W tym miejscu miał się ukazać kolejny tekst z cyklu „Loże rebelianckich szyderców”. Miał… Ale nie wyobrażam sobie, bym nie mógł oddać hołdu tragicznie zmarłemu Kobe Bryantowi. Dzisiejszy tekst będzie moim osobistym pożegnaniem z jednym z dziecięcych idoli. RIP Black Mamba.
This is England #2. Kevin Phillips – jedyny Anglik ze Złotym Butem
Kiedy myślimy o wielkich goleadorach Premier League z końca ubiegłego wieku, przed oczami mamy Alana Shearera, Andy Cole’a czy Michaela Owena. Większość z nas kibicuje klubom, które walczyły wówczas o najwyższe laury. Nie bez przypadku mówi się jednak, że na początku ery Premier League każdy klub miał w swoich szeregach co najmniej jedną wielką gwiazdę. Być może jest to stwierdzenie na wyrost, ale znajdziemy kilku zawodników, którzy zapadli w naszej pamięci z powodu swojej nieprzeciętnej gry w mocno przeciętnym klubie. Dla mnie kimś takim jest zwycięzca Złotego Buta z sezonu 1999/2000. Król strzelców ligi angielskiej w barwach Sunderlandu – Kevin Phillips.
Czytaj dalej „This is England #2. Kevin Phillips – jedyny Anglik ze Złotym Butem”
Loża rebelianckich szyderców #1
Co wy na to, żebyśmy w poniedziałki robili krótkie podsumowanie tygodnia? Nie? Za dużo już tego typu rzeczy jest w polskim internecie? I tak to zrobimy… Poniedziałek to najgorszy dzień tygodnia, więc pozwólcie nam wylać swoją żółć, nagromadzoną z powodu rosnącej frustracji. Też chcemy mieć coś od życia. Będziemy pisać tylko na temat piłki. Może nie znamy się na niej najlepiej… Ale chyba ciekawiej będzie poczytać nas niż słuchać narzekań kolegi, który w kąciku kawowym będzie Ci opowiadać, jak robił w niedzielę z teściem pół litra do rosołu? Przeżyjmy ten dzień wspólnie. No to jedziemy.
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: D. Wołowski „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu.”
„Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu”, to książka napisana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” – Dariusza Wołowskiego. Ukazała się tuż, przed Mistrzostwami Świata w 2014 roku. Ja sięgnąłem po nią dopiero przed tygodniem. I bardzo żałuję tego, że nie stało się to wcześniej, bo dawno nie czytałem tak ciekawej, wypełnionej anegdotami i przybliżającej historię futbolu pozycji. Jednak, żeby nie było tak cukierkowo, to napomknę tylko, że książka posiada także kilka pomniejszych wad. Zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami po lekturze tego dzieła.
Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: D. Wołowski „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu.””
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia”
Polski rynek książek sportowych składa się w 2/3 z biografii (nie znam dokładnych danych, strzelam). Dlatego każda pozycja, nie będąca historią znanego sportowca, tudzież nie opisująca historii jakiegoś klubu/reprezentacji, jest miłą odmianą. Z wielką ciekawością sięgnąłem więc po dzieło Stefana Szymańskiego i Simona Kupera. Miało ono stanowić książkową wersję filmu „Moneyball”, tylko lepszą, bo traktującą o ukochanej piłce nożnej, a nie o jakimś egzotycznym basseballu. Miało być wypełnione mnóstwem odkrywczych tez i ciekawostek. Czy faktycznie tak było? No niekoniecznie.
Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia””
Pasja z podwórek – fundament silnej piłki.
Narodowy model gry, wzorce szkoleniowe wprost z Holandii/Chorwacji/Belgii, nowoczesne systemy szkolenia, akademie piłkarskie z prawdziwego zdarzenia, boiska pod balonem, odpowiednia dieta, praca z psychologiem bla, bla, bla, bla, bla… Często słyszymy dyskusje o złotym środku, który ma uzdrowić rodzimy futbol. Piłkarscy eksperci prześcigają się w pomysłach, które powinniśmy zastosować, by poziom naszej ligi wzrósł chociaż odrobinę. Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”. Chcecie wiedzieć co moim zdaniem, powinno być źródłem silnej piłki na poziomie seniorskim? Dzieciaki grające na podwórku pod blokiem. Profesjonalizacja, każdego aspektu szkolenia młodego piłkarza jest ważna. Żeby wyszkolić dobrego zawodnika potrzebny jest odpowiedni sztab ludzi, którzy znają się na rzeczy. Potrzebne są te wszystkie wizje, uczenie młodego najdrobniejszych elementów jak: dieta, odpowiednie prowadzenie się itp. Moim skromnym zdaniem potrzebne jest jednak coś jeszcze. Silny korzeń, który nie pozwoli, by całe drzewo przewróciło się przy pierwszej lepszej wichurze. Pasja powinna pochodzić z podwórek. Podstawą sukcesu, jest zaszczepienie mody na futbol na ulicach. Młodzi powinni ją kopać dla przyjemności na podwórku, rywalizować w turniejach „dzikich drużyn”. Skoro piłka nożna to wg. wielu osób nasza dyscyplina narodowa, powinniśmy postarać się, by każdy od maleńkiego miał zaszczepiony pierwiastek futbolu. Żeby kształtować piłkarza, powinniśmy najpierw stworzyć odpowiedni narybek, by mieć z czego łowić. Żeby mieć z czego łowić, to powinniśmy promować piłkę tak, by dzieciak zamiast pada i konsoli oraz idiotycznych filmików na YT wybrał boisko. Czym skorupka za młodu nasiąknie…
Dzienniczek Kanoniera (6)
Za nami kolejny tydzień w czasie którego Arsenal rozegrał dwa spotkania. W ostatnich dniach mogliśmy się emocjonować ligowym starciem z Watford i meczem w ramach Carabao Cup z grającym na zapleczu Premier League Brentford. Obydwa mecze zakończyły się zwycięstwami Arsenalu, dzięki czemu przedłużyliśmy passę ligowych zwycięstw do pięciu a licząc pozostałem rozgrywki to była to kolejno szósta i siódma wygrana „Armatek”. Postawa „Kanonierów” cieszy coraz bardziej i mimo wielu niedociągnięć w grze zespołu, mamy podstawy by się cieszyć i być optymistami.
