Dzienniczek Kanoniera (5)

W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję obejrzeć dwa mecze naszego ukochanego Arsenalu. W czwartkowy wieczór „Kanonierzy” zainaugurowali rozgrywki Ligi Europy a wczoraj rozegrali mecz w ramach 6 kolejki Premier League. Obydwa te spotkania rozegrano na Emirates Stadium, obydwa okazały się zwycięskie. Dzięki temu seria zwycięstw Arsenalu wzrosła do pięciu. Taka postawa podopiecznych Emery’ego cieszy ale do stanów euforycznych jeszcze nam trochę brakuje. W grze „Armatek” można zobaczyć wiele dobrego ale momentami ich postawa na boisku powoduje zgrzytanie zębami. Ale po kolei…

Liga Europy nazywana jest pucharem pocieszenia. Wiele klubów, szczególnie tych z bogatszych lig, traktuje ją po macoszemu. Wielu piłkarzy neguje jej wartość. Cóż, grają w niej zespoły, które okazały się zbyt słabe na występy w Lidze Mistrzów. Te, które nia dały rady zmieścić się w czołówce najlepszych europejskich lig i wielu „kopciuszków” z peryferii europejskiej piłki. Szkoda, że w drugiej lidze Starego Kontynentu brakuje choćby jednego miejsca dla drużyny z Polski. No ale ja nie o tym. Dla zespołu takiego jak Arsenal występy w fazie grupowej Ligi Europy to takie troszeczkę zło konieczne. Rywale niezbyt medialni, którzy nie przyciągną na stadion zbyt wielu fanów, czego dowód mieliśmy w czwartkowy wieczór. Co za tym idzie zyski z dnia meczowego niewielkie. Poziom sportowy tych drużyn też nie może nam zagwarantować dobrego widowiska. Plusem jest to, że mamy rozgrywki w których mogą się zapezentować piłkarze drugiego garnituru. Tak też było w spotkaniu z Worskłą Połtawa. Na boisku mogliśmy ujrzeć choćby Mohameda Elneny czy Roba Holdinga, którzy nie mieli jeszcze okazji pokazać nam się w lidze. Mnie osobiście najbardziej interesował występ Bernda Leno, który w końcu dostał szansę debiutu w bramce. Sam mecz? Tak jak mówiłem – na trybunach Emirates duża ilość pustych krzesełek. Początek meczu niemrawy. Oczywiście piłka znajdowała się głównie w posiadaniu Arsenalu ale nie wiele z tego wynikało. „Kanonierzy” starali się zawiązywać jakieś składne akcje ale często brakowało jakości, ciężko im było złapać odpowiedni rytm. Na szczęście umiejętności rywala nie pozwalały im na skuteczne kontrowanie naszego zespołu. Wszak Worskła to na chwilę obecną dopiero 5 zespół ligi ukraińskiej, która po zawirowaniach wojennych u naszych wschodnich sąsiadów mocno straciła na jakości. Ciężko nam było sobie wyobrazić by przyjezdni potrafili nawiązać równorzędną walkę z „Armatkami”. Tak też było ale zanim Arsenal wrzucił odpowiedni bieg i zaczął cieszyć nasze oko widowiskową grą mieliśmy jakieś 30 minut piłkarskiego paszkwila. Zasieki obronne rywala zostały przełamane w 32 minucie. Arsenal wyprowadził wzorową kontrę. Piłkę w naszym polu karnym odzyskał Michitarjan, szybkim podaniem uruchomił Iwobiego, ten zauważył na drugim skrzydle niepilnowanego Aubameyanga a Gabończyk na wślizgu posłał piłkę obok bezradnego Bogdana Shusta. Cała ta akcja – palce lizać. Szczególnie spodobała mi się trzeźwa postawa Miki, który rozpoczął całą tą akcję. Momentalnie wykorzystał błąd Ukraińca i z własnego pola karnego, dobrym podaniem uruchomił na skrzydle Iwobiego, który zaabsorbował uwagę defensorów rywala. Pozostawiony samopas Auba dopełnił formalności. Ciężko powiedzieć czy stracona bramka zadziałała tak demobilizująco na graczy Worskły czy otwarcie wyniku napędziło Arsenal ale od tego momentu przez większą część spotkania był to teatr jednego aktora. Aktora w postaci dziesięciu graczy „Kanonierów”. Leno nie liczę bo on wynudził się jak mops. Przed przerwą mieliśmy jeszcze słupek Auby i kąśliwy strzał Torreiry z wolnego. A propos Urugwajczyka to muszę zaznaczyć, że jego nieustępliwość i poświęcenie w grze powoduje, że powoli staję się jego wielkim fanem.

