Węgry-Polska 3:3. Pomeczowe noty.

Co to było za spotkanie! Owszem, nie udało nam się pokonać Węgrów, a w naszej grze jest mnóstwo do poprawy, ale takich emocji nasza Reprezentacja nie dostarczyła nam dawno. Trudno zakładać by Sousa wyszedł na ten mecz z „Show must go on!” na ustach, ale nie zmienia to faktu, że było ciekawie. 

Tak czy inaczej, zbyt daleko idących wniosków po tym meczu wyciągać nie będziemy. Przynajmniej odnośnie Portugalczyka. Selekcjoner musi mieć czas na to by wdrożyć swą, nieco skomplikowaną wizję, a pierwsze zdobycze punktowe, powinny spoczywać przede wszystkim na barkach piłkarzy. A jak oni wypadli w tym spotkaniu? 

Skala ocen: 1-10 (5 jako ocena wyjściowa)

WYJŚCIOWA XI

Wojciech Szczęsny

Czy możemy go jednoznacznie winić za którąkolwiek z bramek? Moim zdaniem nie. Oczywiście, pewne zastrzeżenia co do pierwszej są zasadne, gdyż nasz bramkarz zachował się w tej sytuacji po prostu… dziwnie. Nie zmienia to jednak faktu, że jedno podanie Węgrów rozszarpało naszą całą drugą linię oraz defensywę. W związku z tym czepianie się bramkarza, za skapitulowanie w sytuacji jeden na jeden, byłoby trochę na wyrost. Przy kolejnych golach był też bez szans. Przynajmniej teoretycznie. Mimo wszystko Szczęsny nie zrobił w tym meczu absolutnie niczego, by jakkolwiek sobie pomóc. Nie zaliczył żadnego zagrania, którego moglibyśmy nazwać superinterwencją, a dodatkowo wprowadzał nerwowość w szeregi obronne. Po co było to wyjście do główki w 30 minucie? A to złe wybicie na 30 metr od naszej bramki, na kwadrans przed końcem? Pusty przelot z końcówki? Bramkarz Juventusu nie wyglądał jak ostoja zespołu, a raczej jak debiutant, którego trzeba było prowadzić za rączkę. 

Ocena: 4/10

Jan Bednarek

Jeśli zabierzesz mu Glika, błądzi niczym dziecko we mgle. Koledzy nie pomogli, ale pierwszy gol obciąża głównie jego konto. Elektryczny, niezdecydowany, nie nadążający za grą i idealnie wpisujący się w marazm, tyczący się niemal całej naszej linii obrony. Jeśli ktokolwiek uważał, że to Bednarek stanie się nowym liderem naszej defensywy, to albo musi na to jeszcze długo poczekać, albo po prostu srogo się zawiedzie. Słaby występ piłkarza Southampton.

Ocena: 4/10

Michał Helik

Sousa wrzucił go na głęboko wodę, a defensor Barnsley po prostu utonął. Jeśli miał dawać to czego nie mogliśmy oczekiwać od Glika, a więc sprawne operowanie piłką i umiejętność grania w wysoko ustawionej linii defensywny, to nie zrobił tego zupełnie. Nie dał rady zaasekurować Bednarka przy pierwszym golu, przy drugim był zbyt spóźniony by zablokować strzał. Do tego żółta kartka, który nie odebrała mu ochoty do ostrej gry, przez co był o krok od tego, by wylecieć z boiska. Nie zdał egzaminu.

Ocena: 3/10

Bartosz Bereszyński

Nie był to dla niego mecz bez wad. Przy trzecim golu to właśnie jego niezdecydowanie rozpoczęło falę nieszczęść. Ale za to przy drugim robił co mógł blokując Węgra. Na niewiele to się zdało, ale to i tak więcej niż wiecznie spóźniony Helik i elektryczny Bednarek. Do tego asysta przy bramce Lewandowskiego. Bardzo niejednoznaczne spotkanie w wykonaniu defensora Sampdorii, ale na pewno nie takie, po którym możemy go otwarcie skrytykować.

Ocena: 5/10

Arkadiusz Reca

Reca to piłkarz nierówny. I potwierdził to w tym meczu. Z jednej strony fajnie szarpnął przy akcji dającej nam pierwszą bramkę, z drugiej totalnie zagubił się kiedy zza jego pleców wyskoczył Orban i strzelił na 3:2. Bardzo chaotyczny występ z masą nieporozumień.

Ocena: 3/10

Jakub Moder

Kolejny piłkarz, co do którego można mieć mieszane uczucia. Na pewno nie odmówisz mu aktywności i tzw. „wszędobylstwa”. Widać, że chciał się w tym meczu pokazać. Mimo wszystko niedokładności było tutaj zbyt dużo, a ponad to Sousa, podczas swojej konferencji, wyraźnie wskazał go jako tego, który nie do końca realizował wcześniejsze założenia. 

Ocena: 5/10

Grzegorz Krychowiak

To może wciąż nie jest „Krycha” jakiego chcemy oglądać, ale to był na pewno pozytywny występ w jego wykonaniu. Zadziorność w defensywie i kilka dobrych piłek posuwających akcje do przodu. Można mieć zastrzeżenia co do kilku zagrań (jak choćby niepotrzebne ryzyko z 5 minuty), ale finalnie oglądało się go dobrze.

Ocena: 6/10

Sebastian Szymański

W porównaniu z Jóźwiakiem – do którego przejdziemy za chwilę – wypadł skrajnie niekorzystnie. Widać było, że źle czuje się na pozycji wahadłowego. Miał problemy zarówno w defensywie jak i w ataku, kiedy to zwalniał nasze kolejne akcje. Jedyny plus to 1-2 niezłe dośrodkowania, ale to za mało.

Ocena: 4/10

Piotr Zieliński

W pierwszej połowie niewidoczny. W drugiej cofnął się nieco głębiej i dał popis. Asysta przy drugim golu, ważny udział przy trzecim. Tyle z rzeczy oczywistych. Nie wolno nam jednak nie zaznaczyć tego co zrobił przy bramce numer jeden. Jego spokój we własnym polu karnym i swobodne rozrzucenie piłki do lewej strony, pozwoliło nam na skonstruowanie akcji, która dała nam kontaktowe trafienie. Wtedy kiedy większość polskich piłkarzy wybija na oślep, lub gra bezpiecznie do bramkarza, Zieliński widzi nieco więcej. I tak poznaje się piłkarza klasowego.

Ocena: 7/10

Arkadiusz Milik

Równie dobrze na boisku mogło go nie być. Nie zrobił absolutnie niczego z czego można by było go zapamiętać. Kojarzę może 2-3 momenty, w których koledzy dostarczyli mu piłkę w pole karne, i w żadnym z nich nie zachował się dobrze. Anonimowy występ.

Ocena: 3/10

Robert Lewandowski

Irytujący przez niemal cały mecz. Aż do 83 minuty kiedy to pokazał klasę strzelając bramkę w trudnej sytuacji. Potem jeszcze efektownie uderzał z woleja. Sporo walczył i nie miał łatwego życia, ale możemy wymagać od niego znacznie więcej. Ważny gol nieco ratuje jego notę i wynosi go piętro ponad przeciętność, z jaką możemy kojarzyć sporą grupę naszych wczorajszych reprezentantów.

Ocena:  6/10

REZERWOWI

Kamil Glik (od 58’)

Pokazał, że to zbyt wcześnie by go skreślać. Niczym wielkim się nie wyróżnił, ale wprowadził względny spokój, który mimo wszystko nie pozwolił nam ustrzec się trzeciej bramki. Solidnie, ale nic ponad to.

Ocena: 5/10

Kamil Jóźwiak (od 59’)

To było prawdziwe wejście z buta. Asysta (choć po drodze był jeszcze Krychowiak), gol i udział przy trzeciej bramce. Odwaga, której brakowało Szymańskiemu. Pewniak w kolejnych meczach. Wycisnął ze swojego występu absolutne maksimum.

Ocena: 8/10

Krzysztof Piątek (od 59’)

Bramka już przy pierwszym kontakcie z piłką. Później może nie aż tak bardzo widoczny, ale na pewno przydatny.

Ocena: 6/10

Maciej Rybus (od 79’)

Równie dobrze mógłby być bez oceny. Niczym się nie wyróżnił, ale też nie popełnił żadnego błędu.

Ocena: 5/10

Kamil Grosicki (od 84’)

Miał dwa momenty, w których mógł zrobić coś ekstra (85 i 92 minuta), w obu podjął złe decyzje i nie pomógł zespołowi.

Ocena: 4/10

MICHAŁ BAKANOWICZ

Życie w biało-czarnych barwach. Wywiad z kibicem Sieny.

Siena od wielu lat boryka się z ogromnymi problemami. Kiedyś byli ekipą, która nadawała koloryt Serie A. Dziś są drużyną, która zajmuje miejsce w środku stawki Serie D grupy E. Żeby wrócić do elity potrzebna będzie długa droga. Wywiad z założycielem polskiego fanklubu Sieny oraz strony internetowej http://Siena.com.pl

Od ilu lat kibicujesz Sienie i jak zaczęła się twoja miłość do bianconerich?

