W Lechii sezon przejściowy w pełni.

Lechia Gdańsk w tym sezonie delikatnie rzecz ujmując, nie zachwyca. Jeżeli ktoś spodziewał się postępów, to mógł się zawieść niczym pracownik oczekujący znacznej podwyżki, który zamiast niej otrzymał bakaliowe środy i owocowe czwartki. Należy zadać sobie pytanie, w którą stronę zmierza ten zespół, w czym tkwi problem i gdzie upatrywać szans.

PODSTAWOWA GARŚĆ STATYSTYK


Lechia zazwyczaj jako pierwsza traci bramkę. W 10 z 16 rozegranych spotkań traciła gola jako pierwsza, co pokazuje, że zespół Stokowca lubi sobie utrudniać zadanie. Jeżeli chodzi o dorobek bramkowy, Lechia strzeliła dokładnie tyle samo bramek co czwarty w tabeli Śląsk Wrocław. Lechia podobnie jak Pogoń większość bramek strzela po stałych fragmentach gry. W ten sposób Lechia zdobyła 13 spośród 21 bramek (najwyższy udział procentowy bramek po SFG w całej lidze).


TYLKO JEDEN ZESPÓŁ SPADA Z LIGI

Najprostszym wytłumaczeniem przeciętnej oraz słabej gry w większość spotkań jest fakt, że tylko jeden zespół po sezonie opuści ligę. Regulamin rozgrywek 20/21 sprzyja zespołom, które postanowiły urządzić sobie tzw. sezon przejściowy. Jeśli dany klub ma kadrę na miejsca powiedzmy 6-10, może sobie przebimbać sezon, a i tak prawdopodobnie nie skończy na ostatnim miejscu, o ile spręży się w spotkaniach ze słabeuszami. Zespół Stokowca działa jak bystry uczeń, któremu nie zależy na stypendium, ale wie, że musi zdać do następnej klasy i robi to bez zbędnego wysiłku. Lechia na ogół nie zachwyca, ale potrafi wypunktować drużyny, które dopiero co awansowały do Ekstraklasy:
– wygrali na wyjeździe z Wartą 0:1,
– wygrali u siebie ze Stalą Mielec 4:2,
– wygrali u siebie z Podbeskidziem 4:0,
– zremisowali w Grodzisku z Wartą Poznań 1:1.


Dziesięć punktów w czterech spotkaniach z beniaminkami, to połowa dorobku punktowego Lechii w tym sezonie. Pozostałe punkty zawodnicy Piotra Stokowca wywalczyli w spotkaniach z Cracovią, Wisłą Kraków, Zagłębiem oraz Śląskiem.

TYLKO UZUPEŁNIENIA

Transfery letnie:
Bartosz Kopacz z Zagłębia Lubin,
Kristers Tobers z Lipawy (sprowadzono na stałe),
Kenny Saief wyp. z Anderlechtu (a właściwie przedłużono jego wypożyczenie).


Transfery zimowe:
Mykola Musolitin z Valmiery,
Jan Biegański z GKS-u Tychy,
Joseph Ceesay z Helsingborgsa.

O ile na ocenę zimowych transferów jeszcze przyjdzie czas, o tyle letnie ruchy można już rzetelnie podsumować. Tobers i Saief już w poprzednim sezonie grali dla biało-zielonych, więc ciężko ich rozpatrywać w kontekście wzmocnień. Docenić należy transfer Bartosza Kopacza, który gra bardzo solidnie i tworzy dobry, jak na warunki Ekstraklasy duet stoperów.

Letnim pomysłem na uzupełnienie kadry było postawienie na młodych zawodników, którzy ostatnio przebywali na wypożyczeniach, czyli Mateusza Żukowskiego i Mateusza Sopoćko. Pierwszy zagrał tylko raz w podstawowym w składzie, ale na tle Wisły Płock prezentował się na tyle słabo, że otrzymał w przerwie wędkę od trenera Stokowca. Jak dotąd uzbierał 98 minut w 6 spotkaniach ligowych. Sopoćko już zdążył pożegnać się z Lechią. Uzbierał nieco więcej minut, ale również nie zachwycał. Raczej nikt nie spodziewał się, że Sopoćko podbije ekstraklasowe boiska, ponieważ w poprzednim sezonie będąc na wypożyczeniu w Podbeskidziu, nie był nawet podstawowym młodzieżowcem.

MARAZM, MARAZM I MARAZM

Lechia potrafi ciułać punkty, ale niestety na tym poprzestaje. Ciężko doszukać się w tym zespole większych pokładów kreatywności, bo nawet jak któryś z zawodników wybija się ponad przeciętność, to za moment reszta ściąga go w dół. Na pierwszy plan wysuwa się środek pola, który bez względu na personalia prezentuje się zazwyczaj przeciętnie bądź słabo. Od Kubickiego raczej nikt nigdy nie wymagał stania się nowym Tonim Krossem, ale jego rozwój w pewnym momencie stanął i Stokowiec, który pracował z nim jeszcze w czasach Zagłębia, nie sprawił, że były młodzieżowy reprezentant Polski podniósł swój poziom sportowy. Tomasz Makowski w zasadzie nie ma atutów poza byciem młodzieżowcem. Ostatnio przynajmniej podejmuje próby strzałów z dystansu, ale wciąż śrubuje statystykę spotkań bez strzelonej bramki na poziomie Ekstraklasy.

Maciej Gajos to już wyższy poziom ligowego dżemiku. Kiedy przechodził do Lechii, wielu kibiców Lecha żartowało, że duet Klimczak&Rutkowski podrzucił do Gdańska konia trojańskiego. Niewiele dziś zostało z piłkarza, który kilka lat temu nieźle się zapowiadał, a dziś nie jest w stanie wziąć na siebie gry cieniującej Lechii w większości spotkań Lechii. Egzon Kreyzu zagrał tylko dwa spotkania i niczym szczególnym się nie wyróżnił. Młody Kałuziński zdążył już wylecieć z boiska w meczu z Jagiellonią i – co gorsza – potem Lechia zaczęła grać nawet lepiej. Nadal musi ciężko pracować, ale daleki jestem od skreślenia 18-letniego zawodnika.

Z oceną Kennego Saiefa można mieć problem. Widać u tego zawodnika jakość czysto piłkarską, ale nie ma liczb. Trzynaście spotkań i aż biją po oczach zera po stronie bramek i asyst. Faktem jest, że w wielu spotkaniach koledzy z zespołu „okradali” go z asyst, ale już przyzwoite 2+3 wyglądałoby zdecydowanie lepiej. Wydaje się, że mógłby z powodzeniem grać na tzw. „kierownicy”, ale ostatnio trener Lechii postanowił wrócić do ustawienia z Saiefem na boku.

Na skrzydłach sytuacja też nie wygląda kolorowo. Conrado zdarzają się przebłyski, ale brakuje mu regularności. Brazylijczyk potrafi zrobić coś z niczego, ponieważ nie kalkuluję. Podejmuje ryzyko i to może podobać się kibicom Lechii. Haydary w ostatnich spotkaniach wygląda tragicznie. Wspomniany wcześniej Sopoćko oraz Mihalik zdążyli już pożegnać się z klubem. Swoją drogą samo sprowadzenie Mihalika było tematem dość kontrowersyjnym, ponieważ w Cracovii zaliczył mnóstwo żenujących spotkań i ktoś, kto postawił na niego, był człowiekiem wielkiej wiary. Kilka dni temu do Lechii dołączył Joseph Ceesay, który w 2020 spadł z ligi szwedzkiej. Bazuje przede wszystkim na szybkości i w dzisiejszym spotkaniu z Puszczą zdobył bramkę już w trzeciej minucie spotkania. Pod koniec pierwszej połowy miał jeszcze jedną doskonałą okazję, ale jej nie wykorzystał. W zimowym oknie dołączył również Ukrainiec Musolitin, ale wciąż czeka na debiut w spotkaniu ligowym.

GŁOWNE ATUTY

O ile można wytykać Lechii braki na wielu pozycjach, o tyle duet środkowych obrońców Kopacz – Nalepa prezentuje się bardzo solidnie i śmiało można powiedzieć, że należą do ligowej czołówki. Co ciekawe Michał Nalepa z trzema bramkami na koncie jest drugim strzelcem w zespole, co powinno uwierać graczy ofensywnych. Dziś nie miał najlepszego dnia – zdobył bramkę samobójczą i miał kilka niepewnych interwencji – ale zazwyczaj gra dobrze.

