Do czterech razy sztuka – trudny związek Davide Ballardiniego z Genoą

Każdy z nas chciałby znać człowieka, który potrafiłby naprawiać nasze błędy. Poprawi złą ocenę w szkole, rozwiąże problem w pracy, doradzi. Dokładnie takim człowiekiem dla prezydenta Genoi – Enrico Preziosiego jest w ostatnich latach Davide Ballardini, który notorycznie, raz na kilka lat ratuje Genoę przed spadkiem z Serie A. Oto osobliwa historia najlepszego strażaka w świecie Calcio.

Davide Ballardini rozpoczął swoją karierę trenerską jak większość byłych piłkarzy, czyli od pracy z młodzieżą. Najpierw pracował w Bolonii, później chociażby w Milanie, czy Parmie. Jego wzorem był Arrigo Sacchi, z którym spotkał się, gdy grał w młodzieżówce Ceseny. Ten sam Sacchi kilkanaście lat później polecał go Silvio Berlusconiemu, który uporczywie szukał następcy Carlo Ancelottiego.

Wróćmy jednak do początków jego pracy trenerskiej. Po zebraniu doświadczenia z dużo młodszymi rocznikami, postanowił spróbować samodzielnej pracy z profesjonalnym zespołem. Padło na grające w Serie C Sambenedettese. Zrobił dobre pierwsze wrażenie, o mały włos nie awansował do wyższej dywizji. Zatrzymało go dopiero Napoli, z którym w przyszłości toczył boję w Serie A.

Na karuzeli trenerskiej jest już od ponad 16 lat. Ma za sobą pracę w Lazio, Palermo, Cagliari czy Bologni. Nic nie przebije jednak pracy, którą wykonał i wciąż wykonuje dla Genoi. Trzy razy ratował klub od spadku, po czym trzy razy mu podziękowano. W tym sezonie po raz kolejny schował dumę do kieszeni, aby ratować klub już po raz czwarty. Ten związek wygląda jak dramat w czterech aktach, ale ma w sobie coś romantycznego.

AKT I: LISTOPAD 2010 – CZERWIEC 2011

„Tak, zostałem zwolniony z Genoi, ale szczerze mówiąc kompletnie się tego nie spodziewałem. W każdym bądź razie, jest mi po prostu przykro, że doszło do tego w takich okolicznościach” – Gian Piero Gasperini

W listopadzie 2010 roku Ballardini trafił do Genoi po raz pierwszy. Zastąpił Gian Piero Gasperiniego, który został zwolniony po porażce 1:0 z Palermo. Co ciekawe, w spotkaniu tym wystąpił Ivan Jurić, czyli późniejszy trener Genoi oraz… Richmond Boakye, który niedawno został nowym piłkarzem Górnika Zabrze. W każdym bądź razie ich obecność na boisku nie pomogła Gasperiniemu w utrzymaniu posady. Gdy ogłoszono jego zwolnienie, Genoa zajmowała 14 miejsce w tabeli, co nie było zadowalającym wynikiem dla Enrico Preziosiego, który pompował w klub coraz więcej pieniędzy.

Ballardini zapewnił drużynie spokojny byt w środku stawki. Przez większość sezonu Genoa balansowała między 8, a 12 miejscem w tabeli. Ostatecznie zakończyła rozgrywki na 10 miejscu. Preziosi pożegnał się jednak z Ballardinim po zakończeniu sezonu. Życie nie znosi jednak pustki, Ballardini dość szybko znalazł pracę w Cagliari. Na Sardynii spędził niecały rok, po czym ponownie odebrał telefon od Enrico Preziosiego…

AKT II: STYCZEŃ – CZERWIEC 2013

W sezonie 2012/13 Genoa miała aż 3 szkoleniowców. Zaczęło się od Luigiego De Canio, który poprowadził Rossoblu w zaledwie 9 spotkaniach. 2 zwycięstwa, 3 remisy i 4 porażki. Średnia punktów na mecz – dokładnie jeden. Genoa znajdowała się w okolicach strefy spadkowej, a w takich sytuacjach Preziosi jest bezlitosny. De Canio wyleciał z hukiem, ale jego zwolnienie po czasie okazało się bardzo nieprzemyślaną decyzją.

W jego miejsce przybył Luigi Delneri, który szukał nowego pracodawcy od momentu rozstania z Juventusem. Miał zaprowadzić porządek, a tylko narobił bałaganu. Pod jego wodzą Genoa po raz pierwszy od kilku lat znalazła się w strefie spadkowej. Co gorsza, sytuacja ta powtarzała się co kilka kolejek. Gdy tylko wynurzyli głowę nad strefę spadkową, znowu zachłysnęli się wodą i tonęli. Koło ratunkowe rzucił im dopiero Ballardini. To był już jego trzeci epizod w tym klubie, zdecydowanie najtrudniejszy. Cel był jeden – utrzymanie za wszelką cenę. Misja została wykonana, Gryfony zajęły 17 miejsce w tabeli. Sezon się jednak skończył, a Ballardiniemu po raz kolejny podziękowano.

AKT III: LISTOPAD 2017 – PAŹDZIERNIK 2018

Gdy przychodził do klubu po raz trzeci, w tle powinna lecieć główny motyw z filmu „Dobry, zły i brzydki”. Do szatni wszedł bowiem z drzwiami, w ciemnych okularach z charakterystycznym dla siebie wyrazem twarzy. Scena rodem z westernu, szczególnie, że w drużynie miał prawdziwego rewolwerowca.

Chodzi oczywiście o Krzysztofa Piątka, który w mgnieniu oka stał się rewelacją Serie A. Wraz z Christianem Kouame stworzyli jeden z najgroźniejszych duetów w Serie A, jednocześnie opierając się na bardzo prostych schematach. Kouame dostawał długą piłkę, starał się ją opanować i przytrzymać do momentu, gdy zobaczy na horyzoncie Krzysztofa Piątka. Gdy Polak dostawał piłkę w polu karnym, zazwyczaj zamieniał ją na bramkę. W ten sposób Genoa doszusowała do 11 miejsca w tabeli Serie A, tracąc tylko 4 punkty do podium. Sytuacja była więc nadzwyczaj stabilna, szczególnie, że Gryfony miały jeszcze do rozegrania zaległy mecz z Milanem. Jednym słowem, nie był to najlepszy moment na zwolnienie. Enrico Preziosi miał jednak na ten temat zupełnie inne zdanie. Ballardini znowu wyleciał z klubu, a w jego miejsce pojawił się Ivan Jurić. To był cios poniżej pasa, ale nie na tyle mocny, aby Ballardini zapomniał o Genoi.

AKT IV: HISTORIA TRWA

21 grudnia 2020 roku media podają informację o zwolnieniu Rolando Marana. Pod jego wodzą Genoa rozegrała 13 meczów w Serie A. Efekt? Zaledwie jedno zwycięstwo (w pierwszej kolejce z Crotone) i najgorsza od lat średnia 0,54 punktu na mecz. Wydawało się, że Gryfony już na dobre zadomowiły się w strefie spadkowej, ale wtedy pojawił się on, cały na biało.

W tak trudnej sytuacji zatrudniony mógł zostać tylko jeden szkoleniowiec – specjalista od spraw beznadziejnych, Davide Ballardini. Szybko zmienił ustawienie drużyny, stanowczo trzymając się gry trójką z tyłu. Z przeciętnego pomocnika – Ivana Radovanovicia zrobił solidnego defensora, a na dodatek odkurzył Mattię Destro, który rozgrywa zdecydowanie najlepszy sezon w karierze. W zaledwie 8 kolejek Genoa przeszła drogę z 19 do 12 miejsca tabeli. Na ten moment ma 10 punktów przewagi nad strefą spadkową, przy czym traci zaledwie 3 oczka do 10 miejsca w tabeli. Według statystyk jest 6 najlepiej punktującą drużyną Serie A w 2021 roku, razem z Juventusem ma również najszczelniejszą defensywę w lidze. Klasa.