Moje kibicowanie Sienie rozpoczęło się dosyć przypadkowo i jest ono wynikiem tego, że jednym z moich ulubionych piłkarzy był Tore André Flo. Wiadomo w czasach świetności Flonaldo (oczywiście przydomek nawiązuje do Ronaldo Il Fenomeno, który norweg otrzymał, kiedy Norwegia pokonała Brazylię 4: 2 w meczu towarzyskim) Internet nie był jeszcze tak rozpowszechniony, jak dzisiaj. Śledziłem jego wyniki w telegazecie, gdy grał w Chelsea, Rangers oraz Sunderland. Później straciłem trochę jego karierę z oczu, aż pewnego dnia zobaczyłem, że gra w Sienie. Jako że miałem już pewne doświadczenie w prowadzeniu strony – przez wiele lat miałem też stronę o Ronaldo Il Fenomeno – i grafice komputerowej, postanowiłem stworzyć portal właśnie o toskańskim klubie. Więc mogę stwierdzić, iż kibicuję Sienie od roku 2004, a strona powstała w kolejnym roku.

Czy miałeś okazję zasiąść na trybunach Stadio Artemio Franchi?

Niestety nie miałem takowej okazji. Byłem w Sienie tylko raz, zespół wówczas grał na wyjeździe, a bramy stadionu były zamknięte.

Ulubiony twój piłkarz oraz najlepszy, który zakładał koszulkę Sieny?

Ulubiony to oczywiście Tore André Flo, chociaż mam także sentyment do piłkarzy, którzy przez wiele lat występowali w klubie jak Simone Vergassola, Enrico Chiesa, Massimo Maccarone, czy Daniele Portanova. Co do najlepszego piłkarza, to trudno stwierdzić, jeśli wziąć pod uwagę tylko sam okres gry, to moim zdaniem jednak Enrico Chiesa, który pomimo swojego wieku był kluczowym piłkarzem aż do ostatniego sezonu. Z kolei, jeśli patrzeć tylko na zawodników, którzy „przewinęli się” przez klub i późniejszy ich rozwój to Ciro Immobile, który jednak wielkiej kariery pod Torre del Mangia nie zrobił, chociaż było więcej utalentowanych piłkarzy, którzy później trafili do Juventusu, czy Romy.

Sezon 2003/04 był pierwszy w najwyższej klasie rozgrywkowej klubu. Siena zajęła wtedy 14 miejsce, które dawało utrzymanie. Jak wspominasz ten historyczny moment?

Dla każdego małego klubu utrzymanie się w Serie A to szczególne osiągnięcie tym bardziej dla beniaminka, który po raz pierwszy grał w najwyższej klasie rozgrywkowej we Włoszech.

Na początku XXI wieku regularnie utrzymywaliście się w Serie A. Który sezon był najlepszy w wykonaniu Sieny?

Z całą pewnością sezon 2011/12. Wówczas poza pewnym utrzymaniem się w Serie A – 14 miejsce, klub awansował do półfinału Coppa Italia, gdzie pechowo przegrał dwumecz z Napoli. W pierwszym spotkaniu na stadionie Artemio Franchi, podopieczni trenera Giuseppe Sannino wygrali 2:1, lecz w rewanżu już w Neapolu lepsi okazali się gospodarze, którzy wygrali 2:0. Ale jak już mówiłem, dla klubu z małego miasteczka, jakim jest Siena, każde utrzymanie się w Serie A było traktowane jak Scudetto.

Na początku drugiej dekady XXI wieku wróciliście na dwa sezony do Serie A. Co powiesz o tej ostatniej przygodzie waszej ukochanej drużyny w najwyższej klasie rozgrywkowej Italii?

W ostatnim sezonie gry w Serie A więc w sezonie 2012/13 w klubie zaczęły się pojawiać problemy finansowe, które spowodowały spadek do Serie B, a następnie pierwsze bankructwo. Pomimo braku wypłacania na czas pensji, zobowiązań podatkowych i odjęciu sześciu punktów karnych właśnie z powodu zaległości płacowych, zawodnicy walczyli do samego końca o utrzymanie, lecz niestety się nie udało, do bezpiecznej strefy zabrakło osiem punktów, a dwa jeśli dodać odjęte oczka.

Chyba jako największy sukces klubu można uznać awans do półfinału Coppa Italia w sezonie 2011/12. Mieliście ogromne szanse na finał, ale sprawy skomplikował samobój Emmanuele Pissoliego w pierwszym spotkaniu. Jak wspominasz dwumecz z Napoli?

Można powiedzieć, że Siena sama przegrała ze sobą. Ponieważ poza samobójczym trafieniem Emanuele Pesoliego w końcówce pierwszego meczu, również w rewanżu Bianconeri dali „pomocną” dłoń Napoli i do własnej siatki trafił także kapitan Simone Vergassola. Oczywiście rozczarowanie było ogromne, awans do finału był o krok, a to byłaby kolejna historyczna rzecz dla klubu, a w finale wszystko mogło się wydarzyć. Wygrana z Juventusem dawałaby grę w Lidze Europy, a w przypadku porażki, Siena grałaby o Superpuchar Włoch! Wówczas dalsza historia mogłaby się potoczyć inaczej, ale teraz to czyste dywagacje.

Przed sezonem 2014/15 Sieny nie zgłoszono do ligi. Niedługo później klub ogłosił bankructwo. Czy możesz przybliżyć czytelnikom, o co chodziło z fałszywymi rozliczeniami w klubie? Jakie są przyczyny upadku drużyny?

Pierwsze bankructwo klubu to już pokłosie problemów finansowych z sezonu 2012/13, które ciągnęły się także w kolejnym, gdy klub również nie wypłacał na czas pensji i zobowiązań podatkowych, za co został ukarany odjęciem ośmiu punktów (dwa za każdy miesiąc). Tutaj także można spekulować, co by było, gdyby. Jakby nieodjęte oczka, Bianconeri zakończyliby rozgrywki na miejscu dającym awans do play-off, a w przypadku awansu mogłoby nie być bankructwa. Główne przyczyny upadku to milionowe długi i złe zarządzanie. Prezydent Massimo Mezzaroma ściągał do klubu piłkarzy, na których nie było go stać, zaciągając to kolejne długi wobec Banca Monte dei Paschi di Siena, który był głównym sponsorem klubu. Z tego co się orientuję, to dług wobec wszystkich wierzycieli wynosił ponad 40 mln euro. Przed startem nowego sezonu Siena nie spłaciła zaległości w wynagrodzeniach, zobowiązań podatkowych, nie uregulowała kwoty zadłużenia ani nie wpłaciła niezbędnego poręczenia niezbędnego do zarejestrowania się do kolejnego sezonu, czego efektem było bankructwo.

Z którym klubem kibice Sieny mają najbardziej na pieńku? Które derby są najgorętsze?

Największa wrogość między kibicami jest z Fiorentiną. Mecz z Violą jest nazywany derby guelfi-ghibellini z powodów dwóch historycznych bitew między miastami: Bitwa o  Montaperti z 1260 roku (wygrana przez gibelinów senesi) i pod Colle di Val d’Elsa z 1269 roku (wygrana przez gwelfów fiorentini, którzy byli sojusznikami colligiani), choć warto wspomnieć, że w średniowieczu Siena i Florencja były wewnętrznie podzielone pomiędzy gwelfów i gibelinów. Innymi nielubianymi klubami są Empoli, Arezzo i Livorno, te rywalizacje również mają podłoże historyczne, ale nie tak duże jak ta z Florencją, przecież Republika Sieny została zdobyta właśnie przez Medyceuszy.

Jak oceniasz pracę Alberto Gilardino w twoim ukochanym klubie?

Biorąc pod uwagę, że przed startem tego sezonu, klub ponownie zbankrutował, nowe struktury powstały na kilka tygodni przed rozpoczęciem rozgrywek, a piłkarzy sprowadzono na chybcika dzięki kontaktom dyrektora sportowego Andrei Grammatica, to całkiem dobrze. Gila stworzył podstawę drużyny, która pomimo wielu przeciwności losu takich jak późniejsze rozpoczęcie treningów przed startem sezonu, czy wiele przełożonych meczów z powodu koronawirusa wśród rywali, zajmowała drugie miejsce w grupie. Jednak jego praca została niespodziewanie przerwana na początku stycznia, gdy po kilku słabszych meczach zwrócił się do władz o wzmocnienie kadry, gdyż zdawał sobie sprawę z ograniczonych możliwości składu, w końcu zdobył mistrzostwo świata, więc zna się na piłce nożnej. Jego prośba nie spodobała się ówczesnemu prezydentowi Romanowi Gevorkyanowi, który postanowił go zwolnić.

