This is England #12. The Invincibles. Arsenal w sezonie 2003/2004.

Bycie kibicem Arsenalu to od kilku dobrych lat droga przez ciernie, przeplatana kilkoma Pucharami Anglii. Dla fanów, którzy arsenalowego bakcyla połknęli w czasach wengerowskiej prosperity, tak radykalne obniżenie oczekiwań względem ukochanej drużyny nadal nie jest łatwe. Zazwyczaj po ważnych meczach chodzimy z minami przywodzącymi na myśl smutną żabę Pepe (nie mylić z Nicolasem). Dlatego dziś odbędziemy sentymentalną podróż do czasów, gdy Kanonierzy osiągnęli apogeum swojej wielkości. Wspaniały sezon 2003/2004 i korona Premier League, po którą Armatki sięgnęły, nie zaznając goryczy porażki. Jak do tego doszło? Zapraszam do lektury!

Falstart Wengera

Francuski pisarz Antoine de Rivarol powiedział niegdyś:

Kto ma rację dzień wcześniej od innych, ten przez dobę uchodzi za idiotę.

W przypadku Arsene Wengera weryfikacja jego słów potrwała nieco dłużej, bo niemal dwa lata. Gdy były opiekun AS Monaco został zapytany przed sezonem 2002/2003 przez dziennikarza Daily Star czy wierzy w możliwość zakończenia nadchodzącej kampanii ligowej bez doznania porażki, jego odpowiedź brzmiała tak:

To nie jest niemożliwe, by zakończyć sezon ligowy bez porażki i nie widzę powodów, by moje słowa miały kogokolwiek szokować. Każdy menadżer tak myśli, ale nie mówi o tym głośno, bo inni uznaliby to za niepoważne.

No i stało się tak, jak Boss przewidział. Jego słowa zostały uznane przez środowisko piłkarskie za niepoważne. Pal licho, że poprzedni sezon ekipa z Londynu zakończyła serią 21 spotkań bez porażki w tym 13 kolejnych zwycięstw. Nadchodząca kampania szybko zweryfikowała buńczuczne plany Francuza. Pokuta nadeszła już w 10 kolejce. Wówczas Arsenal uległ Evertonowi 2-1, a katami Kanonierów zostali: urodzony w Inowrocławiu, lecz grający dla reprezentacji Kanady Tomasz Radziński i pewien krępy młodzieniec, który posyłając bombę zza pola karnego w 90 minucie gry, zdobył swoją debiutancką bramkę w Premier League i pozbawił Wengera złudzeń o idealnym sezonie. Brytyjski komentator mógł za to wydrzeć się wniebogłosy:

Zapamiętajcie to imię – Wayne Rooney!

Boss mógł tylko spuścić głowę i skomplementować po spotkaniu rudowłosego nastolatka:

Od kiedy przybyłem do Anglii, nie widziałem większego talentu niż Rooney. Z pewnością nie było tutaj tak dobrego gracza poniżej 20 roku życia, od kiedy zostałem menadżerem Arsenalu.

Kolejna porażka przydarzyła się The Gunners już tydzień później w spotkaniu z Blackburn, a do końca sezonu było ich jeszcze cztery. W dodatku Kanonierzy stracili tytuł majstra na rzecz ich największego rywala w owym czasie – Manchesteru United. Wenger stał się w tamtym momencie obiektem wielu żartów i docinek ze strony jego przeciwników, którzy pukali się w głowę i zdawali się mówić: Jaki sezon bez porażki? Przecież to łącznie 38 spotkań… Człowieku, zejdź na ziemię! To absolutnie niemożliwe!

Po czasie francuski menadżer wspominał, że pretensje mieli również niektórzy piłkarze The Gunners, w tym, chociażby Martin Keown, którzy mieli żal do swojego opiekuna, że już na starcie sezonu zrzucił na nich olbrzymi ciężar presji jedną niefortunną wypowiedzią.

Włoskie upokorzenie

Przed kampanią 2003/2004 Wenger milczał.  Mimo to sezon nie rozpoczął się najlepiej dla podopiecznych francuskiego menadżera. Pierwsze możliwe do zdobycia trofeum, czyli Tarcza Wspólnoty padła łupem obrońców tytułu Mistrza Anglii – Manchesteru United – którzy na Millenium Stadium w Cardiff zwyciężyli z The Gunners po serii rzutów karnych.