Kariera Ballardiniego to niekończąca się przeplatanka pracy dla Cagliari, Palermo oraz Genoi. Nigdzie nie zagrzał miejsca na dłużej niż przez rok, żadnego zespołu nie prowadził przez 40 spotkań z rzędu. Raz doszło nawet do kuriozalnej sytuacji, gdy właściciel Palermo – Maurizio Zamparini zwolnił go tylko po to, aby za cztery miesiące ponownie go zatrudnić. Pomimo tych wszystkich dziwnych historii i zwolnień, w większości przypadków się sprawdzał i gasił rozpalone przez poprzedników pożary. Ballardini jest więc jak dobry, polski robotnik. Podejmie się każdej roboty, zrobi ją w miarę solidnie, ale co najważniejsze – szybko i skutecznie.

MACIEK SZEŁĘGA

Od futsalu do piłkarskiej reprezentacji narodowej. Historia Wissama Ben Yeddera.

„Myślę, że kluczem jest mieć wiarę. Nigdy nie przestawaj wierzyć. Nawet gdy sprawy nie układają się dobrze, musisz wierzyć, że dasz radę”. Każdy z nas ma postanowienia, które stoją w szeregu przed wszystkimi innymi sprawami. Wiara, rodzina i uśmiech – w życiu Wissama od zawsze najbardziej liczą się tę trzy wartości.

SZCZĘŚLIWE DORASTANIE W TRUDNYM MIEJSCU

„Benye” – bo tak koledzy nazywali go w dzieciństwie – urodził się 12 sierpnia 1990 roku w jednej z najniebezpieczniejszych dzielnic aglomeracji Paryskiej. Sarcelles położone na granicach stolicy Francji w dawnych czasach było znane przede wszystkim z licznych rabunków, przewinień, czy nawet zabójstw. Znaczną część społeczeństwa regionu stanowili migranci z północnej Afryki, którzy byli głównym celem przestępstw. Rodzice Wissama pochodzili z Tunezji i nie raz byli atakowani przez rdzennych mieszkańców ze względu na swoją narodowość. Innym znanym dzisiaj piłkarzem, który również żył we wspomnianej dzielnicy był Riyad Mahrez. Algierczyk do dzisiaj pozostaje przyjacielem Francuza, chociaż co ciekawie nie połączyła ich pasja do piłki. Tytułowy bohater nie miał zbyt wiele swobody poza domem, ponieważ Pan i Pani Ben Yedder z obawy na bezpieczeństwo, rzadko pozwalali mu wyjść na podwórko.

Prześladowanie i ataki przemocy nie ustępowały, przez co rodzina została zmuszona do przeprowadzenia do pobliskiego miasteczka Garges-les-Gonesse. Regionu o teoretycznie bardziej spokojnego, niż Sarcelles. Sytuacja jednak znacząco się nie poprawiła, gdyż rasizm we wczesnych latach był bardzo powszechny, ale w nowym miejscu zamieszkania Benye miał możliwość podjęcia życiowego celu. Padło na piłkę nożną, ponieważ jak sam dzisiaj tłumaczy – „Z piłką przy nodze odrywam się od rzeczywistości” – a to z powodu dyskryminacji, która trafiała jego bliskich, było dla niego istotne. Jak u każdego dzieciaka w młodym wieku, w tym okresie narodziły się u Wissama ambicje pozostania profesjonalnym piłkarzem.

„Kiedy nie musieliśmy iść do szkoły, budził mnie o ósmej rano i kazał mi iść grać przeciwko niemu na boisku. Uwielbiał rywalizacje, a już szczególnie gry jeden na jeden”.

Daniel Mendy, przyjaciel z dzieciństwa Ben Yeddera, tak wspomina początki znajomości z aktualnym piłkarzem Monaco. Nie przeszkadzało mu, że najczęściej to on przegrywał w starciach z Benye. Robił to po prostu z koleżeństwa, ponieważ Wissam również wiele razy bez problemów mu pomagał. Dorastanie w trudnym otoczeniu nauczyło go wiele rzeczy. Zrozumiał, że trzeba wierzyć w sukces i nie pozostawiać swoich przyjaciół jak i rodziny w potrzebie, ponieważ sukces osiąga się wspólnie. Jako dziecko postanowił, że niezależnie od sytuacji będzie starać się być uśmiechniętym, aby pozytywnie wpływać na swoje otoczenie.

WYSZKOLONY NA PARKIECIE

Będąc w szkole elementarnej Ben Yedder uwielbiał grać w piłkę na zajęciach wychowania fizycznego. Starcia na małej powierzchni wymagające sprytu sprawiały mu ogromną przyjemność. W pewnym momencie podjął decyzje, że to właśnie w futsalu chce kontynuować swoją przygodę ze sportem. Z czasem postanowił przenieść swe umiejętności z osiedla oraz szkoły na poważną rywalizacje. Przy pomocy rodziców zdecydował zapisać się do lokalnej drużyny i mimo, że nie było zespołu z jego rocznika, to ze względu na atuty został bez problemu przyjęty. Po pewnym czasie przeciwnicy będący o zaledwie kilka lat starsi zaczęli się robić dla niego zbyt łatwi do konkurowania, a to spowodowało, że został przesunięty do pierwszego zespołu klubu.

Jak się później okazało – również i w starciach z dorosłymi osobami nie miał problemu, aby się wyróżniać. W profesjonalnych rozgrywkach futsalu pokazał się na tyle z dobrej strony, że zaczął być powoływany do reprezentacji narodowej do lat 21. Z miejsca stał się liderem młodzieżowego zespołu trójkolorowych, kilkakrotnie wychodząc nawet z opaską kapitańską. Jednak podobnie jak w klubie, na arenie międzynarodowej również znacząco się odznaczał od swoich nieco starszych kolegów. Poskutkowało to tym, że został powołany do seniorskiej reprezentacji narodowej na mecz z Chile. Mało brakowało, a zaprzepaściłby szanse na debiut. Na lotnisku Charles de Gaulle w Paryżu, z którego mieli odlatywać, okazało się, że Wissam nie posiada francuskiego paszportu, a jedynie tunezyjski. Federacja z zakłopotaniem skontaktowała się z miejscowym burmistrzem, dzięki czemu Benye dostał zezwolenie na lot samolotem. Przez całą swoją późniejszą futsalową karierę rozegrał jeszcze 5 spotkań w pierwszej reprezentacji Francji.

Dzisiaj bez problemu można dostrzec, że ma za sobą kilka lat spędzonych w halowej odmianie piłki nożnej. Charakteryzuje się przede wszystkim zwinnością, sprytem oraz wyjątkową techniką, czyli cechami, które rozwinął właśnie podczas gry w futsal. Warto też wspomnieć, że w trakcie jednego z treningów złapał kontuzję prawej stopy. Nie chcąc siedzieć bezczynnie i oglądać, jak inni grają, postanowił ćwiczyć lewą nogą, mając prawą w gipsie. Do momentu kiedy wodząca noga była już zdolna do grania, Wissam opanował wręcz do perfekcji tę lewą. Przełożyło się to na to, że obecnie wyśmienicie używa obie z nich. Czas spędzony na parkiecie spowodował, że dzisiaj Ben Yedder pod względem umiejętności jest niesamowicie wyjątkowym zawodnikiem.