Promykiem nadziei na lepsze czasy dla Lechii jest Rafał Pietrzak. Zaliczył w tym sezonie już 6 asyst, co prawda aż trzy w meczu z Podbeskidziem, ale w Lechii brakuje piłkarzy, którzy potrafią regularnie asystować i trafiać do bramki. Jeżeli już mowa o asystach, to warto przedstawić również statystykę kluczowych podań:
– Pietrzak 33,
– Kubicki 15,
– Conrado 13,
– Saief 12,
– Paixao 11,
– Fila 10,

– Haydary 10,
– Gajos 8,
– Makowski 5.


W Ekstraklasie tylko Bartosz Nowak uzbierał więcej kluczowych podań niż Rafał Pietrzak, co pokazuje potencjał, który drzemie w lewym obrońcy Lechii. Gdyby większa liczba piłkarzy Lechii potrafiłaby wziąć grę na siebie, to ich sytuacja wyglądałaby zdecydowanie lepiej. Grają tak, jak grają, ale czwarte miejsce jest nadal na wyciągnięcie ręki. Przez długi czas dość zachowawcza gra Lechii przynosiła dobre rezultaty. Niestety pragmatyzm przełożył się na znaczący regres, który nie oddaje tabela. Złośliwi mogą powiedzieć, że Lechia, kiedy strzela bramkę cofa się, ale kiedy traci, również się cofa. Nawet spotkanie z Puszczą to pokazało. Lechia szybko strzeliła bramkę na 1:0 i nie zdecydowała się pójść za ciosem, a końcówka meczu wyglądała, jak typowy pomysł Cracovii na spotkanie, czyli wrzutki bez ładu i składu.

Lechia jeszcze nie tak dawno grała w finale Pucharu Polski, a rok wcześniej wywalczyła Puchar i Superpuchar, a dziś stała się drużyną, której głównym celem jest gra na poziomie Ekstraklasy, ale nic więcej. Czy zwolnienie Stokowca mogłoby pomóc? Być może. Trzeba jednak pamiętać, że od jakiegoś czasu Lechia działa na określonych zasadach, które nie każdemu trenerowi mogą odpowiadać, a trener Stokowiec, co by nie mówić, zna już ten klub od podszewki, zdobył zaufanie kibiców zasilając klubową gablotę i zapewne wie najlepiej jakie potencjalne trupy mogą po raz kolejny wyskoczyć z szafy.

PAWEŁ OŻÓG

Piękni trzydziestoletni – sekret ofensywy Levante

Od czasu zakończenia kariery przez Davida Villę, reprezentacja Hiszpanii ma spory problem z obsadzeniem pozycji numer 9. Na Euro 2016 pojechali tacy napastnicy jak Aritz Aduriz, czy Nolito. Smak mundialu w Rosji poznali natomiast Lucas Vazquez i Rodrigo Moreno. Do dyspozycji kolejnych selekcjonerów prawie zawsze byli Iago Aspas (jeżeli tylko był zdrowy), czy Gerard Moreno, ale nie są to typowe 9. Warto jeszcze wspomnieć o naturalizowanym Diego Coście, ale ten rozdział jest już raczej zamknięty.

Jeszcze za czasów Villi reprezentację Hiszpanii miał zbawić Bojan Krkić, a nieco później Munir El Haddadi, który najpierw nieco przygasł, a ostatnio zdecydował się nawet na grę dla reprezentacji Maroka. W międzyczasie 36 spotkań dla „La Roja” rozegrał Alvaro Morata, a na horyzoncie pokazał się Ferran Torres. Sytuacja w kadrze Luisa Enrique zaczęła się stabilizować, a do drużyny zaczęli pukać nowi, dość ciekawi zawodnicy. Ich główną wadą jest wiek, ale to przecież tylko liczba.

Roberto Soldado, Alvaro Negredo, Roger Marti i Jose Luis Morales – razem 133 lata i… aż 30 bramek w tym sezonie La Liga. Pierwszy z nich jest najlepszym strzelcem Granady, drugi najlepszym strzelcem oraz asystentem Cadiz, a pozostała dwójka stanowi drugi najlepszy duet ofensywny w lidze. Tylko Joao Felix i Luis Suarez mają lepsze liczby od napastników Levante. Razem przeszli drogę od gry w trzeciej lidze, przez spadek do Segunda Division, aż do wygranej z Realem Madryt, czy awansu do półfinału Copa del Rey. Oto jak formował się jeden z najciekawszych duetów napastników w europejskiej piłce.

JAK DWIE KROPLE WODY

Fabryka bramek – Roger & Morales, tak duet napastników Levante opisali dziennikarze „El Pais”. Nie bez powodu. Dowódca i rewolwerowiec (z kolei tak Martiego i Moralesa nazywają kibice Levante) zdobyli w tym sezonie aż 21 z 44 bramek „Żab” we wszystkich rozgrywkach. W swojej 112-letniej historii klub z Walencji nigdy nie widział bardziej zabójczego duetu.

Ich wspólna droga rozpoczęła się w 2011 roku. Obaj trafili wówczas do rezerw Levante – Marti ze szkółki Valencji, Morales z niewielkiego zespołu CF Fuenlabrada. Przez najbliższe dwa lata nie mogli się przebić do pierwszego zespołu, więc w sezonie 13/14 obaj zdecydowali się na wypożyczenie – Roger trafił do Realu Saragossy, a Morales do Eibaru.

W tym momencie ich drogi rozeszły się pierwszy i ostatni raz. Morales szybko znalazł miejsce w składzie Eibaru i odegrał ważną rolę w awansie zespołu do Primera Division, co dało mu przepustkę do pierwszego składu Levante. Wkrótce otrzymał nawet opaskę kapitańską. Droga drugiego ze snajperów była nieco bardziej skomplikowana. Marti był wypożyczany aż trzykrotnie, a do Levante wrócił dopiero w 2016 roku. Najważniejsze jednak, że w pierwszym zespole zastał przyjaciela sprzed lat. W ciągu pięciu następnych sezonów zostali najlepszymi strzelcami Levante w najwyższej klasie rozgrywkowej.

TRUST THE PROCESS

Pod koniec zeszłego roku kibice Levante nie mieli zbyt wielu powodów do uśmiechu. Ich ukochany klub bił rekordy pod względem jednobramkowych remisów (nazbierał ich aż 5 z rzędu), a nowy sezon rozpoczynał zdobywając zaledwie 3 punkty w 4 spotkaniach. Posada Paco Lopeza wisiała na włosku. Prezydent klubu – Quico Catalan postanowił mu jednak zaufać, co szybko okazało się strzałem w dziesiątkę.

W międzyczasie ten sam Quico Catalan popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu – Jose Luisem Moralesem. Poszło o przedłużenie kontraktu, który miał wygasać w czerwcu 2021 roku. Jak dobrze jednak wiemy, taki konflikt potrafi niesamowicie zmobilizować zawodnika. Robert Lewandowski podczas trwania sporu z Cezarym Kucharskim strzelał bramkę za bramką, co jakiś czas dokładając „doppelpacka”, a nawet hat-tricka. Co więcej, Leo Messi wyraźnie odżył właśnie podczas ostatniej afery kontraktowej, co potwierdzają jego bramki przeciwko Granadzie, czy Betisowi. Podobnie było w przypadku napastnika Levante. Od momentu rozpoczęcia sporu z prezydentem klubu aż do podpisania kontraktu, Morales strzelił 5 bramek i zanotował 3 asysty. Potem było już tylko lepiej.

Zdarza się, że zawodnicy po podpisaniu nowej umowy obniżają loty. W tym przypadku było wręcz przeciwnie. Za starcie z Granadą kapitan „Żab” otrzymał nagrodę „King of the match”. Zdobył dwie bramki, ale jego prawdziwą wartość można było zaobserwować dopiero, gdy opuścił boisko z powodu urazu. Gra Levante posypała się, a Granada zdołała wyrównać. Skończyło zakończyło się wynikiem 2:2 po bramce Roberto Soldado w doliczonym czasie gry.

