Pragmatyzm Zinedine Zidane’a

Francuski szkoleniowiec w obliczu pościgu za liderującym Atletico w Primera Division oraz nieciekawej sytuacji w fazie grupowej Ligi Mistrzów zrezygnował z eksperymentowania, i postawił na sprawdzone środki. Rezultaty się poprawiły, a to sprawiło, że menadżer Realu Madryt do starych metod nie wrócił, więc cierpią z tego powodu piłkarze rezerwowi.

Czasem stawianie na sprawdzony sposób jest konieczne. Tak właśnie było w trakcie kilkutygodniowego kryzysu formy Los Blancos na przestrzeni października i listopada. Oprócz zwycięstwa nad Barceloną przekonujących wygranych nie było, a zdarzały się także wpadki w postaci spotkań z Cadiz, Szachtarem czy Alaves. Zizou postanowił więc wykorzystać sprawdzone metody, stawiając na „starą gwardię” będącą w klubie od czasów jego poprzedniej kadencji. Prawdopodobnie decyzja ta uratowała jego posadę, bo kto wie, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby Real nie wyszedł z fazy grupowej Ligi Mistrzów.


OGRANICZENIE ROTACJI


W ostatnich pięciu spotkaniach Realu (Osasuna, Celta, Elche, Granada, Eibar) wystąpiło łącznie 20 zawodników. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko piłkarzy, którzy zagrali przynajmniej 180 minut, to grono zawęża się do 11 graczy (Courtois, Carvajal, Ramos, Varane, Mendy, Casemiro, Kroos, Modric, Vazquez, Benzema i Asensio.

Jedynie Courtois oraz Mendy nie byli w klubie podczas poprzedniego pobytu Zidane’a na ławce trenerskiej Realu. Patrząc szerzej, w zeszłym sezonie na listę strzelców wpisało się aż 21 zawodników, a w obecnym tylko 11. Zabieg ograniczenia rotacji i większego stawiania na sprawdzone środki był konieczny w trakcie chwilowego kryzysu, jednak Francuz przyczepił się tej metody ponad miarę. W obecnych rozgrywkach dalej funkcjonuje przepis umożliwiający przeprowadzenie pięciu zmian, ale Zidane w lidze wykorzystał go jedynie w 7 na 18 możliwych razy. Nawet podczas prowadzenia menadżer Królewskich rzadko podejmuje się rotacji, a jak już wywoła kogoś z ławki, to zazwyczaj na ostatnie 15-10 minut, mimo że często są one konieczne dużo wcześniej.

Piłkarze tacy jak Kroos, Modrić czy nawet Karim Benzema przechodzą renesans formy i wykorzystywanie ich jest jak najbardziej na miejscu. Trzeba jednak pamiętać, że każdy z tej trójki jest już po trzydziestce, a im starszy jest zawodnik, tym bardziej podatny na kontuzje. A już szczególnie narażony ze swoim stylem gry jest 35-letni Luka Modrić, bez którego w tym momencie Real traci połowę jakości w środku pola. Podatność na urazy powoli przejawia się u Sergio Ramosa, który w obecnym sezonie był zmuszony opuścić 7 spotkań. Opuścił choćby ostatnie starcie z Celtą Vigo, a jego miejsce zajął jak zawsze solidny Nacho, który spisał się bez zarzutów.

W meczu z Granadą Lukę Modricia zastąpił Fede Valverde i zagrał niezłe 77 minut. Jak widać – zaplecze nie wygląda wcale tak źle, więc jaki jest sens na siłę wystawiać piłkarzy podatnych na kontuzje w spotkaniach z drużynami z dołu tabeli, zamiast dać się wykazać solidnym zmiennikom, którzy są głodni gry? Jak wiadomo, Królewscy w obecnym sezonie nie potrafią się odpowiednio przygotować do spotkań ze słabeuszami, więc być może zawodnicy walczący o pozycje w drużynie daliby w takich spotkaniach, więcej niż etatowi gracze. Jednak obawiam się, że odpowiedzi nie poznamy, bo Zizou uparcie trzyma się swojego rozwiązania.


GDZIE TE TALENTY?


Lunin, Militao, Odegaard, Jović, Vinicius, Valverde, Rodrygo i Asensio – to lista perspektywicznych piłkarzy w  kadrze Realu Madryt. Pierwsza czwórka w tym sezonie zagrała łącznie w 17 meczach. Następna dwójka miała na początku całkiem mocną pozycję, ale w tym momencie są głównie zmiennikami. Rodrygo przystopowała kontuzja i wychodzi na to, że najregularniej grającym zawodnikiem jest 24-letni Marco Asensio. Najstarszy z tego grona i jeden z tych, którzy otrzymują najniższe oceny. Na ograniczeniu rotacji najbardziej cierpią właśnie talenty, które do doszlifowania potrzebują regularnej gry. I z wyżej wymienionych zawodników diamentem, który chyba najbardziej na tym traci jest Martin Odegaard. 

Norweg w zeszłym sezonie na wypożyczeniu w Realu Sociedad udowodnił swoją wartość, będąc jednym z najlepszych piłkarzy LaLiga, więc Zidane postanowił skrócić jego wypożyczenie, aby mieć go do dyspozycji już teraz. Ostatecznie szkoleniowiec nie wykorzystuje go w takim stopniu, jak można było się tego spodziewać, bo dotychczas rozegrał jedynie 366 minut. Trzeba wziąć też pod uwagę, że 22-letni pomocnik już dwukrotnie miał przerwę z powodu kontuzji, jednak w ostatnich pięciu meczach, kiedy był do dyspozycji, rozegrał zaledwie 6 minut. Po urazie został niemal całkowicie skreślony przez Zidane’a i nic nie wskazuje na to, aby jego obecna sytuacja się poprawiła.

Na rekonwalescencji ucierpiał także Vinicius, gdzie sytuacja według mnie jest jeszcze bardziej niezrozumiała. Brazylijczyk po lekkim urazie, przez który opuścił jedynie spotkanie (Eibar), rozegrał 24 na 360 możliwych minut. Chyba każdy zna przebojowość i nieprzewidywalność wychowanka Flamengo, a niemal każdy jego podryw z ławki dawał nowe skrzydła drużynie. Zidane jednak po kontuzji dał mu najwięcej 13 minut z Granadą oraz 5 i 6 z kolejno Elche i Celtą. W takich wymiarach czasowych ciężko o zrobienie jakiejkolwiek różnicy, a taka bez wątpienia była konieczna w ostatnim zremisowanym meczu z Osasuną, w którym Vini nie podniósł się nawet na rozgrzewkę.

Strach pomyśleć, jak będzie wyglądała pozycja Rodrygo po wyleczeniu kontuzji. Zdecydowanie gorzej wygląda jednak sytuacja Lunina, Militao i Jovicia. Kiedy Courtois jest zdrowy, Ukraińcowi ciężko o minuty, jednak nie dostał nawet choćby jednej szansy. Militao wraz z Joviciem po kilku słabszych występach zostali zepchnięci na dalszy plan, przez co obaj nie pojawili się na boisku od ponad 10 spotkań. Serb otrzymanych szans zmarnował zdecydowanie więcej i raczej nie ma już czego szukać w Madrycie, jednak Eder w rozegranych spotkaniach nie wyglądał aż tak fatalnie, a mimo to w hierarchii przepadł. Fede Valverde gra dość regularnie, jednak jak na jednego z najlepszych pomocników młodego pokolenia, tych minut oraz szans w pierwszym składzie mógłby dostawać nieco więcej. Niemal o każdego z tych piłkarzy bój toczyły inne europejskie potęgi, jednak najbardziej kusząca okazała się dla nich oferta Realu. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że część z nich aktualnie po prostu marnuje swój potencjał.


RÓWNI I RÓWNIEJSI

Zidane już podczas swojego pierwszego pobytu w Madrycie miał swoich „żołnierzy”, z których rzadko rezygnował. Nacho, Vazquez, Isco, Asensio – to kilka z tych „wyjątkowych”, którzy niezależnie, w jakiej byli dyspozycji i tak niemal zawsze dostawali minuty. Tak też pozostało do dzisiaj, a chyba najlepszym tego przykładem jest Marco Asensio. Ze wszystkich młodych zawodników spędził na boisku najwięcej czasu (1121 minut), a mimo to jego bardzo dobre występy można policzyć wyłącznie na palcach jednej ręki. Francuz traktuje wychowanka Mallorci niczym swojego piątego syna, chociaż sam się zapiera, że patrzy na niego na równi z innymi zawodnikami. Ciężko jednak w te słowa uwierzyć, bo skrzydłowy dostał zdecydowanie więcej szans, niż jego koledzy. Teraz kiedy Marco w końcu złapał dobrą dyspozycję, Zizou nie będzie już musiał się tłumaczyć z decyzji umieszczania go w składzie. Jednak lekki niesmak po widocznym faworyzowaniu Hiszpana dalej pozostanie w głowach kibiców oraz innych skrzydłowych w klubie, którzy na tym tracili.


Vazquez z grona „żołnierzy” rozegrał najwięcejminut, jednak w tym przypadku jest to w pełni uzasadnione. Decyzja przesunięcia go na prawą obronę pod nieobecność Carvajala była strzałem w dziesiątkę, a nagły wybuch formy Lucasa jest w pewnym stopniu sukcesem Francuza, który mimo krytyki od dawien dawna ciągle na niego stawiał. Być może na podobny efekt liczy także w wypadku Asensio. Isco zdecydowanie stracił już w oczach Zidane’a, jednak faktem jest, że rozegrał w obecnej kampanii więcej minut niż Martin Odegaard. Hiszpan według licznych źródeł otwarcie mówi, że chce odejść z klubu, a jego forma jest niemalże na samym dnie. Jednak mimo to z jakiegoś powodu Zinedine stawia na niego częściej niż na jednego z najlepszych młodych ofensywnych pomocników na świecie. Sytuacja Nacho względem poprzednich lat trochę się pogorszyła, bo w tym momencie jest jedynie przywoływany w nagłych sytuacjach, ale i tak trener za każdym razem woli postawić na niego, niż dać wykazać się Ederowi Militao. Zidane wbrew temu, co mówi na konferencjach, w jakimś stopniu sugeruje się prywatnymi relacjami, przez co piłkarze, z którymi zna się krócej, są w gorszej pozycji.

MATEUSZ PEREK

Być pięknym, jak Atalanta


„Bogini piękna”, „cudowna La Dea”, „zjawiskowi orobici”, to tylko kilka przydomków, nadanych Atalancie w ostatnich latach. Piłkarze z Bergamo rozkochali postronnych kibiców oraz odmienili obraz Serie A kojarzonego z catenaccio, nudnymi meczami oraz z małą ilością goli. Coraz więcej drużyn chce prezentować tak zjawiskowy futbol, jak ekipa Gian Piero Gasperiniego. Mówi się o Milanie, Interze i Juventusie walczących o scudetto, ale równocześnie wypada obserwować poczynania ekipy Gasperiniego.

