Patryk nie poddawaj się! #ForzaDziczek

Debiut w Ekstraklasie w wieku 17 lat, powołania do młodzieżowej reprezentacji, rozwój w zrównoważonym tempie. Patrykowi Dziczkowi wróżono wielką karierę. Po zdobyciu Mistrzostwa Polski z Piastem Gliwice przeniósł się do Lazio, aby zbierać kolejne piłkarskie szlify pod okiem włoskich trenerów.

Wypożyczenie do Salernitany nie było dziełem przypadku, ponieważ oba kluby mają tego samego właściciela – Claudio Lotito. Patryk miał zdobyć doświadczenie na zapleczu Serie A, żeby w przyszłości być włączony do składu biancocelestich. W październiku otrzymaliśmy niepokojące informację, że Dziczek stracił przytomność na treningu. Polak wrócił do gry, ale w sobotę podczas spotkania z Ascoli sytuacja się powtórzyła. Lekarz Salernitany potwierdził atak epilepsji. Trzeba modlić się i trzymać kciuki, żeby 23-latek wrócił do zdrowia i do piłki nożnej.

WYCHOWANEK PIASTA

Drużyna Piasta zrobiła nabór do młodzieżowej drużyny chłopakom z rocznika 1998. W oczy rzucił się młody ośmioletni Patryk Dziczek, który przerastał o głowę rówieśników. Chłopak nie tylko wyróżniał się wzrostem, ale i doskonałym operowaniem piłki. Od pierwszego treningu trenerzy zauważyli, że Dziczek ma smykałkę do futbolu. Do drużyny z Gliwic trafiło wielu młodych piłkarzy, którzy jednak po pierwszych miesiącach rezygnowali z treningów, a u Patryka było inaczej. Z chęcią chłonął wiedzę od trenerów i z chęcią zostawał po treningu, aby poprawić atrybuty piłkarskie, z którymi ma problem.
„Od początku to był chłopak z charakterem. Nie raz trzeba było z nim odbyć męską rozmowę, ale wiedział, że chce grać w piłkę. Ciężko go było zdjąć z boiska na zmianę, po treningu zostawał, żeby jeszcze poćwiczyć” – Opowiada były trener Patryka z grup młodzieżowych Witold Czekański.

Dużą rolę w karierze Patryka odegrał ojciec, który w przeszłości również był piłkarzem. Niespełnione marzenia chciał od zawsze przelać na syna. Z Patrykiem spędzał mnóstwo czasu po treningu na boiskach lub przy domu.
Trenerzy ze starszych grup młodzieżowych przez długi czas zwracali uwagę na Patryka, aż w końcu doszli do wniosku, żeby chłopak trenował i rozgrywał mecze ze starszymi, aby przyspieszyć rozwój utalentowanego chłopaka.
Dziczek rozwijał się ekstremalnie szybkim tempie i już w wieku 15 lat trenował z drużyną seniorów Piasta Gliwice. Rok później został zgłoszony do szerokiej kadry pierwszego zespołu na ligę. Jednocześnie rozgrywał mecze w rezerwach drużyny i juniorach, dodatkowo trenował z pierwszą drużyną. Był to ciężki okres dla Patryka, ale wtedy osiągnął największy skok jakościowy i nie popadł w przepaść między juniorską a seniorską piłką.

EKSTRAKLASA CZEKAŁA OTWOREM

W dniu 5 czerwca 2015 roku Patryk Dziczek w wieku 17 lat zadebiutował w Ekstraklasie. Młody pomocnik nie będzie wspominał miło pierwszego spotkania w seniorskiej drużynie Piasta. Zespół z Gliwic mierzył się w spotkaniu ligowym z Cracovią. Patryk wyszedł na spotkanie od pierwszej minuty i miał problem z odnalezieniem się. Popełniał dużo strat i wyglądał na przestraszonego. W przerwie spotkania Dziczek został zmieniony, a Piast przegrał domowe spotkanie z Cracovią aż 0:3.
„Wróciłem do domu i się rozpłakałem. Poszedłem na górę do swojego pokoju i leżąc na łóżku, rozmyślałem, co poszło nie tak”. – wspomina w wywiadzie swój debiut w Ekstraklasie.


Fala krytyki nie wylała się na młodego piłkarza, ale na trenera Radoslava Latala, który rzucił Patryka na głęboką wodę bez jakiegokolwiek przygotowania mentalnego. Czeski trener tłumaczył się takim wyborem, że naciskał na niego zarząd klubu, który chciał mieć jak najszybciej wychowanka w swojej drużynie.
Z chłopakiem wiązano przyszłość i przewidywano mu wielką karierę piłkarską. Patryk od zawsze wyróżniał się charakterem. Na treningach ze starszymi kolegami pokazywał, że ma przysłowiowe „jaja”. W tamtym okresie tłumaczył, że uderzyła mu do głowy woda sodowa.
„Przed debiutem w ekstraklasie poczułem się pewnie. Myślałem, że wszystko świetnie się układa i czasem może coś odpyskowałem starszym piłkarzom… Po tamtym meczu z Cracovią zszedłem na ziemię. Dziewczyna zawsze mi powtarza, bym nigdy się nie wywyższał, bo na moje miejsce może być kilku innych piłkarzy”.
Nieudany debiut schłodził apetyty Polaka. Patryk zaczął jeszcze ciężej pracować i przygotowywać się do roli podstawowego piłkarza Piasta.

PEWNE MIEJSCE W XI

Z miesiąca na miesiąc Dziczek stawał się lepszym piłkarzem i coraz ważniejszą postacią w szeregach Piasta Gliwice. Patryk już u Dariusza Wdowczyka był podstawowym piłkarzem, ale miał jednak mniej zadań na boisku. Jak młody piłkarz był oszczędzany w niektórych założeniach. Dopiero przyjście Waldemara Fornalika sprawiło, że pozycja Dziczka w składzie drużyny z Gliwic była niepodważalna. Aktualny trener Piasta wpoił chłopakowi marzenia o grze w lepszym klubie i lepszej lidze. Powtarzał wielokrotnie te słowa w wywiadach. Dziczek dwukrotnie przeczytał książkę „Obsesja doskonałości”, która była pewnego rodzaju jego treningiem mentalnym. Treść książki pozwoliła Patrykowi marzyć o wysokich celach.
Piast Gliwice w sezonie 2018/19 został Mistrzem Polski. Podopieczni trenera Fornalika sięgnęli po to trofeum w pięknym stylu, a Patryk Dziczek był jednym z ważniejszych piłkarzy, którzy dążyli w pogoni za wymarzonym pierwszym w historii mistrzostwie kraju. Polskiemu pomocnikowi została przyznana nagroda dla „najlepszego młodzieżowca ligi”.

KONIEC GLIWICKIEJ PRZYGODY

Na Dziczka uwagę zwróciły zagraniczne kluby. Polak jednak większą część okresu przygotowawczego przeszedł z Piastem. Chciał pomóc drużynie awansować do Europejskich Pucharów, jednak cel nie został osiągnięty. Dużo się mówiło o odejściu Patryka po spotkaniu wyjazdowym w eliminacjach do Ligi Mistrzów z Bate Borysów, kiedy schodząc z boiska, Polak kopnął stojące bidony i nie podał ręki trenerowi Fornalikowi. Zmiana podyktowana była żółtą kartką i ostrą grą pomocnika.
„Rozmawialiśmy już na ten temat. Patryk przyszedł i wyjaśnił sytuację. Był bardzo zły na siebie. Ten mecz mu nie wyszedł i to była autentycznie złość na samego siebie. To wszystko rozumiemy. Ostatnio miał dużą dawkę emocji: zdobycie mistrzostwa Polski, Mistrzostwa Europy do lat 21, teraz eliminacje do Ligi Mistrzów. To się nawarstwiło. Cóż, takie sytuacje się zdarzają. Najważniejsze, że wszystko wyjaśnione” – opowiadał Waldemar Fornalik oficjalnej stronie klubu.
Ostatnie spotkanie Dziczek w koszulce Piasta rozegrał 4 sierpnia 2019 roku z Wisłą Płock. Polak spędził na boisku 82 minuty, ale wszyscy w klubie i kibice byli przekonani, że są to ostatnie dni Patryka w Gliwicach. Niecałe dwa tygodnie później Polak podpisał kontrakt z Lazio. Do drużyny ze stolicy Włoch trafił za 2.25 mln euro i natychmiastowo został wypożyczony do klubu z Serie B – Salernitany. W barwach Piasta Gliwice rozegrał w 71 meczach, zdobył 5 bramek i 2 asysty.

