Dlaczego Sevilla sięga po Papu Gomeza

Sevilla przyzwyczaiła do wykonywania nieoczywistych ruchów na rynku transferowym i tym razem wybór padł na Argentyńczyka, który w ostatnich kilku latach był jedną z największych gwiazd włoskiej Serie A. Dlaczego Sevilla sięga po Papu? Co może dać zespołowi z Andaluzji? Gdzie czuje się najlepiej? Odpowiedzi znajdziesz poniżej.

Od dawna było wiadomo, że przygoda Papu w Atalancie dobiega końca i tylko kwestią czasu było ogłoszenie oficjalnego odejścia zawodnika. Argentyńczyk nie był w stanie dłużej współpracować z Gian Piero Gasperinim, który o ile jest fantastycznym fachowcem, o tyle miewa problemy z komunikacją i budowaniem pozytywnych relacji zawodnikami. Dopóki piłkarze są mu posłuszni i grzecznie wykonują jego polecenia, sytuacja jest pod kontrolą.

Podczas meczu Atalanty z Midtjylland w Lidze Mistrzów Gomez odmówił wykonania poleceń Gian Piero Gasperiniego, który wściekał się, że Papu schodzi do środka, zamiast trzymać się linii zgodnie z zaleceniami szkoleniowca. Jednak Papu nic sobie z tego nie robił i uznał, że ma już dość nadstawiania policzka. Według doniesień włoskich mediów w przerwie meczu postanowił sprzedać swojemu trenerowi tzw. liścia. Bezpośrednie środki przekazu sprawiły, że w drugiej połowie Gomez już nie zagrał.

Prezydent Antonio Percassi sprawiał wrażenie człowieka, który jest przekonany, że za zamkniętymi drzwiami dojdzie do zażegnania konfliktu. Gomez przeprosił swoich kolegów z drużyny, klub oraz trenera Gasperiniego, ale kwas pozostał. Gasperini po meczu z Ajaxem wyznał, że trener musi mieć pełną swobodę podejmowania decyzji i nie wie, w jaki sposób klub zdecyduje się rozwiązać sprawę. Finał tej historii jest już znany.

ULUBIONY KLUB Z HISZPANII?


Jeszcze przed pandemią oglądałem film na YouTubie, na którym Papu dostał pytanie, który hiszpański klub jest jego ulubionym. Odpowiedział, że Sevilla, więc tym bardziej nie dziwi, że zamienił Lombardię na Andaluzję. Dziś Gómez przybył do Sevilli, aby przejść testy medyczne i podpisać kontrakt aż do 2024 roku, choć wcześniej pojawiały się informacje, że umowa z klubem z Estadio Sanchez Pizjuan będzie obowiązywać do końca sezonu 2022/23.

Zawodnik przyleciał prywatnym samolotem w towarzystwie swojego agenta Giuseppe Riso. Zanim Gomez udał się do Hiszpanii, Monci twardo negocjował warunki transferu. Relacje obu klubów są dobre, czego owocem były transfery Simona Kjaera oraz Luisa Muriela. Atalanta początkowo chciała otrzymać za Argentyńczyka dziesięć milionów euro, ale skończyło się na pięciu milionach euro podstawy plus trzech w zmiennych.

UNIKATOWY STYL

Obserwacja gry Argentyńczyka to prawdziwa przyjemność. Kontrastuje mocno z zawodnikami, działającymi w myśl ideologii futbolu na nie mam zdania. Papu lubi wejść w drybling, puścić piłkę między nogami obrońcy lub kopnąć piłkę obok rywala, by go po prostu obiec. Jak sam przyznaje, zdecydowanie lepiej czuje się, grając w środku, niż z boku boiska. Gra z głębi pola również nie jest mu obca i uczciwie trzeba przyznać, że w Sevilli brakowało takiego profilu piłkarza. Latem szeregi Sevilli opuścił Ever Banega, którego wiele osób słusznie nazywało wirtuozem decydującym o obliczu Sevilli. Jednak o ile to dwaj zupełnie inni piłkarze, o tyle Papu powinien rozwiązać problemy, które pojawiły się po odejściu Banegi. Latem do Sevilli, dołączył Ivan Rakitić, który miał wziąć na swoje barki ciężar kreowania akcji. Jednak forma Chorwata na przestrzeni sezonu 20/21 pozostawia wiele do życzenia. Brak Banegi mocno odczuł Lucas Ocampos, który znacząco obniżył loty. Co prawda gorszą grę Ocamposa rekompensował fanom Sevilli Suso, ale chodzi o to, by obaj grali na bardzo wysokim poziomie i niewykluczone, że Ocampos wróci na właściwe tory dzięki swojemu rodakowi.

Wejście do składu Papu Gomeza wymusi na środkowych pomocnikach przejęcie dodatkowej puli działań defensywnych. Fernando Reges, Ivan Rakitic, Oliver Torres, czy Joan Jordan prawdopodobnie będą mieli mniejszą swobodę działań. Jednak nie będzie to rewolucja, tylko część ewolucji niezbędnej do skutecznej gry na trzech frontach, którą zgodnie z zapowiedziami zarówno Monchiego, Lopeteguiego, jak i Jose Castro Sevilla ma uskuteczniać. Lopetegui wielokrotnie potrafił zaskoczyć swoimi pomysłami, więc nie powinien mieć większych problemów z zastosowaniem kilku modyfikacji w swojej układance.

TANCERZ

Papu tańczy pomiędzy defensorami na boisku, ale również poza boiskiem radzi sobie nie najgorzej. Gli Autogol, wraz z Dj Matrixem, zaproponowali Gomezowi udział w nagraniach do teledysku. Przedsięwzięcie okazało się wielkim sukcesem. Film na platformie YouTube wyświetlono ponad 45 000 000 razy. Piosenka została nagrodzona złotą płytą, a środki wygenerowane dzięki nagraniu zostały przekazane na cele charytatywne.

MAŁY WIELKI CZŁOWIEK

Gomez jest zaprzeczeniem tezy, że do gry na najwyższym poziomie potrzebny jest przynajmniej przeciętny wzrost. Mierzy zaledwie 165 cm i o ile ciężko, by wygrywał pojedynki główkowe, o tyle jego warunki sprzyjają osiąganiu przewagi w innych aspektach takich jak zwinność, czy start do piłki.

O ile jego relacja z Gasperinim pozostawiała wiele do życzenia, o tyle nie ma problemów z nawiązywaniem przyjaźni w szatni. Kiedy trafił do Catanii, niezbyt przejmował się brakiem znajomości języka włoskiego, ponieważ w zespole było dwóch Argentyńczyków, a z pozostałymi piłkarzami był w stanie się jakoś porozumiewać, nie używając przy tym szerokiego wachlarza włoskich słów. Dopiero po dwóch lat zdecydował, że warto rozpocząć naukę języka włoskiego na poważnie.

Kiedy trafił do Atalanty jego znajomość języka włoskiego była już na zadowalającym poziomie. Podczas kilku sezonów spędzonych w Bergamo zaprzyjaźnił się między innymi z Josipem Iliciciem. W 2020 Słoweniec zmagał się z depresją. W walce z tą paskudną chorobą pomagał mu Gomez. Podczas każdego z telewizyjnych wywiadów dawał do zrozumienia przyjacielowi, że może na niego liczyć i czuć się potrzebnym. Z ust Gomeza padły między innymi takie słowa: „Tęsknimy za nim, ale przede wszystkim za Josipem jako człowiekiem. To wspaniały przyjaciel, nieoceniony dla całej szatni”.

ARGENTYŃSKI KOCIOŁEK

Papu uwielbia kontakt z innymi ludźmi. Ze względu na atmosferę panującą w szatni Sevilli oraz andaluzyjski klimat nie powinien mieć problemów z szybką adaptacją. W Sevilli bez problemu znajdzie chętnych na asadas oraz yerbę. Choćby swoich rodaków Lucasa Ocamposa oraz Marcosa Acunię, którzy również gustują w tego typu atrakcjach i znają się dzięki zgrupowaniom reprezentacji Argentyny. Dobre relacje powinny przełożyć się na współpracę boiskową, która powinna zaowocować licznymi wymianami podań.

Otwarcie trzeba przyznać, że Papu nie ma łatwego charakteru. Jest wesołym i życzliwym człowiekiem, jednak bardzo lubi postawić na swoim. Jeżeli Lopetegui w kwestiach pozaboiskowych będzie w stanie nawiązać pozytywną więź, to transfer Papu śmiało będzie można określić mianem strzału w dziesiątkę, którą uwielbia Argentyńczyk miedzy innymi przez to, że właśnie z takim numerem występował jeden z jego idoli Juan Roman Riquelme. Jakością piłkarską z pewnością się obroni, więc pozostaje czekać, aż formalności związane z rejestracją gracza zostaną dopełnione i Papu będzie mógł pojawić się na boiskach LaLiga, którym z pewnością doda kolorytu.

PAWEŁ OŻÓG

Jak odśpiewać dwa hymny. Niecodzienne historie.

Chęć gry na wielkim turnieju, to marzenie wielu młodych piłkarzy. Reprezentowanie kraju to zaszczyt i duma, ale wielu zawodników decyduje się na zmianę barw narodowych. Dlaczego? Składa się na to wiele czynników. Federacje walczą o perspektywicznego piłkarza już od wieku juniora. Gwarancja reprezentowania kraju na wielkich turniejach i sięgania po trofea to marzenie każdego piłkarza od dziecka. Mamy też wiele przypadków polegających na tym, że zawodnik wybiera „na papierze” gorszą reprezentację, żeby móc usłyszeć hymn prosto z murawy. Piłkarze często odkopują drzewo genealogiczne, żeby potwierdzić powiązanie dziadków z terytorium danej federacji. Naturalizowanie piłkarzy to temat znany już od wieków, ale czy znacie przypadki, gdzie zawodnik reprezentował dwie seniorskie reprezentacje? Nie mowa tu o przypadkach z dalekiej przeszłości tj. Michel Platini, czy Alfredo Di Stefano. Mowa tu o piłkarzach, których w dalszym ciągu możemy podziwiać w telewizji. Wolno nazwać tych zawodników wyjątkowymi, ponieważ jest to bardzo wąskie grono.

Declan Rice (3 występy dla Irlandii i 13 występów dla Anglii)


Utalentowany piłkarz West Ham United od najmłodszych lat stał przed trudnym wyborem. Declan był pesymistą i uważał, że w dalekiej przyszłości nie będzie otrzymywał powołania od selekcjonera reprezentacji Anglii. Dziadkowie Rice pochodzili z Corku, a piłkarz poważnie zastanawiał się nad reprezentowaniem Irlandii. Niepewność młodego piłkarza bardzo szybko wykorzystali trenerzy juniorskich reprezentacji „Zielonej Armii”. Piął się po szczeblach kariery, aż w końcu przełomowym rokiem okazał się 2017, kiedy zawodnik wszedł w wiek dorosłości. Rice otrzymał nagrodę dla najlepszego piłkarza młodego pokolenia w Irlandii i zadebiutował w Premier League. Wtedy zaczęli zwracać uwagę na niego Anglicy. Declan otrzymywał coraz więcej minut w seniorskiej drużynie West Hamu, aż w końcu otrzymał powołanie do dorosłej reprezentacji Irlandii. Zadebiutował 23 marca 2018 roku w spotkaniu z Turcją.