NAJWAŻNIEJSZY GOL

„Do dzisiaj wspominam swoją pierwszą bramkę w La Liga, ale to bramka z Villarealem jest od teraz najważniejszą w mojej karierze” – Roger Marti

120 minuta spotkania, na Estadio Ciudad de Valencia panuje głucha cisza. Przebijają się tylko pojedyncze głosy trenerów obu drużyn, ustalających już powoli wykonawców rzutów karnych. Kilkanaście sekund później Roger Marti dostaje piłkę w środkowej strefie boiska. Napastnik opanował futbolówkę, po czym zagrał ją w kierunku lewego skrzydła. Czas na ostatnie dośrodkowanie w tym spotkaniu. Do piłki dobiega Jose Luis Morales, po czym zagrywa ją na skraj pola karnego. Tam już czeka Roger Marti, który prostym podbiciem kieruje ją do siatki. Już po chwili ginie w stosie uformowanym przez kolegów z boiska. W ten oto sposób Levante pokonuje Villarreal Unaia Emery’ego, gwarantując sobie miejsce w półfinale Pucharu Hiszpanii.

Była to już siódma sytuacja w tym sezonie, kiedy Morales zagrywał piłkę do Martiego, a ten zamieniał jego podanie na bramkę. Fabryka bramek Roger & Morales działa jak nigdy wcześniej, choć warto wspomnieć, że prawdziwym bohaterem tego spotkania był rezerwowy bramkarz Levante – Daniel Cardenas. 23-latek nie tylko zachował czyste konto, ale również obronił 11 strzałów piłkarzy Villarrealu.

Levante zagrało w półfinale Pucharu Króla tylko dwukrotnie – w 1935 i 1937 roku. Teraz po ponad 80 latach przerwy dostąpi tego zaszczytu po raz trzeci. Czy jeden z najlepszych duetów w lidze zaprowadzi swój zespół do finału Copa del Rey? Przekonamy się już w czwartek około godziny 21.00.

MACIEJ SZEŁĘGA

Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.

Krystian Bielik w czasie ligowego spotkaniu Derby – Bristol City został zniesiony na noszach. W październiku wrócił do gry prawie po rocznej przerwie spowodowanej zerwanym więzadłami w kolanie. Mamy luty, a Polak znów doznaje tej samej kontuzji w tej samej nodze. Rozbrat z piłką będzie trwał 8-10 miesięcy, czyli zbliżające się Euro obejrzy co najwyżej z domowej kanapy.

Czytaj dalej „Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.” →

Piłkarscy Robin Hoodzi, czyli jak zabierać punkty gigantom

Mówi się, że o sile ligi stanowi środek tabeli. To właśnie dzięki ligowym średniakom (takim jak Wolverhampton, czy Leeds) Premier League stało się najlepszą ligą świata i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta uległa zmianie. Tym bardziej że znaczenie ligowych rzemieślników w dobie pandemii znacząco wzrosło. Rozgrywki są dużo bardziej nieprzewidywalne, a drużyny ze środka stawki stały się postrachem gigantów.

UNION BERLIN

Jak najprościej scharakteryzować grę drużyny Ursa Fischera? Wystarczy użyć trzech słów – intensywność, intensywność i jeszcze raz intensywność. Taktyka szwajcarskiego szkoleniowca jest prosta, ale i niezwykle skuteczna. Union potrafi dosłownie „zabiegać” rywala, co potwierdzają liczby. Gracze Unionu na boiskach Bundesligi przebiegli do tej pory 2290 kilometrów, co w zaokrągleniu daje zawrotną liczbę 120 kilometrów na mecz.

Na każde kolejne spotkanie wybiegają z pianą na pysku, żerując na najmniejszych błędach przeciwnika. Nie jest to więc gra przyjemna dla oka, ale za to piekielnie skuteczna. Połączenie to sprawia, że każda bramka drużyny z czerwonej części Berlina sprawia ogromną przyjemność. Bramki te padają bowiem głównie po kontrach oraz stałych fragmentach gry (które znakomicie wykonuje Christopher Trimmel). Trudno znaleźć w Bundesidze drużynę lepiej wykorzystującą swój potencjał. W tym sezonie udało im się zdobyć punkty przeciwko takim markom jak Borussia Dortmund, Borussia Mönchengladbach, Bayer Leverkusen, czy Bayern Monachium.

RC LENS

„Moim aktualnym celem jest awans z Lens do europejskich pucharów. Fajnie byłoby zakończyć tutaj karierę” – mówi Gaël Kakuta, jedna z rewelacji tegorocznego sezonu Ligue 1. 29-latek przeżywa w barwach Lens drugą młodość. Jest najlepszym strzelcem oraz asystentem zespołu, który napsuł krwi Marsylii, PSG, Monaco, czy Montpellier. Przez połowę obecnego sezonu uzbierał dokładnie tyle samo bramek co w sezonach 17/18, 18/19 i 19/20 razem wziętych, a przecież mowa o zawodniku wypożyczonym ze spadkowicza. Patrząc na formę Lens w tym sezonie odnoszę wrażenie, że trener Franck Haise ma ogromną łatwość zarówno w tworzeniu nowych gwiazd, jak i renowacji tych starych.

30-letni Florian Sotoca przed przyjściem do Lens rozegrał tylko jeden mecz w Ligue 1. Większość kariery spędził grając w niższych ligach, a gdy już trafił do takiego Montpellier, to był postacią marginalną. Dopiero wspomniany Haise znalazł dla niego odpowiednią rolę. Doświadczonego napastnika ustawił obok kilku utalentowanych dzieciaków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w pierwszej kolejce Lens pokonało osłabione PSG Thomasa Tuchela. Aktualnie zajmuje 7 miejsce w tabeli. Od europejskich pucharów dzielą ich zaledwie dwa punkty.

HELLAS VERONA

Zespół, który jest dla wielkich drużyn równie nieznośny, co wioska Galów dla Rzymian w znanej i lubianej serii filmów. Statystyki wskazują, że ekipa Ivana Juricia jest drużyną, która zdobywa zdecydowanie najwięcej punktów w starciach z ligową czołówką. Wygrane z Napoli, Atalantą, Lazio, czy Romą (po walkowerze) są tego najlepszym przykładem. Dodajmy do tego remisy z Juventusem, czy Milanem, a otrzymamy obraz naprawdę solidnej drużyny, która nie boi się starć z drużynami walczącymi o Scudetto. Powiem więcej, wygląda na to, że Hellas preferuje starcia z czołówką od tych z dołem tabeli. Gialloblu potrafili się przecież potknąć na Torino, Bologni, a nawet Parmie Fabio Liveraniego. Pod tym względem przypominają trochę Arka Milika, który nie raz strzelał bramki z bardzo trudnych pozycji (często spoza pola karnego), jednocześnie nie potrafiąc wykończyć najprostszych sytuacji.

Sekretem Hellasu jest styl gry. Nie bez powodu drużyna Juricia nazywana jest „małą Atalantą”. Ich gra opiera się bowiem na bardzo podobnych aspektach, czyli nieustępliwym pressingu, ciągłej wymianie pozycji i ograniczeniu przestrzeni dla drużyny przeciwnej do minimum. Hellas potrafi być nieznośny, umie wygrywać mecze ze znacznie mniejszym posiadaniem piłki, mając dużo mniej sytuacji bramkowych od przeciwnika. Nie lubią przejmować inicjatywy, co odbija się w meczach ze słabszymi rywalami. W gruncie rzeczy są jednak jedną z najciekawszych drużyn Serie A, której strasznym nie jest ani drugi sezon w lidze (który często weryfikuje zeszłorocznych beniaminków), ani utrata gwiazd takich jak Kumbulla, Rrahmani, czy Amrabat.

CADIZ

Gdy zespół wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej po 14 latach przerwy, zazwyczaj nie oczekuje się od niego zbyt wiele. Szczególnie że La Liga jest ligą dość hermetyczną, w której większość beniaminków nie potrafi zagrzać miejsca na dłużej niż dwa, trzy sezony. W Serie A mówi się o złotej granicy 40 punktów, której przekroczenie w większości przypadków zapewnia spokojne utrzymanie. Granica ta każdego roku staje się celem co najmniej kilku drużyn, które chcą zapewnić sobie spokojny ligowy byt. W La Liga ta zasada też ma swoje zastosowanie, choć nie zawsze się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że Cadiz jest na dobrej drodze, aby tę granicę przekroczyć i przytulić miano rewelacji rozgrywek.

