Jego historia to najlepszy dowód na to, jak wiele można osiągnąć, ciężko pracując. Transfer z 5 ligi angielskiej do szkockiej Premiership, debiut i czyste konto w meczu przeciwko Rangers, dobra, równa forma na przestrzeni całego sezonu. Max Stryjek opowiedział mi o tym, jak mu się żyje w Szkocji, marzeniach o grze w Premier League i warunkach pracy w Livingston. Zapraszam!
Czytaj dalej „Rozmowa z Maxem Stryjkiem – bramkarzem szkockiego Livingston FC”Deleu dla Rebelii: Od dziecka kibicowałem Flamengo!
Luiz Carlos Santos, bliżej znany jako Deleu, zgodził się odpowiedzieć na kilka przygotowanych przez nas pytań. Były piłkarz m.in. Lechii i Cracovii, dla których rozegrał łącznie ponad 200 meczów na boiskach Ekstraklasy, opowiedział nam o początkach kariery, ojczyźnie, idolach z dzieciństwa, miłości do Polski i planach na przyszłość.
Czytaj dalej „Deleu dla Rebelii: Od dziecka kibicowałem Flamengo!”Jak wykorzystać niespodziewaną szansę – Eder Militao w końcu pokazuje swój potencjał.
Do Madrytu przychodził jako supertalent. Kolejny z serii sprowadzonych, przygotowanych, a następnie odpowiednio wypromowanych do dalszej gry w Europie przez Portugalskich gigantów. W Porto wystarczył zaledwie rok, aby zaczęły zgłaszać się po niego uznane marki, i to już mocno powinno świadczyć o skali jego potencjału. Miał wchodzić w skład nowej generacji piłkarzy, którzy za kilka lat będą okładką światowego futbolu. Takie plany wobec niego były przynajmniej do pewnego czasu od momentu jego przenosin do stolicy Hiszpanii. Przez długi czas nie potrafił wykrzesać swoich umiejętności i kiedy już się wydawało, że jego karierę w Madrycie można zacząć spisywać na straty, to nagle otrzymał niespodziewaną szansę od losu i wykorzystuje ją w najlepszy możliwy sposób.
SZYBKI PRZESKOK
Jeszcze w sierpniu 2018 roku ćwiczył na boiskach treningowych brazylijskiego Sao Paulo, a już rok później trenował w Valdebebas z Sergio Ramosem, Luką Modriciem, czy Karimem Benzemą. To idealnie świadczy o tym, jak spory przeskok w ostatnim czasie wykonał Eder Militao, a w międzyczasie pojawił się przecież także debiut dla pierwszej reprezentacji swojego kraju. Nic oczywiście nie wzięło się z przypadku, choć takie sugestie mogli mieć niektórzy po jego dotychczasowym okresie w Realu Madrytu.
Na profesjonalnych brazylijskich boiskach zadebiutował w lipcu 2016 roku w wieku 18 lat. Sztab trenerski pierwszej drużyny od razu dostrzegł w nim spory talent, co poskutkowało łącznie 37 występami przez okres dwóch lat. Wystarczyło to, aby Porto przekonało się jego sprowadzenia. W Brazylii wówczas grał najczęściej na pozycji prawego obrońcy, lecz Sérgio Conceição postanowił przesunąć go do centralnej strefy defensywy, i to w tej roli najchętniej go obsadzał. Z perspektywy czasu była to genialna decyzja, ponieważ Eder miał, i wciąż ma, niemalże wszystkie główne warunki jakie potrzebuje „nowoczesny” środkowy obrońca. Jak na stopera jest szybki, a gra w bocznej części boiska nauczyła go wyprowadzania oraz rozgrywania piłki.
Tiago Estevao, Portugalski analityk, podczas gry Militao w Porto nazwał go „Kompletnym produktem dla przyszłych kupców”. Oprócz cech czysto piłkarskich emanował także ogromną pewnością siebie. Nie wyglądał jak wiele innych młodych piłkarzy, którzy dopiero stawiają pierwsze poważne kroki w wielkiej piłce, lecz jak bardzo doświadczony defensor. Już po pół roku spędzonego w Portugalii pewne było, że za moment zgłosi się po niego większy klub i tak się właśnie stało. Jeszcze w trakcie sezonu 2019/2020 Real Madryt za 50 milionów euro zaklepał sobie Brazylijczyka, dzięki czemu Porto – odejmując kwotę wykupu z Sao Paulo – zarobiło na nim aż 42 miliony euro. Takiego zysku na byle kim się nie robi, choć w Madrycie po jakimś czasie zaczęto mieć co do tego wątpliwości.
MOMENT ZWĄTPIENIA
Niemalże od samego początku, jak tylko ogłoszono przenosiny Brazylijczyka do Realu Madryt, zaczęto wróżyć mu wieloletnią karierę w barwach Królewskich. Typowano go na następcę Ramosa oraz filar defensywy Los Blancos na następne lata. Po jakimś czasie marzenia tę zostały jednak dość mocno zniwelowane, ponieważ z każdym kolejnym miesiącem gra Militao budziła spore obawy. Na pierwszy sezon wiele osób spoglądało z przymrużeniem oka, ponieważ każdy miał świadomość, że to dopiero jego pierwszy rok na takim poziomie, a ogólnie drugi poza ojczystym krajem. Jednak już nawet w trakcie tego pierwszego okresu bywał dość mocno krytykowany za popełniane błędy, które często były wręcz podstawowe. Rzadko wyróżniał się swoimi największymi cechami, i to był chyba jego największy problem, ponieważ nie potrafił zaprezentować tego, co umie najlepiej.
Zła dyspozycja przeszła na kolejny sezon. Wtedy zaczęto już od niego więcej wymagać, lecz jego forma kompletnie się nie poprawiała, a wręcz przeciwnie. Do kwietnia rozegrał zaledwie 7 spotkań, z czego tylko 5 było w wyjściowym składzie. W żadnym z tych meczów nie był w stanie przekonać do siebie na tyle Zidane’a, aby ten zaczął po niego częściej sięgać. W hierarchii środkowych obrońców był nie tylko za Varanem i Ramosem, ale także za Nacho, z którego to szkoleniowiec Realu bardziej wolał korzystać pod nieobecność któregoś z pierwszej dwójki. Nawet mimo tego, że zagrał dużą liczbę spotkań na prawej obronie, to Zizou przy absencji Caravajala postanowił zaryzykować i postawił na Vazqueza. Jego pozycja w drużynie była wręcz fatalna, a kwintesencją jego dyspozycji było spotkanie z Levante, w którym już w 9 minucie wyleciał z boiska, a Real grając w 10 przegrał ten pojedynek. Od tamtego tragicznego meczu nie wyszedł na boiska już ani razu, aż do nieoczekiwanego momentu.
NIESPODZIEWANA SZANSA
Kiedy już się wydawało, że kariera Militao dobiega końca, nagle pojawiła się okazja do rehabilitacji za wcześniejsze miesiące. W meczu z Eibarem, który poprzedzał pierwsze spotkanie z Liverpoolem w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, Zidane postanowił dać odpocząć Varane’owi, a że Sergio Ramos był kontuzjowany, to do pierwszego składu wskoczył właśnie Militao. Choć przed pierwszym gwizdkiem jego obecność budziła spore obawy, to po 90 minutach mogliśmy już mówić o naprawdę solidnym występie. Eder nie tylko spisywał się świetnie w czysto defensywnej grze, ale pokazał również swoje walory ofensywne, czego wcześniej nie można było dostrzec.
Jednorazowy dobry występ zdarza się każdemu i wszyscy mieli to na uwadze, jednak w spotkaniu z Eibarem można już było zobaczyć pewne „przełomowe” zachowania, jeśli chodzi o jego grę w Realu Madryt. Nigdy wcześniej nie emanował takim spokojem odkąd trafił do drużyny Los Blancos, co już napawało optymizmem. Prawdziwą szansą do pokazania swoich umiejętności okazała się jednak choroba Varane’a, która wykluczyła go ze starcia z The Reds. Zidane nie miał w tamtym momencie po prostu innego wyboru, jak postawić na Nacho i Militao w dwójce środkowych obrońców. O występ Hiszpana akurat się nie martwiono, ponieważ Fernandez już nie raz udowodnił, że kiedy jest potrzebny, to po prostu nie zawodzi. Miltao mimo solidnego występu z Eibarem budził jednak spore wątpliwości, ponieważ rywal był o kilka klas mocniejszy, niż ten z ligowego podwórka.