POPRZEDNIE LATA


Projekt La Dea miał swój początek już w trakcie sezonu 2009/10, kiedy piłkarze z Bergamo spadli z Serie A. Ówczesny prezydent Alessandro Ruggeri wycofał się i sprzedał udziały Atalanty Antonio Percassiemu, który już w latach 90 był prezesem klubu. Nowym trenerem został Stefano Colantuono, który stawił czoła wyzwaniu, jakim był powrót do Serie A. W imponującym stylu awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej w Italii już w pierwszym sezonie, ale problemy miały dopiero nadejść.

Cristiano Doni, kapitan zespołu otrzymał zakaz gry w piłkę na okres trzech lat i sześciu miesięcy, ze względu na zarzuty w związku z udziałem w skandalu z ustawieniem meczów (Calcioscommese), a Atalanta przed startem ligi otrzymałą karę odjęcia 6 punktów, co w tamtym czasie było najwyższą możliwą karą punktową. Drużyna z Bergamo zajęła miejsce w środku stawki i udało jej się spokojnie utrzymać. Antonio Percassi uznał to za wielki sukces i nagrodził wszystkich piłkarzy premiami.

Nadszedł nowy sezon, a z nim stare kłopoty. Atalantę ponownie ukarano odjęcięm dwóch punktów. Nie było już tak kolorowo, jak w ubiegłym roku. Piłkarze La Dei zgotowali sobie nie lada piekło na sam koniec rozgrywek i udało im się cudem utrzymać, mając nad strefą spadkową tylko dwa punkty przewagi.

Następne sezony również nie były kolorowe. Antonio Percassi poważnie zastanawiał się nad sprzedażą udziałów w klubie. Sezon 2015/16 zakończył ponad 5-letnią przygodę Stefano Colantuono z Atalantą, po serii słabych wyników. Został zastąpiony przez Edoardo Reja, który zapewnił utrzymanie w Serie A i zajął 13. miejsce na koniec sezonu. Klub nie zdecydował się podpisać z nim nowego kontraktu i od nowego sezonu zatrudnił byłego trenera Genoi – Gian Piero Gasperiniego.

GASPERINI, CZYLI POCZĄTEK NOWEJ EPOKI


Zespół Atalanty potrzebował trenera, który samym spojrzeniem sprawi, że piłkarze rzucą się rywalowi do gardeł. Gian Piero ma trudny charakter, ale Percassi postanowił mu zaufać. Początki były trudne, ale systematycznie wyniki się poprawiały, a styl gry z tygodnia na tydzień się krystalizował. Gasperini zintegrował ze sobą seniorską i młodzieżową drużynę. Juniorzy mogli trenować ze starszymi kolegami i podpatrywać z bliska ich zagrania.


W pierwszym sezonie pracy Gasperiniego Atalanta zajęła 4. miejsce w lidze, kwalifikując się do Ligi Europy, po 26 latach nieobecności w europejskich rozgrywkach. Był to nie mały sukces, a Antonio Percassi nagrodził całą drużynę wielkimi premiami. W sezonie 2017/18 piłkarze z Bergamo zajęli w lidze 7. miejsce, a w LE dotarli do 1/8 finału. Zostawili po sobie pozytywne wrażenie i zyskali w oczach kibiców z całej Europy.

Następny sezon w rozgrywkach europejskich zakończyli na eliminacjach. Drużyna z Bergamo została wyeliminowana po rzutach karnych przez Duńską Kopenhagą. Początek sezonu w wykonaniu Atalanty był bardzo słaby. Gian Piero Gasperini był gotowy zrezygnować z pełnienia obowiązków trenera, ale nie pozwolił mu odejść sam właściciel klubu. Sezon 2018/19 okazał się punktem zwrotnym. Zakończyli sezon na 3 miejscu i uzyskali historyczny awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Atalanta dotarła również do finału Coppa Italia, ale tam musiała uznać wyższość Lazio (2:0).

Pierwsze mecze w Lidze Mistrzów były dal nich tragiczne. Porażka z Dinamem Zagrzeb (4:0), Szachtarem (2:1) i Manchesterem City (5:1) nie napawały optymizmem. Jednak udało im się wygrzebać z trudnej sytuacji i wyjść z grupy. W 1/8 finału odprawili z kwitkiem Valencię, pokonując w dwumeczu 8:4, a marka Atalanty rosła z tygodnia na tydzień. Drużyna była w doskonałej formie i nie ustępowała w walce o scudetto Juventusowi, Lazio i Interowi. Pandemia koronawirusa pokrzyżowała plany, a drużyna miała problem z zakażeniami. Dodatkowo Josip Ilicić ogłosił, że do końca sezonu nie pojawi się na boisku, ponieważ poddał się leczeniu depresji. Piłkarze La Dei utrzymali trzecią pozycję, z ubiegłego sezonu strzelając aż 98 bramek! W Lidze Mistrzów polegli w ćwierćfinale z PSG. Sezon zakończyli w dobrych nastrojach, a cały sukces zadedykowano mieszkańcom Bergamo, którzy byli w ognisku pandemii. Kibice na dobre zakochali się w „bogini piękna”


ANTONIO PERCASSI I INNI


Antonio jest od dziecka kibicem Atalanty, występował nawet w jej drużynach juniorskich. Piłkarskiego świata nie zawojował, ale udało mu się dorobić majątku będąć prezesem holdingu Odissea Srl. Pierwszy raz został właścicielem klubu z Bergamo w 1990 roku, ale po 4 latach musiał sprzedać udziały. Ponownie został prezesem w czerwcu 2010 i pełni tę funkcję do dziś. Jest ważną osobą w projekcie La Dei, to on już dwukrotnie zatrzymał na stanowisku Gian Piero Gasperiniego, który chciał opuścić Atalantę.

Asystentem Gasperiniego jest Tullio Gritti, który już od ponad 7 lat podąża ścieżkami z Gian Piero. Jako duet potrafią ze sobą świetnie współpracować. Tullio to oaza spokoju, często w meczu musi sam prowadzić drużynę, ponieważ znany ze swojego wybuchowego charakteru Gasperini otrzymuje upomnienia od sędziego i ogląda spotkania z wysokości trybun. Gritti nigdy nie był pierwszym trenerem i prawdopodobnie nigdy nim nie zostanie. W roli asystenta czuje się doskonale. Na treningach zazwyczaj współpracuje z ofensywnymi piłkarzami, ponieważ sam w przeszłości był napastnikiem.
Cichym bohaterem projektu jest Luca Trucchi, który od samego przyjścia Gasperiniego jest trenerem przygotowania fizycznego. Luca często zostaje w ośrodku po godzinach, ponieważ dba o każdego piłkarza, aby był w jak najlepszej formie fizycznej. Kiedyś Gasperini się śmiał, że powinni mu zrobić sypialnie w Zingonii.

Każdy pracownik z osobna pracuje na sukces drużyny. Nie można przejść obojętnie obok dwóch postaci. Gabriele Zamagna jest od ponad 10 lat kierownikiem drużyny, nazywany jest prawą ręką Antonio Percassiego. Giovanni Sartori jest dyrektorem technicznym klubu. Ze swojej roli wywiązuje się doskonale, potrafi odnaleźć się jako pośrednik menadżera, a zarządu. Przy pracy z Gasperinim pewnie szybciej osiwieje.

JAK ONI TO ROBIĄ?

Amad Diallo został w styczniu zawodnikiem Manchesteru United. W Atalancie rozegrał 5 spotkań, a zdołali go sprzedać za 21 mln euro. Dejan Kulusevski trafił do Juventusu za 35 mln euro, a nigdy nie zagrał w pierwszej drużynie Atalanty. Alessandro Bastoni, przed transferem do Interu rozegrał tylko 3 spotkania w Atalancie. Do nerrazurich trafił za 31 mln euro.

Takich zawodników jest dużo więcej. Szkółka Atalanty wyrasta na jedną z lepszych w Europie. Ultranowoczesny ośrodek La Masia bardzo pomaga w rozwoju juniorów, a klub chce podążać ścieżkami Ajaxu. Z klubu za imponującą kwotę odchodzili też Bryan Cristante (25.5 mln euro) i Andrea Conti (21 mln euro), a cały dochód z transferów w ostatnich latach, klub przeznaczył na renowację i powiększanie trybun na Gewiss Stadium. Budżet Atalanty jest ustabilizowany, a Gasperini nie musi martwić się o pieniądze na piłkarzy, których chce ściągnąć. Najdroższym transferem jest Duvan Zapata, który trafił do Bergamo za około 26 mln euro. Kolumbijczyk od razu wkomponował się w drużynę. Nie ma nieprzemyślanych i nietrafionych transferów Atalanty.


OBECNY SEZON

Drużyna z Bergamo miała bardzo dobre wejście w sezon. System gry kształtowany przez lata przynosił efekt, mimo nieprzepracowanego w pełni okresu przygotowawczego. Wszystko zacięło się od spotkania z Napoli przegranego 4:1. Atalanta otrzymała lanie od Liverpoolu (5:0), nie potrafiła wygrać u siebie z Ajaxem (2:2), przegrała na własnym stadionie z Sampdorią (1:3) oraz z Hellasem Verona (0:2). Od tamtego okresu drużyna La Dei zanotowała 9 meczów bez porażki i zbliżyła się do Milanu, który jest liderem Serie A. Do niesamowitej formy wrócił Josip Ilicić, ale drużynę przybiła jedna afera.

PAPU VS GASPERINI


Podczas spotkania w ramach Ligi Mistrzów z Midtjylland w przerwie doszło do zamieszania. Kapitan drużyny Papu Gomez był wściekły na Gian Piero Gasperiniego, że siedzi na ławce rezerwowych. Obaj panowie znani są z wybuchowego charakteru i doszło w szatni do przepychanek. Podobno Gomez wymierzył cios w policzek dla trenera Atalanty. Tuż po spotkaniu Gasp złożył dymisję, ale prezes Percassi znów odmówił. Papu Gomez przestał przyjeżdżać na treningi, a Josip Ilicić miał za złe trenerowi, że nie radzi sobie z sytuacją. Już w grudniu po wielu spotkaniach i próbach pogodzenia, Alejandro ogłosił, że zimą odejdzie z drużyny. Tak piękna historia kończy się na naszych oczach. Wysokie ego i nieustępliwość obu panów sprawiło, że wielu kibiców pogrążyło się w smutku. Skandal nie sprawił, że La Dea grała gorzej. Rolę Papu na boisku przejął Matteo Pessina, Josip Ilicić wziął ciężar gry na siebie, a nowym kapitanem został Rafael Toloi. Gomez otrzymał pozwolenie na treningi z drużyną Primavery, ale na jego Instagramie niemal codziennie możemy przeczytać docinki w stronę Gasperiniego.



Historię Atalanty można porównać do romantyzmu. Rozkochali nowych kibiców i sprawili, że ich spotkania to jedna wielka uczta. Mieszkańcy Bergamo czekają, żeby móc znów przyjść na Gewiss Stadium i dopingować swoich ulubieńców. Prawdopodobnie jeszcze w tym sezonie nie zobaczymy kibiców na stadionie, Włoski rząd jest bardzo ostrożny. Atalanta w Lidze Mistrzów trafiła na Real Madryt, patrząc na aktualną formę, to nie są spisani na straty. W lidze tracą kilka oczek do Milanu, ale są w stanie to nadrobić

KACPER KARPOWICZ

Oto ostatnie ruchy transferowe w LaLiga

Trwające w Hiszpanii okno transferowe jest nadal dość spokojne, jednak warto przyjrzeć się bliżej ruchom, które już zdążyły poczynić kluby LaLiga. Terapia szokowa? Sztywne zastępstwo? Transfer na ostatniej prostej? To wszystko w dzisiejszym Przystanku LaLiga.

TAKEFUSA KUBO


Końcówka poprzedniego sezonu była dla Japończyka niezwykle udana. Ciężką pracą na treningach oraz dobrymi występami wywalczył sobie miejsce w pierwszym składzie Mallorki. W Mallorce trener Moreno starał się mądrze gospodarować siłami nastolatka, nie chcąc go spalić, ani przepompować. Takie rozwiązanie służyło rozwojowi młodego zawodnika.

Latem powrócił do Realu Madryt i było jasne, że czeka go następne wypożyczenie. Początkowo dla Villarreal miała być to transakcja darmowa, ale kiedy do gry o Japończyka włączyły się inne zespoły, takie jak Bayern z ofertami zakładającymi opłatę za wypożyczenie bliska ośmiu milionów euro wzięcie na siebie wysokiej pensji piłkarza – ok 2 milionów euro – Real zdecydował, że dogada się z Villarreal na nieco mniej preferencyjnych warunkach, niż początkowo zakładał.

Żółta łódź podwodna latem przeszła gruntowny remont. Zwolniono dotychczasowego trenera Javiego Calleję, a w jego miejsce zatrudniono Unaia Emerego, który co do zasady ma dobrą opinię na Półwyspie Iberyjskim. Oprócz trenera do klubu trafiło kilku piłkarzy doskonale znanych z boisk LaLiga, którzy mieli zmienić oblicze zespołu. Wśród nich był Takefusa Kubo, ale czas spędzony w Vilarreal nie będzie wspominał najlepiej. Nie był w stanie wywalczyć na stałe miejsca w składzie, ponieważ Unai Emery wolał stawiać na mniej efektownych piłkarzy, którzy jego zdaniem lepiej rozumieją taktykę np. Moi Gomez.

Kubo, pozostało skupić się na występach w Lidze Europy, ale od samego początku można było wyczuć, że zarówno jemu, jak i jego środowisku nie odpowiada taki san rzeczy. Kubo, jest bardzo ambitnym graczem, od którego bardzo dużo się wymaga. To sprawia, że chciałby grać jak najwięcej i jak najszybciej przekraczać granice, które być może jeszcze nie są wskazane na tym etapie kariery. Wszystko to jest podsycane przez szerokie grono japońskich fanów, którzy upatrują w nim przyszłą legendę japońskiej piłki. Pytanie, czy jest to dobre dla rozwoju Kubo.

Ludzie zarządzający jego karierą w porozumieniu z Realem Madryt i Villarrealem doszli do porozumienia w sprawie skrócenia wypożyczenia. Teraz Japończyka czeka półroczne wypożyczenie do Getafe, którego gra mocno kontrastuje ze stylem Villarreal. Czy to źle? Niekoniecznie. Getafe gra bardziej bezpośrednią piłkę i trzeba podkreślić, że pewna koncepcja w drużynie Los Azulones zaczęła się wypalać. Kubo, może wprowadzić do Getafe odrobinę pozytywnego szaleństwa. Można spodziewać się okresowych tarć na linii trener-zawodnik o ustawienie na boisku, natomiast istnieje duże prawdopodobieństwo, że transakcja będzie dla obu stron korzystna. Kubo, doda do swojego repertuaru nieco twardej gry, a DNA Getafe zostanie wzbogacone o małą cząstki małej gry pełnej dryblingów.

CARLES ALENA


Hiszpan jest graczem, któremu wróżono wielką karierę, ale wiele sygnałów wskazuje na to, że może nie spełnić pokładanych w nim nadziei. Jego występy w Barcelonie na ogół były przeciętne. Często brakowało mu tego, co pokazuje Pedri, czyli boiskowej zuchwałości z piłką przy nodze. Alena sprawiał wrażenie piłkarza, który woli zachować dla siebie odrobinę cienia i nie brał na siebie tak odważnie ciężaru kreowania akcji.

W poprzednim sezonie pół roku spędził na wypożyczeniu do Betisu, który chętnie sięga po piłkarzy bezpośrednio lub pośrednio związanych z Barceloną. W ekipie Verdiblancos grał regularnie, ale rzadko oczarowywał. Teraz podobnie jak Kubo trafia do Getafe. Transfer do ekipy Josepa Bordalasa może okazać się dla Alenii terapią szokową. Styl Bary jest doskonale znany każdemu, Betis stara się w jakimś stopniu odwzorowywać grę Barcy (przy zachowaniu odpowiednich proporcji), a teraz Alenia staje przed wyzwaniem gry w zespole, w którym często stosuje się bardzo bezpośrednie środki w celu powstrzymania rywali. Dla Alenii może to być albo nie być na poziomie LaLiga. Za moment skończy 23 lata, a oczekiwania wobec niego były na tyle wysokie, że jego dotychczasowe osiągnięcia świadczą o pewnym marnotrawstwie talentu.

ETIENNE CAPOUE


Transfer 32-latka do Villareal w pewnym sensie może wpędzić w kompleksy Javiego Gracię, trenera Valencii. Dlaczego? Z tego względu, że latem ze wszystkich sił starał się sprowadzić Capoue na Estadio Mestalla. Był z nim nawet po słowie, ale ostatecznie władze Los Ches zablokowały jego transfer, uznając, że w obecnej sytuacji ekonomicznej byłby nadprogramowym wydatkiem i zbędnym elementem w układance trenera Gracii. Powiedzmy sobie szczerze, Francuz nie jest wirtuozem, o którego zabijają się kluby całej Europy, ale jest graczem niezwykle użytecznym, będący gwarancją solidnego poziomu.

Na początku kampanii 20/21 w drużynie Emerego świetnie spisywał się Vicente Iborra, jednak poważna kontuzja sprawia, że prawdopodobnie do końca sezonu nie pojawi się na boiskach LaLiga. Charakterystyka Capoue zdecydowała o tym, że w Villarreal podjęto decyzję o sprowadzeniu pomocnika. Sposób poruszania się po boisku, siła fizyczna i rozumienie taktyki dają nadzieję, że Capoue może bez problemu zastąpić Iborrę. Jednak sam Capoue zaznacza, że nie trafił Estadio de la Ceramica, by kogoś zastąpić, tylko w celu osiągnięcia możliwie najlepszych wyników z tym klubem.

AARON MARTIN


Martin urodził się w Montmeló, gdzie znajduje się tor F1 Circuit de Barcelona-Catalunya. Pierwsze kroki na boiskach LaLiga stawiał w zespole Espanyolu, po czym został wytransferowany do Mainz. Teraz dołącza do Celty z wielkimi nadziejami. W celu ułatwienia Martinowi adaptacji w nowym zespole, wypożyczenie z Mainz sformalizowano już czwartego stycznia.


„To wspaniały klub, z bardzo ładnym stylem gry, który widać. Bardzo solidna drużyna w obronie, bardzo dobrze grają piłką, z zaangażowaniem i chęcią poprawy każdego dnia. Przyszedłem z wielką chęcią pomagania, dawania z siebie wszystkiego”.

Sprowadzeniem Martina do Celty jest ruchem na wskroś logicznym. Wcześniej Coudet miał do dyspozycji tylko jednego lewego obrońcę, Lucasa Olazę, ponieważ od dłuższego czasu z przyciągającymi kontuzjami zmaga się David Junca. Rywalizacja z Olazą może okazać się dla Martina wymagająca, ponieważ Urugwajczyk utrzymuje solidną dyspozycję i ma wiele walorów ofensywnych, którymi imponuje, ale sprawa pozostaje otwarta.

TRANSFER W POCZEKALNI


Odejście Diego Costy sprawiło, że Atletico zostało zmuszone do podjęcia kroków na rynku transferowym w celu sprowadzenia kolejnego napastnika. Okazało się niemożliwe sprowadzenie Arkadiusz Milika, a plotki o ewentualnym dołączeniu Raula De Tomasa również spełzły na niczym. Podchodząc rzetelnie do sprawy, temat transakcji do Atletico nie należy do łatwych.

Po pierwsze dlatego, że nowy napastnik musi liczyć się z obecnością Luisa Suareza, który co prawda miewa problemy ze zdrowiem, ale kiedy gra, udowadnia swoja przydatność. Po drugie napastnik musi być na tyle dobry, by regularnie trafiać do bramki, a zarazem liczyć się z możliwością bycia rezerwowym, czyli z punktem pierwszym.

Jak podaje hiszpańska prasa, Atletico jest bliskie porozumienia z OL w sprawie zakupu Moussy Dembele. Jesienią Dembele grał regularnie, ale nie był pierwszoplanową postacią francuskiej ekipy. Strzelił tylko jedną bramkę w Ligue 1, co już samo w sobie jest słabym wynikiem, a jak dodamy do tego fakt, że w dwóch poprzednich sezonach strzelił ich łącznie 31, można się zastanawiać, czy w Atletico się odbuduje.

Juninho w rozmowie dla The Telefoot przyznał, że Dembélé zapytał go, czy może odejść. Dodał również, że napastnik osiągnął już porozumienie z Atlético, ale oba kluby nadal negocjują. Na moment przed opublikowaniem tego artykułu, pojawiły się wieści z MD sugerujące, że do finalizacji transakcji brakuje już tylko testu PCR Francuza i lotu do Madrytu.

Jakie konsekwencje mogą wiązać się przejściem Francuza do Atletico? Być może jest to zbyt daleko idący wniosek, natomiast jest możliwe, że w ten sposób w obecnym oknie transferowym zamknie się furtka z herbem FC Barcelony dla Memphisa Depaya. Co prawda jest teraz ostatni moment na zarobienie jakichkolwiek pieniędzy na Holendrze, natomiast Aulasowi zależy na tym, by Lyon zagrał w następnej edycji LM, a kolejne osłabienie znacząco obniżyłoby szanse na osiągnięcie postawionego celu.

PAWEŁ OŻÓG

A miało być tak pięknie. Ciemne chmury na niebieskim niebie.

Leicester, Leeds, West Ham, Liverpool, Tottenham, Manchester, West Brom. To lista zespołów, które w tym sezonie Premier League, dały radę postawić się ekipie Guardioli. Żaden z nich – w przeciwieństwie do Chelsea – nie wydał przed rozgrywkami kwoty bliskiej 250 mln euro na transfery. Nic więc dziwnego, że ostatnia kompromitująca porażka The Blues z Manchesterem City, mogła okazać się gwoździem do trumny Franka Lamparda. Oczywiście, sam fakt – nie tak znowu wysokiej – przegranej z zespołem The Citizens, to żaden powód do wstydu. Zdarzało się to niegdyś Fergusonowi, ma to za sobą Wenger, czy nie tak dawno Klopp.

Problemem jest jednak to, że zespół z Londynu nie funkcjonuje już od dość dawna, a ostatnia potyczka Lamparda z Guardiolą, to tylko wisienka na dość gorzkim torcie, jaki pojawił się na stole Romana Abramowicza. Na ten moment Chelsea zajmuje 9 pozycję w tabeli, ze stratą 7 punktów do lidera i wygrała tylko jedno spośród sześciu ostatnich spotkań. A przecież przed sezonem rosyjski oligarcha sypnął groszem, Frank Lampard wspominał coś o walce o tytuł, a fani ze Stamford zacierali ręce. Mówiąc krótko – nie tak to miało wyglądać.

OBIECUJĄCE POCZĄTKI

Zaostrzone apetyty sympatyków The Blues nie wynikały jednak tylko i wyłącznie z hojności Abramowicza, czy bojowego nastawienia menedżera klubu. Poprzedni sezon pod wodzą legendy był dla Chelsea całkiem udaną, a co za tym idzie obiecującą kampanią. Transferowy ban miał być swego rodzaju szczęściem w nieszczęściu, które pomoże klubowi sięgnąć do korzeni, przyjrzeć się ogromnej grupie piłkarzy będących na wypożyczeniach, a także okazją na przetestowanie młodzieży. Lampard, który zebrał pierwsze trenerskie szlify podczas całkiem udanej przygody z Derby County (niespodziewany awans do play-off w Championship), wydawał się idealną osobą do wykonania powierzonego mu zadania. I w zasadzie tak też było. Chelsea w sezonie 19/20 grała przyjemną dla oka piłkę, do zespołu umiejętnie wkomponowali się młodzi Mount czy Abraham, a wszystko zakończyło się na solidnym 4 miejscu w tabeli, który pozwoliło The Blues na awans do Ligi Mistrzów. Miało być tylko lepiej.

NOWE ROZGRYWKI, NOWE CELE

Tak więc udany okres przejściowy teoretycznie stał się faktem, a wszystko, co najtrudniejsze wydawało się już być za Lampardem i spółką. Przyszedł czas na nowe wyzwania. Wielomilionowe inwestycje w piłkarzy takich jak Werner, Havertz, Ziyech, Chilwell, Mendy czy sprowadzony za darmo Thiago Silva, miały dać zespołowi zarówno nową jakość, jak i balans. Na razie nic z tego nie wyszło. Na ten moment możemy śmiało powiedzieć, że grająca zdecydowanie mniej napompowany składem Chelsea z tamtego sezonu, prezentowała się lepiej niż ta obecna. The Blues ani nie strzelają specjalnie dużo (1,9 gola na mecz), ani też nie stanowią monolitu w defensywie. W ich grze trudno doszukiwać się stylu i tak naprawdę nie wiadomo co jest ich mocną stroną. Na boisku brakuje też liderów. Zmiana kursu z korzystania z ograniczonych możliwości, na totalne bogactwo kadrowe, na razie nie wychodzi Lampardowi na dobre, a presja związana z powyższymi wydatkami sprawia, że ocenia się go zdecydowanie bardziej surowo niż w poprzednim sezonie.

TRANSFEROWE FLOPY

Nie ma w tym nic dziwnego, bo nowi piłkarze zdają się nie rozwijać pod wodzą obecnego szkoleniowca. Oczywiście, spisywanie już teraz na straty takich zawodników jak Havertz, Werner czy Ziyech, byłoby totalną głupotą, ale faktem jest, że żaden z nich nie staje na wysokości zadania. I o ile jeszcze możemy zrozumieć problemy z adaptacją młodego Havertza, o tyle byli piłkarze RB Lipsk czy Ajaxu, w momencie przenosin do Londynu wydawali się postaciami ukształtowanymi i gotowymi do tego, by przenosić góry. A Thiago Silva? Osobiście byłem sceptyczny od samego początku, ale Lampard jednak po coś go chciał. Brazylijczyk miał dać pewnie doświadczenie i stabilizację, ale patrząc na to, w jaki sposób The Blues tracą gole, to raczej nie wypaliło. Najmniejsze pretensje można mieć chyba do Chilwella i Mendy’ego, ale umówmy się, żaden z nich nie jest na ten moment kandydatem to jedenastki sezonu (jeśli mielibyśmy ją budować na jego półmetku) i nie mówimy tu też o piłkarzach bez skazy.

CIERPLIWOŚĆ ABRAMOWICZA

Tak więc nad Lampardem zbierają się ciemne chmury. Zespół gra poniżej oczekiwań, nowi zawodnicy nie wnoszą jakości, a starzy obniżają loty. Okoliczności łagodzące? Wciąż nie tak wielka strata punktowa do czołowych miejsc i awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Może się wydawać, że gdyby nie to ostatnie, to Anglika nie byłoby już na Stamford. Związany z klubem dziennikarz Daily Telegraph – Matt Law apelował po ostatnim spotkaniu o spokój, a menedżer The Blues twierdził, że ceni sobie pracę pod presją. Tak czy inaczej, legenda Stamford siedzi na gorącym krześle. Kiedy Gundogan był o centymetry od skompromitowania Londyńczyków strzałem piętą w pierwszej połowie ostatniego spotkania (wówczas na tablicy widniało 3:0 dla City), widziałem oczami wyobraźni, jak Abramowicz zwalnia Lamparda. Niemiec nie trafił, a zespół z Londynu w drugiej odsłonie nieco podreperował wynik. Być może te detale zadecydowały o tym, że wciąż mogę pisać o Lampardzie jako o obecnym, a nie byłym szkoleniowcu Chelsea. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że najbliższy mecz pucharowy z Morecambe, a także ligowy wyjazd na Fulham, to spotkania ostatniej szansy dla obecnego szkoleniowca The Blues. Jeśli tam wszystko się powiedzie, to po nich przyjdą następne. Anglik to przecież na ten moment najgorzej punktujący menedżer w erze Abramowicza, lepszy od niego był nawet Villas-Boas! Nie będziemy więc specjalnie zdziwieni, jeśli cierpliwość bossa w końcu się skończy. Machina o nazwie Chelsea musi odpalić na dobre lada dzień, inaczej czas sentymentów niechybnie dobiegnie końca.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Sprawcy niespodzianki. UD IBIZA.

Magia krajowych pucharów polega na tym, że klub z niższej klasy rozgrywkowej potrafi sprawić niespodziankę. W drugiej rundzie Pucharu Króla kilka zespołów z Segunda B (trzeciego poziomu rozgrywek w Hiszpanii) zdołało wyeliminować reprezentantów LaLiga. W gronie klubów, które okazały się lepsze w starciu z faworytami znalazła się zespół o nazwie UD Ibiza i to właśnie historii tej drużyny poświęcono poniższą treść.

KRÓTKA HISTORIA

Miasto Ibiza dla wielu osób znajduje się w sferze marzeń. Nieoficjalnie mówi się, że połowę mieszkańców Ibizy stanowią obcokrajowcy, którzy przybyli w wyniku zainteresowania pięknymi widokami, wyjątkową atmosferą i muzyką elektroniczną, która za sprawą wielu klubów muzycznych rozbrzmiewa wieczorami z głośników.

W 2015 grupa biznesmenów z Amadeo Salvo na czele postanowiła, założyć klub, który w przyszłości zagra na szczeblu centralnym. Amadeo Salvo, nie jest człowiekiem z pierwszej łapanki. Zanim prezesem Valencii został wybrany Anil Murphy, to właśnie Salvo przewodził „Los Ches”.

Zaledwie miesiąc po rozwiązaniu umowy z Valencią stwierdził, że Ibiza będzie idealną siedzibą dla klubu XXI wieku. W jednej z wypowiedzi przyznał, że pod względem atrakcyjności Ibiza bije Villarreal. UD Ibiza miała wypełnić pustkę pozostawioną po klubie o nazwie UD Ibiza-Eivissa, który w 2010 przeszedł do historii.

W sezonie 17/18 Ibiza radziła sobie na tyle dobrze w rozgrywkach Tercera, że dotarła do baraży o Segunda B. W końcówce sezonu zespół prowadził Rufete, a jak historia pokazała, nie był jedynym znanym zawodnikiem, któremu powierzono obowiązki trenera Ibizy, ale o tym w dalszej części tekstu.

W dwumeczu, który miał zadecydować o awansie, piłkarze Ibizy podejmowali rezerwy Levante. O losach dwumeczu zdecydowały rzuty karne, które lepiej wykonywali rywale Ibizy. Okazało się jednak, że nie ma potrzeby odkładania marzeń o awansie na kolejny rok. Problemy finansowe przeżywała Llorca, która nie otrzymała licencji na kolejny sezon. Władze RFEF podjęły decyzję, na mocy której przyznano awans Ibizie.

BORIELLO I BYLI PIŁKARZE

Po awansie postanowiono wzmocnić zespół. Zdecydowano, że dobrym pomysłem byłoby zakontraktowanie Marco Boriello. Włoch w przeszłości triumfował dwukrotnie w rozgrywkach Ligi Mistrzów (Milan) oraz zdobywał trzykrotnie Scudetto (dwa tytuły z Milanem i jeden z Juventusem). Po podpisaniu kontraktu piłkarz podkreślał, że dla ludzi Ibiza wiąże się z dyskotekami i rozrywką, ale dla jego celem jest doprowadzenie klubu do LaLiga. Utytułowany napastnik okazał się wielkim niewypałem. Rozegrał tylko siedem spotkań, nie zdobył choćby jednej bramki i po półrocznym pobycie na Ibizie zakończył karierę.

Po kilku spotkaniach zwolniono następcę Rufete, Antonio Mendeza, a w jego miejsce zatrudniono byłego bramkarza Sevilli, Andresa Palopa, którego większość kibiców kojarzy z bramki, która w sezonie 06/07 zdecydowała o wyeliminowaniu Szachtara Donieck w 1/8 Pucharu UEFA.

Palopowi nie szło najgorzej (10 zwycięstw, 6 remisów i 5 porażek), ale w lutym był już poza klubem. Zadecydował kiepski styl i przeciętne wyniki w spotkaniach wyjazdowych. Na jego następcę wybrano Pablo Alfaro, który jako piłkarz miłował zadawanie bólu rywalom. Na boisku brutalnością nawiązywał do słynnego Vinniego Jonesa. Alfaro dokończył sezon w imponującym stylu. Ibiza w 11 spotkaniach przegrała tylko raz, co miało być dobrym prognostykiem na rozgrywki 19/20.

JAK UTRZEĆ NOSA ODCINEK PIERWSZY

W edycji 19/20 Copa del Rey los skojarzył Ibizę z FC Barceloną. Dla piłkarzy Dumy Katalonii miał być to spacerek w myśl prostego scenariusza. Przyjechać. Rozgromić. Zapomnieć. Jednak okazało się, że Ibiza była w stanie postawić się zespołowi Quique Setiena, który postanowił uśpić czujność rywali, przenosząc ich do krainy tysiąca podań. Piłkarze Barcelony wymienili 1018 podań, ale nawet imponująca liczba podań nie sprawiła, że faworyt miał mecz pod kontrolą.

Już w 8. minucie Ibiza wyszła na prowadzenie. Barcelona długo się męczyła, nie potrafiąc wykorzystać przewagę jakości nad rywalem. Dopiero w 72. minucie Barcelona doprowadziła do wyrównania za sprawą Griezmanna i ten sam piłkarz w 95. minucie sprawił, że obyło się bez dogrywki i kompromitacji, jednak niesmak pozostał.

TRIUMF NAD CELTĄ

W sierpniu 2020 Juan Carlos Carcedo zastąpił Pablo Alfaro i już dziś można powiedzieć, że jest ojcem największego sukcesu w historii klubu z Ibizy. Piątego stycznia pokonali w przekonującym stylu Celtę Vigo, która w ostatnich tygodniach imponowała formą w rozgrywkach LaLiga. Prawdą jest, że Celta wystawiła na to spotkanie drugi garnitur, natomiast rozmiar zwycięstwa drużyny z Balearów wpędza galicyjskich kibiców w zakłopotanie. 

Wygrana 5:2 wskazuje na to, że w zespole Carcedo drzemie olbrzymi potencjał, a sam trener wykonuje świetną pracę. Warto rzucić okiem na rozgrywki ligowe. Po ośmiu kolejkach Ibiza z dorobkiem 20 punktów (6 zwycięstw i 2 remisy) przewodzi stawce i jest na najlepszej drodze do kolejnego awansu.

WYJĄTKOWY KIBIC


Choć klub funkcjonuje dopiero od kilku lat, już może pochwalić się wiernym fanklubem o nazwie „Peña Corsarios”. Bohaterem ciekawej historii stał się jeden z członków tego fanklubu. Pan Daniel Pades był jedynym kibicem, który udał się do Pontevedry, aby kibicować swojej drużynie w poprzedniej edycji Pucharu Króla. Podróż musiał podzielić na dwa etapy. Pierwszym etapem była przeprawa promem, która poprzedzała dziesięciogodzinną podróż samochodem, w celu dostania się na Estadio Pasarón. Z powodu ulewy mecz został przerwany po kwadransie. Amadeo Salvo, uznał, że poświęcenie kibica należy docenić. Pades otrzymał zaproszenie na pozostałą część spotkania, którą dograno kilkanaście dni później. Ponadto kibic został zaproszony do popularnej w Hiszpanii audycji El Larguero.

PAWEŁ OŻÓG

Złota dekada Borussii Mönchengladbach

Początek lat 70 był trudnym okresem dla Bundesligi. W niemieckiej piłce rządziła korupcja, a profesjonalna liga była o krok od upadku. Jednak były to złe-miłego początki, a lata 70 będą wspominane jeszcze przez długie lata. Dominacja w tym okresie należała do jednej drużyny – Borussii Mönchengladbach. Źrebaki zdobyli 5-krotnie mistrzostwo Niemiec oraz 2-krotnie Puchar UEFA. Dla kibiców BMG ten czas jest po prostu „złotą dekadą”.

Przydomek „Die Fohlen” (źrebaki) został nadany Borussii na cześć ich ofensywnej i agresywnej gry. Kibice z całych Niemiec pokochali Gladbach za ich styl. Ojcem sukcesu przedsięwzięcia był Hennes Weisweiler, który zbudował zespół z młodych, perspektywicznych chłopaków, wpajając im filozofię nowoczesnej, jak na tamte lata gry. We wcześniejszych sezonach ekipa BMG plasowała się w czołówce, ale brakowało im kropki nad i, żeby sięgnąć po wymarzone mistrzostwo. Wreszcie klub zakontraktował zawodników bardziej doświadczonych, tj. Luggi Müller, czy Klaus-Dieter Sieloff, którzy okazali się brakującymi elementami układanki. Przed sezonem dołączył również pierwszy zagraniczny piłkarz – Ulrik Le Fevre, urodzony w Danii. W sezonie 1969/70 drużyna Weisweilera po raz pierwszy ograła Bayern Monachium (2:1). Już 3 maja 1970 roku, po zwycięstwie 4:3 nad RW Oberhausen, kibice mogli świętować pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Najlepszym strzelcem w tamtym sezonie był Herbert Laumen, który zdobył 19 goli. Korona króla strzelców powędrowała w ręce dobrze znanego nam Gerda Müllera, który popisał się aż 38 trafieniami w sezonie.

16 września 1970 roku, drużyna Hennesa Weisweilera rozegrała pierwszy historyczny mecz w europejskich pucharach. Pokonali na własnym stadionie cypryjski zespół EPA Larnaka, a Herbert Laumen był pierwszym zdobywcą bramki w europejskich pucharach dla Borussii Monchengladbach. Był to niesamowity sezon dla Gladbach i Bayernu. Obie drużyny szły łeb w łeb. O mistrzostwie zdecydowało spotkanie między gigantami. Piłkarze Borussii pokonali Bayern na własnym stadionie 3:2. Źrebaki jako pierwsi w historii zdołali obronić tytuł mistrzowski. Był to szalony sezon 1970/71, a najdziwniejsza sytuacja wiązała się z meczem 27. kolejki, w którym BMG, podejmowała Werder Brema. W 88. minucie spotkania do karnego podszedł Herbert Laumen (przy stanie 1:1). Bramkarz Gunter Bernadinto zdołał obronić rzut karny i po dobitce do główki wyskoczył sam wykonawca „11”. Herbert po starciu z golkiperem Werderu wpadł na słupek, łamiąc go. Nikomu nie udało się naprawić bramki, a DFB w konsekwencji uznała walkower dla Werderu 2:0, a zarząd ligi nakazał Borussii wymianę bramek. Obecnie ciężko sobie wyobrazić podobny przebieg wydarzeń.

Następne sezony nie były już tak udane dla Die Fohren. Podczas meczu 2 rundy europejskich pucharów w sezonie 1971/72 grali z Interem Mediolan. Borussia prowadziła na własnym stadionie 7:1 i piłkarze czekali już na końcowy gwizdek spotkania. Pod koniec meczu zawodnik Interu Roberto Boninsegna został trafiony z trybun puszką po piwie. Piłkarza zniesiono z boiska, a mecz anulowano. W nowym terminie spotkanie zakończyło się wynikiem 0:0. W rewanżu lepsi okazali się Włosi, pokonując na własnym terenie Gladbach 4:2. Borussii udało się już tylko wygrać DFB-Pokal w 1973 roku, pokonując w finale FC Koln (2:1) oraz dotrzeć do finału Pucharu UEFA, który przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 3:2 (porażka 3:0 na wyjeździe i zwycięstwo 2:0 u siebie). W sezonie 1973/74 Jupp Heynckes został pierwszym królem strzelców w historii klubu, zdobywając 30 goli.

Sezon 1974/75 stanowił huśtawkę emocjonalną dla kibiców BMG. Drużyna w 17. kolejce wskoczyła na fotel lidera i nie oddała tego miejsca już do końca sezonu. Podczas świętowania upragnionego tytułu ważną informację przekazał trener Hennes Weisweiler. Niemiec dał do wszystkim do zrozumienia, że to koniec jego epoki w tym klubie. Weisweiler przyjął ofertę od FC Barcelony. Kibice źrebaków ze łzami w oczach pożegnali dotychczasowego trenera. Następnie Borussia rozegrała finał Pucharu UEFA z Twente Enschede. Pierwszy mecz zakończył się bezbramkowym remisem, natomiast w rewanżu ekipa z Gladbach pokonała holenderską drużynę aż 5:1, ustanawiając rekord najwyższego zwycięstwa na wyjeździe w finale Pucharu UEFA.

Nowym szkoleniowcem źrebaków został Udo Lattek, który był wstępnie dogadany z Rot-Weiss Essen, ale oferta BMG była lepsza finansowo. Lattek przez pięc sezonów był trenerem ligowego rywala – Bayernu Monachium. Sezon 1975/76 zdominowała Borussia. W 12. kolejce drużyna wskoczyła na fotel lidera i nie oddała go do samego końca. W klubie liczyli na sukces w Pucharze Europy Mistrzów Klubowych (dzisiejsza Liga Mistrzów), ale po dwumeczu z Realem Madryt, piłkarze musieli obejść się smakiem. Hans-Jurgen Wittkamp do dziś twierdzi, że mecz był ustawiony przez przeciwników. W pierwszym spotkaniu na stadionie w Dusseldorfie (tam rozgrywała Borussia spotkania w europejskich pucharach) padł remis 2:2. Rewanż wypadał 3 marca 1976 roku w Środę Popielcową. Duński sędzia Leonardus van der Kroft nie uznał dwóch bramek dla niemieckiej drużynie i mecz zakończył się wynikiem 1:1, który dawał awans Hiszpanom. W 68 minucie nieuznany został gol Henninga Jansena, przez rzekomy faul, a w 83. minucie Wittkampa, ponieważ Kroft odgwizdał spalonego, którego nie było. Sędzia po spotkaniu powołał się na decyzję liniowego, który nie podniósł chorągiewki. Na pocieszenie, królem strzelców został Jupp Heynckes z 6 golami na koncie.

Zespołowi z Monchengladbach udało się dorównać osiągnięciom Bayernu i zdobyli trzy mistrzostwa kraju z rzędu. Udo Lattek w ciagu kilku pierwszych lat dokonał niewielu zmian w składzie, co pozwoliło mu dopiąć pewne schematy na ostatni guzik i nie zejść z tronu przez trzy sezony. Po sezonie 1976/77 złota piłka przyznawana przez Ballon d’Or trafiła w ręce piłkarza Borussii – Duńczyka Allana Simonsena, który w całym sezonie zanotował 14 trafień do siatki rywali. Nie zdołali jednak wygrać Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Borussia Mönchengladbach dotarła do finału, ale tam musiała uznać wyższość Liverpoolu, którzy w dwumeczu wygrali 3:1.

Prawdziwy koszmar i morze łez zostały wylane na koniec następnego sezonu, kiedy drużyna przegrała mistrzostwa bilansem bramek z FC Koln. W ostatniej kolejce Monchengladbach pokonało Borussię Dortmund aż 12:0 (najwyższy wynik w historii Bundesligi), ale rywale z Kolonii pokonali FC St.Pauli 5:0 i to kozły mogły się cieszyć z mistrzostwa, drugiego w historii klubu. Bilans bramek Borussii wynosił +42, natomiast FC Koln +45.

W 1979 roku trafili w finale Pucharu UEFA na Crvene Zvezde i do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano aż… trzech meczów. W pierwszym, jak i drugim meczu finałowym padł wynik 1:1, a w tamtym okresie nie rozgrywano dogrywek. Trzecie, decydujące spotkanie rozegrano kilka dni później i BMG pokonało Crvene 1:0, po bramce Allana Simonsena. W 1980 również potrzebowano aż trzech meczów, żeby wyłonić najlepszą drużynę. Tym razem nie poszczęściło się Źrebakom i ponieśli porażkę w starciu z ligowym rywalem Eintrachtem Frankfurt. W dwóch pierwszy spotkaniach padł wynik 3:2, natomiast w decydującym 1:0 dla rywali.