„NOWY MARADONA”

Mistrzostwa Świata w 2006 roku sprawiły, że Benye zdecydował zmienić swoją dalszą ścieżkę życia. Widok reprezentacji Francji wchodzącej do finału Mundialu – co prawda przegranego przez trójkolorowych – uświadomił Wissamowi, że to murawa jest jego prawdziwym powołaniem. Rok po podjęciu życiowej decyzji postanowił przenieść się do miejscowości Saint-Denis na obrzeżach Paryża, gdzie rozpoczął swoją piłkarską karierę w lokalnym amatorskim klubie. Doświadczenie zdobyte podczas gry w futsal sprawiło, że swoimi wyjątkowymi umiejętnościami w dość szybkim tempie przebił się do seniorskiej drużyny. Mimo, że był zaledwie siedemnastoletnim chłopakiem, to podobnie jak na hali, zdecydowanie przewyższał na boisku starszych rywali.

Sezon 2008/2009 był absolutnie przełomowy w karierze Ben Yeddera. Plotki na temat wielkiego talentu zaczęły się rozchodzić po całej stolicy a spora część kibiców zespołu przychodziła na spotkania głównie w celu ujrzenia gry młodego Francuza. Jeszcze w trakcie wyżej wspomnianych rozgrywek, klub Alfortville , również z aglomeracji Paryskiej, postanowił zaklepać sobie zawodnika, który ostatecznie dołączył do nich po zakończeniu sezonu. Nowa drużyna występowała wówczas na czwartym poziomie rozgrywkowym we Francji, więc była to znakomita szansa na pokazanie się szerszej publiczności. Jak się z czasem okazało, dwa lata które spędził w Saint-Denis były wyjątkowo długie patrząc na miarę talentu, oraz status byłego klubu. Bowiem zaledwie po niecałym roku spędzonym w Alfortville po Wissama zaczęły się zgłaszać kluby z absolutnego krajowego topu. W ciągu jednego sezonu zrobił takie wrażenie, że specjalnie z jego powodu na mecze przyjeżdżali skauci nawet zza granicy.

„Powiedziano mi o młodym piłkarzy, który według wielu był nazywamy fenomenem, więc chętnie przyszedłem zobaczyć jego grę. Wystarczyło 15 minut. Chwyciłem za telefon i zaoferowałem chłopaka Lille. To był nowy Maradona”.

Takimi słowami po kilku latach swoje pierwsze wrażenie po zobaczeniu Ben Yeddera opisał Michel Moulin dla stacji RMC Sport. Do transferu do Lille ostatecznie nie doszło, ponieważ liderem w wyścigu była drużyna z Tuluzy. Olivier Sardana, prezydent Toulouse osobiście skontaktował się z chłopakiem i skutecznie nakłonił go do transferu. Pierwsze kroki stawiał w drużynie rezerw, jednak zaledwie po 4 miesiącach od oficjalnych przenosin zadebiutował w Ligue 1. Wystarczyły cztery lata, żeby dzięki swojej determinacji i zaangażowaniu, zamienił hale na najwyższy stopień rozgrywkowy we Francji.

CORAZ BLIŻEJ SPEŁNIENIA MARZENIA

Toulouse do dzisiaj pozostaje klubem, w którym spędził najwięcej czasu. Od debiutu do ostatniego spotkania w fioletowych barwach minęło aż sześć lat. Zasłynął jednak z gry nie tylko dla drużyny, która wprowadziła go do poważnego świata futbolu. W pozostałych dwóch klubach – Sevilli i obecnie Monaco – także emanował bardzo dobrą dyspozycją. W Los Nervionenses mimo, że spędził dwa razy mniej czasu niż w Tuluzie, to zdobył niemalże identyczną ilość bramek i asyst (71 trafień w Toulouse, 70 w Sevilli i po 22 asysty w obu klubach). Podczas pobytu w Monaco również utrzymuje wysoki stosunek udziału przy bramkach, do liczby rozegranych spotkań. Na dzień pisania tego tekstu wystąpił 54 razy w drużynie byłego mistrza Francji, oraz zdobył 30 bramek i zaliczył 14 asyst. Od momentu przybycia do „Les Rouge et Blanc” jest prawdopodobnie najważniejszą postacią całego zespołu.

W skrócie rzecz ujmując – gdziekolwiek i kiedykolwiek grał, zawsze utrzymywał pewien poziom, z którego rzadko schodził. W trakcie 11 sezonów w profesjonalnej piłce w jego wykonaniu (licząc także obecny) rozegrał 366 spotkań, strzelił 171 bramek i zaliczył 58 asyst. Dzieląc przez liczbę kampanii wychodzi średnio 20 bezpośrednich udziałów przy bramkach na sezon. Całkiem niezły wynik jak na zawodnika, który ani razu w swojej karierze nie wzniósł trofeum.

Mając za sobą występy w Lidze Mistrzów, czy Lidze Europy, Wissam ciągle walczy o spełnienie swojego największego marzenia – wyjazd na wielki turniej z reprezentacją Francji. W 2016 podczas selekcji na Mistrzostwa Europy we Francji został pominięty na rzecz Giroud, Griezmanna, Martiala oraz Gignaca, a na Mundial 2018 Didier Deschamps powołał Mbappe, oraz ponownie Griezmanna z Olivierem Giroud. Obecnie jednak jest na dobrej drodze, aby zostać zabranym na przyszłe euro. W 23 rozegranych kolejkach ligowych zdobył 11 bramek, dzięki czemu jest drugim najlepszym francuskim strzelcem w aktualnym sezonie Ligue 1 (Mbappe 16 trafień). Dodatkowym argumentem, być może nawet głównym dla którego miałby zostać powołany jest fakt, że od czerwca 2019 roku ominął zaledwie jedno zgrupowanie z powodu zarażenia COVID-19. Na 15 możliwych meczów wyszedł na boisko w aż 11, więc jak widać, trener mu ufa.

Wydaje się więc, że ostatnim zadaniem jakie musi spełnić Ben Yedder, aby pojechać z reprezentacją Francji na Mistrzostwa Europy i tym samym spełnić swoje marzenie, jest utrzymanie równej dyspozycji do końca rozgrywek. A jak znamy z poprzednich lat – Wissam niemal zawsze jest gwarancją ponadprzeciętnej formy.

MATEUSZ PEREK

Przyjechał do Włoch jako kierowca, a dziś podbija Serie A


Znane są historie piłkarzy, którzy mieli trudne dzieciństwo, którym futbol uratował im życie, ale czy znacie historię Juniora Messiasa, który dopiero w wieku 23 lat otrzymał szansę gry w klubie? Jeśli nie to zapraszam do zapoznania się z piłkarską drogą Brazylijczyka, który przez przypadek został profesjonalnym zawodnikiem.

POCZĄTKI


Junior urodził się w Brazylijskim mieście Belo Horizonte. Dorastał w wiosce Sao Candido. Już jako dziecko traktował futbol jako priorytet i największe marzenie. Spełniło się jego pragnienie, trenował w młodzieżowych grupach Cruzeiro, ale trenerzy nie poznali się na jego talencie. Szybko marzenia zostały porzucone i przestał przyjeżdżać na treningi. Po ukończeniu szkoły miał problem ze znalezieniem pracy. Rękę do niego wyciągnął brat, który kilka lat wcześniej wyjechał do Włoch w pogoni za chlebem, aby w przyszłości otworzyć wymarzoną restaurację. Messias w wieku 20 lat przeniósł się na stałe do Włoch.