Rozgrywki Carabao Cup kryją pod swoją tajemniczą nazwą nic innego jak stary, poczciwy Puchar Ligi. Jak wiadomo są to rozgrywki, które przez większość czołowych klubów traktowane są po macoszemu i służą bardziej jako poligon doświadczalny dla graczy z drugiego garnituru. Mało która drużyna traktuje te rozgrywki priorytetowo. W czasach terminarza przeładowanego meczami do granic możliwości jest on raczej dokuczliwym obowiązkiem aniżeli szansą na odniesienie sukcesu. Oczywiście trofeum to trofeum i lepiej je mieć w gablocie niż nie mieć ale ewentualny brak triumfu w Carabao Cup nikomu nie spędzi snu z powiek. Większą wagę kluby będą do niego przywiązywać w końcowej fazie – szczególnie te, które już w połowie sezonu zmniejszą swoje szanse na sięgnięcie po jakiś poważniejszy puchar. Nam na pierwszy ogień rzucono wspomniany wyżej Brentford. Popularne „Pszczoły” nieźle radzą sobie na początku sezonu w Championship. W tym momencie zajmują 6 pozycję w ligowej tabeli. W ich składzie ciężko jednak poszukać jakieś bardziej znane nazwisko. Największą gwiazdą jest chyba obrońca Henrik Dalsgaard, który latem razem z reprezetacją Danii walczył na rosyjskim Mundialu. Kibicom „Kanonierów” w oczy mogło się także rzucić nazwisko Yennaris. Posiadający chińskie korzenie 25 latek jest wychowankiem akademii Arsenalu. Nasz zespół reprezentował do 2014 roku ale zaliczył tylko jeden ligowy występ. Szczerze mówiąc doskonale go pamiętam, bo Arsene Wenger postanowił go desygnować do gry w starciu z Manchesterem United. Zmienił wówczas kontuzjowanego Johana Djourou. Przegraliśmy wówczas 2-1 a było to w styczniu 2012 roku. Poza tym wystąpił w kilku meczach FA Cup i Pucharu Ligi. Wróćmy jednak do starcia z Brentford. Wszystko rozpoczęło się zgodnie z planem i już w 5 minucie prowadziliśmy 1-0 za sprawą Danny’ego Welbecka. Pierwsza połowa była strasznie monotonna i nudna. Działo się nie wiele. Gdyby nie wspomniany Welbz to można powiedzieć, że spotkanie mogłoby służyć za doskonały środek nasenny. Danny pod koniec pierwszej połowy podwyższył wynik na 2-0 po dobrej akcji Iwobiego i Monreala. Hiszpan wystawił reprezentantowi Anglii piłkę do pustaka. Wydawało się, że w tym meczu nie wydarzy się już nic ciekawego i Arsenal najmniejszym nakładem sił przebrnie przez trzecią rundę. Znów w bramce nudził sie jak mops Bernd Leno. Ale do czasu. Zawodnicy Brentford uznali chyba w przerwie meczu, że i tak nie mają już nic do stracenia a odważne ataki od początku drugiej połowy mogą zaskoczyć grający na pół gwizdka Arsenal. Bardzo aktywny w szeregach gości był Irlandczyk Alan Judge, który przejawiał największą ochotę do gry. To właśnie on zdobył w 58 minucie gry bramkę kontaktową. Doskonale przymierzył z rzutu wolnego i pokonał Bernda Leno strzałem z około 20 metrów. Nie jestem pewien czy Niemiec nie mógł się ustawić troszeczkę lepiej przy tym uderzeniu. Ale nie zrzucałbym całej winy na jego karb, bo trzeba oddać Judge’owi, że przymierzył doskonale. W szeregach Arsenalu nastąpił pewna konsternacja a „Pszczoły” zwęszyły szansę na ugranie niezłego wyniku na Emirates. Kilka razy kotłowało się pod bramką gospodarzy, chociaż nie można powiedzieć by Brentford stworzyło sobie jakąś stuprocentową okazję. Arsenal za to nie potrafił sklecić żadnej konkretnej akcji. Znów sporo chaosu było w szeregach obronnych „Armatek” ale to już się chyba nie zmieni, póki nie wzmocnimy tej formacji jakimś konkretnym transferem. Chodzi szczególnie o środek. Mustafi i Holding popełniają masę błędów a nasz najlepszy stoper – Sokratis – nabawił się urazu. Strach pomyśleć jeśli … tfu, tfu … kontuzję złapałby jeszcze Niemiec. Kim wówczas załatamy tą dziurę? Magazynierem? Sprzątaczką? Na rynku jest z kartą na ręku Gary Cahill, ale jemu najbliżej do West Bromu. Uważam, że były reprezentant Anglii byłby dobrą opcja tymczasową. Taką na załatanie dziury na terez, do zimy i ewentualne zabezpieczenie się. Brentford na szczęście nie potrafił wykorzystać chaosu panującego w tyłach Arsenalu. Leno miał na pewno więcej pracy niż w spotkaniu z Worskłą i ogólnie „Pszczoły” zaprezentowały się z lepszej strony niż zespół z Ukrainy. A może to „Kanonierzy” zagrali gorzej? Na szczęście w końcówce meczu nerwy ukoił wprowadzony chwilę wcześniej Lacazette, podwyższając na 3:1. Dla mnie jednak najlepiej w naszych szeregach zaprezentował się Welbeck. Welbz prezentuje się na początku sezonu wyśmienicie i stanowi świetną alternatywę dla Lacazette i grającego słabo Auby. Jest takim trochę Danielem Sturridgem z Liverpoolu. Niby dopiero opcja nr. 3 ale potrafiąca wnieść sporo dobrego. Idealny facet na rozbijanie defensyw w LE i Carabao Cup, gdzie warto oszczędzać siły tych najlepszych. Chociaż patrząc na dyspozycję Auby i Welbza to zaczynam się zastanawiać, który z nich to ten lepszy.