Sezon 1978/79 był ostatnim Udo Lattka w roli trenera Borussii. Z drużyny odszedł późniejszy prezes Rainer Bonhof, a Jupp Heynckes i kapitan Berti Vogts zakończyli kariery. Trener miał problem ze znalezieniem odpowiednich piłkarzy. Klub postanowił małymi kroczkami wciągać  Juppa Heynckesa do świata trenerki, więc został wybrany asystentem szkoleniowca. Sezon był bardzo słaby w wykonaniu Borussii, zajęli bowiem 9. miejsce w lidze i zakończyli sezon z ujemnym bilansem bramkowym. Ocenę ogólnej sytuacji nieco poprawił wygrany finał Pucharu UEFA z Crveną Zvezdą.

Po odejściu Lattka nowym trenerem w sezonie 1979/80 został Jupp Heynckes, który ściągnął do zespołu Harelda Nickela z Eintrachtu Braunschweig za rekordową jak na tamte czasy kwotę 1,15 mln DM (marek niemieckich). Do klubu trafił także Lothar Mattheus. Sezon ligowy piłkarze Gladbach zakończyli na siódmym miejscu i przegrali finałowy mecz Pucharu UEFA.

Sir Matt Busby pięknie podsumował drużynę Weisweilera. „Nikt na świecie nie wygrałby dzisiaj z tą ekipą. To był futbol w najwyższej perfekcji”. Najwspanialsza era w historii Mönchengladbach dobiegła końca. Piłkarze źrebaków w następnych latach nie zdołali nawiązać do złotej dekady. Dziś ciężko dotrzymać kroku rozpędzonemu Bayernowi, który niechętnie oddaje tytuł mistrzowski w obce ręce. W wyścigu o mistrzostwo biorą udział również Borussia Dortmund i Lipsk. W tym roku Źrebaki zdołali awansować do Ligi Mistrzów. Wyszli z grupy śmierci z Realem, Szachtarem i Interem i kto wie, jak potoczą się ich losy w fazie play-off.

KACPER KARPOWICZ

Lekcja historii #3: Pele i (nie)zawieszona wojna w Nigerii.

Według wielu kibiców piłki nożnej Pele uchodzi za najlepszego gracza, jaki kiedykolwiek stąpał po kuli ziemskiej. Normalne więc, że wokół jego postaci narosła spora ilość mitów. Szczególnie że czasy, w których Pele znajdował się u szczytu popularności, nie pozwalały na weryfikowanie wszystkich plotek i spekulacji. Być może część z was słyszała kiedyś opowieść o tym, że gwiazdor Santosu i reprezentacji Brazylii przyczynił się swoim przyjazdem do Nigerii do tymczasowego zawieszenia broni w trakcie trwającej w tym kraju wojny domowej. Czy faktycznie tak było? Dziś mówimy: “Sprawdzam!”

Czytaj dalej „Lekcja historii #3: Pele i (nie)zawieszona wojna w Nigerii.”

ALFABET 2020.

Niesamowity Bayern Hansiego Flicka, wielki Milan i Polak najlepszym piłkarzem świata. Oto piłkarski alfabet 2020 roku.

A jak Arkadiusz Milik – Prawna przepychanka z własnym zespołem i kilka miesięcy przesiedzianych na trybunach. Najlepiej ten rok Arka pokazują jednak liczby. 24 mecze, 5 goli, 0 asyst. To nie był najlepszy okres w karierze reprezentanta Polski. Oby sytuacja zmieniła się już tej zimy.

B jak Bodø/Glimt – Mistrzowie północy, zdecydowanie najlepszy skandynawski klub 2020 roku. Nie bez powodu New York Times wskazał Glimt jako jeden z klubów przyszłości. Dziennik zwrócił uwagę przede wszystkim na aspekt psychologiczny zespołu. Jeżeli chodzi o mental zawodników, nic nie jest pozostawione przypadkowi. Rodzinna atmosfera, częste spotkania i specjalne sesje z… byłym pilotem. Zatrudnienie Bjørna Mannsverka jako psychologa (choć on sam nigdy by się tak nie określił. Jest po prostu dobrym duchem szatni, który często spotyka się i rozmawia z zawodnikami) zostało zauważone przez media dopiero w obliczu wielkiego sukcesu drużyny, choć Mannsverk pracuje w klubie już od 2017 roku. Jak najbardziej można więc powiedzieć, że jest to klub przyszłości, choć wielki jest już w teraźniejszości. Dominatorzy. W ich kontekście najlepiej przemówiają statystyki i rekordy, których nazbierało się całkiem sporo. Najwięcej punktów w historii ligi norweskiej (81), największą przewaga w historii rozgrywek (19 punktów nad drugim Molde) i najwięcej strzelonych bramek w jednym sezonie (aż 103), a to wszystko w wykonaniu drużyny z latami dyskryminowanej i lekceważonej północnej części kraju. Chłopcy z Bodø napisali piękną historię, a teraz wypływają na szerokie wody. Jens Petter Hauge wylądował w Mediolanie, a Philip Zinckernagel w Watfordzie. Sprzedaż największych gwiazd zespołu nie oznacza jednak końca tego projektu, daję na to słowo.

C jak Cholismo – Ileż to razy fani ligi hiszpańskiej nasłuchali się, że ich ukochane rozgrywki są monotonną rywalizacją dwóch gigantów? Z pewnością nie raz. W tym roku do gry na stałe wkroczył jednak stary-nowy zawodnik. Diego Simeone i jego Los colchoneros. Argentyński szkoleniowiec odnalazł idealne połączenie. Swojemu konserwatywnemu stylowi gry nadał nowoczesny sznyt, czyniąc swoją drużynę postrachem całej ligi. Można powiedzieć z przymrużeniem oka, że aby Atletico zostało docenione, musiała pojawić się pandemia i światowy kryzys. W jego obliczu drużyna Diego Simeone nie tylko nie utraciła swoich zalet, ale również pozbyła się kilku uciążliwych wad. Już nie jest monotonna jak styl ubierania jej szkoleniowca. Rozwinęła się na wielu płaszczyznach i dojrzała do miana najlepszej drużyny w Hiszpanii. Potrzebowała na to 6 lat, ale warto było czekać.

D jak Diego Maradona – Fani futbolu pod każdą szerokością geograficzną są zgodni – w 2020 roku opuścił nas Bóg futbolu. Bóg o niezwykle ludzkiej twarzy, który za życia nie zaznał spokoju. Nadużywane przez pracoholików hasło głosi, że wyśpimy się dopiero po śmierci. Niestety idealnie pasuje ono do życiorysu Maradony. Spoczywaj w pokoju Diego, dałeś nam bardzo wiele.

E jak Eden Hazard – Przekleństwo Florentino Pereza. Wiecznie kontuzjowany, ciągle bez formy. Trudno w to uwierzyć, ale w samym 2020 roku Hazard ominął ponad 30 spotkań Realu Madryt. Gdy dodamy do tego notoryczne problemy z wagą i sumę, jaką Real zapłacił Chelsea, to otrzymamy największą porażkę Realu ostatnich lat. ZetHa nawijał kiedyś „życie to Hazard, ja ciągle próbuję odnaleźć swój Eden”. Patrząc na pobyt Belga w Madrycie, dochodzę do wniosku, że on również nie potrafi się tutaj odnaleźć, choć trzeba pamiętać, że miał sporo pecha.

F jak Felipe Caicedo – Od lat mówiło się, że drużyna piłkarska tak naprawdę liczy nie 11, a 13-14 graczy. Rola rezerwowego we współczesnym futbolu znacząco wzrosła, czego Ekwadorski napastnik jest znakomitym przykładem. Może nie jest on Luisem Murielem, ale jego umiejętności w zupełności wystarczyły, aby postraszyć Torino, Zenit, czy Juventus (oczywiście wszystko w okolicach 90 minuty spotkania). Jest ekskluzywnym rezerwowym, a takich w świetle kryzysu ceni się najbardziej.

G jak Giganci – Wielu kibiców twierdziło, że pandemia zaprowadzi w Europejskim futbolu nowy początek. Niektórzy łudzili się, że będzie to czas na nowe rozdanie, a do czołówki dostaną się zupełnie nowe kluby. Nic z tych rzeczy. W rzeczywistości przewaga klubów bogatych nad mniej zamożnymi znacząco powiększyła się. Niespodzianek oczywiście nie brakowało, ale wynikały one raczej z przemęczenia poszczególnych zespołów, które koniec końców i tak znajdowały miejsce w czubie tabeli. Na futbolowej liście przebojów miały się pokazać zupełnie nowe utwory, tymczasem wciąż zmuszeni jesteśmy do słuchania tej samej, przewidywalnej składanki piłkarskiego „Greatest hits”.

H jak Hansi Flick – Najlepszy trener 2020 roku. Człowiek, który stoi za sukcesem Bayernu Monachium w swoich białych trampkach i klubowej koszuli. Flick to facet, który naturalnie skraca dystans. Jeden z piłkarzy powiedział ostatnio o Janie Siewercie, że „Wszedł do szatni Huddersfield tak, jakby wygrał 5 tytułów Premier League”. Chyba nie muszę dodawać, że po chwili został wyrzucony z klubu. Flick ma na swoim koncie mistrzostwo świata, a do szatni Bayernu przyszedł z pustymi rękoma i otwartą głową. Wiedział, co robi i zrobił to dobrze. Nie stał się twarzą zespołu, a jego sercem. Takich trenerów szanuję najbardziej.

I jak Inter Mediolan – Drużyna pełna sprzeczności. Po jednej stronie boiska świetnie uzupełniający się Lautaro Martinez i Romelu Lukaku, po drugiej zaś Handanović, który nie gwarantuje już dawnej pewności. Z jednej strony blamaż w Europejskich Pucharach, z drugiej znakomita sytuacja w lidze. Pamiętajmy, że gdyby nie bramka Theo Hernandeza przeciwko Lazio w 92 minucie spotkania to właśnie oni zakończyliby rok 2020 na szczycie Serie A.

J jak Jose Mourinho – Idealny przykład, jak odmienić swój wizerunek w zaledwie jeden rok. Kiedy wielu myślało, że po nieudanej przygodzie w Manchesterze United Portugalczyk jest już po drugiej stronie rzeki, Jose postawił Tottenham na nogi, stał się gwiazdą Instagrama i sprawił, że postronny kibic może go lubić. Progres polega na zmianach, a on zmienił się diametralnie. Wciąż pozostał jednak tym samym piekielnie inteligentnym i błyskotliwym facetem. Paradoks? Nie, Jose Mourinho.

K jak Kingsley Coman – Do tej pory miał więcej kontuzji niż klubów, a tych już było sporo. Rok 2020 kompletnie odmienił oblicze Kingsleya Comana, zmieniając szybkiego, francuskiego skrzydłowego jakich wiele w kogoś zupełnie wyjątkowego – lidera drużyny, który pojawia się w najważniejszych momentach spotkania. To dzięki jego bramce Robert Lewandowski wzniósł w górę puchar za zdobycie Ligi Mistrzów, w konsekwencji czego został najlepszym piłkarzem świata. Warto o tym pamiętać.