WYJAZD I PRACA


Życie na Półwyspie Apenińskim nie było kolorowe na dzień dobry. Wraz z bratem zamieszkał w Barriere di Milano, dzielnicy Turynu, która nie należała do najbezpieczniejszych. Przez cztery lata pracował jako kierowca busa z urządzeniami AGD. Pensja nie była wystarczająca, ledwo wiązał koniec z końcem. W wolnych chwilach grał w turniejach organizowanych przez UISP (włoski sport dla uchodźców) w Turynie. W 2015 roku został zauważony przez trenera Ezio Rossiego, który prowadził w tamtym czasie Casale i był wolontariuszem w jednej drużynie występującej w tych rozgrywkach. Junior przyjął zaproszenie na wspólne treningi i tak podpisał kontrakt z amatorską drużyną. Wystarczyło kilka miesięcy, żeby oczarować wszystkich. Messias wraz z drużyną awansował do Serie D. W 32 spotkaniach zdobył 21 bramek. Został królem strzelców amatorskich rozgrywek i najlepszym piłkarzem. Po zawodnika zgłosiła się drużyna Chieri Calcio, która występowała w Serie D i zaoferowała zawodowy kontrakt Brazylijczykowi. Piłkarz bez zastanowienia przyjął propozycję i porzucił pracę kierowcy za nędzną wypłatę.
„Nie zastanawiałem się długo. Pensja kierowcy nie wystarczała na utrzymanie”

PIERWSZE PIŁKARSKIE KROKI


Z nową drużyną w sezonie 2016/17 zdobył Puchar Serie D, a w lidze do ostatniej kolejki walczył o czołowe miejsce w Grupie A. Latem 2017 roku z Juniorem skontaktowała się drużyna Pro Vercelli, która była gotowa zaoferować kontrakt i grę w Serie B. Plany spełzły na niczym, klub nie mógł zgłosić Messiasa do rozgrywek, ponieważ nie posiadał paszportu wspólnotowego. Przez pół roku pozostawał bez klubu. Trenował przez ten okres z drużyną Gozzano, która zimą zgłosiła Brazylijczyka do rozgrywek Serie D. W sezonie 2017/18 pomógł klubowi uzyskać historyczny awans ligę wyżej. Junior był wyróżniającym się piłkarzem nawet w Serie C. Z drużyną utrzymał się na trzecim szczeblu ligowym w Italii. Dobre występy pozwoliły zwrócić na siebie uwagę lepszych zespołów. W styczniu 2019 roku podpisał kontrakt z Crotone, ale do końca sezonu ubierał koszulkę Gozzano.

CROTONE


W wieku 28 lat Messias zadebiutował w Serie B. Swoją pierwszą bramkę dla Crotone zdobył 29 grudnia 2019 roku przeciwko Trapani. W oczach kibiców pitagorcich zyskał, kiedy strzelił zwycięską bramkę w derbach przeciwko Cosenzie. Sezon 19/20 zakończył z 6 bramkami i 6 asystami, pomagając drużynie uzyskać awans do Serie A, kończąc sezon na 2 miejscu. 20 września 2020 roku zadebiutował w Serie A przeciwko Genoi. 25 października strzelił swoją bramkę w najwyższej klasie rozgrywkowej w Italii w przegranym spotkaniu z Cagliari 4:2. Grudzień był niesamowitym miesiącem dla piłkarza. Zapisał się w historii jako pierwszy piłkarz, który ustrzelił dublet w dwóch kolejnych spotkaniach na wyjeździe przeciwko Spezii (4:2) i u siebie Parmie (2:1). Crotone do ostatnich kolejek będzie drżało o awans, ich gra nie wygląda najlepiej, a pozycji w tabeli prezentuje się jeszcze gorzej. W razie Junior Messias będzie łakomym kąskiem drużyn ze środka tabeli.

STYL GRY


Brazylijczyk jest ofensywnym piłkarzem ze świetnie ułożoną lewą nogą. Uwielbia grać za plecami napastnika, a ostatnio coraz częściej Giovanni Stroppa ustawia go w linii pomocy. Junior obdarzony jest typowo brazylijskim dryblingiem, co czyni go, najczęściej dryblującym piłkarzem w Serie A. Messias należy też do jednych z najszybszych piłkarzy w całej lidze. Potrafi bez zastanowienia huknąć z dystansu i posłać świetną piłkę prostopadłą. Takich piłkarzy ogląda się z czystą przyjemnością.


Junior Messias jest bardzo pobożnym człowiekiem. Po każdej bramce podnosi ręce do nieba, aby podziękować Bogu. Droga, którą przeszedł, żeby wejść do elity, nie była usłana różami. Sam twierdzi, że to jest cud. Jeszcze nie tak dawno był kierowcą busa, który ledwo wiązał koniec z końcem, a dziś jest piłkarzem Serie A, który zyskał grono sympatyków swoim niekonwencjonalnym brazylijskim stylem gry.

KACPER KARPOWICZ

Piękni trzydziestoletni – sekret ofensywy Levante

Od czasu zakończenia kariery przez Davida Villę, reprezentacja Hiszpanii ma spory problem z obsadzeniem pozycji numer 9. Na Euro 2016 pojechali tacy napastnicy jak Aritz Aduriz, czy Nolito. Smak mundialu w Rosji poznali natomiast Lucas Vazquez i Rodrigo Moreno. Do dyspozycji kolejnych selekcjonerów prawie zawsze byli Iago Aspas (jeżeli tylko był zdrowy), czy Gerard Moreno, ale nie są to typowe 9. Warto jeszcze wspomnieć o naturalizowanym Diego Coście, ale ten rozdział jest już raczej zamknięty.

Jeszcze za czasów Villi reprezentację Hiszpanii miał zbawić Bojan Krkić, a nieco później Munir El Haddadi, który najpierw nieco przygasł, a ostatnio zdecydował się nawet na grę dla reprezentacji Maroka. W międzyczasie 36 spotkań dla „La Roja” rozegrał Alvaro Morata, a na horyzoncie pokazał się Ferran Torres. Sytuacja w kadrze Luisa Enrique zaczęła się stabilizować, a do drużyny zaczęli pukać nowi, dość ciekawi zawodnicy. Ich główną wadą jest wiek, ale to przecież tylko liczba.

Roberto Soldado, Alvaro Negredo, Roger Marti i Jose Luis Morales – razem 133 lata i… aż 30 bramek w tym sezonie La Liga. Pierwszy z nich jest najlepszym strzelcem Granady, drugi najlepszym strzelcem oraz asystentem Cadiz, a pozostała dwójka stanowi drugi najlepszy duet ofensywny w lidze. Tylko Joao Felix i Luis Suarez mają lepsze liczby od napastników Levante. Razem przeszli drogę od gry w trzeciej lidze, przez spadek do Segunda Division, aż do wygranej z Realem Madryt, czy awansu do półfinału Copa del Rey. Oto jak formował się jeden z najciekawszych duetów napastników w europejskiej piłce.

JAK DWIE KROPLE WODY

Fabryka bramek – Roger & Morales, tak duet napastników Levante opisali dziennikarze „El Pais”. Nie bez powodu. Dowódca i rewolwerowiec (z kolei tak Martiego i Moralesa nazywają kibice Levante) zdobyli w tym sezonie aż 21 z 44 bramek „Żab” we wszystkich rozgrywkach. W swojej 112-letniej historii klub z Walencji nigdy nie widział bardziej zabójczego duetu.

Ich wspólna droga rozpoczęła się w 2011 roku. Obaj trafili wówczas do rezerw Levante – Marti ze szkółki Valencji, Morales z niewielkiego zespołu CF Fuenlabrada. Przez najbliższe dwa lata nie mogli się przebić do pierwszego zespołu, więc w sezonie 13/14 obaj zdecydowali się na wypożyczenie – Roger trafił do Realu Saragossy, a Morales do Eibaru.

W tym momencie ich drogi rozeszły się pierwszy i ostatni raz. Morales szybko znalazł miejsce w składzie Eibaru i odegrał ważną rolę w awansie zespołu do Primera Division, co dało mu przepustkę do pierwszego składu Levante. Wkrótce otrzymał nawet opaskę kapitańską. Droga drugiego ze snajperów była nieco bardziej skomplikowana. Marti był wypożyczany aż trzykrotnie, a do Levante wrócił dopiero w 2016 roku. Najważniejsze jednak, że w pierwszym zespole zastał przyjaciela sprzed lat. W ciągu pięciu następnych sezonów zostali najlepszymi strzelcami Levante w najwyższej klasie rozgrywkowej.