Mecz z Watford był pierwszym w tym sezonie, którego nie udało mi się obejrzeć w całości. Pierwszą połowę spędziłem oglądając mecz mojego lokalnego LKS Dąb Barcin w A-klasie. Futbol lokalny zawsze znaczył dla mnie wiele w myśl zasady „Support your local football team”. Lokalny patriotyzm to podstawa :). Zdążyłem na drugą połowę, którą też obejrzałem tylko obszernymi fragmentami bo musiałem skakać po kanałach, gdyż mój ojciec, fanatyk Ekstraklasy musiał wiedzieć co się dzieje w meczu Piasta Gliwice i Górnika Zabrze :). Opieram więc swą wiedzę w dużej mierze na przeczytanych relacjach i obejrzeniu fragmentów w internecie. Nie będę zatem się jakoś szczególnie wymądrzał. Nie chcę być tutaj chamski ale kontuzja Petra Cecha nie do końca mnie martwi. Tzn. nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście każdy uraz „Kanoniera” jest dla mnie zmartwieniem i życzę jak najszybszego dojścia do pełni zdrowia ale nadarza się doskonała okazja by Bernd Leno wykorzystał swoje 5 minut i wskoczył pomiędzy słupki na stałe. Jak wiecie nie jestem wielkim entuzjastą występów Czecha. Był wspaniałym golkiperem, jednym z najlepszych na świecie ale jego 5 minut już chyba minęło. Poza tym jeśli Emery chce nadal opierać swoją grę na wykorzystywaniu bramkarza, który musi dobrze operować w grze nogami, no to sorry ale nie Peter. Dodatkowo Leno został jednym z bohaterów meczu z Watford. Meczu piekielnie ciężkiego, co pokazują nawet statystyki i większa ilość strzałów oddanych przez „Szerszenie”. Zresztą kto widział ten wie. Mogliśmy przerżnąć z kretesem. Szybcy gracze ofensywni Watford z łatwością potrafili się urwać naszym defensorom. Mieliśmy sporo szczęścia, że nie wykorzystali żadnej z okazji, które sobie wypracowali. Szczęścia pod bramką Bena Fostera nie miał też Lacazette. Ta piłkarska fortuna uśmiecha się jednak szeroko do graczy Emery’ego na początku sezonu. Tego co nie wykorzystał Francuz pomógł mu odzyskać Craig Cathcart, który pechowo skierował piłkę do swojej bramki. Chwilę później na 2-0 podwyższył Oezil i było pozamiatane. Arsenal momentami męczy swoją grą. Męczy zarówno siebie jak i oko kibca ale potrafi w ciągu 90 minut zagrać łącznie 5 dobrych minut i wykorzystać je do maksimum. Mamy sporo szczęścia. Słabą obronę, luki w składzie, krótką ławkę. Ale Emery wyciska póki co potencjał „Kanonierów” na 110%. Naprawdę, póki co możemy być mega zadowoleni z wyników.
Na koniec mała prośba do wszystkich tych kibiców, którzy narzekają na brzydką grę i w ogóle są mega nizadowoleni z postawy Arsenalu. Zrozumcie, Emery nie jest cudotwórcą. Nie będziemy Barceloną po dwóch tygodniach (zresztą obecną Barceloną wcale bym nie chciał być). Potrzeba czasu by to wszystko się zazębiło a jak narazie osiągamy super wyniki w porównaniu do naszego potencjału i stylu gry. Przegraliśmy tylko z City, które znów zamiata ligę i pechowo na Stamford a Chelsea pod wodzą Sarriego też gra świetnie. Zastanówcie się nad tym i dajcie czas oraz wsparcie zespołowi. Wszystko będzie dobrze. Cierpliwości 🙂
Dzienniczek Kanoniera (5)
W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję obejrzeć dwa mecze naszego ukochanego Arsenalu. W czwartkowy wieczór „Kanonierzy” zainaugurowali rozgrywki Ligi Europy a wczoraj rozegrali mecz w ramach 6 kolejki Premier League. Obydwa te spotkania rozegrano na Emirates Stadium, obydwa okazały się zwycięskie. Dzięki temu seria zwycięstw Arsenalu wzrosła do pięciu. Taka postawa podopiecznych Emery’ego cieszy ale do stanów euforycznych jeszcze nam trochę brakuje. W grze „Armatek” można zobaczyć wiele dobrego ale momentami ich postawa na boisku powoduje zgrzytanie zębami. Ale po kolei…