Mamy swojego N’golo Kante :). Uwielbiam Cię mały skubańcu. Początek drugiej połowy to dalszy trening strzelecki Arsenalu. Bramka Welbecka po wrzutce Miki, bramka Auby z dystansu po uprzednim wkręceniu w ziemię obrońcy. Wszystko to przeplatane licznymi sytuacjami, które nie zostały wykorzystane. Absolutna dominacja. Dzieła zniszczenia dopełnił Oezil i gdy zastanawialiśmy się ile jeszcze goli zdobędą „Kanonierzy” stała się rzecz, której nikt z nas się nie spodziewał. Worskła zdobyła dwie bramki. Najpierw w polu karnym fatalnie dał się ograć Lichtsteiner i Chesnakov nie dał szans Leno a w ostatniej akcji meczu Sharpar uderzył ze skraju pola karnego i Niemiec wyciągał piłkę z siatki po raz drugi. Dwa kompletnie niepotrzebne gole, które zamazują obraz widowiska. 4-0 byłoby bardziej adekwatne do tego co miało miejsce na murawie. Worskła długimi fragmentami nie istniała. Te dwie bramki to efekt dwóch jedynych akcji, które udało im się stworzyć. Brawa za skuteczność, brawa za walkę. Szkoda Leno, którego nie można winić za utratę tych goli a który nie miał innych okazji by udowodnić swoją przydatność. Nie ma jednak co narzekać. Są trzy punkty, był dobry trening strzelecki. Zrobiliśmy swoje. A czy mecz skończył się 4-0 czy 4-2? Myślę, że nie ma to aż takiego znaczenia. Tak właśnie powinny wyglądać czwartki z LE. Robimy swoje bawiąc się przy tym na murawie, bez utraty zbędnych sił. Myślę, że nawet Sporting nie będzie w stanie nam zagrozić. Może urwie nam punkty u siebie ale też nie stawiałbym na to wielkich pieniędzy.

Oglądając pierwszą połowę wczorajszego starcia z Evertonem miałem wrażenie, że przeżywam deja vu sprzed tygodnia. No, może nie do końca. Bo Newcastle nie stwarzało większego zagrożenia a The Toffees mieli konkretne okazje. Już w jednej z pierwszych akcji meczu mógł nas pogrążyć Calvert-Lewin. Na szczęście Cech popisał się swoim doświadczeniem i skutecznie wyczekał rywala. Rzadko chwalę naszego golkipera ale wczoraj zaliczył chyba swój najlepszy mecz w sezonie. Może nie miał jakichś mega trudnych sytuacji do wybronienia ale był bardzo pewny w swoich interwencjach no i jednak kilkukrotnie rywale sprawdzili jego czujność. Wybronił sam na sam z Walcottem, rzut wolny Digne i strzały Richarlisona. Szczególnie Brazylijczyk stanowił spore zagrożenie i kilkukrotnie urywał się obrońcom. Facetowi wystarczy zostawić troche wolnego miejsca a napędzi się na tyle, że na kilku metrach potrafi odstawić cię na spory dystans. Przekonał się o tym chociażby Bellerin. Generalnie jest to już kolejny mecz Arsenalu w którym zaczynamy strasznie niemrawo i pozwalamy na samym początku przejmować inicjatywę rywalowi. Trochę tak jakbyśmy wychodzili na murawę po krótkiej drzemce i nie do końca się jeszcze obudzili. Dopiero w przerwie walimy w szatni podwójne espresso. I to jest też pewna prawidłowość. Drugie połowy są zawsze w naszym wykonaniu lepsze od pierwszych. Nie sądze by był to celowy zabieg Emery’ego i byśmy mieli… nie wiem… uśpić rywala? To byłoby raczej ryzykowne. W końcu pojawi się ktoś, kto w tych pierwszych minutach usadzi nas na tyłkach. Tak jak zrobiła to Chelsea na Stamford. Mecz z Evertonem rozstrzygnęliśmy w 3 minuty. Najpierw genialny strzał Lacazette, który huknął mimo asysty obrońcy i piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka by wpaść do siatki. Pickford bez szans. Chwilę później trójkowa akcja Oezil-Ramsey-Aubameyang. DNA Arsenalu, świetne rozegranie, Auba umieszcza piłkę po raz drugi w siatce i wszystko byłoby pięknie … gdyby nie to, że Gabończyk był na jakimś półmetrowym spalonym i sędzia boczny miał obowiązek to zauważyć. Nie mam pojęcia jak można było uznać tą bramkę. Co kolejkę angielscy sędziowie robią jakieś jaja. VAR jest potrzebny tej lidze jak tlen. Na chwilę obecną poziom sędziowania to siódmy sort kubańskich pomarańczy. Tym, że boczny nie podniósł chorągiewki zaskoczony był chyba nawet Oezil, który początkowo nawet nie cieszył się z bramki tylko z niedowierzaniem spojrzał na gościa biegającego na lini. Cóż, niezdarność arbitrów jest tragedią jednych a szczęściem drugich. Tym razem piłkarscy bogowie byli po naszej stronie. Utrata drugiej bramki kompletnie podcięła skrzydła Evertonowi. Nasi rywale nie przejawiali już większej ochoty do gry i chyba nie za bardzo wierzyli w końcowy sukces, przez co na spokojnie mogliśmy kontrolować mecz do końca. Kolejna wygrana, kolejne trzy punkty w dorobku. Jesteśmy na szóstej pozycji w tabeli tuż za plecami Spurs. Za tydzień kolejne domowe spotkanie. Tym razem naszym przeciwnikiem będzie rewelacja początku sezonu – Watford. „Szerszenie” troszeczke spuściły z tonu w porównaniu z tym co prezentowali w pierwszych kolejkach. My nabieramy rozpędu. Cel jest prosty. Musimy dopisać kolejne trzy punkty.  Ciekaw tylko jestem co ze zdrowiem Sokratisa, który wczoraj przedwcześnie opuścił Emirates. Jak dotąd to był nasz najlepszy defensor i jego strata byłaby zapewne mocno odczuwalna chociaż Holding zagrał w ubiegłym tygodniu dwa razy poprawne zawody. Cóż, czekamy na kolejny weekend i kolejne emocje. COYG.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s