Premier League. Podsumowanie rundy.

Połowa sezonu Premier League za nami! Oczywiście, wszelakie komplikacje związane z coronavirusem sprawiły, że część zespołów z ligi ma rozegranych już aż 20 spotkań, inne zaledwie 17 (sytuacja na dzień 26.01). Nie zmienia to faktu, że końcówka stycznia wydaje się odpowiednim terminem na to, by pomówić o tym co na ten moment już wiemy. Tak więc bez zbędnego przedłużania, zapraszam na podsumowanie Premier League, na półmetku sezonu 20/21. Oto XI rundy.

BRAMKARZ: EMILIANO MARTINEZ (ASTON VILLA)

Wygląda na to, że włodarze z Villa Park zrobili interes życia. 17,5 mln euro wydane na argentyńskiego bramkarza to w zasadzie drobne, jeśli wziąć pod uwagę, to co były zawodnik Arsenalu wyczynia w bramce. Jego postawa przyczyniła się do zachowania aż 9 czystych kont (2 wynik w lidze) i pozwoliła Aston Villi na zajęcie bezpiecznego 9 miejsca w tabeli, w połowie ligowego sezonu. A przecież w poprzednim nad zespołem z Birmingham unosiło się widmo spadku.

LEWY OBROŃCA: ANDREW ROBERTSON (LIVERPOOL FC)

To już nie ten sam Liverpool co kampanię temu. Zespół The Reds zmaga się w ostatnich tygodniach z wielkimi problemami. Ale to właśnie Szkot jest jedynym z nielicznych, którzy nie obniżyli lotów w stosunku do poprzednich rozgrywek. Popularny „Robbo” wciąż gra swoje. Żelazne płuca, nieustępliwość w defensywie i ciąg na bramkę, to coś co nadal możemy obserwować u defensora z Liverpoolu, który na ten moment ma na koncie 1 bramkę i 5 asyst.

ŚRODKOWY OBROŃCA: RUBEN DIAS (MANCHESTER CITY)

Guardiola miesiącami szukał kogoś kto w końcu zastąpi lidera defensywy, jakim był Vincent Kompany. I chyba w końcu się udało. Portugalczyk wszedł do Premier League razem z drzwiami, z miejsca stając się najlepszym środkowym defensorem w lidze. Siła, agresywność, gra w powietrzu, a także odpowiednie zachowanie z piłką przy nodze, to coś co wzniosło całą defensywę „The Citizens” na zupełnie inny poziom i pozwoliło jej na zachowanie 10 czystych kont, w momencie, w którym były piłkarz Benfici przebywał na boisku. Zresztą, zespół Guardioli stracił w tym sezonie zaledwie 13 goli w 19 spotkaniach, do czego w dużej mierze przyczynił się właśnie Dias.

ŚRODKOWY OBROŃCA: WESLEY FOFANA (LEICESTER CITY)

Odejście Chilwella oraz kontuzja Soyuncu miały zachwiać defensywą Leicester. Nic z tych rzeczy. I wielka w tym zasługa francuskiego obrońcy, który trafił na King Power Stadium przed obecnym sezonem. 20- latek to najbardziej wyrazista postać w bloku obronnym „Lisów”. Szybki, zdecydowany, dobrze operujący piłką. Jego gra przyczyniła się to zachowania 5 czystych kont (w momencie jego przebywania na boisku) i straty stosunkowo niewielkiej liczby 21 goli w 19 spotkaniach, przez zespół Rodgersa. Doskonały transfer włodarzy z Leicester.

PRAWY OBROŃCA: JOAO CANCELO (MANCHESTER CITY)

Portugalczyk trafiał na Etihad z etykietą jednego z najlepszych bocznych obrońców na świecie. Jego początki w Manchesterze były jednak trudne. W poprzedniej kampanii nie grał niemal wcale, a jego proces adaptacji trwał bardzo długo. Cierpliwość popłaciła. Dziś jest to zdecydowanie najlepszy prawy defensor w lidze (choć grywał również z lewej strony) i ktoś kto – zgodnie z ideą nowoczesnego futbolu – daje ofensywie City nową jakość, nie zaniedbując przy tym gry obronnej. Cancelo jest dosłownie wszędzie, a jego odwaga i otwarta gra owocuje współczynnikiem kluczowych podań na poziomie 2.1 takiego zagrania na mecz, co jest najlepszym wynikiem w lidze, jeśli brać pod uwagę obrońców.

DEFENSYWNY POMOCNIK: PIERRE-EMILE HOJBJERG (TOTTENHAM HOTSPUR)

Brakujące ogniwo w układance Mourinho. Kiedy Duńczyk trafiał na Tottenham Hotspur Stadium, kojarzyliśmy go co prawda z solidną grą, ale też raczej nie obiecywaliśmy sobie po nim aż tak wiele. Ot, ciekawe uzupełnienie. Nic bardziej mylnego. Były piłkarz Southampton to absolutnie kluczowy zawodnik w swoim nowym zespole. Niezłomna praca w defensywie (2.8 odbioru na mecz) i wysoka skuteczność podań na poziomie 88%, pomaga uporządkować grę całej drużyny, a ofensywni piłkarze mogą czuć się przy nim komfortowo i swobodnie. Taki ktoś to absolutna konieczność w drużynie prowadzonej przez The Special One’a.

ŚRODKOWY POMOCNIK: KEVIN DE BRUYNE (MANCHESTER CITY)

Najlepszy piłkarz poprzedniej kampanii Premier League nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Owszem, w ostatnich tygodniach ma on problem ze skutecznością, czym doprowadza do szału ufających mu graczy FPL, ale to wciąż ktoś kto jest w stanie strzelić 3 gole i zaliczyć 10 asyst na przestrzeni 19 spotkań. Jeśli do tego dołożyć kluczowe podania na poziomie 3.2 takiego zagrania na mecz, to wiemy, że w ofensywie The Citizens nic nie może odbyć się bez wiedzy i ingerencji Belga. 

ŚRODKOWY POMOCNIK: BRUNO FERNANDES (MANCHESTER UNITED) 

Kibice „Czerwonych Diabłów” zarzekają się, że nie samym Portugalczykiem Manchester stoi, ale umówmy się, mówimy o piłkarzu, który z miejsca podniósł poziom całego zespołu już w poprzednim sezonie, a teraz kontynuuje swą misję. Bruno Fernandes to 11 goli i 7 asyst w 19 meczach, a także liczba 2.9 kluczowego podania na mecz. Pomocnik z Old Trafford to zawodnik, który jako pierwszy w historii PL został czterokrotnie wybrany piłkarzem miesiąca, w trakcie jednego roku. Ostatnie takie wyróżnienie otrzymał za grudzień. Fenomen, zdecydowanie najlepszy piłkarz i najważniejsze ogniowo obecnego lidera Premier League.

SKRZYDŁOWY: HEUNG-MIN SON (TOTTENHAM HOTSPUR)

Koreańczyk to wicelider tabeli strzelców. Jego 12 goli to imponujący dorobek. Szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że piłkarz ten nie zawdzięcza żadnej z tych bramek uderzeniu z rzutu karnego. Wśród całej czołówki najlepszych obecnie snajperów Premier League jest to absolutny unikat. Jeśli dołożyć do tego 6 asyst zaliczonych przez Sona, to jawi nam się obraz zdecydowanie najlepszego skrzydłowego w Premier League. Jego współpraca z Kanem – do której zaraz przejdziemy – zachwyca nas od samego początku rozgrywek i zdecydowanie nie jest czymś, obok czego przechodzimy obojętnie.

ŚRODKOWY NAPASTNIK: PIŁKARZ RUNDY: HARRY KANE (TOTTENHAM HOTSPUR) 

Tak samo tyczy się progresu jaki pod wodzą Mourinho zalicza jego klubowy kolega. Anglik to dziś nie tyle środkowy napastnik, co rozgrywający zespołu Spurs. Oczywiście, kapitan drużyny z Londynu wciąż strzela jak na zawołanie (12 goli), ale też dorzuca do tego worek asyst. Łącznie ma ich już 11. On i Son to symbioza, której na boiskach Premier League nie widzieliśmy od 25 lat. Anglik i Koreańczyk pomogli sobie w zdobywaniu bramek już 13 razy, stając się tym samym najlepiej współpracującym duetem od czasów Shearera i Suttona. I pomyśleć, że zanim Kane na dobre trafił pod skrzydła Mourinho, Paul Merson radził mu uciekać z klubu, gdyż miał on nie pasować do stylu preferowanego przez Portugalczyka. Skończyło się to tak, że Kane jest na ten moment liderem Klasyfikacji Kanadyjskiej Premier League i znajduje się w życiowej formie. Ah, ci eksperci…

SKRZYDŁOWY: JACK GREALISH (ASTON VILLA)

Obok Bruno Fernandesa najbardziej wpływowy piłkarz Premier League. Anglik dominuje ofensywną statystykę kluczowych podań (3.6). Do tego dorzuca „duże liczby” na poziomie 5 bramek i 8 asyst. Prawdziwy lider i reżyser gry zespołu z Birmingham, bez którego ciężko wyobrazić sobie ofensywę zespołu z Villa Park. W „jedenastce rudny” z konieczności na skrzydle. Kibice „The Villans” powinni się modlić, by ich kapitan nie dał się skusić, któremuś z silniejszych klubów. A będąc w takiej dyspozycji mógłby grać w dosłownie każdym. Nie ważne czy to Anglia, Włochy, czy jeszcze inna Hiszpania.

ŁAWKA:

Alisson (Liverpool FC): dobry i solidny sezon, ale póki co czegoś tu jeszcze brakuje, podobnie jak całemu zespołowi The Reds 

Eric Dier (Tottenham Hotspur): kolejny beneficjent przybycia Mourinho na Tottenham Stadium, zdecydowany i niemal bezbłędny 

James Justin (Leicester City): próba wejścia w buty Chilwella w 100% udana, przed młodym piłkarzem „Lisów” duża przyszłość 

Ilkay Gundogan (Manchester City): o jego obecności na ławce zadecydowały kwestie taktyczne, po prostu chciałem mieć w składzie typowego defensywnego pomocnika, a do Bruno i Kevina jednak ciężko podskoczyć, nie zmienia to faktu, że 7 goli i piłkarska jakość Niemca robią ogromne wrażenie 

Mohamed Salah (Liverpool FC): obok Robertsona i Alissona najrówniejszy piłkarz The Reds, 13 goli wzbudza szacunek , ale już fakt, że aż 5 z nich padło z rzutów karnych nieco studzi emocje, rywalizację przegrał z Grealishem, ale od pierwszego składu był o krok

Jamie Vardy (Leicester City): Anglik robi to co potrafi najlepiej – strzela gole (łącznie 11), ale też asystuje (łącznie 5) i walczy za zespół, póki co pomogło to „Lisom” w zajęciu miejsca na podium 

TRENER RUNDY: BRENDAN RODGERS (LEICESTER CITY)

Poprzednia kampania w wykonaniu „Lisów” to bardzo solidny czas. Oczywiście, brak awansu do Ligi Mistrzów, który w pewnym momencie wydawał się całkiem realnym, oznacza pewien niedosyt. Mimo wszystko 5 miejsce budzi uznanie. Obecny sezon miał być trudniejszy. Takim piłkarzom jak Vardy czy Schmeichel lecą latka, z klubu odszedł Chilwell, a Soyuncu złapał kontuzję. Co z tego? Rodgers zna się na robocie jak mało kto. W miejscu nieobecnych pojawiła się świeża krew, a starsi wciąż są w gazie. Leicester to dziś zespół stabilny, odpowiednio zbalansowany i taki, który nie boi się rywalizacji z najsilniejszym, o czym świadczą choćby zwycięstwa z Manchesterem City, Tottenhamem, czy remis z Manchesterem United. Owocem świetnej pracy byłego menadżera Celticu, jest trzecie miejsce Leicester na półmetku sezonu. Może tym razem uda się na stałe zagościć w top4?

