Sunderland coraz bliżej upragnionego awansu do Championship. Wszystko wskazuje na to, że limit pecha na Stadium of Light został wyczerpany

SPADEK Z PREMIER LEAGUE I POCZĄTEK PROBLEMÓW

Sunderland pożegnał się z rozgrywkami Premier League w sezonie 2016/17, zajmując ostatnie miejsce w tabeli. Mimo pełnego goryczy i rozczarowań sezonu nikt nie spodziewał się wówczas, jak nisko upadnie klub, który przez 10 lat z rzędu występował na pierwszoligowych angielskich boiskach. Simon Grayson, nowy menedżer zespołu ze Stadium of Light został postawiony przed bardzo trudnym zadaniem, jakim miał być powrót do angielskiej elity. Jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu z klubu odeszło kilku kluczowych graczy, jak Jordan Pickford, Jeremain Lens, Sebastian Larsson czy Jermain Defoe. O sile zespołu miała stanowić mieszanka weteranów takich jak John O’Shea, Darron Gibson czy Lee Cattermole w połączeniu z głodną sukcesów młodzieżą. Rzeczywistość okazała się brutalna. Zawirowania związane ze zmianą właściciela, nietrafione transfery, koszty utrzymania niechcianych piłkarzy, ogromny pech w poszczególnych meczach – wszystko to sprawiło, że zamiast walki o awans, Sunderland desperacko musiał walczyć o pozostanie w Championship. 

Po zwolnieniu Graysona, nowym menedżerem został Chris Coleman. Były selekcjoner reprezentacji Walii, z którą dotarł aż do półfinału Mistrzostw Europy, witany był w klubie jako gwiazda i nadzieja na lepszą przyszłość. W momencie podpisania kontraktu przez Colemana, Sunderland okupował ostatnią – 24. pozycję z ligowej tabeli. Walijczyk podjął się ekstremalnie trudnego zadania. Forma prezentowana przez jego nowych piłkarzy była po prostu fatalna, do tego dochodziły braki kadrowe. Oliwy do ognia dolewały plotki o rychłej sprzedaży klubu. Na domiar złego, Darron Gibson, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w drużynie, będąc pod wpływem alkoholu spowodował kolizję drogową. Reakcja klubu mogła być tylko jedna. Kontrakt Gibsona został rozwiązany. Atmosfera w zespole była daleka od ideału. Najlepiej opłacanym piłkarzem w klubie był Jack Rodwell, który co tydzień inkasował 40 tysięcy funtów, a częściej niż na boisku widywany był na trybunach i w gabinecie lekarza. Swojej frustracji nie kryli kibice Sunderlandu, którzy coraz częściej domagali się odejścia Ellisa Shorta – właściciela klubu. Reputacja pogarszała się z miesiąca na miesiąc, idąc w parze z mizernymi wynikami, jakie osiągali na boiskach Championship piłkarze Czarnych Kotów. Coleman, od którego oczekiwano o wiele więcej, zdołał wygrać zaledwie 5 z 28 meczów ligowych. Po pechowej porażce na własnym stadionie z Burton Albion dla Sunderlandu nie było już ratunku. Klub musiał się pogodzić z kolejną wizją spadku. Coleman został zwolniony, a Sunderland wkrótce miał trafić w nowe ręce. 

ERA DONALDA, METHVENA I ROSSA

Jeszcze w kwietniu 2018 roku Ellis Short po spłaceniu dlugów, zdecydował się na sprzedaż Sunderlandu. Klub trafił w ręce konsorcjum, którego głównymi udziałowcami byli Stewart Donald i Charlie Methven. Pierwszy z nich miał już pewne doświadczenie w prowadzeniu klubu piłkarskiego, inwestując wcześniej swój majątek w Eastleigh FC i Oxford United. Drugi, ekscentryk traktujący wszystkich z góry, skupiający się wyłącznie na finansach, starał sie wprowadzić w klubie model korporacyjny. Ich pierwszą decyzją było zatrudnienie na stanowisku menedżera Jacka Rossa, który pracował do tej pory w St.Mirren. Przed Szkotem postawiony został jasno określony cel – bezpośredni awans do Championship. Klub spadając z roku na rok na trzeci poziom rozgrywek notował olbrzymie straty finansowe, na które dłużej nie mógł sobie pozwolić. Zatrudnienie Rossa spotkało się z ogólną aprobatą zarówno wśród fanów, jak i środowiska piłkarskiego w Anglii. Szkocki menedżer zaczął naprawdę dobrze, zwyciężając w czterech z pięciu meczów League One. Pierwsza porażka przyszła dopiero w ósmej kolejce. Lepszy okazał się być ponownie Burton Albion. Co prawda w pucharach Sunderland odpadał dosyć szybko, ale awansował jednocześnie do finału EFL Trophy, w którym musiał uznać wyższość Portsmouth FC. Po zaciętym meczu i wyrównującym golu McGeady’ego w ostatniej minucie dogrywki, Sunderland ostatecznie przegrał 6-7 w rzutach karnych. Na londyńskim Wembley zebrało się tego dnia ponad 85 tysięcy widzów.

Fani Czarnych Kotów znani są w Anglii ze swojego fanatycznego podejścia i wspierania piłkarzy nawet w najgorszych momentach. Region, z którego pochodzą nie jest najbogatszym w kraju, a piłka nożna pomaga choć na chwilę zapomnieć o problemach dnia codziennego. Przekonać się o tym mogliśmy, oglądając wyprodukowaną przez Netflix serię, zatytułowaną „Sunderland ‘till I die”. Mimo porażki w finale, do końca sezonu pozostało jeszcze kilka ważnych gier, a Sunderland oscylował wokół 4-5 miejsca w tabeli. Niestety, mimo dobrej gry i postawy zespołu, klub ze Stadium of Light zakończył zmagania ligowe na piątym miejscu, umożliwiającym grę w play offach o awans do Championship. W półfinałach podopieczni Jacka Rossa trafili właśnie na Portsmouth. Mieli więc idealną okazję, by zrewanżować się za niedawną porażkę na Wembley. W pierwszym meczu, po bramce Chrisa Maguire’a gospodarze wygrali 1-0. W rewanżu na Fratton Park, mimo nerwowej końcówki i emocji do ostatniego gwizdka, mecz zakończył się bezbramkowym remisem, oznaczającym dla Sunderlandu awans do finału baraży. W najważniejszym meczu sezonu Sunderlandowi przyszło sie mierzyć z Charlton Athletic. Lepiej w to spotkanie weszli piłkarze z północy Anglii, obejmując prowadzenie już po pięciu minutach po kuriozalnym nieporozumieniu z bramkarzem i samobójczym trafieniu Naby Sarra. Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze z Londynu doprowadzili do remisu. Defensywa Sunderlandu rozstała „rozklepana” przez Joe Aribo i Lee Taylora, a po wstrzeleniu piłki ze skraju pola karnego Ben Purrington z najbliższej odległości wyrównał na 1-1. I kiedy wydawało się, że nic już się nie wydarzy w tym meczu, w czwartej minucie doliczonego czasu gry po serii błędów w defensywie Sunderland stracił bramkę, która zaważyła o losach awansu. De ja vu. Już w poprzednim sezonie ich zmorą były głupio tracone gole w końcowej fazie spotkania. Nie inaczej było tym razem. Po długiej, ciężkiej batalii, walki do samego końca i ostatecznie dwóch przegranych finałach, Sunderland po raz kolejny zawiódł swoich kibiców, a cel postawiony przez zarząd przed rozpoczęciem sezonu nie został zrealizowany. Mimo tego, tym razem włodarze ze Stadium of Light nie dokonali żadnych nerwowych ruchów, a Jack Ross zachował posadę menedżera zespołu.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI, INDOLENCJA ZARZĄDU I PRESJA ZE STRONY KIBICÓW

Po nieudanej próbie awansu i dwóch porażkach w najważniejszych meczach sezonu, kibice Sunderland domagali się coraz głośniej daleko idących zmian, włącznie ze sprzedażą ich ukochanego klubu. Za niepowodzenia w poprzedniej kampanii winili głównie Stewarta Donalda. Głównymi zarzutami kierowanymi wobec niego była nieumiejętność w prowadzeniu klubu piłkarskiego i nieudolność na rynku transferowym. Najlepszym podsumowaniem jego nieznajomości branży było desperackie sprowadzenie do klubu Willa Grigga w styczniowym oknie transferowym. Mimo podpowiedzi ze strony współpracowników, w tym szefa działu skautingu, Donald zdecydował się zapłacić za 27-letniego wtedy piłkarza Wigan kwotę 3 milionów funtów. Oczywiście północnoirlandzki napastnik nie był wart nawet połowy tej sumy. Życie szybko zweryfikowało jego umiejętności. W dwudziestu ligowych meczach Grigg był w stanie tylko raz pokonać bramkarzy rywali. Jednego gola dorzucił także w meczu EFL Cup przeciwko Grimsby Town. Szybko zdano sobie sprawę, że jego transfer to jedno wielkie nieporozumienie. Mimo to, piłkarz został w Sunderlandzie na kolejny sezon. I tu bez większych niespodzianek. W rozgrywkach League One przebywał na boisku zaledwie 374 minuty. W styczniu, bez żalu wypożyczono go do MK Dons, gdzie w debiucie strzelił dwa gole w meczu z Rochdale. Przez cztery miesiące rozegrał tam łącznie 13 spotkań, zdobywając tylko 3 bramki. Kontrakt z Sunderlandem wiąże go do maja 2022 roku. Jeśli nagle nie zacznie seryjnie zdobywać bramek, ciężko będzie na nim zarobić jakiekolwiek poważne pieniądze. 