Pod wodzą Martin O’Nelia wystąpił w trzech meczach. Z uwagi na rozwój, piłkarz zaczął poważnie zastanawiać się, czy podjął słuszny wybór. Anglicy szybko rozpoczęli podchody pod młodego piłkarza. Obie reprezentacje walczyły o usługi Declana. Irlandczycy oferowali opaskę kapitana na samym wstępie i budowę reprezentacji wokół jego osoby, natomiast Anglicy oferowali udział na wielkich turniejach i sukcesy. 13 lutego 2019 roku ogłosił, że w niedalekiej przyszłości będzie reprezentantem „dumnych synów Albionu”, a już niecały miesiąc później FIFA potwierdziła jego zmianę lojalności. 13 marca otrzymał powołanie od Garetha Southgate na mecze eliminacyjne do Euro 2020. We wrześniu 2019 roku piłkarz wyjawiał, że otrzymywał internetowe groźby śmierci po zmianie narodowych barw. 18 listopada 2020 zdobył pierwszą bramkę dla Anglii, w spotkaniu Ligi Narodów przeciwko Islandii. Declan Rice był pierwszym piłkarzem, który grał dla obu tych samych krajów, od czasu Jacka Reynoldsa w 1890 roku.

Nacer Chadli (1 występ dla Maroka i 61 występów dla Belgii)


Piłkarz urodził się w Belgii, ale od małego posiadał już dwa obywatelstwa. Tato piłkarza bowiem urodził się w Maroko. Po znakomitym sezonie w belgijskim Apeldoorn zawodnik przeniósł się do Twente. Wtedy na piłkarza zwrócił uwagę Eric Gerets, ówczesny selekcjoner Maroka. Eric skontaktował się z Nacerem, który nie zastanawiając się długo, przyjął propozycję i otrzymał wkrótce powołanie. Chadli nigdy nie występował w reprezentacjach juniorskich, zawsze był odprawiany z kwitkiem przez belgijskich trenerów młodzieżowych. 17 listopada 2010 wystąpił w towarzyskim meczu między Marokiem a Irlandią Północną. Był wyróżniającą się postacią w tym spotkaniu, a kibice „lwów atlasu” zacierali ręce, że udało im się wyciągnąć perełkę. Dwa miesiące później Chadli ogłosił zamiar reprezentowania Belgii na arenie międzynarodowej. FIFA zaakceptowała apelację piłkarza, ponieważ Nacer nie wystąpił w oficjalnym meczu reprezentacji Maroka. Chadli bardzo szybko otrzymał szansę reprezentowania Belgii, ponieważ 9 lutego 2011 roku zadebiutował w spotkaniu z Finlandią. Belg od zawsze był solidnym i wszechstronnym piłkarzem, a jego bramkę na Mistrzostwach Świata w 2018 roku z Japonią w doliczonym czasie gry, Belgowie zapamiętają na długie lata.

Mario Fernandes (1 występ dla Brazylii i 25 występów dla Rosji)


O tym piłkarzu powinna w przyszłości powstać książka. Przed przeprowadzką do CSKA borykał się z alkoholizmem i nie przestrzegał diety. Sam Mario wypowiadał się, że w tamtym okresie wyglądał jak wrak człowieka i do tego zdarzało mu się przychodzić na trening pijanym. Piłkarz przeszedł trudną drogę w karierze, ale w tamtym okresie spełniły się jego marzenia. W 2011 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na mecz towarzyski z Argentyną. Ostatecznie szkoleniowiec kadry nie mógł skorzystać z usług piłkarza, ponieważ spóźnił się na samolot, gdyż dzień wcześniej był na imprezie zakrapianej alkoholem. Za ten wybryk otrzymał zakaz powołań do reprezentacji na 3 lata. Po upływie tego czasu otrzymał drugą szansę. Po mundialu w 2014 roku trener Dunga wietrzył szatnię i sprawdzał nowych piłkarzy. Mario Fernandes rozegrał 45 minut w towarzyskim spotkaniu z Japonią. Brazylijczyk występował w CSKA Moskwa od 2012 roku i po upływie 4 lat mógł ubiegać się o obywatelstwo Rosyjskie. Na mocy dekretu prezydenckiego Władimira Putina otrzymał prawo do reprezentowania Rosji na arenie międzynarodowej. Mario z marszu otrzymywał powołania od Stanisława Czerczesowa i był jednym z pewniaków na udział w Mistrzostwach Świata 2018 organizowanych przez Rosję. W ćwierćfinałowym starciu z Chorwacją zdobył bramkę na 2:2 w dogrywce, ale przestrzelił rzut karny w serii „11”. Mario Fernandes obiecał, że jak najszybciej nauczy się języka rosyjskiego i hymnu narodowego, jednak lata mijają, a piłkarz nadal nie spełnił obietnic.

Diego Costa (2 występy dla Brazylii i 24 występy dla Hiszpanii)


Najbardziej znany przykład w ostatnich latach. Diego Costa urodził się w Brazylii i tam stawiał pierwsze kroki w karierze piłkarskiej. Do Hiszpanii trafił w 2007 roku, kiedy Atletico postanowiło ściągnąć utalentowanego młodego piłkarza. Diego nie miał łatwych początków, tułał się po wypożyczeniach, żeby po kilku latach być podstawowym piłkarzem klubu z Madrytu i królem strzelców ligi. 5 marca 2013 roku otrzymał powołanie na towarzyskie mecze reprezentacji Brazylii z Włochami i Rosją. Diego wystąpił w obu spotkaniach, ale nie otrzymał satysfakcjonującej liczby minut. We wrześniu 2013 roku piłkarska federacja Hiszpanii wystosowała oficjalną prośbę do FIFY o pozwolenie na zmianę barw i reprezentowaniu Hiszpanii przez Diego Coste.

Apelacja została zaakceptowana, ponieważ piłkarz zagrał tylko w meczach towarzyskich. 29 października 2013 roku piłkarz zadeklarował, że będzie nosił dumnie koszulkę La Roji, wysyłając pismo do Brazylijskiej federacji piłkarskiej. Kibice tamtejszej reprezentacji byli wściekli, a Luiz Felipe Scolari powiedział, że „Brazylijczyk, który odmawia noszenia koszulki reprezentacji Brazylii i wzięcia udziału w Mistrzostwach Świata w Twoim kraju, zostaje automatycznie wycofany. Odwraca się od marzeń milionów piłkarzy, by reprezentować naszą reprezentację, pięciokrotnych mistrzów świata w Brazylii”. W zbliżających się Mistrzostwach Świata w Brazylii ich były reprezentant i wielka nadzieja na problemy ofensywne, będzie grać dla Hiszpanii. 28 lutego 2014 roku Vincente del Bosque dał szansę zadebiutować Diego w nowej reprezentacji. Costa został powołany na mundial, ale nie może wspominać tego turnieju udanie, gdyż Hiszpanie jako obrońcy tytułu nie wyszli z grupy, a Brazylijscy kibice uprzykrzali życie na każdym kroku piłkarzowi. Ten przykład potwierdza, że Diego piłkarzem był nie tylko kontrowersyjny na boisku, ale także poza nim. Costa nie potrafił udanie zastąpić w reprezentacji Davida Villi, ale zarzeka się, że nie żałuje podjętej decyzji kilka lat temu.

Wilfried Zaha (2 występy dla Anglii i 18 występów dla Wybrzeża Kości Słoniowej)


Piłkarz miał podwójne obywatelstwo. Jego rodzice byli Iworyjczykami, ale na co dzień mieszkali w Anglii. Wychowanek Crystal Palace od najmłodszych lat wyróżniał się szybkością, dryblingiem i nieprzewidywalnymi zagraniami. W lutym 2011 roku wystąpił w spotkaniu z Niemcami do lat 19. Zaha już rok później był podstawowym piłkarzem i zarazem najlepszym w kadrze do lat 21, co zaowocowało powołaniem przez Roya Hodgsona do seniorskiej reprezentacji Anglii w listopadzie 2012 roku. Zadebiutował w meczu towarzyskim ze Szwecją, kiedy pod koniec spotkania zmienił Raheema Sterlinga. Chwilę później o transfer Wilfrieda mocno zabiegał Sir Alex Ferguson, który widział w nim następcę Cristiano Ronaldo. Po przejściu do „Czerwonych Diabłów” Zaha nie przypominał siebie.

Do dziś kibice MU uważają, że był jednym z większych niewypałów. Po kilku wypożyczeniach w 2015 roku wrócił do Crystal Palace, gdzie znów zaczął czarować, jak za dawnych czasów. W dniu 27 listopada 2016 roku Federacja Piłki Nożnej Wybrzeża Kości Słoniowej potwierdziła, że sam piłkarz jest zainteresowany reprezentowaniem kraju. FIFA zaakceptowała prośbę piłkarza. Anglicy walczyli do samego końca, żeby przekonać Zahe, ale w styczniu 2017 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Wybrzeża na Puchar Narodów Afryki. Debiut w nowej reprezentacji zaliczył przeciwko Szwecji, na dzień dobry częstując Giovanniego Sio asystą. Trzy dni później w meczu z Ugandą strzelił pierwszą bramkę. Piłkarz rozkochał w sobie kraj, a do dziś Roy Hodgson pluje sobie w brodę, że nie dał zagrać Wilfriedowi w oficjalnym spotkaniu reprezentacji Anglii, wypuszczając talent z rąk. Aktualnie razem z trenerem pracują w Crystal Palace.

Franco Vazquez (2 występy dla Włochów i 3 występy dla Argentyny)


Piłkarz posiadał dwa paszporty, ponieważ jego ojciec pochodził z Argentyny, a matka była Włoszką. W przeszłości wielu piłkarzy zmieniało kraj z Ameryki Południowej na Italię, ale tutaj ruch poszedł w odwrotną stronę. W młodości nie wyróżniał się na tyle, żeby otrzymywać powołania do młodzieżowych reprezentacji Argentyny, ale zapracował sobie, żeby w 2012 roku trafić do Palermo. Ciężka praca i dobre występy w Serie A zwróciły uwagę Antonio Conte, który był selekcjonerem reprezentacji Włoch. Vazquez oświadczył, że nie jest pewny czy przyjąć ewentualne powołanie. W styczniu 2015 roku jednak wyraził chęć gry dla reprezentacji Italii, otwarcie mówiąc, że w kadrze „Albiceleste” jest zbyt wielka rywalizacja na jego pozycji. 21 marca 2015 roku przyjął powołanie od Antonio Conte, który został skrytykowany przez kibiców, że daje szansę naturalizowanym Włochom tj. Franco Vazquez oraz Eder.

Za Franco wstawił się sam Mauro Camoransesi, piłkarz urodzony w Argentynie, który borykał się z identyczną krytyką. Conte walczył do samego końca z negatywną opinią publiczną w Italii, który sprzeciwiała się jego powołaniom. Vazquez zadebiutował w reprezentacji 31 marca 2015 roku w meczu towarzyskim z Anglią zmieniając Edera, co było kontrowersyjnym ruchem, ale jak sam ówczesny selekcjoner twierdzi – przypadkowym. 16 czerwca wystąpił jeszcze w spotkaniu towarzyskim z Portugalią. Przed sezonem 2015/16 Franco Vazquez trafił do Sevilli. Krótko po tym zadeklarował chęć reprezentowania swojego kraju urodzenia – Argentyny. FIFA znów zaakceptowała prośbę piłkarza, gdyż nie wystąpił w oficjalnym spotkaniu dla reprezentacji Włoch. 7 września 2018 roku Franco zadebiutował w kadrze „Albiceleste” w towarzyskim spotkaniu z Gwatemalą. Vazquez wywołał niemałą burzę swoimi decyzjami i słowami. Był niemiło traktowany kiedy reprezentował Włochy, jak i Argentynę. Piłkarz na co dzień nadal reprezentuje Seville, ale mówi się o przejściu do Parmy. Kibice crociatich nie są zadowoleni z takich plotek transferowych.