ROZCZAROWANIE RUNDY: LAMPARD I CHELSEA

Apetyty były spore. Poprzednia kampania The Blues miała stanowić okresem przejściowy, przez który mogłoby się wydawać, przebrnięto całkiem sprawnie. Lampard wraz ze swoim zespołem zakwalifikował się do Ligi Mistrzów i generalnie zostawił po sobie dobre wrażenie. Transferowy ban okazał się nie taki straszny, jakim go malowano. Teraz miało być już tylko lepiej. Niestety obecne rozgrywki to pasmo rozczarowań. Wielomilionowe transfery takich piłkarzy jak Werner, Ziyech, czy Havertz, póki co nie wyszły nikomu na dobre. Chelsea gra źle, zajmuje niską pozycję w tabeli, a co gorsza w ich poczynaniach nie widać poprawy. Efekt? Zwolnienie klubowej legendy i sięgniecie po Tuchela. A miało być tak pięknie.

ZASKOCZENIE RUNDY: WEST HAM UNITED

Zespół Davida Moyesa na 4 miejscu Premier League! I nie, wcale nie cofnęliśmy się w czasie do okresu jego pracy w Evertonie. Młoty pod wodzą doświadczonego szkoleniowca zdejmują kolejne skalpy i po cichu pną się w górę w ligowej tabeli. Oczywiście, tylko szaleniec byłby gotów postawić pieniądze na to, że zespół z Londynu zakwalifikuje się do pucharów. Ale na półmetku wygląda to bardzo dobrze i stąd gratulacje dla Fabiana, jego czeskich kolegów i pozostałych piłkarzy West Hamu.

Tym optymistycznym akcentem kończyny podsumowanie pierwszej rundy angielskiej Premier League. Obecny sezon to rozgrywki zdecydowanie bardziej wyrównane niż kampania 19/20. 

Dziś możemy się zastanawiać, czy Manchester utrzyma fotel lidera? Czy Son z Kanem nadal będą trapić obrońców? Czy ktoś wyprzedzi Salaha? Wiele pytań, mało odpowiedzi. Tutaj może wydarzyć się absolutnie wszystko. Do zobaczenia po ostatnim gwizdku.

*źródło statystyk Sofascore (na dzień 26.01.2021)

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rok Bruno Fernandesa na Old Trafford

Dokładnie rok temu Manchester United za pośrednictwem swojej strony internetowej poinformował cały świat o pozyskaniu rewelacji ligi Portugalskiej ze Sportingu. Spekulacji oraz oczekiwań wobec nowego nabytku było sporo, jednak z perspektywy czasu wiemy, że sprowadzenie Bruno do Anglii było strzałem Ole Gunnara w dziesiątkę. Piłkarz od tamtego momentu rozwinął się na niesamowity poziom, co przełożyło się także na funkcjonowanie drużyny. Po roku spędzonym na Old Trafford przez Fernandesa można jasno stwierdzić, że był to jeden z najlepszych transferów ostatnich lat w Premier League.

TRANSFER I OCZEKIWANIA


Ole Gunnar Solskjaer według doniesień, sprawę sprowadzenia Bruno Fernandesa dyskutował z zarządem już przed sezonem 2019/20. Wówczas do transakcji jednak nie doszło, ponieważ być może właściciele nie darzyli jeszcze zbyt wielkim zaufaniem Norweskiego szkoleniowca, a już wtedy byłby to spory wydatek. Jednak w zimowym okienku ubiegłego sezonu, kiedy Portugalczyk rozegrał kolejne fenomenalne pół roku w barwach Sportingu (8 bramek i 7 asyst w samej lidze), zarząd zezwolił na negocjacje z zawodnikiem. Ostatecznie 29 stycznia 2020 roku Manchester United poinformował o sprowadzeniu Bruno za około 60 milionów euro.


Kwota jak na zawodnika spoza czołowej piątki lig robi ogromne wrażenie i równie spore były oczekiwania wobec nowego piłkarza. Za sobą miał 137 występów w barwach Sportingu, w których strzelił 63 bramki i zaliczył 52 asysty. Wynik absolutnie fenomenalny. Przychodząc do Premier League, nikt raczej nie oczekiwał od niego podobnych rezultatów, bo wiadomo – wyższy poziom. Jednak każdy sądził, że płacąc taką kwotę za piłkarza, ten w dość szybkim tempie wpasuje się w drużynę i będzie pokazywał się z najlepszej strony. Spore nadzieje wobec nowego nabytku miał także, a być może nawet i przede wszystkim Solskjaer. Szkoleniowiec Czerwonych Diabłów naciskając na zarząd w kontekście tego transferu, musiał oczekiwać od piłkarza, że ten go nie zawiedzie i udowodni wszystkim swoją wartość. Jakby nie patrzeć, był to także brakujący element układanki w całej drużynie United. Wszystkie pozycje były na swój sposób już obsadzone, ale brakowało solidnego playmakera, który będzie gwarancją sporych liczb. Stawiając więc na konkretnego zawodnika do tej roli, ten musi się liczyć, że wszystkie oczy w najbliższym czasie będą zwrócone właśnie na niego, a nagła zmiana formy zespołu będzie zapewne efektem jego przyjścia.

Dzisiaj jednak już wiemy, że Portugalczyk nie tylko spełnił wszystkie oczekiwane punkty na liście, ale też dopisał własne, jeszcze bardziej wygórowane, które także wypełnił. Z perspektywy czasu nikt nie może się przyczepić do tego transferu, a co najwyżej pogratulować wszystkim osobom za niego odpowiedzialnym, że doszedł on do finalizacji.

ŻYCIOWA FORMA


W trakcie dwu i półrocznego pobytu w Sportingu Fernandes rozgrywał fenomenalne zawody, będąc prawdopodobnie najlepszym piłkarzem portugalskiej Ekstraklasy. W sezonie 2018/19 w samych rozgrywkach ligowych zdobył 20 bramek i 13 asyst, co nawet w Primeira Liga robi ogromne wrażenie. Wizja przebicia dyspozycji z rodzimego kraju piłkarza była w głowach kibiców raczej dość odległa. Na pewno nie przypadała na sam początek przygody w nowym klubie, tylko bardziej w kontekście kilku przyszłych lat. Sam piłkarz miał jednak inne plany. Bruno jest trochę zaprzeczeniem definicji i stereotypów dotyczących zawodnika grającego na pozycji „10”. Według wielu stwierdzeń rozgrywający jest typem piłkarza z definicji mało zaangażowanym w defensywę. Ma on za zadanie głównie wykreować sytuacje po otrzymanej piłce, a samemu nie za wiele o nią walczy. Fernandes, mimo że występuję na pozycji dziesiątki, to takim typem zawodnika nie jest. Włącza się do odbioru niemal zawsze, gdy jest do tego okazja. Statystyka „przechwyty na mecz” wynosi u niego średnio 0.8, a dla przykładu u Jamesa Maddisona – zaledwie 0.3.


U Bruno wielki talent idzie więc równomiernie w parze z ogromną pracowitością i wolą walki na boisku. Głównie właśnie dzięki temu bez większych problemów, a wręcz z futryną wszedł do najlepszej ligi świata. Non-stop robi progres, ciągle stara się doszlifować niedoskonałości, i to go właśnie doprowadziło do miejsca, w którym jest. Runda wiosenna w poprzednim sezonie była wręcz fenomenalna w jego wykonaniu, więc jak określić tę jesienną obecnego? Każdy kibic Manchesteru United chciałby, aby wszedł na jeszcze wyższy poziom, jednak wielkim wyczynem będzie utrzymanie obecnej przez jak najdłuższy czas.


Często mówi się, że piłkarz potrzebuje czasu, aby przyswoić się do ligi. Szczególnie takie stwierdzenia występują w najmocniejszych rozgrywkach krajowych, a już na pewno, kiedy trafi do niej piłkarz grający dotychczas w teoretycznie słabszej lidze. Bruno Fernandes jednak z miejsca obalił to przekonanie, zdobywając już w pierwszym miesiącu gry statuetkę najlepszego zawodnika lutego Premier League. Bycie najlepszym piłkarzem nawet w okresie kilku tygodni w tak mocnej lidze jest dużym wyróżnieniem, a zdobycie tego tytułu w trakcie pierwszych spotkań w tychże rozgrywkach, jest osiągnięciem na skalę historyczną. Taki też był właśnie miniony rok dla Portugalczyka, bo bez względu czy w przyszłości zaliczy jeszcze lepsze okresy – pierwsze miesiące w Manchesterze utkwią mu w pamięci do końca życia. Liczne indywidualne nagrody, masa rekordów, czy ogrom fenomenalnych występów – a to wszystko w zaledwie jeden rok.


WPŁYW NA DRUŻYNĘ

Życiowa forma najlepszego zawodnika drużyny mocno wpływa na zespół i nie inaczej było z Czerwonymi Diabłami. Być może nie był to najlepszy rok w całej historii jak w przypadku Bruno, ale już na pewno najwybitniejszy i najbardziej obiecujący w ostatnich kilku latach. Przyjście Fernandesa było uzupełnieniem brakującej części układanki, ale spowodowało także znaczny wzrost formy innych zawodników.

Bezpośredniego wpływu na to sam Bruno raczej nie miał, ale jego wybuch formy był impulsem oraz natchnieniem do cięższej pracy innych zawodników, oraz samego trenera. Mając piłkarza, wokół którego można budować wyjściowy skład, szkoleniowiec ma szanse bardziej się skupić na innych czynnikach pracy.

Portugalczyk pełni niesamowicie ważną funkcję w taktyce drużyny, ale nie można stwierdzić, że drużyna jest od niego niemal całkowicie uzależniona. Bywały momenty, tym bardziej w ostatnim czasie, kiedy Bruno w przeciwieństwie do reszty drużyny – rozegrał przeciętne spotkanie, a mimo to United zdołało zagrać zadowalające zawody. Wypadnięcie Fernandesa na pewien okres mogłoby w jakimś stopniu odcisnąć piętno na funkcjonowaniu zespołu, jednak nie stanąłby on raczej w miejscu, a w tak wielkiej machinie jest to ważny element. Nikt raczej nie chciałby przeprowadzić eksperymentu pod tytułem „Co gdyby nie Bruno?”, a już na pewno nie Ole Gunnar. Związek Bruno Fernandes – Manchester United zbiera owoce z dwóch stron i bez żadnego kryzysu potrwa to jeszcze przez długi czas. Póki jedna ze stron będzie wierna drugiej, wszystko w tej kwestii powinno funkcjonować wyśmienicie.

MATEUSZ PEREK

This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show

Paolo Di Canio to jedna z najbarwniejszych postaci, która przewinęła się przez Premier League. Przez ponad dwadzieścia lat swojej kariery kontrowersyjny Włoch szokował, oburzał, ale też zapierał dech w piersi swoją efektowną grą. Przez ten czas Di Canio wykreował kilka momentów, które przeszły do historii światowego futbolu. Spotkanie z Bradford, które West Ham rozegrał w lutym 2000 roku, było chyba tym, które najlepiej zaprezentowało wszystkie cechy, sprawiające, że wychowanek Lazio był najlepszym showmanem, jaki kiedykolwiek pojawił się na Wyspach Brytyjskich.

Czytaj dalej „This Is England #11. Paolo Di Canio i jego one man show” →

Idol i Mistrzostwo Szwecji – podwójne życie Kevina Walkera.

