połączeniu z szybkimi kontrami stały się specjalnością tej ekipy i ostatecznie przyczyniły się do sprawienia kilku niespodzianek, ale po kolei.

Sezon ligowy rozpoczęli od trzech remisów, kolejno z Realem Saragossa, Getafe i Racingiem Santander. W czwartej kolejce na Ciutat de Valencia zawitał Real Madryt z Jose Mourinho za sterami. Niespodziewanie Los Blancos przegrali to spotkanie 1:0, a bohaterem Las Granotas stał się Arouna Kone, który wykończył akcję Javiego Venty.

W przypadku Kone należy zatrzymać się na moment. Zazwyczaj piłkarze, których sprowadza Monchi, są chwaleni, natomiast w przypadku Iworyjczyka dyrektor sportowy Sevilli się pomylił. Po dobrym sezonie w PSV, Sevila zapłaciła za niego 12 milionów euro z nadzieją, że za moment będzie można na nim jeszcze zarobić. Okazało się, że wówczas najdroższy piłkarz w historii Sevilli nie jest najłatwiejszym piłkarzem do współpracy.

Z perspektywy czasu transfer Iworyjczyka do Sevilli okazał się jednym z najgorszych transferów Monchiego. Choć w Sevilli mu nie poszło, to dziwnym trafem odnalazł się w Levante, do którego w pierwszej kolejności został wypożyczony. Przychodził jako następca Felipe Caicedo i wykonał swoją pracę należycie, choć na początku sezonu był totalnie bez formy i trener zdecydował się na grę z fałszywą dziewiątką. Jego kontrakt z Sevillą kończył się w czerwcu 2012, czyli w momencie zakończenia wypożyczenia. Teoretycznie, więc w 2012 mógł podpisać kontrakt z Levante bez udziału Sewilli, ale w wypożyczeniu zawarto klauzulę, która dawała Sevilli pewną furtkę. W przypadku zdobycia przez Kone 18 bramek, jego kontrakt Sevillą zostałby przedłużony automatycznie. Pod koniec sezonu Arouna Kone zbliżył się mocno do tej granicy, co było nie w smak zarówno piłkarzowi (nie miał zamiaru wracać do Sevilli), jak i Levante, które miało w planach dużo zarobić na Iworyjczyku. Do dziś ptaszki ćwierkają, że nie zagrał w dwóch ostatnich spotkaniach sezonu, nie ze względu na kontuzję, lecz w obawie o to, że może strzelić osiemnastego gola.

Skład Levante w spotkaniu z Realem Madryt

Po zwycięstwie z Królewskimi Levante wskoczyło na najwyższe obroty. W 9. kolejce mierzyli się z Villarrealem. Las Granotas zajmowali wówczas drugie miejsce w lidze, ale wiedzieli, że w przypadku zwycięstwa, przeskoczą w tabeli Barcelonę, która straciła punkty z Sevillą. Levante wygrało 3:0 i tym samym zaczęło przewodzić stawce. W następnej kolejce wygrali z Realem Sociedad po golu Rubena Suareza z rzutu wolnego w 93. minucie spotkania i dopiero Osasuna przerwała serię siedmiu zwycięstw.

PROBLEMY NA POCZĄTKU RUNDY REWANŻOWEJ

Po 19. kolejce mając 31 punktów na koncie, zajmowali czwartą pozycję tuż za Barceloną, Realem i Valencia. Drugą rundę spotkań rozpoczęli źle. Od remisu, który poprzedził serię czterech porażek, co zepchnęło ich na siódmą pozycję. Ciosem dla zespołu w połowie sezonu była kontuzja kluczowego dla zespołu Juanlu. Hiszpan w meczu rewanżowym Pucharu Króla z Deportivo la Coruna złamał kość piszczelową, przez co wypadł na wiele tygodni. Ponadto zimą odeszło kilku piłkarzy: Nano i Rafa Jordà odeszli do ligi chińskiej, Carlos Aranda do Realu Saragossa, Wellington do Alcoyano, a Héctor Rodas do Elche CF. Braki uzupełnili Óscar Serrano, Pedro Botelho i Abdelkader Ghezzal ten ostatni okazał się kluczowym zawodnikiem w 38. kolejce.

SINUSOIDA I WALKA DO OSTATNIEJ KOLEJKI

Levante w drugiej części sezonu grało w kratkę. Piłkarze Jose Ignacio Martineza nie byli w stanie ustabilizować formy, ale ich rywale w walce o europejskie puchary również nie byli w stanie utrzymać doskonałej formy w kilku spotkaniach z rzędu. W 29. kolejce zawodnicy Levante ponownie znaleźli się na miejscu dającym możliwość występów w Lidze Mistrzów. Apetyty zaczęły rosnąć i wszystko nadal było możliwe. W 32. kolejce podejmowali Atletico i było to niezwykle ważne spotkanie z perspektywy możliwości awansu do europejskich pucharów. Atletico łączyło wówczas grę w lidze hiszpańskiej z europejskimi pucharami, co było szansą na sprawienie niespodzianki. Trzy dni wcześniej Los Colchoneros pokonali Hannover96 w ¼ finału LE. Atletico źle weszło w to spotkanie i już w pierwszej minucie stracili bramkę za sprawą Valdo. W 10. minucie podwyższył Arouna Kone, a wynik nie zmienił się do końca meczu. W 37. kolejce Las Granotas utrudnili sobie zadania, przegrywając z Mallorcą, przez co spadli na siódme miejsce. Ostatnia seria spotkań zapowiadała się więc niezwykle ciekawie. Levante zajmowało siódmą lokatę z 52 oczkami na koncie, żeby dostać się pucharów, musieli wygrać swój mecz i liczyć na potknięcie Mallorci bądź Atletico. Mallorca przegrała z Realem Madryt 4:1, zaś Atletico wygrało z Villarrealem i tym samym spuścili Żółtą Łódź Podwodną do drugiej ligi.

Levante wygrało w przekonującym stylu 3:0 z Atleticiem, który kilka dni wcześniej przegrał finał Ligi Europy z Atletico Madryt. Dwie bramki zdobył wspomniany wcześniej Abdelkadder Ghezzal (zwłaszcza pierwsze trafienie jest godne uwagi) a wynik spotkania uderzeniem z rzutu karnego ustalił Francisco Farinos. Dla gości ten mecz nie miał większego znaczenia. Czekali już tylko na finał Copa del Rey z Barceloną. Niestety tamto spotkanie również przegrali 3:0.

Był to pierwszy awans Levante do europejskich pucharów. Około 22:30 kibice razem z piłkarzami świętowali historyczny sukces na murawie stadionu. Następnie piłkarze udali się do szatni, a trener Juan Ignacio Martinez w przypływie emocji wskoczył pod prysznic w garniturze, co zostało uwiecznione przez klubową telewizję.