Również pierwsza kolejka nie była spacerkiem. Na drodze londyńczyków znów stanął Everton, a Arsenal już po 25 minutach gry musiał sobie radzić osłabiony czerwoną kartką, którą zobaczył Sol Campbell. Mimo to w ciągu kolejnych 30 minut Thierry Henry i Robert Pires wyprowadzili Kanonierów na dwubramkowe prowadzenie. The Toffees zdołali odpowiedzieć jedynie golem Radzińskiego. Arsenal wysłał jasny sygnał – jesteśmy mocni i możemy zwyciężać nawet zranieni. Ten trudny mecz z pewnością miał kolosalne znaczenie jeśli chodzi o zbudowanie siły mentalnej zespołu na resztę kampanii.

Kolejne trzy serie gier to także pełna pula zgarnięta przez Kanonierów. Piłkarze Wengera pogubili punkty dopiero w meczu numer pięć, kiedy to zremisowali u siebie z Portsmouth Harry’ego Redknappa 1:1.  W dodatku bramka wyrównująca dla Londyńczyków padła po rzucie karnym, odgwizdanym za wątpliwy faul na Robercie Piresie.

Wiele osób uważa, że kluczowe dla tamtego sezonu wydarzenia, rozegrały się w kolejnym tygodniu zmagań. Wówczas to Kanonierów czekały dwa trudne spotkania. Najpierw mieli zainaugurować rozgrywki grupowe Ligi Mistrzów domowym meczem z Interem. Cztery dni później natomiast udać się na Old Trafford, by tam zmierzyć się z ekipą Manchesteru United.

Pojedynek na Highbury okazał się być jednak koszmarem dla podopiecznych Wengera. The Gunners ulegli gładko Nerazzurim w stosunku 0-3. Wydawać by się mogło, że takie upokorzenie z rąk Włochów nie mogło podziałać pozytywnie na piłkarzy Arsenalu i musiało odcisnąć piętno na ich morale. Jednakże wielkie drużyny można poznać po tym, w jaki sposób reagują na porażki.

Kiedy odczuwa się wątpliwość, ważne, by trzymać się razem i pokazać, na co cię stać. Jeśli wszystko przez cały czas idzie dobrze, nie przekonasz się, jacy naprawdę są twoi koledzy. Niepowodzenia spajają zespół I być może nie byłoby tamtego Arsenalu, gdyby nie porażka 0-3 z Interem.




Mówił po latach ówczesny piłkarz Kanonierów – Szwed Fredrik Ljungberg.

Przed spotkaniem w Teatrze Marzeń fani The Gunners mogli czuć się niepewnie…

Bitwa o Old Trafford

To, co wydarzyło się w Manchesterze, jest zapewne doskonale znane wszystkim fanom Armatek. W 81 minucie przy stanie 0-0 Patrick Vieira otrzymuje czerwoną kartkę od sędziego Steve Benetta. Chwilę wcześniej w czasie walki o górną piłkę Ruud van Nistelrooy wskoczył na plecy Francuza, powodując jego upadek. Ten w niekontrolowanym odruchu zamachnął się na niego nogą i chociaż nawet nie dotknął holenderskiego napastnika, został ukarany przez Benetta za sam zamiar kopnięcia rywala. Będzie to jeden z zapalników, który kilka minut później spowoduje eksplozję emocji na murawie Old Trafford. Póki co w manchesterskim kotle tylko złowrogo bulgotało. Kipieć zaczęło w doliczonym czasie gry, gdy Benett wskazał na wapno po faulu Martina Keowna na Diego Forlanie.

Van Niestelrooy przecierający twarz rękawem. Jens Lehmann tańczący na linii bramkowej. Rozbieg Holendra. Dźwięk obijanego aluminium. Oszołomiony napastnik United. Wszystko rozegrało się w kilka sekund i ostatecznie spowodowało erupcję emocji wśród niezdrowo podnieconych piłkarzy w żółtych koszulkach. Pierwszy do van Niestelrooya podbiegł Martin Keown.  Wyskoczył w powietrze i uderzył Holendra przedramieniem w tył głowy, a następnie rzucił w jego kierunku kilka cierpkich słów. Kilku innych graczy Arsenalu również miało coś do powiedzenia snajperowi United. Sponiewieranemu koledze ruszyli w sukurs partnerzy z zespołu. Obustronne utarczki słowne miały miejsce jeszcze w tunelu prowadzącym do szatni. Sporo do powiedzenia mieli sobie także Wenger i Ferguson. Najwięcej spokoju tamtego dnia zachował o dziwo kapitan gospodarzy Roy Keane, który starał się zdystansować od trwającej wokół niego awantury. Po latach naszła go jednak chwila refleksji:

Żywiłem do Arsenalu sporo nienawiści. Żadne inne słowo nie przychodzi mi do głowy, tylko nienawiść. Nie przypominam sobie, żebym lubił kogokolwiek stamtąd. Wiedziałem, że w meczach przeciwko nim muszę być maksymalnie rozjuszony. Nie myślałem w ten sposób o żadnej innej drużynie. Tamtego dnia zachowywałem się bez zarzutu i bardzo tego żałuje.