L jak Liga Europy – To od zawsze były, są i będą „te gorsze rozgrywki”. W ubiegłym roku niespodziewanie nabrały jednak na wartości. Pamiętamy przecież sytuację, gdy liderami najlepszych lig w Europie stały się właśnie zespoły grające w Lidze Europy (mowa między innymi o Milanie, Lille, Bayerze Leverkusen, czy Realu Sociedad). O wiele ważniejszym aspektem okazały się jednak pieniądze, których wbrew pozorom Liga Europy oferuje całkiem sporo. W świetle kryzysu nabrały dodatkowej wartości, a zespoły dostały dodatkową motywację, aby je zdobyć. Tym razem nie chodzi jednak o środki na wzmocnienia, a po prostu na przetrwanie.

M jak Mes que un club – Tragiczna końcówka kadencji Josepa Marii Bartomeu, brak klasycznej „9″, szkodliwa narracja „anty-Messi” i beznadziejna atmosfera wokół zespołu. Rok 2020 dobitnie pokazał, że FC Barcelona to już nie „więcej niż klub”, lecz „tylko” klub. No chyba, że bierzemy pod uwagę liczbę nagromadzonych problemów.

N jak Nowe rozdanie – Średnia wieku naszej kadry przeważnie wynosi mniej więcej 27-28 lat (w zależności od zgrupowania). Bez wątpienia na Euro pojedziemy jako jedna z najstarszych reprezentacji. Mimo wszystko 2020 rok przyniósł małe przemeblowanie w naszej kadrze. Sebastian Walukiewicz, Paweł Bochniewicz, Przemysław Płacheta, Jakub Moder, czy Bartłomiej Drągowski – oni wszyscy zadebiutowali w kadrze w 2020 roku. Co więcej, większość z nich wykorzystała swoją szansę, wysyłając jasny sygnał – chcemy jechać na EURO.

O jak Olympique Marsylia – Gdybym miał opisać ten zespół w dwóch słowach, to napisałbym, że jest to banda indywidualistów. W pewnym momencie siła zespołu oparta była głównie na Dimitrim Payecie i Morganie Sansonie. Skutki? Tragiczna kampania w Lidze Mistrzów, kłopoty w Ligue 1 i problemy finansowe. Dodajmy do tego przeciętny rok w wykonaniu Villasa-Boasa, który w pewnym momencie kompletnie stracił panowanie nad dość silnym, lecz niepoukładanym zespołem.

P jak Pressing – Podczas dłużącej się przerwy w rozgrywkach wielu ekspertów i analityków zastanawiało się, jaki właściwie wpływ na futbol zostawi po sobie pandemia. Można dojść do oczywistych wniosków o osłabieniu organizmów zawodników, czy wzroście liczby kontuzji (najczęściej mięśniowych), lecz patrząc czysto taktycznie, najbardziej rzuca się w oczy zmiana w sposobie pressingu, szczególnie u najlepszych drużyn. Jak się okazuje, intensywność pressingu w pięciu największych ligach Europy zmalała aż o 20%. Większość drużyn pressuje również znacznie niżej, bliżej własnej bramki.

Q jak Quaresma – Kiedyś jeden z najbardziej nieprzewidywalnych piłkarzy Europy, dzisiaj jeden z najbardziej czytelnych piłkarzy ligi Portugalskiej. Patrząc na jego ubiegłoroczną grę dla Vitórii Guimarães, aż prosi się o stworzenie kompilacji w stylu „typowy mecz Quaresmy”. Musiałoby się na niej znaleźć kilka totalnie bezsensownych dryblingów, kilku upokorzonych rywali, dziesiątki niedokładnych podań, no i rzecz jasna spora ilość zagrań „zewniakiem”. W 11 meczach Ricardo strzelił 1 bramkę i zanotował 4 asysty. Oprócz znakomitego meczu z Santa Clarą, nie pokazał w ojczyźnie praktycznie nic specjalnego.

R jak Robert Lewandowski – Maszyna, mentalna bestia oraz człowiek uzależniony od bramek i samorozwoju. Najlepszy piłkarz świata jest Polakiem, trzeba przyznać, że brzmi to znakomicie.

S jak Shalke – Równie dobrze można ich podpiąć pod literę p. P jak porażka, których nazbierali aż 29 z rzędu, ale również p jak pech, którego mieli sporo. Kontuzja Pacienci, który miał być lekarstwem na problemy w ataku, konflikt Ibisevicia, który miał w honorowy sposób postawić drużynę na nogi, w konsekwencji czego zupełnie ją rozmontował. Z początkiem 2021 roku na ratunek przychodzi im jednak Sead Kolasinac. Złośliwi fani Arsenalu powiedzą, że dużo mówi to o tej drużynie, skoro lekarstwem na ich promlemy ma być właśnie Bośniak.

T jak Thomas Tuchel – 3 trofea, finał Ligi Mistrzów i zwolnienie z pracy. Rok 2020 w wykonaniu Thomasa Tuchela brzmi jak futbolowa adaptacja filmu „cztery wesela i pogrzeb”. Świetne relacje z zawodnikami, widowiskowy i przyjemny dla oka styl gry oraz najwyższa średnia punktowa w historii klubu (pod jego wodzą PSG zdobywało średnio 2,37 punkta na mecz, 75,6% wygranych spotkań) nie wystarczyły do utrzymania posady, lecz zapewniły uzupełnienie gabloty o 6 kolejnych trofeów. Moim skromnym zdaniem zasługiwał na miejsce obok swoich rodaków w trójce najlepszych trenerów zeszłego roku.

U jak Union Berlin – W wielu drużynach panuje mit rodzinnej atmosfery. Mówi się, że zawodnicy to jedna wielka rodzina, a każdy trening to dla nich czysta przyjemność. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej, no, chyba że mowa o Unionie Berlin. Atmosfera przy Starej Leśniczówce to coś, czego może im pozazdrościć prawie każdy klub w Europie. Najbardziej w tym zespole imponuje mi jednak umiejętność radzenia sobie z problemami. Brak widowni na trybunach miał zaboleć Union szczególnie mocno. Nic z tych rzeczy. W międzyczasie klub podjął ryzyko z zakontraktowaniem skłóconego z Fenerbahce Maxa Krusego. Miał tutaj nie pasować, a tymczasem błyskawicznie odwdzięczył się za zaufanie. Stał się kluczową postacią zespołu, lecz niestety rok zakończył nieprzyjemną kontuzją mięśnia dwugłowego uda. Czas na kryzys? Wręcz przeciwnie. 1:1 z Bayernem, czy 2:1 z Borussią Dortmund pod jego nieobecność to najlepszy przykład tego, jak mądrze zarządzany jest to zespół. Podsumowując, Union stał się drużyną, której źle życzą chyba tylko fani Herthy.

V jak Valencia – Gdyby rok 2020 był człowiekiem, bez wątpienia nazywałby się Peter Lim. Sprzedaż filarów zespołu po wyjątkowo niskiej cenie, kłopoty finansowe i skandaliczne pożegnanie z Danim Parejo, którego łzy najlepiej podsumowują ten rok w wykonaniu nietoperzy. Zeszły sezon zakończyli 3 punkty od Pucharów, a pod koniec roku 2020 trzy punkty dzieliły ich od ostatniego miejsca w tabeli. A to wszystko w drużynie, która w zeszłym roku cieszyła się z pokonania Barcelony w finale Pucharu Króla…

W jak Wielki Milan – Bezapelacyjnie najlepszy włoski zespół 2020 roku. Przemiana, jaką przeszedł Milan w ciągu minionych 12 miesięcy, zasługuje na oklaski. 79 punktów w ciągu roku. Ta drużyna dorosła do wielkości i trzeba przyznać, że znakomicie wykorzystała przerwę w rozgrywkach. To właśnie wtedy Stefano Pioli zaczął tworzyć potwora, którym są dzisiaj Rossoneri. Wspólne łączenia na WhatsAppie, częste rozmowy z zawodnikami (czego szczególnie brakowało za kadencji Marco Giampaolo) i powrót Zlatana, a raczej jego wersji 2.0. Szwed również przeszedł zmianę w swojej mentalności, ale o tym za moment. Miejmy nadzieję, że w 2021 Milan nadal będzie nas oczarowywać swoją grą. Pierwszy w 2021 roku test (z Benevento) zdali na mocną 4, ale teraz czeka ich dużo trudniejszy sprawdzian, a mianowicie starcie z Juventusem.

Y jak Yazici – Turecka twarz rewolucji w Lille. Aż 13 z 31 ligowych bramek Lille to sprawa reprezentantów Turcji, na których czele stoi właśnie Yusuf Yazici. Najlepszy strzelec fazy grupowej Ligi Europy, drugi piłkarz w historii (po Rivaldo), który strzelił hat-tricka Milanowi na San Siro w Europejskich Pucharach. W ubiegłym roku wreszcie udowodnił, że transfer do większego klubu to w jego przypadku kwestia czasu.

Z jak Zlatan – Tego zestawienia nie można było zakończyć żadnym innym hasłem. Szwed zawitał ponownie do Mediolanu w styczniu 2020 roku. Momentalnie zmienił oblicze drużyny, ale również swoje podejście do kolegów z zespołu. Jeszcze jakiś czas temu (szczególnie podczas okresu w reprezentacji Szwecji, do której swoją drogą najprawdopodobniej wróci) w relacjach z kolegami z drużyny używał bata, a teraz stosuje raczej metodę kija i marchewki, co w pracy z nowym pokoleniem sprawdza się wręcz znakomicie. Sama mowa ciała Ibry również jest zupełnie inna. Po golach kolegów z drużyny szeroko się uśmiecha, żartuje i celebruje. Gdy jest na trybunach, wydaje się w skupieniu analizować grę, ale nadal przesyła pozytywną energię. W Milanello Zlatan odnalazł drugi dom, o czym potrafił mówić bardzo otwarcie. „Grałem w wielu klubach, ale tutaj czuję się jak w domu. Codziennie jeżdżę do Milanello na trening i nigdy nie spieszy mi się z powrotem. Dlaczego? Bo jestem w domu”. – mówił w niedawnym wywiadzie dla Sportweeka.

MACIEJ SZEŁĘGA

KOPCIUSZEK, KTÓRY ROZKOCHAŁ KIBICÓW SWOJĄ GRĄ

Spezia w zeszłym sezonie nieoczekiwanie wywalczając historyczny awans do najwyższej klasy rozgrywkowej we Włoszech, była jedną z niespodzianek Serie B. Dzisiaj także można ich wrzucić do worka z napisem „sensacja”, jednak tym razem do tego o półkę wyżej, i niekoniecznie za same rezultaty. Beniaminek z Ligurii zapracował sobie na miano drużyny, na której spotkaniach nie da się nudzić. Kibiców na mecze Spezii przyciągają ciekawi zawodnicy, trener z nowoczesnej szkoły piłkarskiej, atrakcyjny styl gry, oraz przede wszystkim odczuwalny animusz w każdej postaci tego projektu.

Drużyna rozgrywająca swoje spotkania na Stadio Alberto Picco nie zwraca uwagi, czy wychodzą na Bologne, czy na Juventus. Do każdego spotkania podchodzą identycznie – pewnie, z dużą pazernością na bramkę, oraz próbą narzucenia własnego tempa gry. Nieraz to wychodzi, nieraz nie, ale takie czynnik sprawiają, że ich mecze bez względu na rywala, niemal zawsze są przyjemne do oglądania. A to wszystko w pierwszym historycznym sezonie na poziomie Serie A.

