Makana FA, czyli jak w czeluściach piekła powstała piłkarska federacja?

W 2007 roku FIFA włączyła w swoje szeregi honorowego gościa. W struktury międzynarodowej federacji piłkarskiej symbolicznie przyjęto Makana FA. Nelsona Mandela zbliżał się właśnie do swoich 90. urodzin. Trzy lata później w RPA miały zostać zorganizowane futbolowe mistrzostwa świata. Wszystko to składało się w jedną całość. Przy okazji rozlosowania grup eliminacyjnych do tegoż mundialu, miał także premierę film o nazwie „More than a games”. Dokument opowiadający historię więźniów politycznych, którzy w czasach głębokiego apartheidu zorganizowali się i stworzyli struktury, przypominające związek piłkarski z prawdziwego zdarzenia, walcząc w ten sposób z codzienną udręką pobytu w więzieniu na Robben Island.

Południowoafrykańskie alcatraz

Ten podtytuł w skrócie wyjaśnia, czym była wyspa Robben Island. Kamieniste terytorium o powierzchni ledwo przekraczającej 5kmznajdowało się 11 kilometrów na północ od Kapsztadu. Jego nazwę (oryginalnie Robbeneiland) można przetłumaczyć jako „Wyspa fok”. Jej odkrywcą w 1488 roku został portugalski żeglarz Bartolomeu Dias. Już w XVII wieku holenderscy osadnicy po raz pierwszy doszli do wniosku, że wysepka doskonale spełnia kryteria idealnego więzienia. Oddzielona kilkukilometrowym pasem oceanu, pełnym rekinów, od stałego lądu, niewielkich rozmiarów, jałowa Robbeneiland stała się miejscem zsyłki dla wywrotowców z holenderskich kolonii czy buntowników ze statków niewolniczych. Trafiali tam osadzeni nawet  z tak odległych zakątków świata jak Indonezja. W XIX wieku natomiast Wyspa fok stała się kolonią dla trędowatych.

Upiorna historia tego miejsca została podtrzymana również po II wojnie światowej. W 1961 roku południowoafrykański rząd postanowił reaktywować zakład penitencjarny dla więźniów politycznych. W 1964 na wyspę trafił najbardziej znany osadzony, który miał tam spędzić kolejne 18 lat swojego życia – Nelson Mandela.

Jednoznaczność zła

Nie jestem osobą, która podobnie jak większość świata mediów traktuje Mandelę jak świeckiego świętego. Wiem, że jego postać nie jest krystalicznie czysta. Polecam również zgłębić  biografię Winnie Mandeli. Żony prezydenta RPA. Znajdziecie w niej sporo smaczków, nieprzystających do ogólnego portretu obozu walczącego o wyzwolenie Południowej Afryki spod jarzma rasizmu. Znam również współczesne problemy południowoafrykańskich białych farmerów i wiem, że role w pewnym stopniu i na pewnej płaszczyźnie się odwróciły. Nie znaczy to jednak, że piszę ten tekst, mając na stole zdjęcie Janusza Walusia oprawione w ramkę.  Bez względu na to, jaką kanalią był Chris Hani, uważam Walusia za mordercę. W przeciwieństwie do sporego wycinka polskiej sceny kibicowskiej, która w pewnym momencie wyniosła go na piedestał. To jednak temat na inną opowieść.

Do czego dążę? Do tego, że wystarczy mieć odrobinę oleju w głowie, by zrozumieć, że apartheid był obrzydliwą, nieludzką ideologią, a pisany przeze mnie tekst ma po prostu pokazać, że futbol bywa remedium i pozwala przetrwać, nawet w miejscach, w których diabeł mówi dobranoc. A właśnie takim miejscem było Robben Island.

Obóz pracy

Skrajne temperatury, brak obuwia dla części osadzonych, brutalni strażnicy bezustannie patrolujący teren z owczarkami alzackimi przy boku. Praca w kopalni wapienia sama w sobie jest piekielnie ciężka, a więźniowie z Wyspy Fok natrafiali co chwilę na dodatkowe utrudnienia. W dodatku niewielkie racje żywnościowe przydzielane osadzonym sprawiały, że obóz pełen był wygłodniałych chudzielców w obdartych uniformach. Ci, którzy władzy wydawali się najbardziej niebezpieczni, jak charyzmatyczni liderzy w postaci Mandeli czy Waltera Sisuli, byli dodatkowo odizolowani od reszty więziennej społeczności i spędzali całe dnie w małych, wilgotnych celach. Do wspólnych cel wrzucano członków przeciwnych obozów politycznych, licząc na to, że dzięki temu ich antagonizmy będą stale narastać.