Liga Europy nazywana jest pucharem pocieszenia. Wiele klubów, szczególnie tych z bogatszych lig, traktuje ją po macoszemu. Wielu piłkarzy neguje jej wartość. Cóż, grają w niej zespoły, które okazały się zbyt słabe na występy w Lidze Mistrzów. Te, które nia dały rady zmieścić się w czołówce najlepszych europejskich lig i wielu „kopciuszków” z peryferii europejskiej piłki. Szkoda, że w drugiej lidze Starego Kontynentu brakuje choćby jednego miejsca dla drużyny z Polski. No ale ja nie o tym. Dla zespołu takiego jak Arsenal występy w fazie grupowej Ligi Europy to takie troszeczkę zło konieczne. Rywale niezbyt medialni, którzy nie przyciągną na stadion zbyt wielu fanów, czego dowód mieliśmy w czwartkowy wieczór. Co za tym idzie zyski z dnia meczowego niewielkie. Poziom sportowy tych drużyn też nie może nam zagwarantować dobrego widowiska. Plusem jest to, że mamy rozgrywki w których mogą się zapezentować piłkarze drugiego garnituru. Tak też było w spotkaniu z Worskłą Połtawa. Na boisku mogliśmy ujrzeć choćby Mohameda Elneny czy Roba Holdinga, którzy nie mieli jeszcze okazji pokazać nam się w lidze. Mnie osobiście najbardziej interesował występ Bernda Leno, który w końcu dostał szansę debiutu w bramce. Sam mecz? Tak jak mówiłem – na trybunach Emirates duża ilość pustych krzesełek. Początek meczu niemrawy. Oczywiście piłka znajdowała się głównie w posiadaniu Arsenalu ale nie wiele z tego wynikało. „Kanonierzy” starali się zawiązywać jakieś składne akcje ale często brakowało jakości, ciężko im było złapać odpowiedni rytm. Na szczęście umiejętności rywala nie pozwalały im na skuteczne kontrowanie naszego zespołu. Wszak Worskła to na chwilę obecną dopiero 5 zespół ligi ukraińskiej, która po zawirowaniach wojennych u naszych wschodnich sąsiadów mocno straciła na jakości. Ciężko nam było sobie wyobrazić by przyjezdni potrafili nawiązać równorzędną walkę z „Armatkami”. Tak też było ale zanim Arsenal wrzucił odpowiedni bieg i zaczął cieszyć nasze oko widowiskową grą mieliśmy jakieś 30 minut piłkarskiego paszkwila. Zasieki obronne rywala zostały przełamane w 32 minucie. Arsenal wyprowadził wzorową kontrę. Piłkę w naszym polu karnym odzyskał Michitarjan, szybkim podaniem uruchomił Iwobiego, ten zauważył na drugim skrzydle niepilnowanego Aubameyanga a Gabończyk na wślizgu posłał piłkę obok bezradnego Bogdana Shusta. Cała ta akcja – palce lizać. Szczególnie spodobała mi się trzeźwa postawa Miki, który rozpoczął całą tą akcję. Momentalnie wykorzystał błąd Ukraińca i z własnego pola karnego, dobrym podaniem uruchomił na skrzydle Iwobiego, który zaabsorbował uwagę defensorów rywala. Pozostawiony samopas Auba dopełnił formalności. Ciężko powiedzieć czy stracona bramka zadziałała tak demobilizująco na graczy Worskły czy otwarcie wyniku napędziło Arsenal ale od tego momentu przez większą część spotkania był to teatr jednego aktora. Aktora w postaci dziesięciu graczy „Kanonierów”. Leno nie liczę bo on wynudził się jak mops. Przed przerwą mieliśmy jeszcze słupek Auby i kąśliwy strzał Torreiry z wolnego. A propos Urugwajczyka to muszę zaznaczyć, że jego nieustępliwość i poświęcenie w grze powoduje, że powoli staję się jego wielkim fanem.
Mamy swojego N’golo Kante :). Uwielbiam Cię mały skubańcu. Początek drugiej połowy to dalszy trening strzelecki Arsenalu. Bramka Welbecka po wrzutce Miki, bramka Auby z dystansu po uprzednim wkręceniu w ziemię obrońcy. Wszystko to przeplatane licznymi sytuacjami, które nie zostały wykorzystane. Absolutna dominacja. Dzieła zniszczenia dopełnił Oezil i gdy zastanawialiśmy się ile jeszcze goli zdobędą „Kanonierzy” stała się rzecz, której nikt z nas się nie spodziewał. Worskła zdobyła dwie bramki. Najpierw w polu karnym fatalnie dał się ograć Lichtsteiner i Chesnakov nie dał szans Leno a w ostatniej akcji meczu Sharpar uderzył ze skraju pola karnego i Niemiec wyciągał piłkę z siatki po raz drugi. Dwa kompletnie niepotrzebne gole, które zamazują obraz widowiska. 4-0 byłoby bardziej adekwatne do tego co miało miejsce na murawie. Worskła długimi fragmentami nie istniała. Te dwie bramki to efekt dwóch jedynych akcji, które udało im się stworzyć. Brawa za skuteczność, brawa za walkę. Szkoda Leno, którego nie można winić za utratę tych goli a który nie miał innych okazji by udowodnić swoją przydatność. Nie ma jednak co narzekać. Są trzy punkty, był dobry trening strzelecki. Zrobiliśmy swoje. A czy mecz skończył się 4-0 czy 4-2? Myślę, że nie ma to aż takiego znaczenia. Tak właśnie powinny wyglądać czwartki z LE. Robimy swoje bawiąc się przy tym na murawie, bez utraty zbędnych sił. Myślę, że nawet Sporting nie będzie w stanie nam zagrozić. Może urwie nam punkty u siebie ale też nie stawiałbym na to wielkich pieniędzy.