TERAZ SALERNO. POTEM RZYM

Patryk trafił do granaty na dwuletnie wypożyczenie. Polak miał problem na samym początku z aklimatyzacją i przestawieniu się z Ekstraklasy na Włoską piłkę. Dużym problemem Dziczka był okres przygotowawczy, który spędził w Polsce, zamiast w Italii. Miał problem ze zgraniem i komunikacją, ale gdy przyjeżdżał na młodzieżową kadrę, to robił różnicę i wyróżniał się na tle innych młodych chłopaków. Dziczek szybko zapisał się na kurs językowy, żeby lepiej dogadywać się z piłkarzami. Na treningu Dziczek doznał poważnego urazu więzadeł pobocznych, ale wystarczył miesiąc, aby wrócił do pełni sił. Polak pierwszą ligową szansę otrzymał dopiero 7 grudnia 2019 roku w spotkaniu wyjazdowym z Cittadellą. Po tamtym spotkaniu Patryk na stałe zagościł w podstawowym składzie Salernitany i przez prawie 3 miesiące (12 spotkań z rzędu) nie opuścił ani jednej minuty. Wspaniałą formę Polaka zastopowała przerwa ligowa spowodowana pandemią koronawirusa. Po blisko 4 miesiącach wznowiono rozgrywki, ale Patryk nie imponował już taką formą. Już nie był niezastąpiony. Często był zmieniany, wielokrotnie oglądał mecz z wysokości ławki, czy nawet trybun. W dniu 29 czerwca 2020 Dziczek zdobył swoją pierwszą bramkę na Półwyspie Apenińskim przeciwko Cremonese. Cały sezon trenerem Salernitany był doświadczony Gian Piero Ventura, który w ciepłych słowach chwalił polskiego pomocnika.

„Za dwa lata będzie podstawowym zawodnikiem klubu Serie A. Jest profesjonalistą, dobrze mówi po włosku. Jest dobry technicznie i ma wysokie morale”. – mówił 72-letni ówczesny selekcjoner granaty.
Pierwszy sezon Patryka we Włoszech można uznać za dobry. Były problemy na początku, ale Salernitana to świetny klub na przetarcie do pierwszej drużyny Lazio. Dziczek zapowiedział, że chce podążyć śladami przyjaciela, którego trzymał się blisko – Jeana Daniela Akpa-Akpro, który zwrócił na siebie uwagę trenerów Lazio i podpisał kontrakt z drużyną ze stolicy Italii. Kolejny sezon był jednak w cieniu dramatu.

SMUTNE INFORMACJE

W sobotnim spotkaniu z Ascoli Patryk Dziczek bez kontaktu z zawodnikiem upadł na murawę. Do Polaka szybko podbiegł kapitan Salernitany Francesco Di Tacchio. Włoch zaczął wyjmować Patrykowi język z buzi, którym się dusił.
„Bóg dał mi siłę, aby pomóc Dziczkowi. Od razu zrozumiałem, że to coś poważnego i wyciągnąłem mu język” – opowiada kapitan Salerno.
Bardzo szybko zareagowali lekarza obu drużyn oraz pracownicy pogotowia, którzy przewieźli Dziczka do szpitala nieopodal znajdującego się od stadionu. Sytuacja wyglądała dramatycznie, a filmiki krążące po Internecie mrożą krew w żyłach. Z Patrykiem do szpitala pojechał Paweł Jaroszyński.

„Całą sytuację zobaczyłem dopiero w internecie. Ławki rezerwowych są ustawione daleko i nie widziałem, co się stało. Patryk szybko odzyskał przytomność i w karetce już normalnie rozmawialiśmy. W samym szpitalu nie mogłem być zbyt długo z powodu pandemii” – opisuje polski obrońca reprezentujący Salernitanę.

Było to drugie zasłabnięcie Polaka w przeciągu pół roku. Pierwszy raz Polak stracił przytomność na treningu przed początkiem sezonu. Po wstępnych badaniach Patrykowi nic nie dolegało, a sam piłkarz nie czuł się najgorzej.
„Szczegółowo mnie diagnozowano, dwukrotnie miałem rezonans głowy, EKG serca, regularnie pobierali mi krew. Myślę, że przez tydzień przeszedłem więcej badań niż przez całe dotychczasowe życie. Sprawdzili mój stan zdrowia bardzo dokładnie, ostatecznie nie znaleźli żadnej przyczyny omdlenia” – podkreślał Patryk w wywiadzie dla Włoskiej prasy.

W poniedziałek przewieziono polskiego piłkarza do Rzymu, aby przeszedł dodatkowe badania pod okiem specjalistów. Lekarz Salernitany na konferencji prasowej po spotkaniu ligowym potwierdził, że upadek Dziczka na murawę wiązał się z atakiem epilepsji. Padaczka nie wyklucza go z uprawiania sportu, jednak drugie omdlenie w przeciągu kilku miesięcy pokazuje skalę problemu.
#ForzaDziczek

KACPER KARPOWICZ

Orli lot do Ligi Mistrzów – fenomen Eintrachtu Frankfurt

W Bundeslidze z roku na rok pojawia się coraz więcej solidnych drużyn, aspirujących do gry w europejskich pucharach. Mamy, chociażby ambitny Lipsk, Wolfsburg, Borussię Mönchengladbach, czy Bayer Leverkusen, który wciąż potyka się o własne nogi. Gdzieś swoje miejsce w szeregu stara się odnaleźć również Eintracht, który w tym sezonie bezczelnie psuje plany rywali. Coś, co miało się zakończyć wraz z odejściem Kovaca, Rebicia, Jovicia, czy Hallera trwa w najlepsze, nawiązując do pięknej historii z lat 70 i 80. Wówczas Eintracht potrafił wygrać Puchar Niemiec dwa razy z rzędu, a co najważniejsze – zdobyć Puchar UEFA. Dzisiaj drużyna Adiego Hüttera walczy o historyczny awans do Ligi Mistrzów i jest bardzo blisko zrealizowania swojego celu. Statystyki pokazują, że gdyby sezon rozpoczął się wraz z początkiem roku, Eintracht byłby najlepszą drużyną w Niemczech. Jutro natomiast zmierzy się z Bayern Monachium. Z tej okazji warto przypomnieć sobie ich historię.

Czytaj dalej „Orli lot do Ligi Mistrzów – fenomen Eintrachtu Frankfurt”

Klub ponad wszystko

Kapitan to funkcja, którą powinien pełnić prawdziwy lider. Kimś takim jest z całą pewnością Senad Lulić, który trafił do Lazio w 2011 roku. W 2017 roku po odejściu do Milanu Lucasa Biglii Bośniak przejął opaskę kapitańską, którą z dumą nosi na ramieniu w każdym spotkaniu. W ubiegłym sezonu doznał poważnej kontuzji kostki i był krok od zakończenia kariery. Po trudnym okresie i mozolnej pracy na rehabilitacji wrócił do gry, żeby po raz pierwszy w swojej karierze zagrać w Lidze Mistrzów w swoim ukochanym klubie. Senad dałby się pokroić za Lazio, a kibice biancocelesti daliby się pobić za Lulica.

Wczesne lata

Lulić urodził się w Mostarze, a dorastał w Jablenicy. Jego rodzina zdecydowała się wyjechać z Bośni i Hercegowiny i przenieść do Szwajcarii z powodu panującej wojny. W 1998 roku dołączył do drużyny młodzieżowej Chur 97 i już 5 lat później w wieku 17 lat zadebiutował w drużynie seniorskiej. Senad już w tak młodym wieku wyróżniał się nieprawdopodobną wytrzymałością i techniką. Trenerzy ustawiali go na lewym skrzydle i lewej obronie, a Bośniakowi nie robiło to żadnej różnicy. Latem 2006 roku trafił do drużyny Bellinzony, gdzie występował przez dwa sezony, robiąc ogromny postęp piłkarski. W 2008 roku zrobił duży piłkarski krok, kiedy zatrudniła go drużyna z Zurychu – Grasshopper. Senad był w dalszym ciągu wyróżniającym się piłkarzem w szwajcarskiej lidze. W 41 spotkaniach dla Hoppers zdobył 6 bramek i już tam często niemiecki trener Thorsten Fink wystawiał go na lewym wahadle. Bardzo szybko wpadł w oko skautom z Lazio, którzy chcieli namówić Bośniaka na przenosiny do Italii, ale Lulić zdecydował się na transfer za 3.25 mln euro do klubu ze stolicy kraju – BSC Young Boys Brno. Z drużyną zajął 3 miejsce w Swiss Super League. Przygoda z Young Boys trwała tylko rok, bo już od sezonu 2011/12 Senad Lulić przeszedł do Lazio.

„Brałem udział w kilku turniejach po wojnie. Piłka nożna była zawsze obecna, nawet podczas konfliktów w Bośni. Nie graliśmy na trawie jak dzisiaj, ale na ulicy, na betonie. Piłka była zawsze na miejscu i fajnie było grać w spokoju i nie bać się. Był to również nieugięty czas w Szwajcarii. Za to, co mam dzisiaj, muszę podziękować temu krajowi. Cała piątka mojej rodziny spała w tym samym pokoju i miała nadzieję, że uda mi się tam zostać. Zawsze istniał lęk przed koniecznością wyjazdu kilka miesięcy później. Na szczęście w końcu udało nam się zostać i to stał się moim drugim domem”.