Laurena wykluczono na cztery mecz, Keowna na trzy, a Parloura i Vieirę na jeden. Londyńczycy musieli również zapłacić łącznie 275 tysięcy funtów grzywny. Takie było pokłosie pomeczowych zajść w spotkaniu nazwanym przez prasę Bitwą o Old Trafford. Początkowo w kuluarach mówiło się nawet o odjęciu punktów zespołowi z północnego Londynu, a dziennikarze bardzo krytycznie pisali o zachowaniu drużyny Wengera. Oliwy do ognia dolewał oczywiście sir Alex Ferguson, który na łamach prasy krytykował zarówno piłkarzy Arsenalu, jak i ich menadżera. Francuski opiekun Armatek nie krył natomiast rozczarowania tym, że władze ligi pochyliły się jedynie nad zachowaniem jego graczy, kompletnie ignorując przeciwną stronę.

Mocny szkielet i ciekawe epizody

Utrata kilku kluczowych graczy była kolejnym ciosem, który spadł na ekipę z północnego Londynu na początku nowego sezonu. Przed startem kampanii 2003/2004 Arsenal nie poczynił żadnych znaczących transferów. Skład zespołu był konsekwentnie budowany od siedmiu lat, czyli od czasu, gdy Boss zasiadł na fotelu menadżera. Jedyną ważną roszadą poczynioną przez Wengera, była zmiana warty w bramce The Gunners. 34-letni Jens Lehmann przybył za kwotę półtora miliona funtów z Borussii Dortmund, aby zastąpić długoletniego golkipera Kanonierów – Davida Seamana – który na swój ostatni sezon w karierze przeniósł się do Manchesteru City. Co prawda tego lata na Highbury pojawili się także m.in. Gael Clichy I Cesc Fabregas, ale oboje stanowili w tamtym momencie melodię przyszłości. Chociaż akurat francuskiemu obrońcy udało się w czasie tamtej kampanii, zagrać w 12 ligowych potyczkach i odebrać mistrzowski medal.

Co ciekawe w szerokiej kadrze Kanonierów z sezonu 2003/2004 odnajdziemy także nazwisko Michala Papadopoulosa. Czeskiego napastnika, doskonale znanego fanom rodzimej Ekstraklasy z występów m.in. w Zagłębiu Lubin i Piaście Gliwice. 19-letni wówczas Czech został wypożyczony przez The Gunners na rok z Banika Ostrava. Nie zdołał jednak zagrać w żadnym ligowym spotkaniu. Jego przygoda z pierwszą drużyną Arsenalu zamknęła się na siedmiominutowym epizodzie w meczu Pucharu Ligi przeciwko Wolverhampton.

Kolejną ciekawostką jest fakt, że w czasie przedsezonowego sparingu z zespołem Barnet w drużynie z północnego Londynu wystąpił testowany Yaya Toure. Młodszy z reprezentujących Wybrzeże Kości Słoniowej braci był nawet bliski podpisania kontraktu z Kanonierami i dołączenia do swojego starszego brata Kolo, który już rok wcześniej podpisał kontrakt z The Gunners. Na przeszkodzie stanęły jednak sprawy związane z uzyskaniem pozwolenia o pracę dla młodego Iworyjczyka, który nie chcąc czekać na załatwienie wszystkich formalności, jakiś czas później wylądował w lidze ukraińskiej.

Ruszyła maszyna…

Wróćmy jednak do sezonu ligowego. Utrata kilku kluczowych piłkarzy i zła atmosfera panująca wokół zespołu, mogły się wydawać czynnikami, które osłabią The Gunners na tyle, by ekipa z Highbury wpadła, chociaż w krótkotrwały kryzys, który utrudni im walkę o mistrzowskie trofeum, a już na pewno spowoduje, że przegrają chociaż jedno spotkanie. Szczególnie że w perspektywie trzech kolejnych meczów, Londyńczycy musieli być gotowi na boiskową batalię z Liverpoolem i Chelsea. Kanonierzy przekuli jednak swoje kłopoty w artefakt, zapewniający im dodatkowe pokłady motywacji. W trzech kolejnych meczach podopieczni Wengera zgarnęli pełną pulę. Następnie przyszedł czas na remis z Charltonem i kolejne trzy wygrane.

