Loża Rebelianckich Szyderców #21

Na wstępie chcę tylko powiedzieć, że w tym tekście nie będzie żadnych idiotycznych żartów primaaprilisowych, gdyż śmieszą mnie one tak samo mocno jak podszywki na twitterze. Loża zazwyczaj ukazywała się w poniedziałki. Dzisiejsza wyjątkowo pojawia się w czwartek, gdyż będzie miała charakter postreprezentacyjny.

Co to była za sztafeta idiotów… Mój Boże. Tego wyścigu absurdu nie powstydziliby się twórcy Latającego Cyrku Monty Pythona. Maja Staśko, Magdalena Środa, Manuela Gretkowska… Wszystkie one prześcigały się w swoistym wyścigu o miano największego dzbana (dzbanicy?) przerwy reprezentacyjnej, a w dodatku utrwalały krzywdzący stereotyp, że kobiety nie powinny wypowiadać się na temat futbolu, bo to się zazwyczaj źle kończy. No dobra, poleciałem trochę Januszem Korwin-Mikke. Swoją drogą Krul również wziął udział w wyścigu na najbardziej debilną wypowiedź. Wróćmy jednak najpierw do naszych kochanych pań…

Cały raban, jak dobrze wiecie, zaczął się w momencie odebrania przez Roberta Lewandowskiego Krzyżu Komandorskiego Orderu Odrodzenia Polski z rąk prezydenta Andrzeja Dudy. Cała ta sytuacja była paliwem dla wszelkiej maści oszołomów politycznych, którzy rozpoczęli kolejną bitwę internetową na wzajemne obrzucanie się wirtualnym łajnem. Przy okazji ci z obozu opozycji wycelowali swoje działa w Bogu ducha winnego Lewego. No bo jak to tak można odbierać medale z rąk faceta, który doszedł do władzy na skutek zamachu stanu? (A tak naprawdę, to nie. Ludzie sami go wybrali). Nagonka na napastnika Bayernu stała się również świetnym pretekstem, dla samozwańczych autorytetów, które wyczuły doskonały moment na złapanie wiatru w żagle, dzięki wylaniu z siebie żółci i tym samym pozbieraniu kilku łatwych lajków od im podobnej hordy frustratów. Nie będziemy tutaj przytaczać wypowiedzi Środy czy Gretkowskiej. Wiecie, stop making stupid people famous. Zresztą jechanie po nich, to jak strzelanie do szczeniaczka. Aferę Zegarkową wykręconą przez Staśko, też pewnie znacie. I gdy wydawało się, że kobiety zgarnęły w tym wyścigu pełną pulę, to z finiszem, którego mógłby mu pozazdrościć Marcin Lewandowski, pojawił się na horyzoncie niejaki Wojciech Orliński:

Rozumiecie? Ojciec Lewego, zmarły w 2006 roku, w momencie gdy Robert znajdował się na piłkarskim zakręcie, bo Trzeciak uznał, że Arruabarrena jest lepszym graczem i to on powinien być legijnym żądłem, załatwił Lewemu karierę. Awansem zaplanował, że jego syn zagra w BVB, wpakuje czteropaka Realowi, przejdzie do Bayernu, załaduje pięciopak w dziewięć minut Wolfsburgowi, stanie się najlepszym piłkarzem w historii Polski i wygra Ligę Mistrzów. Orliński…

Przy tej wypowiedzi farmazony wygadywane przez wspomnianego JKM wydają się być igraszką:

Po drodze były jeszcze niefortunne wypowiedzi, chociażby Marcina Gortata i mnóstwo ścieku wylewanego przez zwykłych użytkowników. Generalnie przerwa reprezentacyjna nie była udana zarówno dla naszych piłkarzy, jak i kibiców oraz kwiatu dziennikarstwa polskiego, którzy zaprezentowali w czasie minionego tygodnia beznadziejnie niski poziom.

