Gdy życie staje się ciężarem, czyli piłkarskie Blue Monday. O depresji w futbolu

27 listopada 2011 roku, miało miejsce zdarzenie, które wstrząsnęło piłkarskim światem. Selekcjoner reprezentacji Walii Gary Speed popełnił samobójstwo – powiesił się we własnym garażu. Wydawało się, że ma wszystko – wymarzoną pracę, kochającą żonę i dzieci. A jednak się powiesił. Dwa lata wcześniej samobójstwo popełnił niemiecki bramkarz Robert Enke. To jednak niejedyne przypadki w sporcie, gdy pomimo tego, że wydaje się, iż gwiazdy mają świat u stóp, życie staje się dla nich ciężarem nie do uniesienia.

17 stycznia 2022 rok przypada tzw. Blue Monday. Cóż to takiego? Na Wikipedii pod tym hasłem znajdziemy następujące wyjaśnienie:

Blue Monday (pol. Najbardziej depresyjny dzień w roku) – wprowadzone przez Cliffa Arnalla określenie najbardziej depresyjnego dnia w roku, przypadającego jakoby w trzeci poniedziałek stycznia. Do 2011 był to poniedziałek ostatniego pełnego tygodnia[2].

Pseudonaukowy termin Blue Monday (ang. Smutny, przygnębiający poniedziałek) wprowadził w 2004 roku Cliff Arnall – brytyjski psycholog, pracownik Cardiff University. Arnall wyznaczał datę najgorszego dnia roku za pomocą wzoru matematycznego uwzględniającego czynniki meteorologiczne (krótki dzień, niskie nasłonecznienie), psychologiczne (świadomość niedotrzymania postanowień noworocznych) i ekonomiczne (czas, który upłynął od Bożego Narodzenia, powoduje, że kończą się terminy płatności kredytów związanych z zakupami świątecznymi).

Jak widzicie już w samej definicji, wyznaczanie Blue Monday uważane jest za pseudonaukę, a twórca owego terminu rzekomo miał być namawiany przez pewną agencję reklamową do tego, by opublikować artykuł naukowy na temat „najbardziej depresyjnego dnia w roku”, co miało być oczywiście wykorzystane przez wielkie korporacje do maksymalizacji swoich zysków, dzięki, chociażby sprzedaży większej liczby wycieczek zagranicznych. Wszak konsumpcja najlepszym lekarstwem na „depresję”… My jednak wykorzystamy Blue Monday do rozmowy o prawdziwych ofiarach tej choroby, na przykładzie dwóch najbardziej znanych i najtragiczniejszych przypadków, gdy zebrała ona tragiczne plony w świecie futbolu.

Przypadek Gary’ego Speeda

Dzień przed tragedią Gary Speed żartował w studiu telewizyjnym ze swoimi przyjaciółmi. W późniejszych wypowiedziach ci zgodnie przyznali, że wydawał się być tamtego wieczoru w dobrej formie. Z pasją dyskutował o futbolu, później spotkał się z Alanem Shearerem, żeby wspólnie obejrzeć mecz Newcastle. Nic nie wskazywało na zbliżający się dramat. A jednak następnego ranka żona walijskiego trenera zobaczyło jego bezwładnie zwisające ciało w garażu. Wydała z siebie rozdzierający krzyk, który zwabił przed dom jej syna. Louise zdążyła tylko poprosić go, by nie patrzył w kierunku garażu. Spojrzał. Tego widoku nie zapomni do końca życia.

Gary Speed był jedną z najważniejszych postaci w historii walijskiej piłki, występował na pozycji pomocnika. W barwach Leeds, Evertonu, Newcastle, Bolton Wanderers i Sheffield United wystąpił w 525 meczach angielskiej Premier League, ustanawiając tym samym rekord pobity później przez Ryana Giggs’a, 84 razy wystąpił w barwach reprezentacji Walii. Karierę piłkarską zakończył w 2010 roku, w grudniu tego samego roku został trenerem drużyny narodowej. Jego nowa ścieżka zawodowa zapowiadała się świetnie, co potwierdziło się kilka lat później w czasie bardzo owocnego dla Walii Euro 2016. Był powszechnie lubiany, uchodził za dżentelmena. Kibice reprezentacji uważali go za najprzystojniejszego, najgrzeczniejszego i najlepszego selekcjonera, jaki kiedykolwiek piastował tę funkcję. Mówiono o nim wyłącznie dobrze, szanowali go fani drużyn lokalnych rywali, w których występował. Miał żonę i dzieci, dobrą posadę, cieszył się respektem, a jednak postanowił w wieku 42 lat zakończyć swoje życie. W momencie, gdy mógł jeszcze tyle zrobić, przecież rysowały się przed nim dobre perspektywy. Osierocił dwójkę dzieci. W takich momentach najbardziej intrygującym i jednocześnie często najtrudniejszym zadaniem jest dociec, dlaczego ktoś zdecydował się na taki ruch.