Oglądając pierwszą połowę wczorajszego starcia z Evertonem miałem wrażenie, że przeżywam deja vu sprzed tygodnia. No, może nie do końca. Bo Newcastle nie stwarzało większego zagrożenia a The Toffees mieli konkretne okazje. Już w jednej z pierwszych akcji meczu mógł nas pogrążyć Calvert-Lewin. Na szczęście Cech popisał się swoim doświadczeniem i skutecznie wyczekał rywala. Rzadko chwalę naszego golkipera ale wczoraj zaliczył chyba swój najlepszy mecz w sezonie. Może nie miał jakichś mega trudnych sytuacji do wybronienia ale był bardzo pewny w swoich interwencjach no i jednak kilkukrotnie rywale sprawdzili jego czujność. Wybronił sam na sam z Walcottem, rzut wolny Digne i strzały Richarlisona. Szczególnie Brazylijczyk stanowił spore zagrożenie i kilkukrotnie urywał się obrońcom. Facetowi wystarczy zostawić troche wolnego miejsca a napędzi się na tyle, że na kilku metrach potrafi odstawić cię na spory dystans. Przekonał się o tym chociażby Bellerin. Generalnie jest to już kolejny mecz Arsenalu w którym zaczynamy strasznie niemrawo i pozwalamy na samym początku przejmować inicjatywę rywalowi. Trochę tak jakbyśmy wychodzili na murawę po krótkiej drzemce i nie do końca się jeszcze obudzili. Dopiero w przerwie walimy w szatni podwójne espresso. I to jest też pewna prawidłowość. Drugie połowy są zawsze w naszym wykonaniu lepsze od pierwszych. Nie sądze by był to celowy zabieg Emery’ego i byśmy mieli… nie wiem… uśpić rywala? To byłoby raczej ryzykowne. W końcu pojawi się ktoś, kto w tych pierwszych minutach usadzi nas na tyłkach. Tak jak zrobiła to Chelsea na Stamford. Mecz z Evertonem rozstrzygnęliśmy w 3 minuty. Najpierw genialny strzał Lacazette, który huknął mimo asysty obrońcy i piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka by wpaść do siatki. Pickford bez szans. Chwilę później trójkowa akcja Oezil-Ramsey-Aubameyang. DNA Arsenalu, świetne rozegranie, Auba umieszcza piłkę po raz drugi w siatce i wszystko byłoby pięknie … gdyby nie to, że Gabończyk był na jakimś półmetrowym spalonym i sędzia boczny miał obowiązek to zauważyć. Nie mam pojęcia jak można było uznać tą bramkę. Co kolejkę angielscy sędziowie robią jakieś jaja. VAR jest potrzebny tej lidze jak tlen. Na chwilę obecną poziom sędziowania to siódmy sort kubańskich pomarańczy. Tym, że boczny nie podniósł chorągiewki zaskoczony był chyba nawet Oezil, który początkowo nawet nie cieszył się z bramki tylko z niedowierzaniem spojrzał na gościa biegającego na lini. Cóż, niezdarność arbitrów jest tragedią jednych a szczęściem drugich. Tym razem piłkarscy bogowie byli po naszej stronie. Utrata drugiej bramki kompletnie podcięła skrzydła Evertonowi. Nasi rywale nie przejawiali już większej ochoty do gry i chyba nie za bardzo wierzyli w końcowy sukces, przez co na spokojnie mogliśmy kontrolować mecz do końca. Kolejna wygrana, kolejne trzy punkty w dorobku. Jesteśmy na szóstej pozycji w tabeli tuż za plecami Spurs. Za tydzień kolejne domowe spotkanie. Tym razem naszym przeciwnikiem będzie rewelacja początku sezonu – Watford. „Szerszenie” troszeczke spuściły z tonu w porównaniu z tym co prezentowali w pierwszych kolejkach. My nabieramy rozpędu. Cel jest prosty. Musimy dopisać kolejne trzy punkty. Ciekaw tylko jestem co ze zdrowiem Sokratisa, który wczoraj przedwcześnie opuścił Emirates. Jak dotąd to był nasz najlepszy defensor i jego strata byłaby zapewne mocno odczuwalna chociaż Holding zagrał w ubiegłym tygodniu dwa razy poprawne zawody. Cóż, czekamy na kolejny weekend i kolejne emocje. COYG.
Dzienniczek Kanoniera (4)
5 kolejek Premier League za nami. Po dwóch porażkach Arsenal – mam nadzieję – wskoczył w końcu na właściwe tory i zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu w tym drugie na wyjeździe. W przeciągu dwóch tygodni ekipa Emery’ego wygrała więcej ligowych wyjazdów niż przez resztę roku kalendarzowego. Ale żeby nie było tak różowo, to powiedzmy sobie szczerze – pierwsza połowa spotkania z Newcastle była drogą przez mękę.
Mecz z drużyną Rafy Beniteza miał dwie odsłony. „Kanonierzy” przypominali w tym meczu Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Pierwsza połowa była tym, do czego już w wielu spotkaniach ligowych przyzwyczaiły nas „Armatki”. Męczeniem buły, brakiem wizji gry, brakiem polotu i finezji. Nasi piłkarze kompletnie nie mieli pomysłu jak zagrozić dobrze zorganizowanemu przeciwnikowi. Newcastle przejawiało o wiele większą chęć do gry. Nie starczało im jednak umiejętności by poważniej zagrozić Petrowi Cechowi. Cechowi, który po raz kolejny popełniał błędy, gdy był zmuszony grać nogami. Nasz bramkarz momentami sam stanowi dla siebie największe zagrożenie. Zauważyli to już nawet kibice naszych rywali. Na St. James Park, każdy moment, gdy Czech miał piłkę przy nodze po podaniu od kolegi kończył się żywiołową reakcją publiki, która chciała zdeprymować golkipera. Na szczęście jak do tej pory opatrzność czuwa nad Petrem i suma summarum, żaden z jego „baboli” nie miał większych konsekwencji.
Właściwie o pierwszej połowie możemy jedynie powiedzieć, że się odbyła. Realizatorom, którzy musieli utworzyć skrót z tego wydarzenia można tylko współczuć. Znalezienie fragmetów, które zaciekawiłyby widza musiało być nie lada wyzwaniem.
Nie wierzę w to, że Unai Emery zafundował swoim graczon „suszarę” w przerwie meczu. Jakoś nie pasuje mi to do tego menadżer. Fakt jest jednak taki, że gra Arsenalu w drugiej połowie kompletnie się zmieniła. Być może padło w szatni legendarne „kilka męskich słów” a być może źle oceniam Hiszpana i ten odbył ze swoimi piłkarzami pogadankę a’la Alex Ferguson? Ciężko powiedzieć. Dodam tylko tyle, że druga odsłona meczu z Newcastle to było to, co chciałbym oglądać w wykonaniu „Kanonierów” zawsze. Może nie były to jakieś wielkie, techniczne fajerwerki. Nie była to brazyliana, futbol totalny czy tiki-taka. Była to rozsądna gra i pełna kontrola nad słabszym przeciwnikiem. Tak powinien wyglądać każdy mecz „Kanonierów” w meczach z drużynami z dolnych rejonów tabeli.