Szwecja to absolutny potentat na rynku muzyki popularnej. Niezależnie, jaki gatunek był w ostatnich latach na topie, Szwedzi zawsze tworzyli największe przeboje. ABBA, Roxette, Ace of Base, Avicii, Zara Larsson. Artyści z tego kraju wygrali już prawie wszystko: od Eurowizji, przez Grammy aż do… mistrzostwa kraju w piłce nożnej.

Ta historia rozpoczyna się już w 1983 roku. 24-letni wówczas Patrick Joseph Walker jest solidnym graczem ligi Irlandzkiej. Ma na swoim koncie ponad 50 ligowych spotkań i kilka występów w młodzieżowej reprezentacji Irlandii. Nagle, ni stąd, ni zowąd dostaje ofertę od szwedzkiego klubu BK Häcken. Nazwy tego zespołu nie potrafi nawet poprawnie wymówić, a oni chcą, żeby dla nich grał. Odruchowo odrzuca więc ofertę, ale po dłuższym zastanowieniu decyduje się na transfer. Pod wieloma względami była to najlepsza, choć najtrudniejsza decyzja w jego życiu. W Szwecji osiedla się już na stałe. Wkrótce na świat przychodzi jego syn – Kevin.

CZERWONY DIABEŁ Z ZIELONEJ WYSPY

Chłopiec był typowym marzycielem, ale przede wszystkim wielkim fanem Manchesteru United. Chciał być jak Roy Keane. Zawsze kładł się więc spać z opaską kapitana na ramieniu. Gdy komentatorzy zwracali uwagę na kolejny brutalny faul jego idola, on tylko przyklaskiwał i mówił pod nosem, że żadnego faulu nie było. Widział w nim bohatera, do dziś występuje głównie na jego pozycji. Miłość do muzyki również towarzyszyła mu od najmłodszych lat. Tym razem jednak za sprawą dziadka – rodowitego Irlandczyka, którego głęboki, niski głos potrafił hipnotyzować. To właśnie on robił na chłopcu największe wrażenie. Jeszcze większe niż Roy Keane na boisku. Początkowo Kevin zaczął realizować tylko jedną z pasji. Przy pomocy ojca zaczął kopać piłkę w lokalnych szwedzkich klubach. O swoim talencie muzycznym przypomniał sobie dopiero w wieku 20 lat, leżąc na szpitalnym łóżku.

6-STRUNOWA TERAPIA

Mamy rok 2009. Do szpitala w Sztokholmie zostaje przyjęty kolejny pacjent. Imię: Kevin, nazwisko: Walker. Jego stan jest ciężki, a sprawcą całego zamieszania okazuje się być Posocznica, paskudna choroba. Z jej powodu będzie pauzował przez następne 12 miesięcy. Czas spędzony w szpitalu nie poszedł jednak na marne. „Nie mogłem grać na konsoli, a co gorsza trenować. Postanowiłem więc kupić swoją pierwszą gitarę. Z czasem zacząłem komponować własne piosenki” – przyznał w jednym z wywiadów. Dzisiaj mówi, że gdyby w jego domu wybuchł pożar, w pierwszej kolejności ratowałby rodzinę, a potem ruszył po gitarę. To właśnie z nią spędził przecież najgorszy okres w życiu.

IDOL

Futbol w Skandynawii uczy pokory. Wydaje się, że grając za granicą w piłkę łatwo można odlecieć, stracić grunt pod nogami. Otóż nie. Szczególnie jeżeli nie starcza ci „do pierwszego” i musisz pracować w rzeźni, szkole, czy na budowie. Ostatnio norweska prasa podała informację, że solidny ligowy napastnik – Even Østensen zakończył karierę w wieku 27 lat, po czym wrócił do pracy w fabryce. Zdobywca Pucharu Norwegii pracuje przy hodowli halibuta jeszcze przed trzydziestką. Abstrakcja. W Szwecji sytuacja wygląda nieco lepiej, ale gdy grasz w niższych ligach dorabianie jest zupełnie naturalne. Nie inaczej było w tym przypadku. Wszystko zaczęło się od bowiem występu w lokalnym kasynie.

To miał być jednorazowy występ, kilka piosenek za kilkaset koron. Kevin zastępował swojego przyjaciela, który musiał zaopiekować się dzieckiem. Swoją robotę wykonał znakomicie. Jednej z osób bawiących się wówczas w kasynie tak bardzo spodobał się jego występ, że nagrała go, a film wysłała na casting do 9 edycji szwedzkiego Idola. Program powracał po dwuletniej przerwie, wcześniejsza jego formuła nie była bowiem wystarczająco interesująca. Wiadomość ze wspomnianym filmem wkrótce jednak sprawiła, że przed telewizorami zebrany był prawie cały kraj.

Kilka tygodni później piłkarz dostał maila z zaproszeniem na casting, który odbywał się w Sundsvall. Początkowo uważał to za zwykły żart, ale w sumie niedziele miał wolną. Czemu miał nie spróbować? Na przesłuchaniu zaśpiewał piosenkę „Soldier” Gavina DeGraw. Do programu dostał się bez większych problemów, a jurorzy byli nim tak zachwyceni, że proponowali mu porzucenie kariery piłkarskiej na rzecz muzyki. Szwed na szczęście nigdy tego nie zrobił.

Walker w mgnieniu oka stał się jednym z najpopularniejszych szwedzkich piłkarzy, pomimo tego, że nigdy nie zadebiutował w reprezentacji. Ludzie oszaleli na jego punkcie. Każdy z osobna chciał, aby jego sukces stał się faktem. Specjalnie dla niego loty z Sundvall do Sztokholmu zostały opóźnione. Gdy kolejne etapy Idola zbiegały się w czasie z meczami jego drużyny, specjalnie dla niego zmieniono kalendarz rozgrywek. „Pamiętam, że przed finałem Idola podeszło do mnie kilka kobiet i powiedziało, że jeśli Kevin nie wygra, już nigdy nie obejrzą tego programu” – wspomina ojciec zawodnika. Swojej obietnicy nie musiały dotrzymywać. Walker wygrał, w finale śpiewając u boku samego Robbiego Williamsa.

Ciekawsze jest jednak to, co działo się tuż przed samym finałem. Gdy piłkarz przygotowywał się do ostatniego występu, ktoś złapał go za ramię. Odwrócił się i był w szoku. Robbie Williams. Nie mówiłeś mi, że jesteś piłkarzem. Wiesz, że spełniasz moje marzenie z dzieciństwa? „Zaczęliśmy gadać o futbolu, tak jakby nigdy nic. Mało brakowało, a spóźniłbym się na swój ostatni występ. – wspomina po latach Walker w krótkim dokumencie na kanale OneFootball English. Jego historia stała się medialna, a wkrótce o istnieniu śpiewającego piłkarza usłyszano poza granicami kraju. Materiał z jego pierwszego przesłuchania zebrał do tej pory prawie dwa miliony wyświetleń na YouTubie.

MISTRZ SZWECJI

Przez pierwsze lata kariery Kevin grywał głównie w drużynach prowadzonych przez własnego ojca. To on jako trener Örebro dał mu szansę na debiut w dorosłej piłce. Wkrótce został jednak zwolniony, a jego syn zaczął być notorycznie wypożyczany do zespołów z niższych lig. Najgorsze co mogło mu się wówczas przytrafić to przerwa od futbolu, a wraz z nią feralny rok 2009.

Odżył dopiero w GIF Sundsvall, do którego trafił na stałe w roku 2012. To tam najbardziej rozwinął się zarówno sportowo, jak i muzycznie. Stał się gwiazdą, ale nie przeszkadzało mu to w regularnej grze na zapleczu szwedzkiej ekstraklasy. Co więcej, najlepiej na boisku czuł się właśnie podczas trwania programu. Między kolejnymi audycjami „Idola” Kevin rozegrał w lidze trzy spotkania, w których zdobył trzy bramki. Jego drużynie nie udało się jednak wywalczyć awansu. Na sukcesy sportowe musiał cierpliwie poczekać jeszcze kilka lat.

W 2015 roku Walker trafia do Djurgården. To właśnie tutaj osiągnął najwięcej, choć jego pozycja w zespole z roku na rok stawała się coraz słabsza. Grał w środku pola, na boku obrony, na skrzydle. Mówiąc kolokwialnie, był zapchajdziurą. Chciał łapać jak najwięcej minut, co już niebawem mu się opłaciło. W 2018 roku Djurgården wygrało Puchar Szwecji, w 2019 zostało natomiast mistrzem kraju. Pokazali, że nie są „tym gorszym klubem ze Sztokholmu”, a Kevin Walker udowodnił, że nie jest gorszym piłkarzem niż piosenkarzem. Od przyszłego sezonu Szwed będzie reprezentował barwy Örebro. Wraca tam, gdzie wszystko się zaczęło.

W WIELKIM ŚWIECIE

Po wygraniu mistrzostwa Walker może wreszcie czuć się spełniony, a jego kariera muzyczna nabiera tempa. Setki tysięcy słuchaczy na Spotify, kontrakt z Universal Music i debiutancka płyta, która pokryła się platyną. Występował już z Robbiem Williamsem, współpracował z Jörgenem Elofssonem, który pisał piosenki dla Kelly Clarkson i Britney Spears. Wciąż czegoś mu jednak brakuje. Piłkarz marzy o występie na Madison Square Garden. Twierdzi, że każdy może się tam dostać. Jak powtarza, od sławy dzieli nas przecież tylko kilka prostych piosenek.

MACIEJ SZEŁĘGA

Jak odśpiewać dwa hymny. Niecodzienne historie.

Chęć gry na wielkim turnieju, to marzenie wielu młodych piłkarzy. Reprezentowanie kraju to zaszczyt i duma, ale wielu zawodników decyduje się na zmianę barw narodowych. Dlaczego? Składa się na to wiele czynników. Federacje walczą o perspektywicznego piłkarza już od wieku juniora. Gwarancja reprezentowania kraju na wielkich turniejach i sięgania po trofea to marzenie każdego piłkarza od dziecka. Mamy też wiele przypadków polegających na tym, że zawodnik wybiera „na papierze” gorszą reprezentację, żeby móc usłyszeć hymn prosto z murawy. Piłkarze często odkopują drzewo genealogiczne, żeby potwierdzić powiązanie dziadków z terytorium danej federacji. Naturalizowanie piłkarzy to temat znany już od wieków, ale czy znacie przypadki, gdzie zawodnik reprezentował dwie seniorskie reprezentacje? Nie mowa tu o przypadkach z dalekiej przeszłości tj. Michel Platini, czy Alfredo Di Stefano. Mowa tu o piłkarzach, których w dalszym ciągu możemy podziwiać w telewizji. Wolno nazwać tych zawodników wyjątkowymi, ponieważ jest to bardzo wąskie grono.

Declan Rice (3 występy dla Irlandii i 13 występów dla Anglii)


Utalentowany piłkarz West Ham United od najmłodszych lat stał przed trudnym wyborem. Declan był pesymistą i uważał, że w dalekiej przyszłości nie będzie otrzymywał powołania od selekcjonera reprezentacji Anglii. Dziadkowie Rice pochodzili z Corku, a piłkarz poważnie zastanawiał się nad reprezentowaniem Irlandii. Niepewność młodego piłkarza bardzo szybko wykorzystali trenerzy juniorskich reprezentacji „Zielonej Armii”. Piął się po szczeblach kariery, aż w końcu przełomowym rokiem okazał się 2017, kiedy zawodnik wszedł w wiek dorosłości. Rice otrzymał nagrodę dla najlepszego piłkarza młodego pokolenia w Irlandii i zadebiutował w Premier League. Wtedy zaczęli zwracać uwagę na niego Anglicy. Declan otrzymywał coraz więcej minut w seniorskiej drużynie West Hamu, aż w końcu otrzymał powołanie do dorosłej reprezentacji Irlandii. Zadebiutował 23 marca 2018 roku w spotkaniu z Turcją.