TRUST THE PROCESS

Pod koniec zeszłego roku kibice Levante nie mieli zbyt wielu powodów do uśmiechu. Ich ukochany klub bił rekordy pod względem jednobramkowych remisów (nazbierał ich aż 5 z rzędu), a nowy sezon rozpoczynał zdobywając zaledwie 3 punkty w 4 spotkaniach. Posada Paco Lopeza wisiała na włosku. Prezydent klubu – Quico Catalan postanowił mu jednak zaufać, co szybko okazało się strzałem w dziesiątkę.

W międzyczasie ten sam Quico Catalan popadł w konflikt z największą gwiazdą zespołu – Jose Luisem Moralesem. Poszło o przedłużenie kontraktu, który miał wygasać w czerwcu 2021 roku. Jak dobrze jednak wiemy, taki konflikt potrafi niesamowicie zmobilizować zawodnika. Robert Lewandowski podczas trwania sporu z Cezarym Kucharskim strzelał bramkę za bramką, co jakiś czas dokładając „doppelpacka”, a nawet hat-tricka. Co więcej, Leo Messi wyraźnie odżył właśnie podczas ostatniej afery kontraktowej, co potwierdzają jego bramki przeciwko Granadzie, czy Betisowi. Podobnie było w przypadku napastnika Levante. Od momentu rozpoczęcia sporu z prezydentem klubu aż do podpisania kontraktu, Morales strzelił 5 bramek i zanotował 3 asysty. Potem było już tylko lepiej.

Zdarza się, że zawodnicy po podpisaniu nowej umowy obniżają loty. W tym przypadku było wręcz przeciwnie. Za starcie z Granadą kapitan „Żab” otrzymał nagrodę „King of the match”. Zdobył dwie bramki, ale jego prawdziwą wartość można było zaobserwować dopiero, gdy opuścił boisko z powodu urazu. Gra Levante posypała się, a Granada zdołała wyrównać. Skończyło zakończyło się wynikiem 2:2 po bramce Roberto Soldado w doliczonym czasie gry.

NAJWAŻNIEJSZY GOL

„Do dzisiaj wspominam swoją pierwszą bramkę w La Liga, ale to bramka z Villarealem jest od teraz najważniejszą w mojej karierze” – Roger Marti

120 minuta spotkania, na Estadio Ciudad de Valencia panuje głucha cisza. Przebijają się tylko pojedyncze głosy trenerów obu drużyn, ustalających już powoli wykonawców rzutów karnych. Kilkanaście sekund później Roger Marti dostaje piłkę w środkowej strefie boiska. Napastnik opanował futbolówkę, po czym zagrał ją w kierunku lewego skrzydła. Czas na ostatnie dośrodkowanie w tym spotkaniu. Do piłki dobiega Jose Luis Morales, po czym zagrywa ją na skraj pola karnego. Tam już czeka Roger Marti, który prostym podbiciem kieruje ją do siatki. Już po chwili ginie w stosie uformowanym przez kolegów z boiska. W ten oto sposób Levante pokonuje Villarreal Unaia Emery’ego, gwarantując sobie miejsce w półfinale Pucharu Hiszpanii.

Była to już siódma sytuacja w tym sezonie, kiedy Morales zagrywał piłkę do Martiego, a ten zamieniał jego podanie na bramkę. Fabryka bramek Roger & Morales działa jak nigdy wcześniej, choć warto wspomnieć, że prawdziwym bohaterem tego spotkania był rezerwowy bramkarz Levante – Daniel Cardenas. 23-latek nie tylko zachował czyste konto, ale również obronił 11 strzałów piłkarzy Villarrealu.

Levante zagrało w półfinale Pucharu Króla tylko dwukrotnie – w 1935 i 1937 roku. Teraz po ponad 80 latach przerwy dostąpi tego zaszczytu po raz trzeci. Czy jeden z najlepszych duetów w lidze zaprowadzi swój zespół do finału Copa del Rey? Przekonamy się już w czwartek około godziny 21.00.

MACIEJ SZEŁĘGA

Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.

Krystian Bielik w czasie ligowego spotkaniu Derby – Bristol City został zniesiony na noszach. W październiku wrócił do gry prawie po rocznej przerwie spowodowanej zerwanym więzadłami w kolanie. Mamy luty, a Polak znów doznaje tej samej kontuzji w tej samej nodze. Rozbrat z piłką będzie trwał 8-10 miesięcy, czyli zbliżające się Euro obejrzy co najwyżej z domowej kanapy.

Czytaj dalej „Krystian, jeszcze nie wszystko stracone! Piłkarze, którzy przeszli potworne kontuzje kolan.” →

Piłkarscy Robin Hoodzi, czyli jak zabierać punkty gigantom

Mówi się, że o sile ligi stanowi środek tabeli. To właśnie dzięki ligowym średniakom (takim jak Wolverhampton, czy Leeds) Premier League stało się najlepszą ligą świata i nic nie wskazuje na to, aby sytuacja ta uległa zmianie. Tym bardziej że znaczenie ligowych rzemieślników w dobie pandemii znacząco wzrosło. Rozgrywki są dużo bardziej nieprzewidywalne, a drużyny ze środka stawki stały się postrachem gigantów.

UNION BERLIN

Jak najprościej scharakteryzować grę drużyny Ursa Fischera? Wystarczy użyć trzech słów – intensywność, intensywność i jeszcze raz intensywność. Taktyka szwajcarskiego szkoleniowca jest prosta, ale i niezwykle skuteczna. Union potrafi dosłownie „zabiegać” rywala, co potwierdzają liczby. Gracze Unionu na boiskach Bundesligi przebiegli do tej pory 2290 kilometrów, co w zaokrągleniu daje zawrotną liczbę 120 kilometrów na mecz.

Na każde kolejne spotkanie wybiegają z pianą na pysku, żerując na najmniejszych błędach przeciwnika. Nie jest to więc gra przyjemna dla oka, ale za to piekielnie skuteczna. Połączenie to sprawia, że każda bramka drużyny z czerwonej części Berlina sprawia ogromną przyjemność. Bramki te padają bowiem głównie po kontrach oraz stałych fragmentach gry (które znakomicie wykonuje Christopher Trimmel). Trudno znaleźć w Bundesidze drużynę lepiej wykorzystującą swój potencjał. W tym sezonie udało im się zdobyć punkty przeciwko takim markom jak Borussia Dortmund, Borussia Mönchengladbach, Bayer Leverkusen, czy Bayern Monachium.

RC LENS

„Moim aktualnym celem jest awans z Lens do europejskich pucharów. Fajnie byłoby zakończyć tutaj karierę” – mówi Gaël Kakuta, jedna z rewelacji tegorocznego sezonu Ligue 1. 29-latek przeżywa w barwach Lens drugą młodość. Jest najlepszym strzelcem oraz asystentem zespołu, który napsuł krwi Marsylii, PSG, Monaco, czy Montpellier. Przez połowę obecnego sezonu uzbierał dokładnie tyle samo bramek co w sezonach 17/18, 18/19 i 19/20 razem wziętych, a przecież mowa o zawodniku wypożyczonym ze spadkowicza. Patrząc na formę Lens w tym sezonie odnoszę wrażenie, że trener Franck Haise ma ogromną łatwość zarówno w tworzeniu nowych gwiazd, jak i renowacji tych starych.