Tymczasowym szkoleniowcem została klubowa legenda Stefano Argilli, któremu zapowiedziano, że poprowadzi zespół tylko do lutego, wówczas władze ogłoszą nazwisko nowego, zagranicznego trenera. Postawiono na duet Marians Pahars-Vladimir Gazzaev, który nie tylko miał problem z porozumiewaniem się z zawodnikami w języku włoskim, ale przede wszystkim nie znał realiów włoskiej piłki, a w szczególności reguł panujących w Serie D, czego przykładem był mecz z Sinalunghese, gdy Pahars dokonał takich zmian, że Bianconeri przez kilka minut grali bez wymaganego młodzieżowca. Spotkanie i tak było przegrane, więc wynik utrzymano, ale w każdym innym przypadku skończyłoby się walkowerem. Po tych wszystkich zawirowaniach właściciele klubu postanowili dokonać rewolucji w zarządzie i przyznać się do błędu, jakim było zwolnienie Alberto Gilardino, ponownie go zatrudniając.

Po powrocie Gila otrzymał żądane wzmocnienia składu, ale strata do pierwszego miejsca dającego bezpośredni awans do Serie C jest już zbyt duża. Oznacza to, że aby utrzymać resztkę nadziei na awans poprzez ewentualny repasaż, Siena musi zająć miejsce dające grę w play-off, do których zakwalifikują się zespoły od drugiego do piątego miejsca w tabeli. Z końcową oceną należy poczekać do końca sezonu, ale biorąc pod uwagę cały ten chaos, uważam, że praca, jaką wykonuje były napastnik jest zadawalająca.

Jak widzisz przyszłość klubu? Którego piłkarza warto obserwować?

Należy zacząć, że od sierpnia właścicielem klubu jest ormiański holding Berkeley Capital CJSC, który w przeciągu trzech lat zamierza przywrócić Sienę do poziomu Serie B. Plany Ormian są ambitne również dlatego, że chcą zbudować nowoczesny stadion, który ma jednocześnie pełnić dodatkową rolę centrum wellness dla całego miasta. Pomysł polega na stworzeniu struktur monitorowania zdrowia również dla mieszkańców, a nie tylko dla piłkarzy. Dzięki innowacyjnym technologiom, terapiom i natychmiastowej opiece. Ten obszar ma być parkiem zdrowia dla Sieny i turystów, ma się tam znajdować supermarket z produktami ekologicznymi i centrum kultury. Jeśli chodzi o piłkarzy wartych obserwacji, to jest kilku młodych i zdolnych. Moją uwagę przyciągnęli szczególnie dwaj. Pierwszy to Alessandro Martina, który jest z rocznika 2000, to nominalny lewy obrońca, który jednak został przesunięty przez Alberto Gilardino na lewe wahadło, a czasem skrzydło. Jego atutami są szybkość oraz dobry drybling. Natomiast drugim piłkarzem jest Guglielmo Mignani z rocznika 2002. To syn klubowej legendy Michele Mignaniego. Niespełna 19-latek jest napastnikiem, który jest szybki i waleczny. Myślę, że obaj za kilka lat będą występować na boiskach Serie A.

KACPER KARPOWICZ

Złota generacja Portugalii. Os Navegadores tak mocni nie byli od lat.

Reprezentacja Portugalii wygrywając Mistrzostwa Europy w 2016 roku przez wielu uważana była za absolutną niespodziankę. Mało kto przed turniejem typował, że Fernando Santos wraz ze swoją drużyną będzie w stanie sięgnąć po końcowe trofeum. Minęło pięć lat, w trakcie których aktualny mistrz starego kontynentu znacząco nabrał na silę, i przed zbliżającym się turniejem już od samego początku będzie zaliczany do grona faworytów.

SANTOS MA Z CZEGO WYBIERAĆ

Wracając do pamiętnego finału Mistrzostw Europy 2016 gołym okiem widać wzbogacenie się reprezentacji Portugalii na przestrzeni tych pięciu lat. Wówczas od pierwszej minuty naprzeciw drużynie Francji wybiegło – nie ujmując całej reszcie – zaledwie 2 zawodników z czołowych europejskich klubów, a dokładniej jednego, bo mowa tu o Cristiano Ronaldo oraz Pepe. Można by do tego grona jeszcze wrzucić Renato Sanchesa, który był już dogadany z Bayernem Monachium i Raphaela Guerreiro przechodzącego w międzyczasie z Lorient do Borussi Dortmund. Jednak cała reszta wybiegającej drużyny składała się z 5 piłkarzy rodzimej ligi (Rui Patricio, Carvalho, Adrein Silva, Joao Mario, Nani), oraz 2 występujących w Southampton (Soares i Jose Fonte). Ławka także nie wyglądała nadzwyczaj wyjątkowo, ponieważ największymi nazwiskami byli Quaresma, Moutinho, Gomes, Eder, oraz będący u schyłku kariery Ricardo Carvalho.

Wymieniona kadra nie należała oczywiście do słabych, ale przyrównując ją do obecnej, można mówić o ogromnym skoku jakościowym. Jak wówczas można było góra czterech zawodnikach grających w wielkich klubach, tak dzisiaj jest mowa o przynajmniej dziewięciu, a reszta grająca w mniej jakościowych zespołach również stanowi o ich sile. Jest to też obecnie „kłopot” Fernando Santos, ponieważ ma do wyboru tylu piłkarzy grających na wysokim poziomie, że kilku z nich musiał po prostu odrzucić. Idealnym przykładem jest 22-letni Pedro Goncalves. W aktualnym sezonie w barwach Sportingu Lizbona w 27 spotkaniach zdobył 15 bramek i 5 asyst, a mimo to selekcjoner nie powołał go do pierwszej kadry na eliminacyjne mecze Mistrzostw Świata. Trudno porównywać piłkarzy na przestrzeni 5 lat, ale w tym momencie Pedro jest bez wątpienia w lepszej formie, niż chociażby Joao Mario czy Adrien Silva, którzy wystąpili w finale Mistrzostw Europy. Świadczy to o ogromnym skoku jakościowym reprezentacji Portugalii.

Wystarczy spojrzeć na samą listę powołanych piłkarzy, aby przekonać się, że Os Navegadores przechodzą złote czasy. Podmieniając za nazwiska piłkarzy nazwy klubów, w których występują, mamy kolejno – Olympique Lyon, Wolves, Granada, Arsenal, Manchester City, Granada, Lille, FC Porto, Manchester City, Sporting, Borussia Dortmund, PSG, Sporting, Wolves, Manchester City, Manchester United, Wolves, Lille, FC Porto, Eintracht Frankfurt, Juventus, Liverpool, Atletico Madryt, Wolves oraz Benfica. Rzecz jasna, jeśli ktoś dostaje powołanie do kadry, to musi grać regularnie w klubie, więc wymieniona wyżej lista świadczy o sile jak dużych klubów znaczą obecni reprezentanci kraju żeglarzy. Tak szeroki wachlarz wyboru pozwala Santosowi dobrać piłkarzy do danej taktyki ze świadomością, że zawsze może liczyć na sporo jakości. Portugalii w tym momencie nie można już postrzegać w roli ewentualnej niespodzianki na zbliżającym się EURO, lecz jako absolutnego kandydata do wygrania Mistrzostw Europy.

LIDERZY REPREZENTACJI

Każda drużyna potrzebuje liderów. Zarówno na boisku, jak i poza nim. W reprezentacji Portugalii o ten aspekt nie muszą się martwić, bo w kadrze nie brakuje doświadczonych zawodników, którzy pod każdym względem będą odpowiadać za ogólną formę drużyny. Os Navegadores „przywódców” mają absolutnie w każdej linii, i nie tyczy się to zaledwie jednego zawodnika. Jest to fenomenalny aspekt pod kątem wprowadzania młodych zawodników do drużyny, ponieważ bez względu na to, na jakiej pozycji gra początkujący w reprezentacji zawodnik – będzie miał swojego mentora, od którego wyciągnie sporo cech na przyszłość. Taki atut zespołu jest bezcenny, bo w następnych latach będą mogli wymieniać starszych piłkarzy na nowych, którzy zostali już odpowiednio przygotowani przez tych, których miejsce zajmują.

Pierwszą postacią, która przychodzi na myśl jest rzecz jasna Cristiano Ronaldo. Najlepszy piłkarz w historii reprezentacji, od którego uczyć się będą następne pokolenia nawet po zakończeniu jego kariery. Ciężko prosić o lepszego lidera dla drużyny, ponieważ sprawdzi się on wręcz pod każdym względem. Na boisku będzie gwarancją najwyższej jakości, a poza nim w odpowiedni sposób potrafi zarządzać zespołem. Trenerem jest oczywiście Fernando Santos, ale Cristiano angażuję się wręcz równie mocno w ogólne dobre drużyny. Idealnym przykładem jest finał EURO 2016, w którym z powodu kontuzji musiał przedwcześnie zejść z boiska, ale przy linii bocznej pracował tak mocno, jakby na nim był. Wiele osób po tym incydencie ironiczne mówiło, że Portugalia posiada dwóch szkoleniowców, ale taka wypowiedź może mieć również poważny charakter. Santos odpowiada za przygotowanie zespołu do spotkań po względem piłkarskim, a Ronaldo mentalnym.

Cristiano nie jest oczywiście jedynym liderem reprezentacji. Obowiązkiem jest wspomnienie również o Pepe, który w kadrze występuję od lat. W ostatnim starciu Ligi Mistrzów z Juventusem udowodnił także, że również na boisku ciągle potrafi wpłynąć na losy zespołu, mimo 38 lat. U jego boku w najbliższych miesiącach grać będzie prawdopodobnie Ruben Dias, który aktualnie jest już raczej na wyższym (sportowym) poziomie, niż kolega z reprezentacji, ale ciągle będzie mógł od niego sporo wynieść. W drugiej linii także nie brakuje liderów, bo grają tam przecież Joao Moutinho, Danilo Pereira, czy trochę mniej doświadczony, ale równie mocno potrafiący poprowadzić drużynę Bruno Fernandes. Z pozycji bramkarza duży wpływ będzie miał Rui Patricio, a z ławki doradzać będzie Jose Fonte. W reprezentacji Portugalii jest odpowiednio dużo piłkarzy, którzy odpowiadać będą za scalanie i trzymanie kolektywu zespołu. Taka skarbnica doświadczenia to bogactwo dla całej kadry, a mowa tu przecież o piłkarzach, którzy również na boisku dają sporo jakości.

POKOLENIE NA LATA

Część z obecnych liderów z biegiem czasu będzie musiała oczywiście odstawić grę dla swojego kraju. Cristiano Ronaldo kadrę ma zostawić po mistrzostwach świata 2022 w Katarze, a Pepe nieuniknione, że schowa czerwoną koszulkę reprezentacji już po zbliżającym się euro. Os Navegadores nie muszą jednak się zmartwiać tym, kim w niedalekiej przyszłości ich zastąpią. Młode pokolenie Portugalii na kilku pozycjach już w tym momencie wygląda lepiej, niż starsi zawodnicy kadry. Joao Felix grający na skrzydle jest stałym punktem wyjściowego składu, Ruben Dias w formacji defensywnej nie ma sobie równych, a Diogo Jota, nieoczekiwany bohater Liverpoolu, również często dostaje szanse od Santosa. Andre Silva trochę lat już ma, ale w ostatnim czasie w końcu obudził w sobie swój potencjał, i jeszcze przez parę dobrych lat może być wielką korzyścią dla selekcjonera drużyny narodowej. Z kadry na marcowe mecze warto też wymienić dwóch przedstawicieli Wolverhampton – Rubena Nevesa i Pedro Neto, oraz 18-letniego Nuno Mendesa, który spisuje się na tyle dobrze w barwach Sportingu, że selekcjoner pierwszej reprezentacji chciał go mieć już teraz.

Również kadra u21 skrywa wiele ciekawych nazwisk, które niedługo wejdą do pierwszej drużyny i będą stanowić o jej sile. Wyżej wspomniany Pedro Goncalves podbija swoją rodzimą ligę, Trincao z dobrej strony pokazuje się w barwach Barcelony, a Tiago Djalo dość regularnie gra w barwach Lille, czyli aktualnym wiceliderze Ligue 1. Rafael Leao chociaż przeciętnie radzi sobie w Milanie, to także ma predyspozycje, aby kiedyś regularnie grać w pierwszej reprezentacji. Podobnie jest z Diogo Dalotem, lecz tutaj potencjał niestety jest nieco mniejszy. Młodzieżowa drużyna Portugalii również posiada sporo jakości, o czym świadczy między innymi 27 zdobytych na 30 możliwych punktów w eliminacjach do Mistrzostw Europy, a Santosowi pozostaje tylko czekać, aż część z nich zrobi krok w kierunku pierwszej reprezentacji.

MATEUSZ PEREK

Jason Cummings, czyli nieważne jak zaczynasz. Ważne jak kończysz.

Dobre złego początki, a złe dobrego – tak w skrócie można podsumować dotychczasową karierę Jasona Cummingsa – swego czasu jednego z największych szkockich talentów. Dziś 25-letni napastnik próbuje ratować swoją karierę w Dundee FC, czwartej drużynie szkockiej Championship.

Jason Cummings jako młody chłopak trzymał kciuki za Hearts FC. Chodził nawet do Tynecastle High School – szkoły położonej tuż obok stadionu „Serc”. W międzyczasie pierwsze kroki w piłkarskim świecie stawiał w zespole Hutchison Vale – lokalnym klubie, który swoje mecze rozgrywa w Saughton Sport Complex. Po pewnym czasie dołączył do akademii Hearts, czym spełnił swoje dziecięce marzenie. Niestety, w 2012 roku wskutek kilku przeciągających się kontuzji został zwolniony z klubu bez żalu. Wrócił do „The Hutchie” gdzie szybko stał się wiodącą postacią. Świetna postawa w amatorskiej lidze i masa strzelonych goli odbiła się szerokim echem wśród lokalnej społeczności. W lecie 2013 roku podpisał pierwszy profesjonalny kontakt. Jego nowym klubem stał się Hibernian FC – największy rywal Hearts, któremu Cummings kibicował od dziecka…

DEBIUT W SZKOCKIEJ PREMIERSHIP I PRZESTRZELONY KARNY

Gdy w chłodne listopadowe popołudnie 2013 roku wiatr i deszcz smagały zielono-biały dach stadionu przy Easter Road, Cummings stanął przed szansą debiutu w szkockiej elicie. Na boisku pojawił się w 62. minucie zmieniając Johna Collinsa. Hibernian przegrał ten mecz 0-2 a młody napastnik niczym szczególnym się nie wyróżnił. W tamtym sezonie wystąpił w 16 meczach ligowych, grając głównie ogony. Debiutanckie bramki dla Hibernian strzelił w barażach o utrzymanie przeciwko Hamilton. W pierwszym – wyjazdowym meczu – dwukrotnie wpisał się na listę strzelców. W rewanżu goście odrobili straty, doprowadzając do serii rzutów karnych. W decydującym momencie do piłki podszedł właśnie Cummings. Niestety, jego strzał sparowany został przez bramkarza Hamilton – Kevina Cuthberta. Dla 18 tysięcy widzów zgromadzonych tego dnia przy Easter Road Stadium oznaczało to spadek ich ukochanego klubu do niższej klasy rozgrywkowej.

STATUS GWIAZDY. KORONA KRÓLA STRZELCÓW I TRANSFER DO NOTTINGHAM FOREST

Po spadku do Championship Cummings stał się podstawowym zawodnikiem i prawdziwą gwiazdą „Hibbies”. Już w pierwszym sezonie, mimo nieudanej walki o powrót do Premiership i przegranych Play Offach, sięgnął po koronę króla strzelców zaplecza szkockiej elity. W lidze strzelił łącznie 18 bramek. Jego dobra postawa nie uszła uwadze angielskim skautom i po zakończeniu rozgrywek otrzymał kilka ofert transferu, które ostatecznie odrzucił. W następnym sezonie również z 18 ligowymi golami na koncie stał się najlepszym piłkarzem Hibernian. W wyścigu o tytuł króla strzelców ustąpił tylko Martynowi Waghornowi z Rangers, który okazał się lepszy o dwa trafienia. Co ma wisieć nie utonie. W kolejnej batalii Hibernian zdobył mistrzostwo Championship i awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej, a Cummings – jakżeby inaczej – z 19 trafieniami sięgnął po tytuł dla najlepszego snajpera w lidze (ex aequo ze Stephenem Dobbie z Queens of South).

W międzyczasie, w maju 2016 roku pomógł Hibernian w zdobyciu pierwszego od 114 lat Pucharu Szkocji. W finale na Hampden „Hibs” po bramce w doliczonym czasie gry pokonali Rangers 3-2 i sięgnęli po upragnione trofeum. Szkot zaliczył w tym meczu asystę przy bramce Anthony’ego Stokesa. Świetne trzy sezony, regularność w zdobywaniu bramek i sukcesy z Hibernian doprowadziły Cummingsa do kolejnego awansu sportowego w jego karierze. W czerwcu 2017 roku podpisał kontrakt z Nottingham Forest – zespołem angielskiej Championship. Kwota transferu wyniosła ok. 1.100.00 euro.