Thiago Motta (2 występy dla Brazylii i 30 występów dla Włochów)


Jedyny w tym zestawieniu zawodnik na emeryturze. Piłkarz urodził się w Brazylii. Już w wieku 17 lat przeniósł się do Barcelony. Pierwsze kroki stawiał w drugiej drużynie „Blaugrany”, ale już w 2001 roku zadebiutował w seniorskim zespole. Motta otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na turniej COCNCACAF 2003. Thiago zagrał w dwóch spotkaniach, wchodząc z ławki. Więcej nie otrzymywał powołania do reprezentacji Canarinhos, ponieważ w 2004 roku wyraził chęć gry w zespole Italii. Było to możliwe, gdyż dziadek ze strony ojca był Włochem.

FIFA dopiero po kilku latach zaakceptowała apel piłkarza. W dniu 6 lutego 2011 roku założył koszulkę azzurich i zadebiutował w towarzyskim meczu z Niemcami zmieniając w 63 minucie Alberto Aquilanego. Motta znalazł się w kadrze na Euro 2012. Wystąpił we wszystkich spotkaniach, ale w finałowym starciu z Hiszpanią musiał opuścić boisko z powodu kontuzji, przez co Włosi grali w osłabieniu, gdyż wykorzystali limit zmian. Dwa lata później pojechał na mundial do Brazylii i w wieku 32 lat zadebiutował na Mistrzostwach Świata w kraju, gdzie się wychował. Spełnił swoje marzenia. Piłkarz wywołał niemałą aferę w mediach przed Euro 2016. Kiedy kibice dowiedzieli się, że Motta będzie występował z numerem „10” wylała się fala hejtu i braku poszanowania wyjątkowemu numerowi. Za piłkarzem wstawił się Daniele De Rossi, twierdząc, że: „ci, którzy żartowali z tego, po prostu niewiele wiedzą o piłce nożnej. Może nie jest typową 10, jak Baggio czy Totti, ale technicznie rzecz biorąc, jest mistrzem”. Thiago po zakończeniu kariery wziął się za „trenerką”. W październiku 2019 roku został trenerem Genoi, nie kończąc nawet kursu trenerskiego. Motta wywołał kolejną burzę swoimi pomysłami taktycznymi. Stwierdził, że jego przyszłe drużyny będą grały w ustawieniu 2-7-2.

Geoffrey Kondogbia (5 występów dla Francji i 4 występy dla Republiki Środkowoafrykańskiej)


Geoffrey urodził się we Francji, ale jego ojciec pochodził się Republiki Środkowoafrykańskiej. W wieku 11 lat zapisał się do szkółki Lens. Już w młodzieńczych latach wyróżniał się umiejętnościami i fizycznością, przez co otrzymywał powołania do młodzieżowych reprezentacji trójkolorowych. Francuzi wiązali z piłkarzem ogromne nadzieje. W wieku 19 lat sięgnęła po niego Sevilla, płacąc 3 mln euro. 14 sierpnia 2013 roku zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Francji w meczu towarzyskim przeciwko Turcji. Zawodnik wystąpił jeszcze 4-krotnie, otrzymując szansę w spotkaniach towarzyskich w 2015 roku. Zahamowanie rozwoju i złe wybory przyczyniły się do mniejszego zainteresowania przez selekcjonera trójkolorowych – Didiera Deschampesa.

W 2017 roku wyraził chęć gry dla Republiki Środkowoafrykańskiej, składając wniosek do FIFY. Po roku otrzymał pozwolenie na reprezentowanie nowego kraju. Do tego wyboru przyczynił się brat Evans, który już od wielu lat jest reprezentantem tego kraju. 12 października 2018 roku zadebiutował Geoffrey w reprezentacji Republiki Środkowoafrykańskiej, otrzymując już w pierwszym spotkaniu opaskę kapitana. Kondogbia na co dzień występuje w Atletico Madryt, ale nie potrafi przekonać do siebie Diego Simeone, który daje bardzo mało szans na wykazanie się piłkarzowi.

W całej historii było więcej takich przypadków, ale w ostatnich latach niewiele. W ostatnim czasie wielu zawodników decyduje się na grę dla Kosowa, gdyż kraj nie tak dawno uzyskał niepodległość i został włączony do struktur FIFA. Nie jest tak łatwo ubiegać się o zmianę barw narodowych, międzynarodowa federacja piłki nożnej niechętnie akceptuje wnioski w tej sprawie. Wyżej wymienionych można opisać tymi niezwykłymi szczęściarzami.

KACPER KARPOWICZ

Jakub Moder. Niech przygoda się zacznie!


Eksport naszych młodych piłkarzy do lig zagranicznych to zjawisko nagminne. Niegdyś wyjeżdżali najlepsi, dziś złośliwi mogą twierdzić, że wystarczy kopnąć kilka razy piłkę na boiskach naszej Ekstraklasy, by zapracować na zagraniczny transfer. Patrząc na masowość przeprowadzek trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na polskim podwórku nikogo już nie dziwią zagraniczne transakcje opiewające na kwoty 2 czy 3 mln euro. Zwykła codzienność.

Kilka miesięcy temu doszło jednak do dużego wydarzenia. Lech wygrał korespondencyjny pojedynkę z Legią i sprzedał swojego piłkarza za kwotę wyższą niż 10 mln euro (dokładnie 11). Bohater transferu, Jakub Moder, za chwilę zacznie przygodę w angielskiej Premier League. Chłopak już jakiś czas temu dołączył do nowych kolegów z Brighton, a jego debiut zdaje się być na wyciągnięcie ręki. I wiecie co? To będzie piękna kariera. Jestem o tym niemal przekonany.

Oczywiście, sceptycyzm w tym wypadku zdaje się bardziej uzasadniony niż moje optymistyczne stwierdzenie. Anglię miał już przecież podbić Kapustka, we Włoszech liczyliśmy na dobre występy Żurkowskiego, a Pawłowski miał robić furorę w Hiszpanii. Przypadki można mnożyć. Mimo wszystko mam nieodparte wrażenie, że żaden z powyższych – ani też pozostałych przykładów – nie do końca można zestawić z obecną sytuacją Modera. Tutaj wszystko wydaje się mieć ręce i nogi.

PO PIERWSZE: KONKURENCJA W ZESPOLE

Pod tym względem były zawodnik Lecha nie rzucił się na głęboką wodę. Oczywiście, trafił do prawdopodobnie najsilniejszej ligi na świecie, ale jeśli chodzi o klub, to jest to raczej średniak. I to z problemami. Jeśli spojrzymy na środek pola Brighton to mamy tu takich piłkarzy jak: Bissouma, Propper, Gross, Alzate, Mac Alisster, Tau i Lallana.

Nazwiska nie powalają, prawda? Jedynym piłkarzem z tego grona, któremu już teraz wróżę dużą karierę, jest pierwszy z nich, ostatni brzmi fajnie, ale najlepsze lata ma za sobą. A reszta? Co najwyżej solidni ligowcy. Dodatkowym plusem jest fakt, że zespół Grahama Pottera preferuje system 3-5-2, co tworzy trzy miejsca dla nominalnych środkowych pomocników o rozmaitej specyfice. Ten aspekt połączony ze wspomnianą wcześniej niezbyt wymagającą konkurencją daje Polakowi olbrzymie szanse na regularną grę. A przecież od tego właśnie trzeba zacząć.

PO DRUGIE: KWOTA TRANSFERU

11 mln euro to w dzisiejszym futbolu żadna fortuna. Ale trochę wacików za to by było. Umówmy się, Brighton to nie jest klub, który szasta pieniędzmi. Największy transfer w ich dziejach opiewa na kwotę 22 mln euro, a Moder ze „swoją” przeszło dyszką to numer 9 w jego historii. Takiego piłkarza kupuje się po to, by grał i nie robi się tego bez odpowiedniego researchu (no, chyba że pracujesz na Camp Nou). Można spokojnie założyć, że zanim Polak trafił na AMEX, to skauci tego klubu dowiedzieli się o nim absolutnie wszystkiego. Biorąc pod uwagę to całe rozpoznanie i sumę, jaką musiały wyłożyć „Mewy”, to Moder może liczyć na konsekwentne stawianie na jego osobę. Nikt nie skreśli go za jedno czy drugie niepowodzenie. On ma być przyszłością klubu.

PO TRZECIE: MENTALNOŚĆ

Ale w zasadzie czemu w ogóle mielibyśmy zakładać jakieś problemy? Bo nie udźwignie presji? Wojtek Szczęsny w jednym z ostatnich odcinkach Foot Trucka mówi o Moderze:


„To top! Mam o nim lepszą opinię niż ktokolwiek inny w polskiej piłce (…) Ma przede wszystkim jaja. Jest oczywiście bardzo dobrze wyszkolony technicznie i bardzo dobry fizycznie, ale ma też niesamowity charakter. (…) Pierwszy moment, w którym go zauważyłem – bo nie ukrywam, że wcześniej nie wiedziałem kto to w ogóle jest – był podczas gierki na treningu Reprezentacji. Mam piłkę przy nodze, szukam gry i nagle słyszę >>Wojtek!!!<<, pomyślałem sobie >>Kim jest ten młody? ?<< Ale spodobało mi się to. Podałem mu piłkę, a on sobie jeszcze oczywiście z nią poradził”.

I o to właśnie chodzi! Zresztą, czytając i oglądając wywiady z byłym piłkarzem Lecha, maluje nam się obraz pewnego siebie, ale twardo stąpającego po ziemi chłopaka. Poza tym udane występy Polaka w spotkaniach może nie najwyższego, ale sporego ciężaru pokazały, że Moder nie pęka na robocie. W reprezentacyjnym meczu z Włochami był jednym z najlepszych na boisku, grał swoje w spotkaniach eliminacyjnych do Ligi Europy, a i pierwszy, najbardziej prestiżowy mecz z Benficą – już w samych rozgrywkach – może zapisać sobie na plus. Nikt przecież nie mówi, że musi on od razu ciągnąć swój nowy zespół w meczach z Liverpoolem czy City. Ale dlaczego miałby nie domagać się piłki w starciach z Newcastle czy Crystal Palace?