Wystarczyły niespełna cztery minuty i Granit Xhaka pokazał to, za co fani Arsenalu kochają go najbardziej. Atomowe uderzenie z rzutu wolnego. Dubravka kompletnie bez szans. Z pewnością szybko zdobyty gol pozwolił na spokojniejszą grę. No ale chyba tego powinniśmy oczekiwać w takich meczach? Dążenia do jak najszybszego objęcia prowadzenia a potem już staramy się kontrolować przebieg gry. Zdaję sobie sprawę, że łatwo się mówi ale na St. James Park wyszło to znakomicie w drugiej połowie. Newcastle musiało się odkryć i po kilku minutach otrzymało kolejnego „sztycha”. Rozochocony Xhaka wjechał w boczny sektor rywala, posłał mocną, płaską piłkę w pole karne, Lacazette został zblokowany ale piłka wpadła pod nogi Oezila. Niemiec niczy John Higgins lub Ronnie O’Sulivan, spokojnie uderzył piłkę, która wyminęła obronę gospodarzy, meandrując niczym snookerowa bila przed wpadnięciem do łuzy. Strzał nie był silny ale diabelnie precyzyjny choć nie wiem czy Martin Dubravka nie mógł zrobić więcej przy tym strzale. Słowak był jednak zasłonięty przez własnych obrońców, którzy prawdopodobnie ograniczali mu widoczność. Od początku drugiej połowy mogliśmy też oglądać na boisku Lucasa Torreirę, który po raz kolejny zmienił Matteo Guendouziego. Czy cierpliwość Emery’ego do młodego Francuza w końcu się skończyła? Czy w następnej kolejce od początku meczu ujrzymy właśnie reprezentanta Urugwaju? Osobiście bardzo bym sobie tego życzył. Arsenal grał spokojnie. Od czasu do czasu tworzył sobie dobre okazje jak ta gdy Aubameyang strzelił obok słupka. Gabończyk znowu nie zachwycił, za to po raz kolejny o wiele większą chęć do gry przejawiał Lacazette. To on wymanewrował obrońców i wyłożył Aubie piłkę. Tamta akcja powinna zakończyć się golem. Czy możliwe jest odwrócenie scenariusza z pierwszych kolejek? Auba powędruje na ławkę a Laca pozostanie w podstawie? Wątpliwa sprawa. Ten duet potrafi dać coś ekstra od siebie i trzymanie ich na boisku powinno często owocować stwarzaniem sobie dogodnych sytuacji. Szczególnie, że coraz częście zdarzają się fragmenty, gdy widać pomiędzy nimi ewidentną chemię. Żeby nie było tak różowo to w doliczonym czasie gry straciliśmy gola na 1-2. Ciaran Clark wykorzystał dobrą centrę Federico Fernandeza i głową skierował futbolówkę do bramki. Znów wiele możemy zarzucić naszym obrońcom. Nacho nie zablokował centry, Mustafi był zbyt daleko od Clarka i źle obliczył tor lotu piłki a Bellerin dopiero wracał za akcją. Nie winił bym jedynie Sokratisa, który zresztą był chyba naszym najsolidniejszym defensorem w tym meczu. A na pewno solidniejszym z duetu stoperów. Shkodran już w pierwszej połowie zaliczył „obcinki”, które na nasze szczęście nie zostały wykorzystane przez rywala. Z silniejszymi zespołami takie błędy nie przejdą.
Cieszy wygrana. Cieszy solidna druga połowa. Oby był to zalążek początku dobrej gry i ta druga część meczu wyznaczała trend za którym podąży nasz zespół. Cieszą trzy wygrane z rzędu ale nie możemy zapominać, że te zwycięstwa to wiktorie nad 16., 17. i 19. zespołem w tabeli Premier League. Wiadomo, stare porzekadło mówi, że: „Mistrzostwo zapewnia się zwycięstwami w meczach z dołem tabeli a nie z top six.” W naszym wypadku o mistrzostwie nie ma mowy ale żeby zająć satysfakcjonujące nas miejsce, to takie zwycięstwa też trzeba zaliczać. Czas na domowy mecz z Evertonem. „The Toffees” niezbyt udanie zaczęli kampanię ligową. Zaledwie jedna wygrana, trzy remisy a wczoraj porażka z West Hamem u siebie. Cel może być tylko jeden. Zwycięstwo w niedzielę.
Zapraszam na moje Social Media:
Dzienniczek Kanoniera (3)
Pierwsza wyjazdowa wygrana w tym sezonie, druga w tym roku kalendarzowym (licząc samą ligę). Wygrana w Cardiff na pewno cieszy. Końcówka ery Wengera nie rozpieszczała fanów jeśli chodzi o starcia na obcych stadionach. Emery również zaczął od przegranej na Stamford Bridge. W poprzednią niedzielę na szczęście zaliczył już swoją dziewiczą wygraną na terenie rywala. Przyszło mu czekać zaledwie dwa spotkania. Katowani w tym roku nieudolnością Kanonierów – gdy ci występowali w roli gości – fani, mogą odetchnąć z ulgą. Tymbardziej, że zwycięstwo w Walii nie przyszło ich pupilom łatwo. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że podopieczni Neila Warnocka zasłużyli na zatrzymanie choćby punktu.
