Dzienniczek Kanoniera (3)

Pierwsza wyjazdowa wygrana w tym sezonie, druga w tym roku kalendarzowym (licząc samą ligę). Wygrana w Cardiff na pewno cieszy. Końcówka ery Wengera nie rozpieszczała fanów jeśli chodzi o starcia na obcych stadionach. Emery również zaczął od przegranej na Stamford Bridge. W poprzednią niedzielę na szczęście zaliczył już swoją dziewiczą wygraną na terenie rywala. Przyszło mu czekać zaledwie dwa spotkania. Katowani w tym roku nieudolnością Kanonierów – gdy ci występowali w roli gości – fani, mogą odetchnąć z ulgą. Tymbardziej, że zwycięstwo w Walii nie przyszło ich pupilom łatwo. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że podopieczni Neila Warnocka zasłużyli na zatrzymanie choćby punktu.

W zeszłym roku z ligą pożegnało się Swensea. Jako, że liczba walijskich klubów w Premier League musi się zgadzać to ich miejsce zajęła ekipa ze stolicy tego kraju ;). Awans „Bluebirds” był lekkim zaskoczeniem, wyprzedzili kilka innych faworyzowanych zespołów. Cardiff miało już okazję występować w Premier League. Gościli w niej w sezonie 2013/14, jednak ich przygoda szybko się skończyła. Już po roku zostali zdegradowani do Championship. Wielu ekspertów sądzi, że ten sezon skończy się dla Walijczyków tak samo. Jak drużyna Warnocka zaczęła sezon? Porażka na wyjeździe z Bournemouth a następnie dwa bezbramkowe remisy, kolejno z – Newcastle i Huddersfield. Bilan bramkowy po trzech meczach to zaledwie 0:2. Dzięki tym szczątkowym informacją, mogliśmy stwierdzić, że o ile Cardiff nieźle broni się jak na beniaminka to w grze ofensywnej mają nie lada kłopoty. Na początku sezonu w ich zespole najbardziej błysnął bramkarz – Neil Etheridge. Reprezentant Filipin obronił dwa rzuty karne. Cóż, przed starciem z Cardiff znów miałem nadzieję, że scenariusz spotkania ułoży się w ten sposób, że to „Armatki” będą stroną dominującą a „Bluebirds” zerwą się z łańcuch może z 2-3 razy przez cały mecz. Niestety, tak samo jak w czasie meczu z West Ham gorzko się rozczarowałem.