Pod wodzą Martin O’Nelia wystąpił w trzech meczach. Z uwagi na rozwój, piłkarz zaczął poważnie zastanawiać się, czy podjął słuszny wybór. Anglicy szybko rozpoczęli podchody pod młodego piłkarza. Obie reprezentacje walczyły o usługi Declana. Irlandczycy oferowali opaskę kapitana na samym wstępie i budowę reprezentacji wokół jego osoby, natomiast Anglicy oferowali udział na wielkich turniejach i sukcesy. 13 lutego 2019 roku ogłosił, że w niedalekiej przyszłości będzie reprezentantem „dumnych synów Albionu”, a już niecały miesiąc później FIFA potwierdziła jego zmianę lojalności. 13 marca otrzymał powołanie od Garetha Southgate na mecze eliminacyjne do Euro 2020. We wrześniu 2019 roku piłkarz wyjawiał, że otrzymywał internetowe groźby śmierci po zmianie narodowych barw. 18 listopada 2020 zdobył pierwszą bramkę dla Anglii, w spotkaniu Ligi Narodów przeciwko Islandii. Declan Rice był pierwszym piłkarzem, który grał dla obu tych samych krajów, od czasu Jacka Reynoldsa w 1890 roku.

Nacer Chadli (1 występ dla Maroka i 61 występów dla Belgii)


Piłkarz urodził się w Belgii, ale od małego posiadał już dwa obywatelstwa. Tato piłkarza bowiem urodził się w Maroko. Po znakomitym sezonie w belgijskim Apeldoorn zawodnik przeniósł się do Twente. Wtedy na piłkarza zwrócił uwagę Eric Gerets, ówczesny selekcjoner Maroka. Eric skontaktował się z Nacerem, który nie zastanawiając się długo, przyjął propozycję i otrzymał wkrótce powołanie. Chadli nigdy nie występował w reprezentacjach juniorskich, zawsze był odprawiany z kwitkiem przez belgijskich trenerów młodzieżowych. 17 listopada 2010 wystąpił w towarzyskim meczu między Marokiem a Irlandią Północną. Był wyróżniającą się postacią w tym spotkaniu, a kibice „lwów atlasu” zacierali ręce, że udało im się wyciągnąć perełkę. Dwa miesiące później Chadli ogłosił zamiar reprezentowania Belgii na arenie międzynarodowej. FIFA zaakceptowała apelację piłkarza, ponieważ Nacer nie wystąpił w oficjalnym meczu reprezentacji Maroka. Chadli bardzo szybko otrzymał szansę reprezentowania Belgii, ponieważ 9 lutego 2011 roku zadebiutował w spotkaniu z Finlandią. Belg od zawsze był solidnym i wszechstronnym piłkarzem, a jego bramkę na Mistrzostwach Świata w 2018 roku z Japonią w doliczonym czasie gry, Belgowie zapamiętają na długie lata.

Mario Fernandes (1 występ dla Brazylii i 25 występów dla Rosji)


O tym piłkarzu powinna w przyszłości powstać książka. Przed przeprowadzką do CSKA borykał się z alkoholizmem i nie przestrzegał diety. Sam Mario wypowiadał się, że w tamtym okresie wyglądał jak wrak człowieka i do tego zdarzało mu się przychodzić na trening pijanym. Piłkarz przeszedł trudną drogę w karierze, ale w tamtym okresie spełniły się jego marzenia. W 2011 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na mecz towarzyski z Argentyną. Ostatecznie szkoleniowiec kadry nie mógł skorzystać z usług piłkarza, ponieważ spóźnił się na samolot, gdyż dzień wcześniej był na imprezie zakrapianej alkoholem. Za ten wybryk otrzymał zakaz powołań do reprezentacji na 3 lata. Po upływie tego czasu otrzymał drugą szansę. Po mundialu w 2014 roku trener Dunga wietrzył szatnię i sprawdzał nowych piłkarzy. Mario Fernandes rozegrał 45 minut w towarzyskim spotkaniu z Japonią. Brazylijczyk występował w CSKA Moskwa od 2012 roku i po upływie 4 lat mógł ubiegać się o obywatelstwo Rosyjskie. Na mocy dekretu prezydenckiego Władimira Putina otrzymał prawo do reprezentowania Rosji na arenie międzynarodowej. Mario z marszu otrzymywał powołania od Stanisława Czerczesowa i był jednym z pewniaków na udział w Mistrzostwach Świata 2018 organizowanych przez Rosję. W ćwierćfinałowym starciu z Chorwacją zdobył bramkę na 2:2 w dogrywce, ale przestrzelił rzut karny w serii „11”. Mario Fernandes obiecał, że jak najszybciej nauczy się języka rosyjskiego i hymnu narodowego, jednak lata mijają, a piłkarz nadal nie spełnił obietnic.

Diego Costa (2 występy dla Brazylii i 24 występy dla Hiszpanii)


Najbardziej znany przykład w ostatnich latach. Diego Costa urodził się w Brazylii i tam stawiał pierwsze kroki w karierze piłkarskiej. Do Hiszpanii trafił w 2007 roku, kiedy Atletico postanowiło ściągnąć utalentowanego młodego piłkarza. Diego nie miał łatwych początków, tułał się po wypożyczeniach, żeby po kilku latach być podstawowym piłkarzem klubu z Madrytu i królem strzelców ligi. 5 marca 2013 roku otrzymał powołanie na towarzyskie mecze reprezentacji Brazylii z Włochami i Rosją. Diego wystąpił w obu spotkaniach, ale nie otrzymał satysfakcjonującej liczby minut. We wrześniu 2013 roku piłkarska federacja Hiszpanii wystosowała oficjalną prośbę do FIFY o pozwolenie na zmianę barw i reprezentowaniu Hiszpanii przez Diego Coste.

Apelacja została zaakceptowana, ponieważ piłkarz zagrał tylko w meczach towarzyskich. 29 października 2013 roku piłkarz zadeklarował, że będzie nosił dumnie koszulkę La Roji, wysyłając pismo do Brazylijskiej federacji piłkarskiej. Kibice tamtejszej reprezentacji byli wściekli, a Luiz Felipe Scolari powiedział, że „Brazylijczyk, który odmawia noszenia koszulki reprezentacji Brazylii i wzięcia udziału w Mistrzostwach Świata w Twoim kraju, zostaje automatycznie wycofany. Odwraca się od marzeń milionów piłkarzy, by reprezentować naszą reprezentację, pięciokrotnych mistrzów świata w Brazylii”. W zbliżających się Mistrzostwach Świata w Brazylii ich były reprezentant i wielka nadzieja na problemy ofensywne, będzie grać dla Hiszpanii. 28 lutego 2014 roku Vincente del Bosque dał szansę zadebiutować Diego w nowej reprezentacji. Costa został powołany na mundial, ale nie może wspominać tego turnieju udanie, gdyż Hiszpanie jako obrońcy tytułu nie wyszli z grupy, a Brazylijscy kibice uprzykrzali życie na każdym kroku piłkarzowi. Ten przykład potwierdza, że Diego piłkarzem był nie tylko kontrowersyjny na boisku, ale także poza nim. Costa nie potrafił udanie zastąpić w reprezentacji Davida Villi, ale zarzeka się, że nie żałuje podjętej decyzji kilka lat temu.

Wilfried Zaha (2 występy dla Anglii i 18 występów dla Wybrzeża Kości Słoniowej)


Piłkarz miał podwójne obywatelstwo. Jego rodzice byli Iworyjczykami, ale na co dzień mieszkali w Anglii. Wychowanek Crystal Palace od najmłodszych lat wyróżniał się szybkością, dryblingiem i nieprzewidywalnymi zagraniami. W lutym 2011 roku wystąpił w spotkaniu z Niemcami do lat 19. Zaha już rok później był podstawowym piłkarzem i zarazem najlepszym w kadrze do lat 21, co zaowocowało powołaniem przez Roya Hodgsona do seniorskiej reprezentacji Anglii w listopadzie 2012 roku. Zadebiutował w meczu towarzyskim ze Szwecją, kiedy pod koniec spotkania zmienił Raheema Sterlinga. Chwilę później o transfer Wilfrieda mocno zabiegał Sir Alex Ferguson, który widział w nim następcę Cristiano Ronaldo. Po przejściu do „Czerwonych Diabłów” Zaha nie przypominał siebie.

Do dziś kibice MU uważają, że był jednym z większych niewypałów. Po kilku wypożyczeniach w 2015 roku wrócił do Crystal Palace, gdzie znów zaczął czarować, jak za dawnych czasów. W dniu 27 listopada 2016 roku Federacja Piłki Nożnej Wybrzeża Kości Słoniowej potwierdziła, że sam piłkarz jest zainteresowany reprezentowaniem kraju. FIFA zaakceptowała prośbę piłkarza. Anglicy walczyli do samego końca, żeby przekonać Zahe, ale w styczniu 2017 roku otrzymał powołanie do reprezentacji Wybrzeża na Puchar Narodów Afryki. Debiut w nowej reprezentacji zaliczył przeciwko Szwecji, na dzień dobry częstując Giovanniego Sio asystą. Trzy dni później w meczu z Ugandą strzelił pierwszą bramkę. Piłkarz rozkochał w sobie kraj, a do dziś Roy Hodgson pluje sobie w brodę, że nie dał zagrać Wilfriedowi w oficjalnym spotkaniu reprezentacji Anglii, wypuszczając talent z rąk. Aktualnie razem z trenerem pracują w Crystal Palace.

Franco Vazquez (2 występy dla Włochów i 3 występy dla Argentyny)


Piłkarz posiadał dwa paszporty, ponieważ jego ojciec pochodził z Argentyny, a matka była Włoszką. W przeszłości wielu piłkarzy zmieniało kraj z Ameryki Południowej na Italię, ale tutaj ruch poszedł w odwrotną stronę. W młodości nie wyróżniał się na tyle, żeby otrzymywać powołania do młodzieżowych reprezentacji Argentyny, ale zapracował sobie, żeby w 2012 roku trafić do Palermo. Ciężka praca i dobre występy w Serie A zwróciły uwagę Antonio Conte, który był selekcjonerem reprezentacji Włoch. Vazquez oświadczył, że nie jest pewny czy przyjąć ewentualne powołanie. W styczniu 2015 roku jednak wyraził chęć gry dla reprezentacji Italii, otwarcie mówiąc, że w kadrze „Albiceleste” jest zbyt wielka rywalizacja na jego pozycji. 21 marca 2015 roku przyjął powołanie od Antonio Conte, który został skrytykowany przez kibiców, że daje szansę naturalizowanym Włochom tj. Franco Vazquez oraz Eder.