W zeszłym roku z ligą pożegnało się Swensea. Jako, że liczba walijskich klubów w Premier League musi się zgadzać to ich miejsce zajęła ekipa ze stolicy tego kraju ;). Awans „Bluebirds” był lekkim zaskoczeniem, wyprzedzili kilka innych faworyzowanych zespołów. Cardiff miało już okazję występować w Premier League. Gościli w niej w sezonie 2013/14, jednak ich przygoda szybko się skończyła. Już po roku zostali zdegradowani do Championship. Wielu ekspertów sądzi, że ten sezon skończy się dla Walijczyków tak samo. Jak drużyna Warnocka zaczęła sezon? Porażka na wyjeździe z Bournemouth a następnie dwa bezbramkowe remisy, kolejno z – Newcastle i Huddersfield. Bilan bramkowy po trzech meczach to zaledwie 0:2. Dzięki tym szczątkowym informacją, mogliśmy stwierdzić, że o ile Cardiff nieźle broni się jak na beniaminka to w grze ofensywnej mają nie lada kłopoty. Na początku sezonu w ich zespole najbardziej błysnął bramkarz – Neil Etheridge. Reprezentant Filipin obronił dwa rzuty karne. Cóż, przed starciem z Cardiff znów miałem nadzieję, że scenariusz spotkania ułoży się w ten sposób, że to „Armatki” będą stroną dominującą a „Bluebirds” zerwą się z łańcuch może z 2-3 razy przez cały mecz. Niestety, tak samo jak w czasie meczu z West Ham gorzko się rozczarowałem.
Początek spotkania potwierdził, że Petr Cech nadal jest podłączony do prądu. Drżę w każdeym momencie, gdy obrońcy odgrywają do niego piłkę. Wystarczy nacisk ze strony napastnika rywali i Petr staje się tykającą bombą. Jeśli to będzie nadal tak wyglądać to kwestią czasu jest aż jakiś bystry napadzior z przeciwnej drużyny wykorzysta tą niepewność Czecha. Póki co Emery uparcie stawia na doświadczonego golkipera i nakazuje mu rozgrywanie piłki od tyłu. Przypomina mi to trochę sytuację z Guardiolą, który przejmując Manchester City także nakazywał swojemu bramkarzowi być ostatnim stoperem i pierwszym rozgrywającym. Joe Hart i Claudio Bravo musieli zapłacić za to frycowe. Sporo nerwów natracił zapewne też sam Pep zanim pozyskał Edersona, który w końcu spełnia jego oczekiwania. Różnica pomiędzy Kanonierami a City jest taka, że blok obronny „Obywateli” bardzo rzadko dopuszcza rywali pod swoje pole karne. Ederson w czasie spotkania bardzo często nudzi się jak mops a piłkę przy nodze najczęściej ma wtedy, gdy któryś z defensorów postanowi rozegrać akcję od tyłu i wykorzystać Brazylijczyka do podania zwrotnego. Niestety naszej linii obronnej obecnie bliżej jest do tego co jeszcze nie tak dawno prezentowali obrońcy Liverpool’u dopóki Klopp nie znalazł optymalnego dla nich ustawienia. To wiąże się z tym, że Cech będzie miał zdecydowanie więcej pracy w czasie spotkań od wspomnianego Edersona i osobiście pragnąłbym, żeby jego gra póki co była bardziej asekurancka i wiązała się z długą lagą. Przynajmniej póki Petr nie nauczy się lepiej operować nogami. Czech jest jednak w takim wieku, że bliżej mu do piłkarskiej emerytury aniżeli uczenia się nowych zachowań. Jestem niezmiernie ciekaw jak w spotkaniach Ligi Europy będzie się spisywał Bernd Leno. Bo tego, że w europejskich pucharach swoją szansę między słupkami otrzyma Niemiec możemy być niemal pewni. Powróćmy jednak na murawę w Cardiff. To, że nie przegrywaliśmy już na samym początku spotkania było zasługą niebywałego farta, bo Cech wystawił Harry’emu Arterowi „patelnię” i gdyby w miejsce Irlandczyka pojawił się bardziej wytrawny snajper to nic by nas nie uratowało. A tak mieliśmy tylko potwierdzenie tezy o beznadziejnej skuteczności graczy ze stolicy Walii … do czasu. Gra nam się znów nie kleiła. Wiadomym było, że Cardiff odda nam piłkę i zmusi nas do tego byśmy to my się przejmowali tym, co z nią zrobić. Niestety, mam wrażenie, że momentami piłka przy nodze nam przeszkadza i brakuje pomysłów na jej skuteczne rozegranie. Ostatni Mundial pokazał jednak, że kluczem do skutecznej gry mogą być stałe fragmenty gry. Tak też Mustafi urwał się przy rzucie rożnym obrońcom Cardiff i gwoździem a’la Szarmach wbił futbolówkę do bramki bezradnego Etheridge’a. Prowadzenie już w 11 minucie gry? Super, czas przejąć panowanie na boisku i nie pozwolić powąchać Cardiff piłki. No niestety, może kiedyś tak… Wróćmy jeszcze na moment do pierwszej bramki i… „cieszynki” duetu Xhaka – Mustafi odpowiedzialnego za pierwszego gola. Co mogli pokazać ci dwaj wymienieni wyżej jegomoście? No oczywiście, że gest „dwugłowego orła” symbolizujący ich „ojczyznę” Albanię. Gest rozsławiony przez Xhakę i Shaquiriego na rosyjskim Mundialu, gdy owym gestem prowokowali serbskich kibiców. Wówczas to zachowanie reprezentantów Szwajcarii było ze wszechmiar nieodpowiedzialne, gdyż taka prowokacja mogła zakończyć się zamieszkami. Niedzielna „cieszynka” nie mogła doprowadzić aż do takiej temperatury wrzenia i kompletnie nie rozumiem skąd jakiekolwiek dywagacje w mediach o ukaraniu duetu zawodników. Niemniej jednak owy manifest radości jest jak dla mnie absurdalny. Najlepszym wyrazem