Początek spotkania potwierdził, że Petr Cech nadal jest podłączony do prądu. Drżę w każdeym momencie, gdy obrońcy odgrywają do niego piłkę. Wystarczy nacisk ze strony napastnika rywali i Petr staje się tykającą bombą. Jeśli to będzie nadal tak wyglądać to kwestią czasu jest aż jakiś bystry napadzior z przeciwnej drużyny wykorzysta tą niepewność Czecha. Póki co Emery uparcie stawia na doświadczonego golkipera i nakazuje mu rozgrywanie piłki od tyłu. Przypomina mi to trochę sytuację z Guardiolą, który przejmując Manchester City także nakazywał swojemu bramkarzowi być ostatnim stoperem i pierwszym rozgrywającym. Joe Hart i Claudio Bravo musieli zapłacić za to frycowe. Sporo nerwów natracił zapewne też sam Pep zanim pozyskał Edersona, który w końcu spełnia jego oczekiwania. Różnica pomiędzy Kanonierami a City jest taka, że blok obronny „Obywateli” bardzo rzadko dopuszcza rywali pod swoje pole karne. Ederson w czasie spotkania bardzo często nudzi się jak mops a piłkę przy nodze najczęściej ma wtedy, gdy któryś z defensorów postanowi rozegrać akcję od tyłu i wykorzystać Brazylijczyka do podania zwrotnego. Niestety naszej linii obronnej obecnie bliżej jest do tego co jeszcze nie tak dawno prezentowali obrońcy Liverpool’u dopóki Klopp nie znalazł optymalnego dla nich ustawienia. To wiąże się z tym, że Cech będzie miał zdecydowanie więcej pracy w czasie spotkań od wspomnianego Edersona i osobiście pragnąłbym, żeby jego gra póki co była bardziej asekurancka i wiązała się z długą lagą. Przynajmniej póki Petr nie nauczy się lepiej operować nogami. Czech jest jednak w takim wieku, że bliżej mu do piłkarskiej emerytury aniżeli uczenia się nowych zachowań. Jestem niezmiernie ciekaw jak w spotkaniach Ligi Europy będzie się spisywał Bernd Leno. Bo tego, że w europejskich pucharach swoją szansę między słupkami otrzyma Niemiec możemy być niemal pewni. Powróćmy jednak na murawę w Cardiff. To, że nie przegrywaliśmy już na samym początku spotkania było zasługą niebywałego farta, bo Cech wystawił Harry’emu Arterowi „patelnię” i gdyby w miejsce Irlandczyka pojawił się bardziej wytrawny snajper to nic by nas nie uratowało. A tak mieliśmy tylko potwierdzenie tezy o beznadziejnej skuteczności graczy ze stolicy Walii … do czasu. Gra nam się znów nie kleiła. Wiadomym było, że Cardiff odda nam piłkę i zmusi nas do tego byśmy to my się przejmowali tym, co z nią zrobić. Niestety, mam wrażenie, że momentami piłka przy nodze nam przeszkadza i brakuje pomysłów na jej skuteczne rozegranie. Ostatni Mundial pokazał jednak, że kluczem do skutecznej gry mogą być stałe fragmenty gry. Tak też Mustafi urwał się przy rzucie rożnym obrońcom Cardiff i gwoździem a’la Szarmach wbił futbolówkę do bramki bezradnego Etheridge’a. Prowadzenie już w 11 minucie gry? Super, czas przejąć panowanie na boisku i nie pozwolić powąchać Cardiff piłki. No niestety, może kiedyś tak… Wróćmy jeszcze na moment do pierwszej bramki i… „cieszynki” duetu Xhaka – Mustafi odpowiedzialnego za pierwszego gola. Co mogli pokazać ci dwaj wymienieni wyżej jegomoście? No oczywiście, że gest „dwugłowego orła” symbolizujący ich „ojczyznę” Albanię. Gest rozsławiony przez Xhakę i Shaquiriego na rosyjskim Mundialu, gdy owym gestem prowokowali serbskich kibiców. Wówczas to zachowanie reprezentantów Szwajcarii było ze wszechmiar nieodpowiedzialne, gdyż taka prowokacja mogła zakończyć się zamieszkami. Niedzielna „cieszynka” nie mogła doprowadzić aż do takiej temperatury wrzenia i kompletnie nie rozumiem skąd jakiekolwiek dywagacje w mediach o ukaraniu duetu zawodników. Niemniej jednak owy manifest radości jest jak dla mnie absurdalny. Najlepszym wyrazem miłości do swojej ojczyzny byłaby chęć reprezentowania jej barw na arenie międzynarodowej. Jak doskonale wszyscy wiemy Mustafi gra dla Niemiec a Xhaka dla Szwajcarii. Żaden z nich nie zdecydował się reprezentować Albanii. Jeszcze nie dawno Granit miał okazję by zmienić barwy narodowe i zagrać dla nowo utworzonej kadry Kosowa. Cóż, czyżby miłość do ojczyzny była jednak słabsza aniżeli pragmatyzm nakazujący grać w silniejszym zespole? Widocznie. Znowu odbiegłem od tematu. Wróćmy na boisko. Tam toczył się wyrównany bój. Junior Hoilett szalał na lewym skrzydle a Bobby Reid był bliski strzelenia gola efektowną przewrotką. My odpowiedzieliśmy strzałami Xhaki i Monreala. Niecelnymi. Lacazette, który znów bardzo się starał ale z różnym skutkiem, obił rywalom słupek a Auba nie zdążył dobić tego strzału. „Bluebirds” coraz śmielej poczynali sobie za to w polu karnym Cecha. Coraz bardziej utwierdzli jednak swoich kibicóww przekonaniu, że przydałby im się solidny trening strzelecki. Skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Taka mnogość okazji musiała się jednak skończyć przełamaniem ze strony rywala. Arsenal został skarcony golem do szatni. Bellerin na alibi krył Bennetta, ten miał wystarczająco dużo miejsca by dośrodkować, Camarasa sprytnym balansem ciała zwiódł Monreala i umieścił piłkę w siatce. Do przerwy 1-1. Rozochoceni rywale uwierzyli w możliwość osiągnięcia korzystnego rezultatu widząc tak zagubioną linię obronną gości. Na szczęście Cardiff nie dysponuje w ataku wirtuozami futbolu. W 63 minucie świetną akcją popisało się trio Oezil-Laca-Auba. Piętka Francuza do Gabończyka a ten pięknym, mierzonym strzałem w długi róg otworzył swoje konto bramkowe w tym sezonie. Osiem minut później mieliśmy już jednak remis. Morrison panował w tym meczu w przestworzach, wygrywał praktycznie wszystkie główki. Odegrał w polu karnym do Warda a ten także głową uderzył w wewnętrzną część słupka a piłka wturlała się do bramki. Neil Warnock szalał przy lini bocznej, szalała też publiczność. Zapewne wierzyli że przy odrobinie szczęścia mogą zachować nawet pełną pulę punktów. Na szczęście mamy w swoim zespole zawodników takich jak Lacazette, którzy jednym uderzeniem potrafią zmieniać bieg wydarzeń. Mocnym strzałem pod poprzeczkę bramki Etheridge’a zdobył trzeciego gola dla Arsenalu. Trzeba przyznać, jego zachowanie – palce lizać. Dobre ustawienie, na granicy spalonego i perfekcyjny strzał z wcale nie łatwej pozycji. Takie bramki potwierdzają kunszt napastnika. Trzecia bramka rozwiała marzenia gospodarzy o choćby jednym punkcie. Wygrana. Jednakże wygrana, która znów przyszła w trudzie i znoju.

