Ostatni bastion Rzymu – historia Lorenzo Pellegriniego

Derby della Capitale. Historia ponad 150 pojedynków napisana piórem Francesco Tottiego, Dino Da Costy, ale również Luisa Alberto, Ciro Immobile, czy Edina Džeko. Mecz owiany specyficzną aurą, którego atmosfery nie zepsuł nawet brak kibiców na trybunach. W zeszłotygodniowym starciu również nie zabrakło emocji, choć spotkanie to było bardzo jednostronne. Co, jeżeli jednak powiem, że walkę o Rzym stoczył w piątkowy wieczór tylko jeden Rzymianin?

„Muzyka jest najważniejszą rzeczą w moim życiu, więc pisząc ten utwór, musiałem jej oddać należyty szacunek. Kiedy Juve poprosiło mnie, żebym napisał nowy hymn klubu, pomyślałem, że to żart i nie ukrywam, że na początku czułem się zakłopotany. Tworzyłem go kilka miesięcy. Nie chciałem robić tej piosenki z marszu. Nie mogłem przecież nikogo zawieść”.

Od 2005 roku utwór „Juve, storia di un grande amore” jest oficjalnym hymnem Juventusu. Od tego czasu śpiewany jest przed każdym domowym meczem Starej Damy. Jego autorem jest Paolo Belli – piosenkarz, prezenter telewizyjny, a przede wszystkim wielki fan Bianconerich. Nie trudno się domyślić, że to do niego należy przytoczony cytat. 16 lat temu dostał on za zadanie skomponowanie hymnu Juve zupełnie od zera. Nie było to standardowe rozwiązanie, zazwyczaj hymnami drużyn piłkarskich zostają przecież piosenki powstałe dużo wcześniej. Dedykowany utwór osiągnął jednak wielki sukces. Być może dlatego, że płynie z niego proste przesłanie – kocham swój klub nad życie. Pod tą frazą dzisiejszy bohater podpisałby sę obiema rękami, choć jego serce już dawno pomalowano na żółto i czerwono, a nie na biało i czarno ja w przypadku Belliego. Poznajcie historię Lorenzo Pellegriniego.

„Doskonale pamiętam moment, kiedy dotarł do domu list, w którym napisano, że przyjęto mnie do akademii Romy. Przez dwa lub trzy dni nie robiłem nic, tylko patrzyłem na kopertę i nie mogłem w to uwierzyć. To było spełnienie moich marzeń.”

DZIECKO WIECZNEGO MIASTA


Lorenzo Pellegrini urodził się 19 czerwca 1996 roku, rzecz jasna w Rzymie. Patrząc na jego zdjęcia z młodości, można stwierdzić, że na świat przyszedł z charakterystyczną, ciemną grzywką, z piłką pod pachą i koszulką Romy. Każdą z tych rzeczy odziedziczył po ojcu – Toni o Pellegrinim, który co prawda nigdy nie przebił się do świata wielkie piłki, ale odnalazł swoje miejsce w niższych, półprofesjonalnych ligach. Nie tylko zaraził on potomka miłością do Calcio, ale pielęgnował ją mimo licznych przeciwności losu. Świadoma rodzina to podstawa. Fundament, na którym od najmłodszych lat można budować swoją własną, niepowtarzalną historię. To nie przypadek, że Leo Messi każdą ze swoich bramek dedykuje babci, która zaprowadziła niesfornego chłopca na pierwszy trening do jednej ze szkółek w Rosario. Mentalność Pellegriniego jest podobna, każdy kolejny występ dedykuje bowiem swojej rodzinie. Doskonale wie, że wychodząc na boisko w koszulce Romy, nie może nikogo zawieść. Dokładnie tak jak Belli, podczas tworzenia hymnu Juve.

Tak więc to ojciec zapoczątkował w małym, bystrym chłopcu pasję do sportu. W wieku pięciu lat zabrał go na pierwszy mecz Romy, został jego pierwszym trenerem i kupował mu… masę saszetek z naklejkami Panini, w których mały piłkarz szukał tylko jednej, z podobizną swojego Idola – Francesco Tottiego. Jego najważniejszą decyzją było jednak zejście na dalszy plan w odpowiednim momencie kariery chłopca. Wiedział, że podczas zabaw przed domem nie stanowi dla syna żadnej rywalizacji. Kilkunastoletni chłopiec przewyższał go umiejętnościami, bezczelnie kiwając i ćwicząc na nim wymyślne zwody. Wkrótce ten sam chłopiec wylądował w klubie swoich marzeń, a na twarzy Tonino Pellegriniego pojawił się wyrazisty uśmiech. Udało się – pomyślał, ocierając łzę subtelnie płynącą po policzku.

WRÓCIĆ SILNIEJSZYM


Lorenzo zawsze był niezwykle przebojowym nastolatkiem. Najwyższy ze wszystkich kolegów, wiecznie uśmiechnięty, zawsze najlepszy na boisku. Gdy na jego twarzy pojawiał się smutek, wszyscy wokoło wiedzieli, że dzieje się coś złego. Być może taka niepozorna reakcja otoczenia uratowała jego karierę.
Ośrodek treningowy AS Romy. Grupa juniorów wykonuje stały zestaw ćwiczeń. Po chwili trenerzy zauważają jednak, że od grupy znacząco odstaje jeden z zawodników. Co więcej, był to ten, którego cenili najbardziej – namaszczony przez samego Francesco Tottiego Lorenzo Pellegrini. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Chłopak od jakiegoś czasu miewał problemy z wydolnością, ale tym razem dosłownie słaniał się na nogach. To nie był normalny widok.
Młodemu zawodnikowi natychmiast przeprowadzono zestaw badań. Godziny spędzone w poczekalni szpitala dłużyły się jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł wyrok – arytmia. Jedno z powikłań po przebytej wcześniej Mononukleozie. Wkrótce okazało się jednak, że to, co miało pokrzyżować jego marzenia o wielkiej piłce, jedynie je spotęgowało. Chłopiec natychmias postanowił, że wróci na boisko tak szybko, jak to tylko możliwe. Postanowienia dotrzymał. Po kilku miesiącach wrócił do gry w Primaverze, a nawet zadebiutował w pierwszym zespole. Najważniejsze jednak, że po przebytej chorobie nie zostało ani śladu.

KATHARSIS NA MAPEI STADIUM


W ostatnich latach Sassuolo służy za prawdziwą trampolinę do poważnego futbolu. Od sezonu 2015/16 klub ten sprzedał aż 11 zawodników za ponad 10 milionów euro. Matteo Politano, Stefano Sensi, Merih Demiral, Francesco Acerbi. To tylko kilka przykładów piłkarzy wypromowanych przez Neroverdich. Od kilku dobrych lat Sassuolo puka także do drzwi z pozłacanym napisem „Europejskie puchary”. Raz zostały one dla nich otwarte. Było to w sezonie 16/17, kiedy trzon zespołu tworzyli piłkarze tacy jak wspomniany Acerbi, wierny klubowi Domenico Berardi, czy… właśnie Lorenzo Pellegrini. 30 minut spotkania w debiucie z Ceseną nie przekonało trenera Rudiego Garcii do jego osoby. Aby dalej się rozwijać, musiał więc zmienić otoczenie. Wybrał Sassuolo. Już po kilku miesiącach wiedział, że nie mógł trafić lepiej. W barwach Neroverdich rozegrał dwa udane sezony. W czarno-zielonej koszulce rozegrał 54 spotkania, w których strzelił 11 bramek i zanotował 8 asyst. Liczby z Primavery (57 spotkań, 13 bramek) przełożył na Serie A, a to nie lada wyczyn. Wkrótce ponownie upomniała się o niego Roma. Jego powrót do domu był wart 10 milionów euro.

KURIER Z GŁOWĄ W CHMURACH


Lorenzo Pellegrini to jeden z tych piłkarzy, który nie posiada jednej dominującej cechy. Jeżeli miałbym jednak wskazać jego największą zaletę, powiedziałbym, że jest to znakomicie rozwinięta wizja gry. Jego znak firmowy to skanowanie boiska z głową uniesioną w górze. Niby nic specjalnego, ale taka umiejętność jest dość rzadko spotykana w świecie futbolowych indywidualistów, patrzących jedynie pod własne nogi. Jego niekonwencjonalne podania przypominają fanom Romy o Miralemie Pjaniciu, zdolności przywódcze o Daniele De Rossim, a dobre wykończenie o Francesco Tottim (z zachowaniem odpowiednich proporcji). Najlepiej jego grę obrazują jednak statystyki. Lorenzo jest czwartym zawodnikiem ligi pod względem stworzonych sytuacji strzeleckich (9), ósmym pod względem średniej kluczowych podań (1,9 na spotkanie), jednocześnie zajmując dopiero 96 miejsce pod względem celnych podań na mecz (średnio 31,8 na spotkanie). Wynika to z faktu, że jego praca ma w tym sezonie nieco inną specyfikę. Lorenzo dużo biega bez piłki, skanuje boisko i szuka przestrzeni. W tym sezonie show zabiera mu pewien sympatyczny Ormianin, co nie zmienia faktu, że jest jednym z najbardziej oddanych żołnieży Paulo Fonseci.

OSTATNI MOHIK… RZYMIANIN


W przeddzień derbów Rzymu, na rozkładówce La Gazetty Dello Sport pojawił się artykuł pod tytułem „Derby planety – od Caicedo do Pellegriniego”. Dziennik zwrócił uwagę na fakt, że w derbach Rzymu mieli wystąpić zawodnicy z jedenastu różnych państw oraz zaledwie jeden Rzymianin – Lorenzo Pellegrini. Równowaga została zaburzona. Na koniec dnia liczy się jednak jakość, a nie ilość. Owej jakości w grze Pellegriniego też niestety zabrakło, a stolica została oblężona przez wojowników z Rumunii, Hiszpanii, Czarnogóry, czy Ekwadoru.

IL CAPITANO GIALLOROSSO


Pellegrini wyszedł na wczorajszy mecz Coppa Italia z opaską kapitańską. Spotkanie ze Spezią okazało się jednak prawdziwym blamażem Giallorossich. Szybko stracone dwie bramki, tragiczny Borja Mayoral i dwie czerwone kartki na początku dogrywki. Horror. Mimo wszystko Pellegrini zagrał dość przyzwoicie i zachował przytomność umysłu od początku do końca spotkania. Pewnie wykorzystał rzut karny, a tuż przed feralną dogrywką zwrócił uwagę na zbyt dużą ilość zmian przeprowadzonych przez Romę. Koniec końców nic nie zdziałał, ale jego zaangażowanie pokazało, że błękitna opaska z napisem ‚Capitano’ nie owija jego ramienia bez powodu. Znając jego podejście, po końcowym gwizdku było mu po prostu wstyd i mógł uronić łzę tak jak Tonino Pellegrini podczas jednego z jego pierwszych treningów w barwach Romy.

MACIEJ SZEŁĘGA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s