Najpierw przejdźmy do samych piłkarzy. Pierwsza połowa meczu z Węgrami to był flashback z najgorszych momentów kadry Brzęczka. Nasi reprezentanci ocknęli się dopiero w drugiej części spotkania i przez kilka minut zagrali to, co chcieliśmy oglądać tego dnia przez pełne półtorej godziny. Cóż, pierwsze spotkanie Sousy w roli selekcjonera. Nie spodziewałem się fajerwerków, bo ułożenie pionków na szachownicy zawsze zajmuje nieco czasu. Spodziewałem się jednak po biało-czerwonych nieco więcej. Nie uważam jednak tak jak większość opinii społecznej, że Węgrzy byli dramatycznie słabi. Marco Rossi doskonale dobrał taktykę. Madziarzy szybko strzelili nam gola i czyhali na kontrataki. Świetnie zwarli szyki obronne i przez pierwsze 60 minut meczu kompletnie nas zneutralizowali. Być może wystarczyło oddać nam piłkę, bo po raz kolejny pokazaliśmy, że gra pozycyjna to dla nas kara gorsza od klęczenia na grochu. Uważam jednak, że gdybyśmy zagrali wczoraj na Wembley tak, jak Węgry przez pierwszą godzinę gry w Budapeszcie, to pialibyśmy z zachwytu.

Mecz z Andorrą był kopaniną przypominającą rundę przedwstępną Ligi Europy. Taki pojedynek Legii z jakimś St. Patrick. Grupa półamatorów przyjechała pobawić się w zawodowych piłkarzy, a ci faktyczni zawodowcy nie mieli za bardzo pomysłu jak przeparkować autobus zostawiony w polu karnym. Powiedzmy sobie jednak szczerze, że ten mecz nie mógł być ładny dla oka. Goście przyjechali tylko z jednym celem – stracić jak najmniej bramek. Okopali się głęboko przed linią frontu i mieli zamiar jedynie przeszkadzać. Trzy gole wpadły. Mecz odhaczony. Plan wykonany.

Wembley? Moim zdaniem wyszliśmy zbyt przestraszeni i ustawieni za nisko. Być może ta drużyna potrzebuje złapać trochę pewności siebie po kadencji Brzęczka i meczach z Holandią czy Włochami, gdzie wyglądaliśmy jak… Andorra. Druga połowa pokazała, że od początku mogliśmy zagrać odważniej, bo tylko tak potrafiliśmy zmusić Anglików do błędu. Gdy nabieraliśmy odwagi, okazywało się, że ci herosi z Premier League też są tylko ludźmi, a para stoperów Stones-Maguire naprawdę lubi się obciąć, tylko trzeba dać im na to szansę. Niestety wczoraj dawali radę w ofensywie i to oni zapewnili Synom Albionu trzy punkty.

Cztery oczka w trzech meczach, czyli absolutne minimum, na jakie liczyliśmy. Ja jednak należę do tej grupy osób, która uważa, że Sousa potrzebuje trochę czasu. Żaden trener nie jest cudotwórcą. Portugalczyk tak naprawdę dopiero teraz dostaje konkretny materiał do analizy. Dopiero od tygodnia mógł praktykować na żywym organizmie drużyny. Dlatego tak wąskie spojrzenie, jak to:

Czy idiotyczne ataki, chociażby Przemysława Rudzkiego, krytykującego selekcjonera za wystawienie w meczu z Andorrą Lewandowskiego, co poskutkowało kontuzją napastnika Bayernu, zbywam ironicznym uśmiechem.

Podobało mi się, że Sousa nie owija w bawełnę, szybko reaguje na boiskowe wydarzenia i nie hoduje świętych krów. Cieszę się, że wrócił stary dobry Krychowiak, że Jóźwiak potrafi zrobić wiatrak na skrzydle. Z meczu na mecz będzie lepiej. Być może jestem niepoprawnym optymistą, ale nie mam powodu, by po pierwszym zgrupowaniu zwątpić w powodzenie tego projektu.

Oceny po premierowym zgrupowaniu Paolo Sousy:
Drużyna – 3/5
Kibice – 2/5
Dziennikarze – 1/5

Gratuluję PZPN podjęcia salomonowej decyzji w sprawie gestu poparcia dla ruchu Black Lives Matters. Podjęliście najlepszą możliwą decyzję i nie pozwoliliście na to, by szambo znowu wylało.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s