ELIMINACJE I FAZA GRUPOWA

W sierpniu doszło do ważnego z punktu widzenia klubu losowania. W ostatniej rundzie kwalifikacji do LE Levante wylosowało szkocki Motherwell. Trzecia drużyna SPL przegrała u siebie 0:2 po bramkach Juanlu i El Zhara, a następnie na wyjeździe 1:0 po bramce Gekasa, co dało Levante możliwość gry w fazie grupowej.

W grupie los skojarzył ich z niemieckim Hanowerem, holenderskim Twente i szwedzkim Helsingborgiem. Spotkania w tej grupie były bardzo wyrównane i zgodnie z przewidywaniami najsilniejszą drużyną okazał się Hannover. Pierwsze spotkanie wygrali przedstawiciele Bundesligi, a drugie zakończyło się remisem. W starciach z Twente raz górą było Levante, a raz spotkanie zakończyło się remisem. Helsingborg okazał się najłatwiejszym rywalem, ponieważ Levante wygrało oba spotkania. Wyniki tych spotkań dały Levante awans z drugiego miejsca.

W 1/16 Levante czekał dwumecz z faworyzowanym Olympiakosem. Grecki zespół miał zdecydowanie większe doświadczenie w europejskich pucharach, ale to Levante wygrało oba spotkania. Pierwsze 3:0, a rewanż w Grecji 0:1. Wydawało się, że dla Levante w pucharach nie ma rzeczy niemożliwych. W kolejnej rundzie przyszło im się zmierzyć z Rubinem. W Walencji kibice nie obejrzeli bramek i choć Levante nie wygrało, ważne, że Rubin nie zdobył bramki na wyjeździe. Rewanż okazał się bardzo wymagający. W pierwszych 90 minutach nie było bramek, więc trzeba było rozegrać dogrywkę. W niej Levante opadło z sił i Rubin zwyciężył 2:0.

Choć porażka nie jest niczym przyjemnym, to kibice Granotas do dziś spotykają spotkania w pucharach z uśmiechem na ustach. Drużyna, która nie była przyzwyczajona do gry co trzy dni, mogła nareszcie skupić się na lidze. Sezon zakończyli się 11 miejscu, a dyrektor sportowy Levante, Manuel Salvador, ogłosił odejście trenera Juana Ignacio Martíneza z klubu. Wyznał, że była to najtrudniejsza decyzja w jego karierze, która dotknęła go osobiście, lecz uznał, że klub potrzebuje trenera z nieco innym spojrzeniem na futbol. Tym samym zespół objął Joaquin Caparros, a Juan Ignacio Martinez odszedł do Realu Valladolid. Dziś prowadzi Real Saragossa. Objął tę drużynę w trudnym momencie, ale wszystko wskazuje na to, że wyprowadził zespół na prostą.

PAWEŁ OŻÓG

„Kryzys? Nie mam pojęcia, o czym mówicie.” – Zinedine Zidane przywraca Real do walki o najwyższe cele.

Zinedine Zidane wielokrotnie w tym sezonie był już zwalniany przez media, które tylko przeganiały się w informacjach, kto ma zostać jego następcą. Francuz w międzyczasie robił swoje i był zmuszony do eksperymentowania na żywym organizmie, aby ciągle liczyć się w walce o największe trofea. Kilka decyzji w jego wykonaniu było fatalnych, ale ostatecznie i tak zdołał wręcz niezauważenie wyjść z kłopotów. Po wygranej w El Clasico Los Blancos przybliżyli się do obrony tytułu mistrzowskiego, a jak najbardziej realny awans do półfinału Ligi Mistrzów może sprawić, że sezon dla „Królewskich” będzie nadspodziewanie udany.

PRZYWRÓCENIE NADZIEI

Cel Realu Madryt na każdy sezon jest taki sam – walka o wszystko, co możliwe do zdobycia. I chociaż jest to prawda, to przy widocznych problemach satysfakcję sprawiłoby samo zdobycie mistrzostwa Hiszpanii wraz z ewentualnymi pucharami krajowymi. O Lidze Mistrzów mało kto realnie myślał, ponieważ w poprzednich latach Królewscy nas od tego odzwyczaili. Na początku roku jednak wątpliwa stała się walka nawet o pozostałe trofea. Chociaż grudzień był całkiem dobry w wykonaniu Madrytczyków, tak styczeń zniwelował nadzieje wobec sukcesu w obecnym sezonie. Odpadnięcie z Superpucharu Hiszpanii i kompromitująca przegrana z Alcoyano w Pucharze Króla, oraz 7 na 12 możliwych do zdobycia punktów w LaLidze przy komplecie Atletico sprawiły, że powoli zaczęto spisywać rozgrywki na straty.

Dwumecz z Atalantą w dużym stopniu przywrócił nadzieje w serca kibiców. O ile pierwsze spotkanie nie było dość przekonujące, bo La Dea musiała się zmagać wręcz od samego początku w dziesiątkę, tak awans został przypieczętowany w świetnym stylu. W międzyczasie Atletico zaczęło gubić punkty i strata do pozycji lidera ciągle malała, a wraz z nią na nowo zaczęto wierzyć w zdobycie mistrzostwa kraju. Ostatni tydzień sprawił, że Real nie tylko ponownie rozpatruje się roli kandydata do wygrania ligi Hiszpańskiej, ale również w kontekście zwycięstwa w Lidze Mistrzów. Pokonanie Barcelony dało Los Blancos pozycje wicelidera i zaledwie punkt straty do Rojiblancos, a genialny mecz z Liverpoolem w Madrycie sprawił, że są już jedną nogą w półfinale. Do tego trzeba jeszcze utrzymania wyniku z pierwszego meczu w dzisiejszym spotkaniu, ale jeśli się to uda, to Real dość niespodziewanie – patrząc na przedsezonowe typowania – zostanie jednym z kandydatów do wygrania największych europejskich rozgrywek.

ROZWÓJ TAKTYCZNY

W pewnym momencie sezonu coś ewidentnie przestało funkcjonować i Francuz został zmuszony do zmiany swojego stylu pracy. Dotychczas dużo spotkań traktował dość pobłażliwie, z myślą, że piłkarze takiej klasy nie powinni mieć problemów z wygraną. Od stycznia, czyli czasu „małego kryzysu” zaczął przykładać większą uwagę pojedynkom „mniejszej klasy” i obecnie w każdym meczu da się zauważyć szeroki zakres taktyczny, w tym nowe pomysły. Przełomem było starcie z Getafe, kiedy postanowił wyjść w formacji z wahadłowymi. Ekipa Jose Bordalasa, choć ma w tym sezonie ogromne problemy, tak jednak wciąż jest drużyną z LaLiga. Powiedzieć, że spotkanie było jednostronne, to duży minimalizm. Gospodarze zdominowali przeciwników w nowym systemie gry, co na pewno przyniosło sporo optymizmu, a przede wszystkim materiału do dalszej analizy.