Cieszy postawa ofensywy. Zdobywamy dużo bramek. Uważam jednak, że Laca a szczególnie Aubameyang nie pokazali jeszcze pełni możliwości. Niektórzy zaczynają mówić o zabójczym duecie „Aubazette”. Ale powiedzcie szczerze… Czy którykolwiek mecz Gabończyka w tym sezonie wam się podobał? Czy poza bramką zdobytą w Cardiff nasz napastnik zaimponował czymś jeszcze? Emery w końcu pogodził obydwóch snajperów w pierwszym składzie ale czy ta współpraca naprawdę układała się tak owocnie? Raptem jeden błysk geniuszu i udana akcja tego duetu, która przyniosła drugą bramkę. Poza tym? Trzeci gol to indywidualna zasługa Lacazette, którego wybrałbym chyba najlepszym zawodnikiem tych pierwszych 4 kolejek. Graczem sierpnia wybrano Guendouziego. Kompletnie nie rozumiem tego wyboru bo młody pomocnik popełnia masę błędów i na moje to powinien stracić miejsce w podstawowym składzie na rzecz Torreiry. Chociaż najsłabszym ogniwem Arsenalu mianowałbym Cecha lub Oezila. Z mówieniem o „Aubazette” też bym się jeszcze wstrzymał. Wygralismy dwa mecze – z West Ham i Cardiff, które okupują dolne rejony tabeli a obydwa spotkania kosztowały nas sporo wysiłku. Nasza obrona istnieje czysto teoretycznie. Gra zdecydowanie lepiej do przodu aniżeli wtedy, kiedy ma bronić. Może na stanowisku trenera powinniśmy zatrudnić Zdenka Zemana, który zawsze twierdził że nie ważne ile goli się traci, ważne by strzelić o jednego więcej niż przeciwnik? Od dawna ten Czech z Sycylii marzył mi się w Arsenalu :). Byłoby na pewno ciekawie. A obecnie jesteśmy predysponowani do takiego stylu gry. Skoro nawet obrońcy grają lepiej w ataku niż w obronie? Rzucajmy się całymi siłami na rywala :).

A Cardiff życzę z całego serca utrzymania. Mam słabość do trenerów, którzy reprezentują starą angielską szkołę, jeszcze sprzed czasów Premier League. Mało wirtuozerii. Walka, walka, walka. Myślę, że jeśli zespół z Walii poprawi skuteczność to nie powinno być źle. Na własnym stadionie będą piekielnie trudni do pokonania.

Rozlosowano grupy Ligi Europy. Worskła Połtawa, Karabach i Sporting Lizbona. Nie ma nad czym się zastanawiać. Tą grupę trzeba wygrać w cuglach i dopiero zacznie się zabawa. Wszak chyba nikt nie spodziewa się, że nasz zespół zostanie zastopowany przez Kubę Rzeźniczaka? Z całym szacunkiem dla tego zawodnika 🙂

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s