KARIERA REPREZENTACYJNA

Senad Lulić w wieku 22 lat zadebiutował w reprezentacji Bośni i Hercegowiny. Wcześniej szwajcarska federacja zachęcała, aby piłkarz grał dla nich, ale Senad był lojalny wobec Bośni, którą kochał i w której się wychował. Debiut przypadł na spotkanie towarzyskie z Azerbejdżanem, który Bośniacy wygrali 1:0 na własnym stadionie. W 56 minucie Lulić zmienił Jusufa Dajica i spełnił swoje dziecięce marzenia. Piłkarz regularnie otrzymywał powołania od selekcjonera reprezentacji narodowej. Do nieciekawego incydentu doszło 15 listopada 2011 roku w spotkaniu z Portugalią w ramach eliminacji do Euro 2012 w Polsce i na Ukrainie. Miesiąc wcześniej w wielu państwach na świecie wybuchł protest odnośnie do nierówności gospodarczej i korupcji w rządzie. Reprezentanci Bośni przyłączyli się do protestujących, za co zostali zawieszeni przez federację. Kara długo nie trwałą, gdyż już na następne zgrupowanie ci sami zawodnicy otrzymali powołania. W dniu 7 czerwca 2013 roku Lulić zdobył swoją pierwszą bramkę w reprezentacji w spotkaniu z Łotwą rozgrywanych w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata 2014. Senad znalazł się w kadrze, która wyruszyła do Brazylii na mundial. Lulić nie odegrał na turnieju ważnej roli, choć zaliczył jedną asystę do Vedada Ibisevica w przegranym spotkaniu fazy grupowej z Argentyną. W eliminacjach do Mistrzostw Europy został najlepszym asystentem do spółki z Arkadiuszem Milikiem i Vladimirem Weissem, zaliczając sześć kluczowych podań. 29 grudnia 2017 roku przekazał, że jego przygoda z reprezentacją dobiegła końca. W koszulce swojego kraju zagrał w 57 meczach i zdobył 4 bramki.

LAZIO

16 czerwca 2011 roku Senad podpisał kontrakt z klubem ze stolicy Italii. Kwoty transferu do dzisiaj nieujawniono (krążą plotki, że Lulić kosztował 5.5 mln euro). Już 18 sierpnia zadebiutował w oficjalnym spotkaniu w nowej drużynie przeciwko FK Rabotnicki w ramach eliminacji do ligi europy. Debiut ligowy przypadł kilka tygodni później, kiedy wszedł na plac gry w spotkaniu z Milanem. Po swoim pierwszym sezonie w ekipie biancocelstich zajął trzecie miejsce w plebiscycie na najlepszego piłkarza Bośni i Hercegowiny za Edinem Dzeko i Miralem Pjanicem. Jeden z jego najpiękniejszych momentów w Rzymie przypadł dnia 23 maja 2013 roku. Lazio podejmowało w finale Coppa Italia swoich największych rywali – Romę. Mecz był bardzo wyrównany, ale w 71 minucie Senad Lulić strzelił decydującego gola w tym spotkaniu. Lazio po raz szósty w historii klubu sięgnęło po Puchar Włoch. Było to pierwsze trofeum Bośniaka w Italii.

„Niekończące się emocje. Finały są tak niezapomniane. Nie czułem zbytniej presji; tego dnia pomogli mi weterani z ekipy. Na szczęście mecz poszedł na naszą korzyść i tak się zakończył. Derby to zawsze cudowna i niezwykła rzecz, szczególnie tutaj, w Rzymie”.

28 listopada 2013 roku rozegrał setny mecz w koszulce Lazio. Rywalem w tamtym dniu biancocelestich była Legia Warszawa

Z OPASKĄ NA RAMIENIU

Przed sezonem 2017/18 ówczesny kapitan Lucas Biglia podpisał kontrakt z Milanem. Stefan Radu, który był kandydatem do zakładania opaski kapitańskiej, bez zastanowienia oddał tę rolę Bośniakowi. Simone Inzaghi krótko po tej wiadomości ogłosił na konferencji prasowej, że nowym kapitanem biancocelstich zostaje Senad Lulić. Już 13 sierpnia 2017 roku podniósł pierwsze trofeum jako kapitan. Lazio pokonało w Supercoppa Italia Juventus 3:2. Dnia 29 listopada 2018 roku dołączył do elitarnego grona zawoddników, którzy rozegrali najwięcej występów w koszulce Lazio. Kilka tygodni później rozegrał swój mecz nr 300 dla Rzymian. Senad dumnie dowodził drużyną, był liderem w szatni i na boisku. Tuż przed świętami Bożego Narodzenia Lazio pokonało w superpucharze rozgrywanym w Arabii Saudyjskiej Juventus. Było to jak do tej pory ostatnie trofeum biancocelstich. W tej chwili znajduje się na 5 miejscu w historii liczby rozegranych spotkań w koszulce aquile.

„Minęło już prawie dziesięć lat, odkąd przyjechałem do Rzymu. Dla mnie bardziej komfortowa była znajomość języka. Grałem w Bellinzonie, gdzie mówiono po włosku. Czuję się tu świetnie; każdego roku odnawia się moja miłość do tego zespołu. Wszyscy przypominają mi mój debiut w San Siro, jak wszedłem na boisko. Niewiele się ode mnie oczekiwano”.


POWAŻNA KONTUZJA

Lulić od wielu miesięcy zmagał się z kontuzją kostki. Bośniak bagatelizował ból w stopie i trenował na pełnych obrotach. W trakcie sezonu 2019/20 poddał się operacji. Sądził, że rekonwalescencja potrwa kilka tygodni, ale Senad czekał prawie rok, żeby znów założyć koszulkę Lazio i wyjść na boisko. Lekarze odradzali mu powrotu do gry, ale Lulić chciał chociaż raz reprezentować Lazio w Lidze Mistrzów. Był blisko zakończenia kariery, ale wytrwałość i ciężka praca sprawiła, że znów możemy oglądać piłkarza w akcji. Kontuzja sprawiła, że już nie jest i nie będzie tym samym piłkarzem co przedtem.

Nadal jest kapitanem Lazio i nadal wspiera swoich kolegów. Ten sezon będzie prawdopodobnie ostatnim w karierze Bośniaka. Lazio nie chce przedłużać kontraktu, a sam piłkarz już cicho mówi pas. Lulić będzie piłkarzem na długo pamiętanym przez kibiców biancocelestich. Prawdopodobnie w przyszłości będzie pracować w sztabie trenerskim Lazio, gdyż pokochał tę drużynę i chce być z niebieskimi Rzymianami jak najdłużej, nawet po zakończeniu kariery. Ciężką pracą dotarł bardzo daleko. Fani calcio nie zapomną o walczaku z żelaznymi płucami.

KACPER KARPOWICZ

Va banque Tommaso Giuliniego. Czy na Sardynii mogą wierzyć w lepsze jutro?

Sytuacja Cagliari z tygodnia na tydzień coraz bardziej się pogarsza. Trener, który miał zapobiec kryzysowi, prawdopodobnie jeszcze bardziej go pogłębił. Zamiast myśleć o górnej połowie tabeli, „Wyspiarze” wpłynęli w sam środek walki o utrzymanie. Właściciel klubu Tommaso Giulini mimo jednej z najgorszych serii w całej lidze, na zmianę szkoleniowca jednak się nie zdecydował. Ogromne zaufanie może się opłacić albo doprowadzić do najgorszego z możliwych scenariuszy.

NIEUDOLNE OPATRYWANIE RANY

Sezon 2019/2020 miał być przełomy, a przynajmniej tak wskazywały wyniki z początku rozgrywek. Potencjał w Rossoblu drzemie już od 2017 roku, kiedy to jako beniaminek zajęli solidne 11 miejsce. Kolejne lata były jednak wyłącznie walką o utrzymanie w Serie A, aż nagle przyszedł ubiegły sezon. Pod wodzą Rolando Marana po 14 kolejkach niespodziewanie okupowali 4 lokatę w tabeli. W końcu mogło się wydawać, że Cagliari w pełni wykorzystuje swoje możliwości. Miejsce dające grę w Lidze Mistrzów było jedynie chwilowym momentem Sardyńczyków i świadomość tego mieli wtedy nawet ich kibice, ale nieoczekiwanie zostali sprowadzeni na tę same tory, co w zeszłych kampaniach.