Angielscy dziennikarze podkreślali, że do fascynującej i cieszącej oko gry, zawodnicy z północnego Londynu dołożyli odrobinę chłodnej kalkulacji, która pozwalała wygrywać im stykowe mecze. Wenger dolał do swojej czary z miksturą, składającą się z efektowności, profesjonalizmu i stawiania na ofensywę, odrobinę cynizmu, który charakteryzował zespół ery George Grahama, poprzedzający rządy Francuza i znajdujący się na przeciwnym biegunie jeśli chodzi o styl gry drużyny.

Bezbramkowy remis z Fuham pod koniec listopada sprawił, że Arsenal spadł na drugie miejsce w tabeli, ustępując pola Chelsea. Na tym samym miejscu podopieczni Wengera kończyli 2003 rok. Z tą różnicą, że wówczas na szczycie tabeli znajdował się Manchester United. Eksperci zwrócili już jednak wtedy uwagę na fakt, że Kanonierzy nie znaleźli swojego pogromcy przez całą pierwszą rundę zmagań. Droga do wymarzonego sezonu idealnego była jeszcze daleka, ale prowadzona przez Wengera maszyna, nabierała dopiero rozpędu.

Arsenal wskoczył ponownie na szczyt tabeli Premier League 18 stycznia, po wygranym 2-0 meczu na Villa Park. Było to drugie z imponującej serii dziewięciu kolejnych wygranych spotkań w lidze, które Kanonierzy zaliczyli w  okresie od 10 stycznia, do 20 marca 2004 roku. Szczególnie ważny był tutaj triumf, który podopieczni Wengera odnieśli na Stamford Bridge. Chociaż w czasie tej batalii The Blues, za sprawą Eidura Gudjohnsena, objęli prowadzenie już po 27 sekundach od rozpoczęcia gry, to kolejne dwa ciosy wyprowadzili The Gunners. Najpierw fantastyczne podanie Bergkampa z głębi pola wykorzystał Vieira, a następnie zamieszanie w polu karnym Chelsea na gola przekuł Brazylijczyk Edu. Po tym spotkaniu przewaga Arsenalu nad United wzrosła do siedmiu punktów. Dziennikarze, którzy po meczu z Manchesterem wróżyli Arsenalowi utratę tytułu, teraz pisali, że oglądanie tak dysponowanych Kanonierów, stanowi przywilej dla wszystkich kibiców.

Przetrwać kryzys

Chelsea wzięła odwet na Arsenalu w ćwierćfinale Ligi Mistrzów, gdzie los ponownie połączył obie londyńskie drużyny. The Blues awansowali dzięki bramce Wayne’a Bridge’a, strzelonej na trzy minuty przed końcem regulaminowego czasu gry rewanżowego starcia na Highbury. To był szczególnie ciężki moment dla Arsenalu, który zaledwie trzy dni wcześniej pogrzebał również swoje szanse na triumf w FA Cup, przegrywając z Manchesterem United w półfinale tych rozgrywek za sprawą trafienia Paula Scholesa.  W głowach wielu kibiców Kanonierów powróciły demony sprzed pięciu lat, kiedy to porażka z Red Devils na tym samym etapie Pucharu Anglii była punktem zwrotnym, który odmienił losy całego sezonu i wyhamował ekipę Wengera na ostatniej prostej.

Obawy mogły być tym większe, że kolejnym ligowym przeciwnikiem The Gunners był Liverpool. Tym samym w przeciągu sześciu dni Arsenalowi przyszło się mierzyć z trzema zespołami z samej czołówki ligowej tabeli. Gdy po pierwszej połowie pojedynku z The Reds podopieczni Wengera przegrywali 1:2, w głowach kibiców Kanonierów mogły zacząć się rodzić najczarniejsze scenariusze. Jednakże druga odsłona tego spotkania nie pozostawiła złudzeń. Trzy gole ekipy z północnego Londynu rozwiały wszelkie plotki o ich rzekomym kryzysie formy. Hat-trickiem w tym spotkaniu popisał się Thierry Henry, który kilka kolejek wcześniej przekroczył barierę 100 goli w Premier League. Kanonierzy po raz kolejny pokazali, że potrafią grać pod presją i nie pękają w trudnych momentach.