PO CZWARTE: STYL GRY

A grając w Brighton, możesz mieć pewność, że będziesz miał ją przy nodze częściej niż w wypadku gry w WBA czy Burnley. Mało tego! Ponad połowa ligi ma niższy procent posiadania futbolówki niż Brighton. I świetnie. Lechowi jako klubowi można sporo zarzucić, ale należy też przyznać, że zespół z Poznania to taki, który lubi „grać piłką”. Młodzi chłopcy wywodzący się z akademii Kolejorza to zawodnicy, którzy swobodnie nią operują, a zamiast patrzeć pod nogi, umiejętnie skanują przestrzeń w poszukiwaniu partnerów. Graham Potter lubi takich piłkarzy. Zresztą, szkoleniowiec ten trafił do Brighton właśnie po to, by poprawić styl zespołu, gdyż właściciel klubu stawia na efektowny futbol i jest on dla niego ważny niemal tam samo jak wyniki. To naturalne środowiska dla Modera…

ŻRÓDŁO: WHOSCORED.COM

PO PIĄTE: UMIEJĘTNOŚCI

…który ma to wszystko, o czym pisałem powyżej. Luz w prowadzeniu piłki, świetny przegląd pola, doskonały cross, a także stałe fragmenty gry. Polak ma jeszcze coś i jest to cecha unikatowa. Strzał z dystansu, zarówno lewą, jak i prawą nogą. Czasem są to uderzenia techniczne, innym razem bomby rozrywające siatkę. Repertuar jest naprawdę szeroki. Oprócz walorów ofensywnych pomocnik dokłada do tego również grę w defensywie. To wszystko sprawia, że nie powinniśmy obawiać się, że Moder będzie odstawał piłkarsko. Taktycznie też na pewno nie, bo jednak akademia Lecha to stempel pewnej jakości.

ALE…

Bo przecież bez wątpliwości się nie obędzie.
Czy to na pewno dobry wybór? Brighton jest obecnie na dopiero 16 miejscu w tabeli Premier League, a od grupy spadkowej dzieli ich zaledwie kilka punktów. A przecież wolelibyśmy, by Moder do Championship nie spadał. Tu byłbym jednak spokojny. Jeśli spojrzeć na takie statystyki jak posiadanie piłki, wykreowane sytuacje, czy strzały na bramkę, to „Mewy” w każdym z tych parametrów znajdują się mniej więcej w środku stawki. Fani Łony być może powiedzą, że „to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”, ale ja mam przekonanie, że posiadanie stylu i określona jakość obroni się w dłuższej perspektywie. W Anglii jest co najmniej kilka zespołów słabszych niż Brighton.

Czy końcówka roku w wykonaniu Modera, nie powinna nas nie zaniepokoić? Oczywiście, w ostatnich miesiącach zawodnik Lecha był cieniem tego, który zachwycał nas w okresie, o którym wspominam wcześniej. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że mówimy tu o 19-letnim chłopaku, który w krótkim czasie zaliczył przeskok z rezerw Lecha do jego pierwszego składu, zadebiutował w Reprezentacji Polski, zagrał z Benficą czy Rangersami, a także podpisał kontrakt z klubem topowej ligi świata. Sporo jak na nastolatka, który jeszcze nie dawno łapał szlify w pierwszoligowej Odrze Opole. Jeśli do tego dodamy nieprzyzwoicie dużą liczbę minut, jakie rozegrał Moder w sezonie 20/21 (dokładnie 2303 minuty), to mamy obraz chłopaka wyeksploatowanego do granic możliwości. Jeśli chodzi o polskich piłkarzy z pola, którzy grali od niego częściej, to są to tylko Kędziora, Jóźwiak, Puchacz, Helik i Rybus. I zanim zjawi się ktoś, kto stwierdzi „ale jak to, przecież on idzie do ligi gdzie gra się najwięcej i najciężej” to uspokajam, że takie postawienie sprawy to czysty populizm. Żaden piłkarz Brighton nie nastukał w kampanii 20/21 tyle minut co Moder. Najbardziej zapracowanym zawodnikiem „Mew” jest na ten moment Webster, który ma na liczniku zaledwie 1740 minut. Tak więc różnica jest spora.

Podsumowując, Moder ma wszystko by pokazać się z dobrej strony w Premier League, a argumenty przeciw temu wydają mi się mniej solidne, niż te popierające tę tezę. Oczywiście, piłka nożna to sport nieprzewidywalny. Nigdy nie możemy mieć 100% przekonania, że dane założenie jest trafne. Mimo wszystko Polak daje spore nadzieje na to, że na naszym podwórku pojawił się kolejny nasz rodak, który pokaże światu, że w Polsce też potrafią grać w piłkę. Trzymamy kciuki!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem

Gdy w 1973 roku Henry Kissinger otrzymywał wraz z Wietnamczykiem Lê Đức Thọ pokojową Nagrodę Nobla, wzbudziło to nie lada kontrowersje. Dwóch członków komitetu przyznającego to wyróżnienie, zrezygnowało z dalszego zasiadania w tym elitarnym gremium. Kissingera ciężko było uznawać za człowieka kryształowo czystego, gołąbka pokoju niosącego światu powszechny dobrostan. Przez lwią część opinii publicznej był uważany raczej za anioła śmierci lub co najmniej jego asystenta. Obwiniano go, chociażby o udział w obaleniu demokratycznego rządu Salvadora Allende w konsekwencji czego w Chile zaczął rządzić Augusto Pinochet. Poza brudną polityczną grą Kissinger miał jeszcze jedną pasję. Od najmłodszych lat był fanem piłki nożnej. Prześledźmy sobie powiązania Amerykanina z naszym ukochanym sportem.

Czytaj dalej „Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem”

Ostatni bastion Rzymu – historia Lorenzo Pellegriniego

Derby della Capitale. Historia ponad 150 pojedynków napisana piórem Francesco Tottiego, Dino Da Costy, ale również Luisa Alberto, Ciro Immobile, czy Edina Džeko. Mecz owiany specyficzną aurą, którego atmosfery nie zepsuł nawet brak kibiców na trybunach. W zeszłotygodniowym starciu również nie zabrakło emocji, choć spotkanie to było bardzo jednostronne. Co, jeżeli jednak powiem, że walkę o Rzym stoczył w piątkowy wieczór tylko jeden Rzymianin?

„Muzyka jest najważniejszą rzeczą w moim życiu, więc pisząc ten utwór, musiałem jej oddać należyty szacunek. Kiedy Juve poprosiło mnie, żebym napisał nowy hymn klubu, pomyślałem, że to żart i nie ukrywam, że na początku czułem się zakłopotany. Tworzyłem go kilka miesięcy. Nie chciałem robić tej piosenki z marszu. Nie mogłem przecież nikogo zawieść”.

Od 2005 roku utwór „Juve, storia di un grande amore” jest oficjalnym hymnem Juventusu. Od tego czasu śpiewany jest przed każdym domowym meczem Starej Damy. Jego autorem jest Paolo Belli – piosenkarz, prezenter telewizyjny, a przede wszystkim wielki fan Bianconerich. Nie trudno się domyślić, że to do niego należy przytoczony cytat. 16 lat temu dostał on za zadanie skomponowanie hymnu Juve zupełnie od zera. Nie było to standardowe rozwiązanie, zazwyczaj hymnami drużyn piłkarskich zostają przecież piosenki powstałe dużo wcześniej. Dedykowany utwór osiągnął jednak wielki sukces. Być może dlatego, że płynie z niego proste przesłanie – kocham swój klub nad życie. Pod tą frazą dzisiejszy bohater podpisałby sę obiema rękami, choć jego serce już dawno pomalowano na żółto i czerwono, a nie na biało i czarno ja w przypadku Belliego. Poznajcie historię Lorenzo Pellegriniego.

„Doskonale pamiętam moment, kiedy dotarł do domu list, w którym napisano, że przyjęto mnie do akademii Romy. Przez dwa lub trzy dni nie robiłem nic, tylko patrzyłem na kopertę i nie mogłem w to uwierzyć. To było spełnienie moich marzeń.”

DZIECKO WIECZNEGO MIASTA


Lorenzo Pellegrini urodził się 19 czerwca 1996 roku, rzecz jasna w Rzymie. Patrząc na jego zdjęcia z młodości, można stwierdzić, że na świat przyszedł z charakterystyczną, ciemną grzywką, z piłką pod pachą i koszulką Romy. Każdą z tych rzeczy odziedziczył po ojcu – Toni o Pellegrinim, który co prawda nigdy nie przebił się do świata wielkie piłki, ale odnalazł swoje miejsce w niższych, półprofesjonalnych ligach. Nie tylko zaraził on potomka miłością do Calcio, ale pielęgnował ją mimo licznych przeciwności losu. Świadoma rodzina to podstawa. Fundament, na którym od najmłodszych lat można budować swoją własną, niepowtarzalną historię. To nie przypadek, że Leo Messi każdą ze swoich bramek dedykuje babci, która zaprowadziła niesfornego chłopca na pierwszy trening do jednej ze szkółek w Rosario. Mentalność Pellegriniego jest podobna, każdy kolejny występ dedykuje bowiem swojej rodzinie. Doskonale wie, że wychodząc na boisko w koszulce Romy, nie może nikogo zawieść. Dokładnie tak jak Belli, podczas tworzenia hymnu Juve.

Tak więc to ojciec zapoczątkował w małym, bystrym chłopcu pasję do sportu. W wieku pięciu lat zabrał go na pierwszy mecz Romy, został jego pierwszym trenerem i kupował mu… masę saszetek z naklejkami Panini, w których mały piłkarz szukał tylko jednej, z podobizną swojego Idola – Francesco Tottiego. Jego najważniejszą decyzją było jednak zejście na dalszy plan w odpowiednim momencie kariery chłopca. Wiedział, że podczas zabaw przed domem nie stanowi dla syna żadnej rywalizacji. Kilkunastoletni chłopiec przewyższał go umiejętnościami, bezczelnie kiwając i ćwicząc na nim wymyślne zwody. Wkrótce ten sam chłopiec wylądował w klubie swoich marzeń, a na twarzy Tonino Pellegriniego pojawił się wyrazisty uśmiech. Udało się – pomyślał, ocierając łzę subtelnie płynącą po policzku.

WRÓCIĆ SILNIEJSZYM


Lorenzo zawsze był niezwykle przebojowym nastolatkiem. Najwyższy ze wszystkich kolegów, wiecznie uśmiechnięty, zawsze najlepszy na boisku. Gdy na jego twarzy pojawiał się smutek, wszyscy wokoło wiedzieli, że dzieje się coś złego. Być może taka niepozorna reakcja otoczenia uratowała jego karierę.
Ośrodek treningowy AS Romy. Grupa juniorów wykonuje stały zestaw ćwiczeń. Po chwili trenerzy zauważają jednak, że od grupy znacząco odstaje jeden z zawodników. Co więcej, był to ten, którego cenili najbardziej – namaszczony przez samego Francesco Tottiego Lorenzo Pellegrini. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Chłopak od jakiegoś czasu miewał problemy z wydolnością, ale tym razem dosłownie słaniał się na nogach. To nie był normalny widok.
Młodemu zawodnikowi natychmiast przeprowadzono zestaw badań. Godziny spędzone w poczekalni szpitala dłużyły się jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł wyrok – arytmia. Jedno z powikłań po przebytej wcześniej Mononukleozie. Wkrótce okazało się jednak, że to, co miało pokrzyżować jego marzenia o wielkiej piłce, jedynie je spotęgowało. Chłopiec natychmias postanowił, że wróci na boisko tak szybko, jak to tylko możliwe. Postanowienia dotrzymał. Po kilku miesiącach wrócił do gry w Primaverze, a nawet zadebiutował w pierwszym zespole. Najważniejsze jednak, że po przebytej chorobie nie zostało ani śladu.