ROZCZAROWANIE, KARIERA WISZĄCA NA WŁOSKU I NIEUDANY POWRÓT NA SZKOCKIE BOISKA

Co może pójść nie tak, kiedy zdobywasz bramkę w debiucie? W przypadku Jasona Cummingsa właściwie wszystko. Gdy w sierpniu 2017 roku w meczu EFL Cup przeciwko Shrewsbury, Szkot podwyższał wynik spotkania na 2-0, nic nie zapowiadało nadchodzącej katastrofy. W 14 ligowych meczach w barwach Forest zdobył zaledwie jedną bramkę i szybko przypięto mu łatkę „waste of money”. W styczniu 2018 roku został wypożyczony do końca sezonu do Rangers. W umowie widniał zapis o możliwości transferu definitywnego. W barwach „The Gers” zadebiutował 24 stycznia w wygranym 2-0 meczu z Aberdeen FC. Cztery dni później cieszył się z premierowego gola dla Rangers, którego zdobył w potyczce z Ross County. 4 marca w ćwierćfinale Pucharu Szkocji Cummings znów znalazł się w blasku reflektorów. Jego trzy bramki zdobyte w meczu z Falkirk pomogły awansować Rangers do półfinału Scottish Cup. Niestety, jednorazowy przebłysk nie wystarczył, by zostać w Glasgow na dłużej i Cummings po zakończeniu sezonu musiał wracać do Nottingham. Nie da się ukryć, że nikt tam na niego nie czekał z otwartymi ramionami. Piłkarz stanął przed kolejną wizją zmiany otoczenia.

DLA ODMIANY WYPOŻYCZENIE, WIĘCEJ WYPOŻYCZEŃ

Po powrocie do macierzystego klubu Cummings został wystawiony na listę transferową. Propozycję rocznego wypożyczenia wysunął grający w League One Peterborough United. Szkot nie kręcił zbyt długo nosem i przystał na zaproponowane warunki. Zaczął naprawdę imponująco. W pierwszych pięciu ligowych meczach strzelił 6 bramek i po raz kolejny dał sobie i innym nadzieję na powrót do formy sprzed lat. Niestety, w kolejnych meczach Cummings nie potrafił odnaleźć się na boisku i jego wypożyczenie zostało przedwcześnie zakończone w dniu 30 stycznia 2019 roku. Już dzień później widniał w rejestrze ówczesnego lidera League One – Luton FC. Napastnik został ponownie wypożyczony. Na pierwszą bramkę musiał jednak poczekać aż do kwietnia, kiedy to po wejściu z ławki w meczu z Blackpool doprowadził do remisu 2-2. I to właściwie wszystko, co miał do zaproponowania w tamtym momencie. Kolejne rozczarowanie, po którym nawet najtwardsi mieliby problem się podnieść.

TRANSFER DO SHREWSBURY I PRZEBŁYSK GENIUSZU W MECZU Z LIVERPOOLEM

2 września 2019 roku Cummings został przedstawiony jako nowy nabytek Shrewsbury Town. Kwota transferu nie została podana do wiadomości publicznej. W zespole „The Shrews” piłkarz zadebiutował w ligowym meczu z AFC Wimbledon. Na boisku pojawił sie w 68. minucie, zmieniając Daniela Udoha. Pięć minut później mógł celebrować debiutanckie trafienie. Mecz zakończył się wynikiem 1-1. Po raz kolejny nie najgorszy start w nowym klubie. Swoje zwycięskie bramki dołożył również w meczach z Southend United i Sunderlandem. Niekończące się drobne urazy plus choroba podczas Świąt Bożego Narodzenia spowodowały jednak, że już do końca sezonu Cummings grywał tylko ogony, w większości przypadków wchodząc z ławki rezerwowych. Przebłysk geniuszu pokazał jednak w meczu V rundy Pucharu Anglii w meczu przeciwko Liverpoolowi. 26 stycznia wchodząc z ławki, strzelił dwa gole ekipie Jurgena Kloppa i jego nazwisko znów (na krótko) znalazło się na pierwszych stronach gazet.

WITAMY W DUNDEE

Przez okres półtorarocznego pobytu w Shrewsbury, Cummings prócz kilku sporadycznych momentów nadal nie potrafił ustabilizować formy. W końcu przyszedł czas, by po raz kolejny spróbować swoich sił tam, gdzie wiodło mu się najlepiej-czyli szkockiej Championship. W styczniu tego roku 25-letni napastnik podpisał kontrakt z Dundee FC, który wiąże go z obecnym pracodawcą do maja 2022 roku.

I trzeba uczciwie przyznać, że początek w jego wykonaniu jest jak najbardziej udany. W ośmiu ligowych meczach strzelił jak dotąd 4 bramki. Szybko stał się ulubieńcem kibiców z Dens Park. Cummings ma dopiero 25 lat. Nie raz udowadniał, że ma ogromny talent, z którym w parze nie idzie jednak stabilizacja i regularność. Powrót na szkockie boiska to z pewnością krok wstecz i osobista porażka napastnika Dundee. Czasem warto jednak zrobić jeden krok wstecz by potem móc zrobić dwa kroki do przodu. Na jego równej i dobrej formie z pewnością skorzystałaby również reprezentacja Szkocji, która już dziś zaczyna walkę o awans na Mundial w Katarze.

KAROL KOCZTA

Ekipa na Węgry. Filozofia Sousy. Felieton Michała Bakanowicza.

Czy wytypowanie naszej jedenastki na mecz z Węgrami to nic innego jak wróżenie z fusów? I tak, i nie.

Oczywiście, przed pierwszym spotkaniem Sousy w roli selekcjonera Reprezentacji Polski trudno jest cokolwiek założyć w ciemno. Tym bardziej, że powołania Portugalczyka były w pewnych miejscach nieoczekiwane, a konferencje prasowe z jego udziałem póki co nie dają zbyt wielu odpowiedzi. Można więc wszystko zamknąć w stwierdzeniu – pożyjemy, zobaczymy.

No ale przecież z drugiej strony Sousa to nie jest jakiś anonim, którego przeszłość jest nam totalnie nieznana. Bardziej wnikliwi kibice i eksperci dawno już prześledzili profil tego trenera i można mieć wrażenie, że mniej więcej wiemy, czego możemy się spodziewać.

Na przykład, jego dotychczasowa kariera klubowa wskazuje, że jego ulubiony system to gra trójką z tyłu. Wybierał to rozwiązanie w Fiorentinie i kontynuował je w Bordeaux. Owszem, z rożnym skutkiem, ale zawsze konsekwentnie. Zwracał przy tym na ogół uwagę na zróżnicowanie wahadeł – do którego jeszcze przejdziemy – a także na odpowiednią charakterystykę poszczególnych piłkarzy.

To o czym również należy wspomnieć to elastyczność w ustawieniu formacji, preferowanych przez Sousę. Jeśli wciąż sugerować się tym, co Portugalczyk proponował na włoskiej, czy francuskiej ziemi, to zakładam, że 1-3-4-2-1 to będzie nasz pomysł w fazie ataku, a 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1, ma umożliwić nam chronienie naszej bramki.

Faza obrony
Faza ataku

I jestem przekonany, my takim systemem grać będziemy! Pytanie tylko czy prędzej, czy później.

Zaryzykuję stwierdzenie, że wyjdziemy w takim układzie już w Budapeszcie. I jasne, byłoby to dość odważne posunięcie ze strony selekcjonera. Ale czy od razu szalone? 

Umówmy się. Nasi reprezentanci z niejednego pieca chleb jedli. Zarówno ich przeszłość, jak i teraźniejszość to duże europejskie kluby i trenerzy, którzy wiedzą czym jest taktyka. Dobry piłkarz to taki, który jest elastyczny i otwarty na nowe trendy, a przecież tylko tacy powinni przyjeżdżać na Kadrę. To może wypalić.

Tak więc omówienie filozofii Sousy mamy za sobą. Oczywiście w totalnym uproszczeniu. Pora rozwinąć temat na przykładzie poszczególnych nazwisk.

Bramka: Szczęsny

Ta kwestia jest bezdyskusyjna. Portugalczyk wskazał swojego bramkarza numer jeden i tego będzie się trzymał.

Środek obrony: Bednarek, Glik, Bereszyński

Dwie pierwsze pozycje są niepodważalne. Raczej nikt nie wyobraża sobie by obrońca  Southampton lub Benevento mógł wypaść ze składu. Wątpliwości budzi jedynie opcja numer trzy.

Ale skąd pomysł z Bereszyńskim? Po pierwsze Helik, Piątkowski i Dawidowicz to kadrowe świeżaki. Po drugie – jak wyżej wspomniałem – system 1-3-4-2-1, zakłada, że w fazie obronnej przechodzimy w 1-4-4-2 lub 1-4-4-1-1. Oznacza to, że dobrze by jeden ze środkowych defensorów był również takim, któremu nie jest obca gra przy linii bocznej. Bereszyński spełnia te warunki, a dodatkowo nie bez znaczenia jest fakt, że bywał również wykorzystywany w ten sposób w Sampdorii.

Wahadła: Reca/Rybus i Szymański/Jóźwiak

System Sousy jest asymetryczny. Oznacza to w dużym uproszczeniu tyle, że na jednym z wahadeł możemy spodziewać się nominalnego bocznego obrońcy, a na drugim zawodnika znanego raczej z gry na skrzydle. Skoro więc prawa strona zabezpieczona jest Bereszyńskim, to tutaj spodziewałbym się więcej odwagi. Tym bardziej, że piłkarz Sampdorii to jedyny prawy obrońca powołany przez Sousę. Zrezygnowanie z Kędziory może świadczyć o tym, że Portugalczyk woli mieć na tej stronie piłkarzy ofensywnych, lub opcjonalnie skorzystać tam z Bereszyńskiego właśnie. 