Za Franco wstawił się sam Mauro Camoransesi, piłkarz urodzony w Argentynie, który borykał się z identyczną krytyką. Conte walczył do samego końca z negatywną opinią publiczną w Italii, który sprzeciwiała się jego powołaniom. Vazquez zadebiutował w reprezentacji 31 marca 2015 roku w meczu towarzyskim z Anglią zmieniając Edera, co było kontrowersyjnym ruchem, ale jak sam ówczesny selekcjoner twierdzi – przypadkowym. 16 czerwca wystąpił jeszcze w spotkaniu towarzyskim z Portugalią. Przed sezonem 2015/16 Franco Vazquez trafił do Sevilli. Krótko po tym zadeklarował chęć reprezentowania swojego kraju urodzenia – Argentyny. FIFA znów zaakceptowała prośbę piłkarza, gdyż nie wystąpił w oficjalnym spotkaniu dla reprezentacji Włoch. 7 września 2018 roku Franco zadebiutował w kadrze „Albiceleste” w towarzyskim spotkaniu z Gwatemalą. Vazquez wywołał niemałą burzę swoimi decyzjami i słowami. Był niemiło traktowany kiedy reprezentował Włochy, jak i Argentynę. Piłkarz na co dzień nadal reprezentuje Seville, ale mówi się o przejściu do Parmy. Kibice crociatich nie są zadowoleni z takich plotek transferowych.

Thiago Motta (2 występy dla Brazylii i 30 występów dla Włochów)


Jedyny w tym zestawieniu zawodnik na emeryturze. Piłkarz urodził się w Brazylii. Już w wieku 17 lat przeniósł się do Barcelony. Pierwsze kroki stawiał w drugiej drużynie „Blaugrany”, ale już w 2001 roku zadebiutował w seniorskim zespole. Motta otrzymał powołanie do reprezentacji Brazylii na turniej COCNCACAF 2003. Thiago zagrał w dwóch spotkaniach, wchodząc z ławki. Więcej nie otrzymywał powołania do reprezentacji Canarinhos, ponieważ w 2004 roku wyraził chęć gry w zespole Italii. Było to możliwe, gdyż dziadek ze strony ojca był Włochem.

FIFA dopiero po kilku latach zaakceptowała apel piłkarza. W dniu 6 lutego 2011 roku założył koszulkę azzurich i zadebiutował w towarzyskim meczu z Niemcami zmieniając w 63 minucie Alberto Aquilanego. Motta znalazł się w kadrze na Euro 2012. Wystąpił we wszystkich spotkaniach, ale w finałowym starciu z Hiszpanią musiał opuścić boisko z powodu kontuzji, przez co Włosi grali w osłabieniu, gdyż wykorzystali limit zmian. Dwa lata później pojechał na mundial do Brazylii i w wieku 32 lat zadebiutował na Mistrzostwach Świata w kraju, gdzie się wychował. Spełnił swoje marzenia. Piłkarz wywołał niemałą aferę w mediach przed Euro 2016. Kiedy kibice dowiedzieli się, że Motta będzie występował z numerem „10” wylała się fala hejtu i braku poszanowania wyjątkowemu numerowi. Za piłkarzem wstawił się Daniele De Rossi, twierdząc, że: „ci, którzy żartowali z tego, po prostu niewiele wiedzą o piłce nożnej. Może nie jest typową 10, jak Baggio czy Totti, ale technicznie rzecz biorąc, jest mistrzem”. Thiago po zakończeniu kariery wziął się za „trenerką”. W październiku 2019 roku został trenerem Genoi, nie kończąc nawet kursu trenerskiego. Motta wywołał kolejną burzę swoimi pomysłami taktycznymi. Stwierdził, że jego przyszłe drużyny będą grały w ustawieniu 2-7-2.

Geoffrey Kondogbia (5 występów dla Francji i 4 występy dla Republiki Środkowoafrykańskiej)


Geoffrey urodził się we Francji, ale jego ojciec pochodził się Republiki Środkowoafrykańskiej. W wieku 11 lat zapisał się do szkółki Lens. Już w młodzieńczych latach wyróżniał się umiejętnościami i fizycznością, przez co otrzymywał powołania do młodzieżowych reprezentacji trójkolorowych. Francuzi wiązali z piłkarzem ogromne nadzieje. W wieku 19 lat sięgnęła po niego Sevilla, płacąc 3 mln euro. 14 sierpnia 2013 roku zadebiutował w seniorskiej reprezentacji Francji w meczu towarzyskim przeciwko Turcji. Zawodnik wystąpił jeszcze 4-krotnie, otrzymując szansę w spotkaniach towarzyskich w 2015 roku. Zahamowanie rozwoju i złe wybory przyczyniły się do mniejszego zainteresowania przez selekcjonera trójkolorowych – Didiera Deschampesa.

W 2017 roku wyraził chęć gry dla Republiki Środkowoafrykańskiej, składając wniosek do FIFY. Po roku otrzymał pozwolenie na reprezentowanie nowego kraju. Do tego wyboru przyczynił się brat Evans, który już od wielu lat jest reprezentantem tego kraju. 12 października 2018 roku zadebiutował Geoffrey w reprezentacji Republiki Środkowoafrykańskiej, otrzymując już w pierwszym spotkaniu opaskę kapitana. Kondogbia na co dzień występuje w Atletico Madryt, ale nie potrafi przekonać do siebie Diego Simeone, który daje bardzo mało szans na wykazanie się piłkarzowi.

W całej historii było więcej takich przypadków, ale w ostatnich latach niewiele. W ostatnim czasie wielu zawodników decyduje się na grę dla Kosowa, gdyż kraj nie tak dawno uzyskał niepodległość i został włączony do struktur FIFA. Nie jest tak łatwo ubiegać się o zmianę barw narodowych, międzynarodowa federacja piłki nożnej niechętnie akceptuje wnioski w tej sprawie. Wyżej wymienionych można opisać tymi niezwykłymi szczęściarzami.

KACPER KARPOWICZ

Jakub Moder. Niech przygoda się zacznie!


Eksport naszych młodych piłkarzy do lig zagranicznych to zjawisko nagminne. Niegdyś wyjeżdżali najlepsi, dziś złośliwi mogą twierdzić, że wystarczy kopnąć kilka razy piłkę na boiskach naszej Ekstraklasy, by zapracować na zagraniczny transfer. Patrząc na masowość przeprowadzek trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na polskim podwórku nikogo już nie dziwią zagraniczne transakcje opiewające na kwoty 2 czy 3 mln euro. Zwykła codzienność.

Kilka miesięcy temu doszło jednak do dużego wydarzenia. Lech wygrał korespondencyjny pojedynkę z Legią i sprzedał swojego piłkarza za kwotę wyższą niż 10 mln euro (dokładnie 11). Bohater transferu, Jakub Moder, za chwilę zacznie przygodę w angielskiej Premier League. Chłopak już jakiś czas temu dołączył do nowych kolegów z Brighton, a jego debiut zdaje się być na wyciągnięcie ręki. I wiecie co? To będzie piękna kariera. Jestem o tym niemal przekonany.

Oczywiście, sceptycyzm w tym wypadku zdaje się bardziej uzasadniony niż moje optymistyczne stwierdzenie. Anglię miał już przecież podbić Kapustka, we Włoszech liczyliśmy na dobre występy Żurkowskiego, a Pawłowski miał robić furorę w Hiszpanii. Przypadki można mnożyć. Mimo wszystko mam nieodparte wrażenie, że żaden z powyższych – ani też pozostałych przykładów – nie do końca można zestawić z obecną sytuacją Modera. Tutaj wszystko wydaje się mieć ręce i nogi.

PO PIERWSZE: KONKURENCJA W ZESPOLE

Pod tym względem były zawodnik Lecha nie rzucił się na głęboką wodę. Oczywiście, trafił do prawdopodobnie najsilniejszej ligi na świecie, ale jeśli chodzi o klub, to jest to raczej średniak. I to z problemami. Jeśli spojrzymy na środek pola Brighton to mamy tu takich piłkarzy jak: Bissouma, Propper, Gross, Alzate, Mac Alisster, Tau i Lallana.

Nazwiska nie powalają, prawda? Jedynym piłkarzem z tego grona, któremu już teraz wróżę dużą karierę, jest pierwszy z nich, ostatni brzmi fajnie, ale najlepsze lata ma za sobą. A reszta? Co najwyżej solidni ligowcy. Dodatkowym plusem jest fakt, że zespół Grahama Pottera preferuje system 3-5-2, co tworzy trzy miejsca dla nominalnych środkowych pomocników o rozmaitej specyfice. Ten aspekt połączony ze wspomnianą wcześniej niezbyt wymagającą konkurencją daje Polakowi olbrzymie szanse na regularną grę. A przecież od tego właśnie trzeba zacząć.

PO DRUGIE: KWOTA TRANSFERU

11 mln euro to w dzisiejszym futbolu żadna fortuna. Ale trochę wacików za to by było. Umówmy się, Brighton to nie jest klub, który szasta pieniędzmi. Największy transfer w ich dziejach opiewa na kwotę 22 mln euro, a Moder ze „swoją” przeszło dyszką to numer 9 w jego historii. Takiego piłkarza kupuje się po to, by grał i nie robi się tego bez odpowiedniego researchu (no, chyba że pracujesz na Camp Nou). Można spokojnie założyć, że zanim Polak trafił na AMEX, to skauci tego klubu dowiedzieli się o nim absolutnie wszystkiego. Biorąc pod uwagę to całe rozpoznanie i sumę, jaką musiały wyłożyć „Mewy”, to Moder może liczyć na konsekwentne stawianie na jego osobę. Nikt nie skreśli go za jedno czy drugie niepowodzenie. On ma być przyszłością klubu.

PO TRZECIE: MENTALNOŚĆ

Ale w zasadzie czemu w ogóle mielibyśmy zakładać jakieś problemy? Bo nie udźwignie presji? Wojtek Szczęsny w jednym z ostatnich odcinkach Foot Trucka mówi o Moderze:


„To top! Mam o nim lepszą opinię niż ktokolwiek inny w polskiej piłce (…) Ma przede wszystkim jaja. Jest oczywiście bardzo dobrze wyszkolony technicznie i bardzo dobry fizycznie, ale ma też niesamowity charakter. (…) Pierwszy moment, w którym go zauważyłem – bo nie ukrywam, że wcześniej nie wiedziałem kto to w ogóle jest – był podczas gierki na treningu Reprezentacji. Mam piłkę przy nodze, szukam gry i nagle słyszę >>Wojtek!!!<<, pomyślałem sobie >>Kim jest ten młody? ?<< Ale spodobało mi się to. Podałem mu piłkę, a on sobie jeszcze oczywiście z nią poradził”.

I o to właśnie chodzi! Zresztą, czytając i oglądając wywiady z byłym piłkarzem Lecha, maluje nam się obraz pewnego siebie, ale twardo stąpającego po ziemi chłopaka. Poza tym udane występy Polaka w spotkaniach może nie najwyższego, ale sporego ciężaru pokazały, że Moder nie pęka na robocie. W reprezentacyjnym meczu z Włochami był jednym z najlepszych na boisku, grał swoje w spotkaniach eliminacyjnych do Ligi Europy, a i pierwszy, najbardziej prestiżowy mecz z Benficą – już w samych rozgrywkach – może zapisać sobie na plus. Nikt przecież nie mówi, że musi on od razu ciągnąć swój nowy zespół w meczach z Liverpoolem czy City. Ale dlaczego miałby nie domagać się piłki w starciach z Newcastle czy Crystal Palace?