Po 12 kolejkach byli 5 drużyną ligi hiszpańskiej. Potrafili pokonać Athletic Bilbao, Real, czy Barcelonę. Drużyna o twarzy Alvaro Negredo zaczęła siać postrach w lidze hiszpańskiej, co brzmi jak zdanie wypowiedziane w roku 2010, a nie 2021. Wiek jest tylko liczbą, co doświadczony napastnik potwierdza na każdym kroku, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem i asystentem zespołu z Andaluzji. Najważniejszą postacią tej niepozornej ekipy jest jednak inny Alvaro. Alvaro Cervera, czyli szkoleniowiec, który prowadzi Kadyks już od ponad czterech lat. Urodził się w Santa Isabel – stolicy Gwinei Równikowej, grał między innymi dla Valencii, a kilkadziesiąt lat później wprowadził Cadiz z 3 ligi aż do Primera Division. Styl gry jego drużyny łudząco przypomina grę Atletico Madryt pod wodzą Diego Simeone. Sam Cervera nigdy tego specjalnie nie ukrywał. Na konferencji prasowej powiedział nawet kiedyś, że bardzo lubi oglądać drużynę argentyńskiego szkoleniowca. Cadiz jest drużyną na wskroś defensywną. Ich średnie posiadanie piłki wynosi zaledwie 34%. Ponadto są najgorszą drużyną w lidze pod względem celnych podań na mecz i jedną z najgorszych pod względem średniej celnych strzałów na spotkanie. Żołnieże Cervery kierują się prostą maksymą wypowiedzianą niegdyś przez Jose Mourinho – „niech przeciwnik weźmie piłkę do domu, ja zabieram ze sobą punkty”. Jak widać, do tej pory stanowczo wyszło im to na dobre, o czym świadczą 24 punkty, dające 13 miejsce w lidze.

MACIEJ SZEŁĘGA

PODSUMOWANIE ZIMOWEGO OKIENKA SERIE A

Wczoraj zakończyło się styczniowe okno transferowe na półwyspie Apenińskim. Ponad 170 transakcji za łączną kwotę około 140 milionów euro sprawia, że z pięciu czołowych lig to właśnie we Włoszech doszło do największego ruchu na rynku. Sensacyjnych i opiewających na wielkie kwoty transferów nie było, ale kilka klubów dokonało bardzo ciekawych wzmocnień.

RADJA NAINGGOLAN – CAGLIARI

Przygodę „Ninjy” w Mediolanie zdecydowanie można uznać za nieudaną. Pierwszy sezon w barwach Nerazzurich pod wodzą Spallettiego miał całkiem niezły, jednak wraz z przyjściem Antonio Conte w 2019 roku jego rola w drużynie mocno spadła. W międzyczasie żona zawodnika zachorowała na białaczkę i poleciała do kliniki na Sardynie w celach leczenia. Belg chcąc być bliżej schorowanej kobiety, dogadał z Cagliari wypożyczenie do końca sezonu. Obecnie było podobnie – ze względu na słabą pozycje w klubie i rozegranie zaledwie 45 minut w Serie A, Belg postanowił przejść na pół roku do Rossoblu.

Ogólnie jest to już trzecia przygoda Radjy w Cagliari. Pierwsza miała miejsce w latach 2009 – 2014, kiedy to debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech. Na Sardynii pokazywał się na tyle z dobrej strony, że sięgnęła po niego AS Roma, w której rozgrywał swoje najlepsze lata w karierze. W 2018 roku Inter zdecydował się na wymianę Zaniolo – Nainggolan, co z perspektywy czasu można uznać za sporą wpadkę Nerazzurich.

Powrót do barw Rossoblu był aktualnie najlepszym z możliwych wyborów Belga. Na Sardynii czuję się wyśmienicie, a drużyna z nim w składzie wygląda zdecydowanie lepiej. Do transakcji blisko było już w lecie, ale ostatecznie doszło do niej w zimę. Włodarze oraz kibice Cagliari mogą czuć lekki rozgoryczenie, że nie udało się ściągnąć piłkarza przed sezonem, ponieważ obecnie przychodzi jedynie z misją wyciągnięcia zespołu z kryzysu. Mimo to nikt na przybycie Ninjy narzekać nie będzie.

STEPHAN EL SHAARAWY – AS ROMA

Osobiście jeden z moich faworytów do tytułu „Transfer okienka”. Włoch Egipskiego pochodzenia po wyjeździe w sprawach finansowych do Chin, wraca do Rzymu, aby ponownie ubrać barwy Giallorossich. Na początku swojej przygody w Milanie był uznawany za jeden z największych talentów na świecie, lecz w jak wielu przypadkach, jego kariera nie potoczyła się tak, jak mu wróżono. W Romie w pewnym stopniu odbudował się, zostając jednym z lepszych skrzydłowych ligi. Na to samo liczą dzisiaj, bo jakby nie patrzeć ma dopiero 28 lat.

Sięgnięcie po Stephana przez Rome jest jasnym sygnałem, że zamierzają mocno walczyć o miejsce w czołowej czwórce ligi. Jest to ich jedyne wzmocnienie w tym okienku, lecz bardzo solidne. Były już piłkarz SH Shenhua co sezon był gwarancją ponadprzeciętnych liczb i nieuniknione, że do końca rozgrywek również kilka razy dopisze swoje nazwisko przy trafieniach. Jednak przede wszystkim ma za zadanie wprowadzić sporo świeżości oraz wznieść na jeszcze wyższy poziom ofensywę Romy, która w niektórych spotkaniach niespodziewanie zawodzi.

O podobnej dyspozycji co niegdyś, bo mimo wszystko od 2 lat nie grał na wysokim poziomie, jednak pewne jest, że w Rzymie poczynili bardzo przemyślany ruch. Nie zapłacili kompletnie nic, a zyskali solidnego skrzydłowego znanego już wszystkim kibicom.

MEITE, TOMORI I MANDZUKIĆ – AC MILAN

Rossoneri ze wszystkich drużyn przeprowadzili najwięcej głośnych transferów, jednak żaden nie jest „do pierwszego składu”. Cała trójka piłkarzy została ściągnięta bardziej w celu uzupełnieniem kadry w kontekście reszty sezonu. W zasadzie jedynie Mandzukić podpisał kontrakt, na mocy którego został pełnoprawnym piłkarzem aktualnego lidera Serie A, ale jest to prawdopodobnie jedynie opcja do czasu znalezienia nowego napastnika. Pozostała dwójka jak na razie jest jedynie wypożyczona, lecz nieuniknione, że po dobrych występach zostaną ściągnięci na stałe.

Wszystkie transfery można uznać za bardzo przemyślane. Meite w bardzo słabym Torino dość mocno się wyróżniał i wydaje się, że jest solidnym uzupełnieniem środka pola. Tomori uchodzi za jednego z lepszych środkowych obrońców młodego pokolenia, więc nawet w Mediolanie może się wyróżniać. Ogólnie rzecz biorąc, choć obaj są jak na razie tylko na wypożyczeniu, to w wypadku niezłej formy są bardzo istotnymi transferami w kwestii przyszłość. Ponieważ jak podają niektóre źródła – Milan ma opcje definitywnego zakupu.

Mandzukić, który ma za sobą 4-letnią przygodę w barwach Juventusu został sprowadzony jako zmiennik dla Zlatana Ibrahimovicia. Fenomenalny Szwed, który przeżywa aktualnie drugą młodość, mimo wszystko nie jest w stanie co mecz wytrzymywać pełnych 90 minut i naturalnie potrzebuje kogoś do rotacji. Chorwat profilem jest dość zbliżonym piłkarzem do Ibry, więc Pioli po przeprowadzeniu zmiany nie będzie musiał jakoś znacząco zmieniać założeń taktycznych. Szczerze współczuję obrońcom, którzy w jednym meczu będą musieli grać najpierw na Zlatana, a potem na Mario.

JOAKIM MAEHLE I PAPU GOMEZ ORAZ AMAD DIALLO – ATALANTA

Po nieudanej przygodzie Johana Mojicy w Bergamo, Gasperini postanowił ściągnąć kolejnego zawodnika na wahadło. Tym razem padło na 23-letniego Joakima Maehle z belgijskiego Genku. W byłym klubie często grywał na pozycji lewego wahadłowego, więc w systemie La Dei powinien się odnaleźć. Dodatkowo bardzo dobrze spisuje się jako boczny obrońca po obu stronach, dzięki czemu Gian Piero będzie mógł wykorzystywać go w różnych wariantach. Oczekiwania wobec piłkarza są dość spore, ponieważ Atalanta zapłaciła za niego około 11 milinów euro, co jak na drużynę z Bergamo jest sporą kwotą.