KATHARSIS NA MAPEI STADIUM


W ostatnich latach Sassuolo służy za prawdziwą trampolinę do poważnego futbolu. Od sezonu 2015/16 klub ten sprzedał aż 11 zawodników za ponad 10 milionów euro. Matteo Politano, Stefano Sensi, Merih Demiral, Francesco Acerbi. To tylko kilka przykładów piłkarzy wypromowanych przez Neroverdich. Od kilku dobrych lat Sassuolo puka także do drzwi z pozłacanym napisem „Europejskie puchary”. Raz zostały one dla nich otwarte. Było to w sezonie 16/17, kiedy trzon zespołu tworzyli piłkarze tacy jak wspomniany Acerbi, wierny klubowi Domenico Berardi, czy… właśnie Lorenzo Pellegrini. 30 minut spotkania w debiucie z Ceseną nie przekonało trenera Rudiego Garcii do jego osoby. Aby dalej się rozwijać, musiał więc zmienić otoczenie. Wybrał Sassuolo. Już po kilku miesiącach wiedział, że nie mógł trafić lepiej. W barwach Neroverdich rozegrał dwa udane sezony. W czarno-zielonej koszulce rozegrał 54 spotkania, w których strzelił 11 bramek i zanotował 8 asyst. Liczby z Primavery (57 spotkań, 13 bramek) przełożył na Serie A, a to nie lada wyczyn. Wkrótce ponownie upomniała się o niego Roma. Jego powrót do domu był wart 10 milionów euro.

KURIER Z GŁOWĄ W CHMURACH


Lorenzo Pellegrini to jeden z tych piłkarzy, który nie posiada jednej dominującej cechy. Jeżeli miałbym jednak wskazać jego największą zaletę, powiedziałbym, że jest to znakomicie rozwinięta wizja gry. Jego znak firmowy to skanowanie boiska z głową uniesioną w górze. Niby nic specjalnego, ale taka umiejętność jest dość rzadko spotykana w świecie futbolowych indywidualistów, patrzących jedynie pod własne nogi. Jego niekonwencjonalne podania przypominają fanom Romy o Miralemie Pjaniciu, zdolności przywódcze o Daniele De Rossim, a dobre wykończenie o Francesco Tottim (z zachowaniem odpowiednich proporcji). Najlepiej jego grę obrazują jednak statystyki. Lorenzo jest czwartym zawodnikiem ligi pod względem stworzonych sytuacji strzeleckich (9), ósmym pod względem średniej kluczowych podań (1,9 na spotkanie), jednocześnie zajmując dopiero 96 miejsce pod względem celnych podań na mecz (średnio 31,8 na spotkanie). Wynika to z faktu, że jego praca ma w tym sezonie nieco inną specyfikę. Lorenzo dużo biega bez piłki, skanuje boisko i szuka przestrzeni. W tym sezonie show zabiera mu pewien sympatyczny Ormianin, co nie zmienia faktu, że jest jednym z najbardziej oddanych żołnieży Paulo Fonseci.

OSTATNI MOHIK… RZYMIANIN


W przeddzień derbów Rzymu, na rozkładówce La Gazetty Dello Sport pojawił się artykuł pod tytułem „Derby planety – od Caicedo do Pellegriniego”. Dziennik zwrócił uwagę na fakt, że w derbach Rzymu mieli wystąpić zawodnicy z jedenastu różnych państw oraz zaledwie jeden Rzymianin – Lorenzo Pellegrini. Równowaga została zaburzona. Na koniec dnia liczy się jednak jakość, a nie ilość. Owej jakości w grze Pellegriniego też niestety zabrakło, a stolica została oblężona przez wojowników z Rumunii, Hiszpanii, Czarnogóry, czy Ekwadoru.

IL CAPITANO GIALLOROSSO


Pellegrini wyszedł na wczorajszy mecz Coppa Italia z opaską kapitańską. Spotkanie ze Spezią okazało się jednak prawdziwym blamażem Giallorossich. Szybko stracone dwie bramki, tragiczny Borja Mayoral i dwie czerwone kartki na początku dogrywki. Horror. Mimo wszystko Pellegrini zagrał dość przyzwoicie i zachował przytomność umysłu od początku do końca spotkania. Pewnie wykorzystał rzut karny, a tuż przed feralną dogrywką zwrócił uwagę na zbyt dużą ilość zmian przeprowadzonych przez Romę. Koniec końców nic nie zdziałał, ale jego zaangażowanie pokazało, że błękitna opaska z napisem ‚Capitano’ nie owija jego ramienia bez powodu. Znając jego podejście, po końcowym gwizdku było mu po prostu wstyd i mógł uronić łzę tak jak Tonino Pellegrini podczas jednego z jego pierwszych treningów w barwach Romy.

MACIEJ SZEŁĘGA

Coś więcej niż zwykły mecz – Juventus kontra Napoli.

Rywalizacja między Juventusem a Napoli trwa już od dziesięcioleci i nie zamyka się jedynie w sferze futbolu. Dla piłkarzy jest to okazja do udowodnienia swojej wartości, a dla kibicom zwycięstwo oznacza równość także pod względem społecznym. Żaden z zawodników, choć na moment nie odstawi nogi. Bitwa o dumę, honor i godność swojego miasta oraz regionu. „Każda wojna jest inna i każda wojna jest taka sama”, bo niezależnie od roku, sytuacji czy rozgrywek, ta rywalizacja zawsze rozchodzi się o to samo.

KORZENIE KONFLIKTU

Zjednoczenie Włoch zakończone w 1870 roku było jedynie symbolicznym połączeniem nacji na półwyspie Apenińskim. W rzeczywistości do konfliktów na tle społecznym, ekonomicznym, a nawet rasowym dochodziło nieprzerwanie. Południe Italii względem północy nie było praktycznie w ogóle wspierane ani finansowane przez państwo. Piemont, Liguria i Lombardia w porównaniu do Kampanii czy Sycylii były zdecydowanie lepiej rozwinięte i faworyzowane przez rząd. Główne fabryki, milionowe inwestycje oraz najważniejsze siedziby włoskich organizacji miały miejsce właśnie na północy kraju, a południe było nastawione praktycznie wyłącznie na rolnictwo.

Co oczywiste – miało to swoje przełożenie również na calcio. Dopiero 28 lat od pierwszego sezonu Mistrzostw Włoch, w 1926 roku drużyny z „dolnych” regionów Italii za sprawą faszystowskiego reżimu dostały zgodę na rywalizacje o Scudetto. Od tego momentu konfilkty między dwoma częściami kraju przeniosły się również do świata piłki nożnej, a wywieszone transparenty w starciach zespołów z południa i północy były pełne wyzwisk o charakterze społecznym. Często były to slogany mające na celu obrazić jedynie kibiców drugiego klubu, a czasami były wprost skierowane do całej grupy etnicznej, w tym nawet do osób niezwiązanych z futbolem.

Na południu kraju było i jest wiele zasłużonych klubów, więc czemu największy konflikt wybuchł akurat na linii Napoli – Juventus? Neapol po Rzymie to największe miasto kraju, które nie znajdowało się w najbogatszych regionach państwa. Jako jedno z największych metropolii w całej Europie było niesamowicie biedne, a to sprawiało, że ilość osób pragnących poprawienia jakości swojego życia oraz udowodnienia wyższości nad północą była zdecydowanie wyższa, niż w Palermo czy Katanii. Dochodzi tutaj także stwierdzenie, że Neapol to Napoli. W Rzymie tifosi są podzieleni na kibiców Lazio oraz Romy, a w mieście usytuowanym u podnóży Wezuwiusza jest wyłącznie jeden kluczowy na arenie krajowej klub. „Każdy Neapolitańczyk to Napoli”, a tezę tę potwierdza niebywała atmosfera panująca w mieście w dniu meczu, czy także uroczystości organizowanych z okazji osiągniętego sukcesu. Każdy mieszkaniec Neapolu świętuje sukcesy Azzurich.

Kwestia Juventusu jest oczywista. Po przejęciu klubu przez Edoardo Agnelliego drużyna zyskała przewagę finansową nad innymi rywalami. Mocny związek z Fiatem dał także korzyści w postaci kibiców. Niemal każdy pracownik firmy był Juventinim, ponieważ w innym wypadku mógł być gorzej traktowany od swoich współpracowników. Fiat w tamtych czasach był najlepszym pracodawcą na całym półwyspie Apenińskim, przez co rodowici mieszkańcy południa często podświadomie stawiali się Bianconerimi, aby móc liczyć na staż w fabryce Agnellich.

Kibice Napoli zaczęli twierdzić, że „Stara Dama” jest faworyzowana finansowo oraz że przekupuje mieszkańców odległych od Turynu regionów Włoch miejscami pracy. Dodatkowo złość Azzurich podnosiły transfery ich najlepszych piłkarzy do Turynu, co określali mianem zdrady i kradzieży. Wszystko to skumulowało się w całość i doprowadziło do rywalizacji trwającej do dziś, która ciągle przejawia się na każdym z wyżej wymienionych gruntach.

ZŁOTE CZASY NEAPOLU

Od lat 50 XX wieku konflikt narastał w zawrotnym tempie, aż swoje apogeum osiągnął na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Neapolitańczycy mimo braku znaczącej poprawy jakości życia względem północy, pierwszy raz przez dłuższy okres mogli poczuć wyższość nad odwiecznymi rywalami. Wcześniej kibice Juventini głównie drwili sobie z Neapolu ze świadomością, że mimo wszystko w każdym aspekcie i tak są lepsi. Jednak przyjście jednego człowieka spowodowało, że Bianconeri poważenie zaczęli się obawiać konkurencji z południa, a w pewnym momencie Neapolitańczycy mogli nawet patrzeć na bogatsze regiony z samego szczytu. Diego Maradona dał miast nadzieje i napędził wiarę kibiców w osiągnięcie pierwszego historycznego Scudetto.

Rok 1984 rozpoczął nową erę w całym mieście. Przybycie Argentyńczyka z Barcelony rozpoczęło stopniowe zrównywanie się jakością piłkarską z klubami z północy. Pierwsze dwa sezony Diego w Neapolu postawiły jego drużynę w świetle jednego z faworytów do mistrzostwa Włoch. Napoli zaczęło częściej wygrywać. W okresie gry Maradony Azzuri wygrali aż 9 na 17 możliwych spotkań z Juventusem, a przegrali zaledwie 4. Role się odwróciły, klub z południa był mocniejszy niż gigant z Turynu.

Mundial w 1986 roku wygrany przez Argentynę podniósł do granic możliwości apetyty Neapolitańczyków w sprawie Scudetto. Diego rozegrał fenomenalny turniej i sprawa była jasna – Neapol ma w swoich szeregach najlepszego piłkarza świata. Zostało to udowodnione już w pierwszym sezonie po Mistrzostwach Świata, ponieważ ziścił się sen każdego kibica Azzurich – Napoli pierwszy raz w historii sięgnęło po tytuł mistrza Włoch. Jakby tego mało, w tym samym roku zdobyli Puchar kraju i mogli z pełnym przekonaniem oraz dumą powiedzieć, że są najmocniejszą drużyną w Italii. Rozpoczęło to masowe świętowanie w całym mieście, a postać Maradony od tamtego momentu zaczęła być uważana za kultową przez każdego mieszkańca miasta.

Sukces w najważniejszych rozgrywkach sportowych na półwyspie Apenińskim poprawił pozycję Neapolu w skali kraju, a względem poprzednich lat, tifosi Juventusu tak jak wcześniej robili to ci Napoli, zaczęli doszukiwać się oszust i afer związanych z ich rywalami. Bez wątpienia był to najlepszy okres w historii Azzurich oraz jedyny czas, w którym rzeczywiście byli lepsi od Bianconerich. Przyjście Maradony oznaczało zbawienie, odejście początek upadku.