30-letni Florian Sotoca przed przyjściem do Lens rozegrał tylko jeden mecz w Ligue 1. Większość kariery spędził grając w niższych ligach, a gdy już trafił do takiego Montpellier, to był postacią marginalną. Dopiero wspomniany Haise znalazł dla niego odpowiednią rolę. Doświadczonego napastnika ustawił obok kilku utalentowanych dzieciaków. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Już w pierwszej kolejce Lens pokonało osłabione PSG Thomasa Tuchela. Aktualnie zajmuje 7 miejsce w tabeli. Od europejskich pucharów dzielą ich zaledwie dwa punkty.

HELLAS VERONA

Zespół, który jest dla wielkich drużyn równie nieznośny, co wioska Galów dla Rzymian w znanej i lubianej serii filmów. Statystyki wskazują, że ekipa Ivana Juricia jest drużyną, która zdobywa zdecydowanie najwięcej punktów w starciach z ligową czołówką. Wygrane z Napoli, Atalantą, Lazio, czy Romą (po walkowerze) są tego najlepszym przykładem. Dodajmy do tego remisy z Juventusem, czy Milanem, a otrzymamy obraz naprawdę solidnej drużyny, która nie boi się starć z drużynami walczącymi o Scudetto. Powiem więcej, wygląda na to, że Hellas preferuje starcia z czołówką od tych z dołem tabeli. Gialloblu potrafili się przecież potknąć na Torino, Bologni, a nawet Parmie Fabio Liveraniego. Pod tym względem przypominają trochę Arka Milika, który nie raz strzelał bramki z bardzo trudnych pozycji (często spoza pola karnego), jednocześnie nie potrafiąc wykończyć najprostszych sytuacji.

Sekretem Hellasu jest styl gry. Nie bez powodu drużyna Juricia nazywana jest „małą Atalantą”. Ich gra opiera się bowiem na bardzo podobnych aspektach, czyli nieustępliwym pressingu, ciągłej wymianie pozycji i ograniczeniu przestrzeni dla drużyny przeciwnej do minimum. Hellas potrafi być nieznośny, umie wygrywać mecze ze znacznie mniejszym posiadaniem piłki, mając dużo mniej sytuacji bramkowych od przeciwnika. Nie lubią przejmować inicjatywy, co odbija się w meczach ze słabszymi rywalami. W gruncie rzeczy są jednak jedną z najciekawszych drużyn Serie A, której strasznym nie jest ani drugi sezon w lidze (który często weryfikuje zeszłorocznych beniaminków), ani utrata gwiazd takich jak Kumbulla, Rrahmani, czy Amrabat.

CADIZ

Gdy zespół wraca do najwyższej klasy rozgrywkowej po 14 latach przerwy, zazwyczaj nie oczekuje się od niego zbyt wiele. Szczególnie że La Liga jest ligą dość hermetyczną, w której większość beniaminków nie potrafi zagrzać miejsca na dłużej niż dwa, trzy sezony. W Serie A mówi się o złotej granicy 40 punktów, której przekroczenie w większości przypadków zapewnia spokojne utrzymanie. Granica ta każdego roku staje się celem co najmniej kilku drużyn, które chcą zapewnić sobie spokojny ligowy byt. W La Liga ta zasada też ma swoje zastosowanie, choć nie zawsze się sprawdza. Nie zmienia to jednak faktu, że Cadiz jest na dobrej drodze, aby tę granicę przekroczyć i przytulić miano rewelacji rozgrywek.

Po 12 kolejkach byli 5 drużyną ligi hiszpańskiej. Potrafili pokonać Athletic Bilbao, Real, czy Barcelonę. Drużyna o twarzy Alvaro Negredo zaczęła siać postrach w lidze hiszpańskiej, co brzmi jak zdanie wypowiedziane w roku 2010, a nie 2021. Wiek jest tylko liczbą, co doświadczony napastnik potwierdza na każdym kroku, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem i asystentem zespołu z Andaluzji. Najważniejszą postacią tej niepozornej ekipy jest jednak inny Alvaro. Alvaro Cervera, czyli szkoleniowiec, który prowadzi Kadyks już od ponad czterech lat. Urodził się w Santa Isabel – stolicy Gwinei Równikowej, grał między innymi dla Valencii, a kilkadziesiąt lat później wprowadził Cadiz z 3 ligi aż do Primera Division. Styl gry jego drużyny łudząco przypomina grę Atletico Madryt pod wodzą Diego Simeone. Sam Cervera nigdy tego specjalnie nie ukrywał. Na konferencji prasowej powiedział nawet kiedyś, że bardzo lubi oglądać drużynę argentyńskiego szkoleniowca. Cadiz jest drużyną na wskroś defensywną. Ich średnie posiadanie piłki wynosi zaledwie 34%. Ponadto są najgorszą drużyną w lidze pod względem celnych podań na mecz i jedną z najgorszych pod względem średniej celnych strzałów na spotkanie. Żołnieże Cervery kierują się prostą maksymą wypowiedzianą niegdyś przez Jose Mourinho – „niech przeciwnik weźmie piłkę do domu, ja zabieram ze sobą punkty”. Jak widać, do tej pory stanowczo wyszło im to na dobre, o czym świadczą 24 punkty, dające 13 miejsce w lidze.

MACIEJ SZEŁĘGA

PODSUMOWANIE ZIMOWEGO OKIENKA SERIE A

Wczoraj zakończyło się styczniowe okno transferowe na półwyspie Apenińskim. Ponad 170 transakcji za łączną kwotę około 140 milionów euro sprawia, że z pięciu czołowych lig to właśnie we Włoszech doszło do największego ruchu na rynku. Sensacyjnych i opiewających na wielkie kwoty transferów nie było, ale kilka klubów dokonało bardzo ciekawych wzmocnień.

RADJA NAINGGOLAN – CAGLIARI

Przygodę „Ninjy” w Mediolanie zdecydowanie można uznać za nieudaną. Pierwszy sezon w barwach Nerazzurich pod wodzą Spallettiego miał całkiem niezły, jednak wraz z przyjściem Antonio Conte w 2019 roku jego rola w drużynie mocno spadła. W międzyczasie żona zawodnika zachorowała na białaczkę i poleciała do kliniki na Sardynie w celach leczenia. Belg chcąc być bliżej schorowanej kobiety, dogadał z Cagliari wypożyczenie do końca sezonu. Obecnie było podobnie – ze względu na słabą pozycje w klubie i rozegranie zaledwie 45 minut w Serie A, Belg postanowił przejść na pół roku do Rossoblu.

Ogólnie jest to już trzecia przygoda Radjy w Cagliari. Pierwsza miała miejsce w latach 2009 – 2014, kiedy to debiutował w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech. Na Sardynii pokazywał się na tyle z dobrej strony, że sięgnęła po niego AS Roma, w której rozgrywał swoje najlepsze lata w karierze. W 2018 roku Inter zdecydował się na wymianę Zaniolo – Nainggolan, co z perspektywy czasu można uznać za sporą wpadkę Nerazzurich.

Powrót do barw Rossoblu był aktualnie najlepszym z możliwych wyborów Belga. Na Sardynii czuję się wyśmienicie, a drużyna z nim w składzie wygląda zdecydowanie lepiej. Do transakcji blisko było już w lecie, ale ostatecznie doszło do niej w zimę. Włodarze oraz kibice Cagliari mogą czuć lekki rozgoryczenie, że nie udało się ściągnąć piłkarza przed sezonem, ponieważ obecnie przychodzi jedynie z misją wyciągnięcia zespołu z kryzysu. Mimo to nikt na przybycie Ninjy narzekać nie będzie.

STEPHAN EL SHAARAWY – AS ROMA

Osobiście jeden z moich faworytów do tytułu „Transfer okienka”. Włoch Egipskiego pochodzenia po wyjeździe w sprawach finansowych do Chin, wraca do Rzymu, aby ponownie ubrać barwy Giallorossich. Na początku swojej przygody w Milanie był uznawany za jeden z największych talentów na świecie, lecz w jak wielu przypadkach, jego kariera nie potoczyła się tak, jak mu wróżono. W Romie w pewnym stopniu odbudował się, zostając jednym z lepszych skrzydłowych ligi. Na to samo liczą dzisiaj, bo jakby nie patrzeć ma dopiero 28 lat.

Sięgnięcie po Stephana przez Rome jest jasnym sygnałem, że zamierzają mocno walczyć o miejsce w czołowej czwórce ligi. Jest to ich jedyne wzmocnienie w tym okienku, lecz bardzo solidne. Były już piłkarz SH Shenhua co sezon był gwarancją ponadprzeciętnych liczb i nieuniknione, że do końca rozgrywek również kilka razy dopisze swoje nazwisko przy trafieniach. Jednak przede wszystkim ma za zadanie wprowadzić sporo świeżości oraz wznieść na jeszcze wyższy poziom ofensywę Romy, która w niektórych spotkaniach niespodziewanie zawodzi.

O podobnej dyspozycji co niegdyś, bo mimo wszystko od 2 lat nie grał na wysokim poziomie, jednak pewne jest, że w Rzymie poczynili bardzo przemyślany ruch. Nie zapłacili kompletnie nic, a zyskali solidnego skrzydłowego znanego już wszystkim kibicom.

MEITE, TOMORI I MANDZUKIĆ – AC MILAN

Rossoneri ze wszystkich drużyn przeprowadzili najwięcej głośnych transferów, jednak żaden nie jest „do pierwszego składu”. Cała trójka piłkarzy została ściągnięta bardziej w celu uzupełnieniem kadry w kontekście reszty sezonu. W zasadzie jedynie Mandzukić podpisał kontrakt, na mocy którego został pełnoprawnym piłkarzem aktualnego lidera Serie A, ale jest to prawdopodobnie jedynie opcja do czasu znalezienia nowego napastnika. Pozostała dwójka jak na razie jest jedynie wypożyczona, lecz nieuniknione, że po dobrych występach zostaną ściągnięci na stałe.

Wszystkie transfery można uznać za bardzo przemyślane. Meite w bardzo słabym Torino dość mocno się wyróżniał i wydaje się, że jest solidnym uzupełnieniem środka pola. Tomori uchodzi za jednego z lepszych środkowych obrońców młodego pokolenia, więc nawet w Mediolanie może się wyróżniać. Ogólnie rzecz biorąc, choć obaj są jak na razie tylko na wypożyczeniu, to w wypadku niezłej formy są bardzo istotnymi transferami w kwestii przyszłość. Ponieważ jak podają niektóre źródła – Milan ma opcje definitywnego zakupu.

Mandzukić, który ma za sobą 4-letnią przygodę w barwach Juventusu został sprowadzony jako zmiennik dla Zlatana Ibrahimovicia. Fenomenalny Szwed, który przeżywa aktualnie drugą młodość, mimo wszystko nie jest w stanie co mecz wytrzymywać pełnych 90 minut i naturalnie potrzebuje kogoś do rotacji. Chorwat profilem jest dość zbliżonym piłkarzem do Ibry, więc Pioli po przeprowadzeniu zmiany nie będzie musiał jakoś znacząco zmieniać założeń taktycznych. Szczerze współczuję obrońcom, którzy w jednym meczu będą musieli grać najpierw na Zlatana, a potem na Mario.

JOAKIM MAEHLE I PAPU GOMEZ ORAZ AMAD DIALLO – ATALANTA

Po nieudanej przygodzie Johana Mojicy w Bergamo, Gasperini postanowił ściągnąć kolejnego zawodnika na wahadło. Tym razem padło na 23-letniego Joakima Maehle z belgijskiego Genku. W byłym klubie często grywał na pozycji lewego wahadłowego, więc w systemie La Dei powinien się odnaleźć. Dodatkowo bardzo dobrze spisuje się jako boczny obrońca po obu stronach, dzięki czemu Gian Piero będzie mógł wykorzystywać go w różnych wariantach. Oczekiwania wobec piłkarza są dość spore, ponieważ Atalanta zapłaciła za niego około 11 milinów euro, co jak na drużynę z Bergamo jest sporą kwotą.

O rewelacji zeszłego sezonu Serie A w tym okienku było jednak głośno z innego powodu. Klub ze względu na konflikt z trenerem opuścił jeden z lepszych piłkarzy w historii drużyny. Argentyńczyk Alejandro Gomez przeniósł się za zaledwie 5,5 miliona do hiszpańskiej Sevilli. Zespół z Lombardii na pewno mocno odczuję odejście takiego piłkarza, ponieważ był on centralną postacią projektu, ale już nie raz pokazali, że potrafią sobie poradzić również bez niego. Mimo to odejście Papu jest bez wątpienia największą stratą w tym okienku ligi Włoskiej.

Jednak jak na Gomezie zarobili zdecydowanie mniej, niż jest on wart, to no Amadzie Diallo zbili całkiem niezły interes. La Dea jest znana ze skutecznego prowadzenia negocjacji i nie inaczej było w tym wypadku. Iworyjczyk rozegrał zaledwie 5 spotkań w seniorskiej piłce (4 w lidze, 1 w Lidze Mistrzów), a mimo to Manchester United zapłacił za napastnika aż 21 milinów euro. Według wielu osób jest on wart tej ceny, ale w tym momencie trzeba sobie przyznać, że Atalanta zarobiła świetne pieniądze, jak na 18-letniego zawodnika.

NICOLO ROVELLA I KEVIN STROOTMAN – JUVENTUS ORAZ GENOA

Bianconeri przeprowadzili w tym okienku zaledwie jeden transfer, ale bardzo solidny. Wychowanek Genoi uchodzi za jednego z najlepszych nastolatków na półwyspie Apenińskim i starało się o niego o wiele więcej drużyn niż tylko Stara Dama. Dotychczas rozegrał zaledwie 11 spotkań w Serie A, ale udowodnił w nich swoją wartość. Ostatecznie to właśnie Juventusowi udało się wygrać wyścig, oferując Rossoblu w zamian Elie Petrelliego i Manolo Portanove. Dodatkowo na umowie znalazł się zapis, który wypożycza Rovelle do końca sezonu z powrotem do drużyny z Ligurii.

Interes był bardzo na rękę Genoi, gdyż 9-krotny mistrz Włoch jest obecnie w obliczu walki o utrzymanie. Nie były to jednak jedyne wzmocnienie Rossblu w zimowym mercato, ponieważ przede wszystkim wypożyczyli Kevin Strootmana z Olympique Marsyllia. Holender jest dobrze znany kibicom pamiętających go z czasów gry w AS Romie, w której nie licząc częstych kontuzji – miewał całkiem niezłe momenty. Na to samo mają nadzieje dzisiaj tifosi Genoi, bo jak taki piłkarz przychodzi do takiego klubu, to wszyscy mają nadzieje, że z miejsca stanie się centralną postacią drużyny.

POZOSTAŁE TRANSFERY

Oprócz wyżej wymienionych transakcji doszło rzecz jasna także do innych ciekawych wzmocnień. Alfred Duncan po kiepskiej przygodzie w Fiorentinie został wypożyczony do Cagliari, w celu odbudowania solidnej formy z czasów Sassuolo. Na Sardynie do końca sezonu przybył także Daniele Rugani z Juventusu, który nie poradził sobie w Rennes. Natomiast do drużyny z Florencji przyszedł 48-krotny reprezentant Rosji ze Spartaku Moskwa, Aleksandr Kokorin, który ma naprawić skuteczność ekipy Prandelliego. W celach defensywnych były szkoleniowiec reprezentacji Azzurich sięgnął po Kevin Malcuit z Napoli. Hellas Verona zasilił w formie wypożyczenia Stefano Sturaro oraz Kevin Lasagna z Udinese, na którego miejsce do Udine przybył Fernando Llorente. Do zespołu Bianconerich na stałe przeszedł także Gerard Deulofeu. Benevento wzmocniło się, wypożyczając Gaicha z CSKA Moskwa, oraz Depaoliego z Sampdorii. Skoro jesteśmy przy beniaminku, to warto wspomnieć o Crotone, które w celu walki o utrzymanie dogadało wypożyczenie Di Carminego z Hellasu i Adama Ounasa z Napoli.