Dwumecz z Atalantą w 1/8 finału Ligi Mistrzów był kolejnym przykładem, że Zidane zaczął próbować czegoś nowego. W pierwszym spotkaniu przez uraz wystąpić nie mógł Karim Benzema, więc Zinedine był niemal zmuszony postawić na Mariano. Jak się jednak okazało, nie do końca. Francuz na pozycji napastnika wystawił Isco, czyli cofniętą „dziewiątkę”. Chociaż na przebieg meczu mocno wpłynęła kartka Freulera, to drużyna została tak przygotowana, że obyło się bez problemów, a z nowego wariantu ofensywnego Zidane mógł powyciągać wnioski. W rewanżu natomiast ponownie postawił na formacje z wahadłowymi, i ponownie świetnie się to sprawdziło, tylko tym razem już na wielkim rywalu. Spotkania, a przede wszystkim pierwsze połowy w starciach z Liverpoolem i następnie Barceloną idealnie pokazały, że Zidane rozwija się taktycznie. Zneutralizowanie drużyny Kloppa i Koeamana (z naciskiem na pierwsze 45 minut), to nie lada sztuka, a wydaję się, że Zizou dopiero zaczyna powiększać swój wachlarz taktyczny.

SPECJALISTA OD WIELKICH SPOTKAŃ

Zinedine Zidane’owi można zarzucić wiele rzeczy, ale jedno trzeba przyznać – w ważnych spotkaniach bardzo rzadko zawodzi. Na pojedynki z klasowymi markami potrafi nie tylko odpowiednio zmobilizować drużynę, ale również genialnie przygotować ją pod rywala. Jest to widoczne już od czasów jego pierwszej kadencji, o czym świadczą przede wszystkim trzy wygrane Ligi Mistrzów, gdzie po prostu trzeba się mierzyć z najlepszymi, ale w obecnej kampanii jest to jeszcze bardziej imponujące. Nie ma co ukrywać, że wcześniej w dużym stopniu mógł polegać na Cristiano Ronaldo, który niemalże w każdej wygranej był najważniejszą postacią. Obecnie, chociaż Karim Benzema rozgrywa świetne miesiące, to nie ma postaci, której mógłby w 100% zaufać. Odpowiedzialność rozkładana jest w większym stopniu na całą drużynę, przez co on sam ma również więcej pracy, aby dobrze ją przygotować. Dokładając do tego problemy kadrowe, można naprawdę pogratulować wyników i przede wszystkim stylu, w którym wygrywa wielkie spotkania.

W obecnym sezonie jedyne spotkania z „wielkich”, które zostały przegrane to przede wszystkim mecz z Athleticiem Bilbao w Superpucharze i ewentualnie „dwumecz” z Szachtarem w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Wymieniając już te pozytywne wyniki, mamy wygraną z; Barceloną (x2), Interem (x2), Atalantą (x2) Borussią Moenchengladbach, Sevillą, Atletico i Liverpoolem. A więc na 13 bardzo ważnych meczów, aż 10 zostało wygranych, z czego część z nich w świetnym stylu. Zidane’a nazywa się specjalistą od finałów, ale myślę, że ciężko również znaleźć trenera, który ogólnie lepiej spisuje się w ważnych pojedynkach, niż Francuz.

NATRUDNIEJSZY OKRES SEZONU

Zidane na konferencji po wygranym klasyku z Barceloną powiedział, że drużyna fizycznie jest już na granicy. Wystarczy mały błąd, trochę wysiłku za dużo, a może to poskutkować urazem. Kolejnym z wielu, bo ilość piłkarzy, którzy byli w dotychczasowym sezonie kontuzjowani, jest ogromna, a część z nich wciąż niezdolna do gry. W tym momencie Zinedine do dyspozycji ma zaledwie 5 obrońców z pierwszej drużyny, z czego dwóch środkowych. Oznacza to, że jeśli w najbliższym czasie wypadnie Nacho bądź Militao, to Francuz będzie zmuszony sięgnąć do Castilli.

Zizou aktualnie musi niesamowicie mądrze zarządzać siłami drużyny, ponieważ kontuzja każdego kolejnego zawodnika będzie oddalać ich od sukcesu. Nawet jeśli Real grać będzie ważne spotkanie z trudnym rywalem, to Zidane musi czasami zaryzykować, ściągając kluczowych piłkarzy, aby ci nie zostali przeciążeni, bo do końca sezonu jeszcze trochę zostało. Idealny przykład tego, jak Francuz dba obecnie o energię zespołu, mieliśmy w sobotnim klasyku. Chociaż Barcelona ciągle się rozkręcała, to trener Królewskich postanowił ściągnąć Benzeme, Kroosa i Viniciusa, czyli trzy kluczowe postacie drużyny, na rzecz Mariano, Isco i Marcelo, czyli piłkarzy drugoplanowych. W pewnym momencie skład Los Blancos wyglądał niczym w sparingu, a nie w największym ligowym pojedynku świata, ponieważ na boisku było sporo piłkarzy, którzy w normalnych warunkach na nie by nie wyszli.

Z drużyną z Katalonii ryzyko się opłaciło, ale w kolejnych meczach tyle szczęścia Zidane może już nie mieć. Mimo to podejmowanie takich decyzji wciąż pozostaje wskazane, ponieważ w przeciwnym wypadku Francuz może być zmuszony korzystać z piłkarzy rezerwowych od pierwszej minuty.

MATEUSZ PEREK

Solskjaer na dobrej drodze, by przywrócić dawny blask Manchesteru United

Stołek, na którym siedzi Solskjaer stygnie z tygodnia na tydzień. Norweski menedżer udowadnia po raz kolejny, jak ważne w futbolu jest zaufanie ze strony  ludzi pociągających za sznurki i konsekwentne dążenie do celu. Menedżer Manchesteru United robi systematyczny progres, a coraz częściej pojawiają się głosy o nowym kontrakcie dla Norwega.

CIERPLIWOŚĆ KLUCZEM DO SUKCESU

Ole Gunnar Solskjaer, jak każdy menedżer klubu z ambicjami, przez media zwalniany był już jakieś 150 razy. Ed Woodward, mimo kryzysów i wpadek, pozostawał powściągliwy i nie podejmował żadnych nerwowych ruchów. Czytając brytyjską prasę, szczególnie tę śniadaniową, wyczytać mogliśmy coraz to nowsze nazwiska osób, które lada moment miały zająć gabinet menedżera w klubie z Old Trafford. W międzyczasie pojawiały się opinie, że postawienie na Ole jako stałego menedżera odbije się w klubie czkawką. Tymczasem Solskjaer, nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuje pracę w angielskim klubie, a rezultaty są coraz bardziej widoczne. 

WZLOTY, UPADKI I CUD NA PARC DES PRINCES

Początek przygody Norwega w zespole 20-krotnego mistrza Anglii był co najmniej bardzo udany. Rozbita mentalnie grupa ludzi, którą pozostawił na Old Trafford Jose Mourinho, nagle zaczęła seryjnie wygrywać, strzelając przy tym sporo bramek. W okresie od 22 grudnia do 9 lutego 2018 roku United nie przegrał jedenastu meczów z rzędu, jednocześnie triumfując w pierwszych ośmiu. Już wtedy kibice z czerwonej części Manchesteru dostali jasny sygnał, że w ich ulubieńcach drzemie olbrzymi potencjał. Pierwsza porażka przyszła dopiero w meczu Ligii Mistrzów z PSG. Piłkarze Tuchela wracali do Paryża z zaliczką dwóch bramek strzelonych na wyjeździe, co, jak wiadomo, stawiało ich w roli murowanego faworyta. W rewanżu Solskjaer nie mógł skorzystać z kilku czołowych piłkarzy, w tym Paula Pogby. Żaden z ekspertów nie dawał piłkarzom United większych szans na korzystny rezultat. A jednak bramka Marcusa Rashforda, zdobyta w doliczonym czasie gry, dająca awans Czerwonym Diabłom do ćwierćfinału, oznaczała jeden z najbardziej spektakularnych comeback’ów w historii Ligii Mistrzów. Wydawać by się mogło, że tak znaczący triumf powinien napompować piłkarzy United pozytywną energią. Tymczasem po zwycięstwie w Paryżu podopieczni Solskjaera popadli w poważny kryzys. W pozostałych dwunastu meczach tamtej kampanii wygrali zaledwie dwa razy, odpadając w międzyczasie z rozgrywek Champions League. Forma zespołu była daleka od ideału, a bolesna porażka 0-4 na Goodison Park była tego najlepszym odzwierciedleniem. W tamtym okresie, pomiędzy marcem a majem, bilans United był wprost fatalny. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i aż osiem porażek jasno wskazywały, że z zespołem dzieje się coś złego, a niektórym piłkarzom zwyczajnie nie zależy na dobrych wynikach. Winą za ten stan rzeczy obarczony został Norweg, a w mediach coraz głośniej zastanawiano się, czy zaoferowanie mu stałej umowy było najlepszym pomysłem. 

PRZEMYŚLANE I TRAFIONE TRANSFERY

Wskutek niezakwalifikowania się do następnej edycji Ligii Mistrzów, na Old Trafford z początkiem nowego sezonu musiały zapaść odważne decyzje. Pierwszy skład potrzebował wzmocnień, a duża liczba traconych goli zmotywowała działaczy i samego Solskjaera do aktywności na rynku transferowym. Po sprowadzeniu skrzydłowego Swansea – Daniela Jamesa, do czerwonej części Manchesteru trafił Harry Maguire. Była to jedna z najlepszych decyzji menedżera United, odkąd zaczął pracę przy Sir Matt Busby Way. Mimo kilku słabszych meczów i zawalonych bramek, rosły angielski obrońca wywierał coraz większy wpływ na poczynania defensywne United. Do tej pory, grając przez blisko dwa sezony, nie opuścił ani jednego spotkania ligowego. Dziś, ustalając skład na następny mecz, Solskjaer zaczyna właśnie od Maguire’a. Prawdziwy lider, który w pewnym momencie dostał nawet opaskę kapitańską. Transfer Anglika to jednak nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się pół roku później. Odkąd Bruno Fernandes zdecydował się podpisać kontrakt z United, zespół przeszedł totalną metamorfozę. Właściwie od samego początku Portugalczyk odgrywa olbrzymią rolę w układance norweskiego menedżera. Jego liczby są fenomenalne, a Solskjaer może pochwalić się tym, że doprowadził do jednego z najlepszych transferów Manchesteru United na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Skupiając się na ruchach kadrowych, nie można zapomnieć o przewietrzeniu szatni i odmłodzeniu kadry, jakich dokonał w ciągu nieco ponad dwóch lat Norweg. To za jego kadencji klub opuścili piłkarze, którzy pobierali ogromne tygodniówki, a na boisku mieli niewiele do zaoferowania. Mowa przede wszystkim o Alexisie Sanchezie. Blisko 500 tysięcy funtów, zasilające co tydzień jego konto nijak się miało do formy, jaką prezentował podczas pobytu na Old Trafford Chilijczyk. Oprócz niego, klub opuścili Antonio Valenica, Marouane Fellaini, Matteo Darmian, Ashley Young, Chris Smalling, Marcos Rojo i Romelu Lukaku, który w czerwonej koszulce z diabłem na piersi nigdy nie wykorzystał pełni swojego potencjału. Przed tym sezonem, do Lazio wypożyczony został również Andreas Perreira. 

INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ, KONTUNUOWANIE TRADYCJI I DOBRE WYBORY PERSONALNE

Ole Gunnar Solskjaer, podpisując kontrakt z Manchesterem United, doskonale wiedział, jak ważna jest inwestycja młodych, głodnych sukcesów piłkarzy. Ściągnięcie Aarona Wan-Bissaki, Amada Diallo czy Facundo Pellestriego wyraźnie pokazuje, że wizja rozwoju i długofalowych korzyści są dla niego sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, marka taka jak Manchester United, gdzie presja jest ogromna a kibice pragną sukcesów tu i teraz, nie może pozwolić sobie na granie „dzieciakami”. Stąd tez decyzja o sprowadzeniu na Old Trafford Edinsona Cavaniego. Czerwonym Diabłom od dwóch lat brakowało w szatni prawdziwego snajpera, który w pojedynkę móglby wygrać im mecz. Odion Ighalo, jak wszyscy wiemy, był tylko opcją tymczasową. Nigeryjczyk zostawił kawał zdrowia grając dla Manchesteru United, ale jego możliwości były jednak ograniczone. Co innego Cavani. Jego wpływ na grę zespołu mogliśmy zobaczyć już w pierwszych kilku meczach. Urugwajczyk wniósł wiele doświadczenia i spokoju w szeregi ofensywy United. Skorzystać na obecności w drużynie Cavaniego powinien Mason Greenwood, który od momentu wejścia do pierwszej drużyny, robi systematyczny progres. Młody Anglik debiutował właśnie u Solskjaera. To pod jego batutą Greenwood stał się pierwszym od 2003 roku nastolatkiem, który wchodząc z ławki w meczu United zanotował bramkę i asystę. Ostatnim, który tego dokonał był sam Cristiano Ronaldo. Młody Anglik jest też na najlepszej drodze, by dogonić Wayne’a Rooneya. Co prawda do rekordu strzeleckiego trochę mu jeszcze brakuje, ale Greenwood może go przeskoczyć pod względem bramek dla United, będąc nastolatkiem. Rooney miał 15 takich trafień, Greenwoodowi brakuje w tym momencie tylko dwóch, by zrównać się z legendarnym napastnikiem. Oprócz wspomnianego wyżej Greenwooda, w pierwszej drużynie Manchesteru United pod wodzą Solskjaera debiutowało jeszcze 12 zawodników akademii: Tahith Chong, James Garner, Brandon Williams, Di’Shon Bernard, Ethan Laird, Dylan Levitt, D’Mani Mellor, Largie Ramazani, Ethan Galbraith, Teden Mengi, Shola Shoretire i Dean Henderson. 

W przypadku młodego bramkarza, który poprzedni sezon spędził na udanym wypożyczeniu do Sheffield United, Solskjaer po raz kolejny udowadnia, że nie boi się podjąć trudnych i nieoczywistych decyzji. Posadzenie De Gei na ławce i postawienie na dużo mniej doświadczonego Hendersona było dość ryzykowne, ale póki co ta decyzja się broni. Henderson wprowadził dużo spokoju w szyki obronne United. Wydaje się, że pod względem komunikacji jest już o półkę wyżej od hiszpańskiego golkipera. Solskjaera pochwalić trzeba także za dobrą ocenę sytuacji z Paulem Pogbą. Jeszcze tak niedawno wydawało się, że dni Francuza na Old Trafford są policzone. Wypowiedzi Mino Raioli, agenta piłkarza, tylko potwierdziły plotki o rychłym odejściu Pogby. Tymczasem Norweg, jak zwykle z klasą, ale  stanowczo dał do zrozumienia, że to on rządzi na Old trafford. Odkąd francuski Mistrz Świata wyleczył kontuzję, gra na naprawdę wysokim poziomie, a wszelkie pogłoski na jego temat nie mają przełożenia na boiskowe poczynania. Wracając jeszcze na moment do transferów, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że świetnym ruchem było sprowadzenie do angielskiego klubu Alexa Tellesa z FC Porto. Nawet, jeśli Brazylijczyk nie ma aż tak bezpośredniego wpływu na grę United, to sama jego obecność w drużynie świetnie podziałała na Luke’a Shawa. Lewy obrońca jest jednym z najlepszych piłkarzy United w tym sezonie, a jego wysoka forma ma kluczowe znaczenie dla obrazu gry Czerwonych Diabłów. 

WUEFISTA Z NIEZŁYM BILANSEM

Pamiętacie „run” Liverpoolu po tytuł mistrzowski w poprzednim sezonie i taranowanie każdego, kto stanął na ich drodze? Mało kto pamięta dzisiaj, ale to Solskjaer właśnie jako pierwszy przeciwstawił się maszynie Kloppa, remisując 1-1 na Old Trafford. I to dosyć pechowo, bo Liverpool wyrównał w ostatnich pięciu minutach po golu Adama Lallany. Ogólnie rzecz ujmując, łatka wuefisty, przyczepiona Norwegowi przez grupy jego adwersarzy, ma mniej więcej tyle samo sensu jak stwierdzenie, że w Anglii gra się tylko lagę do przodu. No może poza Stoke City i Burnley, ale o nich kiedy indziej. Ole Gunnar Solskjaer, podczas niespełna dwuipółletniego pobytu na Old Trafford czterokrotnie wygrywał z Guardiolą, trzykrotnie z Lampardem (którego nie ma dziś już w Chelsea), po dwa razy z Tuchelem i Mourinho. Raz górą był w starciach z Nagelsmanem, Sarrim, Kloppem i Bielsą. Przynajmniej połowa z nich jest powszechnie lansowana na fachowców dużo lepszych od Norwega. Oprócz tego, to właśnie Solskjaer, jako pierwszy w historii menedżer Manchesteru United, wygrał swoje trzy pierwsze spotkania w derbach na terenie City. Od początku zeszłego sezonu, Czerwone Diabły pod wodzą Ole przegrały 12 ligowych meczów. Dokładnie tyle samo, co Liverpool i o jeden mecz mniej od ekipy Guardioli. Jeśli chodzi o rywalizację z drużynami z TOP6, jak do tej pory, też nie wygląda to najgorzej. W tym sezonie bilans to 2 zwycięstwa, 5 remisów i jedna porażka, aczkolwiek bardzo bolesna. W meczach przeciwko City piłkarze United zdobyli cztery punkty, w obu meczach ligowych zachowując czyste konto. Podobnie jak w meczach z Chelsea, jednak tam dwukrotnie padał bezbramkowy remis. Jak na kogoś, kto nie ma pojęcia na czym polega ten biznes, norweski menedżer radzi sobie całkiem dobrze. 

NIE ZAWSZE TAK KOLOROWO

Oczywiście, nie wszystko w drużynie United zawsze działa perfekcyjnie. Kamyczkiem do ogródka Solskjaera należy uznać przede wszystkim trzy przegrane półfinały: dwumecz Carabao Cup z City, porażki z Chelsea w FA Cup i Sevillą w Lidze Europy. W najważniejszych momentach sezonu nadal coś się blokuje, a marzenia o upragnionym trofeum trzeba odkładać na następny rok. Do tego dochodzi absolutna kompromitacja na Old Trafford w meczu ze Spurs. Co prawda United grał w osłabieniu przez ponad 60 minut, po czerwonej kartce dla Martiala, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie tak wysokiej porażki. Tottenham obnażył tego dnia wszystkie słabości United, bezwzględnie wykorzystując błędy popełnione przez gospodarzy. Plamą na honorze Solskjaera jest także odpadnięcie z Ligii Mistrzów obecnego sezonu jeszcze w fazie grupowej. United nie trafił na najłatwiejszych rywali, ale mając komplet punktów po dwóch pierwszych meczach z PSG i Lipskiem, po prostu nie mógł odpaść. Niestety stało się inaczej, a Solskjaer musiał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za niekorzystny rezultat. Norweski menedżer był krytykowany głównie za brak reakcji i zostawienie Freda na boisku w domowym meczu z PSG. Brazylijczyk zobaczył drugą żółtą kartkę, a United ostatecznie przegrał 1-3. Jedynym faktem, mogącym choć trochę usprawiedliwić piłkarzy Ole jest to, że jest to młody zespół, któremu często brakuje konsekwencji. W kilku przypadkach zdarzało się, że mając teoretycznie mecz pod kontrolą i prowadząc na 10-15 minut przed końcem, ostatecznie tracili punkty. W kluczowych momentach czasem wychodzi brak doświadczenia czy nawet wyrachowania. Z drugiej strony, na Old Trafford mają na czym budować, a młodzi zawodnicy coraz częściej stanowią o sile zespołu. United, zaraz po Brighton, ma najmłodszy zespół w całej Premier League. 23-letni Marcus Rashford, który z kilku powodów nie jest w najwyższej formie od dłuższego czasu, a mimo wszystko zdobył w tym sezonie już 20 bramek i 12 asyst, już teraz jest liderem zespołu. 

DNA I KONTYNUACJA TRADYCJI

Odkąd Ole Gunnar Solskjaer pojawił się w Manchesterze, konsekwentnie stara się wpoić swoim piłkarzom słynne już „DNA”. I nie jest to tylko gra pod publiczkę. Zawodnicy United mają dawać z siebie wszystko niezależnie od okoliczności, wciąż podnosząc sobie poprzeczkę. Norweg stara się wprowadzić do drużyny mentalność zwycięzców i prawdziwego ducha Czerwonych Diabłów. Podczas gry dla United pod wodzą Sir Alexa Fergusona, Solskjaer doskonale rozumiał jak ważny jest upór, wiarę we własne umiejętności i gra do ostatniego gwizdka. Sam okrzyknięty został mianem super rezerwowego, a jego gol w finałowym meczu Champions League z Bayernem przeszedł do historii tych europejskich rozgrywek. Takiej samej determinacji i zaangażowania oczekuje od swoich podopiecznych norweski menedżer. To właśnie w tym elemencie widać największy progres i rękę Ole Gunnara Solskjaera. Czerwone Diabły są najlepszą drużyną w TOP5, która w tym sezonie zdobyła najwięcej punktów z pozycji przegrywającego.

Piłkarze Solskjaera zdobyli 28 takich oczek. Jeśli chodzi o powroty, piłkarze United potrafili aż dziewięciokrotnie zwyciężać w meczach, w których musieli odrabiać straty. Mowa tylko o obecnym sezonie Premier League. Najlepszy pod tym względem w historii jest Newcastle United – 10 comebacków w kampanii 01/02. Ogromne znaczenie w filozofii Manchesteru United ma też szkolenie młodych zawodników i sukcesywne wprowadzanie ich do pierwszego zespołu. Solskjaer kontynuuje na Old Trafford piękną tradycję, która rozpoczęła się ponad 80 lat temu. Przez cały ten okres, w ponad 4000 meczach z rzędu, w składzie meczowym United pojawia się przynajmniej jeden piłkarz, który jest wychowankiem klubu z czerwonej części Manchesteru! Marcus Rashford jest jednym z nich. Mimo kilku kontuzji i wahań formy stał się jednym z najlepszych piłkarzy United na przestrzeni ostatnich 3 lat. Podobnie Scott McTominay, którego charakter i determinacja w pełni odzwierciedlają cechy, jakie musi posiadać piłkarz Manchesteru United. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne, to tutaj również uznanie należy się Solskjaerowi. W dwóch ostatnich sezonach ligowych piłkarze United strzelali kolejno 65 i 66 goli. W tym momencie udało im się pokonać bramkarzy rywali 61-krotnie, ale do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze 7 kolejek. Można więc śmiało założyć, że i pod tym względem Czerwone Diabły dokonają progresu. W obecnej kampanii tylko czterem piłkarzom na poziomie Premier League udało się strzelić 20 lub więcej goli we wszystkich rozgrywkach. Dwóch z nich to piłkarze United: Bruno Fernandes (23 gole) i Marcus Rashford (20). Dobra forma strzelecka obu piłkarzy znacznie przyczyniła się do kolejnego osiągnięcia, jakie w CV może zapisać sobie Solskjaer. Manchester United kontynuuje imponującą passę 23 wyjazdowych meczów z rzędu bez porażki w lidze. Tylko Arsenal może pochwalić się lepszym rekordem (27). 

ZDOBYCIE TROFEUM PRZEŁOMOWYM MOMENTEM

Podsumowując, Ole Gunnar Solskjaer, mimo wielu głosów krytyki i kilku wpadek, wykonuje na Old Trafford kawał dobrej roboty. Norweg doskonale wie, w którym kierunku chce doprowadzić klub, którego dobro ewidentnie leży mu na sercu. Jego kultura osobista i spokój często powodują, że staje się łatwym celem mediów i środowiska piłkarskiego na Wyspach. Punktem zwrotnym w jego karierze byłoby zdobycie tak długo wyczekiwanego przecież trofeum. Wzniesienie pucharu z pewnością zdjęłoby presję z piłkarzy United i podniosło wiarę we własne umiejętności. Już w czwartek Manchester United zmierzy się na na Old Trafford z Granadą w rewanżowym meczu ćwierćfinałów Ligii Europy. Zaliczka z pierwszego spotkania pozwala wierzyć, że United po raz kolejny staną przed szansą awansu do finału tych rozgrywek. Droga nie będzie prosta, ale jeśli Czerwone Diabły chcą znów aspirować do miana jednej z najlepszych drużyn Starego Kontynentu, muszą zrobić wszystko, by 26-go maja w Gdańsku móc podnieść ręce w geście triumfu.

KAROL KOCZTA

Manuel Locatelli – perełka z Mediolanu błyszczy w Sassuolo

Wszedł do Milanu w wieku 18 lat. Regularnie otrzymywał minuty oraz pokazywał się z wyjątkowej strony, ale już dwa lata później został wypożyczony z obowiązkiem wykupu do Sassuolo. Wydawało się, że chłopak nie poradził sobie z presją, ale tylko uśpił naszą czujność i wskoczył pod okiem Roberto De Zerbiego na światowy poziom. Dziś wymieniamy Locatellego jako kandydata na przyszłego lidera środka pola w Juventusie oraz chłopaka, który może bez problemu wskoczyć do podstawowego składu reprezentacji Włoch na Mistrzostwa Europy.

Z BERGAMO DO MEDIOLANU I PIERWSZE POWOŁANIA DO REPREZENTACJI

Manuel Locatelli swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Atalancie. Już jako młody chłopak wyróżniał się w rozgrywkach Esordienti (dla dzieci w wieku 11-12 lat), co poskutkowało szybkim transferem do Milanu. Rodzinny dom opuścił jako 11-latek, aby przenieść się do stolicy Lombardii. Włoch był wyróżniającym się chłopakiem w rozgrywkach młodzieżowych w koszulce Milanu. Potrafił w pojedynkę rozprawiać się z przeciwnikami, co skutkowało powołaniami do juniorskich reprezentacji Italii oraz treningami ze starszymi kolegami. Trenerzy młodych ekip rossonerich słusznie faworyzowali Locatellego, ponieważ wyróżniał się nawet na tle starszych kolegów. W koszulce narodowej przeszedł każdy szczebel od U15 po U21. Rozegrał aż 71 spotkań w koszulce młodej „Squadra Azzurra”. Manuel swój pierwszy profesjonalnym kontrakt z klubem podpisał w 2015 roku, jako zaledwie 17-letni chłopak. Chyba nikt się nie spodziewał, że już rok później będzie miał za sobą debiut i pierwszą bramkę w Serie A.

PROMYK SŁOŃCA I NADZIEI W KOSZULCE CZERWONO-CZARNEJ

 „O Boże! Niesamowite, ależ uderzył Manuel Locatelli, a ten chłopak ma zaledwie 18 lat!” – tak krzyczał po zdobytej bramce dla Milanu w spotkaniu z Sassuolo komentator Eleven Sports Piotr Dumanowski. Była to debiutancka bramka Manuela na poziomie Serie A. Jak szybko zadebiutował, tak równie szybko pokochało go San Siro. Mijały tygodnie, miesiące, a Manuela zaczęła przytłaczać bezbarwność Milanu. Chłopak miał problem z udźwignięciem presji, jaka spadła po znakomitym debiucie. Zapytaliśmy Marcina Długosza – eksperta Calcio oraz miłośnika Milanu, o Locatellego, który nie przeszedł drogi usłanej różami w Mediolanie.

– Chyba każdy kibic Milanu miał co do Manu ogromne oczekiwania. I dość paradoksalnie właśnie jego świetne wejście do zespołu spowodowało, że potem rzeczy nie potoczyły się jak należy. Ludzie z dnia na dzień przestali postrzegać Locatellego jako obiecującego 18- czy potem 19-latka, a zaczęli patrzeć na niego przez pryzmat goli z Sassuolo i Juventusem. Pięknych, ważnych, ale jednak rozdmuchujących otoczkę wokół tego chłopaka do granic możliwości, czy raczej te granice przekraczając, a jeśli dodamy do tego fakt, że zawodzący klub pokroju Milanu to ostatnie miejsce w piłkarskim świecie, gdzie można liczyć na spokojny rozwój i wprowadzanie, to mamy obraz, dlaczego tak to się potoczyło – podsumował ekspert.

Na pewno był okres wow, bum i zaskoczenia, a potem przyszła szara rzeczywistość. Gdzieś przeczytałem, że Locatelli teraz w stosunku do Milanu jest jak zraniona dziewczyna – z jednej strony wciąż kocha, z drugiej nie ma mowy o wybaczeniu, a jest chęć zemsty i uleczenia zadry w innych barwach, na przykład Juventusu. Więc posługując się dalej tą nomenklaturą, ujmijmy, że po początkowym zauroczeniu i całkowitym straceniu głowy, życie codzienne nie było już tak kolorowe i uczucie wygasło – komentuje Marcin Długosz.

Sezon 2016/17 był bardzo dobry w wykonaniu nastoletniego piłkarza. Na boiskach Serie A spędził 1689 minut, strzelając dwie bramki (wcześniej wspomniana z Sassuolo i Juventusem). Cały rok Locatelli grał na młodzieńczej fantazji, nieraz potrafił swoich kolegów z drużyny zagrzewać do walki. Był materiałem na przyszłego kapitana Milanu, ale przyszły sezon okazał się ostatnim w koszulce rossonerich…

Kolejny sezon i kolejny rok postępów? Nie tym razem. Locatellego przerosły oczekiwania, z miejsca miał stać się liderem pola, a Vincenzo Montella i później Gennaro Gattuso zaczęli więcej wymagać od młodego chłopaka. Kibice Milanu również rzucili na barki Manu presję, której kompletnie nie udźwignął. Wkrótce Włoch zaczął przegrywać rywalizację z Lucasem Biglią, który trafił w tym samym sezonie do drużyny rossonerich za 20 mln euro. Wyżej w hierarchii od niego był później nawet doświadczony Riccardo Montolivo, który wracał do zdrowia po ciężkiej kontuzji. Problemy Milanu spiętrzyły kłopoty Manuela. Co poszło nie tak?

– Milan latem 2017, jak wszyscy pamiętamy, wydał kupę pieniędzy i nie miał z tego właściwie nikt. Spiętrzające się oczekiwania, brak realizacji celów, zawodzący zawodnicy… To nie był czas ani miejsce, żeby kogoś głaskać, nawet jeżeli były ku temu powody. Inaczej byłoby w obecnym Milanie, co doskonale udowadnia Tonali. On sobie wchodzi krok po kroku, łapie pewność, z miesiąca na miesiąc wygląda lepiej. Bo to się odbywa naturalnie, ma czas, nie zjadają go przerośnięte oczekiwania. Locatelli nie miał tego szczęścia, trafiając na dużo bardziej burzliwy okres w klubie – opowiada fan rossonerich.

W sezonie 2017/18 rozegrał tylko 668 minut, ani razu nie wpisując się na listę strzelców i ani razu asystując. Apetyt rósł w miarę jedzenia, ale Włoch nie zaspokoił głodu sukcesów w Milanie. Klub borykał się z ogromnymi problemami, a Manuel, żeby wyjść na prostą, udał się na wypożyczenie z obowiązkiem wykupu do Sassuolo.

– Klub słusznie zauważył, że ówczesny 20-letni Locatelli nie jest zawodnikiem będącym we właściwej formie, aby występować na kierownicy Milanu. Oczywiście z dzisiejszej perspektywy można się złapać za głowę, że wolano w tym względzie Biglię, ale na stan wiedzy z 2018 roku rozumiem, że klub wolał wtedy mieć ligowego wyjadacza – nawet jeśli dalekiego od topowej formy – niż młokosa, który był wciąż do ogrania i zagubił swój blask. Dalszy wybór był pewnie indywidualną decyzją Locatellego. Mógł to ciągnąć, ale wolał odejść i grać regularnie. Wyszło znakomicie dla niego – komentuje dziennikarz Super Expressu.

NOWY KLUB, NOWE CELE, NOWA RZECZYWISTOŚĆ

Decyzję o zmianie wart podjął z agentem. Milan nie stawiał oporu, zgadzając się na warunki Włocha. Locatelli miał ogromny żal do swojego byłego klubu, że nie otrzymał wsparcia, kiedy był w trudnej sytuacji.

„Pożegnanie z Milanem? Nie wiem, czy to właściwe powiedzieć, że mnie porzucili, ale w Milanie nie czułem już więcej zaufania. Cierpiałem i płakałem. Jestem szczery” – opowiada piłkarz Sassuolo.

W nowej drużynie na dzień dobry stał się ważną postacią. Roberto De Zerbi dostosował taktykę „neroverdich” do młodego Włocha. Zapytaliśmy Marcina Ostrowskiego – redaktora Calcio Merito, czy spodziewał się wybuchu talentu pomocnika od pierwszych spotkań w nowej drużynie.