PO CZWARTE: STYL GRY

A grając w Brighton, możesz mieć pewność, że będziesz miał ją przy nodze częściej niż w wypadku gry w WBA czy Burnley. Mało tego! Ponad połowa ligi ma niższy procent posiadania futbolówki niż Brighton. I świetnie. Lechowi jako klubowi można sporo zarzucić, ale należy też przyznać, że zespół z Poznania to taki, który lubi „grać piłką”. Młodzi chłopcy wywodzący się z akademii Kolejorza to zawodnicy, którzy swobodnie nią operują, a zamiast patrzeć pod nogi, umiejętnie skanują przestrzeń w poszukiwaniu partnerów. Graham Potter lubi takich piłkarzy. Zresztą, szkoleniowiec ten trafił do Brighton właśnie po to, by poprawić styl zespołu, gdyż właściciel klubu stawia na efektowny futbol i jest on dla niego ważny niemal tam samo jak wyniki. To naturalne środowiska dla Modera…

ŻRÓDŁO: WHOSCORED.COM

PO PIĄTE: UMIEJĘTNOŚCI

…który ma to wszystko, o czym pisałem powyżej. Luz w prowadzeniu piłki, świetny przegląd pola, doskonały cross, a także stałe fragmenty gry. Polak ma jeszcze coś i jest to cecha unikatowa. Strzał z dystansu, zarówno lewą, jak i prawą nogą. Czasem są to uderzenia techniczne, innym razem bomby rozrywające siatkę. Repertuar jest naprawdę szeroki. Oprócz walorów ofensywnych pomocnik dokłada do tego również grę w defensywie. To wszystko sprawia, że nie powinniśmy obawiać się, że Moder będzie odstawał piłkarsko. Taktycznie też na pewno nie, bo jednak akademia Lecha to stempel pewnej jakości.

ALE…

Bo przecież bez wątpliwości się nie obędzie.
Czy to na pewno dobry wybór? Brighton jest obecnie na dopiero 16 miejscu w tabeli Premier League, a od grupy spadkowej dzieli ich zaledwie kilka punktów. A przecież wolelibyśmy, by Moder do Championship nie spadał. Tu byłbym jednak spokojny. Jeśli spojrzeć na takie statystyki jak posiadanie piłki, wykreowane sytuacje, czy strzały na bramkę, to „Mewy” w każdym z tych parametrów znajdują się mniej więcej w środku stawki. Fani Łony być może powiedzą, że „to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”, ale ja mam przekonanie, że posiadanie stylu i określona jakość obroni się w dłuższej perspektywie. W Anglii jest co najmniej kilka zespołów słabszych niż Brighton.

Czy końcówka roku w wykonaniu Modera, nie powinna nas nie zaniepokoić? Oczywiście, w ostatnich miesiącach zawodnik Lecha był cieniem tego, który zachwycał nas w okresie, o którym wspominam wcześniej. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że mówimy tu o 19-letnim chłopaku, który w krótkim czasie zaliczył przeskok z rezerw Lecha do jego pierwszego składu, zadebiutował w Reprezentacji Polski, zagrał z Benficą czy Rangersami, a także podpisał kontrakt z klubem topowej ligi świata. Sporo jak na nastolatka, który jeszcze nie dawno łapał szlify w pierwszoligowej Odrze Opole. Jeśli do tego dodamy nieprzyzwoicie dużą liczbę minut, jakie rozegrał Moder w sezonie 20/21 (dokładnie 2303 minuty), to mamy obraz chłopaka wyeksploatowanego do granic możliwości. Jeśli chodzi o polskich piłkarzy z pola, którzy grali od niego częściej, to są to tylko Kędziora, Jóźwiak, Puchacz, Helik i Rybus. I zanim zjawi się ktoś, kto stwierdzi „ale jak to, przecież on idzie do ligi gdzie gra się najwięcej i najciężej” to uspokajam, że takie postawienie sprawy to czysty populizm. Żaden piłkarz Brighton nie nastukał w kampanii 20/21 tyle minut co Moder. Najbardziej zapracowanym zawodnikiem „Mew” jest na ten moment Webster, który ma na liczniku zaledwie 1740 minut. Tak więc różnica jest spora.

Podsumowując, Moder ma wszystko by pokazać się z dobrej strony w Premier League, a argumenty przeciw temu wydają mi się mniej solidne, niż te popierające tę tezę. Oczywiście, piłka nożna to sport nieprzewidywalny. Nigdy nie możemy mieć 100% przekonania, że dane założenie jest trafne. Mimo wszystko Polak daje spore nadzieje na to, że na naszym podwórku pojawił się kolejny nasz rodak, który pokaże światu, że w Polsce też potrafią grać w piłkę. Trzymamy kciuki!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem

Gdy w 1973 roku Henry Kissinger otrzymywał wraz z Wietnamczykiem Lê Đức Thọ pokojową Nagrodę Nobla, wzbudziło to nie lada kontrowersje. Dwóch członków komitetu przyznającego to wyróżnienie, zrezygnowało z dalszego zasiadania w tym elitarnym gremium. Kissingera ciężko było uznawać za człowieka kryształowo czystego, gołąbka pokoju niosącego światu powszechny dobrostan. Przez lwią część opinii publicznej był uważany raczej za anioła śmierci lub co najmniej jego asystenta. Obwiniano go, chociażby o udział w obaleniu demokratycznego rządu Salvadora Allende w konsekwencji czego w Chile zaczął rządzić Augusto Pinochet. Poza brudną polityczną grą Kissinger miał jeszcze jedną pasję. Od najmłodszych lat był fanem piłki nożnej. Prześledźmy sobie powiązania Amerykanina z naszym ukochanym sportem.

Czytaj dalej „Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem” →

Ostatni bastion Rzymu – historia Lorenzo Pellegriniego

Derby della Capitale. Historia ponad 150 pojedynków napisana piórem Francesco Tottiego, Dino Da Costy, ale również Luisa Alberto, Ciro Immobile, czy Edina Džeko. Mecz owiany specyficzną aurą, którego atmosfery nie zepsuł nawet brak kibiców na trybunach. W zeszłotygodniowym starciu również nie zabrakło emocji, choć spotkanie to było bardzo jednostronne. Co, jeżeli jednak powiem, że walkę o Rzym stoczył w piątkowy wieczór tylko jeden Rzymianin?

„Muzyka jest najważniejszą rzeczą w moim życiu, więc pisząc ten utwór, musiałem jej oddać należyty szacunek. Kiedy Juve poprosiło mnie, żebym napisał nowy hymn klubu, pomyślałem, że to żart i nie ukrywam, że na początku czułem się zakłopotany. Tworzyłem go kilka miesięcy. Nie chciałem robić tej piosenki z marszu. Nie mogłem przecież nikogo zawieść”.

Od 2005 roku utwór „Juve, storia di un grande amore” jest oficjalnym hymnem Juventusu. Od tego czasu śpiewany jest przed każdym domowym meczem Starej Damy. Jego autorem jest Paolo Belli – piosenkarz, prezenter telewizyjny, a przede wszystkim wielki fan Bianconerich. Nie trudno się domyślić, że to do niego należy przytoczony cytat. 16 lat temu dostał on za zadanie skomponowanie hymnu Juve zupełnie od zera. Nie było to standardowe rozwiązanie, zazwyczaj hymnami drużyn piłkarskich zostają przecież piosenki powstałe dużo wcześniej. Dedykowany utwór osiągnął jednak wielki sukces. Być może dlatego, że płynie z niego proste przesłanie – kocham swój klub nad życie. Pod tą frazą dzisiejszy bohater podpisałby sę obiema rękami, choć jego serce już dawno pomalowano na żółto i czerwono, a nie na biało i czarno ja w przypadku Belliego. Poznajcie historię Lorenzo Pellegriniego.

„Doskonale pamiętam moment, kiedy dotarł do domu list, w którym napisano, że przyjęto mnie do akademii Romy. Przez dwa lub trzy dni nie robiłem nic, tylko patrzyłem na kopertę i nie mogłem w to uwierzyć. To było spełnienie moich marzeń.”

DZIECKO WIECZNEGO MIASTA


Lorenzo Pellegrini urodził się 19 czerwca 1996 roku, rzecz jasna w Rzymie. Patrząc na jego zdjęcia z młodości, można stwierdzić, że na świat przyszedł z charakterystyczną, ciemną grzywką, z piłką pod pachą i koszulką Romy. Każdą z tych rzeczy odziedziczył po ojcu – Toni o Pellegrinim, który co prawda nigdy nie przebił się do świata wielkie piłki, ale odnalazł swoje miejsce w niższych, półprofesjonalnych ligach. Nie tylko zaraził on potomka miłością do Calcio, ale pielęgnował ją mimo licznych przeciwności losu. Świadoma rodzina to podstawa. Fundament, na którym od najmłodszych lat można budować swoją własną, niepowtarzalną historię. To nie przypadek, że Leo Messi każdą ze swoich bramek dedykuje babci, która zaprowadziła niesfornego chłopca na pierwszy trening do jednej ze szkółek w Rosario. Mentalność Pellegriniego jest podobna, każdy kolejny występ dedykuje bowiem swojej rodzinie. Doskonale wie, że wychodząc na boisko w koszulce Romy, nie może nikogo zawieść. Dokładnie tak jak Belli, podczas tworzenia hymnu Juve.

Tak więc to ojciec zapoczątkował w małym, bystrym chłopcu pasję do sportu. W wieku pięciu lat zabrał go na pierwszy mecz Romy, został jego pierwszym trenerem i kupował mu… masę saszetek z naklejkami Panini, w których mały piłkarz szukał tylko jednej, z podobizną swojego Idola – Francesco Tottiego. Jego najważniejszą decyzją było jednak zejście na dalszy plan w odpowiednim momencie kariery chłopca. Wiedział, że podczas zabaw przed domem nie stanowi dla syna żadnej rywalizacji. Kilkunastoletni chłopiec przewyższał go umiejętnościami, bezczelnie kiwając i ćwicząc na nim wymyślne zwody. Wkrótce ten sam chłopiec wylądował w klubie swoich marzeń, a na twarzy Tonino Pellegriniego pojawił się wyrazisty uśmiech. Udało się – pomyślał, ocierając łzę subtelnie płynącą po policzku.

WRÓCIĆ SILNIEJSZYM


Lorenzo zawsze był niezwykle przebojowym nastolatkiem. Najwyższy ze wszystkich kolegów, wiecznie uśmiechnięty, zawsze najlepszy na boisku. Gdy na jego twarzy pojawiał się smutek, wszyscy wokoło wiedzieli, że dzieje się coś złego. Być może taka niepozorna reakcja otoczenia uratowała jego karierę.
Ośrodek treningowy AS Romy. Grupa juniorów wykonuje stały zestaw ćwiczeń. Po chwili trenerzy zauważają jednak, że od grupy znacząco odstaje jeden z zawodników. Co więcej, był to ten, którego cenili najbardziej – namaszczony przez samego Francesco Tottiego Lorenzo Pellegrini. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Chłopak od jakiegoś czasu miewał problemy z wydolnością, ale tym razem dosłownie słaniał się na nogach. To nie był normalny widok.
Młodemu zawodnikowi natychmiast przeprowadzono zestaw badań. Godziny spędzone w poczekalni szpitala dłużyły się jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł wyrok – arytmia. Jedno z powikłań po przebytej wcześniej Mononukleozie. Wkrótce okazało się jednak, że to, co miało pokrzyżować jego marzenia o wielkiej piłce, jedynie je spotęgowało. Chłopiec natychmias postanowił, że wróci na boisko tak szybko, jak to tylko możliwe. Postanowienia dotrzymał. Po kilku miesiącach wrócił do gry w Primaverze, a nawet zadebiutował w pierwszym zespole. Najważniejsze jednak, że po przebytej chorobie nie zostało ani śladu.