Nikt jednak nie przewidział, że skrajne warunki bytowania mogą sprawić, że nawet ideologiczni wrogowie zapragną nawiązać nić porozumienia. Niekoniecznie na płaszczyźnie wzajemnych przekonań. Robeneiland sprawiało, że każdy osadzony, chociaż na chwilę chciał się oderwać od walki o wyższe cele i skierować swoje myśli w stronę rzeczy bardziej przyziemnych. Kilka brudnych szmat związanych tak, by przypominały coś na wzór piłki, mogło umilić krótki czas spędzony na spacerniaku i być wspaniałą terapią, umożliwiającą zachowanie w sobie resztki szczęścia w tym wysysającym je miejscu. Wielu strażników patrzyło zapewne w tamtym momencie na osadzonych z pogardą. Wówczas w RPA piłka nożna była uważana za sport dla plebsu. Biali grali w rugby i krykiet.

Marzenia się spełniają

Z czasem kopanie zwitka szmat, zaczęło przeradzać się w coś więcej. Osadzeni zaczęli traktować niewinną zabawę bardziej poważnie, dobierać się w zespoły o podobnych umiejętnościach, by rywalizacja stała się sprawiedliwsza. Gdzieś w głowach największych marzycieli i idealistów zaczął kiełkować pomysł, by bezwładna kopanina przeistoczyła się z czasem w uporządkowane rozgrywki ligowe. Ci więźniowie, którzy twardo stąpali po ziemi, ostentacyjnie pukali się w czoło. Nie wierzyli, by władze zakładu na Robben Island kiedykolwiek przystały na taki pomysł.

Więzienny regulamin zezwalał jednak na to, by w ciągu tygodnia osadzeni korzystali z dwóch półgodzinnych bloków ćwiczeń na świeżym powietrzu. W soboty natomiast mogli składać skargi, prośby i zażalenia u naczelnika zakładu. Oczywiście prośby o sprawy nadrzędne jak zwiększenie racji żywnościowych, lepsza opieka medyczna czy nowe ubrania z miejsca trafiały do kosza. Na biurku zarządcy coraz częściej pojawiała się jednak prośba, by jeden z półgodzinnych bloków przekształcić w cykliczny mecz piłki nożnej. Początkowo zdawało się, że i ten postulat utknął w matni. Osadzeni byli jednak mocno zmotywowani. Nie zrażali się i cierpliwie, co sobotę ponawiali swoją prośbę. Wreszcie los się do nich uśmiechnął. Oczywiście nie myślcie sobie, że serce naczelnika więzienia nagle zmiękło i dobrodusznie postanowił pozwolić więźniom na odrobinę rozrywki. Władze zakładu na Robbeneiland miały na karku cykliczną kontrolę ze strony Czerwonego Krzyża. Szybko musiały więc poprawić warunki bytowania i pokazać międzynarodowej komisji, że życie osadzonych na Wyspie Fok wcale nie jest takie straszne. Z tego powodu zatwierdzono prośbę o możliwość rozgrywania meczów piłkarskich.

Od pastiszu do prestiżu

Początkowo całe przedsięwzięcie przypominało karykaturę sportowej rywalizacji. Niedożywieni, wykończeni harówką ponad ludzkie siły zawodnicy, potykali się o własne, bose nogi na kamienistym placu, przekształconym na szybko w imitację pola gry. Pod nosami co niektórych strażników więziennych rysowały się tylko ironiczne uśmiechy, gdy oglądali nieporadne ruchy pilnowanych przez nich mężczyzn. Osadzeni kompletnie nie zwracali na to uwagi. W końcu wywalczyli namiastkę normalności.  Krótkie chwile, które mogły ich oderwać od szarej codzienności i od myśli o niesprawiedliwości świata.

Dobre momenty trzeba pielęgnować, więc więźniowie skupiali swoje myśli na tym, jak udogodnić sobie to krótkie, cotygodniowe święto futbolu. Znalezione na wyspie drewno posłużyło do budowy bramek. Wkrótce pojawiły się w nich siatki, stworzone z wyrzuconych na brzeg sieci rybackich. Uporządkowano również plac gry, by jak najbardziej przypominał  piłkarskie boisko. Na nogach niektórych graczy pojawiło się obuwie, będące substytutem piłkarskich korków, stworzone ze starych gumowych sandałów, przez więźniów mających nieco pojęcia o sztuce szewskiej. Niebawem udało się także przeforsować prośbę, by pół godziny zamieniło się w regulaminowe 90 minut.

Co ciekawe wizyta Czerwonego Krzyża zaowocowała także powstaniem więziennej biblioteki. Wśród nielicznych książek, które znajdowały się na jej półkach, prym wiódł… oficjalny regulamin FIFA. Inna sprawa, że osadzeni równie chętnie sięgali po „Kapitał” Karola Marksa… Więźniowie, którzy najbardziej angażowali się w organizację spotkań piłkarskich, z namaszczeniem studiowali zawartość międzynarodowych reguł gry, by wewnątrzzakładowe mecze jak najwierniej przypominały starcia profesjonalistów.

Wkrótce powstała liga, którą tworzyło siedem stałych ekip: Rangers, Hotspurs, Dynamos, Bucks, Black Eagles, Gunners i Ditshitshidi. Każda z nich wyróżniała się nie tylko posiadaniem kadry zawodniczej i sztabu szkoleniowego. Zespoły posiadały nawet swoich działaczy. Pewną rewolucją było jednak dołączenie do ligi drużyny numer osiem. O ile siedem poprzednich zespołów łączył fakt, że były stworzone z członków tych samych frakcji politycznych, o tyle Manong FC pozwalał dołączyć do niego każdemu bez wyjątku. Prawdziwe zwycięstwo więziennej solidarności ponad partyjnymi podziałami.