Bologna ściągnęła po czterech zawodników, z czego jednego Polaka. Oprócz Adama Soumaoro, Paolo Farago i Valentina Antonov z CSKA Sofia, do klubu z regionu Emillia-Romania przybył 16-letni Kacper Urbański, który jest wychowankiem Lechii Gdańsk. Jeśli mowa o talentach, to trzeba wspomnieć o Dennisie Manie, który będąc rewelacją ligi, rumuńskiej przeszedł do Parmy za 13 milionów euro. Dodatkowo Gialloblu zasilił na zasadzie wypożyczenia Mattia Bani z Genoi oraz Zirkzee z Bayernu Monachium. Lazio mimo dość wąskiej kadry sięgnął jedynie po Matteo Mussacchcio z Milanu, a drugi Rzymski klub – Roma, wraz z El Shaarawym powitała Bryana Reynoldsa z FC Dallas. Do Torino trafił znany z zeszłego sezonu w barwach Genoi Antonio Sanabria, który ma być partnerem w ataku Andrei Belottiego, jak i do końca przyszłego sezonu Rolando Mandragora z Juve. Wracając na sam koniec do Ligurii – Spezia wypożyczyła Riccardo Saponare z Fiorentiny, a Sampdoria Ernesto Torregrosse z Bresci.

Tak jak uprzedzałem na początku, wielkich transferów nie było, jednak nie można stwierdzić, że w minionym okienku zbyt wiele się nie działo. Sporo drużyn poczyniło ciekawe transfery, które będą istotne w kontekście reszty sezonu.

MATEUSZ PEREK

Panie Sousa…zacznijmy grać w piłkę.

Jesteśmy kilka dni po pierwszej konferencji naszego nowego selekcjonera, Paulo Sousy. Szczerze mówiąc, wiele się z niej nie dowiedzieliśmy. No chyba, że ktoś wcześniej nie zdawał sobie sprawy z tego, że Portugalczyk to osoba kulturalna, inteligentna i wiedząca kim był Jan Paweł II. Zawsze coś. Niemniej, nie było to spotkanie w stylu – weganie nerwowo wiercą się na krzesłach. Piłkarskiego mięsa było tutaj niewiele. Jeśli chodzi o taktyczną wylewność, to naszemu nowemu przywódcy póki co do Bielsy daleko. Bliżej do Nawałki. Ale to być może zmieni się z czasem.

To co jednak wiedzieliśmy już przed konferencją to fakt, że Sousa  był dobrym piłkarzem i że jego trenerska historia to póki co raczej Rysy niż K2. Wszystko jednak przed nim. To co jednak będzie dla mnie w dalszej części najbardziej istotne, to fakt, że Portugalczyk jest kimś, kto chce „grać piłką”, a jego ulubiona koncepcja, to taka, w której wykorzystujemy trzech środkowych obrońców i wyłącznie kreatywnych pomocników.

I chwała mu za to! Szczególnie jeśli chodzi o pierwszą część. Jako wieloletni kibic Reprezentacji mam serdecznie dość słuchania tego, że gra defensywna to nasze DNA, że musimy skupić się na kontrze i stałych fragmentach, a szybkie (i w zasadzie tylko szybkie) skrzydła to coś, co ma prowadzić nas do kolejnych zwycięstw. Takie rzeczy można było nam wmawiać, gdy w drugiej linii mieliśmy Świerczewskiego i Brzęczka, a przed nimi Trzeciaka. Wtedy gdy nasi środkowi obrońcy w postaci Hajty, czy Jopa faktycznie byli w stanie zaoferować nam głównie piłkarską rąbankę, i gdy ekscytowaliśmy się golami Niedzielana dla NEC Nijmegen. Bo to był nasz szczyt. I tu nie chodzi o brak szacunku, czy deprecjonowanie powyższych Reprezentantów. Chodzi o to, że my – w sensie piłkarskim – już dawno wyszliśmy z drewnianych chat, o których mówił Beenhakker. Tylko chyba niechcący nam to umknęło…

UDANE DRYBLINGI,SERIE A 
KLUCZOWE PODANIA LEEDS

Nasze obecne pokolenie to zdecydowanie najlepszy sort piłkarzy jakim dysponowaliśmy w XXI. Dlaczego mamy wciąż słuchać, że jedyne co mogą zaoferować nam nasi zawodnicy to przeszkadzanie rywalom? I to w momencie, w którym Klich gra klepką przed oczami Van Dijka, ładując w międzyczasie bramę Alissonowi, wtedy kiedy Zieliński pyka sobie piłką w polu karnym rywala, po czym zdobywa gola w stylu Bergkampa, czy w momencie, w którym Bednarek, gra od deski do deski na poziomie Premier League, świetnie czując się w nowoczesnym systemie Hasenhuttla.

A Bielik, który pewnie za chwilę wyfrunie z Derby, bo pod względem rozegrania przerasta resztę klubowych pomocników? A czekający na weryfikację w dużej piłce, ale już teraz zaawansowani technicznie Moder i Karbownik? Mało? No to jest jeszcze Walukiewicz, Dawidowicz, Szymański, Jóźwiak czy choćby pominięci do tej pory Milik i Lewandowski. To wszystko zawodnicy, którzy są dobrzy, lub bardzo dobrzy z futbolówką przy nodze i którzy w większości stanowią o sile swoich klubów.

CELNE PODANIA DERBY
 CELNE PODANIA SOUTHAMPTON

Tak więc Panie Sousa, zacznijmy grać piłką. Niech Pan nie słucha Bońka i tych wszystkich ekspertów, którzy powiedzą Panu, że polski futbol skrzydłami stoi, że kontratak i wrzutka, i że tylko i wyłącznie 4-4-2. To już było. My chcemy czegoś więcej. 

Ba! Mamy pełne prawo sądzić, że to wypali!

Weź Pan więc chłopaków, wypróbuj z nimi swoje ulubione 1-3-4-2-1 i przede wszystkim pozwól im i nam uwierzyć, że to nie jest coś, czego nie są w stanie pojąć. 

Zresztą, skąd w ogóle ten pomysł? 

Glik spędził pół kariery grając trójką z tyłu, Bednarek zna ten system z Southampton, Walukiewicz z Cagliari, a nasi boczni obrońcy jak Rybus, Bereszyński, Karbownik, czy Kędziora, na pewno znajdą parę by zasuwać przez 90 minut. Albo i dłużej. 

A Bielik, Zieliński, Klich, Milik i Lewandowski? Przecież to czysta piłkarska inteligencja! My naprawdę mamy w kim wybierać, i mamy w czym rzeźbić.

Potrzebny nam tylko ktoś, kto to wszystko ogarnie. Kto otworzy pewne furtki. I Panie Sousa, obyś był to Pan. 

*źródło statystyk: Sofascore

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem

Moim gościem był Mark Higgins. Kibic, który od 45 lat kibicuje Kanonierom, a na pierwszym swoim meczu był w 1979 roku, gdy Arsenal grał przeciwko Stoke na Highbury. Na mecze domowe oraz wyjazdowe uczęszcza regularnie od 1983 roku. Głównym tematem naszej rozmowy był pamiętny finał Pucharu UEFA z 2000 roku, gdy Arsenal mierzył się z Galatasaray. Zapraszam!

Czytaj dalej „Rozmowa z wieloletnim fanem Arsenalu Markiem Higginsem” →

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