O rewelacji zeszłego sezonu Serie A w tym okienku było jednak głośno z innego powodu. Klub ze względu na konflikt z trenerem opuścił jeden z lepszych piłkarzy w historii drużyny. Argentyńczyk Alejandro Gomez przeniósł się za zaledwie 5,5 miliona do hiszpańskiej Sevilli. Zespół z Lombardii na pewno mocno odczuję odejście takiego piłkarza, ponieważ był on centralną postacią projektu, ale już nie raz pokazali, że potrafią sobie poradzić również bez niego. Mimo to odejście Papu jest bez wątpienia największą stratą w tym okienku ligi Włoskiej.

Jednak jak na Gomezie zarobili zdecydowanie mniej, niż jest on wart, to no Amadzie Diallo zbili całkiem niezły interes. La Dea jest znana ze skutecznego prowadzenia negocjacji i nie inaczej było w tym wypadku. Iworyjczyk rozegrał zaledwie 5 spotkań w seniorskiej piłce (4 w lidze, 1 w Lidze Mistrzów), a mimo to Manchester United zapłacił za napastnika aż 21 milinów euro. Według wielu osób jest on wart tej ceny, ale w tym momencie trzeba sobie przyznać, że Atalanta zarobiła świetne pieniądze, jak na 18-letniego zawodnika.

NICOLO ROVELLA I KEVIN STROOTMAN – JUVENTUS ORAZ GENOA

Bianconeri przeprowadzili w tym okienku zaledwie jeden transfer, ale bardzo solidny. Wychowanek Genoi uchodzi za jednego z najlepszych nastolatków na półwyspie Apenińskim i starało się o niego o wiele więcej drużyn niż tylko Stara Dama. Dotychczas rozegrał zaledwie 11 spotkań w Serie A, ale udowodnił w nich swoją wartość. Ostatecznie to właśnie Juventusowi udało się wygrać wyścig, oferując Rossoblu w zamian Elie Petrelliego i Manolo Portanove. Dodatkowo na umowie znalazł się zapis, który wypożycza Rovelle do końca sezonu z powrotem do drużyny z Ligurii.

Interes był bardzo na rękę Genoi, gdyż 9-krotny mistrz Włoch jest obecnie w obliczu walki o utrzymanie. Nie były to jednak jedyne wzmocnienie Rossblu w zimowym mercato, ponieważ przede wszystkim wypożyczyli Kevin Strootmana z Olympique Marsyllia. Holender jest dobrze znany kibicom pamiętających go z czasów gry w AS Romie, w której nie licząc częstych kontuzji – miewał całkiem niezłe momenty. Na to samo mają nadzieje dzisiaj tifosi Genoi, bo jak taki piłkarz przychodzi do takiego klubu, to wszyscy mają nadzieje, że z miejsca stanie się centralną postacią drużyny.

POZOSTAŁE TRANSFERY

Oprócz wyżej wymienionych transakcji doszło rzecz jasna także do innych ciekawych wzmocnień. Alfred Duncan po kiepskiej przygodzie w Fiorentinie został wypożyczony do Cagliari, w celu odbudowania solidnej formy z czasów Sassuolo. Na Sardynie do końca sezonu przybył także Daniele Rugani z Juventusu, który nie poradził sobie w Rennes. Natomiast do drużyny z Florencji przyszedł 48-krotny reprezentant Rosji ze Spartaku Moskwa, Aleksandr Kokorin, który ma naprawić skuteczność ekipy Prandelliego. W celach defensywnych były szkoleniowiec reprezentacji Azzurich sięgnął po Kevin Malcuit z Napoli. Hellas Verona zasilił w formie wypożyczenia Stefano Sturaro oraz Kevin Lasagna z Udinese, na którego miejsce do Udine przybył Fernando Llorente. Do zespołu Bianconerich na stałe przeszedł także Gerard Deulofeu. Benevento wzmocniło się, wypożyczając Gaicha z CSKA Moskwa, oraz Depaoliego z Sampdorii. Skoro jesteśmy przy beniaminku, to warto wspomnieć o Crotone, które w celu walki o utrzymanie dogadało wypożyczenie Di Carminego z Hellasu i Adama Ounasa z Napoli.

Bologna ściągnęła po czterech zawodników, z czego jednego Polaka. Oprócz Adama Soumaoro, Paolo Farago i Valentina Antonov z CSKA Sofia, do klubu z regionu Emillia-Romania przybył 16-letni Kacper Urbański, który jest wychowankiem Lechii Gdańsk. Jeśli mowa o talentach, to trzeba wspomnieć o Dennisie Manie, który będąc rewelacją ligi, rumuńskiej przeszedł do Parmy za 13 milionów euro. Dodatkowo Gialloblu zasilił na zasadzie wypożyczenia Mattia Bani z Genoi oraz Zirkzee z Bayernu Monachium. Lazio mimo dość wąskiej kadry sięgnął jedynie po Matteo Mussacchcio z Milanu, a drugi Rzymski klub – Roma, wraz z El Shaarawym powitała Bryana Reynoldsa z FC Dallas. Do Torino trafił znany z zeszłego sezonu w barwach Genoi Antonio Sanabria, który ma być partnerem w ataku Andrei Belottiego, jak i do końca przyszłego sezonu Rolando Mandragora z Juve. Wracając na sam koniec do Ligurii – Spezia wypożyczyła Riccardo Saponare z Fiorentiny, a Sampdoria Ernesto Torregrosse z Bresci.

Tak jak uprzedzałem na początku, wielkich transferów nie było, jednak nie można stwierdzić, że w minionym okienku zbyt wiele się nie działo. Sporo drużyn poczyniło ciekawe transfery, które będą istotne w kontekście reszty sezonu.

MATEUSZ PEREK

Panie Sousa…zacznijmy grać w piłkę.

Jesteśmy kilka dni po pierwszej konferencji naszego nowego selekcjonera, Paulo Sousy. Szczerze mówiąc, wiele się z niej nie dowiedzieliśmy. No chyba, że ktoś wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że Portugalczyk to osoba kulturalna, inteligentna i wiedząca kim był Jan Paweł II. Zawsze coś. Niemniej, nie było to spotkanie w stylu – weganie nerwowo wiercą się na krzesłach. Piłkarskiego mięsa było tutaj niewiele. Jeśli chodzi o taktyczną wylewność, to naszemu nowemu przywódcy póki co do Bielsy daleko. Bliżej do Nawałki. Ale to być może zmieni się z czasem.

To co jednak wiedzieliśmy już przed konferencją to fakt, że Sousa  był dobrym piłkarzem i że jego trenerska historia to póki co raczej Rysy niż K2. Wszystko jednak przed nim. To co jednak będzie dla mnie w dalszej części najbardziej istotne, to fakt, że Portugalczyk jest kimś, kto chce „grać piłką”, a jego ulubiona koncepcja, to taka, w której wykorzystujemy trzech środkowych obrońców i wyłącznie kreatywnych pomocników.

I chwała mu za to! Szczególnie jeśli chodzi o pierwszą część. Jako wieloletni kibic Reprezentacji mam serdecznie dość słuchania tego, że gra defensywna to nasze DNA, że musimy skupić się na kontrze i stałych fragmentach, a szybkie (i w zasadzie tylko szybkie) skrzydła to coś, co ma prowadzić nas do kolejnych zwycięstw. Takie rzeczy można było nam wmawiać, gdy w drugiej linii mieliśmy Świerczewskiego i Brzęczka, a przed nimi Trzeciaka. Wtedy gdy nasi środkowi obrońcy w postaci Hajty, czy Jopa faktycznie byli w stanie zaoferować nam głównie piłkarską rąbankę, i gdy ekscytowaliśmy się golami Niedzielana dla NEC Nijmegen. Bo to był nasz szczyt. I tu nie chodzi o brak szacunku, czy deprecjonowanie powyższych Reprezentantów. Chodzi o to, że my – w sensie piłkarskim – już dawno wyszliśmy z drewnianych chat, o których mówił Beenhakker. Tylko chyba niechcący nam to umknęło…

UDANE DRYBLINGI,SERIE A 
KLUCZOWE PODANIA LEEDS

Nasze obecne pokolenie to zdecydowanie najlepszy sort piłkarzy jakim dysponowaliśmy w XXI. Dlaczego mamy wciąż słuchać, że jedyne co mogą zaoferować nam nasi zawodnicy to przeszkadzanie rywalom? I to w momencie, w którym Klich gra klepką przed oczami Van Dijka, ładując w międzyczasie bramę Alissonowi, wtedy kiedy Zieliński pyka sobie piłką w polu karnym rywala, po czym zdobywa gola w stylu Bergkampa, czy w momencie, w którym Bednarek, gra od deski do deski na poziomie Premier League, świetnie czując się w nowoczesnym systemie Hasenhuttla.