Do końca życia nie zapomnę tego koszmarnego tygodnia, w którym odpadliśmy z Pucharu Anglii oraz Ligi Mistrzów, a po tym wszystkim podejmowaliśmy u siebie Liverpool. Przegrywaliśmy z nimi, ale wtedy Thierry Henry stanął na wysokości zadania i strzelił trzy gole. Dzięki temu wróciliśmy do gry. Przyjęliśmy dwa potężne ciosy i w ciągu tygodnia mogliśmy stracić wszystko. Czasami w piłce zdarzają się takie trudne chwile. Wtedy trzeba jak najszybciej wrócić na zwycięską ścieżkę, znaleźć w szatni kogoś, kto znów zmotywuje zespół. Anglicy z czasów George Grahama, którzy zostali w zespole, wiedzieli jak wygrywać mecze. Piłkarze ściągnięci przez Wengera też byli urodzonymi zwycięzcami.

Ray Parlour

Ostatni krok

25 kwietnia 2004 roku. Derby Północnego Londynu na White Heart Lane. Arsenal wychodzi na prowadzenie już w trzeciej minucie gry. Podobnie jak w spotkaniu z Chelsea pierwszy gol dla Kanonierów jest zasługą duetu Bergkamp-Vieira. Holender dogrywa płaską piłkę w pole karne Kogutów, a Francuz na wślizgu wbija ją do bramki rywala. Pół godziny później jest już 2-0 dla Arsenalu. Tym razem na listę strzelców wpisuje się inny francuski internacjonał – Robert Pires. Spurs nie zamierzają jednak rzucać ręcznika i w drugiej połowie biorą się za odrabianie strat. Najpierw w bramce Jensa Lehmanna ląduje atomowy strzał Jamie’ego Redknappa. Koguty dopinają swego w doliczonym czasie gry. Lehmann fauluje w polu karnym Robbiego Keane’a. Chwilę później irlandzki napastnik osobiście wymierza sprawiedliwość.  2-2. Ostatni gwizdek sędziego. Mogłoby się zdawać, że The Gunners powinni być wściekli, że tak głupio pozwolili sobie wyrwać zwycięstwo z rąk. Jednakże nie dotyczyło to  tego dnia. Remis na stadionie derbowego rywala wystarcza Kanonierom, by zapewnić sobie tytuł mistrza Anglii

Tak naprawdę to w tamtym momencie Wenger stanął przed najtrudniejszym zadaniem. Jak utrzymać odpowiedni poziom motywacji u piłkarzy, którzy osiągnęli już swój nadrzędny cel? Jak przekonać ich, by zachowali pełnię koncentracji i zaangażowali się fizycznie w stu procentach w mecze, które właściwie nie decydują już o niczym? Czy sezon ligowy bez porażki to wystarczająca nagroda, by przemóc się i dać jeszcze trochę z wątroby?

Kalendarz Arsenalu nie był szczególnie trudny. W harmonogramie pozostały mecze kolejno z Birmingham, Portsmouth, Fulham i Leicester. Dwa pierwsze  z nich Kanonierzy zremisowali. Fulham pokonali po golu Reyesa, który dołączył do zespołu w czasie zimowego okienka transferowego. Do spełnienia celu, który wydawał się niemożliwy do zrealizowania, pozostał już tylko jeden mały kroczek.

Pierwsza połowa nie ułożyła się po myśli ekipy z północnego Londynu. Kanonierzy przegrywali 0-1 po golu Paula Dickova. Jednak już na początku drugiej części meczu rzut karny wywalczony przez Ashleya Cole’a, na wyrównującą bramkę zamienia Thierry Henry. Kilkanaście minut później piłkę w środkowej strefie boiska dostaje Dennis Bergkamp. Zdobywa kilka metrów pola gry. Chwilę później w gąszczu nóg obrońców rywala wypatruje szczelinę, którą posyła futbolówkę zaadresowaną… jakżeby inaczej… do Patricka Vieiry. Francuz mija bramkarza gości Iana Walkera i wyprowadza swój zespół na prowadzenie. Co ciekawe Vieira zdobył w tamtym sezonie tylko trzy gole. Wszystkie po asyście Bergkampa. Wszystkie miały też spore znaczenie dla powodzenia całej kampanii Kanonierów. Ten gol przypieczętował zwycięstwo ekipy z Highbury i zapewnił im tytuł The Invincibles – Niepokonanych. Wcześniej Vieira dał londyńczykom wygraną w ważnym spotkaniu na Stamford przeciwko Chelsea i  napoczął Tottenham w meczu decydującym o mistrzostwie Anglii.