Z lewej musi być nieco bardziej stabilnie, stąd ktoś z dwójki Reca/Rybus. Oczywiście, obaj zaczynali od gry na skrzydle, ale dziś kojarzymy ich mimo wszystko jako bocznych obrońców.

Płachetę i Grosickiego pomijam, gdyż po pierwsze nie grają w klubie, po drugie piłkarz WBA totalnie nie pasuje mi do systemu Portugalczyka, i na ten moment trudno przewidzieć mi jego rolę w zespole. 

Defensywni pomocnicy: Krychowiak i Moder

Czy wyobrażam sobie pierwszą jedenastkę bez Krychowiaka? Oczywiście.

Ale pod warunkiem, że zdrowi będą Bielik i Góralski, a Moder będzie łapał minuty w Brighton. Póki co, miejsce ma tylko to drugie, wobec czego piłkarz Lokomotivu może liczyć na kolejną szansę. Tym bardziej, że w Rosji prezentuje się dobrze. Tak samo jak Moder w poprzednim meczu „Mew”, w którym to zagrał na lewym wahadle. U nas jednak najprawdopodobniej grać będzie w środku.

Ofensywni pomocnicy/cofnięci napastnicy: Zieliński i Milik 

Co do tego pierwszego, gra sezon życia i jest jednym z najważniejszych piłkarzy Napoli. Trudno więc wyobrazić sobie jedenastkę bez niego.

Jeśli zaś mowa drugim, to nie ukrywam, że jeszcze rano w jego miejscu był Klich. Covid zrobił jednak swoje i trzeba kombinować. Dotychczasowe założenia Sousy pozwalają na podwieszenie pod  „dziewiątkę” dwóch ofensywnych pomocników, lub duetu składającego się jednego piłkarza o takiej charakterystyce i cofniętego napastnika. Tak więc perypetie piłkarza Leeds mogą okazać się szansą zarówno dla naszych „dziesiątek”, jak i piłkarzy kojarzonych z grą w ataku. Tutaj wybór pada na Milika, choć nie wykluczam też wariantu, w którym Szymański zostaje przesunięty wyżej, a prawy korytarz otwiera się dla kogoś z duetu Płacheta/Jóźwiak.

Ale wracając jeszcze do Zielińskiego. Jego ustawienie bliżej lewej strony, powinno zapewnić nam płynność w przejściu do fazy obronnej. Wówczas Zielu staje się lewy pomocnikiem, a Reca bądź Rybus cofają się do bloku obronnego. 

Napastnik: Lewandowski

Tu komentarz jest zbędny. 

Tak więc karkołomne zadanie za mną. Sam jestem ciekaw ile typów się sprawdzi i przede wszystkim czy Sousa, zdecyduje się na „swój” system już teraz. Oczywiście, mamy tu kilka niepodważalnych pozycji, o które mogę być spokojny, ale nie zdziwi mnie też jakaś spora niespodzianka. Może na głęboką wodę rzucony zostanie Kozłowski? A może Kowalczyk, którego charakterystykę komplementował Sousa? Nie bez szans na występ wydaje się też Płacheta, czy któryś z pominiętych przeze mnie środkowych obrońców.

W każdym razie to tylko rodzaj zabawy, a same nazwiska wymieniłem po to, by pewne rzeczy były bardziej przejrzyste. Personalia są jednak mniej ważne. Sęk w tym by zespół wyglądał dobrze jako całość. Czy uda się Sousie osiągnąć to już w pierwszym meczu? Czekamy z niecierpliwością!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Rozmowa z Rusłanem Neshcheretem.

Rusłan Neshcheret był najpopularniejszym piłkarzem w wieczór 4. listopada 2020 roku. Cały świat mówił wówczas o genialnym występie 18- letniego Ukraińca na Camp Nou. Niestety poza jednym przebłyskiem z europejskim potentatem, zaliczył również wpadki w dwóch następujących po sobie meczach (w tym szlagierze z Szachtarem). Co słychać u utalentowanego bramkarza Dynama? Jak widzi swoją przyszłość?

Stałeś się bardzo popularny po meczu z Barcą. W Polsce i na całym świecie było o tobie bardzo głośno. Co czułeś podczas debiutu w Lidze Mistrzów?
Czułem się dobrze. Nie przeraziła mnie atmosfera wielkiego stadionu i renoma utytułowanego przeciwnika. Nie stresowałem się. Podszedłem do tego spotkania z chłodną głową. Drużyna rozegrała bardzo dobry mecz i pomimo naporu rywala dawaliśmy sobie rade, a ja miałem wiele okazji, by móc się wykazać.

Wielu zawodników może pozazdrościć ci pewności siebie. Zdradzisz nam sekret?
W sumie sam nie wiem. Chyba po prostu już taki jestem. Trener przed meczem wypowiedział słowa, które wspominam z uśmiechem. Rzucił pytaniem „ile razy zdarzy ci się zagrać na Camp Nou w takim meczu?”. Nie pozostało mi nic innego, jak wyjść i zagrać dobrze (śmiech).

Kiedy dowiedziałeś się, że zagrasz w pierwszym składzie?
W meczu poprzedzającym spotkanie w LM, zostałem pierwszym bramkarzem. Konkurenci byli chorzy (Covid), a że przed meczem z Barcą nie wyzdrowieli, to było dla mnie jasne, że na Camp Nou wystąpię między słupkami od pierwszych minut.

Co możesz powiedzieć o swojej przyszłości? Jesteś już bramkarzem pierwszego zespołu. Co dalej?
Z pierwszą drużyną trenuję z przerwami już od ponad roku. Oczywiście robię wszystko, by zostać numerem jeden, ale nie jest to takie proste. Mam nadzieję, że wszystko się pójdzie po mojej myśli. Teraz leczę kontuzję, ale już trenuję indywidualnie i liczę na szybki powrót.

Rozmowę przeprowadził

BUCKAROOBANZAI

Błysk serbskiego talentu – Dusan Vlahović podbija calcio

Kiedy trafiał do Florencji, Vincenzo Montella przybił mu łatkę perspektywicznego chłopaka, który w przyszłości pozwoli Fiorentinie zarobić ogromne pieniądze na transferze. Minęło 1.5 roku, a Dusan Vlahović jest zawodnikiem, który ciągnie za uszy Violę. Ma na koncie już 12 bramek, a w ostatnim spotkaniu przeciwko Benevento popisał się hat-trickiem w pierwszej połowie. Jeśli licząc tylko piłkarzy z 2000 roku i młodszych, tylko Erling Haaland ma więcej goli na koncie od Serba. Cofnijmy się kilka lat wstecz i przenieśmy się do stolicy Serbii.

BELGRAD OSZLIFOWAŁ DIAMENT, KTÓRY BIŁ REKORDY

Dusan w juniorskich kategoriach reprezentował trzy kluby ze stolicy Serbii (Partizan, Crvena i OFK). W wieku 14 lat został przechwycony przez Partizan Belgrad z rąk odwiecznego rywala – Crveny Zvezdy. Już w tak młodym wieku był zbyt dobry, żeby grać w rozgrywkach juniorskich, a zbyt młody, żeby grać w seniorskiej drużynie. Rok później mając 15 lat, podpisał zawodowy kontrakt z Partizanem, ale na debiut w rozgrywkach ligowych musiał poczekać jeszcze rok. Od razu ówczesny trener Ivan Tomić zagwarantował, że dla Vlahovica zarezerwowany jest numer 9 na koszulce. W dorosłej drużynie „Grabarach” zadebiutował 21 lutego 2016 roku w spotkaniu ligowym z OFK Belgrad, gdzie stawiał pierwsze piłkarskie kroki. Został najmłodszym debiutantem w historii Partizana.

Niecały tydzień później pobił kolejny rekord, został najmłodszym piłkarzem, który wziął udział w „wiecznych derbach” z „czerwoną gwiazdą” (wcześniej najmłodszym piłkarzem, który zagrał w tym spotkaniu był Luka Jović). Kibice Crveny Zvezdy wygwizdali 16-letniego chłopaka, ponieważ jako junior opuścił ich klub na rzecz wrogiej drużyny ze stolicy Serbii. 2 kwietnia 2016 roku Vlahović został także najmłodszym strzelcem w historii klubu, trafiając do siatki przeciwko Spartakowi Subotica. Z wysokości trybun był obserwowany przez skautów Arsenalu czy Juventusu, którzy musieli zobaczyć na własne oczy, jak gra nastolatek z Belgradu. W całej historii piłkarza mamy także polski wątek. Dusan w następnym sezonie zadebiutował w europejskich rozgrywkach. Partizan  z 16-letnim Vlahovicem mierzył się z Zagłębiem Lubin w ramach eliminacji do Ligi Europy. Polska drużyna wyszła z tego starcia zwycięsko po rzutach karnych. Latem 2017 roku podpisał kontrakt z Fiorentiną, ale do końca sezonu biegał jeszcze w koszulce Partizana. Łącznie rozegrał 66 spotkań, strzelając 18 bramek. Wynik nie powala na kolana, ale trzeba zwrócić uwagę, że był chłopakiem, który dopiero wchodził w wiek dorosłości. Od lipca 2018 roku czekała Florencja z ambitnymi planami z Rocco Commisso na czele…

SERIE A – SPEŁNIENIE MARZEŃ.