Twardziel z pozoru

Przez całą swoją karierę Speed wyrobił sobie opinię boiskowego twardziela, harującego w pocie czoła za trzech. W życiu prywatnym także nie było widać po nim oznak depresji, był uśmiechnięty i sprawiał wrażenie szczęśliwego. Dlatego mało kto chciał uwierzyć w jego samobójstwo, policja badała, czy w tej sprawie nie maczały palców osoby trzecie – tę wersję wykluczono. Jednak po 27 listopada 2011 roku zaczęły na jaw wychodzić nieznane dotąd fakty. Z opinii jego kolegów wynikało, że wcale nie był taki szczęśliwy, na jakiego wyglądał. Potrafił łatwo się załamać, gdy coś poszło nie po jego myśli. Kłócił się z żoną, ostatni raz w noc poprzedzającą samobójstwo. Louise z tego powodu postanowiła spędzić noc w samochodzie, a rankiem, gdy wracała do domu, zobaczyła szokujący obraz. Z jej późniejszych zeznań wynikało, że sprzeczka dotyczyła drobnostek. Gary jednak już wcześniej kilkukrotnie wspominał o samobójstwie, jednak uspokajał jednocześnie, że ze względu na dzieci tego nie zrobi.

Zrobił. Angielska prasa wytoczyła teorię, że Speed mógł być w młodości ofiarą pedofila – skauta piłkarskiego Barry’ego Bennella. Ten został po latach skazany za swoje zbrodnie na nieletnich piłkarzach, jednak ostatecznie nie udało się dociec, czy Gary Speed był wśród skrzywdzonych. W 2018 natomiast wdowa po trenerze ujawniła, że ten już w wieku 17 lat myślał o odebraniu sobie życia. Pisał do niej wtedy w liście, że chciałby się położyć, zasnąć i nie obudzić. Sam fakt, że nastoletni chłopak, mający całe życie przed sobą pisze takie rzeczy, przyprawia o ciarki na plecach. To dowód, że ta wybitna postać walijskiej piłki całe życie zmagała się z demonami, które ostatecznie okazały się zbyt trudne do pokonania. Przez wiele lat skutecznie maskował chorobę. Jego rodzina do dziś nie wie, co było przyczyną depresji, która go zabrała. Historia Garry’ego Speeda pokazuje, że ta okropna choroba dosięga nawet tych, którzy mają ułożone życie i perspektywy i którzy teoretycznie powinni być przecież szczęśliwi – a jednak i oni często są nawiedzani przez demony nie do pokonania.

Przypadek Roberta Enke

Walijczyk rzecz jasna to niejedyny przykład ze świata piłki, kiedy otchłań depresji zabrała kogoś mającego szanse i widoki na wspaniałą przyszłość. W morzu rozdzierających serce ludzkich historii szczególnie poruszająca  jest ta Roberta Enke. Jego samobójstwo wstrząsnęło całymi Niemcami. Bramkarz 10 listopada 2009 roku rzucił się pod pociąg, zostawiając żonę i adoptowaną córkę. Miał szansę być podstawowym zawodnikiem drużyny narodowej na odbywającym się w kolejnym roku mundialu w RPA, którego jednak nie dożył. Historię Roberta przybliża uderzająca pozycja Robert Enke. Życie wypuszczone z rąk autorstwa Roberta Renga, przyjaciela zawodnika.

Inaczej niż w przypadku Speeda, tutaj właściwie wiemy, co było przyczyną jego zmagań z samym sobą. Problemy pojawiły się już w okresie 2002-2003. W 2002 Enke był bramkarzem Barcelony, do której przychodził z perspektywą bycia pierwszym wyborem trenera. Jak się jednak okazało, przegrywał od początku pobytu w klubie rywalizację z młodziutkim Victorem Valdesem. Niemiec ciężko znosił bycie dopiero drugim bramkarzem w hierarchii  Louisa van Gaala. Gdy ten przekazał mu, że wystawi go w pucharowym meczu z drugoligową Noveldą, Robert wiedział, że ten mecz w zasadzie może tylko przegrać – jeśli Barca by go wygrała, czego oczekiwano, nikt nie wspomniałby o bramkarzu, w przeciwnym razie – tylko on mógł być winny. To spotkanie Enke zawalił – popełnił dwa kluczowe błędy, które dały zwycięstwo Noveldzie 3:2. Po meczu trener publicznie skrytykował Niemca, co spowodowało u niego pierwszy atak depresji.