Po serii 12 spotkań bez wygranej zarząd stracił cierpliwość i pożegnał trenera, który jeszcze chwile wcześniej wydawał się tym odpowiednim. Na jego miejsce przyszedł Walter Zenga, który od kilku lat nie potrafił zagrzać na dłużej miejsca w żadnym klubie. W ostatnim czasie miał za sobą zwolnienie z Venezii, czy nawet emirackiego Al.-Shaab. Mimo to właściciele postanowili zaufać byłemu zawodnikowi Interu Mediolan, wierząc, że zdoła wskrzesić umiejętności widoczne na stracie rozgrywek. Jednak na koniec sezonu, zaledwie po 13 spotkaniach postanowili zrezygnować z 58-krotnego reprezentanta Włoch, mając na celowniku nowego kandydata.

Eusebio Di Francesco w trenerce znany głównie ze swojego stażu w Sassuolo i Romie, 3 sierpnia został ogłoszony nowym szkoleniowcem Rossoblu. Pobyt w Sampdorii, z której odszedł po 8 meczach, nie stawiał go w zbyt dobrym świetle, ale Giulini postanowił zaufać mu jak nikomu innemu wcześniej. Dał spore możliwości w kwestii wzmocnień, bo przyszły takie nazwiska jak Godin, Rog, Ounas czy na stałe Giovanni Simeone. W nowym trenerze widział postać, która ma przeprowadzić długofalowe wznoszenie drużyny na wyższy poziom. Najpierw jednak trzeba zażegnać kryzys pozostawiony po Maranie i Zendze, a były zawodnik Giallorossich specjalistą od gaszenia pożarów nie jest. Już po 6 kolejkach można było stwierdzić, że nie pójdzie tak gładko, jak Giuliniemu mogło się wydawać. 7 punktów nie wyglądało tragicznie, jednak gra drużyny mogła sprawiać zawroty głowy, ponieważ wraz ze zdobytymi 12 bramkami, stracili również aż 15. O zrównoważeniu nie było mowy, więc nowy szkoleniowiec musiał zmienić swoje założenia.

Do meczu z Juventusem w 8 serii gier Di Francesco zastosował aż 6 różnych wyjściowych formacji, co świadczyło o dość desperackim szukaniu odpowiedniego wariantu gry. Z czasem postanowił pozostać przy 4-2-3-1 i choć w pewnym stopniu ustabilizowało to liczbę bilansu bramkowego, tak o poprawie wyników nie było mowy.

POTENCJAŁ KADROWY

Obecnie okupowane miejsce przez Cagliari nie jest miarodajne do możliwości, jakie ma trener na Sardynii. Niejeden szkoleniowiec chciałby mieć taką drużynę, jaką obecnie posiada Di Francesco, a mimo to Eusebio nie potrafi wyciągnąć potencjału z aktualnej kadry. Zarząd daje mu dość dużo swobody na rynku transferowym, ale tam także niezbyt dobrze się porusza. Kilku zawodników już teraz zastałoby zatrudnionych przez większe kluby, jednak ich dyspozycja i potencjał kompletnie nie przekłada się na wyniki Rossoblu.

Zaczynając od Cragno, kończąc na Simeone mamy wielu piłkarzy z predyspozycjami do gry w większym klubie, w tym paru, za których Sardyńczycy w przyszłym czasie dostaną zapewne niemałe pieniądze. Począwszy od wyżej wspomnianego Alessio Cragno, 26-letniego podstawowego bramkarza, można mówić o jednym z lepszych golkiperów na półwyspie Apenińskim. Chociaż Cagliari ma już stracone aż 39 bramek, to gdyby nie Włoch bilans wyglądałby o wiele gorzej. Nieuniknione, że niezależnie od pozycji, jaką zajmą na koniec sezonu, bramkarz odejdzie do lepszej drużyny, ponieważ obecny klub robi się już za mały na jego umiejętności.

Przechodząc do linii defensywy warto zacząć od Sebastiana Walukiewicza. Polak rzecz jasna nie jest w na tyle dobrej dyspozycji, aby wpływać na formę zespołu, ale w porównaniu do innych młodych obrońców Serie A mowa tu o ogromnym talencie. Ostatnie tygodnie nie należały do najlepszych w wykonaniu byłego zawodnika Pogoni Szczecin, jednak nawet kiedy miał swój najlepszy okres w karierze (pierwsza część sezonu), to nie przekładało się to znacząco na wyniki zespołu. Diego Godin to być może największe nazwisko w całej drużynie, ale w tym przypadku niezbyt widać to na boisku. Już w Interze pokazał, że najlepsze lata ma za sobą, ale kiedy taka postać przychodzi do takiej drużyny, to oczekuje się, że mocno na nią wpłynie oraz że będzie mądrze wykorzystywany. Gabriele Zappa nie rozgrywa fenomenalnego sezonu, lecz potencjał jest w nim duży. Jak na swój wiek (21 lat) nieźle wpasował się do ligi po przejściu z Pescary i za jakiś czas być może zrobi skok w górę.

Linia pomocy jest prawdopodobnie najlepszą formacją w całej drużynie. Joao Pedro mając już na koncie 11 bramek i 2 asysty kolejny sezon jest najważniejszą postacią zespołu oraz jednym z ciekawszych piłkarzy ligi. Kroku do przodu już raczej nie zrobi, ale z dolnej części tabeli Serie A jest bez wątpienia jednym z 5 najlepszych zawodników z pola. Formę Nahitana Nandeza można określić mocno sinusoidalną, ale mowa tu o piłkarzu, który przeszedł za aż 18 milionów euro z Boca Juniors. Czasami miewa świetne występy i przy równej dyspozycji można mówić o naprawdę dobrym zawodniku. Gra Marko Roga jest lekkim rozczarowaniem, ale nieraz również potrafi wejść na poziom, którym zapracował sobie na występy w Napoli.

Giovanni Simeone parktycznie co sezon jest gwarancją 10 bramek. W Genoi, Fiorentinie, jak i w zeszłych rozgrywkach w Cagliari przekroczył tę granicę. Obecnie także jest na całkiem nie najgorszej drodze, ponieważ na półmetku kampanii ma 5 trafień. Nie robi to zbyt dużego wrażenia, ale jeśli doprowadzi się go do odpowiedniej dyspozycji, to będzie bardzo istotną częścią zespołu. Leonardo Pavoletti to już przeszłość, choć czasami także potrafi zagrać całkiem nie najgorszy mecz, Pozostaje jeszcze Riccardo Sottil, czyli kolejny młody zawodnik w drużynie (21 lat), który na swój sposób wyróżnia się na tle ligi.

Jakby tego mało, są jeszcze wzmocnienia z zimowego mercato, ale na ich ocenę wolałem się wstrzymać. Jednak kiedy przychodzi Radja Nainggolan oraz Daniele Rugani i Alfred Duncan, czy nawet dość wypalony Kwadwo Asamoah, to poprzeczka jest zawieszana wysoko, i oczekuje się, że odmienią formę drużyny. Bo jeśli kolejni klasowi zawodnicy pozytywnie nie wpłyną na dyspozycje zespołu, to jak powiedział kiedyś Sinisa Mihajlović na temat Milanu – „Potrzebny będzie egzorcysta”.

SPORE ZAUFANIE

Rolando Maran w zeszłym sezonie został zwolniony po serii 12 w lidze spotkań bez wygranej. Ile trwa obecna passa Rossoblu bez zdobycia 3 punktów? 15 meczów. Większość trenerów w znacznej części klubów po takim okresie zostałoby wyrzuconych bez wahania. Zarząd jednak postanowił okazać cierpliwość i dać mu duży kredyt zaufania. Jasno potwierdzili swoje wsparcie wobec menadżera 24 stycznia, ogłaszając przedłużenie kontraktu do 2023 roku. Spora część ludzi pracujących w klubie wierzy w jego możliwości i twierdzi, że trzeba po prostu dać mu więcej czasu. Pytanie tylko ile? Aktualnie Cagliari znajduje się na 18 pozycji w strefie spadkowej. Przyszłe tygodnie będą kluczowe w tej kwestii, ponieważ w następnych 4 kolejkach zmierzą się z kolejno; Torino, Crotone, Bologną i Sampdoria. Rywalami, z którymi są w stanie wywalczyć bardzo potrzebne w tej chwili punkty.

W obecnym sezonie głównym celem pozostaje już tylko i wyłącznie walka o utrzymanie oraz zbudowanie podstaw pod lepszy styl gry. Powoli można zacząć dostrzegać, że są robione ku tej drugiej kwestii kroki, ponieważ ostatnie spotkania z Sassuolo, Lazio oraz Atalantą były naprawdę obiecujące. Wiadomo, że za styl w piłce nożnej nikt punktów nie przyznaje, ale powoli można się spodziewać, że wyniki Rossoblu pozytywnie się zmienią. Najpierw trzeba jednak też sprawić, aby kluczowi piłkarze mieli duży wpływ na grę drużyny, a z tym na Sardynii bywa duży problem.

Giulini przedłużając kontrakt z Di Francesco, zagrał Va Banque. Albo się opłaci i wyniknie z tego ciekawszy projekt, albo co najgorsze – spadną do Serie B. Jest to najstraszniejszy z możliwych scenariuszy, ale obecny kryzys Cagliari trzeba brać na poważnie. Bo choć mają wielu świetnych piłkarzy, tak wizja zatonięcia należy do, jak najbardziej możliwych.