miłości do swojej ojczyzny byłaby chęć reprezentowania jej barw na arenie międzynarodowej. Jak doskonale wszyscy wiemy Mustafi gra dla Niemiec a Xhaka dla Szwajcarii. Żaden z nich nie zdecydował się reprezentować Albanii. Jeszcze nie dawno Granit miał okazję by zmienić barwy narodowe i zagrać dla nowo utworzonej kadry Kosowa. Cóż, czyżby miłość do ojczyzny była jednak słabsza aniżeli pragmatyzm nakazujący grać w silniejszym zespole? Widocznie. Znowu odbiegłem od tematu. Wróćmy na boisko. Tam toczył się wyrównany bój. Junior Hoilett szalał na lewym skrzydle a Bobby Reid był bliski strzelenia gola efektowną przewrotką. My odpowiedzieliśmy strzałami Xhaki i Monreala. Niecelnymi. Lacazette, który znów bardzo się starał ale z różnym skutkiem, obił rywalom słupek a Auba nie zdążył dobić tego strzału. „Bluebirds” coraz śmielej poczynali sobie za to w polu karnym Cecha. Coraz bardziej utwierdzli jednak swoich kibicóww przekonaniu, że przydałby im się solidny trening strzelecki. Skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Taka mnogość okazji musiała się jednak skończyć przełamaniem ze strony rywala. Arsenal został skarcony golem do szatni. Bellerin na alibi krył Bennetta, ten miał wystarczająco dużo miejsca by dośrodkować, Camarasa sprytnym balansem ciała zwiódł Monreala i umieścił piłkę w siatce. Do przerwy 1-1. Rozochoceni rywale uwierzyli w możliwość osiągnięcia korzystnego rezultatu widząc tak zagubioną linię obronną gości. Na szczęście Cardiff nie dysponuje w ataku wirtuozami futbolu. W 63 minucie świetną akcją popisało się trio Oezil-Laca-Auba. Piętka Francuza do Gabończyka a ten pięknym, mierzonym strzałem w długi róg otworzył swoje konto bramkowe w tym sezonie. Osiem minut później mieliśmy już jednak remis. Morrison panował w tym meczu w przestworzach, wygrywał praktycznie wszystkie główki. Odegrał w polu karnym do Warda a ten także głową uderzył w wewnętrzną część słupka a piłka wturlała się do bramki. Neil Warnock szalał przy lini bocznej, szalała też publiczność. Zapewne wierzyli że przy odrobinie szczęścia mogą zachować nawet pełną pulę punktów. Na szczęście mamy w swoim zespole zawodników takich jak Lacazette, którzy jednym uderzeniem potrafią zmieniać bieg wydarzeń. Mocnym strzałem pod poprzeczkę bramki Etheridge’a zdobył trzeciego gola dla Arsenalu. Trzeba przyznać, jego zachowanie – palce lizać. Dobre ustawienie, na granicy spalonego i perfekcyjny strzał z wcale nie łatwej pozycji. Takie bramki potwierdzają kunszt napastnika. Trzecia bramka rozwiała marzenia gospodarzy o choćby jednym punkcie. Wygrana. Jednakże wygrana, która znów przyszła w trudzie i znoju.
Cieszy postawa ofensywy. Zdobywamy dużo bramek. Uważam jednak, że Laca a szczególnie Aubameyang nie pokazali jeszcze pełni możliwości. Niektórzy zaczynają mówić o zabójczym duecie „Aubazette”. Ale powiedzcie szczerze… Czy którykolwiek mecz Gabończyka w tym sezonie wam się podobał? Czy poza bramką zdobytą w Cardiff nasz napastnik zaimponował czymś jeszcze? Emery w końcu pogodził obydwóch snajperów w pierwszym składzie ale czy ta współpraca naprawdę układała się tak owocnie? Raptem jeden błysk geniuszu i udana akcja tego duetu, która przyniosła drugą bramkę. Poza tym? Trzeci gol to indywidualna zasługa Lacazette, którego wybrałbym chyba najlepszym zawodnikiem tych pierwszych 4 kolejek. Graczem sierpnia wybrano Guendouziego. Kompletnie nie rozumiem tego wyboru bo młody pomocnik popełnia masę błędów i na moje to powinien stracić miejsce w podstawowym składzie na rzecz Torreiry. Chociaż najsłabszym ogniwem Arsenalu mianowałbym Cecha lub Oezila. Z mówieniem o „Aubazette” też bym się jeszcze wstrzymał. Wygralismy dwa mecze – z West Ham i Cardiff, które okupują dolne rejony tabeli a obydwa spotkania kosztowały nas sporo wysiłku. Nasza obrona istnieje czysto teoretycznie. Gra zdecydowanie lepiej do przodu aniżeli wtedy, kiedy ma bronić. Może na stanowisku trenera powinniśmy zatrudnić Zdenka Zemana, który zawsze twierdził że nie ważne ile goli się traci, ważne by strzelić o jednego więcej niż przeciwnik? Od dawna ten Czech z Sycylii marzył mi się w Arsenalu :). Byłoby na pewno ciekawie. A obecnie jesteśmy predysponowani do takiego stylu gry. Skoro nawet obrońcy grają lepiej w ataku niż w obronie? Rzucajmy się całymi siłami na rywala :).
A Cardiff życzę z całego serca utrzymania. Mam słabość do trenerów, którzy reprezentują starą angielską szkołę, jeszcze sprzed czasów Premier League. Mało wirtuozerii. Walka, walka, walka. Myślę, że jeśli zespół z Walii poprawi skuteczność to nie powinno być źle. Na własnym stadionie będą piekielnie trudni do pokonania.
Rozlosowano grupy Ligi Europy. Worskła Połtawa, Karabach i Sporting Lizbona. Nie ma nad czym się zastanawiać. Tą grupę trzeba wygrać w cuglach i dopiero zacznie się zabawa. Wszak chyba nikt nie spodziewa się, że nasz zespół zostanie zastopowany przez Kubę Rzeźniczaka? Z całym szacunkiem dla tego zawodnika 🙂