A Bielik, który pewnie za chwilę wyfrunie z Derby, bo pod względem rozegrania przerasta resztę klubowych pomocników? A czekający na weryfikację w dużej piłce, ale już teraz zaawansowani technicznie Moder i Karbownik? Mało? No to jest jeszcze Walukiewicz, Dawidowicz, Szymański, Jóźwiak czy choćby pominięci do tej pory Milik i Lewandowski. To wszystko zawodnicy, którzy są dobrzy, lub bardzo dobrzy z futbolówką przy nodze i którzy w większości stanowią o sile swoich klubów.

CELNE PODANIA DERBY
 CELNE PODANIA SOUTHAMPTON

Tak więc Panie Sousa, zacznijmy grać piłką. Niech Pan nie słucha Bońka i tych wszystkich ekspertów, którzy powiedzą Panu, że polski futbol skrzydłami stoi, że kontratak i wrzutka, i że tylko i wyłącznie 4-4-2. To już było. My chcemy czegoś więcej. 

Ba! Mamy pełne prawo sądzić, że to wypali!

Weź Pan więc chłopaków, wypróbuj z nimi swoje ulubione 1-3-4-2-1 i przede wszystkim pozwól im i nam uwierzyć, że to nie jest coś, czego nie są w stanie pojąć. 

Zresztą, skąd w ogóle ten pomysł? 

Glik spędził pół kariery grając trójką z tyłu, Bednarek zna ten system z Southampton, Walukiewicz z Cagliari, a nasi boczni obrońcy jak Rybus, Bereszyński, Karbownik, czy Kędziora, na pewno znajdą parę by zasuwać przez 90 minut. Albo i dłużej. 

A Bielik, Zieliński, Klich, Milik i Lewandowski? Przecież to czysta piłkarska inteligencja! My naprawdę mamy w kim wybierać, i mamy w czym rzeźbić.

Potrzebny nam tylko ktoś, kto to wszystko ogarnie. Kto otworzy pewne furtki. I Panie Sousa, obyś był to Pan. 

*źródło statystyk: Sofascore

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem

Moim gościem był Mark Higgins. Kibic, który od 45 lat kibicuje Kanonierom, a na pierwszym swoim meczu był w 1979 roku, gdy Arsenal grał przeciwko Stoke na Highbury. Na mecze domowe oraz wyjazdowe uczęszcza regularnie od 1983 roku. Głównym tematem naszej rozmowy był pamiętny finał Pucharu UEFA z 2000 roku, gdy Arsenal mierzył się z Galatasaray. Zapraszam!

Czytaj dalej „Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem” →

Premier League. Podsumowanie rundy.

Połowa sezonu Premier League za nami! Oczywiście, wszelakie komplikacje związane z coronavirusem sprawiły, że część zespołów z ligi ma rozegranych już aż 20 spotkań, inne zaledwie 17 (sytuacja na dzień 26.01). Nie zmienia to faktu, że końcówka stycznia wydaje się odpowiednim terminem na to, by pomówić o tym co na ten moment już wiemy. Tak więc bez zbędnego przedłużania, zapraszam na podsumowanie Premier League, na półmetku sezonu 20/21. Oto XI rundy.

BRAMKARZ: EMILIANO MARTINEZ (ASTON VILLA)

Wygląda na to, że włodarze z Villa Park zrobili interes życia. 17,5 mln euro wydane na argentyńskiego bramkarza to w zasadzie drobne, jeśli wziąć pod uwagę, to co były zawodnik Arsenalu wyczynia w bramce. Jego postawa przyczyniła się do zachowania aż 9 czystych kont (2 wynik w lidze) i pozwoliła Aston Villi na zajęcie bezpiecznego 9 miejsca w tabeli, w połowie ligowego sezonu. A przecież w poprzednim nad zespołem z Birmingham unosiło się widmo spadku.

LEWY OBROŃCA: ANDREW ROBERTSON (LIVERPOOL FC)

To już nie ten sam Liverpool co kampanię temu. Zespół The Reds zmaga się w ostatnich tygodniach z wielkimi problemami. Ale to właśnie Szkot jest jedynym z nielicznych, którzy nie obniżyli lotów w stosunku do poprzednich rozgrywek. Popularny „Robbo” wciąż gra swoje. Żelazne płuca, nieustępliwość w defensywie i ciąg na bramkę, to coś co nadal możemy obserwować u defensora z Liverpoolu, który na ten moment ma na koncie 1 bramkę i 5 asyst.

ŚRODKOWY OBROŃCA: RUBEN DIAS (MANCHESTER CITY)

Guardiola miesiącami szukał kogoś kto w końcu zastąpi lidera defensywy, jakim był Vincent Kompany. I chyba w końcu się udało. Portugalczyk wszedł do Premier League razem z drzwiami, z miejsca stając się najlepszym środkowym defensorem w lidze. Siła, agresywność, gra w powietrzu, a także odpowiednie zachowanie z piłką przy nodze, to coś co wzniosło całą defensywę „The Citizens” na zupełnie inny poziom i pozwoliło jej na zachowanie 10 czystych kont, w momencie, w którym były piłkarz Benfici przebywał na boisku. Zresztą, zespół Guardioli stracił w tym sezonie zaledwie 13 goli w 19 spotkaniach, do czego w dużej mierze przyczynił się właśnie Dias.

ŚRODKOWY OBROŃCA: WESLEY FOFANA (LEICESTER CITY)

Odejście Chilwella oraz kontuzja Soyuncu miały zachwiać defensywą Leicester. Nic z tych rzeczy. I wielka w tym zasługa francuskiego obrońcy, który trafił na King Power Stadium przed obecnym sezonem. 20- latek to najbardziej wyrazista postać w bloku obronnym „Lisów”. Szybki, zdecydowany, dobrze operujący piłką. Jego gra przyczyniła się to zachowania 5 czystych kont (w momencie jego przebywania na boisku) i straty stosunkowo niewielkiej liczby 21 goli w 19 spotkaniach, przez zespół Rodgersa. Doskonały transfer włodarzy z Leicester.

PRAWY OBROŃCA: JOAO CANCELO (MANCHESTER CITY)

Portugalczyk trafiał na Etihad z etykietą jednego z najlepszych bocznych obrońców na świecie. Jego początki w Manchesterze były jednak trudne. W poprzedniej kampanii nie grał niemal wcale, a jego proces adaptacji trwał bardzo długo. Cierpliwość popłaciła. Dziś jest to zdecydowanie najlepszy prawy defensor w lidze (choć grywał również z lewej strony) i ktoś kto – zgodnie z ideą nowoczesnego futbolu – daje ofensywie City nową jakość, nie zaniedbując przy tym gry obronnej. Cancelo jest dosłownie wszędzie, a jego odwaga i otwarta gra owocuje współczynnikiem kluczowych podań na poziomie 2.1 takiego zagrania na mecz, co jest najlepszym wynikiem w lidze, jeśli brać pod uwagę obrońców.

DEFENSYWNY POMOCNIK: PIERRE-EMILE HOJBJERG (TOTTENHAM HOTSPUR)

Brakujące ogniwo w układance Mourinho. Kiedy Duńczyk trafiał na Tottenham Hotspur Stadium, kojarzyliśmy go co prawda z solidną grą, ale też raczej nie obiecywaliśmy sobie po nim aż tak wiele. Ot, ciekawe uzupełnienie. Nic bardziej mylnego. Były piłkarz Southampton to absolutnie kluczowy zawodnik w swoim nowym zespole. Niezłomna praca w defensywie (2.8 odbioru na mecz) i wysoka skuteczność podań na poziomie 88%, pomaga uporządkować grę całej drużyny, a ofensywni piłkarze mogą czuć się przy nim komfortowo i swobodnie. Taki ktoś to absolutna konieczność w drużynie prowadzonej przez The Special One’a.

ŚRODKOWY POMOCNIK: KEVIN DE BRUYNE (MANCHESTER CITY)

Najlepszy piłkarz poprzedniej kampanii Premier League nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Owszem, w ostatnich tygodniach ma on problem ze skutecznością, czym doprowadza do szału ufających mu graczy FPL, ale to wciąż ktoś kto jest w stanie strzelić 3 gole i zaliczyć 10 asyst na przestrzeni 19 spotkań. Jeśli do tego dołożyć kluczowe podania na poziomie 3.2 takiego zagrania na mecz, to wiemy, że w ofensywie The Citizens nic nie może odbyć się bez wiedzy i ingerencji Belga. 