Obawy przed meczem były spore, a pochwały po meczu jeszcze większe. W grze defensywnej Realu kompletnie nie było widać tego, że gra tam w zasadzie dwójka rezerwowych. Szczerze mówiąc, Militao wraz z Nacho wyglądali niczym podstawowi obrońcy czołowego klubu świata, którzy na wysokim poziomie są od dłuższego czasu. Jak się później okazało – to spotkanie było dopiero pierwszym z kilku świetnych występów w wykonaniu Edera. Rewanżowe starcie z Liverpoolem było równie, a może i nawet jeszcze lepsze od tego pierwszego, a w międzyczasie zaliczył genialne noty po klasyku z Barceloną. Następnie przyszły trzy udane starcia ligowe z kolejno; Getafe, Cadizem oraz Real Betis, i znowu – Liga Mistrzów, mecz z Chelsea w Madrycie, czysta profesura w wykonaniu Brazylijczyka. Być może był to nawet najlepszy jego występ w barwach Królewskich, a stawka meczu była przeogromna, bo oczywiście finał Ligi Mistrzów. Cztery dni później zdobył swoją pierwszą bramkę w LaLiga i w dużym stopniu uratował spotkanie Realowi, ponieważ to on otworzył wynik meczu. Rewanżowe starcie z The Blues na Stamford Bridge było pierwszym od dawna meczem, po którym rzeczywiście można się do niego przyczepić, ale to w zasadzie tak, jak do całej drużyny Los Blancos. Nie był to jednak na tyle zły występ, aby mógł zwiastować gorszą formę w jego wykonaniu. Wydaje się wręcz, że w tym momencie jest to nawet dość mało możliwe, ponieważ Militao w ostatnim czasie zmienił się pod każdym względem, a już przede wszystkim pod tym psychicznym. W tym momencie należy go już wypisać z rubryki „przyszły talent” i zacząć traktować jako klasowego obrońcę.
MATEUSZ PEREK
Bastion walki o utrzymanie w LaLiga.
Walka o mistrzostwo Hiszpanii wzbudza wiele emocji, ale na dole tabeli jest równie ciekawie. Sytuacja jednego zespołu wydaje się wręcz tragiczna, ale pięć kolejnych drużyn nadal musi utrzymać poziom koncentracji na najwyższym poziomie, by nie skończyć sezonu na miejscu, które zazwyczaj oznaczane jest kolorem czerwonym. Kto jest w najgorszej sytuacji? Problemy poszczególnych ekip? Kto ma najgorszy terminarz?
EIBAR
Dno tabeli okupuje Eibar, który od dłuższego czasu stopniowo obniżał loty i już pod koniec poprzedniego sezonu można było zakładać, że w kolejnych rozgrywkach czeka ich trudna walka o ligowy byt. Z roku na rok zespół się osłabiał. Odchodzili coraz lepsi piłkarze, a piłkarze, którzy wchodzili w ich miejsce nie byli w stanie zagwarantować poziomu swoich poprzedników. W tym sezonie zespół Mendilibara mocno odczuł odejście Gonzalo Escalante i przede wszystkim Orellany, który zasilił ligowego rywala Real Valladolid.
Postać trenera również budzi kontrowersje. J.L. Mendilibar jest pragmatykiem, wymagającym od swojego zespołu przede wszystkim poświęcenia i walki. Styl oparty na wysokim pressingu i bombardowaniu wrzutkami pola karnego rywala do pewnego momentu się sprawdzał, ale wszystko ma swój koniec. Koncepcja ta zaczęła się dewaluować dzięki błędom indywidualnym. Styl preferowany przez Mendilibara wymaga zwartej gry w obronie i doskonałej organizacji, ale w momencie, gdy jedno z ogniw zawodzi, całość sypie się jak domek z kart.
Można narzekać na błędy w obronie, ale ofensywa również zawodzi. Oglądanie rozpaczliwych uderzeń Pedro Leona, który myślami jest już po drugiej stronie rzeki, może doprowadzić do stanów depresyjnych. Inui również daleki jest od formy sprzed kilku lat. Często zdarzało się, że na skrzydłach grali również boczni obrońcy. Chmury nad grą ofensywną Eibaru rozgania Bryan Gil, ale ciężko od tak młodego zawodnika wymagać, by w 38 kolejkach ratował zespół, tym bardziej że to dopiero jego pierwszy pełny sezon na poziomie LaLiga. Napastnicy Eibaru również nie rozpieszczają miłośników klubu z Ipurua. Do pewnego stopnia można liczyć na Kike Garcię, któremu zdarza się zaliczyć dobre spotkanie (raz nawet zaskoczył hat-trickiem), ale znacznie częściej przytrafiają mu się spektakularne pudła. Do dyspozycji trenera pozostają jeszcze Sergi Enrich, Yoshinori Muto (kompletnie nie pasuje do tej drużyny) i Quique Gonzalez, ale zwłaszcza ten ostatni odstaje od poziomu najwyższej klasy rozgrywkowej w Hiszpanii.
Na moment warto zatrzymać się przy postaci Frana Garazgarzy, który ostatnio pożegnał się z klubem. Możliwe, że gdyby nie oko do piłkarzy, które z czasem zatracił, to już dawno Eibar grałby w Segunda Division. To on sprowadził Gonzalo Escalante, Rubena Penię oraz wielu innych, na których Rusznikarze zarobili uczciwe pieniądze. Jednak w ostatnich dwóch sezonach ruchy transferowe Eibaru pozostawiały wiele do życzenia. Oto kilka przykładów:
- Roberto Olabe, syn dyrektora sportowego RSSS przyszedł za trzy miliony euro i się kompletnie nie sprawdził. Dziś tuła się po wypożyczeniach.
- Takashi Inui po powrocie do klubu, zdecydowanie obniżył loty. Kwota transferu – dwa miliony euro.
- Quique Gonzalez nie prezentuje poziomu, który dawałby przesłanki ku temu, by dostawał szanse, a zapłacono za niego ponad trzy miliony euro.
- Damian Kądzior, za którego zapłacono dwa miliony euro również nie wpasował się do zespołu.
ELCHE
Los Franjiverder po kilku latach wrócili do Primera Division z misją utrzymania, której towarzyszy szum związany z szaleństwem organizacyjnym Bragarnika. Wywalczyli dość niespodziewany awans, ale po zdobyciu przepustki do najwyższej klasy rozgrywkowej pożegnano trenera Pachetę, którego zastąpił Jorge Almiron, rodak właściciela klubu, który ma duże wpływy na argentyńskim rynku zawodników i trenerów.
Ze względu na grę w barażach sezon 20/21 rozpoczęli od czwartej kolejki (pierwsze trzy rozegrali w późniejszym terminie) i był to zdecydowanie najlepszy okres tej drużyny. W pierwszych czterech spotkaniach zdobyli aż 10 punktów. Potem było już tylko gorzej.
Almiron otrzymał zespół przebudowany w 70% względem poprzedniego sezonu, a jakby było miało zmian, zdecydował się na grę trójką z tyłu. Elche dbało głównie o tyły i do pewnego momentu gra obronna Franjiverdes była całkiem skuteczna. Być może byłoby łatwiej strzec dostępu do własnej bramki, gdyby byli w stanie dłużej utrzymywać się na połowie rywala. Gdyby umiejętności piłkarzy ofensywnych pozwalały na nieco inny rozkład akcentów, to całkiem możliwe, że graliby odważniej. Spoglądając na atak złożony z Lucasa Boye, czterdziestoletniego Nino, Pere Milli (również często grywał na innych pozycjach) oraz Guido Carillo, ciężko było czepiać się skłonności do dość zachowawczej gry skupiającej się na mądrym przesuwaniu i zabezpieczania bramki, licząc na to, że jakimś cudem uda się przepchnąć spotkanie. Dlatego też Elche oddaje średnio najmniej strzałów na bramkę rywali.
Ciężko utrzymać się w lidze, jeśli zespół czeka na wygraną od siódmej do dwudziestej czwartej kolejki. Przez większość sezonu najjaśniejszą postacią Elche był bramkarz Edgar Badiia, który z czasem został zepchnięty na boczne tory, choć swoją postawą na to nie zasłużył. W tym sezonie wykonał najwięcej skutecznych interwencji spośród wszystkich bramkarzy w lidze. Kilku innych zawodników Elche, jak choćby Tete Morente, czy Fidel miewało przebłyski, ale na ten moment nie mogą brać za pewnik, że otrzymają oferty z innych zespołów LaLigi w przypadku spadku Elche.
Zwolnienie Almirona było kwestią czasu. Bragarnik tym razem zdecydował się na zatrudnienie Frana Escriby, który doskonale znał klubowe korytarze, ponieważ w przeszłości pracował na Estadio Manuel Martinez Valero. Doświadczony trener od razu przeszedł do realizacji swoich założeń, które miały być proste, lecz skuteczne. Zrezygnował z ustawienia z trójką z tyłu, na rzecz czteroosobowego bloku obronnego uznając, że przez to jego zespół osiągnie stabilność. Piłkarze szybko polubili sposób pracy nowego trenera. Gonzalo Verdu porównał go do Pachety dodając, że po ich przemówieniach człowiek jest gotowy, by pójść na wojnę.
Jak dotąd Escriba poprowadził Elche w trzynastu spotkaniach, z czego trzy wygrał (Eibar, Sevilla oraz Levante), trzy zremisował i aż siedem przegrał. Średnia poniżej jednego punktu na mecz i tylko nieznacznie wyższa od poprzednika w połączeniu z niską jakością piłkarzy nie dają wielu przesłanek ku utrzymaniu w lidze, jednak należy brać pod uwagę, że przy odrobinie szczęścia i indolencji rywali, misja utrzymanie, może zakończyć się niespodziewanym sukcesem.
HUESCA
Huesca gra najlepszy futbol spośród beniaminków, jednak chwiejność nie pozwala im na zdobywanie większej liczby punktów. Huesca zarówno Michela, jak i teraz Pachety gra otwarty futbol pełen radości i ofensywnych akcentów. Brak zbalansowania potrafili wykorzystać ligowi rywale, o czym świadczy fakt, że dopiero w 13. kolejce wygrali pierwszy mecz w sezonie. Kiedy Pacheta przejął stery po Michelu, pojawiały się głosy, sugerujące, że zmiana ta będzie wiązała się, ze zmianą podejścia z futbolu na tak, na futbol zachowawczy. Pacheta zadbał o zbalansowanie zespołu, pozostawiając furtkę dla genu szaleństwa, który uaktywnił się w meczu z Celtą Vigo (porażka 4:3).
Najjaśniejszymi punktami w zespole są Javi Galan i Rafa Mir. Pierwszy jest ofensywnie przysposobionym wahadłowym, a drugi to wciąż młody napastnik, który w przeszłości opuścił Valencię na rzecz Wolves, ale plany podbicia angielskich boisk spełzły na niczym, a wypożyczenie do Huesci oznaczało dość brutalną i prawdopodobnie jedną z ostatnich szans na zaistnienie w poważnym futbolu. Mira cechują imponujące warunki fizyczne, jest silnym dobrze grającym tyłem do bramki napastnikiem, który może pochwalić się dużą szybkością oraz potężnym uderzeniem. Niewielu jest piłkarzy o takiej charakterystyce, więc w momencie, gdy osiągnął bardzo wysoką formę, zaczęły pojawiać się porównania do Erlinga Haalanda.
Z perspektywy czasu właściciele Huesci moga żałować, że szybciej nie pożegnali Michela, ponieważ Pacheta radzi sobie zdecydowanie lepiej niż poprzednik. Pacheta jest szanowany przez piłkarzy i lubiany przez pracowników klubu. Jeśli ktoś miał wątpliwości, czy jest w stanie prowadzić z powodzeniem zespół na poziomie Primera Division, to mógł się miło rozczarować. Szczerze mówiąc spadek Huesci oznaczałby szkodę dla tej ligi. W porównaniu do pozostałych beniaminków oraz części zespołów walczących o utrzymanie Huesca prezentuje zdecydowanie atrakcyjniejszy futbol niż zespoły Bordalasopodobne.
REAL VALLADOLID
Klub zagadka. Od początku sezonu grają bardzo nierówno i słuchając wywiadów z udziałem Sergio lub piłkarzy Los Pucelanos nie trudno spostrzec powtarzające się frazy o pracy nad koncentracją od pierwszej do ostatniej minuty oraz wiarze w to, że zdołają odmienić swój los.
Pewnym usprawiedliwieniem słabych wyników jest fakt, że na każdym etapie obecnego sezonu Sergio musiał zmagać się z absencjami zawodników. Liczne kontuzje oraz pozytywne wyniki testów na koronawirusa sprawiły, że kibice tego klubu mieli prawo zwątpić, w to, że w końcu wszyscy będą do dyspozycji trenera. Tylko w pierwszych pięciu kolejkach tego sezonu, Sergio musiał skorzystać z aż czterech różnych par środkowych obrońców. Sam zainteresowany najmocniej ubolewał nad brakiem Kiko Olivasa, filaru i dobrego ducha zespołu. W poprzednim tygodniu Hiszpan powrócił do składu po dziewięciomiesięcznej przerwie spowodowanej urazami, a Sergio wypowiedział następujące słowa:
„Kiko jest dla nas bardzo ważny na boisku oraz w szatni. Od miesiąca nabierał. Jesteśmy bardzo szczęśliwi, a jego wkład sprawił, że zespół zrobił krok naprzód pod względem emocjonalnym”
Do niefrasobliwości oraz licznych absencji należy dołożyć problemy z napastnikami, Przed sezonem sprowadzono Shona Weismanna, a z wypożyczenia powrócił Marcos Andre. Pierwszy dość mocno zderzył się z poziomem LaLiga, ale w ostatnim czasie gra zdecydowanie lepiej. W nieco innej sytuacji jest Marcos Andre, który w kilku spotkaniach zademonstrował duże umiejętności, ale często wypada z powodu urazów. Do dyspozycji Sergio są jeszcze Sergi Guardiola, który w tym sezonie jest bardzo nieskuteczny oraz Kenan Kodro czekający na swoje premierowe trafienie dla Realu Valladolid. Łącznie napastnicy Los Pucelanos zdobyli 10 bramek w lidze, co jest wynikiem bardzo, ale to bardzo słabym.
Real Valladolid od dziewięciu kolejek czeka na zwycięstwo. O dziwo od meczu z Barceloną, w którym zaprezentowali się nadspodziewanie dobrze, prezentują się nieco lepiej, natomiast tabela i wyniki tego nie odzwierciedlają. Real Valladolid powinien pluć sobie w brodę po starciach z głównymi rywalami w walce o utrzymanie, co obrazuje poniższy tweet:
Na domiar złego terminarz Realu Valladolid w kończących sezon kolejkach jest bardzo wymagający. Valencia, która wciąż nie ma pewnego utrzymania, a następnie Villarreal, RSSS i Atletico. Podsumowując, sytuację Realu Valladolid powoli można nazwać krytyczną. Od momentu przejęcie klubu przez Ronaldo Nazario da Limę, klub organizacyjnie zrobił kilka kroków do przodu, zmniejszono również długi, ale spadek, który jest całkiem prawdopodobny, może pociągnąć lawinę bardzo przykrych zdarzeń.
DEPORTIVO ALAVES
Klub z Vitorii już przed startem sezonu należał do grona potencjalnych spadkowiczów. W dużym uproszczeniu od dłuższego czasu gra Deportivo Alaves była oparta na następujących filarach: głębokiej defensywie, topornym środku pola, szybkich skrzydłach oraz duecie Joselu&Lucas Perez. Tylko optymista wierzył, że Deportivo Alaves wykona nagły skok, tym bardziej że nie przeprowadzili ruchów transferowych, które zrobiłyby na kimkolwiek wrażenie. Sezon na ławce rozpoczął Pablo Machin, który od momentu opuszczenia Girony przeżywa mnóstwo gorzkich chwil. Po kilkunastu kolejkach stracił pracę i zatrudniono kolejnego trenera, skupiającego się głównie na defensywie – Abelardo. Co było do przewidzenia, nie odmienił oblicza zespołu i również został zwolniony. Z pewnością konflikt z Lucasem Perezem nie pomógł w pozytywnym odbiorze jego pracy, tym bardziej że gra ofensywna Alaves jest uzależniona od dyspozycji tego właśnie napastnika. Miejsce Abelardo zajął Javi Calleja, który pod każdym względem przewyższa Abelardo i preferuje zdecydowanie bardziej otwarty futbol, choć patrząc na kadrę Alaves, ciężko spodziewać się nagle ofensywnej piłki.
Calleja wcześniej pracował z Villarrealem i o ile jego początki na El Madrigal były burzliwe (szybkie zwolnienie i powrót po sześciu tygodniach), o tyle z biegiem czasu zadbał o to, by postrzegano jego pracę pozytywnie i pewnie, gdyby nie możliwość zatrudnienia Unaia Emerego przez właścicieli Villarreal, Calleja nadal by tam pracował.
Javi Calleja długo czekał na satysfakcjonującą ofertę, aż w końcu podjął się trudnego wyzwania utrzymania Deportivo Alaves. Dobrze rozpoczął. Od serii czterech spotkań bez porażki i zdobycia ośmiu punktów. Na nieszczęście byłego szkoleniowca Villarreal, mecz z Eibarem przegrali, a to skomplikowało sytuację Alaves i doprowadziło do przywrócenia wiary w utrzymania w obozie jednego z bezpośrednich rywali.
„Miejmy nadzieję, że kiedy przyjdzie ostatnia kolejka, będziemy w miejscu, które pozwoli nam polegać na sobie i nie będziemy musieli patrzeć na wyniki innych zespołów”
Javi calleja
Dziś ciężko o nadmierny optymizm, natomiast zatrudnienie tego trenera daje nadzieję na lepsze jutro w przypadku przebudowy zespołu pod jego dyktando. Można było zakładać, że otrzyma szansę w nieco lepszym zespole, ale skoro do tego nie doszło, to pozostaje życzyć trenerowi z Madrytu korzystnych warunków pracy w Vitorii.
GETAFE
Getafe śmiało można zaliczyć do grona zespołów, które zaliczyły największy regres względem poprzedniego sezonu. Koncepcja drużyny opartej na walce i przeszkadzaniu, której ambasadorem można mianować Damiana Suareza, zaczęła się stopniowo wypalać. Do tego należy również dodać nietrafione letnie transfery, o czym szerzej pisałem w tekście o zimowych ruchach, które miały naprawić szkody i uzupełnić braki. Nie trudno dostrzec wypalenie niektórych ogniw i nadmierną wiarę, że gracze pokroju Marca Cucurelli dociągną Los Azulones do ligowego peletonu. Zresztą Cucurella również nie prezentuje się w tym sezonie najlepiej.
Getafe nie ma wielkich gwiazd, ale kilku piłkarzy spokojnie mogłoby pomyśleć o transferze do mocniejszej drużyny. Do grona tych piłkarzy można zaliczyć Nemanję Maksimovicia, Mauro Arambarriego, czy wspomnianego wcześniej Cucurellę. Jednak trzon stanowią przeciętni zawodnicy, z których trener Bordalas wyciągnął ich maksimum. Słabo wygląda środek obrony. Djene nie gra już tak dobrze, jak w poprzednich latach, a jego partnerzy prezentują się często tragicznie, co skłoniło Bordalasa do kombinowania z ustawieniem Davida Timora na środku defensywy. Ponadto w ostatnich dwóch sezonach przynajmniej dwóch napastników Getafe kończyło sezon z minimum dziesięcioma bramkami. Teraz można śmiało zakładać, że do tego nie dojdzie, ponieważ najskuteczniejsi w tym sezonie napastnicy z Estadio Colliseum Alfonso Perez, Jaime Mata i Angel Rodriguez zdobyli w tym sezonie tylko po pięć bramek.
Coraz częściej mówi się o odejściu Pepa Bordalasa, który sprawia wrażenie wypalonego pracą z Los Azulones. Jeszcze rok temu śmiało można było, plasować go w piątce, a może nawet trójce najlepszych trenerów pracujących w LaLiga, ale dziś jego notowania spadły i przydałaby się Bordalasowi zmiana otoczenia, np. objęcie jednego z włoskich klubów, o czym rzekomo marzy sam zainteresowany. Wszystko wskazuje na to, że Getafe raczej będzie szukało trenera o inne wizji. Już pojawiają się spekulacje o możliwości zatrudnienia Javiego Gracii. Przekonamy się w najbliższych tygodniach, czy tak się stanie, ale jest to możliwy scenariusz, zważywszy na fakt, że Gracia jest w tym momencie wolnym trenerem.
VALENCIA
O Valencii na końcu, ponieważ szanse na spadek Los Ches są relatywnie niskie, choć już samo widmo spadku jest ciosem dla fanów tego utytułowanego klubu. Każdy doskonale zdaje sobie sprawę ze szkodliwych działań Petera Lima wywołujących falę protestów posuwających się nawet do zapalania zniczy pod stadionem. Niestety problemy organizacyjne przekładają się również na kwestie sportowe. Piłkarze nie są pewni swojej przyszłości, kolejni trenerzy nie mogą liczyć na wsparcie właściciela, a potencjalni przyszli zawodnicy nie są ślepi, ani głusi na wieści dochodzące z Estadio Mestalla.
Taka otoczka w połączeniu z sukcesywnym pozbywaniem się ważnych piłkarzy nie może prowadzić do niczego dobrego. Z tego też powodu wielu zawodników Los Ches gra poniżej oczekiwań i raczej ciężko się temu dziwić. Valencia stała się zespołem, z którego dość łatwo wyjąć ważne ogniwa. Choć Gaya cały czas zapewnia o chęciach pozostania w klubie, to nikogo nie powinno dziwić jeśli skorzysta z oferty klubu, z nieco bardziej stabilną i przyszłościową polityką budowania zespołu.
Oczko w głowie Lima, czyli krnąbrny Kang-In Lee, na którego chuchano i dmuchano, a w międzyczasie rosły mu rogi, również powoli szykuje się do odejścia. Jego kontrakt kończy się już w czerwcu 2022, więc ostatnią szansą na jakikolwiek zarobek na tym zawodniku, będzie najbliższe okno transferowe. Koreańczyk posiada duże umiejętności, potrafi wejść w drybling, potrafi inicjować grę na jeden kontakt, ale indywidualizm, zmieniający się w egoizm wychodzi z niego na każdym kroku.
Piłkarze Valencii często sprawiają wrażenie dość apatycznych zarówno w ofensywie, jak i ofensywie. To właśnie na ich bramkę inne zespoły oddają średnio najwięcej strzałów, a to przekłada się na liczbę straconych bramek oraz ujemny bilans bramkowy. Jeśli chodzi o ich poczynania ofensywne, często Valencia budzi się dopiero w końcówkach spotkań. Pod tę tezę idealnie pasują spotkania z Celtą, Villlarrealem oraz Realem Sociedad.
Ostatnio po dobrym meczu zwolniono wypalonego degrengoladą Javiego Gracię, a tymczasowym trenerem po raz kolejny został Voro, który powinien otrzymać tytuł honorowego tymczasowego trenera. Anil Murphy przyznał, że teraz szukają silnego charakteru, prawdziwego lidera. Cóż, z pewnością następny trener musi mieć silną psychikę, aby nie zwariować, pracując z Limem i Murphym.
Roma to ostatnia szansa. Słów kilka o Mourinho w Rzymie.
Jose Mourinho w AS Romie. Tego nie spodziewał się nikt na czele ze sławami włoskiego dziennikarstwa sportowego. W czasach, gdy przecieki stały się normą właścicielom Giallorossich udało się operację ściągnięcia Portugalczyka na Stadio Olimpico utrzymać w tajemnicy.
Czytaj dalej „Roma to ostatnia szansa. Słów kilka o Mourinho w Rzymie.”This is England #12. The Invincibles. Arsenal w sezonie 2003/2004.
Bycie kibicem Arsenalu to od kilku dobrych lat droga przez ciernie, przeplatana kilkoma Pucharami Anglii. Dla fanów, którzy arsenalowego bakcyla połknęli w czasach wengerowskiej prosperity, tak radykalne obniżenie oczekiwań względem ukochanej drużyny nadal nie jest łatwe. Zazwyczaj po ważnych meczach chodzimy z minami przywodzącymi na myśl smutną żabę Pepe (nie mylić z Nicolasem). Dlatego dziś odbędziemy sentymentalną podróż do czasów, gdy Kanonierzy osiągnęli apogeum swojej wielkości. Wspaniały sezon 2003/2004 i korona Premier League, po którą Armatki sięgnęły, nie zaznając goryczy porażki. Jak do tego doszło? Zapraszam do lektury!
Czytaj dalej „This is England #12. The Invincibles. Arsenal w sezonie 2003/2004.”Siedem grzechów głównych Juventusu
Ostatnie tygodnie „Starej Damy” nie należą do najlepszych. Styl nie rzuca na kolana, wyniki są poniżej oczekiwań, a ciągłe plotki o Andrei Pirlo nie pomagają w zbudowaniu atmosfery w zespole. Od początku sezonu Juve zmaga się z tymi samymi problemami. Na przełomie nowego roku wydawało się, że doszło do przełamania, kiedy pokonali w dobrym stylu Milan, a następnie mieli imponującą serię zwycięstw i awansowali do finału Coppa Italia, pokonując w półfinale Inter. Jednak okazało się, że problemy wróciły ze zdwojoną siłą. Dziś nie wiadomo, czy w przyszłym sezonie Juventus zagra w Lidze Mistrzów i kto będzie trenerem tej drużyny. Oto „Siedem grzechów głównych”, których dopuściła się drużyna z Turynu.
1. Andrea Pirlo – zagrywka pokerowa
Wiadomość o zwolnieniu Maurizio Sarriego i zatrudnieniu Andrei Pirlo wstrząsnęła całym piłkarskim światem. Jeszcze kilka tygodni wcześniej miał być trenerem primavery „Starej Damie”, aż nagle został szkoleniowcem pierwszej drużyny 9-krotnych mistrzów Italii z rzędu. Trzeba brać pod uwagę, że Pirlo dopiero uczy się swojego fachu, zbiera doświadczenie, a rzucenie go od razu na tak głęboką wodę było ryzykownym posunięciem zarządu Juve. Andrea otrzymał zadanie przebudowy drużyny, mimo braku środków na transfery; wdrożenie nowej taktyki, mimo plagi kontuzji i absencji spowodowanej koronawirusem oraz obronę tytułu mistrzowskiego, mimo poważnych wzmocnień rywali. Początek sezonu był obiecujący, ale w drużynie zauważalna była jeszcze ręka „Sarrizmo”. Z tygodnia na tydzień widzieliśmy nowy Juventus, który potrafił dostosować się do przeciwnika i zaskakiwać różnorodnymi ustawieniami, jak grę wahadłami, czy zagęszczeniami środka pola, przez bocznych obrońców.
Od momentu klęski ligowej z Interem (2:0) podopieczni Andrei Pirlo zanotowali na początku roku serię sześciu wygranych spotkań, grając w imponującym stylu. Wszystko posypało się po przegranym meczu z Napoli (1:0). Przyszła Liga Mistrzów, a napięty terminarz w połączeniu z problemami kadrowymi i obniżką formy kluczowych piłkarzy, znalazło odzwierciedlenie w wynikach. Od lutego nie widać postępów drużyny, a ma się wrażenie, że jest coraz gorzej. Odpadnięcie z Champions League, porażka z Benevento, remis w derbach Turynu i z odwiecznym rywalem Fiorentiną sprawiły, że pościg za Interem zakończył się na 34. Kolejce. Teraz pozostaje im walka o awans do Ligi Mistrzów. Posada Pirlo pod koniec sezonu wisi na włosku i wydaje się, że w przyszłym sezonie nie obejrzymy go na ławce trenerskiej. Andrea miał być nowym Zidanem, ale budowa nowej „Starej Damy” okazała się misją niewykonalną dla żółtodzioba.
2. Kontuzje i absencje
Czy było takie spotkanie w tym sezonie, kiedy Andrea Pirlo mógł skorzystać ze swoich wszystkich piłkarzy? Odpowiedź brzmi: nie.
Covid i urazy mięśniowe Leonardo Bonucciego sprawiły, że ominęły go ważne spotkania z: Romą, Interem, Napoli dwukrotnie, Porto i Lazio. Włoski obrońca jest liderem defensywy Juventusu i jego brak był widoczny gołym okiem.
W tym sezonie kontuzje Giorgio Chielliniego wykluczyły na prawie trzy miesiące. Były to głównie niegroźne urazy, ale sam fakt opuszczenia tylu spotkań przez kapitana Juventusu sprawia, że coraz poważniej zastanawiamy się, czy po sezonie nie zakończy kariery.
Juan Cuadrado jest w tym sezonie jednym z lepszych piłkarzy bianconerich. Kolumbijczyk ma już na swoim koncie 10 asyst i jest liderem w tej klasyfikacji. Jego brak był widoczny w pierwszym spotkaniu 1/8 finału z Porto, kiedy brakowało kogoś, kto dokładnie wrzuci piłkę na głowę piłkarzy w polu karnym.
Paulo Dybala przez kontuzję więzadła w kolanie opuścił 80 dni. Andrea Pirlo chciał zbudować drużynę wokół Argentyńczyka, ale nie mógł z niego skorzystać przez blisko trzy miesiące. Włoski trener nieudolnie próbował zrobić z Dejana Kulusevskiego nowego Dybalę, więc brak najbardziej wartościowego piłkarza drużyny sprawił, że znajdują się teraz w tym miejscu, w jakim są.
Pech nie opuścił także Cristiano Ronaldo. Portugalczyk przez zakażenie koronawirusem musiał opuścić mecze z Barceloną w Lidze Mistrzów, czy ligowe z Hellasem, które szczęśliwie udało się zremisować.
Nie tylko wyżej opisani zawodnicy musieli pauzować. Zły los dopadł także takich piłkarzy jak:
-Alex Sandro,
-Matthijs de Ligt,
-Merih Demiral,
-Rodrigo Bentancur,
-Arthur,
-Aaron Ramsey,
-Weston McKennie,
-Alvaro Morata,
-Danilo.
Wydaje się, że kontuzje ominęły tylko piłkarzy bez formy w ostatnim czasie, czyli Federico Bernardeschiego, Dejana Kulusevskiego i Wojtka Szczęsnego.
W piłce nożnej nie można przewidzieć absencji piłkarzy, ale cała fala urazów w „Starej Damy” sprawia, że przypominają nam się czasy Arsenalu, którzy od lat mierzyli z ogromnym pechem. Sezon przygotowawczy nie został w pełni przepracowany przez Juventus i to może być poniekąd wina tylu urazów.
3. Środek pola
Jedno słowo, które może opisać formę środkowych pomocników Juventusu? – Dramat.
Rodrigo Bentancur miał być lepszą wersją Miralema Pjanica, który wcieli się w jego rolę na boisku, a jak jest? Jest jeszcze gorzej. Urugwajczyk kompletnie nie może się odnaleźć pod skrzydłami Andrei Pirlo. W większości spotkań po prostu przechodzi obok, a Juventusowi brakuje piłkarza, który rozegra piłkę z linii obrony, jak to robił wcześniej wspomniany Bośniak. Bentancur w tym sezonie Serie A zanotował cztery asysty, nie strzelając żadnej bramki. Dla porównania w ubiegłym roku Pjanić na tym samym etapie miał zgromadzonych pięć asysty i trzy gole. Kibice „Starej Damy” tak prędko nie wybaczą mu prostego błędu w meczu wyjazdowym 1/8 finału z Porto.
Wymiana pomiędzy Barceloną a Juventusem wyszła dla jednych i drugich na minus. Bośniak nie prezentuje się na miarę oczekiwań blaugrany, a dobre spotkania Brazylijczyka w koszulce bianconerich możemy policzyć na palcach jednej ręki. Arthur, przychodząc do nowego klubu, miał łatkę leniwego piłkarza, który gra asekuracyjnie. Niestety dla kibiców Juve wszystko okazało się prawdą. Kreatywny pomocnik strzelił w tym sezonie jedną bramkę (po przypadkowym rykoszecie z Bologną) i nie zanotował ani jednej asysty. Arthur jest autorem najdziwniejszej statystyki w tym sezonie Serie A. Popisał się tylko jednym (!) długim podaniem, które nie dotarło do kolegi z zespołu.
Aaron Ramsey i Adrien Rabiot grają poniżej oczekiwań, ale w ich grze możemy doszukać się pozytywów. Walijczyk ma całkiem niezłe statystyki (2 bramki i 4 asysty), natomiast Francuz wywiązuje się całkiem dobrze ze swoich zadań nałożonych przez Andreę Pirlo. Były piłkarz Schalke Weston McKennie jest prawdziwą rewelacją i strzałem w dziesiątkę działaczy Juve. Nikt się nie spodziewał, że Amerykanin wskoczy na tak wysoki poziom.
Na tej pozycji potrzebna będzie prawdziwa rewolucja, jeśli „Stara Dama” chce wrócić na szczyt.
4. Cristiano Ronaldo
Portugalczyk nie jest problemem Juventusu, ale piłkarze go otaczający. Mimo że prawdopodobnie CR7 sięgnie po capocannoniere, to Andrea Pirlo nie potrafi znaleźć pomysłu, aby w pełni wykorzystać obecność w drużynie jednego z lepszych piłkarzy w historii. Frustracja w niektórych spotkaniach Ronaldo jest uzasadniona. Najczęściej uwidacznia się, kiedy drużyna nie ma pomysłu na konstrukcje akcji i piłka wędruje do byłego zawodnika Realu, który musi wcielić się w rolę kreatora. Nie tylko Pirlo jest temu winien, ale także pomocnicy, którzy nie biorę rozgrywania akcji na swoje barki, tylko liczą na magię Cristiano. Wiele spekuluje się czy Portugalczyk zostanie w przyszłym sezonie nadal piłkarzem Juventusu. Prawdopodobnie tak, choć w przypadku braku awansu do Ligi Mistrzów, może się okazać, że Ronaldo przestanie interesować gra w Lidze Europy, a klub będzie chciał się uwolnić od gigantycznej pensji zawodnika. Ronaldo skończył w tym roku 36 lat. Nadal jest w znakomitej formie fizycznej i nie myśli o końcu kariery, tylko chce w dalszym ciągu sięgać po najbardziej prestiżowe trofea w piłce nożnej.
5. Liga Mistrzów
Jedyne co pozytywnego spotkało Juventus w tegorocznej edycji Champions League, to wysoka wygrana nad Barceloną (3:0). Można jeszcze docenić zwycięstwo nad Dynanem Kijów, ale trzeba pamiętać, że Ukraińcy nie mogli wystawić w obu spotkaniach najmocniejszego składu, przez ognisko koronawirusa, jaki dopadł tę drużynę. Prawdziwym koszmarem był mecz z Ferencvaros na Allianz Stadium, które dopiero udało się rozstrzygnąć w doliczonym czasie gry, po bramce Alvaro Moraty. Juventus w tamtym czasie dopiero nabierał rozpędu, a dwumecz z Porto miał być tylko formalnością.
Cóż… Morale przed pierwszym spotkaniem zostały podłamane dość niespodziewaną porażką z Napoli (1:0), które w tamtym okresie przeżywało kryzys. Juventus na Estadio Do Dragao nie pokazał nic szczególnego. Turyńczycy przegrali w beznadziejny sposób mecz, po katastrofalnych błędach swoich piłkarzy. Na pochwały zasłużył jedynie Federico Chiesa, który zdobył wyrównującą bramkę. W 93 minucie spotkania Daniel Siebert podjął dość kontrowersyjną decyzję, nie dyktując dość oczywistego rzutu karnego, po faulu na Cristiano Ronaldo. Włoskie media kilka dni grzmiały, bo ten dwumecz mógł się inaczej potoczyć, kiedy wykorzystałby „11” sam poszkodowany.
Minęły prawie trzy tygodnie, a Juventus do rewanżu podchodził natchniony zwycięstwem w lidze nad Lazio (3:1). No i niestety znów błędy indywidualne zaważyły na przebiegu spotkania. Na samym początku meczu beznadziejną interwencją w defensywie popisał się Merih Demiral, a w dogrywce… nie trzeba przypominać postawy Cristiano Ronaldo w murze. Bianconeri w rewanżu zagrali bardzo dobrze, a mogli jeszcze przed dogrywką wyrwać awans, ponieważ w doliczonym czasie gry w poprzeczkę uderzył Juan Cuadrado. Zwycięstwo po dogrywce 3:2 z osłabionym Porto nie dawało awansu do ćwierćfinału. Trzeci rok z rzędu Juventus przedwcześnie odpadł z Ligi Mistrzów i w dość kiepskim stylu. Na zwycięstwo w tych rozgrywkach czekają już ponad 25 lat.
6. Andrea Agnelli i Superliga
Większość kibiców piłki nożnej zamarła na wieść o powstaniu Superligi. Prezydent Juventusu był szefem europejskiego stowarzyszenia klubów UEFA. Włoch natychmiast zrezygnował z tej funkcji, kiedy na jaw wyszło, że jest jednym z założycieli nowo powstałej ligi dla najbardziej zamożnych klubów. Projekt Superligi okazał się totalną klapą, a Andrea Agnelli stał się jeszcze bardziej znienawidzony przez kibiców Juve. Plotki głosiły, że Włoch zrezygnował z funkcji prezydenta Juve, ale wszystkiego dowiemy się po sezonie. „Stara Dama” do samego końca trzymała się nowego pomysłu, co bardzo odbiło się na postrzeganiu klubu przez postronnych widzów. Juventus miał należeć do najlepszej „16” klubów Europy, a do samego końca muszą drżeć o awans do przyszłorocznej Ligi Mistrzów.
7. Formacja, taktyka i rola piłkarzy
Nie mieliśmy jeszcze w tym sezonie Juventusu dwóch spotkań z rzędu, żeby wystawili ten sam skład. Andrea Pirlo stara się rotować ustawieniami, zależnie od tego, jakich piłkarzy ma do dyspozycji i z jakim przeciwnikiem się mierzy. Federico Bernardeschi grał już w środku pola, na skrzydle, na wahadle, na lewej obronie, a nawet przez chwilę występował jako jeden z trójki środkowych obrońców. Na papierze przed meczem widnieje zawsze ustawienie 4-4-2, co jest bardzo mylne. Patrząc na heatmapę danych piłkarzy można zobaczyć, jak różni się ich rola na boisku od papierkowej wersji. Mogła się podobać taktyka Juve w dwumeczu Coppa Italia z Interem, kiedy boczni obrońcy zagęszczali środek pola i pomagali w konstruowaniu akcji. Na nerazzurrich przyniosło to skutek, ale inne drużyny zaczęły wykorzystywać dziurę pozostawioną na bokach obrony i Pirlo musiał wycofać się z tego pomysłu. Dużo zwycięstw dało „Starej Damy” ustawienie z wahadłami, ale nawet to w ostatnich tygodniach zostało zakopane, ponieważ Turyńczycy muszą grać bardziej ofensywnie. W ostatnich tygodniach cała gra Juventusu jest w rękach Cristiano Ronaldo.
Kibice bianconerich przeżywają trudny okres i obgryzają paznokcie z nerwów, czy ich drużynie uda się awansować do Ligi Mistrzów. Andrea Pirlo apelował o cierpliwość, ale tej brakuje już nawet jego podopiecznym. Projekt „Pirlizmo” może uratować jedynie zwycięstwo z Atalantą w finale Coppa Italią, a przecież jeszcze nie tak dawno ekipa Gian Piero Gasperiniego potrafiła pokonać Juventus (1:0). Ciężko przewidzieć co czeka Juventus w przyszłym sezonie. Czy Pirlo dostanie kolejną szansę? Czy Max Allegri wróci na ławkę trenerską? Czy jakimś cudem uda się wyrwać z Realu Zinedine Zidane’a? Zobaczymy, co przyniesie przyszłość i letnie mercato.
Steve Clarke stawia na doświadczenie
Do rozpoczęcia Mistrzostw Europy zostało nieco ponad sześć tygodni. UEFA planuje, by kadry zespołów biorących udział w EURO2020 rozszerzone zostały do 26 zawodników. Dla wielu piłkarzy jest to doskonała okazja, by w ostatniej chwili wskoczyć do reprezentacji i zostać w niej na dłużej. Przyjrzyjmy się więc, jak wygląda to w przypadku Szkotów.
Bramkarze
Selekcjoner reprezentacji Szkocji Steve Clarke to typ menedżera, który ceni sobie przede wszystkim doświadczenie. Nie dziwi więc fakt, że średnia wieku w prowadzonym przez niego zespole wynosi 28,3. Najstarszymi zawodnikami kadry są bramkarze. David Marshall z Derby ma 36 lat, o dwa lata starszy jest Craig Gordon. We wrześniu 34 lata skończy Jon McLaughlin, rezerwowy bramkarz Rangers. O ile dwóch pierwszych gra w klubach od deski do deski, tak McLaughlin musi zadowolić się rolą zmiennika. Może warto zatem byłoby wprowadzić do reprezentacji kogoś, kto w przyszłości mógłby odegrać dużo bardziej znaczącą rolę? Kandydatów, gotowych wskoczyć do kadry Clarke’a nie ma jednak wielu. Scott Bain, który nie zawsze w tym sezonie był podstawowym bramkarzem Celticu, ma już 29 lat, a jednocześnie tylko trzykrotnie reprezentował swój kraj na arenie międzynarodowej. Liam Kelly, wypożyczony do Motherwell z Queens Park Rangers, nigdy nie dostąpił tego zaszczytu. Podobnie Zander Clark, który jest solidnym ligowym golkiperem, ale pewnego poziomu nigdy już nie przeskoczy. Najlepszy w tym momencie szkocki bramkarz – Alan McGregor z Rangers, zakończył reprezentacyjną karierę w marcu 2019 roku. Kwestia powołań wydaje się zatem jasna, jeśli chodzi o piłkarzy pierwszej linii.
Obrońcy
W defensywie wygląda to zupełnie inaczej. Pewniakami w reprezentacji Szkocji pozostają przede wszystkim Grant Hanley, Andy Robertson i Kieran Tierney. Pierwszy z nich to lider angielskiego Norwich, z którym niedawno mógł świętować awans do Premier League. Hanley rozegrał łącznie 32 mecze w barwach The Tartan Army i jest pod tym względem najbardziej doświadczonym środkowym obrońcą w drużynie Steve’a Clarke’a. Nieco gorzej wygląda to w przypadku pozostałych kilku zawodników. Scott McKenna, który do tej pory rozegrał w kadrze 19 meczów, całkiem nieźle radzi sobie w Nottingham Forest. Alternatywę dla niego należy upatrywać w 30-letnim Declanie Gallagherze z Motherwell. Kapitan dziewiątej drużyny szkockiej Premiership zanotował jednak tylko 7 występów w narodowych barwach, a jego doświadczenie na arenie międzynarodowej jest minimalne. Jeszcze słabiej wygląda to w przypadku Andy Considine’a z Aberdeen. Weteran szkockich boisk i legenda Premiership ma w dorobku tylko 3 mecze dla reprezentacji. Charlie Mulgrew, znany dobrze polskim kibicom z występów w Celtic, był w pewnym momencie etatowym środkowym obrońcą kadry, ale jego nierówna forma w Fleetwood plus tragiczna postawa w eliminacjach przeciwko Belgii i Rosji sprawiły, że odstawiony został na boczny tor. Coraz lepsze recenzje zbiera w Jupiler League Jack Hendry, który wypożyczony jest z Celtiku do KV Oostende. 25-latek do tej pory pięciokrotnie grywał dla reprezentacji Szkocji. Jeden mecz mniej w kadrze zanotował Liam Cooper z Leeds, ale w Premier League grywa dosyć regularnie, więc jest realna szansa, że znajdzie się wśród piłkarzy zgłoszonych na EURO. 21-letni Stephen Welsh, który niedawno podpisał nowy kontrakt z Celtic, a który coraz lepiej radzi sobie w meczach ligowych, również po cichu może liczyć na powołanie. W notatniku selekcjonera widnieje z pewnością także jeszcze jedno nazwisko. Ryan Porteous rozgrywa bardzo udany sezon w Hibernian, powoli stając się liderem zespołu z Easter Road. Był już z resztą powoływany na mecze kadry, ale poczynania kolegów oglądał jak dotychczas tylko z ławki rezerwowych. Całkiem nieźle wyglądają boki obrony, szczególnie lewa strona. Tu absolutnym liderem i gwiazdą jest Andy Robertson z Liverpoolu. Powoli poziomem dorównuje mu Kieran Tierney. Piłkarz Arsenalu leczy kontuzję kolana, ale są duże szanse, że zdąży wykurować się tuż przed rozpoczęciem turnieju. Okazje do gry w reprezentacji miewał także Greg Taylor z Celtic, któremu wróżono w pewnym momencie całkiem udaną karierę. W obecnym sezonie Taylor rozegrał 21 meczów w Premiership, ale w ostatnim czasie stracił miejsce w zespole na rzecz Diego Laxalta. Jeśli chodzi o prawą stronę defensywy, coraz częsciej powoływany jest Stephen O’Donnell z Motherwell, a jego naturalnym zmiennikiem pozostaje Liam Palmer z Sheffield United. Na prawej obronie grać może także Ross McCrorie z Aberdeen FC. Nie jest to jednak jego optymalna pozycja, a wychowanek Rangers najlepiej czuje się w roli defensywnego pomocnika. 23-latek, który rozegrał w tym sezonie 27 meczów w Premiership dla zespołu z Pittodrie, grywał dla reprezentacji Szkocji tylko w drużynach młodzieżowych. Wydaje się, że dużo większe szanse na udział w EURO ma Nathan Patterson z Rangers, który niedawno debiutował w ekipie prowadzonej przez Stevena Gerrarda. 19-latek robi jak dotąd bardzo dobre wrażenie i tylko kwestią czasu wydaje się być jego debiut w dorosłej reprezentacji. Gdyby nie dwie poważne kontuzje, wśród wyżej wymienionych piłkarzy prawdopodobnie padłoby także nazwisko Johna Souttara z Heart of Midlothian. Kilka lat temu był jednym z najlepiej rokujących młodych szkockich piłkarzy. Niestety, urazy i wiążące się z nimi operacje spowodowały, że środkowy obrońca JamTarts pauzować musiał przez ponad 300 dni, a na boisko wrócił zaledwie trzy tygodnie temu.
POMOC
Najsilniejsza i najbardziej wyrównana pod względem umiejętności formacja. Tu kluczową rolę odgrywa zdecydowanie John McGinn, najlepszy strzelec eliminacji w szkockim zespole. Pomocnik Aston Villi ma za sobą świetny sezon, a jego rola w układance Steve’a Clarke’a jest niepodważalna. Równie stabilną pozycję ma Scott McTominay, który jest podstawowym wyborem Ole Gunnara Solskjaera w Manchesterze United. Agresja, przewidywanie i wola walki to kluczowe atuty 24-latka z Old Trafford. Warto zauważyć, że McTominay, mimo osobistego rekordu bramek dla klubu zdobytych w jednym sezonie, w reprezentacji grywa także jako środkowy obrońca. Pewniakami w kadrze Szkocji są także Stuart Armstrong z Southampton i Callum McGregor z Celtic. Obaj zaliczyli po kilkadziesiąt występów dla swojego kraju, a gdy przebywają na boisku, dobrze wywiązują się z powierzonych im zadań. Kenny MacLean z Norwich również nie powinien mieć obaw, czy znajdzie się dla niego miejsce. Nieco inaczej wygląda to w przypadku Johna Flecka z Sheffield United. Piłkarz, który w wieku 20 lat wyjeżdżał z Glasgow z opinią „Wonderkida”, mógł osiągnąć zdecydowanie więcej, ale jego rozwój w pewnym momencie przyhamował. Filigranowy pomocnik ma na swoim koncie 5 występów w kadrze Szkocji. Mimo słabej postawy Celtiku na przestrzeni całego sezonu coraz lepsze noty za swoje występy dostaje Ryan Christie. Tylko w lidze, w 29 meczach zdobył 4 bramki i dołożył aż 10 asyst. Tyle samo trafień zaliczył z resztą w 18 dotychczasowych występach kadry. Na EURO nie zobaczymy na pewno Ryana Jacka z Rangers, który z powodu kontuzji łydki pauzować będzie musiał około trzech miesięcy. Jego imiennik, Ryan Fraser z Newcastle, nie zdobył jeszcze bramki w tym sezonie Premier League, ale udało mu się tego dokonać w ostatnim meczu eliminacji do Mistrzostw Świata przeciwko Wyspom Owczym. Jego zadziorność, szybkość i determinacja mogą przydać się reprezentacji. Założyć więc możemy, że i on dostanie szansę pokazania swoich umiejętności podczas zbliżającego się turnieju. James Forrest, który należy do najbardziej doświadczonych piłkarzy reprezentacji, podobnie jak wspomniany wcześniej Souttar także wraca po ciężkiej kontuzji. Pytanie, czy uda mu się załapać rytm meczowy, a jeśli nawet tak, to w jakiej będzie formie? Zatrzymując się na chwilę w szkockiej Premiership, warto zwrócić uwagę na kilka nazwisk. David Turnbull, mimo niezłego sezonu w Celtic, a wcześniej udanych występach w Motherwell, nigdy nie zadebiutował w reprezentacji. Podobnie jego były klubowy kolega Allan Campbell, który jest solidnym ligowcem, a który zagrał 24 mecze w drużynie U-21. Campbell ma tylko 22 lata, charakteryzuje się niezłym przeglądem pola, pracowitością w defensywie i niezłym strzałem z dystansu. Jednym z najbardziej wyróżniających się piłkarzy krajowych jest z pewnością Lewis Ferguson. 21-letni pomocnik Aberdeen to przyszłość szkockiej piłki. W tym sezonie tylko w meczach ligowych zdobył 9 bramek, a jest przecież zawodnikiem drugiej linii. Zaangażowany, probujący szukać prostopadłych zagrań do napastników, wykonujący regularnie rzuty karne. Kolejnym piłkarzem, którego nie wolno skreślać w kontekście gry na EURO, jest Ryan Gauld z Farense. Filigranowy pomocnik, świetnie radzący sobie w lidze portugalskiej, w klasyfikacji kanadyjskiej Primeira Liga zdobył łącznie 14 punktów! W seniorskim zespole jeszcze jednak nie zadebiutował. Jednym z największych obecnie talentów szkockiej piłki jest Billy Gilmour z Chelsea. W tym sezonie grywa głównie w zespole U-23, ale zdążył już pokazać się także na boiskach Premier League. Przed młodym pomocnikiem Chelsea świetlana przyszłość, ale by dostać się do 26-osobowej kadry, może być jednak za wcześnie.
NAPASTNICY
Zdecydowanie najsłabiej obsadzona pozycja reprezentacji. Leigh Griffiths najlepsze lata ma już za sobą, a w podstawowym składzie Cetliku nie wybiegł od końca stycznia. W prasie pojawia się na jego temat coraz więcej informacji o trudnościach z trzymaniem wagi i problemach natury osobistej. Lewis Shankland, któremu średnio wiedzie się w Dundee United, jest piłkarzem mocno ograniczonym, a w kadrze może liczyć jedynie na rolę głębokiego rezerwowego. Johny Russell z Kansas City jest bliżej niż dalej zakończenia kariery, a jego ostatnie mecze w reprezentacji Szkocji nie były zbyt przekonujące. Wydaje się, że pewniakiem w kadrze Clarke’a jest Lyndon Dykes. Pochodzący z Australii napastnik po bardzo dobrym poprzednim sezonie, w lecie przeniósł się z Livingston do QPR. W 40 meczach Championship strzelił 13 bramek, dwa trafienia dorzucił dla reprezentacji Szkocji. Solidny piłkarz, potrafiący zachować się w polu karnym przeciwnika. W marcowym meczu przeciwko Wyspom Owczym na ostatnie 22 minuty wprowadzony został Kevin Nisbet. Bramki co prawda nie strzelił, ale zrobił całkiem niezłe wrażenie, jak na debiutanta. Nisbet to jeden z najlepszych piłkarzy Hibernian, notujący dobrą, ustabilizowaną formę. Regularnie gra w lidze, co pozwoliło mu 14 razy pokonać bramkarzy rywala. Jeśli po drodze nie wydarzy się nic złego i ominą go kontuzje, i on powinien otrzymać powołanie na Mistrzostwa Europy. Tylko jedną bramkę dla Sheffield United strzelił w tym sezonie Oliver Burke, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że cała drużyna The Blades spisywała się w tym sezonie znacznie poniżej oczekiwań. Jego dorobek strzelecki w reprezentacji jest dokładnie taki sam. Zaledwie jeden gol w trzynastu występach. Jeszcze gorzej wygląda to w przypadku jego klubowego kolegi, Oliviera McBurniego. Rosły napastnik jeszcze nigdy nie zdobył bramki w na arenie międzynarodowej, a na swoim koncie ma już 17 występów. Kontuzja, jakiej nabawił się podczas meczu Premier League, wyklucza go z udziału w EURO. Nie jest to jednak ogromna strata, patrząc na jego dotychczasowe dokonania w reprezentacji. Odpowiedzią na problemy ze skutecznością ma być naturalizowanie Che Adamsa, na co dzień zawodnika Southampton. Już w debiucie Adams pokazał się z dobrej strony, umiejętnie ściągając na siebie uwagę obrońców i pokazując się do gry. Jeszcze lepiej było w dwóch kolejnych meczach, w których 25-latek zdobył bramkę i asystę. Jego doświadczenie, przebojowość i nie najgorsza skuteczność mogą okazać się kluczowe w kontekście walki o wyjście z grupy podczas zbliżających się mistrzostw Starego Kontynentu.
Karol Koczta
Ryan Mason – pouczająca historia nowego szkoleniowca Tottenhamu
Jego życie zmieniło się w kilka sekund. Mógł kontynuować grę w Premier League, być solidnym ligowcem i reprezentantem Anglii. Po latach został najmłodszym menadżerem w historii ligi angielskiej. Gdy boisko opuszczał po raz ostatni, żegnano go brawami. On jednak nie mógł na nie odpowiedzieć. Znajdował się na noszach, a na ustach miał maskę tlenową. Oto Ryan Mason.
Czytaj dalej „Ryan Mason – pouczająca historia nowego szkoleniowca Tottenhamu”Najważniejsze tygodnie Belottiego w Torino. Włoch przed jedną z ostatnich szans na transfer wyżej.
Przyszłe okienko transferowe może być prawdopodobnie ostatnią szansą Andrei Belottiego na przejście do lepszego klubu. W przeszłości miał już do tego kilka razy okazje, ale wolał pozostać w drużynie Granaty, aby powalczyć z nią o wyższe cele. Obecnie klub ze stolicy Piemontu jest w bardzo kiepskiej sytuacji, a wielkie kluby stoją otworem przed Andreą. Nieuniknione, że w lecie dojdzie do rozstania. Jednak reprezentant Włoch dopilnuje tego, aby nie nastąpiło one w gorzkiej atmosferze.
ŻYWA LEGENDA KLUBU
Postawienie obecnego kapitana „Il Granaty” w hierarchii klubowych legend obok piłkarzy chociażby Grande Torino, mogłoby być mocno kontrowersyjne. Faktem jest jednak, że z „nowoczesnych” ikon 7-krotnego mistrza Włoch, Andrea Belotti jest jedną z tych największych. Od momentu przybycia do Turynu, a więc 6 lat temu, nieustannie trzyma wysoką dyspozycje, co w ogromnym stopniu przekłada się na rezultaty zespołu. Podczas jego pobytu w Torino prawdopodobnie nie było i nadal nie ma lepszego piłkarza, niż on. Poza boiskiem również prezentuje się godnie, jak przystało na kapitana. Dzięki ciężkiej pracy zapracował sobie na wielki status, oraz miano jednego z lepszych obecnie Włoskich napastników. Powołania do reprezentacji Azzurich również nie biorą się znikąd, a w aktualnych czasach jest to dość rzadkie zjawisko wśród piłkarzy Granaty.
222 spotkań, 104 bramki, 26 asyst. Tak wyglądają liczby „Il Gallo” w barwach Torino. Utwierdzają one jeszcze bardziej w zdaniu, że jest to piłkarz zdecydowanie za dobry, jak na klub, który reprezentuje. Okazje na transfer do o wiele lepszego klubu miał już niejednokrotnie. Od sezonu 2016/17, kiedy to zdobył rekordowe dla niego 26 trafień w Serie A, nieustannie jest łączony z wielkim markami. Wydawałoby się, że po tak świetnej kampanii każdy piłkarz zgodzi się na sportowy awans, a już tym bardziej jeśli ma okazje do gry w europejskich pucharach, których jego obecny klub mu nie zagwarantuje. Z Belottim było jednak inaczej, ponieważ mimo wielu ofert zdecydował pozostać w Turynie.
Nigdy o jakimś ogromnym przywiązaniu do barw Granaty z jego ust nie słyszeliśmy, choć nie można mu tego wykluczyć. Brak decyzji na transfer bierze się z tego, że Andrea chcę mieć zagwarantowaną regularną grę w wyjściowym składzie. Na tym najbardziej mu zależy, a z dotychczasowych ofert transferowych nie widział opcji na taką częstotliwość występów, jak w Torino.
„Nie jestem zainteresowany pójściem do świetnego zespołu, jeśli będzie to oznaczać, że nie gram lub będę zmiennikiem. Jeśli odejdę, to dlatego, że będę miał gwarancje regularnej gry.”.
Takie słowa wypowiedział w 2018 roku, więc jak widać – nie wyklucza transferu. Nie wpływa to jednak ani trochę na jego zaangażowanie w funkcjonowanie Torino, ponieważ na dobro drużyny pracuje tak mocno, jakby miał tu pozostać już na zawsze.
UTRZYMAĆ TORINO W SERIE A
Jeśli Belotti ma zamiar opuścić Granate przyszłego lata, to na pewno nie dopuści do tego, aby do rozstania doszło w złej atmosferze wywołanej spadkiem. Dla drużyn, które chcą ściągnąć do siebie Andreę degradacje Torino byłaby bardzo na korzyść, ponieważ wtedy niemal w 100% byłoby pewne, że Włoch opuści swoją obecną drużynę. W ostatnich tygodniach sytuacja „Byków” nieco się poprawiła, ponieważ zaczęli dość regularnie punktować (ostatnie 5 spotkania – 8 punktów), co poskutkowało wyjściem ze strefy spadkowej. Turyńczycy jednak nadal nie mogą być pewni miejsca we włoskiej elicie na przyszły sezon, bo w tym momencie mają tyle samo punktów, co Benevento, które zajmuje najwyższe miejsce w strefie spadkowej.
Chociaż przyjście Davide Nicoli na posadę szkoleniowca, oraz ściągnięcie Antonio Sanabrii i Rolando Mandragory znacząco złagodziło uzależnienie Torino od Andrei, to „Il Gallo” wciąż ma duży wpływ na grę Granaty. W ostatnim czasie trochę przyćmiewa go świetna dyspozycja Sanbarii, jednak Belotti wciąż wykonuje tak dużą pracę, jak wcześniej. Z Paragwajczykiem stworzył w tym sezonie o wiele lepszy duet napastników, niż chociażby z Simone Zazą. Uzupełniają się pod wieloma względami, co przekłada się na wyniki drużyny. W ostatnim czasie to głównie Antonio strzela bramki, ale to Andreą zazwyczaj wykonuję tę „brudną” robotę. Przepycha się z obrońcami, walczy o piłkę, stwarza zamieszanie w szeregach defensywy rywala, oraz buduje pozycje dla partnerów. Nawet jeśli Belotti zaciąłby się na dłuższy okres czasu, to miejsca w drużynie pewnie by nie stracił, ponieważ jego wpływ na grę Torino jest bardzo widoczny.
Patrząc na cały sezon – Belotti miał udział przy 39% bramek Torino, co daje mu 7 miejsce pod tym względem w lidze. 12 bramek i 6 asyst pokazuje, że pod każdym względem jest liderem ofensywy „Byków”. Nikt w drużynie nie ma od niego więcej bramek, oraz nikt nie ma od niego więcej asyst. Andrea w ogromnym stopniu przyczynia się w tym sezonie do wyników Granaty i prawdopodobnie gdyby nie on, to byliby w jeszcze gorszej sytuacji.
SAGA TRANSFEROWA
Z każdym zbliżającym się okienkiem pojawia się multum nowych wiadomości i spekulacji, co do przyszłości Belottiego w Torino. Od lat łączony jest z innymi włoskimi ekipami, czy też z klubami z Anglii oraz Hiszpanii, i nie inaczej jest tym razem. Po wpisaniu samej frazy „Belotti” w Twitterową wyszukiwarkę automatycznie pojawiają się tematy z dopiskami klubów, jak chociażby Napoli, Milan czy nawet Liverpool. Lista drużyn, z którymi łączy się Andreę jest niesamowicie długa, i choć znaczna część plotek jest zapewne fałszywa, to świadczy to o tym, jak bardzo rozchwytywanym napastnikiem jest „Il Gallo”.
Dotychczas Belotti nie postanowił opuścić stolicy Piemontu, jednak przyszłe okienko może być przełomowe w tej kwestii. Spadek Torino, które w tym momencie ma tyle samo punktów, co 18 Benevento, niemalże z automatu oznacza odejście Andrei. Nie ma chyba absolutnie żadnych szans, aby reprezentant Włoch grał na zapleczu Serie A. Taki scenariusz jest wymarzony dla potencjalnych kupców, jednak nawet jeśli „Byki” utrzymają się w lidze, to jego odejście jest bardzo możliwe.
Belotti w 2018 roku postawił ultimatum, że jeśli ma gdzieś odejść, to musi mieć gwarancje regularnej gry. Ten argument dość mocno przemawia za tym, że zostanie w drużynie Granaty, ponieważ mało który klub na wyższym poziomie jest w stanie mu zapewnić taką rolę, lecz trzeba brać poprawkę na to, że od wywiadu minęły już 3 lata. Przez ten czas sporo mogło się zmienić u Andrei w kwestii postrzegania swojej przyszłości, a kolejny fatalny sezon w wykonaniu jego drużyny na pewno mocno na to wpłynął. Drugiej okazji na zagranie w wielkim klubie może już nie dostać, a grono zainteresowanych klubów jest zapewne tak duże, że może dokonać odpowiedniego wyboru.
MATEUSZ PEREK