WSPÓŁCZESNA RYWALIZACJA

Początek XXI wieku nie był praktycznie w ogóle owiany w rywalizację sportową obu tych ekip, ponieważ jedyne spotkania na poziomie Serie A rozegrali w sezonie 2000/01. Napoli mierzyło się z ogromnymi problemami na każdej płaszczyźnie, a wyniki na boisku nie sposób porównać do tych, które notowali kilkanaście lat temu. Po trzech sezonach z rzędu spędzonych w Serie B (2001-2004) Azzuri ze względu na długi przekraczające 70 milinów euro, byli zmuszeni ogłosić bankructwo.

Sytuacja Juventusu w latach kryzysu Napoli wyglądała o niebo lepiej, ponieważ na trzy możliwe trofea zdobyli aż dwa, a kibice z lekką drwiną i zadowoleniem oglądali rozpadający się Neapol. Z czasem jednak czarne chmury nadleciały również nad Turyn, ponieważ w wyniku ujawnienia afery Calciopoli w 2006 roku, FIGC odebrało Bianconerim oba tytuły mistrzowskie z 2005 i 2006 roku, oraz zostali karnie zrzuceni do Serie B. Tam też właśnie w sezonie 2006/07 pierwszy raz od sześciu lat obie drużyny zmierzyły się ze sobą w rozgrywkach ligowych. Napoli dzięki pomocy Aurelio de Laurentis, który wykupił klub po bankructwie, zdołało uzyskać promocje do wyższej klasy rozgrywkowej, zajmując drugą lokatę tuż za Juventusem.

Chcąc zamazać plamy z poprzednich lat, obie drużyny wraz z kibicami, wróciły do najwyższej klasy rozgrywkowej z ogromnymi nadziejami na lepsze jutro. Czas pokazał to, czego można było się spodziewać. Bianconeri całkowicie zdominował rozgrywki w latach 2011-2020 sięgając po każde z możliwych Scudetto. Rywalizacja i otoczka spotkań między obiema drużynami wróciła na poziom z przełomu lat 80 i 90. Powrót Napoli i Juventusu do Serie A był niczym nurt filozoficzny Johna Locke’a, „tabula rasa” (po łac. Czysta karta). Lepsze fundamenty i zasoby ludzkie z góry wskazywały, że to Stara Dama będzie w lepszej dyspozycji po powrocie, jednak kibice Azzurich wierzyli, że startując z „czystą kartą”, uda im się wejść na wyższy poziom niż przeciwnik.

Tak się nie stało, ale ani na moment nie ostudziło to rywalizacji, a wręcz przeciwnie. Kolejne mistrzostwa Juventusu jeszcze bardziej irytowały Neapolitańczyków, a te przegraną małą stratą, jak w latach 2016 – 2019 doprowadzały tifosich Napoli wręcz do szaleństwa. Do tego obecne rywalizacje są bardzo wyrównane i przed każdym spotkaniem ciężko wytypować zwycięzcę. W ostatnich 10 meczach bilans wynosi 4:3:3 na korzyść Bianconerich, a żadna wygrana którejś z drużyn nie jest naznaczona jakąś szczególną przewagą. Świadomość, że mecz może wygrać każda ze stron, jeszcze bardziej nakręca piłkarzy i kibiców, a emocje ze spotkaniem związane osiągają granicę najwyższego poziomu.

SUPERCOPPA ITALIA

Spotkania o najwyższą stawkę, czyli trofea, zawsze podnoszą rangę spotkań i nie inaczej będzie dzisiaj. W Turynie puchary wymagane są co roku i nawet jeśli Superpuchar przez wielu nie jest uważany za zbyt prestiżowe trofeum, tak każdy finał jest ważny. W Neapolu przegrana nie będzie uważana za ogromne niepowodzenie, jednak zwycięstwo znacząco wpłynie na postrzeganie Gattuso, który w obliczu nierównej dyspozycji drużyny, nie ma wcale takiej pewnej pozycji. Puchar zdecydowanie ucieszy De Laurentisa, co udowodniło ubiegłoroczne wygranie Pucharu Włoch, po którym wsparcie dla Rino ze strony Aurelio wzrosło, choć w lidze osiągnęli rozczarowujący wynik.

Faworyta nie ma. Jeszcze dwa tygodnie temu moglibyśmy wskazać, że jest nim Juventus, ponieważ Bianconeri pokonali świetny w tym sezonie Milan, a Napoli w głupi sposób przegrało ze Spezią, mając również za sobą serię niepowodzeń. Dyspozycja obu drużyn jest jednak na tyle sinusoidalna, że w weekend to Azzuri rozgromili Fiorentine 6:0, a Stara Dama została w perfekcyjny sposób wypunktowana przez Inter w Mediolanie. Do tego dochodzą jeszcze braki kadrowe po obu stronach w postaci Dybali, Cudrado, Alexa Sandro i De Ligta, oraz Osimhena z Fabianem Ruizem.

Obie drużyny nie rozgrywają najlepszego sezonu, więc możliwe, że ten finał może być ich jedyną realną szansą no trofeum w tym sezonie. Mistrzostwo Włoch prawdopodobnie rozstrzygnie się pomiędzy drużynami z Mediolanu (jednak dalej nie można skreślać Juventusu), w Lidze Mistrzów Bianconeri zdecydowanie nie są faworytem, więc pozostaje jedynie Coppa Italia, ale na półwyspie apenińskim poziom drużyn się tak wyrównał, że do końcowego triumfu potrzeba będzie również sporo szczęścia. Napoli pozostaje jeszcze Liga Europy, na którą rzeczywiście mogą się spiąć, bo miejsce w czołowej czwórce Serie A nie jest wcale takie pewne, ale tutaj również – są więksi faworyci.

Brak kibiców na stadionie z wiadomego powodu obniży atmosferę spotkania, ale piłkarze obu drużyn w takim starciu na pewno będą się czuć, jakby grali przed tysiącami kibiców, dla których ta rywalizacja znaczy o wiele więcej, niż nawet dla nich samych. I tak w rzeczywistości będzie. Na odległość, ale jednak będą mogli liczyć na ogromne wsparcie. Bo to coś więcej niż zwykły mecz.

MATEUSZ PEREK

Oto przyczyny upadku kolejnego ukraińskiego zespołu.

Karpaty Lwów wczoraj obchodziły 58. rocznicę powstania klubu. Świętowania jednak nie było. Resztka fanów i kierownictwo ma teraz mnóstwo problemów na głowie i we Lwowie atmosfera przypomina raczej grobową.

Latem klub spadł do drugiej ligi, ostatniej profesjonalnej. Nie dokończył sezonu w UPL, ponieważ brakło pieniędzy na wyjazdy. Teraz zajmują przedostatnie miejsce gdzieś na skraju poważnej piłki i mając 4 punkty, robią wszystko, by przyszły sezon nie był jeszcze gorszy.

Latem legendarnego właściciela, Petro Dymińskiego zastąpił Oleg Smalijczuk, agent piłkarski i biznesmen. Jednak ma tylko 50% udziałów, druga połowa należy do znanego z Dnipra Igora Kołomojskoego (grali w finale LE w 2015 w Warszawie). Oficjalnie nie ma po nim w klubie śladu, a kieruje klubem poprzez Katię Parpi, koleżankę z Cypru. Kieruje to trochę nieodpowiednie słowo. Przedstawiciele Kolomojskiego nie pojawili się na żadnych spotkaniach rady klubu od prawie 10 lat. Pani Katia pilnuje, tylko by nic w klubie się nie zmieniało. Jaki jest w tym interes? Nikt nie wie. Takie działanie na szkodę klubu nie podoba się Smalijczukowi, nie chce on mieć ze wspólnikiem nic wspólnego.

By utrzymać się w UPL, Karpaty miały spłacić 5 milionów dolarów długów. Kołomojski nie chciał, więc Smalijczuk musiałby dać 100%. Tak właśnie Lwowianie zbankrutowali. W międzyczasie prezes Ruchu Lwów wezwał biznesmenów ze Lwowa do inwestycji w Karpaty i ratunkiem przed katastrofą. Piękny gest? Bankrutujący klub uznał to za robienie PR na ich ciężkiej sytuacji i w odpowiedzi… spłacił starą karę Ruchu. Karpaty spadły, nikt im nie chciał pomóc, prezes piłkarskiego związku Lwowa dopiero po długich konsultacjach wyraził zgodę na grę w 2. lidze, bo upierał się, by Karpaty spadli do amatorów.

Statek ma więc dwóch kapitanów, żaden nie chce dowodzić, nie ma między nimi dialogu. Smalijczuk zatrudnił dziennikarza i Lwowiaka, kibica klubu- Siergieja Bolotnikova na stanowisku dyrektora rozwoju. Ta dwójka wspólnie walczy ze wszystkimi, ale walka jest nierówna. Smalijczuk założył więc drugi klub w swoim rodzinnym mieście – Haliczu.

Nazywa się Karpaty, właścicielem jest wspólnik Smalijczuka, przed sezonem trener Karpat Lwów prowadził tam treningi, na których pojawili się również gracze tego klubu. To niedozwolone, nikt też nie wie, skąd Halicz miał licencję. Jednak jest to jedna z opcji na przyszłość. Gdyby Kołomojski trwał nadal w zarządzie, to Smalijczuk przeniesie część starych Karpat do swojego miasta. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było przekazanie kibicom herbu. Ma to pomóc w przenosinach i odcięciu się od drugiego właściciela.

Drugą opcją jest całkowity rozpad obecnych Karpat i start od zera, na licencji w 2. lidze. Nie będzie w klubie oligarchy, a za finansowanie mają odpowiadać kibice. 

S. Bolotnikov: zaczęliśmy transmitować mecze na YT, weszliśmy na Patreona, sprzedajemy bilety- cegiełki. Chcemy, by klub był utrzymany w około 40- 50% przez fanów. Im więcej będą oglądać mecze, tym lepszy kontrakt sponsorski dostaniemy. Im wiecej ich na Patreonie, tym więcej pieniędzy dostaniemy.

Gdyby to się powiodło, byłby to pierwszy klub wolny od oligarchów na Ukrainie. Oczywiście, sponsor (Smalijczuk i jego koledzy) musi zostać, ale akceptuje on model S. Bolotnikova.

Trzecią opcją są nowe Karpaty, czyli tak, jak teraz funkcjonują Metalist1925 i Dnipro-1, które zajęły miejsca Metalista i Dnipro. Już pojawiły się plany, miał je reklamować Miron Markiewicz, ale na tę chwilę wszystko ucichło. Prawdopodobnie dadzą czas Smalijczukowi i Bolotnikovi, choć może to być dla tej dwójki kolejny problem.

Reszty dowiemy się latem. Którą z trzech dróg podąży zdobywca pucharu ZSRR z 1969? Preferowana jest ta z upadkiem starych Karpat i wskrzeszeniem na nowo, ale patrząc na trzeźwo – Halicz jest bardziej prawdopodobny.