Sympatycy drużyny ze Stadium of Light od początku krytykowali aspekt finansowy towarzyszący transferowi Grigga. Stewart Donald przed rozpoczęciem sezonu 19/20 był zdecydowanie bardziej ostrożny i nie podejmował już desperackich kroków podczas letniego okna transferowego. Jednocześnie nie ukrywał, że jeśli tylko pojawi się zadowalająca oferta, odda klub w ręce nowego inwestora. Presję na nim coraz częściej wywierały grupy stowarzyszenia kibiców. Menedżer Jack Ross pogodził się z faktem, że ewentualne wzmocnienia pierwszej drużyny muszą się zmieścić w ściśle określonym budżecie. Do klubu trafiali więc głównie piłkarze dostępni z wolnego transferu, tacy jak Conor McLaughlin, Joel Lynch, Lee Burge i Kyle Lafferty

Mimo ograniczonych możliwości sezon 19/20 zaczął się całkiem udanie. Sunderland w pierwszych pięciu meczach ligowych zdobył 11 punktów. Co prawda zajmował w tamtym momencie dopiero szóste miejsce, ale w tabeli ligowej panował ogromny ścisk a różnice między pierwszym a dziesiątym miejscem były minimalne. Potem przyszły dwie niespodziewane porażki z Peterborough i Burton Albion. Nic nie wskazywało wtedy, że przygoda Jacka Rossa z klubem może się wkrótce zakończyć. Tymczasem po meczu jedenastej kolejki z Lincoln City, przegranym przez Sunderland 0-2, Szkot został zwolniony. Szokująca decyzja, tym bardziej zważywszy na to, że była to dopiero trzecia ligowa porażka, a Czarne Koty zajmowały piątą pozycję w tabeli League One. Jack Ross podczas pobytu na Stadium of Light wykonał kawał dobrej roboty, a w wielu przypadkach mógł mówić o zwyczajnym braku szczęścia. Nie uchroniło go to jednak przed utratą posady, którą sprawował przez okres 501 dni. Ross poprowadził Sunderland łącznie w 76 meczach, a jego bilans to 40 zwycięstw, 25 remisów i 11 porażek. Średnia punktów wynosząca 1.91 na mecz również robi wrażenie. 

PRZEJĘCIE STERÓW PRZEZ PHILA PARKINSONA I PRZEDWCZEŚNIE ZAKOŃCZONE ROZGRYWKI

W miejsce Jacka Rossa zatrudniony został były opiekun Bolton Wanderers – Phil Parkinson. Początek miał co najwyżej średni, ale zespół nadal zajmował miejsce w tabeli dające awans do fazy play off. Jak się później okazało, szalejąca pandemia Covid-19 spowodowała anulowanie dalszych gier i przedwczesne zakończenie sezonu. Sunderland uplasował się finalnie na dopiero ósmym miejscu, co oznaczało pozostanie w League One na kolejny rok. Decyzje władz EFL spotkały się z ogólną krytyką i niezadowoleniem, jednak protestujące kluby niewiele wskórały i ostateczny układ tabeli pozostał niezmieniony. 

Przed rozpoczęciem obecnego sezonu Sunderland, jak większość klubów League One musiał się liczyć z olbrzymią dziurą w budżecie, co jednocześnie ograniczało ich możliwości na rynku transferowym. Podobnie jak rok wcześniej, osoby odpowiedzialne w klubie za sektor finansowy sprzeciwiały się sprowadzaniu drogich w utrzymaniu piłkarzy, a zespół wzmocnili głównie zawodnicy dostępni z wolnego transferu, jak Aiden O’Brien, Remi Matthews, Bailey Wright czy Danny Graham. Ten ostatni, z powodu ciągłych problemów zdrowotnych już w styczniu bieżącego roku zdecydował się na zakończenie profesjonalnej kariery. Jedynym piłkarzem, za którego Sunderland gotów był wyłożyć jakiekolwiek pieniądze, był sprowadzony ze szkockiej Premiership Ross Stewart. Jego transfer zamknął się w granicach 400 tysięcy funtów. Dużym plusem było zatrzymanie w klubie Aidena McGeady’ego, który poprzedni sezon spędził na niezbyt udanym wypożyczeniu w Charlton Athletic. Zmiana otoczenia dobrze zrobiła jednak 33-letniemu szkockiemu skrzydłowemu, po powrocie do klubu znów jest wiodącą postacią w drużynie Czarnych Kotów.