KATHARSIS NA MAPEI STADIUM


W ostatnich latach Sassuolo służy za prawdziwą trampolinę do poważnego futbolu. Od sezonu 2015/16 klub ten sprzedał aż 11 zawodników za ponad 10 milionów euro. Matteo Politano, Stefano Sensi, Merih Demiral, Francesco Acerbi. To tylko kilka przykładów piłkarzy wypromowanych przez Neroverdich. Od kilku dobrych lat Sassuolo puka także do drzwi z pozłacanym napisem „Europejskie puchary”. Raz zostały one dla nich otwarte. Było to w sezonie 16/17, kiedy trzon zespołu tworzyli piłkarze tacy jak wspomniany Acerbi, wierny klubowi Domenico Berardi, czy… właśnie Lorenzo Pellegrini. 30 minut spotkania w debiucie z Ceseną nie przekonało trenera Rudiego Garcii do jego osoby. Aby dalej się rozwijać, musiał więc zmienić otoczenie. Wybrał Sassuolo. Już po kilku miesiącach wiedział, że nie mógł trafić lepiej. W barwach Neroverdich rozegrał dwa udane sezony. W czarno-zielonej koszulce rozegrał 54 spotkania, w których strzelił 11 bramek i zanotował 8 asyst. Liczby z Primavery (57 spotkań, 13 bramek) przełożył na Serie A, a to nie lada wyczyn. Wkrótce ponownie upomniała się o niego Roma. Jego powrót do domu był wart 10 milionów euro.

KURIER Z GŁOWĄ W CHMURACH


Lorenzo Pellegrini to jeden z tych piłkarzy, który nie posiada jednej dominującej cechy. Jeżeli miałbym jednak wskazać jego największą zaletę, powiedziałbym, że jest to znakomicie rozwinięta wizja gry. Jego znak firmowy to skanowanie boiska z głową uniesioną w górze. Niby nic specjalnego, ale taka umiejętność jest dość rzadko spotykana w świecie futbolowych indywidualistów, patrzących jedynie pod własne nogi. Jego niekonwencjonalne podania przypominają fanom Romy o Miralemie Pjaniciu, zdolności przywódcze o Daniele De Rossim, a dobre wykończenie o Francesco Tottim (z zachowaniem odpowiednich proporcji). Najlepiej jego grę obrazują jednak statystyki. Lorenzo jest czwartym zawodnikiem ligi pod względem stworzonych sytuacji strzeleckich (9), ósmym pod względem średniej kluczowych podań (1,9 na spotkanie), jednocześnie zajmując dopiero 96 miejsce pod względem celnych podań na mecz (średnio 31,8 na spotkanie). Wynika to z faktu, że jego praca ma w tym sezonie nieco inną specyfikę. Lorenzo dużo biega bez piłki, skanuje boisko i szuka przestrzeni. W tym sezonie show zabiera mu pewien sympatyczny Ormianin, co nie zmienia faktu, że jest jednym z najbardziej oddanych żołnieży Paulo Fonseci.

OSTATNI MOHIK… RZYMIANIN


W przeddzień derbów Rzymu, na rozkładówce La Gazetty Dello Sport pojawił się artykuł pod tytułem „Derby planety – od Caicedo do Pellegriniego”. Dziennik zwrócił uwagę na fakt, że w derbach Rzymu mieli wystąpić zawodnicy z jedenastu różnych państw oraz zaledwie jeden Rzymianin – Lorenzo Pellegrini. Równowaga została zaburzona. Na koniec dnia liczy się jednak jakość, a nie ilość. Owej jakości w grze Pellegriniego też niestety zabrakło, a stolica została oblężona przez wojowników z Rumunii, Hiszpanii, Czarnogóry, czy Ekwadoru.

IL CAPITANO GIALLOROSSO


Pellegrini wyszedł na wczorajszy mecz Coppa Italia z opaską kapitańską. Spotkanie ze Spezią okazało się jednak prawdziwym blamażem Giallorossich. Szybko stracone dwie bramki, tragiczny Borja Mayoral i dwie czerwone kartki na początku dogrywki. Horror. Mimo wszystko Pellegrini zagrał dość przyzwoicie i zachował przytomność umysłu od początku do końca spotkania. Pewnie wykorzystał rzut karny, a tuż przed feralną dogrywką zwrócił uwagę na zbyt dużą ilość zmian przeprowadzonych przez Romę. Koniec końców nic nie zdziałał, ale jego zaangażowanie pokazało, że błękitna opaska z napisem ‚Capitano’ nie owija jego ramienia bez powodu. Znając jego podejście, po końcowym gwizdku było mu po prostu wstyd i mógł uronić łzę tak jak Tonino Pellegrini podczas jednego z jego pierwszych treningów w barwach Romy.

MACIEJ SZEŁĘGA

Coś więcej niż zwykły mecz – Juventus kontra Napoli.

Rywalizacja między Juventusem a Napoli trwa już od dziesięcioleci i nie zamyka się jedynie w sferze futbolu. Dla piłkarzy jest to okazja do udowodnienia swojej wartości, a dla kibicom zwycięstwo oznacza równość także pod względem społecznym. Żaden z zawodników, choć na moment nie odstawi nogi. Bitwa o dumę, honor i godność swojego miasta oraz regionu. „Każda wojna jest inna i każda wojna jest taka sama”, bo niezależnie od roku, sytuacji czy rozgrywek, ta rywalizacja zawsze rozchodzi się o to samo.

KORZENIE KONFLIKTU

Zjednoczenie Włoch zakończone w 1870 roku było jedynie symbolicznym połączeniem nacji na półwyspie Apenińskim. W rzeczywistości do konfliktów na tle społecznym, ekonomicznym, a nawet rasowym dochodziło nieprzerwanie. Południe Italii względem północy nie było praktycznie w ogóle wspierane ani finansowane przez państwo. Piemont, Liguria i Lombardia w porównaniu do Kampanii czy Sycylii były zdecydowanie lepiej rozwinięte i faworyzowane przez rząd. Główne fabryki, milionowe inwestycje oraz najważniejsze siedziby włoskich organizacji miały miejsce właśnie na północy kraju, a południe było nastawione praktycznie wyłącznie na rolnictwo.

Co oczywiste – miało to swoje przełożenie również na calcio. Dopiero 28 lat od pierwszego sezonu Mistrzostw Włoch, w 1926 roku drużyny z „dolnych” regionów Italii za sprawą faszystowskiego reżimu dostały zgodę na rywalizacje o Scudetto. Od tego momentu konfilkty między dwoma częściami kraju przeniosły się również do świata piłki nożnej, a wywieszone transparenty w starciach zespołów z południa i północy były pełne wyzwisk o charakterze społecznym. Często były to slogany mające na celu obrazić jedynie kibiców drugiego klubu, a czasami były wprost skierowane do całej grupy etnicznej, w tym nawet do osób niezwiązanych z futbolem.

Na południu kraju było i jest wiele zasłużonych klubów, więc czemu największy konflikt wybuchł akurat na linii Napoli – Juventus? Neapol po Rzymie to największe miasto kraju, które nie znajdowało się w najbogatszych regionach państwa. Jako jedno z największych metropolii w całej Europie było niesamowicie biedne, a to sprawiało, że ilość osób pragnących poprawienia jakości swojego życia oraz udowodnienia wyższości nad północą była zdecydowanie wyższa, niż w Palermo czy Katanii. Dochodzi tutaj także stwierdzenie, że Neapol to Napoli. W Rzymie tifosi są podzieleni na kibiców Lazio oraz Romy, a w mieście usytuowanym u podnóży Wezuwiusza jest wyłącznie jeden kluczowy na arenie krajowej klub. „Każdy Neapolitańczyk to Napoli”, a tezę tę potwierdza niebywała atmosfera panująca w mieście w dniu meczu, czy także uroczystości organizowanych z okazji osiągniętego sukcesu. Każdy mieszkaniec Neapolu świętuje sukcesy Azzurich.

Kwestia Juventusu jest oczywista. Po przejęciu klubu przez Edoardo Agnelliego drużyna zyskała przewagę finansową nad innymi rywalami. Mocny związek z Fiatem dał także korzyści w postaci kibiców. Niemal każdy pracownik firmy był Juventinim, ponieważ w innym wypadku mógł być gorzej traktowany od swoich współpracowników. Fiat w tamtych czasach był najlepszym pracodawcą na całym półwyspie Apenińskim, przez co rodowici mieszkańcy południa często podświadomie stawiali się Bianconerimi, aby móc liczyć na staż w fabryce Agnellich.

Kibice Napoli zaczęli twierdzić, że „Stara Dama” jest faworyzowana finansowo oraz że przekupuje mieszkańców odległych od Turynu regionów Włoch miejscami pracy. Dodatkowo złość Azzurich podnosiły transfery ich najlepszych piłkarzy do Turynu, co określali mianem zdrady i kradzieży. Wszystko to skumulowało się w całość i doprowadziło do rywalizacji trwającej do dziś, która ciągle przejawia się na każdym z wyżej wymienionych gruntach.

ZŁOTE CZASY NEAPOLU

Od lat 50 XX wieku konflikt narastał w zawrotnym tempie, aż swoje apogeum osiągnął na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Neapolitańczycy mimo braku znaczącej poprawy jakości życia względem północy, pierwszy raz przez dłuższy okres mogli poczuć wyższość nad odwiecznymi rywalami. Wcześniej kibice Juventini głównie drwili sobie z Neapolu ze świadomością, że mimo wszystko w każdym aspekcie i tak są lepsi. Jednak przyjście jednego człowieka spowodowało, że Bianconeri poważenie zaczęli się obawiać konkurencji z południa, a w pewnym momencie Neapolitańczycy mogli nawet patrzeć na bogatsze regiony z samego szczytu. Diego Maradona dał miast nadzieje i napędził wiarę kibiców w osiągnięcie pierwszego historycznego Scudetto.

Rok 1984 rozpoczął nową erę w całym mieście. Przybycie Argentyńczyka z Barcelony rozpoczęło stopniowe zrównywanie się jakością piłkarską z klubami z północy. Pierwsze dwa sezony Diego w Neapolu postawiły jego drużynę w świetle jednego z faworytów do mistrzostwa Włoch. Napoli zaczęło częściej wygrywać. W okresie gry Maradony Azzuri wygrali aż 9 na 17 możliwych spotkań z Juventusem, a przegrali zaledwie 4. Role się odwróciły, klub z południa był mocniejszy niż gigant z Turynu.

Mundial w 1986 roku wygrany przez Argentynę podniósł do granic możliwości apetyty Neapolitańczyków w sprawie Scudetto. Diego rozegrał fenomenalny turniej i sprawa była jasna – Neapol ma w swoich szeregach najlepszego piłkarza świata. Zostało to udowodnione już w pierwszym sezonie po Mistrzostwach Świata, ponieważ ziścił się sen każdego kibica Azzurich – Napoli pierwszy raz w historii sięgnęło po tytuł mistrza Włoch. Jakby tego mało, w tym samym roku zdobyli Puchar kraju i mogli z pełnym przekonaniem oraz dumą powiedzieć, że są najmocniejszą drużyną w Italii. Rozpoczęło to masowe świętowanie w całym mieście, a postać Maradony od tamtego momentu zaczęła być uważana za kultową przez każdego mieszkańca miasta.

Sukces w najważniejszych rozgrywkach sportowych na półwyspie Apenińskim poprawił pozycję Neapolu w skali kraju, a względem poprzednich lat, tifosi Juventusu tak jak wcześniej robili to ci Napoli, zaczęli doszukiwać się oszust i afer związanych z ich rywalami. Bez wątpienia był to najlepszy okres w historii Azzurich oraz jedyny czas, w którym rzeczywiście byli lepsi od Bianconerich. Przyjście Maradony oznaczało zbawienie, odejście początek upadku.

WSPÓŁCZESNA RYWALIZACJA

Początek XXI wieku nie był praktycznie w ogóle owiany w rywalizację sportową obu tych ekip, ponieważ jedyne spotkania na poziomie Serie A rozegrali w sezonie 2000/01. Napoli mierzyło się z ogromnymi problemami na każdej płaszczyźnie, a wyniki na boisku nie sposób porównać do tych, które notowali kilkanaście lat temu. Po trzech sezonach z rzędu spędzonych w Serie B (2001-2004) Azzuri ze względu na długi przekraczające 70 milinów euro, byli zmuszeni ogłosić bankructwo.