– Locatelli trafił na moment, w którym Milan potrzebował piłkarzy na „już”. Nie dostał czasu na rozwinięcie się. Gdy Locatelli wchodził do zespołu bez presji, jak obecnie Tonali, być może Milan miałby teraz u siebie jednego z najlepszych pomocników w lidze. Locatelli pokazywał potencjał, ale aż taka eksplozja jego talentu na pewno zaskoczyła. Ten piłkarz ma cechy kompletnego pomocnika. Przed nim otwarta droga do światowej czołówki na tej pozycji – podsumował nasz rozmówca.

W swoim pierwszym sezonie Manuel Locatelli rozegrał aż 1976 minut. Piłkarski rok kończył z dwoma bramkami i czterema asystami na koncie. Etatowy młodzieżowy reprezentant Italii zaliczył przełomowy sezon w swojej karierze. Reanimacja wielkiego talentu trwała bardzo krótko.

Przyszły sezon przyniósł jeszcze więcej dobrego. Manuel zajął miejsce w składzie Stefano Sensiego, który powędrował do Interu i stał się liderem środka pola Sassuolo. Wizja i zmysł gry chłopaka wskoczyła na jeszcze wyższy poziom. Roberto De Zerbi wyczarował nowego Locatellego, który już nie tylko odpowiadał za destrukcję ataku rywali, ale także za konstruowanie akcji ofensywnych drużyny, która przechodzić miała przez nogi Locatellego. Sezon 2019/20 przerwany pandemią był równie wyśmienity co poprzedni. Na boisku spędził łącznie 2741 minut, co było najwyższym wynikiem w całej drużynie (nie licząc bramkarza Consigliego). Świetne występy zaowocowały pierwszymi powołaniami do reprezentacji Italii przez Roberto Manciniego.

Aktualny sezon można uznać za wybitny. W przypadku absencji Domenico Berardiego to Manuel zakłada opaskę kapitańską. Całą drużynę Sassuolo można uznać za rewelację rozgrywek Serie A, ale mózgiem fenomenu drużyny De Zerbiego jest Locatelli. Czy Milan może żałować utraconej perełki?

– Łatwo powiedzieć dziś, że się żałuje, ale… chyba nie. Milan akurat w środku pola nie ma co narzekać, bo duet Kessie – Bennacer w formie może konkurować o miano najlepszego w lidze. Rozwija się Tonali, gigantyczny talent. A sam Locatelli potrzebował zmiany otoczenia, przede wszystkim mniejszych oczekiwań i presji, żeby spokojnie się rozwinąć i postawić na stół swoje karty. Z dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że obecnego Manu nigdy byśmy nie ujrzeli, gdyby przed ostatnie lata w Milanie tylko wchodził z ławki czy grał od czasu do czasu, dodatkowo obrywając krytyką nie tyle za siebie, co za wszystko wokół, bo wiadomo, jak ciężko było/jest znieść ten aspekt w tak wielkim klubie, który zawodzi. Czasami rozłąka, choć bolesna, to najlepsza decyzja i myślę, że z perspektywy czasu po prostu wyszło dobrze. Locatelli się rozwija, Milan ma innych i nie narzeka. Pozostanie tylko drobne uczucie niespełnionej romantycznej historii – opowiada stały ekspert programu „Curva Sud” na Kanale Sportowym.

REPREZENTACJA WŁOCH I WALKA O PODSTAWOWY SKŁAD

Manuel piął się po szczeblach młodzieżowej kadry, tak samo teraz pnie się po szczeblach w hierarchii pomocników. Roberto Mancini nie jest w stanie zagwarantować na ten moment Locatellemu tej samej pozycji co w Sassuolo. Rywalizacja w środku pomocy „Squadra Azzurra” jest chyba największa na świecie. Na ostatnim zgrupowaniu wskoczył Manu do podstawowego składu w miejsce Jorginho i spisał się wyśmienicie. Włosi ocenili go największym wygranym ostatnich spotkań. Marco Verratti i Nicolo Barella są nietykalni, ale czy piłkarz Sassuolo jest w stanie wygryźć zawodnika na co dzień grającego w Premier League

– Roberto Mancini uwielbia Jorginho, który jest mózgiem zespołu i ma niesamowitą wizję gry. Wydaje mi się, że Locatellemu ciężko będzie przeskoczyć w hierarchii Verrattiego, Barellę czy Jorginho, ale obecnie jest chyba czwartym do grania, nad Pellegrinim. Nie możemy też zapominać o jego byłym koledze z zespołu, Stefano Sensim, który ma problemy ze zdrowiem, ale gdy już gra prezentuje się naprawdę znakomicie. Włosi mają niewyobrażalnie mocny środek pola i każdy z tych piłkarzy jest gwarancją jakości – odpowiada Marcin Ostrowski.

Locatelli rozegrał do tej pory 9 spotkań dla reprezentacji Italii, strzelając jednego gola w meczu z Bułgarią. Kadra stoi dla niego otworem. W styczniu skończył dopiero 23-lata, a selekcjoner reprezentacji Włoch uwielbia bazować na młodzieży.

PRZYSZŁY TRANSFER DO JUVENTUSU?

Otrzymywaliśmy już podczas zimowego mercato informacje, że Locatellim interesują się wielkie marki. Przewijały się takie nazwy klubów jak: Manchester City, Bayern Monachium, Liverpool, ale najczęściej wymieniany był Juventus. „Stara Dama” ma ogromne problemy i braki w środku pola, a transfer Locatelli wisiał już w powietrzu latem. Turyńczycy złożyli ofertę w wysokości 30 mln euro za Manu, ale natychmiastowo została odrzucona przez Giovanniego Carnevalliego i Carlo Rossiego – prezesa zarządu oraz prezydenta klubu. Juventus byłby najlepszy wyborem dla Locatellego?

– Locatelli wskoczył już na tak wysoki poziom, że byłby wzmocnieniem dla każdej drużyny Serie A. Naturalnym ruchem byłby wybór Juventusu, u którego ta formacja mocno kuleje. Nie mam wątpliwości, że piłkarz Sassuolo byłby teraz najmocniejszym punktem drugiej linii „Bianconerich”. Zapracował sobie na grę w klubie, który co roku realnie walczy o Scudetto i mógłby zdecydowanie poprawić wyniki „Starej Damy” w Lidze Mistrzów – podsumował redaktor Calcio Merito.

Talent jest darem, który jest łatwo zakopać, a trudno oszlifować. Manuel Locatelli stał jedną nogą nad przepaścią, ale pomocną dłoń wyciągnęło Sassuolo i Roberto De Zerbi. Dziś możemy zachwycać się przed telewizorem zagraniami reprezentanta Włoch i zastanawiać się, czy od przyszłego sezonu będziemy go oglądać w biało-czarnej koszulce Juventusu.

KACPER KARPOWICZ

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