NIEOFICJALNE SCUDETTO


W latach, kiedy II wojna światowa weszła na najwyższy stopień zagrożenia, rozgrywki I ligi Włoskiej zawieszono. Federacja piłkarska dla bezpieczeństwa przeniosła swoją siedzibę do Mediolanu, gdzie zdecydowali rozegrać turniej o mistrzostwo Włoch w 1944 roku. W rozgrywkach wzięły udział niemal wszystkie profesjonalne drużyny z północnej części kraju, w tym nawet takie, które nigdy dotychczas nie grały o tę trofeum. Do tego grona zaliczała się właśnie Spezia, która została wrzucona do grupy D regionu Emillia-Romania, ponieważ I faza została podzielona na 9 grup. Bianconeri przeżywali w tamtym czasie ogromny kryzys, a wszystko za sprawą schwytania prezydenta klubu Perioliego, i wysłania go do obozów pracy w Niemczech. Z powodu braku dofinansowania niemal cały klub był w rozsypce, a dotychczasowi zawodnicy nie mieli zamiaru grać za darmo.

Jeden z członków zarządu o nazwisku Semorile postanawia skontaktować się z miejską strażą pożarną, aby zachęcić pracowników do wzięcia udziału w mistrzostwach. Umowa zawarta między klubem a nową drużyną zawierała punkt, który uniemożliwiał piłkarzom wypełnienie obowiązku wojskowego, co bardzo było im na rękę. Takim sposobem drużyna Spezii złożona ze strażaków wzięła udział w mistrzostwach, nieoczekiwanie z 13 punktami wygrywając swoją grupę. W półfinale trafili na Modene, Carpi, oraz Suzzare, z którymi zwyciężyli wszystkie pojedynki, plasując się na samym szczycie tabeli. Na drodze przed awansem do fazy finałowej stał już tylko mecz barażowy ze zwycięzcą grupy A regionu Emillia-Romania, Bologną.

W pierwszym meczu drużyna Orłów dość kontrowersyjnie objęła prowadzenie, ponieważ zdaniem kibiców rywali ze spalonego. Liczne protesty tifosich oraz piłkarzy Rossoblu doprowadziły do walkowera 2:0 dla Spezii, a na rewanż Bologna się nie stawiła. W fazie finałowej pojawiła się także Venezia, w starciu, z którą zremisowali 1:1, oraz faworyt – Torino, z którym niespodziewanie wygrali 2:1. Granata pokonała 5:2 trzecią drużynę w grupie, dzięki czemu Bianconeri byli triumfatorami rozgrywek. Jednak wbrew ówczesnym zapowiedziom, federacja nie uznała turnieju za oficjalny, przez co Spezia nie zdobyła Scudetto, a federalny puchar mistrzostw wojennych. W 2002 roku uznano liguryjczyków za honorowych zwycięzców rozgrywek w 1944 roku, ale mistrzostwo kraju dalej nie jest wpisane jako oficjalne.

UPADEK I ODRODZENIE


Na przełomie 2007 i 2008 roku miasto obiega informacja, że firma Aquilotta, w głównej mierze odpowiedzialna za klub, zmaga się z ogromnymi problemami finansowymi. Wszystko staje się jasne, kiedy prezes spółki Giuseppe Ruggieri tymczasowo przekazuje przewodnictwo swojej pracowniczce, Cristinie Cappelluti, w której rękach kryzys jeszcze bardziej się pogłębia. W styczniowym okienku zawodnicy byli zmuszeni otrzymać spore zniżki płac, przez co ci najbardziej kluczowi piłkarze zdecydowali się odejść. Skład jest mocno okrojony, ale poza boiskiem sytuacja wygląda jeszcze gorzej. W lutym i marcu firma nie spłaciła zaległości, a długi coraz bardziej narastały. Doprowadziło to do powstania inicjatywy stworzonej przez kibiców, którzy zbierali datki na utrzymanie klubu. Sezon udało się dograć do końca, jednak został on zakończony spadkiem do Serie C1. W okresie między rozgrywkami nie udaje się znaleźć sponsora, który byłby w stanie spłacić wszystkie długi, co ostatecznie w dniu 29 lipca 2008 roku doprowadza klub do upadłości.

Kilka dni po likwidacji, powstaje nowa spółka o nazwie ASD Spezia Calcio. Została ona założona z inicjatywy burmistrza miasta Massimo Federiciego oraz właściciela chorwackiego klubu HNK Rijeka, Gabriele Volpiego. Do nowej drużyny dzięki kontaktom dołącza kilku zawodników dotychczas występujących na poziomie Serie B, oraz piłkarze grający w „starej Spezii”. Bianconeri sezon 2008/09 rozpoczynają w Serie D, a po zakończeniu rozgrywek zmieniają nazwę na do dzisiaj żyjące „Spezia Calcio”. W 2012 roku wracają do II klasy rozgrywkowej na półwyspie Apenińskim, i od tamtego momentu walczą o wejście do Serie A.

HISTORYCZNY AWANS


Bianconeri po powrocie do Serie B kilkakrotnie znajdowali się w fazie play-off o awans do Serie A, jednak ani razu nie udało im się dojść do finału. Przed sezonem 2019/20 nie poczynili znaczących rewolucji kadrowych, ale przyszło kilku kluczowych zawodników jak Marchizza, Ferrer, Erlic, czy w zimie Nzola. Najbardziej istotne było jednak przyjście Vincenzo Italiano, który świetnie dopasował styl gry do drużyny, czego skutkiem były pozytywne rezultaty. Przez cały sezon utrzymywali równą formę, a 15 lutego po zwycięstwie 3:1 nad Ascoli udało im się wskoczyć na drugą pozycje.

Wkrótce jednak przyszła pandemia, która lekko wytrąciła z dyspozycji Spezie, przez co po wznowieniu rozgrywek nie udało im się wywalczyć bezpośredniego awansu do wyższej ligi. „Znowu nieszczęsne baraże” powtarzali rozczarowani kibice drużyny z obawą, że promocja do Serie A znowu ucieknie im na ostatniej prostej. W półfinale trafili na Chievo Verona, które w poprzedniej rundzie wyeliminowało Empoli. W pierwszym meczu mimo statystycznej i optycznej przewagi przegrali 0:2, a kibice mieli już przed oczami flashbacki z poprzednich lat. Jednak w rewanżu pokazali swoją wyższość strzelając 3 bramki w przeciągu 53 minut. Mecz ostatecznie zakończył się wynikiem 3:1 po bramce Leverbe w 93 minucie.

Do finału trafili razem z Frosinone Alessandro Nesty, które pod koniec sezonu zasadniczego nie miało najlepszej formy, ale w żadnym wypadku Spezia nie była zdecydowanym faworytem w tym pojedynku. I pokazał to także ostateczny wynik dwumeczu, ponieważ obie drużyny wygrały po jedno spotkanie 1:0, a o awansie zadecydowała wyższa pozycja Bianconerich w tabeli. Mimo obostrzeń i braku kibiców na trybunach, około 1500 tifosich klubu najpierw przeeskortowało autobus z zawodnikami pod stadion, a później po wywalczonym awansie, cieszyli się razem z nimi pod obiektem. Większa radość była jednak podczas zorganizowanego objazdu po mieście autobusem, na którego dachu stali główni sprawcy awansu, których kibice wiwatowali na ulicach.

OJCIEC SUKCESU


Vincenzo Italiano podobnie jak większość trenerów na poziomie Serie A, był w przeszłości profesjonalnym zawodnikiem. Wielkiej kariery nie zrobił, największy klub, w którym grał to Hellas Verona, w którego barwach wybiegł ponad 250 razy. Ze Spezią wcześniej nie miał kompletnie nic wspólnego, ale wystarczył zaledwie sezon, aby już na zawsze zapisać się w kartach historii klubu. Żadnego trofeum z Bianconerimi prawdopodobnie nie wzniesie w górę, ale pierwszy historyczny awans zawsze jest szczególny. Kariera Italiano idzie w ekspresyjnym tempie. W 2018 roku kończył sezon jako trener ArzignanoChiampo na poziomie Serie D, w czerwcu 2019 awansował do Serie B z Trapani, a rok później zdobywał pierwsze historyczne 3 punkty w Serie A – i dla niego, i dla klubu. Nic dziwnego, że włoski szkoleniowiec czyni stałe postępy, ponieważ jest jednym z uczniów nowoczesnej szkoły trenerskiej, która w Italii dotychczas nie była aż tak powszechna.

Świetnie dogaduje się z piłkarzami, którzy niemal przy każdej okazji podkreślają, że relacje z trenerem stoją na dobrym poziomie. Zawsze powtarza swoim zawodnikom, żeby grali tak, jak są przygotowywani. Nie przystosowują się jakoś szczególnie pod danych rywali, tylko zawsze chcą pokazać to, co potrafią najlepiej. Jak się mówi – grają swoje, a to sprawia, że postronni kibice dobrze ich zapamiętają. Na ten moment wygrali zaledwie dwa spotkania w sezonie i plasują się na 18 pozycji, ale trzeba przyznać, że 11 punktów z być może najgorszą kadrą w lidze jest dużym sukcesem. Tym bardziej, że nie raz przyprawiali zdecydowanych faworytów o nerwy, jak było to, chociażby w meczu z Atalantą (0:0), Interem (1:2), czy nawet przez pewną część spotkania z Juventusem (1:4). „Jestem zadowolony, opuściliśmy boisko z wysoko uniesionymi głowami przeciwko czołowemu klubowi, jakim jest Inter” – takie słowa padły z ust Italiano po meczu z Nerazzuri, co tylko potwierdza, że obecny sezon traktują jako jedno wielkie doświadczenie, i chęć pokazania się z najatrakcyjniejszej strony. O utrzymanie powalczą raczej na pewno do ostatniej kolejki, ale mam spore nadzieje, że za rok ujrzymy ich ponownie na boiskach Serie A, ponieważ jestem bardzo ciekawy rozwoju tego projektu. Niemniej jestem jednak pewien, że jeśli spadną z powrotem do Serie B, to Vincenzo Italiano otrzyma oferty z klubów Serie A.

MATEUSZ PEREK

Lekcja historii #2: Boavista na mistrzowskim tronie

Zaledwie pięć klubów może pochwalić się wywalczeniem co najmniej jednego mistrzostwa Portugalii. Obecny sezon jest 87 edycją rozgrywek o tytuł najlepszej drużyny w ojczyźnie Cristiano Ronaldo. 85 razy triumfowały zespoły zaliczane do tzw. Portugalskiej “Wielkiej Trójki”. Hegemonię Benfiki, Sportingu i FC Porto udało się przerwać zaledwie dwukrotnie. W sezonie 1945/46 tytuł majstra wywalczyła ekipa Belenenses. Na początku XXI wieku przypadł on natomiast w udziale zespołowi z Porto. O dziwo nie było to jednak Futebol Clube do Porto. Trofeum za mistrzostwo Portugalii w kampanii 2000/2001 powędrowało do gabloty Boavisty.

Czytaj dalej „Lekcja historii #2: Boavista na mistrzowskim tronie”

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