ŚRODKOWY POMOCNIK: BRUNO FERNANDES (MANCHESTER UNITED) 

Kibice „Czerwonych Diabłów” zarzekają się, że nie samym Portugalczykiem Manchester stoi, ale umówmy się, mówimy o piłkarzu, który z miejsca podniósł poziom całego zespołu już w poprzednim sezonie, a teraz kontynuuje swą misję. Bruno Fernandes to 11 goli i 7 asyst w 19 meczach, a także liczba 2.9 kluczowego podania na mecz. Pomocnik z Old Trafford to zawodnik, który jako pierwszy w historii PL został czterokrotnie wybrany piłkarzem miesiąca, w trakcie jednego roku. Ostatnie takie wyróżnienie otrzymał za grudzień. Fenomen, zdecydowanie najlepszy piłkarz i najważniejsze ogniowo obecnego lidera Premier League.

SKRZYDŁOWY: HEUNG-MIN SON (TOTTENHAM HOTSPUR)

Koreańczyk to wicelider tabeli strzelców. Jego 12 goli to imponujący dorobek. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że piłkarz ten nie zawdzięcza żadnej z tych bramek uderzeniu z rzutu karnego. Wśród całej czołówki najlepszych obecnie snajperów Premier League jest to absolutny unikat. Jeśli dołożyć do tego 6 asyst zaliczonych przez Sona, to jawi nam się obraz zdecydowanie najlepszego skrzydłowego w Premier League. Jego współpraca z Kanem – do której zaraz przejdziemy – zachwyca nas od samego początku rozgrywek i zdecydowanie nie jest czymś, obok czego przechodzimy obojętnie.

ŚRODKOWY NAPASTNIK: PIŁKARZ RUNDY: HARRY KANE (TOTTENHAM HOTSPUR) 

Tak samo tyczy się progresu jaki pod wodzą Mourinho zalicza jego klubowy kolega. Anglik to dziś nie tyle środkowy napastnik, co rozgrywający zespołu Spurs. Oczywiście, kapitan drużyny z Londynu wciąż strzela jak na zawołanie (12 goli), ale też dorzuca do tego worek asyst. Łącznie ma ich już 11. On i Son to symbioza, której na boiskach Premier League nie widzieliśmy od 25 lat. Anglik i Koreańczyk pomogli sobie w zdobywaniu bramek już 13 razy, stając się tym samym najlepiej współpracującym duetem od czasów Shearera i Suttona. I pomyśleć, że zanim Kane na dobre trafił pod skrzydła Mourinho, Paul Merson radził mu uciekać z klubu, gdyż miał on nie pasować do stylu preferowanego przez Portugalczyka. Skończyło się to tak, że Kane jest na ten moment liderem Klasyfikacji Kanadyjskiej Premier League i znajduje się w życiowej formie. Ah, ci eksperci…

SKRZYDŁOWY: JACK GREALISH (ASTON VILLA)

Obok Bruno Fernandesa najbardziej wpływowy piłkarz Premier League. Anglik dominuje ofensywną statystykę kluczowych podań (3.6). Do tego dorzuca „duże liczby” na poziomie 5 bramek i 8 asyst. Prawdziwy lider i reżyser gry zespołu z Birmingham, bez którego ciężko wyobrazić sobie ofensywę zespołu z Villa Park. W „jedenastce rudny” z konieczności na skrzydle. Kibice „The Villans” powinni się modlić, by ich kapitan nie dał się skusić, któremuś z silniejszych klubów. A będąc w takiej dyspozycji mógłby grać w dosłownie każdym. Nie ważne czy to Anglia, Włochy, czy jeszcze inna Hiszpania.

ŁAWKA:

Alisson (Liverpool FC): dobry i solidny sezon, ale póki co czegoś tu jeszcze brakuje, podobnie jak całemu zespołowi The Reds 

Eric Dier (Tottenham Hotspur): kolejny beneficjent przybycia Mourinho na Tottenham Stadium, zdecydowany i niemal bezbłędny 

James Justin (Leicester City): próba wejścia w buty Chilwella w 100% udana, przed młodym piłkarzem „Lisów” duża przyszłość 

Ilkay Gundogan (Manchester City): o jego obecności na ławce zadecydowały kwestie taktyczne, po prostu chciałem mieć w składzie typowego defensywnego pomocnika, a do Bruno i Kevina jednak ciężko podskoczyć, nie zmienia to faktu, że 7 goli i piłkarska jakość Niemca robią ogromne wrażenie 

Mohamed Salah (Liverpool FC): obok Robertsona i Alissona najrówniejszy piłkarz The Reds, 13 goli wzbudza szacunek , ale już fakt, że aż 5 z nich padło z rzutów karnych nieco studzi emocje, rywalizację przegrał z Grealishem, ale od pierwszego składu był o krok

Jamie Vardy (Leicester City): Anglik robi to co potrafi najlepiej – strzela gole (łącznie 11), ale też asystuje (łącznie 5) i walczy za zespół, póki co pomogło to „Lisom” w zajęciu miejsca na podium 

TRENER RUNDY: BRENDAN RODGERS (LEICESTER CITY)

Poprzednia kampania w wykonaniu „Lisów” to bardzo solidny czas. Oczywiście, brak awansu do Ligi Mistrzów, który w pewnym momencie wydawał się całkiem realnym, oznacza pewien niedosyt. Mimo wszystko 5 miejsce budzi uznanie. Obecny sezon miał być trudniejszy. Takim piłkarzom jak Vardy czy Schmeichel lecą latka, z klubu odszedł Chilwell, a Soyuncu złapał kontuzję. Co z tego? Rodgers zna się na robocie jak mało kto. W miejscu nieobecnych pojawiła się świeża krew, a starsi wciąż są w gazie. Leicester to dziś zespół stabilny, odpowiednio zbalansowany i taki, który nie boi się rywalizacji z najsilniejszym, o czym świadczą choćby zwycięstwa z Manchesterem City, Tottenhamem, czy remis z Manchesterem United. Owocem świetnej pracy byłego menadżera Celticu, jest trzecie miejsce Leicester na półmetku sezonu. Może tym razem uda się na stałe zagościć w top4?

ROZCZAROWANIE RUNDY: LAMPARD I CHELSEA

Apetyty były spore. Poprzednia kampania The Blues miała stanowić okresem przejściowy, przez który mogłoby się wydawać, przebrnięto całkiem sprawnie. Lampard wraz ze swoim zespołem zakwalifikował się do Ligi Mistrzów i generalnie zostawił po sobie dobre wrażenie. Transferowy ban okazał się nie taki straszny, jakim go malowano. Teraz miało być już tylko lepiej. Niestety obecne rozgrywki to pasmo rozczarowań. Wielomilionowe transfery takich piłkarzy jak Werner, Ziyech, czy Havertz, póki co nie wyszły nikomu na dobre. Chelsea gra źle, zajmuje niską pozycję w tabeli, a co gorsza w ich poczynaniach nie widać poprawy. Efekt? Zwolnienie klubowej legendy i sięgniecie po Tuchela. A miało być tak pięknie.

ZASKOCZENIE RUNDY: WEST HAM UNITED

Zespół Davida Moyesa na 4 miejscu Premier League! I nie, wcale nie cofnęliśmy się w czasie do okresu jego pracy w Evertonie. Młoty pod wodzą doświadczonego szkoleniowca zdejmują kolejne skalpy i po cichu pną się w górę w ligowej tabeli. Oczywiście, tylko szaleniec byłby gotów postawić pieniądze na to, że zespół z Londynu zakwalifikuje się do pucharów. Ale na półmetku wygląda to bardzo dobrze i stąd gratulacje dla Fabiana, jego czeskich kolegów i pozostałych piłkarzy West Hamu.

Tym optymistycznym akcentem kończyny podsumowanie pierwszej rundy angielskiej Premier League. Obecny sezon to rozgrywki zdecydowanie bardziej wyrównane niż kampania 19/20. 

Dziś możemy się zastanawiać, czy Manchester utrzyma fotel lidera? Czy Son z Kanem nadal będą trapić obrońców? Czy ktoś wyprzedzi Salaha? Wiele pytań, mało odpowiedzi. Tutaj może wydarzyć się absolutnie wszystko. Do zobaczenia po ostatnim gwizdku.