Bolotnikov wymyślił ciekawy sposób na spłatę obecnych długów. Oddał wszystkie wynajmowane wcześniej powierzchnie – sklepy, magazyny, biura. Do tego wspomniana interakcja z fanami. Większość nowych zależności jest spłacona. Prawdopodobnie pozwoli to na rozpoczęcie życia od nowa, bez komorników, gdy Karpaty upadną w lecie przez brak finansowania (to jest właśnie ten pierwszy plan).

Klub nie ma nic poza kilkoma kawałkami ziemi i autobusem. Akademia jest finansowana głównie przez miasto. Rosnące wsparcie zniesmaczonych letnimi wydarzeniami fanów pozwala jednak patrzeć w przyszłość z lekkim optymizmem. Sam Sergiej Bolotnikov gwarantuje, że dopóki on jest w klubie, nic złego się nie wydarzy. Nawet kasacja starych Karpat (pierwszy plan) może być zdrowa dla Lwowian, bo trwanie w obecnej sytuacji oznaczać będzie kilka, kilkanaście lat na dnie.

BUCKAROO BANZAI

Oto selekcjoner idealny.


Przez większość kadencji Jerzego Brzęczka prezes Zbigniew Boniek bronił selekcjonera, mówiąc, że mam on ogień w oczach. Wystarczyło, że Polskę nawiedziły pierwsze mrozy w 2021 i okazało się, że ogień zgasł i Jerzy Brzęczek pożegnał się z kadrą. Nadszedł czas przemyśleń i wyborów, więc postanowiłem przygotować opis cech selekcjonera idealnego.

MÓWCA

Jerzy Brzęczek bagatelizował nastroje społeczne oraz wpływ mediów na ocenę jego pracy. Raz na jakiś czas chlapnął, coś, po czym ośmiosekundowa cisza byłaby najniższym wymiarem kary. Dziś reprezentacja Polski potrzebuje selekcjonera, który będzie w stanie nawiązać dobrą relację z opinią publiczną. Nie chodzi o podlizywanie się największym redakcjom, ale o odpowiedni sposób przekazywania komunikatów kibicom za pośrednictwem dziennikarzy, przy zachowaniu zdrowego dystansu. To od trenera zależy, jak jest postrzegany. Jeżeli w trakcie konferencji prasowych nie potrafi przekonać kibiców do swoich pomysłów, to ciężko, by po ewentualnych niepowodzeniach został poklepany po plecach, usłyszał, że nic się nie stało i poziom wiary w jego możliwości został zachowany.

To samo tyczy się szatni. Robert Lewandowski słynną ciszą rozbił bank i pewnie to zagranie naszego najlepszego piłkarza, miało duży wpływ na zwolnienie Brzęczka. Dał do zrozumienia, że wizja byłego już selekcjonera pozostawia wiele do życzenia. Często w mediach pojawiały się informacje, że reprezentacja Polski jest podzielona na dwa obozy. Ludzie Roberta Lewandowskiego życzyliby sobie gry nastawionej na ofensywę, a frakcja Kamila Glika skłania się ku grze bardziej zachowawczej nastawionej na zabezpieczenie bramki. Przyszły selekcjoner będzie musiał skonsolidować grupę i znaleźć rozwiązania pośrednie, które pozwolą lepiej funkcjonować zespołowi i pomogą w osiąganiu wyników na miarę potencjału.

STRATEG Z DŁUGOFALOWĄ WIZJĄ

W Polsce niezwykle modne są slogany głoszące konieczność wprowadzania młodzieży. Bardzo dobrze, że wobec trenerów wymaga się odmładzania drużyn, ponieważ nic nie trwa wiecznie i opieranie się wyłącznie na doświadczonych piłkarzach może w dłuższym okresie doprowadzić do upadku zespołu. Postępowaniem w myśl stawiania na młodych, każdy trener może sobie kupić sobie mnóstwo czasu, nawet jeśli nie wszystko idzie po jego myśli.

Prowadzenie reprezentacji to praca na organizmie żywym. Oczywistą koleją rzeczy jest wymiana pokoleniowa, ale wykonywana w sposób logiczny i ciągły. Jerzemu Brzęczkowi zabrakło rozwagi w stawianiu na młodych. Wszystkie działania przebiegały skokowo. Brakowało planu. Randomowo wrzucał do składu piłkarzy, którzy pomimo najszczerszych chęci najczęściej tonęli, ponieważ cała reprezentacja nie funkcjonowała najlepiej.

Jerzy Brzęczek apelował o rozsądną ocenę potencjału, który jest przynajmniej na granicy pierwszego i drugie koszyka. Mamy wielu stosunkowo młodych piłkarzy, których można mądrze kształtować. Nowy selekcjoner powinien mieć plan na każdego perspektywicznego zawodnika i sprawić, by za jakiś czas dany zawodnik mógł wejść na wyższy poziom.

IDŹ NA CAŁOŚĆ I ELASTYCZNOŚĆ TAKTYCZNA

Być może ktoś jeszcze pamięta, teleturniej prowadzony przez Zygmunta Chajzera. Co prawda spotkania reprezentacji mają nieco lepszą oglądalność, niż miał legendarny program nawet w czasach swojej świetności. Gdyby przyrównać sposób prowadzenia reprezentacji przez Jerzego Brzęczka do występu w tym programie, można by stwierdzić, że przy pierwszej możliwej okazji zatrzymałby pierwszą zdobytą nagrodę, nawet jeśli byłyby to tetrowe skarpetki. Bywały momenty, w których mogliśmy jako reprezentacja podejmować ryzykowne decyzje, ale z jakiegoś powodu nie próbowaliśmy wyszarpać czegoś więcej, niż z góry było nam dane.

Szansą na podejmowanie niekonwencjonalnych decyzji była już sama specyfika kwalifikacji do ME, na które pojedzie pół Europy i trzeba było naprawdę się postarać, by na ten turniej nie pojechać, więc sam awans jest sukcesem wątpliwym. W Lidze Narodów też wykonaliśmy tylko plan minimum i zabrakło w tym wszystkim błysku, a dzięki zbędnej bojaźni w meczach z Włochami ciężko ocenić dobrze występy w LN.

ŁOWCA SZANS

Kartą przetargową w negocjacjach z przyszłym selekcjonerem jest możliwość prowadzenia najlepszego piłkarza świata. Robert Lewandowski jest marką samą w sobie, z którą wielu trenerów chciałoby podjąć współpracę. Chociażby nasi sąsiedzi z zachodu zazdroszczą nam najlepszej dziewiątki na świecie. W pozostałych formacjach nie jest najgorzej, choć trzeba uczciwie przyznać, że do Francuzów, czy Hiszpanów nam sporo brakuje.

Większość reprezentantów gra w klubach z lig top 5. Nie każdy walczy o grę w europejskich pucharach, ale mają na co dzień styczność z najlepszymi piłkarzami na świecie i występy przeciwko piłkarzom pokroju Cristiano Ronaldo są dla nich czymś normalnym. Na tle innych reprezentacji nie mamy się czego wstydzić, a wszelkie kompleksy powinniśmy zostawić za zamkniętym drzwiami. Selekcjonera z takim podejściem potrzebujemy – znającego nasz potencjał, ale próbującego osiągnąć wynik ponad stan.

KTOŚ SPOZA SYSTEMU

Od samego początku nad Brzęczkiem wisiały czarne chmury, których potem sam sobie dołożył i zesłał na siebie pioruny. Fakt, że doprowadził Wisłę Płock do zajęcia piątego miejsca w lidze, przekonywał tylko nielicznych. Powoływanie na siłę Jakuba Błaszczykowskiego, nawet gdy było wiadomo, że nie jest gotowy do gry na najwyższych obrotach irytowało wielu kibiców, przez co zarzucali Brzęczkowi nepotyzm.

Być może dobrym rozwiązaniem byłoby zatrudnienie trenera, który ma na ten moment niewiele wspólnego z polską piłką. Po pierwsze dlatego, że nawet w przypadku początkowych gromów nie będzie w stanie zrozumieć agresywnych komentarzy. Po drugie ktoś spoza systemu wzbudza większą ciekawość i wbrew logice wiarę w sukces. Zawsze zwracam uwagę na to, że jak do ekstraklasy przychodzi nieznany obcokrajowiec potrafi wzbudzić większe pokłady nadziei niż doskonale znany ligowiec.

Mimo wszystko powinniśmy wymagać zatrudnienia kogoś, kto ma doświadczenie jako selekcjoner. Zupełnie inaczej wygląda proces przygotowywania zespołu ligowego niż reprezentacji. Trener klubowy ma kilkaset jednostek treningowych rocznie, a selekcjoner tylko kilkadziesiąt. Adam Nawałka, pracując w Lechu, zderzył się powrotem na ligowe szlaki. Nadal miał w głowie koncepcje, które funkcjonowały w reprezentacji, a przełożenie ich na klub z Poznania okazało się niemożliwe. Z podobnym szokiem może mieć do czynienia trener, który dotychczas prowadził tylko kluby.


Kilka nazwisk, które przewijają się na polskim twitterze:

LARS LAGERBACK
Prowadził reprezentację Islandii, która sprawiła najpierw niespodziankę w eliminacjach do EURO 2016, a później imponowała na głównej imprezie. Po tym, jak skończył się jego kontrakt z reprezentacją Islandii, poprowadził reprezentację Norwegii, jednak ten okres nie będzie wspominał najlepiej. Skończyło się na barażach, w których katem Norwegów okazała się reprezentacja Serbii.
Wcześniej jako selekcjoner wyszedł z grupy na MŚ 2002, Euro 2004, MŚ w 2006. Jedyną wątpliwością pozostaje, czy w ciągu ostatnich lat nie stał się gorszym trenerem. W Norwegii często pojawiała się narracja, że wraz z wiekiem zmienił się jego charakter i delikatnie rzecz ujmując, brakuje mu rewolucyjnego podejścia.

RALF RANGNICK
Ryzykowna opcja, ale dająca możliwości. Zatrudnienie Niemca oznaczałoby wprowadzenie do PZPN-u know-how, które pozwala dziś holdingowi drużyn zależnych od Red-Bulla na efektywną grę w połączeniu z rozwojem zawodników. Rangnick dotychczas nie prowadził żadnej reprezentacji, ale jest człowiekiem, który nie boi się wyzwań.

BERT VAN MARWIJK
Skromny, milczący dżentelmen w stylu Arsène’a Wengera. Z Holendrami zajął drugie miejsce na mundialu w 2010. Wprowadził Arabię Saudyjską na MŚ, ale nie zgodził się na zmiany w swoim sztabie i przez to podziękowano mu za współpracę. Następnie objął Australię, która w grupie zremisowała z Danią i uległa Francji oraz Peru, ale trzeba mieć na uwadzę, że australijski futbol odczuwał wówczas skutki starzenia się najważniejszych piłkarzy, a następcy nawet nie pukali do drzwi.
Van Marwijk związany jest z reprezentacją ZEA, ale zdecydowałem się wspomnień o nim z dwóch powodów. Po pierwsze dopiero w grudniu przedłużył swój kontrakt z federacją, więc można było złożyć mu propozycję. Po drugie mimo wszystko praca z reprezentacją pokroju ZEA, oznacza, że można pożegnać się z pracą w każdym momencie.


Oczekiwania wobec Zbigniewa Bońka są teraz olbrzymie. Teoretycznie zwalniając Jerzego Brzęczka dał nam wszystkim do zrozumienia, że przygotował godnego następcę. Jednak nie można mieć co do tego pewności. Prezes lubi ryzykować i być może zwolnieniem Brzęczka, chciał tylko przekazać światu trenerskiemu, że chętni mogą zgłaszać swoje kandydatury, a szczerze mówiąc trener, który obejmie ten zespół, zyska możliwość pracy z piłkarzami klasy europejskiej, z którymi można osiągać dobre wyniki.

PAWEŁ OŻÓG

Joshua Kimmich, pilny uczeń i przyszła legenda

„Dla nas trenerów, najważniejszą umiejętnością piłkarza jest jego pasja, właśnie taka, jaką ma w sobie Kimmich. Na treningu jest wiecznie głodny gry, chętny do nauki i do tego, by słuchać. My szkoleniowcy od tego właśnie jesteśmy, a jego postawa sprawia, że myślisz sobie: >>O! To jest właśnie ten pieprzony gość, któremu mogę pomóc w byciu jeszcze lepszym!<<”

Wymowne, prawda?

To laurka, którą Pep Guardiola wystawił Joshua Kimmichowi podczas swojej pracy w Bayernie, gdy ten był jego podopiecznym, w roku 2016. Po kilku latach rozwój niemieckiego zawodnika pokazuje, że w słowach Hiszpana nie było krzty przesady. W końcu mówimy dziś o jednym z najlepszych pomocników na świecie, który jest kluczową postacią zarówno w zespole z Bawarii, jak i w swojej reprezentacji. 

Wejście na salony 

Zanim jednak Kimmich trafił do Bayernu, przeszedł on szkolenie w akademii VfB Stuttgart, gdzie występował w zespołach dziecięcych i juniorskich, po czym w roku 2013 przeniósł się do RB Lipsk. Właśnie tam 18-letni wówczas Joshua, stawiał pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Zespół ze wschodniej części Niemiec wówczas nie był jednak potentatem, a tak naprawdę dopiero zaczynał budować swoją potęgę. Tak więc pierwsze seniorskie szlify naszego bohatera nie miały miejsca na poziomie Bundesligi, a raczej na jej głębokim zapleczu. I tak w sezonie 13/14 młody Niemiec był członkiem zespołu, który wywalczył awans z trzeciej do drugiej Bundesligi, by zaledwie rok później świętować promocję do najsilniejszej ligi piłkarskiej w Niemczech. Tak zaczęła się przygoda Lipska z dużą piłką. Kimmicha również…ale już w innym klubie. Dobre występy – wówczas – defensywnego pomocnika, przykuły uwagę włodarzy Bayernu, którzy sprowadzili go do Bawarii, za 8 mln euro. W tamtym okresie transakcja mogła wydawać się nietypową, ale dziś wiemy, że niemiecki hegemon wyłowił prawdziwą perłę.

Początki w Bayernie

A jak sam Kimmich wspomina pierwsze wrażenia po przybyciu do nowego klubu?

„Pierwsze tygodnie w Bayernie były trudne. W ich trakcie zauważyłem na przykład, że moi nowi koledzy mają perfekcyjne przyjęcie kierunkowe. Ja nie byłem na aż tak zaawansowanym poziomie. Wiedziałem, że muszę to jak najszybciej poprawić. Potrzebowałem czasu, by móc być sobą i stać się pewniejszym siebie. Im więcej dobrych zagrań wykonasz, tym więcej nowych kolegów Cię zaakceptuje. W drugiej połowie mojego pierwszego sezonu u Pepa grałem na środku obrony, gdzie musiałem się nauczyć całkowicie nowych rzeczy. To był moment, w którym czułem się członkiem zespołu, bo koledzy mogli zauważyć jak ciężko nad sobą pracowałem.”

I tu wraca temat wspomnianej przez Guardiolę ambicji i chęci do nauki. Katalończyk był zresztą pierwszym szkoleniowcem Niemca, jeśli chodzi o jego przygodę z Bayernem i kimś, kogo Kimmich wspomina z rozrzewnieniem. Nic dziwnego, gra pod wodzą Pepa to prawdziwe błogosławieństwo dla piłkarzy głodnych wiedzy. Joshua, który występował u swojego ówczesnego trenera zarówno na pozycjach środkowego i prawego obrońcy,  jak i defensywnego pomocnika, wyciągnął z tych lekcji absolutne maksimum. Nie dość, że Kimmich przeszedł u Guardioli prawdziwy piłkarski uniwersytet, to jeszcze zapełnił swą gablotę takimi zdobyczami jak Puchar i Mistrzostwo Niemiec. Zresztą, obu panów wiązała specyficzna relacja. Do dziś możemy wspominać pamiętną sytuację po jednym ze starć Bayernu z Borussią, kiedy to po skończonym spotkaniu mistrz wziął swojego ucznia „na stronę” i przez minutę w wymowny sposób dawał mu lekcję na oczach kamer. Wówczas wyglądało to na ostrą reprymendę, ale sam zawodnik dziś mówi:

„To mi się podobało. Gdy ktoś podchodzi do gry tak emocjonalnie, z takim zaangażowaniem, pasją i miłością, to jest to dobre zjawisko. Kiedy go znasz i wiesz jakim typem szkoleniowca jest, to jako jego zawodnik wiesz, że to było w 100% naturalne.”

Pozycja

Uniwersalność Kimmicha długo utrudniała nam jednak zdefiniowanie tego piłkarza. Ustawianie mierzącego 177 centymetrów Niemca na środku obrony, mogło przyjść do głowy chyba tylko Guardioli, ale już jego występy na prawym boku defensywy to takie, które pozwalały nazywać go jednym z najlepszych na swojej pozycji. Sezony 17/18 i 18/19 to przecież kampanie niemal w całości rozegrane przez Niemca w takiej właśnie roli i okraszone liczbami na poziomie (kolejno): 6 goli/17 asyst i 2 gole/19 asyst. Co z tego, skoro Kimmicha zawsze ciągnęło do środka? Spytany przez Four Four Two, jaka jest jego ulubiona pozycja, odpowiada bez wahania:

„Oczywiście defensywny pomocnik. Dorastałem na tej pozycji.”

Skoro więc Joshua czuje się pomocnikiem, to należy poszukać mu miejsca w drugiej linii. Z takiego założenia widać wyszli zarówno jego poprzedni szkoleniowiec – Niko Kovac, jak i obecny – Hansi Flick.

Osobowość

„On jest absolutnym profesjonalistą. To mentalny potwór. Zawsze jest pod grą, nigdy się nie poddaje. Jest jednym z tych, którzy nie unikają starć, ale oczywiście jest też niebywały z piłką przy nodze.”

„Zawsze mam problem kiedy chcę dać mu odpocząć. On jest tak głodny gry, że zawsze chce być na boisku”.

Słowa Flicka potwierdzają to co mówił niegdyś Heynckes:

„Kimmich ma charakter starszych od siebie zawodników. Jest jak  Lahm, Schweinsteiger, Mueller czy Neuer.”

Mentalność Kimmicha sprawia, że chce on być wciąż pod grą, brać udział w możliwie największej liczbie pojedynków i być centralną postacią zespołu. Zawodnik ten pokazuje swoją pewność nie tylko na boisku. Swego czasu potrafił skrytykować władze Bayernu za zbyt wąski skład, czy wyrazić swoje niezadowolenie z faktu, że selekcjoner Reprezentacji Niemiec, tak łatwo rezygnuje z powoływania takich piłkarzy jak Boateng, Hummels czy Mueller. Mówiąc krótko, jest on liderem na boisku, a poza nim nie gryzie się w język.

Liczby ofensywne 

Jednak mentalność to jedno, a umiejętności drugie. Kimmich to piłkarz kompletny. Wybiegany, agresywny, dobrze czujący się z piłką przy nodze i widzący na boisku absolutnie wszystko. Niemiec perfekcyjnie równoważy grę w obronie z zachowaniami ofensywnymi, co czyni go perfekcyjnym defensywnym pomocnikiem nowej generacji. Jego przegląd pola to coś, co pomogło mu w tamtym sezonie w odnotowaniu współczynnika kluczowych podań na poziomie 2,3 takiego zagrania na mecz (3 wynik w Bundeslidze) oraz zgromadzeniu 0,2 prostopadłego podania na mecz (2 wynik w Bundeslidze). Tego typu gra pozwoliła mu na zaliczenie 7 asyst w całym sezonie. W tym idzie mu jeszcze lepiej, co prawda na ten moment odnotowuje on 1,9 kluczowego podania na mecz, ale za to daje 0,3 prostopadłej piłki (2 wynik w Bundeslidzie) i ma na koncie już aż 6 asyst. I to jeszcze przed półmetkiem sezonu!

Tu znowu warto oddać głos Flickowi:

„Jego podania i stałe fragmenty mają niewiarygodną jakość. To właśnie dlatego gra dla Bayernu Monachium, i to właśnie dlatego odnosimy sukcesy mając go w zespole.”

Piłkarska inteligencja

Gole, asysty czy ogólne stwarzanie szans partnerom to jednak nie wszystko. Klasowy pomocnik to taki, który nie tylko wychodzi na pierwszy plan, ale też potrafi wykonać pracę niezauważalną na pierwszy rzut oka. Kimmich to piłkarz szalenie inteligentny, taki który wie jak odpowiednio regulować tempo. Na koniec zeszłego sezonu Bundesligi był jednym z tych, którzy podawali najdokładniej i najczęściej w całych rozgrywkach (średnia 77 podania na mecz i 90,1% skuteczności w tym elemencie). Jeśli dołożyć do tego odpowiedzialną grę w obronie, czy szeroko pojętą energię, jaką daje zespołowi, to mamy obraz zawodnika, niezbędnego zarówno w układance Flicka jak i Loewa.

Sporo do wygrania 

Mówiąc – Kimmich, mamy przed oczami niemal perfekcyjnego piłkarza, który w wieku 25 lat, sięgnął po wszystkie możliwe klubowe trofea. Jego współpraca z Guardiolą na wczesnym etapie kariery dała mu nieocenioną piłkarską wiedzę, a obecna z Flickiem owocuje w kolejne szlify i wielkie zwycięstwa. Dziś nikt nie ma wątpliwości co do tego, że środkowy pomocnik Bayernu to przyszły kapitan klubu jak i Reprezentacji Niemiec. Kimmich jest stworzony do tego by kierować zespołem i wraz z nim wygrywać, a jego naturalne predyspozycje do rozwoju i przyswajania piłkarskiej wiedzy, każą sugerować, że na naszych oczach rośnie legenda niemieckiej piłki, o której będziemy pamiętać latami.

Michał Bakanowicz

Lekcja historii #4: Toksyczne futbolove zairskiego dyktatora.

Piękno futbolu i radość, którą niesie ogółem sport, często bywają wykorzystywane jako narzędzia propagandowe przez wszelkiej maści polityków. Szczególnie chętnie sięgają po nie rozmaici dyktatorzy i przywódcy rządów autorytarnych. Przyjemność z oglądania sukcesów odnoszonych przez sportowców jest doskonałą zasłoną dymną, która ma odwrócić uwagę obywateli od niecnych poczynań politykierów. Dziś przypomnę wam kochani czytelnicy historię jednego z nich. Przed wami jeden z najkrwawszych afrykańskich dyktatorów w historii, a przy okazji wielki miłośnik futbolu – Mobutu Sese Seko.

Czytaj dalej „Lekcja historii #4: Toksyczne futbolove zairskiego dyktatora.”

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