Dusan od dziecka był oczarowany Italią. Już jako młody chłopak pragnął grać we Włoszech. Na konferencji prasowej został przedstawiony jako wielki talent, który w przyszłości ma stać się piłkarzem klasy światowej. Debiut w Serie A przypadł na spotkanie z Interem. Serb zagrał tylko 7 minut, ale wprowadził wiele kolorytu i młodzieńczej fantazji w końcówce spotkania przegranego 2:1. Fiorentina prezentowała się w tamtym okresie, łagodnie mówiąc beznadziejnie. Stefano Pioli został zwolniony w kwietniu, a Serb pod jego wodzą rozegrał w lidze tylko 107 minut. Dusan wyróżniał się trudnym charakterem, a ówczesny trener Violi wielokrotnie wspominał, że nie jest jeszcze gotowy na wielkie granie. Fiorentina zatrudniła Vincenzo Montelle, u którego Vlahović otrzymywał więcej minut, ale nadal podstawowym napastnikiem był Giovanni Simeone. Viola cudem uniknęła spadku w sezonie 2018/19, a pierwszy rok w Italii Serb zakończył z dorobkiem 0 goli i 0 asyst. Wyróżniał się za to w młodzieżowych rozgrywkach Primavery. W 13 spotkaniach zanotował 11 trafień. Przyszły sezon miał być przełomowy w karierze Dusana Vlahovica.

PIERWSZE TRAFIENIE, PIERWSZA ASYSTA, PIERWSZY SKŁAD

W przerwie między sezonami młody Serb pracował nad sylwetką. Nabrał odpowiedniej masy, którą przerodził na siłę. Stał się napastnikiem, którego przepchnąć jest nie lada sztuka. Pierwsze spotkanie w sezonie 2019/20 Fiorentina rozegrała z Monzą w Coppa Italia. Do 80 minuty meczu sensacyjnie prowadzili goście, ale wtedy rozpoczął się „Dusan show”. Na boisku Vlahović pojawił się 6 minut wcześniej. Strzelił dwie bramki, a przy trafieniu Federico Chiesy na 3:1 zanotował asystę. Ówczesny trener Vincenzo Montella preferował dość nienaturalne ustawienie z trójką obrońców i brakiem naturalnej „9” w ofensywie. W ataku czarował wcześniej wspomniany Fede Chiesa i Franck Ribery. Dusan do momentu kontuzji Francuza był piłkarzem wchodzącym z ławki. Wszystko się zmieniło po spotkaniu z Cagliari. Vlahović po raz pierwszy w sezonie wyszedł w podstawowym składzie i popisał się dwiema bramkami. Viola przegrała z ekipą Sardynii 5:2, a jedynym wygranym we fioletowej koszulce był właśnie Serb, który znalazł się w jedenastce kolejki. Na następne trafienie musiał poczekać ponad miesiąc, kiedy w 90 minucie spotkania dał remis drużynie w hitowym starciu z Interem. Vlahović nadal miał spore braki techniczne. Przez wielu był nazywany „drewniakiem”. Jednak z tygodnia na tydzień widać było postęp u Serba. Na włoskich boiskach czuł się jak ryba w wodzie. Brakowało mu tylko liczb. Po zmianie trenera zaczął częściej wychodzić w pierwszym składzie. Na wstępie zdobył zaufanie Beppe Iachiniego, który widział nie tylko w swoim składzie Serba, ale także w Juventusie, jako następcę Higuaina. Na początku marca klub ogłosił, że Dusan Vlahović jest zakażony koronawirusem i bardzo źle przechodzi chorobę. Gorączka trzymała niemal dwa tygodnie Serba, dobijając nawet do 40 stopni. Covid miał wpływ na dalszą część sezonu Dusana. Miał ogromny problem z dojściem do siebie i formy. Po powrocie ligi nie strzelił już żadnej bramki, mimo że na boisku spędził ponad 300 minut. Sam piłkarz uważa, że był to do tej pory najważniejszy sezon w jego dotychczasowej karierze, który sprowadził go na ziemie. Strzelił 6 bramek w 30 spotkaniach.

AKTUALNY SEZON I MASZYNA CESARE PRANDELLEGO

Jeszcze przed startem rozgrywek Serie A otrzymał swoją ulubioną 9 na koszulce. To wyróżnienie wiąże się z ogromną odpowiedzialnością i zdobywaniem bramek. Giuseppe Iachini zapewnił, że przyszedł moment na Vlahovica. Schody zaczęły się kiedy trener nie był zadowolony z pracy na treningach Serba. Od pierwszego spotkania próbował różnych ustawień z Patrickiem Cutrone i Cristianem Kouame w duecie z Franckiem Riberym, ale Francuz najlepiej czuł się gdy miał obok siebie Dusana. Do momentu zwolnienia trenera „czapeczki” Serb strzelił tylko jedną bramkę w lidze i prezentował się karygodnie. Wszystko odmienił Cesare Prandelli, który wrócił do Florencji i postawił sobie za zadanie zbudować bramkostrzelnego Vlahovica, tak jak zrobił to z Adrianem Mutu, Alberto Gilardino, czy Lucą Tonim. Efekt „nowej miotły” mogliśmy zobaczyć dopiero w spotkaniu z Sassuolo, kiedy trafił do bramki neroverdich po 2.5 miesiącach posuchy. Do tej pory regularnie znajdował miejsce w „jedenastce badziewiaków”.

Największy wpływ na formę i pewność siebie Serba miała bramka w derbowym spotkaniu z Juventusem, które sensacyjnie na wyjeździe wygrała Viola aż 3:0. Do tej pory Vlahović prezentuje się zankomicie, a ostatni mecz z Benevento jest tego przykładem. Ustrzelił „czarownicom” hat-tricka w 45 minut. Już nie jest piłkarzem, który ma klapki na oczach i widzi bramkę. Stał się pracusiem, który haruje w defensywie, pomaga przy rozgrywaniu akcji i walczy o każdą piłkę w ofensywie. Rozwinął się w ekspresowym tempie na boiskach Serie A, a na jego kolejne występy kibice czekają z wypiekami na twarzy. W tej chwili ciągnie Fiorentine za uszy i gdyby nie jego postawa, oglądalibyśmy Florencję w dole tabeli.

Dusan Vlahović 2019/20 vs 2020/21

*Stan na 14.03.2021

Kontrakt Serba wygasa latem 2023 roku. Viola już na ten moment może zbić fortunę, ponieważ Dusanem interesują się wielkie włoskie kluby. Ma doskonałe predyspozycje, żeby osiągnąć poziom klasy światowej. Pozostaje ciężka praca, aby szlifować swój talent. Wielka piłka stoi otworem. Piłkarskim idolem Vlahovica jest Zlatan Ibrahimović, ale 20-letni Serb wierzy, że jest w stanie osiągnąć więcej od Szweda.

KACPER KARPOWICZ

Już nadeszła pora, by pożegnać Parmę z Serie A?

Drużyna Gialloblu miała w tym sezonie zrobić krok do przodu, więc mimo niezłych wyników w zeszłym sezonie, zarząd postanowił przeprowadzić zmianę szkoleniowca. Decyzja ta, jak się później okazało, była fatalna, bo z solidnej drużyny środka tabeli Parmeńczycy zmienili się w jednego z głównych faworytów do spadku.

ZAMIESZANIE Z TRENEREM

Roberto D’Aversa pracował w Parmie od sierpnia 2016 roku. W zaledwie dwa lata zdołał awansować z Serie C do Serie A, dzięki czemu zyskał sobie wysoki status w oczach kibiców oraz zarządu. Pierwszy sezon w najwyższej klasie rozgrywkowej choć był z problemami, bo Gialloblu mieli czwartą najgorszą defensywę w lidze (gorzej tylko Chievo, Frosinone i Empoli, którzy spadli), jednak udało się go zakończyć utrzymaniem, co można było uznać za sukces. Rozgrywki 2019/20 pod względem miejsca w tabeli były bardzo dobre dla Parmeńczyków, ponieważ zajęli 11 pozycję z 14 punktami przewagi nad strefą spadkową. Właściciele mieli jednak pewne wątpliwości co do kontynuowania współpracy z D’Aversą, gdyż ich zdaniem drużyna mimo niezłych wyników, nie prezentowała się tak, jakby chcieli. Nie grała widowiskowo, a bardziej dość opornie, co nie zadowalało grona tifosich Parmy. Zarząd wierzył, że ich drużynę stać na osiąganie jeszcze lepszych rezultatów, z atrakcyjniejszym dla oka stylem gry, ale uznali, że z aktualnym szkoleniowcem, który mimo wszystko osiągał dobre wyniki, nie jest to możliwe.