Narodziny Makana FA

Liga wciąż się rozwijała. Powstał komitet sędziowski i komisja dyscyplinarna, przyznawano nagrody dla piłkarza sezonu, przeprowadzano transfery. Niebawem pozostałe siedem ekip poszło w ślady Manong FC i zniosło restrykcyjny system naboru do drużyny. Teraz każdy z więźniów mógł należeć do każdej drużyny. Oczywiście o ile prezentował odpowiednie umiejętności. Jeśli nie, mógł sprawować jedną z licznych funkcji administracyjnych lub pomocniczych. Całe przedsięwzięcie rozrosło się do takich rozmiarów, że postanowiono stworzyć więzienny związek piłkarski. Nazwano go Makana FA.

Skąd się wzięła ta nazwa? Od legendarnego wojownika i proroka imieniem Makana, pochodzącego z ludu Xhosa zamieszkującego Południową Afrykę. Żyjący na przełomie XVIII i XIX wieku Makana poprowadził wojska Xhosa do bitwy pod Grahamstown 22 kwietnia 1818 roku. Xhosa zostali jednak rozbici przez brytyjski garnizon wsparty tubylczym ludem Khoikho, a Makanę zesłano na Robben Island. Prorok-wojownik utonął w Boże Narodzenie 1820 roku w czasie próby ucieczki, którą podjął wraz z grupą około 30 jeńców. Podobno lud Xhosa wstrzymywał się przez blisko 50 lat z odprawieniem obrzędów pogrzebowych, gdyż cały czas wierzył, że prorok powróci i stanie na czele ich ludu.

Niemal półtora wieku po jego śmierci osadzeni z Robben Island wybrali go na patrona ich związku piłkarskiego, chociaż sam Makana nie mógł mieć zielonego pojęcia, czym jest futbol. Chodziło jednak o symbol niezłomności wobec aparatu represji, a pod tym względem jeden z przywódców ludu Xhosa był świetnym wyborem.

Makana FA przetrwało do połowy lat 70., cały czas starając się rozwijać podjętą inicjatywę. Drużyny rozrastały się do takich rozmiarów, że wkrótce trzeba je było dzielić na pierwszy zespół i ekipę rezerwową, a nawet rezerwy rezerw. Doszedł także dziewiąty zespół – Mphatlalatsane. Dzięki pomocy Czerwonego Krzyża piłkarze zostali wyposażeni w profesjonalny sprzęt. Stroje były szyte na zamówienie w szwalni w Kapsztadzie. Każda drużyna występowała w koszulkach, które sama zaprojektowała.

Niebawem nawet więzienny personel zaczął trzymać kciuki za ulubione drużyny, a piłkarscy pupile  strażników mogli liczyć na dodatkowe porcje jedzenia. Oschli i brutalni klawisze dzięki piłce nożnej zaczęli dostrzegać w osadzonych pierwiastek ludzki, którego wcześniej nawet nie chcieli widzieć…

Elity wykute w ferworze gry

Chociaż związek po kilku latach został zlikwidowany, to tradycja gry w piłkę nożną przetrwała na Wyspie Fok do końca istnienia zakładu penitencjarnego na Robbeneiland. Miejsce odosobnienia dla więźniów politycznych zostało zlikwidowane w 1991 roku, pięć lat później więzienie zostało całkowicie zamknięte. Dziś muzeum na Robben Island jest jedną z największych atrakcji dla turystów w czasie zwiedzania przez nich Kapsztadu i okolic.

Po upadku apartheidu wielu osadzonych zaangażowanych w istnienie Makana FA zaczęło piąć się po szczeblach politycznej kariery. Wśród nich były prezydent RPA Kgalema Mothlante, którego wiele osób wskazuje na jednego z najlepszych graczy w historii federacji. Dikgang Moseneke były sędzia trybunału konstytucyjnego w czasie pobytu na Wyspie Fok zasiadał w komisji dyscyplinarnej Makana FA. Natomiast inny z byłych prezydentów RPA Jacob Zuma sprawował w czasie więziennych rozgrywek funkcję arbitra, za co w 2009 roku otrzymał od FIFA certyfikat sędziego.

Sam Nelson Mandela był więźniem wysokiego ryzyka i nie mógł brać udziału w tym piłkarskim przedsięwzięciu. Wiele razy podkreślał jednak, że tumult i wiwaty, które co sobotę słyszał w swojej niewielkiej celi, dodawały mu sił i otuchy. Czuł, że nawet tak bezduszne miejsce jak Robben Island nie jest w stanie złamać ducha jego towarzyszy niedoli. Znamienne są słowa innego z więźniów Tokyo Sexwele:

Kiedy tu byliśmy, nadal staraliśmy się łamać zasady apartheidu, ale nie mogliśmy łamać regulaminu FIFA…

Rafał Gałązka

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s