MATEUSZ PEREK

Do czterech razy sztuka – trudny związek Davide Ballardiniego z Genoą

Każdy z nas chciałby znać człowieka, który potrafiłby naprawiać nasze błędy. Poprawi złą ocenę w szkole, rozwiąże problem w pracy, doradzi. Dokładnie takim człowiekiem dla prezydenta Genoi – Enrico Preziosiego jest w ostatnich latach Davide Ballardini, który notorycznie, raz na kilka lat ratuje Genoę przed spadkiem z Serie A. Oto osobliwa historia najlepszego strażaka w świecie Calcio.

Davide Ballardini rozpoczął swoją karierę trenerską jak większość byłych piłkarzy, czyli od pracy z młodzieżą. Najpierw pracował w Bolonii, później chociażby w Milanie, czy Parmie. Jego wzorem był Arrigo Sacchi, z którym spotkał się, gdy grał w młodzieżówce Ceseny. Ten sam Sacchi kilkanaście lat później polecał go Silvio Berlusconiemu, który uporczywie szukał następcy Carlo Ancelottiego.

Wróćmy jednak do początków jego pracy trenerskiej. Po zebraniu doświadczenia z dużo młodszymi rocznikami, postanowił spróbować samodzielnej pracy z profesjonalnym zespołem. Padło na grające w Serie C Sambenedettese. Zrobił dobre pierwsze wrażenie, o mały włos nie awansował do wyższej dywizji. Zatrzymało go dopiero Napoli, z którym w przyszłości toczył boję w Serie A.

Na karuzeli trenerskiej jest już od ponad 16 lat. Ma za sobą pracę w Lazio, Palermo, Cagliari czy Bologni. Nic nie przebije jednak pracy, którą wykonał i wciąż wykonuje dla Genoi. Trzy razy ratował klub od spadku, po czym trzy razy mu podziękowano. W tym sezonie po raz kolejny schował dumę do kieszeni, aby ratować klub już po raz czwarty. Ten związek wygląda jak dramat w czterech aktach, ale ma w sobie coś romantycznego.

AKT I: LISTOPAD 2010 – CZERWIEC 2011

„Tak, zostałem zwolniony z Genoi, ale szczerze mówiąc kompletnie się tego nie spodziewałem. W każdym bądź razie, jest mi po prostu przykro, że doszło do tego w takich okolicznościach” – Gian Piero Gasperini

W listopadzie 2010 roku Ballardini trafił do Genoi po raz pierwszy. Zastąpił Gian Piero Gasperiniego, który został zwolniony po porażce 1:0 z Palermo. Co ciekawe, w spotkaniu tym wystąpił Ivan Jurić, czyli późniejszy trener Genoi oraz… Richmond Boakye, który niedawno został nowym piłkarzem Górnika Zabrze. W każdym bądź razie ich obecność na boisku nie pomogła Gasperiniemu w utrzymaniu posady. Gdy ogłoszono jego zwolnienie, Genoa zajmowała 14 miejsce w tabeli, co nie było zadowalającym wynikiem dla Enrico Preziosiego, który pompował w klub coraz więcej pieniędzy.

Ballardini zapewnił drużynie spokojny byt w środku stawki. Przez większość sezonu Genoa balansowała między 8, a 12 miejscem w tabeli. Ostatecznie zakończyła rozgrywki na 10 miejscu. Preziosi pożegnał się jednak z Ballardinim po zakończeniu sezonu. Życie nie znosi jednak pustki, Ballardini dość szybko znalazł pracę w Cagliari. Na Sardynii spędził niecały rok, po czym ponownie odebrał telefon od Enrico Preziosiego…

AKT II: STYCZEŃ – CZERWIEC 2013

W sezonie 2012/13 Genoa miała aż 3 szkoleniowców. Zaczęło się od Luigiego De Canio, który poprowadził Rossoblu w zaledwie 9 spotkaniach. 2 zwycięstwa, 3 remisy i 4 porażki. Średnia punktów na mecz – dokładnie jeden. Genoa znajdowała się w okolicach strefy spadkowej, a w takich sytuacjach Preziosi jest bezlitosny. De Canio wyleciał z hukiem, ale jego zwolnienie po czasie okazało się bardzo nieprzemyślaną decyzją.

W jego miejsce przybył Luigi Delneri, który szukał nowego pracodawcy od momentu rozstania z Juventusem. Miał zaprowadzić porządek, a tylko narobił bałaganu. Pod jego wodzą Genoa po raz pierwszy od kilku lat znalazła się w strefie spadkowej. Co gorsza, sytuacja ta powtarzała się co kilka kolejek. Gdy tylko wynurzyli głowę nad strefę spadkową, znowu zachłysnęli się wodą i tonęli. Koło ratunkowe rzucił im dopiero Ballardini. To był już jego trzeci epizod w tym klubie, zdecydowanie najtrudniejszy. Cel był jeden – utrzymanie za wszelką cenę. Misja została wykonana, Gryfony zajęły 17 miejsce w tabeli. Sezon się jednak skończył, a Ballardiniemu po raz kolejny podziękowano.

AKT III: LISTOPAD 2017 – PAŹDZIERNIK 2018

Gdy przychodził do klubu po raz trzeci, w tle powinna lecieć główny motyw z filmu „Dobry, zły i brzydki”. Do szatni wszedł bowiem z drzwiami, w ciemnych okularach z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy. Scena rodem z westernu, szczególnie, że w drużynie miał prawdziwego rewolwerowca.

Chodzi oczywiście o Krzysztofa Piątka, który w mgnieniu oka stał się rewelacją Serie A. Wraz z Christianem Kouame stworzyli jeden z najgroźniejszych duetów w Serie A, jednocześnie opierając się na bardzo prostych schematach. Kouame dostawał długą piłkę, starał się ją opanować i przytrzymać do momentu, gdy zobaczy na horyzoncie Krzysztofa Piątka. Gdy Polak dostawał piłkę w polu karnym, zazwyczaj zamieniał ją na bramkę. W ten sposób Genoa doszusowała do 11 miejsca w tabeli Serie A, tracąc tylko 4 punkty do podium. Sytuacja była więc nadzwyczaj stabilna, szczególnie, że Gryfony miały jeszcze do rozegrania zaległy mecz z Milanem. Jednym słowem, nie był to najlepszy moment na zwolnienie. Enrico Preziosi miał jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Ballardini znowu wyleciał z klubu, a w jego miejsce pojawił się Ivan Jurić. To był cios poniżej pasa, ale nie na tyle mocny, aby Ballardini zapomniał o Genoi.

AKT IV: HISTORIA TRWA

21 grudnia 2020 roku media podają informację o zwolnieniu Rolando Marana. Pod jego wodzą Genoa rozegrała 13 meczów w Serie A. Efekt? Zaledwie jedno zwycięstwo (w pierwszej kolejce z Crotone) i najgorsza od lat średnia 0,54 punktu na mecz. Wydawało się, że Gryfony już na dobre zadomowiły się w strefie spadkowej, ale wtedy pojawił się on, cały na biało.

W tak trudnej sytuacji zatrudniony mógł zostać tylko jeden szkoleniowiec – specjalista od spraw beznadziejnych, Davide Ballardini. Szybko zmienił ustawienie drużyny, stanowczo trzymając się gry trójką z tyłu. Z przeciętnego pomocnika – Ivana Radovanovicia zrobił solidnego defensora, a na dodatek odkurzył Mattię Destro, który rozgrywa zdecydowanie najlepszy sezon w karierze. W zaledwie 8 kolejek Genoa przeszła drogę z 19 do 12 miejsca tabeli. Na ten moment ma 10 punktów przewagi nad strefą spadkową, przy czym traci zaledwie 3 oczka do 10 miejsca w tabeli. Według statystyk jest 6 najlepiej punktującą drużyną Serie A w 2021 roku, razem z Juventusem ma również najszczelniejszą defensywę w lidze. Klasa.

Kariera Ballardiniego to niekończąca się przeplatanka pracy dla Cagliari, Palermo oraz Genoi. Nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej niż przez rok, żadnego zespołu nie prowadził przez 40 spotkań z rzędu. Raz doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, gdy właściciel Palermo – Maurizio Zamparini zwolnił go tylko po to, aby za cztery miesiące ponownie go zatrudnić. Pomimo tych wszystkich dziwnych historii i zwolnień, w większości przypadków się sprawdzał i gasił rozpalone przez poprzedników pożary. Ballardini jest więc jak dobry, polski robotnik. Podejmie się każdej roboty, zrobi ją w miarę solidnie, ale co najważniejsze – szybko i skutecznie.

MACIEK SZEŁĘGA

Od futsalu do piłkarskiej reprezentacji narodowej. Historia Wissama Ben Yeddera.