Czarna otchłań

Od tamtego momentu Enke czuł się w Barcy niechciany, trzymał się na uboczu. W swoim pamiętniku pisał wtedy, że najchętniej rozwiązałby kontrakt, ale to przyniosłoby zbyt daleko idące konsekwencje, że odczuwa tylko strach, boi się wyjść z pokoju. Na boisku i na treningach nie dawał sobie prawa do błędu, nakładał na siebie presję. Bał się okazania słabości, tym bardziej w takim klubie, jakim była Barcelona. Apogeum nadeszło jednak dopiero w 2006 roku, gdy z powodu wady serca zmarła jego dwuletnia córeczka, Lara. Żona Roberta opowiadała po latach, że to był cios, który go załamał. W okresie choroby dziecka Enke dzielił życie między treningi i szpital. Po tragedii starał się sobie radzić, korzystając z psychoterapii i przyjmując leki, co mniej lub bardziej przynosiło mu pewne ukojenie.

Minął pewien czas i przyszedł rok 2009. Wielkimi krokami zbliżał się mundial w RPA, na którym Robert miał wielkie szanse być pierwszym bramkarzem reprezentacji Niemiec. Wreszcie, po wielu niepowodzeniach, miał osiągnąć szczyt swojej kariery. Było to jego marzeniem, żeby tam zagrać i udowodnić swoją wartość. W maju zaadoptował z żoną dziewczynkę – Leilę. Wydawało się, że będzie już tylko lepiej, że przed nim same sukcesy w karierze i radość w życiu prywatnym. Jednak depresja wróciła. Rywalizacja o miejsce w bramce reprezentacji i napięta sytuacja w klubie, w którym występował z opaską kapitańską, doprowadziły Roberta do stanu załamania, tym razem mocniejszego niż kilka lat wcześniej. Dla bramkarza nie lada problem stanowiło, jakie ciasto kupić, gdy wybierał się na uroczystość do znajomych, czy wybór połowy boiska podczas losowania dla kapitanów przed meczem. Dodatkowo martwił się o córkę, jej wychowanie i przyszłość, o to jak będzie w stanie jej pomóc, gdy ta dorośnie.

Robert marzył o ujawnieniu swojej choroby, ale uważał, że nie może tego zrobić. Bał się, że trener nie weźmie na mistrzostwa świata cierpiącego na depresję bramkarza, oraz że adoptowana córka zostanie mu odebrana przez przypięcie łatki chorego psychicznie. Wolał więc żyć ze swoją depresją i zakładać maski. Jednak wysyłane przez niego sygnały przez nikogo nie zostały odpowiednio odczytane. Gdy rozsyłał do domów dziecka rękawice bramkarskie, bo nie mógł dłużej na  nie patrzeć, koledzy myśleli, że robi miejsce na nowe, gdy odwoływał akcje charytatywne ze swoim udziałem, twierdzili, że po prostu woli spędzić czas z córką.

Jedna rzecz zaczęła w końcu budzić podejrzenia. Robert doznawał niespodziewanych „kontuzji” nagle tuż przed ważnymi meczami –  a to zwichnięty nadgarstek, a to zakażenie jakimś wirusem. Gdy z badań krwi nic nie wyszło, lekarze kadry zaczęli się zastanawiać nad problemem psychicznym u bramkarza. Ten stanowczo zaprzeczył takim sugestiom, oświadczając, że jest szczęśliwy, że ma dla kogo żyć. Uciął wszelkie spekulacje wokół swojej osoby, a kilka tygodni później rzucił się pod pociąg. Jego żona do dziś prowadzi prelekcje i spotkania poświęcone depresji, angażuje się w pomoc ludziom dotkniętym tą chorobą.

Epilog

Przytoczone historie pokazują, że zaburzenia mogą dotykać nie tylko, zwykłych, szarych ludzi, chodzących do szkoły, pracy, zmagających się z trudami codzienności. Ci, którzy wydają się być na samym szczycie, bohaterowie, których ogląda cały świat, też często napotykają na swojej drodze demony, których nie potrafią usunąć. Jednak nie warto nakładać masek i udawać, że wszystko jest w porządku. Pamiętajmy o tym, że nie jesteśmy sami i gdy życie staje się ciężarem trudnym do uniesienia, należy głośno krzyczeć o pomoc.

Maciej Stanik

P,S.

Grafika na zdjęciu głównym pochodzi ze strony stopdepresji.pl. Nie bójcie się prosić o pomoc!

Sprawdźcie też inne teksty:

Igrzysk i chleba!

Wtopa czy hit? Najlepsze i najgorsze transfery ubiegłego lata w Premier League

Gonzalo Castro, czyli zapomniany bundesligowiec

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: