Henry’ego Kissingera związki z futbolem

Gdy w 1973 roku Henry Kissinger otrzymywał wraz z Wietnamczykiem Lê Đức Thọ pokojową Nagrodę Nobla, wzbudziło to nie lada kontrowersje. Dwóch członków komitetu przyznającego to wyróżnienie, zrezygnowało z dalszego zasiadania w tym elitarnym gremium. Kissingera ciężko było uznawać za człowieka kryształowo czystego, gołąbka pokoju niosącego światu powszechny dobrostan. Przez lwią część opinii publicznej był uważany raczej za anioła śmierci lub co najmniej jego asystenta. Obwiniano go, chociażby o udział w obaleniu demokratycznego rządu Salvadora Allende w konsekwencji czego w Chile zaczął rządzić Augusto Pinochet. Poza brudną polityczną grą Kissinger miał jeszcze jedną pasję. Od najmłodszych lat był fanem piłki nożnej. Prześledźmy sobie powiązania Amerykanina z naszym ukochanym sportem.

Z bawarskich boisk do amerykańskiego wywiadu

Kissinger urodził się w 1923 roku w bawarskiej miejscowości Fürth. Wówczas posługiwał się jeszcze imieniem Heinz. Od dziecka uwielbiał grać w piłkę nożną. W miejscowym klubie o nazwie SpVgg początkowo trenował jako bramkarz, lecz złamana ręka spowodowała przesunięcie go na prawe skrzydło.

Nie, nie jest to początek opowieści o fenomenalnym pomocniku, który przez zrządzenie losu został przesunięty na pozycję, na której następnie osiągnął zenit swojego geniuszu i podbił piłkarskie salony świata. Nie jest to nawet opowieść o piłkarzu, gdyż Kissingerowi od zawsze brakowało talentu, by wybić się ponad przeciętność. Zresztą coraz duszniejsza atmosfera nazistowskich Niemiec spowodowała, że Heinz i jego rodzina, która miała żydowskie korzenie, musieli uciekać za ocean, by nie dosięgnęła ich brunatna łapa „rasy panów.”

Kissingerowie trafili do Nowego Jorku, a Heinz stał się wówczas Henrym. Jego rodzina zamieszkała na górnym Manhattanie, a on sam łączył naukę z pracą w fabryce pędzli do golenia. Nie przerywając owego zajęcia, Henry dostał się do nowojorskiego College’u, gdzie począł studiować rachunkowość. Naukę przerwał w 1943 roku, kiedy to Wujek Sam zażądał zapłaty za udzielony imigrantowi azyl i powołał go w szeregi US Army. Splot zdarzeń i biegłość rekruta w posługiwaniu się językiem niemieckim, spowodował, że Kissinger trafił do amerykańskiego wywiadu, wykonując niebezpieczne misje szpiegowskie w czasie Ofensywy w Ardenach.

Gdy trafił już na teren Niemiec, a wojna dobiegła końca, mógł sobie przypomnieć młodzieńcze lata, uczęszczając na amatorskie mecze. Tym razem nie robił już jednak tego, obawiając się, że zostanie pobity przez bojówki Hitlerjugend, tropiące Żydów, którzy przypadkiem znaleźli się na wydarzeniu kulturalnym przeznaczonym jedynie dla oczu Aryjczyków.

Zbrodniarz czy bohater?

Po wojnie ukończył z wyróżnieniem kierunek Nauki Polityczne na uniwersytecie Harvarda. Następnie zaczął swoją wspinaczkę po kolejnych szczeblach kariery politycznej. Na początku lat 60. był doradcą gubernatora Nelsona Rockefellera, by w połowie kolejnej dekady sprawować urząd sekretarza stanu w administracji prezydentów Nixona i Forda.

Tutaj zaczynają się pewne schody, jeżeli chodzi o tzw. osąd bohatera. Ocena pracy Kissingera bywa skrajna. Tak jak miało to miejsce w przypadku wspomnianej na wstępie Nagrody Nobla, która podzieliła samą komisję, przyznającą to prestiżowe wyróżnienie. Amerykanin był zwolennikiem tzw. polityki realnej, która odrzuca ocenianie danej sprawy poprzez czynniki moralne i etyczne, jako te, które mogą zakłócić trzeźwy osąd danej sytuacji. Tak działo się w przypadku usunięcia Allende ze stanowiska prezydenta Chile. Tak działo się, gdy za jego sprawą, amerykańskie lotnictwo zaczęło bombardować Kambodżę w czasie Wojny Wietnamskiej. Wielu jego przeciwników uważa, że chłodne i bezkompromisowe podejście Kissingera do polityki, to efekt dzieciństwa spędzonego w kraju rządzonym przez nazistów. Zwolennicy byłego sekretarza stanu wskazują z kolei, że nie da się nie docenić jego wpływu na tzw. politykę odprężenia, dzięki której Zimna Wojna straciła na mocy. Kiedy Donald Trump obejmował urząd prezydenta USA, chciał go mieć przy boku jako swojego specjalnego doradcę.

Futbolowa dyplomacja

Powróćmy jednak do futbolu. A ten bywał przydatny w arsenale dyplomatycznych narzędzi, którymi operował bohater dzisiejszego tekstu. Chociażby w czasie kontaktów z socjalistycznymi notablami, na czele z Nikitą Chruszczowem. Można wręcz uznać, że sekretarz stanu o europejskich korzeniach, który rozumiał miłość obywateli Starego Kontynentu do sportu, jaki w oczach Amerykanów mógł być odbierany za parodię „tego prawdziwego futbolu”, był silną kartą w talii ich gamblera. Żaden z komunistycznych bonzów, nie musiał zwracać się do Kissingera tekstem podobnym do tego, jaki w filmie „Green Street Hooligans” Pete Dunham wypowiada pod adresem swojego jankeskiego kolegi:

And for fuck’s sake! Stop saying soccer!

Podobno nawet w czasie spotkania z Edwardem Gierkiem, amerykański sekretarz stanu masował ego pierwszego sekretarza opowieściami o tym, jak to Polacy niechybnie rozbiliby piłkarzy RFN w półfinale World Cup 1974, gdyby nie ten cholerny deszcz.

Innym czerwonym kacykom przypominał, jak na tych samych mistrzostwach NRD pokonało Niemcy Zachodnie po golu Jürgena Sparwassera, co było pięknym symbolem triumfu demoludów nad zgniłym kapitalizmem.

Argentyńska zagadka

Mistrzostwa Świata, które odbyły się w 1978 roku w Argentynie, do dzisiaj są traktowane jako jeden z najbardziej kontrowersyjnych turniejów. Czempionat, który odbył się 43 lata temu w Ameryce Południowej, nadal wywołuje wiele dyskusji i każe zastanawiać się nad tym, czy ostateczny triumf gospodarzy może poszczycić się zachowaniem ducha fair play.

Regulamin tamtego turnieju nie przewidywał meczów półfinałowych. O ostateczny triumf mieli zagrać zwycięzcy dwóch czterozespołowych grup, które zostały utworzone po pierwszej fazie grupowej. W ostatnim spotkaniu drugiej rundy Argentyńczycy podejmowali reprezentację Peru. By awansować do wielkiego finału, potrzebowali co najmniej czterobramkowego zwycięstwa. Ostatecznie zapakowali rywalom sześć goli. Eksperci do dziś spekulują, w jakim stopniu triumf Albicelestes był uczciwy. Przywódcy rządzącej Krajem Tanga junty, pragnęli zwycięstwa za wszelką cenę. W zamian za podłożenie się w tym meczu peruwiański rząd miał otrzymać kontyngent 35 ton zboża, dostawę broni, a zamrożone aktywa państwa, znajdujące się na argentyńskich kontach, znów miały być dostępne. Część peruwiańskich zawodników potwierdziła na przestrzeni lat, że ich rodzimi decydenci faktycznie mieli wywierać na zespole narodowym presję. Co ma jednak ma z tym wspólnego Kissinger? Amerykanin w czasie rozgrywania tego mundialu już od roku nie pełnił funkcji sekretarza stanu. Latem 1978 roku pojawił się więc w Argentynie, by móc podziwiać najlepsze reprezentacje narodowe na świecie. Przed pierwszym gwizdkiem arbitra, miał rzekomo pojawić się w szatni Peruwiańczyków wraz z ówczesnym przywódcą Argentyny – generałem Jorge Videlą. Sam Kissinger jednakże zaprzecza doniesieniom, jakoby miał składać ową wizytę. Nie ulega jednak wątpliwości, że Videla i Kissinger oglądali ten mecz wspólnie z wysokości trybun, gdyż zachowały się zdjęcia potwierdzające to wydarzenie. W dodatku ówczesny kapitan Peruwiańczyków, Hector Chumitz, także zdaje się pamiętać odwiedziny polityków:

Powiedzieli, że mają nadzieję obejrzeć dobry mecz, ponieważ publiczność bardzo na niego czeka. Życzyli nam jeszcze szczęścia… i to wszystko.

Przeciwnicy zdobywcy pokojowej Nagrody Nobla uważają, że miał on swoje powody, by kibicować Albicelestes i nie była to tylko znajomość z Jorge Videlą. Wygrana gospodarzy w całym turnieju ociepliłaby wizerunek kraju, rządzonego przez wojskowy reżim i osłabiła lewicową opozycję. To z pewnością ucieszyłoby Kissingera, który jako polityk starał się za wszelką cenę, zapobiegać zwiększeniu radzieckich wpływów w Ameryce Łacińskiej.

Kurtuazyjna wizyta, wyssana z palca legenda czy faktyczny udział w Henry’ego Kissingera w naciskaniu na porażkę Peru? Tego już nigdy się nie dowiemy.

Kubańska anegdota

Na koniec dzisiejszego tekstu przytoczę wam jeszcze jedną anegdotkę związaną z postacią Henry’ego Kissingera, w której miesza się wielka polityka i futbol.

We wrześniu 1970 roku, samolot szpiegowski U-2 wykonał zdjęcia lotnicze Cinfuegos – kubańskiej bazy morskiej na południowym wybrzeżu tego kraju. Kissinger obejrzał te zdjęcia i czym prędzej udał się do szefa sztabu prezydenta Nixona, by żądać audiencji u głowy państwa. Szef sztabu również spojrzał na szpiegowskie fotosy i kompletnie nie wiedział, o co, mający żydowskie korzenie dyplomata robi tyle zamieszania.

„To jest port na Kubie! Kubańczycy budują boiska! One mogą oznaczać wojnę”

W tym momencie szef sztabu, pan H.R. Haldeman kompletnie już zgłupiał, patrząc na sekretarza stanu niczym na przybysza z innej planety.

„Kubaczycy grają w baseball. Rosjanie grają w piłkę.”

Odpowiedział przyszły noblista. Dla Amerykanów jego słowa mogły znaczyć tyle, co majaki szaleńca. Ale pokrętna układanka Kissingera okazała się słuszna. Wkrótce na Kubę zawitali rosyjscy marynarze.

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s