„Myślę, że kluczem jest mieć wiarę. Nigdy nie przestawaj wierzyć. Nawet gdy sprawy nie układają się dobrze, musisz wierzyć, że dasz radę”. Każdy z nas ma postanowienia, które stoją w szeregu przed wszystkimi innymi sprawami. Wiara, rodzina i uśmiech – w życiu Wissama od zawsze najbardziej liczą się tę trzy wartości.

SZCZĘŚLIWE DORASTANIE W TRUDNYM MIEJSCU

„Benye” – bo tak koledzy nazywali go w dzieciństwie – urodził się 12 sierpnia 1990 roku w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic aglomeracji Paryskiej. Sarcelles położone na granicach stolicy Francji w dawnych czasach było znane przede wszystkim z licznych rabunków, przewinień, czy nawet zabójstw. Znaczną część społeczeństwa regionu stanowili migranci z północnej Afryki, którzy byli głównym celem przestępstw. Rodzice Wissama pochodzili z Tunezji i nie raz byli atakowani przez rdzennych mieszkańców ze względu na swoją narodowość. Innym znanym dzisiaj piłkarzem, który również żył we wspomnianej dzielnicy był Riyad Mahrez. Algierczyk do dzisiaj pozostaje przyjacielem Francuza, chociaż co ciekawie nie połączyła ich pasja do piłki. Tytułowy bohater nie miał zbyt wiele swobody poza domem, ponieważ Pan i Pani Ben Yedder z obawy na bezpieczeństwo, rzadko pozwalali mu wyjść na podwórko.

Prześladowanie i ataki przemocy nie ustępowały, przez co rodzina została zmuszona do przeprowadzenia do pobliskiego miasteczka Garges-les-Gonesse. Regionu o teoretycznie bardziej spokojnego, niż Sarcelles. Sytuacja jednak znacząco się nie poprawiła, gdyż rasizm we wczesnych latach był bardzo powszechny, ale w nowym miejscu zamieszkania Benye miał możliwość podjęcia życiowego celu. Padło na piłkę nożną, ponieważ jak sam dzisiaj tłumaczy – „Z piłką przy nodze odrywam się od rzeczywistości” – a to z powodu dyskryminacji, która trafiała jego bliskich, było dla niego istotne. Jak u każdego dzieciaka w młodym wieku, w tym okresie narodziły się u Wissama ambicje pozostania profesjonalnym piłkarzem.

„Kiedy nie musieliśmy iść do szkoły, budził mnie o ósmej rano i kazał mi iść grać przeciwko niemu na boisku. Uwielbiał rywalizacje, a już szczególnie gry jeden na jeden”.

Daniel Mendy, przyjaciel z dzieciństwa Ben Yeddera, tak wspomina początki znajomości z aktualnym piłkarzem Monaco. Nie przeszkadzało mu, że najczęściej to on przegrywał w starciach z Benye. Robił to po prostu z koleżeństwa, ponieważ Wissam również wiele razy bez problemów mu pomagał. Dorastanie w trudnym otoczeniu nauczyło go wiele rzeczy. Zrozumiał, że trzeba wierzyć w sukces i nie pozostawiać swoich przyjaciół jak i rodziny w potrzebie, ponieważ sukces osiąga się wspólnie. Jako dziecko postanowił, że niezależnie od sytuacji będzie starać się być uśmiechniętym, aby pozytywnie wpływać na swoje otoczenie.

WYSZKOLONY NA PARKIECIE

Będąc w szkole elementarnej Ben Yedder uwielbiał grać w piłkę na zajęciach wychowania fizycznego. Starcia na małej powierzchni wymagające sprytu sprawiały mu ogromną przyjemność. W pewnym momencie podjął decyzje, że to właśnie w futsalu chce kontynuować swoją przygodę ze sportem. Z czasem postanowił przenieść swe umiejętności z osiedla oraz szkoły na poważną rywalizacje. Przy pomocy rodziców zdecydował zapisać się do lokalnej drużyny i mimo, że nie było zespołu z jego rocznika, to ze względu na atuty został bez problemu przyjęty. Po pewnym czasie przeciwnicy będący o zaledwie kilka lat starsi zaczęli się robić dla niego zbyt łatwi do konkurowania, a to spowodowało, że został przesunięty do pierwszego zespołu klubu.

Jak się później okazało – również i w starciach z dorosłymi osobami nie miał problemu, aby się wyróżniać. W profesjonalnych rozgrywkach futsalu pokazał się na tyle z dobrej strony, że zaczął być powoływany do reprezentacji narodowej do lat 21. Z miejsca stał się liderem młodzieżowego zespołu trójkolorowych, kilkakrotnie wychodząc nawet z opaską kapitańską. Jednak podobnie jak w klubie, na arenie międzynarodowej również znacząco się odznaczał od swoich nieco starszych kolegów. Poskutkowało to tym, że został powołany do seniorskiej reprezentacji narodowej na mecz z Chile. Mało brakowało, a zaprzepaściłby szanse na debiut. Na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu, z którego mieli odlatywać, okazało się, że Wissam nie posiada francuskiego paszportu, a jedynie tunezyjski. Federacja z zakłopotaniem skontaktowała się z miejscowym burmistrzem, dzięki czemu Benye dostał zezwolenie na lot samolotem. Przez całą swoją późniejszą futsalową karierę rozegrał jeszcze 5 spotkań w pierwszej reprezentacji Francji.

Dzisiaj bez problemu można dostrzec, że ma za sobą kilka lat spędzonych w halowej odmianie piłki nożnej. Charakteryzuje się przede wszystkim zwinnością, sprytem oraz wyjątkową techniką, czyli cechami, które rozwinął właśnie podczas gry w futsal. Warto też wspomnieć, że w trakcie jednego z treningów złapał kontuzję prawej stopy. Nie chcąc siedzieć bezczynnie i oglądać, jak inni grają, postanowił ćwiczyć lewą nogą, mając prawą w gipsie. Do momentu kiedy wodząca noga była już zdolna do grania, Wissam opanował wręcz do perfekcji tę lewą. Przełożyło się to na to, że obecnie wyśmienicie używa obie z nich. Czas spędzony na parkiecie spowodował, że dzisiaj Ben Yedder pod względem umiejętności jest niesamowicie wyjątkowym zawodnikiem.

„NOWY MARADONA”

Mistrzostwa Świata w 2006 roku sprawiły, że Benye zdecydował zmienić swoją dalszą ścieżkę życia. Widok reprezentacji Francji wchodzącej do finału Mundialu – co prawda przegranego przez trójkolorowych – uświadomił Wissamowi, że to murawa jest jego prawdziwym powołaniem. Rok po podjęciu życiowej decyzji postanowił przenieść się do miejscowości Saint-Denis na obrzeżach Paryża, gdzie rozpoczął swoją piłkarską karierę w lokalnym amatorskim klubie. Doświadczenie zdobyte podczas gry w futsal sprawiło, że swoimi wyjątkowymi umiejętnościami w dość szybkim tempie przebił się do seniorskiej drużyny. Mimo, że był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem, to podobnie jak na hali, zdecydowanie przewyższał na boisku starszych rywali.

Sezon 2008/2009 był absolutnie przełomowy w karierze Ben Yeddera. Plotki na temat wielkiego talentu zaczęły się rozchodzić po całej stolicy a spora część kibiców zespołu przychodziła na spotkania głównie w celu ujrzenia gry młodego Francuza. Jeszcze w trakcie wyżej wspomnianych rozgrywek, klub Alfortville , również z aglomeracji Paryskiej, postanowił zaklepać sobie zawodnika, który ostatecznie dołączył do nich po zakończeniu sezonu. Nowa drużyna występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym we Francji, więc była to znakomita szansa na pokazanie się szerszej publiczności. Jak się z czasem okazało, dwa lata które spędził w Saint-Denis były wyjątkowo długie patrząc na miarę talentu, oraz status byłego klubu. Bowiem zaledwie po niecałym roku spędzonym w Alfortville po Wissama zaczęły się zgłaszać kluby z absolutnego krajowego topu. W ciągu jednego sezonu zrobił takie wrażenie, że specjalnie z jego powodu na mecze przyjeżdżali skauci nawet zza granicy.

„Powiedziano mi o młodym piłkarzy, który według wielu był nazywamy fenomenem, więc chętnie przyszedłem zobaczyć jego grę. Wystarczyło 15 minut. Chwyciłem za telefon i zaoferowałem chłopaka Lille. To był nowy Maradona”.

Takimi słowami po kilku latach swoje pierwsze wrażenie po zobaczeniu Ben Yeddera opisał Michel Moulin dla stacji RMC Sport. Do transferu do Lille ostatecznie nie doszło, ponieważ liderem w wyścigu była drużyna z Tuluzy. Olivier Sardana, prezydent Toulouse osobiście skontaktował się z chłopakiem i skutecznie nakłonił go do transferu. Pierwsze kroki stawiał w drużynie rezerw, jednak zaledwie po 4 miesiącach od oficjalnych przenosin zadebiutował w Ligue 1. Wystarczyły cztery lata, żeby dzięki swojej determinacji i zaangażowaniu, zamienił hale na najwyższy stopień rozgrywkowy we Francji.

CORAZ BLIŻEJ SPEŁNIENIA MARZENIA

Toulouse do dzisiaj pozostaje klubem, w którym spędził najwięcej czasu. Od debiutu do ostatniego spotkania w fioletowych barwach minęło aż sześć lat. Zasłynął jednak z gry nie tylko dla drużyny, która wprowadziła go do poważnego świata futbolu. W pozostałych dwóch klubach – Sevilli i obecnie Monaco – także emanował bardzo dobrą dyspozycją. W Los Nervionenses mimo, że spędził dwa razy mniej czasu niż w Tuluzie, to zdobył niemalże identyczną ilość bramek i asyst (71 trafień w Toulouse, 70 w Sevilli i po 22 asysty w obu klubach). Podczas pobytu w Monaco również utrzymuje wysoki stosunek udziału przy bramkach, do liczby rozegranych spotkań. Na dzień pisania tego tekstu wystąpił 54 razy w drużynie byłego mistrza Francji, oraz zdobył 30 bramek i zaliczył 14 asyst. Od momentu przybycia do „Les Rouge et Blanc” jest prawdopodobnie najważniejszą postacią całego zespołu.

W skrócie rzecz ujmując – gdziekolwiek i kiedykolwiek grał, zawsze utrzymywał pewien poziom, z którego rzadko schodził. W trakcie 11 sezonów w profesjonalnej piłce w jego wykonaniu (licząc także obecny) rozegrał 366 spotkań, strzelił 171 bramek i zaliczył 58 asyst. Dzieląc przez liczbę kampanii wychodzi średnio 20 bezpośrednich udziałów przy bramkach na sezon. Całkiem niezły wynik jak na zawodnika, który ani razu w swojej karierze nie wzniósł trofeum.

Mając za sobą występy w Lidze Mistrzów, czy Lidze Europy, Wissam ciągle walczy o spełnienie swojego największego marzenia – wyjazd na wielki turniej z reprezentacją Francji. W 2016 podczas selekcji na Mistrzostwa Europy we Francji został pominięty na rzecz Giroud, Griezmanna, Martiala oraz Gignaca, a na Mundial 2018 Didier Deschamps powołał Mbappe, oraz ponownie Griezmanna z Olivierem Giroud. Obecnie jednak jest na dobrej drodze, aby zostać zabranym na przyszłe euro. W 23 rozegranych kolejkach ligowych zdobył 11 bramek, dzięki czemu jest drugim najlepszym francuskim strzelcem w aktualnym sezonie Ligue 1 (Mbappe 16 trafień). Dodatkowym argumentem, być może nawet głównym dla którego miałby zostać powołany jest fakt, że od czerwca 2019 roku ominął zaledwie jedno zgrupowanie z powodu zarażenia COVID-19. Na 15 możliwych meczów wyszedł na boisko w aż 11, więc jak widać, trener mu ufa.

Wydaje się więc, że ostatnim zadaniem jakie musi spełnić Ben Yedder, aby pojechać z reprezentacją Francji na Mistrzostwa Europy i tym samym spełnić swoje marzenie, jest utrzymanie równej dyspozycji do końca rozgrywek. A jak znamy z poprzednich lat – Wissam niemal zawsze jest gwarancją ponadprzeciętnej formy.

MATEUSZ PEREK

Przyjechał do Włoch jako kierowca, a dziś podbija Serie A


Znane są historie piłkarzy, którzy mieli trudne dzieciństwo, którym futbol uratował im życie, ale czy znacie historię Juniora Messiasa, który dopiero w wieku 23 lat otrzymał szansę gry w klubie? Jeśli nie to zapraszam do zapoznania się z piłkarską drogą Brazylijczyka, który przez przypadek został profesjonalnym zawodnikiem.

POCZĄTKI


Junior urodził się w Brazylijskim mieście Belo Horizonte. Dorastał w wiosce Sao Candido. Już jako dziecko traktował futbol jako priorytet i największe marzenie. Spełniło się jego pragnienie, trenował w młodzieżowych grupach Cruzeiro, ale trenerzy nie poznali się na jego talencie. Szybko marzenia zostały porzucone i przestał przyjeżdżać na treningi. Po ukończeniu szkoły miał problem ze znalezieniem pracy. Rękę do niego wyciągnął brat, który kilka lat wcześniej wyjechał do Włoch w pogoni za chlebem, aby w przyszłości otworzyć wymarzoną restaurację. Messias w wieku 20 lat przeniósł się na stałe do Włoch.

WYJAZD I PRACA


Życie na Półwyspie Apenińskim nie było kolorowe na dzień dobry. Wraz z bratem zamieszkał w Barriere di Milano, dzielnicy Turynu, która nie należała do najbezpieczniejszych. Przez cztery lata pracował jako kierowca busa z urządzeniami AGD. Pensja nie była wystarczająca, ledwo wiązał koniec z końcem. W wolnych chwilach grał w turniejach organizowanych przez UISP (włoski sport dla uchodźców) w Turynie. W 2015 roku został zauważony przez trenera Ezio Rossiego, który prowadził w tamtym czasie Casale i był wolontariuszem w jednej drużynie występującej w tych rozgrywkach. Junior przyjął zaproszenie na wspólne treningi i tak podpisał kontrakt z amatorską drużyną. Wystarczyło kilka miesięcy, żeby oczarować wszystkich. Messias wraz z drużyną awansował do Serie D. W 32 spotkaniach zdobył 21 bramek. Został królem strzelców amatorskich rozgrywek i najlepszym piłkarzem. Po zawodnika zgłosiła się drużyna Chieri Calcio, która występowała w Serie D i zaoferowała zawodowy kontrakt Brazylijczykowi. Piłkarz bez zastanowienia przyjął propozycję i porzucił pracę kierowcy za nędzną wypłatę.
„Nie zastanawiałem się długo. Pensja kierowcy nie wystarczała na utrzymanie”

PIERWSZE PIŁKARSKIE KROKI


Z nową drużyną w sezonie 2016/17 zdobył Puchar Serie D, a w lidze do ostatniej kolejki walczył o czołowe miejsce w Grupie A. Latem 2017 roku z Juniorem skontaktowała się drużyna Pro Vercelli, która była gotowa zaoferować kontrakt i grę w Serie B. Plany spełzły na niczym, klub nie mógł zgłosić Messiasa do rozgrywek, ponieważ nie posiadał paszportu wspólnotowego. Przez pół roku pozostawał bez klubu. Trenował przez ten okres z drużyną Gozzano, która zimą zgłosiła Brazylijczyka do rozgrywek Serie D. W sezonie 2017/18 pomógł klubowi uzyskać historyczny awans ligę wyżej. Junior był wyróżniającym się piłkarzem nawet w Serie C. Z drużyną utrzymał się na trzecim szczeblu ligowym w Italii. Dobre występy pozwoliły zwrócić na siebie uwagę lepszych zespołów. W styczniu 2019 roku podpisał kontrakt z Crotone, ale do końca sezonu ubierał koszulkę Gozzano.

CROTONE


W wieku 28 lat Messias zadebiutował w Serie B. Swoją pierwszą bramkę dla Crotone zdobył 29 grudnia 2019 roku przeciwko Trapani. W oczach kibiców pitagorcich zyskał, kiedy strzelił zwycięską bramkę w derbach przeciwko Cosenzie. Sezon 19/20 zakończył z 6 bramkami i 6 asystami, pomagając drużynie uzyskać awans do Serie A, kończąc sezon na 2 miejscu. 20 września 2020 roku zadebiutował w Serie A przeciwko Genoi. 25 października strzelił swoją bramkę w najwyższej klasie rozgrywkowej w Italii w przegranym spotkaniu z Cagliari 4:2. Grudzień był niesamowitym miesiącem dla piłkarza. Zapisał się w historii jako pierwszy piłkarz, który ustrzelił dublet w dwóch kolejnych spotkaniach na wyjeździe przeciwko Spezii (4:2) i u siebie Parmie (2:1). Crotone do ostatnich kolejek będzie drżało o awans, ich gra nie wygląda najlepiej, a pozycji w tabeli prezentuje się jeszcze gorzej. W razie Junior Messias będzie łakomym kąskiem drużyn ze środka tabeli.

STYL GRY


Brazylijczyk jest ofensywnym piłkarzem ze świetnie ułożoną lewą nogą. Uwielbia grać za plecami napastnika, a ostatnio coraz częściej Giovanni Stroppa ustawia go w linii pomocy. Junior obdarzony jest typowo brazylijskim dryblingiem, co czyni go, najczęściej dryblującym piłkarzem w Serie A. Messias należy też do jednych z najszybszych piłkarzy w całej lidze. Potrafi bez zastanowienia huknąć z dystansu i posłać świetną piłkę prostopadłą. Takich piłkarzy ogląda się z czystą przyjemnością.


Junior Messias jest bardzo pobożnym człowiekiem. Po każdej bramce podnosi ręce do nieba, aby podziękować Bogu. Droga, którą przeszedł, żeby wejść do elity, nie była usłana różami. Sam twierdzi, że to jest cud. Jeszcze nie tak dawno był kierowcą busa, który ledwo wiązał koniec z końcem, a dziś jest piłkarzem Serie A, który zyskał grono sympatyków swoim niekonwencjonalnym brazylijskim stylem gry.

KACPER KARPOWICZ

Piękni trzydziestoletni – sekret ofensywy Levante

Od czasu zakończenia kariery przez Davida Villę, reprezentacja Hiszpanii ma spory problem z obsadzeniem pozycji numer 9. Na Euro 2016 pojechali tacy napastnicy jak Aritz Aduriz, czy Nolito. Smak mundialu w Rosji poznali natomiast Lucas Vazquez i Rodrigo Moreno. Do dyspozycji kolejnych selekcjonerów prawie zawsze byli Iago Aspas (jeżeli tylko był zdrowy), czy Gerard Moreno, ale nie są to typowe 9. Warto jeszcze wspomnieć o naturalizowanym Diego Coście, ale ten rozdział jest już raczej zamknięty.

Jeszcze za czasów Villi reprezentację Hiszpanii miał zbawić Bojan Krkić, a nieco później Munir El Haddadi, który najpierw nieco przygasł, a ostatnio zdecydował się nawet na grę dla reprezentacji Maroka. W międzyczasie 36 spotkań dla „La Roja” rozegrał Alvaro Morata, a na horyzoncie pokazał się Ferran Torres. Sytuacja w kadrze Luisa Enrique zaczęła się stabilizować, a do drużyny zaczęli pukać nowi, dość ciekawi zawodnicy. Ich główną wadą jest wiek, ale to przecież tylko liczba.

Roberto Soldado, Alvaro Negredo, Roger Marti i Jose Luis Morales – razem 133 lata i… aż 30 bramek w tym sezonie La Liga. Pierwszy z nich jest najlepszym strzelcem Granady, drugi najlepszym strzelcem oraz asystentem Cadiz, a pozostała dwójka stanowi drugi najlepszy duet ofensywny w lidze. Tylko Joao Felix i Luis Suarez mają lepsze liczby od napastników Levante. Razem przeszli drogę od gry w trzeciej lidze, przez spadek do Segunda Division, aż do wygranej z Realem Madryt, czy awansu do półfinału Copa del Rey. Oto jak formował się jeden z najciekawszych duetów napastników w europejskiej piłce.

JAK DWIE KROPLE WODY

Fabryka bramek – Roger & Morales, tak duet napastników Levante opisali dziennikarze „El Pais”. Nie bez powodu. Dowódca i rewolwerowiec (z kolei tak Martiego i Moralesa nazywają kibice Levante) zdobyli w tym sezonie aż 21 z 44 bramek „Żab” we wszystkich rozgrywkach. W swojej 112-letniej historii klub z Walencji nigdy nie widział bardziej zabójczego duetu.

Ich wspólna droga rozpoczęła się w 2011 roku. Obaj trafili wówczas do rezerw Levante – Marti ze szkółki Valencji, Morales z niewielkiego zespołu CF Fuenlabrada. Przez najbliższe dwa lata nie mogli się przebić do pierwszego zespołu, więc w sezonie 13/14 obaj zdecydowali się na wypożyczenie – Roger trafił do Realu Saragossy, a Morales do Eibaru.

W tym momencie ich drogi rozeszły się pierwszy i ostatni raz. Morales szybko znalazł miejsce w składzie Eibaru i odegrał ważną rolę w awansie zespołu do Primera Division, co dało mu przepustkę do pierwszego składu Levante. Wkrótce otrzymał nawet opaskę kapitańską. Droga drugiego ze snajperów była nieco bardziej skomplikowana. Marti był wypożyczany aż trzykrotnie, a do Levante wrócił dopiero w 2016 roku. Najważniejsze jednak, że w pierwszym zespole zastał przyjaciela sprzed lat. W ciągu pięciu następnych sezonów zostali najlepszymi strzelcami Levante w najwyższej klasie rozgrywkowej.

TRUST THE PROCESS

Pod koniec zeszłego roku kibice Levante nie mieli zbyt wielu powodów do uśmiechu. Ich ukochany klub bił rekordy pod względem jednobramkowych remisów (nazbierał ich aż 5 z rzędu), a nowy sezon rozpoczynał zdobywając zaledwie 3 punkty w 4 spotkaniach. Posada Paco Lopeza wisiała na włosku. Prezydent klubu – Quico Catalan postanowił mu jednak zaufać, co szybko okazało się strzałem w dziesiątkę.

W międzyczasie ten sam Quico Catalan popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu – Jose Luisem Moralesem. Poszło o przedłużenie kontraktu, który miał wygasać w czerwcu 2021 roku. Jak dobrze jednak wiemy, taki konflikt potrafi niesamowicie zmobilizować zawodnika. Robert Lewandowski podczas trwania sporu z Cezarym Kucharskim strzelał bramkę za bramką, co jakiś czas dokładając „doppelpacka”, a nawet hat-tricka. Co więcej, Leo Messi wyraźnie odżył właśnie podczas ostatniej afery kontraktowej, co potwierdzają jego bramki przeciwko Granadzie, czy Betisowi. Podobnie było w przypadku napastnika Levante. Od momentu rozpoczęcia sporu z prezydentem klubu aż do podpisania kontraktu, Morales strzelił 5 bramek i zanotował 3 asysty. Potem było już tylko lepiej.

Zdarza się, że zawodnicy po podpisaniu nowej umowy obniżają loty. W tym przypadku było wręcz przeciwnie. Za starcie z Granadą kapitan „Żab” otrzymał nagrodę „King of the match”. Zdobył dwie bramki, ale jego prawdziwą wartość można było zaobserwować dopiero, gdy opuścił boisko z powodu urazu. Gra Levante posypała się, a Granada zdołała wyrównać. Skończyło zakończyło się wynikiem 2:2 po bramce Roberto Soldado w doliczonym czasie gry.

NAJWAŻNIEJSZY GOL

„Do dzisiaj wspominam swoją pierwszą bramkę w La Liga, ale to bramka z Villarealem jest od teraz najważniejszą w mojej karierze” – Roger Marti

120 minuta spotkania, na Estadio Ciudad de Valencia panuje głucha cisza. Przebijają się tylko pojedyncze głosy trenerów obu drużyn, ustalających już powoli wykonawców rzutów karnych. Kilkanaście sekund później Roger Marti dostaje piłkę w środkowej strefie boiska. Napastnik opanował futbolówkę, po czym zagrał ją w kierunku lewego skrzydła. Czas na ostatnie dośrodkowanie w tym spotkaniu. Do piłki dobiega Jose Luis Morales, po czym zagrywa ją na skraj pola karnego. Tam już czeka Roger Marti, który prostym podbiciem kieruje ją do siatki. Już po chwili ginie w stosie uformowanym przez kolegów z boiska. W ten oto sposób Levante pokonuje Villarreal Unaia Emery’ego, gwarantując sobie miejsce w półfinale Pucharu Hiszpanii.

Była to już siódma sytuacja w tym sezonie, kiedy Morales zagrywał piłkę do Martiego, a ten zamieniał jego podanie na bramkę. Fabryka bramek Roger & Morales działa jak nigdy wcześniej, choć warto wspomnieć, że prawdziwym bohaterem tego spotkania był rezerwowy bramkarz Levante – Daniel Cardenas. 23-latek nie tylko zachował czyste konto, ale również obronił 11 strzałów piłkarzy Villarrealu.

Levante zagrało w półfinale Pucharu Króla tylko dwukrotnie – w 1935 i 1937 roku. Teraz po ponad 80 latach przerwy dostąpi tego zaszczytu po raz trzeci. Czy jeden z najlepszych duetów w lidze zaprowadzi swój zespół do finału Copa del Rey? Przekonamy się już w czwartek około godziny 21.00.

MACIEJ SZEŁĘGA

Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.

Krystian Bielik w czasie ligowego spotkaniu Derby – Bristol City został zniesiony na noszach. W październiku wrócił do gry prawie po rocznej przerwie spowodowanej zerwanym więzadłami w kolanie. Mamy luty, a Polak znów doznaje tej samej kontuzji w tej samej nodze. Rozbrat z piłką będzie trwał 8-10 miesięcy, czyli zbliżające się Euro obejrzy co najwyżej z domowej kanapy.

Czytaj dalej „Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.”

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