Wenger dopiął swego i udowodnił niedowiarkom, że niemożliwe nie istnieje. 26 wygranych, 12 remisów i ani jednej porażki. Zespół z sezonu 2003/2004 e zdobył upragniony przydomek The Invincibles. W całej historii najwyższej klasy rozgrywkowej w lidze angielskiej taki przypadek zdarzył się jeszcze tylko raz. W sezonie 1888/89 dokonał tego Preston North End. Wtedy jednak do rozegrania sezonu ligowego potrzebne były zaledwie 22 spotkania (Preston wygrało także 5 meczów w FA Cup). Inne czasy. Inna liga. Ciężko porównywać obydwa wydarzenia.

https://twitter.com/ncmangers75/status/1389910756104327168

Sukces wykuwany przez lata

Osiem lat. Tyle zajął Wengerowi proces tworzenia drużyny niemal idealnej. Gdy w 1996 roku Francuz zastąpił na stanowisku menadżera Arsenalu Bruce Riocha wielu fanów powątpiewało w słuszność decyzji podjętej przez zarząd na czele z Davidem Deinem. Powątpiewali nawet sami piłkarze. Angielscy twardziele mieli problem z zaakceptowaniem faktu, że od teraz pieczę nad nimi będzie sprawował facet przypominający z wyglądu akademickiego belfra. Szczególnie że ten chudy, szpakowaty jegomość w okularach chciał im zafundować istną rewolucję i wywrócić do góry nogami świat, który znali do tej pory.

Rozpoczął od takich szczegółów jak dieta piłkarzy:

Zmienił wszystko. Na żywieniu to ja się za bardzo nie znam, pochodzę z Luton, gdzie występowali piłkarze starej daty, którzy nie przejmowali się takimi drobiazgami jak dieta. Jedli steki z szynki, jajko, frytki I popijali to szklanką syropu owocowego. Arsene Wenger to wszystko zmienił. Jadaliśmy razem. Nikt nie wstawał od stołu, dopóki wszyscy nie skończyli. Pałaszowaliśmy wyłącznie drób I ryż. W piątkowe wieczory serwowano nam makaron. Pojawiały się steki, ryba. Naprawdę dobre rzeczy. Ale my byliśmy bardzo rozpuszczeni.

John Hartson

Do treningu dodano elementy jogi, pilatesu, a zawodnikom serwowano odżywki I zastrzyki witaminowe. Sprawą kluczową był jednak zmysł Wengera do wyszukiwania piłkarskich perełek. Ten szósty zmysł charakteryzował Francuza od dawna. Gdy w 1995 roku George Weah odbierał Złotą Piłkę France Football, na scenę zaprosił właśnie Wengera, który jako pierwszy dostrzegł jego potencjał, jeszcze jako opiekun AS Monaco. W Arsenalu poskutkowało to wyłowieniem takich perełek jak Patrick Vieira czy Thierry Henry. Pierwszy nie mógł przebić się do pierwszej drużyny AC Milan, drugi nie sprawdzał się w Juventusie. Boss z obydwóch uczynił gwiazdy światowego format, po tym jak przygarnął ich pod swoje skrzydła.

Wszystko to składało się na know-how Wengera, które tak umiejętnie wykorzystywał w erze wielkich przemian w angielsiej piłce ligowej. Pierwsza dekada jego urzędowania w klubie z Highbury zapewniła Kanonierom długoletni bilet, który do dziś pozwala The Gunners być postrzeganym jako klub z najwyższej światowej półki. Przynajmniej marketingowo. Świadczy o tym fakt, że Arsenal nadal był brany pod uwagę jako klub, który miał dołączyć do nieszczęsnego projektu o nazwie Superliga. Baza kibiców I marka zbudowana w okresie wielkiej rywalizacji pomiędzy Wengerem I Fergusonem owocuje do dziś. Nawet jeśli okres spędzony przez byłego opiekuna Monaco w północnym Londynie zakończył się fiaskiem na europejskim froncie.

Mistrzowski sezon 2003/2004 do dziś pozostaje perłą w koronie okresu chwały ekipy, która występowała wówczas na klimatycznym stadionie Highbury. Nam pozostaje zastanawiać się, czy doczekamy jeszcze kiedyś zespołu, który zdoła powtórzyć to niesamowite osiągnięcie.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s