W meczu otwarcia Sunderland tylko zremisował z Bristol Rovers na własnym stadionie, ale gra zespołu mogła napawać optymizmem. Pierwsza porażka przyszła dopiero w siódmej serii spotkań. Lepsi okazali się piłkarze Portsmouth, wywożąc cenne trzy punkty ze Stadium of Lights. Historia znów zatoczyła koło i piłkarze prowadzeni przez Parkinsona mieli niedużą stratę do pierwszych dwóch lokat premiowanych bezpośrednim awansem. Po 13 kolejkach i serii trzech meczów bez zwycięstwa, Sunderland spadł na ósme miejsce w tabeli. Mimo, że był to pierwszy, niewielki z resztą kryzys, na dywanik wezwany został Phil Parkinson. Na drugi dzień mógł powoli zabierać swoje rzeczy z gabinetu menedżera. Stuart Donald po raz kolejny udowodnił, że kierowanie klubem piłkarskim zwyczajnie go przerasta. W ciągu trzech lat Sunderland zwolnił piątego menedżera! W jego miejsce zatrudniony został dosyć nieoczekiwanie Lee Johnson. 5 grudnia zaprezentowany został oficjalnie jako nowy opiekun zespołu. W debiucie na ławce trenerskiej jego Sunderland przegrał na własnym stadionie 0-1 z Wigan. W następnych trzech meczach udało się zdobyć pięć punktów, co pozwoliło przesunąć się o dwie lokaty w górę tabeli. 19 stycznia na Stadium of Light przyjechał Plymouth. Goście okazali sie lepsi, wygrywając 2-1. O dziwo, nikt nie myślał wtedy o zwalnianiu kolejnego trenera, a przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Jak się później okazało, była to jedna z nielicznych dobrych decyzji działaczy Sunderland w ostatnich latach.

PIERWSZE OD LAT TROFEUM I ŚWIETNA PASSA TRWAJĄCA DO DZIŚ

Od momentu wspomnianej wyżej porażki z Plymouth, piłkarze prowadzeni przez Lee Johnsona przeżywają prawdziwy renesans formy. W lidze niepokonani są od 16 spotkań, co pozwoliło awansować na trzecie miejsce w tabeli. W Sunderlandzie znów uwierzono, że po latach upokorzeń i zawodów, w końcu uda się zrealizować cel i awansować do Championship. Nadzieje kibiców na lepsze jutro wzbudziła  też długo wyczekiwana zmiana warty w zarządzie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po długich i skomplikowanych negocjacjach, Stewart Donald zdecydował się w końcu sprzedać klub. Sunderland trafił w ręce francuskiego multimilionera Kyrila Louisa-Dreyfusa. W lutym bieżącego roku, po spełnieniu wszelkich warunków i zatwierdzeniu przez władze EFL, Dreyfus stał się prezesem i głównym udziałowcem angielskiego klubu. Charlie Methven, Juan Sartori oraz Stewart Donald pozostali w klubie jako mniejszościowi akcjonariusze. 

Zmiana właściciela, oczyszczona atmosfera i jasno sprecyzowana sytuacja prawna klubu wydaje się mieć znaczący wpływ na boiskowe poczynia piłkarzy Sunderlandu. Oprócz świetnej postawy w lidze i długiej serii bez porażki, do klubowej gabloty w końcu trafił długo wyczekiwany puchar. 14 marca, w rozegranym na Wembley finale Czarne Koty pokonały 1-0 Tranmere Rovers po bramce Lyndena Goocha. Dla klubu z północno-wschodniej części Anglii jest to pierwsze trofeum od 48 lat! Sunderland, który przez pięć ostatnich sezonów musiał się liczyć z upokorzeniami, w końcu może powiedzieć o sobie, że jest najlepszy. Nawet, jeśli jest to tylko EFL Trophy, przez wielu uważane w Anglii za puchar gorszego sortu.

Pierwsze od blisko pięciu dekad trofeum powinno zmotywować piłkarzy i sztab do jeszcze cięższej pracy i przyczynić się do długo wyczekiwanego awansu. Po 38 kolejkach Sunderland zajmuje trzecie miejsce w tabeli, ze stratą pięciu punktów do lidera z Hull. Piłkarze Lee Johnsona mają jednak o dwa mecze rozegrane mniej. Czołowymi graczami Sunderland FC są Max Power, Grant Leadbitter, Josh Scowen, Chris Maguire, Aiden McGeady i przede wszystkim Charlie Wyke. Anglik znajduje się w wyśmienitej formie strzeleckiej. W tym sezonie, w 36 meczach ligowych zdobył aż 22 gole. Przed piłkarzami Johnsona stoi ogromna szansa, którą powinni wykorzystać. Już dziś podejmować u siebie będą siódmy w tabeli Charlton. Trzy punkty w tym meczu mogą mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o bezpośredni awans do Championship.

KAROL KOCZTA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s