*źródło statystyk Sofascore (na dzień 26.01.2021)

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rok Bruno Fernandesa na Old Trafford

Dokładnie rok temu Manchester United za pośrednictwem swojej strony internetowej poinformował cały świat o pozyskaniu rewelacji ligi Portugalskiej ze Sportingu. Spekulacji oraz oczekiwań wobec nowego nabytku było sporo, jednak z perspektywy czasu wiemy, że sprowadzenie Bruno do Anglii było strzałem Ole Gunnara w dziesiątkę. Piłkarz od tamtego momentu rozwinął się na niesamowity poziom, co przełożyło się także na funkcjonowanie drużyny. Po roku spędzonym na Old Trafford przez Fernandesa można jasno stwierdzić, że był to jeden z najlepszych transferów ostatnich lat w Premier League.

TRANSFER I OCZEKIWANIA


Ole Gunnar Solskjaer według doniesień, sprawę sprowadzenia Bruno Fernandesa dyskutował z zarządem już przed sezonem 2019/20. Wówczas do transakcji jednak nie doszło, ponieważ być może właściciele nie darzyli jeszcze zbyt wielkim zaufaniem Norweskiego szkoleniowca, a już wtedy byłby to spory wydatek. Jednak w zimowym okienku ubiegłego sezonu, kiedy Portugalczyk rozegrał kolejne fenomenalne pół roku w barwach Sportingu (8 bramek i 7 asyst w samej lidze), zarząd zezwolił na negocjacje z zawodnikiem. Ostatecznie 29 stycznia 2020 roku Manchester United poinformował o sprowadzeniu Bruno za około 60 milionów euro.


Kwota jak na zawodnika spoza czołowej piątki lig robi ogromne wrażenie i równie spore były oczekiwania wobec nowego piłkarza. Za sobą miał 137 występów w barwach Sportingu, w których strzelił 63 bramki i zaliczył 52 asysty. Wynik absolutnie fenomenalny. Przychodząc do Premier League, nikt raczej nie oczekiwał od niego podobnych rezultatów, bo wiadomo – wyższy poziom. Jednak każdy sądził, że płacąc taką kwotę za piłkarza, ten w dość szybkim tempie wpasuje się w drużynę i będzie pokazywał się z najlepszej strony. Spore nadzieje wobec nowego nabytku miał także, a być może nawet i przede wszystkim Solskjaer. Szkoleniowiec Czerwonych Diabłów naciskając na zarząd w kontekście tego transferu, musiał oczekiwać od piłkarza, że ten go nie zawiedzie i udowodni wszystkim swoją wartość. Jakby nie patrzeć, był to także brakujący element układanki w całej drużynie United. Wszystkie pozycje były na swój sposób już obsadzone, ale brakowało solidnego playmakera, który będzie gwarancją sporych liczb. Stawiając więc na konkretnego zawodnika do tej roli, ten musi się liczyć, że wszystkie oczy w najbliższym czasie będą zwrócone właśnie na niego, a nagła zmiana formy zespołu będzie zapewne efektem jego przyjścia.

Dzisiaj jednak już wiemy, że Portugalczyk nie tylko spełnił wszystkie oczekiwane punkty na liście, ale też dopisał własne, jeszcze bardziej wygórowane, które także wypełnił. Z perspektywy czasu nikt nie może się przyczepić do tego transferu, a co najwyżej pogratulować wszystkim osobom za niego odpowiedzialnym, że doszedł on do finalizacji.

ŻYCIOWA FORMA


W trakcie dwu i półrocznego pobytu w Sportingu Fernandes rozgrywał fenomenalne zawody, będąc prawdopodobnie najlepszym piłkarzem portugalskiej Ekstraklasy. W sezonie 2018/19 w samych rozgrywkach ligowych zdobył 20 bramek i 13 asyst, co nawet w Primeira Liga robi ogromne wrażenie. Wizja przebicia dyspozycji z rodzimego kraju piłkarza była w głowach kibiców raczej dość odległa. Na pewno nie przypadała na sam początek przygody w nowym klubie, tylko bardziej w kontekście kilku przyszłych lat. Sam piłkarz miał jednak inne plany. Bruno jest trochę zaprzeczeniem definicji i stereotypów dotyczących zawodnika grającego na pozycji „10”. Według wielu stwierdzeń rozgrywający jest typem piłkarza z definicji mało zaangażowanym w defensywę. Ma on za zadanie głównie wykreować sytuacje po otrzymanej piłce, a samemu nie za wiele o nią walczy. Fernandes, mimo że występuję na pozycji dziesiątki, to takim typem zawodnika nie jest. Włącza się do odbioru niemal zawsze, gdy jest do tego okazja. Statystyka „przechwyty na mecz” wynosi u niego średnio 0.8, a dla przykładu u Jamesa Maddisona – zaledwie 0.3.


U Bruno wielki talent idzie więc równomiernie w parze z ogromną pracowitością i wolą walki na boisku. Głównie właśnie dzięki temu bez większych problemów, a wręcz z futryną wszedł do najlepszej ligi świata. Non-stop robi progres, ciągle stara się doszlifować niedoskonałości, i to go właśnie doprowadziło do miejsca, w którym jest. Runda wiosenna w poprzednim sezonie była wręcz fenomenalna w jego wykonaniu, więc jak określić tę jesienną obecnego? Każdy kibic Manchesteru United chciałby, aby wszedł na jeszcze wyższy poziom, jednak wielkim wyczynem będzie utrzymanie obecnej przez jak najdłuższy czas.


Często mówi się, że piłkarz potrzebuje czasu, aby przyswoić się do ligi. Szczególnie takie stwierdzenia występują w najmocniejszych rozgrywkach krajowych, a już na pewno, kiedy trafi do niej piłkarz grający dotychczas w teoretycznie słabszej lidze. Bruno Fernandes jednak z miejsca obalił to przekonanie, zdobywając już w pierwszym miesiącu gry statuetkę najlepszego zawodnika lutego Premier League. Bycie najlepszym piłkarzem nawet w okresie kilku tygodni w tak mocnej lidze jest dużym wyróżnieniem, a zdobycie tego tytułu w trakcie pierwszych spotkań w tychże rozgrywkach, jest osiągnięciem na skalę historyczną. Taki też był właśnie miniony rok dla Portugalczyka, bo bez względu czy w przyszłości zaliczy jeszcze lepsze okresy – pierwsze miesiące w Manchesterze utkwią mu w pamięci do końca życia. Liczne indywidualne nagrody, masa rekordów, czy ogrom fenomenalnych występów – a to wszystko w zaledwie jeden rok.


WPŁYW NA DRUŻYNĘ

Życiowa forma najlepszego zawodnika drużyny mocno wpływa na zespół i nie inaczej było z Czerwonymi Diabłami. Być może nie był to najlepszy rok w całej historii jak w przypadku Bruno, ale już na pewno najwybitniejszy i najbardziej obiecujący w ostatnich kilku latach. Przyjście Fernandesa było uzupełnieniem brakującej części układanki, ale spowodowało także znaczny wzrost formy innych zawodników.

Bezpośredniego wpływu na to sam Bruno raczej nie miał, ale jego wybuch formy był impulsem oraz natchnieniem do cięższej pracy innych zawodników, oraz samego trenera. Mając piłkarza, wokół którego można budować wyjściowy skład, szkoleniowiec ma szanse bardziej się skupić na innych czynnikach pracy.

Portugalczyk pełni niesamowicie ważną funkcję w taktyce drużyny, ale nie można stwierdzić, że drużyna jest od niego niemal całkowicie uzależniona. Bywały momenty, tym bardziej w ostatnim czasie, kiedy Bruno w przeciwieństwie do reszty drużyny – rozegrał przeciętne spotkanie, a mimo to United zdołało zagrać zadowalające zawody. Wypadnięcie Fernandesa na pewien okres mogłoby w jakimś stopniu odcisnąć piętno na funkcjonowaniu zespołu, jednak nie stanąłby on raczej w miejscu, a w tak wielkiej machinie jest to ważny element. Nikt raczej nie chciałby przeprowadzić eksperymentu pod tytułem „Co gdyby nie Bruno?”, a już na pewno nie Ole Gunnar. Związek Bruno Fernandes – Manchester United zbiera owoce z dwóch stron i bez żadnego kryzysu potrwa to jeszcze przez długi czas. Póki jedna ze stron będzie wierna drugiej, wszystko w tej kwestii powinno funkcjonować wyśmienicie.

MATEUSZ PEREK

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