Sytuacja Juventusu w latach kryzysu Napoli wyglądała o niebo lepiej, ponieważ na trzy możliwe trofea zdobyli aż dwa, a kibice z lekką drwiną i zadowoleniem oglądali rozpadający się Neapol. Z czasem jednak czarne chmury nadleciały również nad Turyn, ponieważ w wyniku ujawnienia afery Calciopoli w 2006 roku, FIGC odebrało Bianconerim oba tytuły mistrzowskie z 2005 i 2006 roku, oraz zostali karnie zrzuceni do Serie B. Tam też właśnie w sezonie 2006/07 pierwszy raz od sześciu lat obie drużyny zmierzyły się ze sobą w rozgrywkach ligowych. Napoli dzięki pomocy Aurelio de Laurentis, który wykupił klub po bankructwie, zdołało uzyskać promocje do wyższej klasy rozgrywkowej, zajmując drugą lokatę tuż za Juventusem.

Chcąc zamazać plamy z poprzednich lat, obie drużyny wraz z kibicami, wróciły do najwyższej klasy rozgrywkowej z ogromnymi nadziejami na lepsze jutro. Czas pokazał to, czego można było się spodziewać. Bianconeri całkowicie zdominował rozgrywki w latach 2011-2020 sięgając po każde z możliwych Scudetto. Rywalizacja i otoczka spotkań między obiema drużynami wróciła na poziom z przełomu lat 80 i 90. Powrót Napoli i Juventusu do Serie A był niczym nurt filozoficzny Johna Locke’a, „tabula rasa” (po łac. Czysta karta). Lepsze fundamenty i zasoby ludzkie z góry wskazywały, że to Stara Dama będzie w lepszej dyspozycji po powrocie, jednak kibice Azzurich wierzyli, że startując z „czystą kartą”, uda im się wejść na wyższy poziom niż przeciwnik.

Tak się nie stało, ale ani na moment nie ostudziło to rywalizacji, a wręcz przeciwnie. Kolejne mistrzostwa Juventusu jeszcze bardziej irytowały Neapolitańczyków, a te przegraną małą stratą, jak w latach 2016 – 2019 doprowadzały tifosich Napoli wręcz do szaleństwa. Do tego obecne rywalizacje są bardzo wyrównane i przed każdym spotkaniem ciężko wytypować zwycięzcę. W ostatnich 10 meczach bilans wynosi 4:3:3 na korzyść Bianconerich, a żadna wygrana którejś z drużyn nie jest naznaczona jakąś szczególną przewagą. Świadomość, że mecz może wygrać każda ze stron, jeszcze bardziej nakręca piłkarzy i kibiców, a emocje ze spotkaniem związane osiągają granicę najwyższego poziomu.

SUPERCOPPA ITALIA

Spotkania o najwyższą stawkę, czyli trofea, zawsze podnoszą rangę spotkań i nie inaczej będzie dzisiaj. W Turynie puchary wymagane są co roku i nawet jeśli Superpuchar przez wielu nie jest uważany za zbyt prestiżowe trofeum, tak każdy finał jest ważny. W Neapolu przegrana nie będzie uważana za ogromne niepowodzenie, jednak zwycięstwo znacząco wpłynie na postrzeganie Gattuso, który w obliczu nierównej dyspozycji drużyny, nie ma wcale takiej pewnej pozycji. Puchar zdecydowanie ucieszy De Laurentisa, co udowodniło ubiegłoroczne wygranie Pucharu Włoch, po którym wsparcie dla Rino ze strony Aurelio wzrosło, choć w lidze osiągnęli rozczarowujący wynik.

Faworyta nie ma. Jeszcze dwa tygodnie temu moglibyśmy wskazać, że jest nim Juventus, ponieważ Bianconeri pokonali świetny w tym sezonie Milan, a Napoli w głupi sposób przegrało ze Spezią, mając również za sobą serię niepowodzeń. Dyspozycja obu drużyn jest jednak na tyle sinusoidalna, że w weekend to Azzuri rozgromili Fiorentine 6:0, a Stara Dama została w perfekcyjny sposób wypunktowana przez Inter w Mediolanie. Do tego dochodzą jeszcze braki kadrowe po obu stronach w postaci Dybali, Cudrado, Alexa Sandro i De Ligta, oraz Osimhena z Fabianem Ruizem.

Obie drużyny nie rozgrywają najlepszego sezonu, więc możliwe, że ten finał może być ich jedyną realną szansą no trofeum w tym sezonie. Mistrzostwo Włoch prawdopodobnie rozstrzygnie się pomiędzy drużynami z Mediolanu (jednak dalej nie można skreślać Juventusu), w Lidze Mistrzów Bianconeri zdecydowanie nie są faworytem, więc pozostaje jedynie Coppa Italia, ale na półwyspie apenińskim poziom drużyn się tak wyrównał, że do końcowego triumfu potrzeba będzie również sporo szczęścia. Napoli pozostaje jeszcze Liga Europy, na którą rzeczywiście mogą się spiąć, bo miejsce w czołowej czwórce Serie A nie jest wcale takie pewne, ale tutaj również – są więksi faworyci.

Brak kibiców na stadionie z wiadomego powodu obniży atmosferę spotkania, ale piłkarze obu drużyn w takim starciu na pewno będą się czuć, jakby grali przed tysiącami kibiców, dla których ta rywalizacja znaczy o wiele więcej, niż nawet dla nich samych. I tak w rzeczywistości będzie. Na odległość, ale jednak będą mogli liczyć na ogromne wsparcie. Bo to coś więcej niż zwykły mecz.

MATEUSZ PEREK

Oto przyczyny upadku kolejnego ukraińskiego zespołu.

Karpaty Lwów wczoraj obchodziły 58. rocznicę powstania klubu. Świętowania jednak nie było. Resztka fanów i kierownictwo ma teraz mnóstwo problemów na głowie i we Lwowie atmosfera przypomina raczej grobową.

Latem klub spadł do drugiej ligi, ostatniej profesjonalnej. Nie dokończył sezonu w UPL, ponieważ brakło pieniędzy na wyjazdy. Teraz zajmują przedostatnie miejsce gdzieś na skraju poważnej piłki i mając 4 punkty, robią wszystko, by przyszły sezon nie był jeszcze gorszy.

Latem legendarnego właściciela, Petro Dymińskiego zastąpił Oleg Smalijczuk, agent piłkarski i biznesmen. Jednak ma tylko 50% udziałów, druga połowa należy do znanego z Dnipra Igora Kołomojskoego (grali w finale LE w 2015 w Warszawie). Oficjalnie nie ma po nim w klubie śladu, a kieruje klubem poprzez Katię Parpi, koleżankę z Cypru. Kieruje to trochę nieodpowiednie słowo. Przedstawiciele Kolomojskiego nie pojawili się na żadnych spotkaniach rady klubu od prawie 10 lat. Pani Katia pilnuje, tylko by nic w klubie się nie zmieniało. Jaki jest w tym interes? Nikt nie wie. Takie działanie na szkodę klubu nie podoba się Smalijczukowi, nie chce on mieć ze wspólnikiem nic wspólnego.

By utrzymać się w UPL, Karpaty miały spłacić 5 milionów dolarów długów. Kołomojski nie chciał, więc Smalijczuk musiałby dać 100%. Tak właśnie Lwowianie zbankrutowali. W międzyczasie prezes Ruchu Lwów wezwał biznesmenów ze Lwowa do inwestycji w Karpaty i ratunkiem przed katastrofą. Piękny gest? Bankrutujący klub uznał to za robienie PR na ich ciężkiej sytuacji i w odpowiedzi… spłacił starą karę Ruchu. Karpaty spadły, nikt im nie chciał pomóc, prezes piłkarskiego związku Lwowa dopiero po długich konsultacjach wyraził zgodę na grę w 2. lidze, bo upierał się, by Karpaty spadli do amatorów.

Statek ma więc dwóch kapitanów, żaden nie chce dowodzić, nie ma między nimi dialogu. Smalijczuk zatrudnił dziennikarza i Lwowiaka, kibica klubu- Siergieja Bolotnikova na stanowisku dyrektora rozwoju. Ta dwójka wspólnie walczy ze wszystkimi, ale walka jest nierówna. Smalijczuk założył więc drugi klub w swoim rodzinnym mieście – Haliczu.

Nazywa się Karpaty, właścicielem jest wspólnik Smalijczuka, przed sezonem trener Karpat Lwów prowadził tam treningi, na których pojawili się również gracze tego klubu. To niedozwolone, nikt też nie wie, skąd Halicz miał licencję. Jednak jest to jedna z opcji na przyszłość. Gdyby Kołomojski trwał nadal w zarządzie, to Smalijczuk przeniesie część starych Karpat do swojego miasta. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było przekazanie kibicom herbu. Ma to pomóc w przenosinach i odcięciu się od drugiego właściciela.

Drugą opcją jest całkowity rozpad obecnych Karpat i start od zera, na licencji w 2. lidze. Nie będzie w klubie oligarchy, a za finansowanie mają odpowiadać kibice. 

S. Bolotnikov: zaczęliśmy transmitować mecze na YT, weszliśmy na Patreona, sprzedajemy bilety- cegiełki. Chcemy, by klub był utrzymany w około 40- 50% przez fanów. Im więcej będą oglądać mecze, tym lepszy kontrakt sponsorski dostaniemy. Im wiecej ich na Patreonie, tym więcej pieniędzy dostaniemy.

Gdyby to się powiodło, byłby to pierwszy klub wolny od oligarchów na Ukrainie. Oczywiście, sponsor (Smalijczuk i jego koledzy) musi zostać, ale akceptuje on model S. Bolotnikova.

Trzecią opcją są nowe Karpaty, czyli tak, jak teraz funkcjonują Metalist1925 i Dnipro-1, które zajęły miejsca Metalista i Dnipro. Już pojawiły się plany, miał je reklamować Miron Markiewicz, ale na tę chwilę wszystko ucichło. Prawdopodobnie dadzą czas Smalijczukowi i Bolotnikovi, choć może to być dla tej dwójki kolejny problem.

Reszty dowiemy się latem. Którą z trzech dróg podąży zdobywca pucharu ZSRR z 1969? Preferowana jest ta z upadkiem starych Karpat i wskrzeszeniem na nowo, ale patrząc na trzeźwo – Halicz jest bardziej prawdopodobny.

Bolotnikov wymyślił ciekawy sposób na spłatę obecnych długów. Oddał wszystkie wynajmowane wcześniej powierzchnie – sklepy, magazyny, biura. Do tego wspomniana interakcja z fanami. Większość nowych zależności jest spłacona. Prawdopodobnie pozwoli to na rozpoczęcie życia od nowa, bez komorników, gdy Karpaty upadną w lecie przez brak finansowania (to jest właśnie ten pierwszy plan).

Klub nie ma nic poza kilkoma kawałkami ziemi i autobusem. Akademia jest finansowana głównie przez miasto. Rosnące wsparcie zniesmaczonych letnimi wydarzeniami fanów pozwala jednak patrzeć w przyszłość z lekkim optymizmem. Sam Sergiej Bolotnikov gwarantuje, że dopóki on jest w klubie, nic złego się nie wydarzy. Nawet kasacja starych Karpat (pierwszy plan) może być zdrowa dla Lwowian, bo trwanie w obecnej sytuacji oznaczać będzie kilka, kilkanaście lat na dnie.

BUCKAROO BANZAI

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