Po zakończeniu naprawdę udanego sezonu postanowiono rozstać się z Roberto, i sięgnąć po Fabio Liveraniego, który chociaż spadł w zeszłym roku z Lecce, to ich zdaniem miał odpowiedni warsztat, aby wnieść Parmę na wyższy poziom. Dano mu spore możliwości na rynku transferowym, ponieważ do klubu definitywnie przyszło łącznie 11 zawodników za około 80 milionów euro, a na odejściach zyskali zaledwie 4,5mln. Popełnili ogromne ryzyko dojąc wolną rękę nowemu – niezbyt doświadczonemu – szkoleniowcowi, co jak się później okazało, było ogromnym błędem. Parma pod wodzą Fabio zdobyła zaledwie 12 oczek po 16 kolejkach, a styl gry, który miał uatrakcyjnić, prawdopodobnie stał na jeszcze gorszym poziomie. 7 stycznia 2021 roku postanowiono odsunąć Liveraniego od sterów pierwszej drużyny.

Kto przyszedł na jego miejsce? Rzecz jasna Roberto D’Aversa, któremu jeszcze pół roku temu w dziwnych okolicznościach podziękowano za współpracę. W obliczu fatalnej sytuacji w tabeli wierzono, że trener, który spędził w klubie sporo czasu, będzie w stanie wyciągnąć Parme ze strefy spadkowej. Póki co powrót starego szkoleniowca nie przyniósł żadnych korzystnych efektów, ponieważ punktuję na jeszcze gorszym poziomie, niż jego poprzednik. 13 meczów – 4 remisy i 1 wygrana. Średnio 0,54 punktu na mecz, a w przypadku Liveraniego średnia ta wynosiła 0,75. Z jednej strony można więc uznać, że przywrócenie D’Aversy było błędem, ale prawda jest jednak taka, że największym błędem było zwalnianie go na koniec zeszłego sezonu. Parma dalej grałaby prawdopodobnie ciężki dla oka futbol, ale byłaby przynajmniej w lepszej sytuacji sportowej. A co najśmieszniejsze, niektóre źródła podają, że ze względu na słabe wyniki rozważa się przywrócenie do roli trenera Fabio Liveraniego. Cyrku ciąg dalszy.

BEZSENSOWNIE WYDANY BUDŻET

Zazwyczaj każda drużyna, która po połowie sezonu jest zagrożona spadkiem z ligi, zimowe mercato wykorzystuje w celach wzmocnień „na teraz”, które będą w stanie pomóc w walce o utrzymanie. Torino sprowadziło Sanabrie i Mandragore, czyli nazwiska, które w Serie A w pewnym stopniu są już sprawdzone. Cagliari Nainggolana, Duncana, Asamoah oraz Ruganiego, a Genoa Strootmana, czy chociażby Portanove. Nawet Benevento oraz Crotone dokonało wzmocnień, które w jakimś stopniu można uznać za właściwe w kwestii walki o utrzymanie. Parma również ściągnęła piłkarzy, którzy mają duże doświadczenie w poważnej piłce, ale niezbyt jakościowych. Mattia Bani, Andrea Conti oraz Graziano Pelle, który w zasadzie jako jedyny z całej trójki wygląda na mocne wzmocnienie, chociaż ostatnie 5 lat spędził w lidze Chińskiej. Pierwsza dwójka w ostatnich miesiącach kompletnie nie ma formy, więc ciężko oczekiwać, że w drużynie Gialloblu nagle odpalą.

Minione okienko transferowe w wykonaniu Parmy jest jednak absurdalne ze względu na ilość wydanego budżetu na zawodników, którzy w seniorskiej piłce doświadczenia dużego nie mają. Aż 13 milionów euro przeznaczyli na 22-letniego Rumuna Dennisa Mana, który dotychczas grał jedynie w swojej rodzimej lidze. Przyszedł także Joshua Zirkzee, który aktualnie jest wyłącznie na wypożyczeniu, jednak Włosi mają opcję wykupu w okolicach 15 milionów euro. Nie jest to tak, że są to złe transfery, bo obaj zawodnicy mają bez wątpienia wielki talent, lecz są to ruchy bardzo bezsensowne z uwagi na obecną sytuacje. Pierwsze tygodnie ich pobytu w klubie już pokazały, że w tym sezonie wpływu na grę zespołu większego mieć nie będą, i było to raczej oczywiste w chwili realizacji transferów. Poza tym zakładając, że Parmeńczycy spadną z ligi, to wątpię, że zarazem Rumun jak i Holender będą chcieli grać na zapleczu Serie A. Ściągnięcie Zirkzee oraz Mana byłoby dobrym ruchem, ale nie w momencie, kiedy walczy się o utrzymanie.

ŁATWE TRACENIE PUNKTÓW

Słaba forma i kiepski styl gry to jedno, ale Parma nawet jeśli zagra niezłe spotkanie i przez większość meczu wynik układa się po ich myśli, to na koniec zazwyczaj i tak wyniosą z niego maksymalnie punkt. W 9 pojedynkach obecnego sezonu, w trakcie których w pewnym momencie prowadzili, zdobyli na koniec jedynie 15 na 27 możliwych punktów. W skład tej statystyki wchodzą cztery mecze, które zremisowali mimo dwubramkowej przewagi. Jeśli innym drużynom kilka razy zdarzyło się tracić punkty w dość przypadkowy sposób, tak Parma traci je konsekwentnie wręcz w tym samym stylu i w tych samych okolicznościach.

Mecz z Interem – objęcie prowadzenia w 46 minucie i podwyższenie go w 62, aby na koniec po bramce Perisicia w doliczonym czasie gry zgarnąć zaledwie punkt. Milan – prowadzenie 2:0 w 56 minucie, zakończenie wynikiem 2:2 po trafieniu Theo w 91 minucie. Z Udinese oraz ze Spezią z dwubramkowego prowadzenia w stan remisu przeszli – w porównaniu z poprzednimi spotkaniami – dość szybko, bo w kolejno 80 oraz 72 minucie, i było w nich nawet opcja, że nie zachowają nawet punktu. Sassuolo – prowadzenie 1:0 w doliczonym czasie gry, jednak bramka Djuricica z rzutu karnego w 95 minucie ustala wynik remisowy. Ostatnim przykładem jest mecz rollercoaster z Fiorentiną, w którym najpierw zdołali z rezultatu 1:2 wyjść na prowadzenie 3:2 (strzelając bramkę w 90 minucie), aby na koniec, po samobóju Iacoponiego w 4 minucie doliczonego czasu gry, rzecz jasna zremisować.

Chociaż ostatni mecz z Romą był swego rodzaju przełomem, bo udało im się zdobyć 3 punkty wygrywając 2:0, tak w przypadku Parmy można mówić o sporym braku koncentracji, a nawet i może motywacji w najważniejszych momentach meczu. Jak wspomniał niegdyś Czesław Michniewicz – „2:0 to niebezpieczny wynik” i słowa tę powinni sobie wziąć do serca wszyscy piłkarze Gialloblu wraz z trenerem, ponieważ obecnie łatwe tracenie punktów jest pod względem sportowym największym przekleństwem Parmeńczyków.

MATEUSZ PEREK

Mozaika Hamsika – Szwedzka układanka króla Neapolu

Czy największy transfer w historii ligi szwedzkiej ma sens? Od niemal tygodnia pytanie to jest na ustach większości fanów skandynawskiego futbolu. Marek Hamsik zasilił szeregi IFK Göteborg – klubu, który w zeszłym sezonie Allsvenskan (jakby to powiedział Franciszek Smuda) „walczył o spadek”. Dlaczego akurat Szwecja? A jeżeli już Szwecja, to dlaczego akurat Göteborg? Wokół tego transferu zgromadziło się więcej znaków zapytania niż na szyi Quebo. Mimo wszystko, transfer wydaje się jak najbardziej przemyślany.

5 marca dokładnie o godzinie 11:21 na stronie internetowej http://expressen.se zostaje opublikowany artykuł Daniela Kristoffersona. „Bomba: Hamsik w drodze do Göteborga” – krzyczał nagłówek. W dalszej części tekstu mogliśmy się dowiedzieć, że 33-letni pomocnik rozwiązał kontrakt z Dalian Professional i już wkrótce uda się do Szwecji, aby odbyć testy medyczne. Pontus Farnerud, dyrektor sportowy IFK Göteborg wolał zostawić sprawę bez komentarza. Coś musiało być na rzeczy. Trzy dni później doniesienia się potwierdziły, a Daniel Kristofferson mógł się poczuć jak szwedzki Fabrizio Romano.  Marek Hamsik wylądował na lotnisku w Göteborgu, a jego transfer został ogłoszony punktualnie o godzinie 19:30. Na naszych oczach zaczęła się tworzyć historia szwedzkiej piłki.

HAMSIK ZA 1/4 JĘDRZEJCZYKA

Szwedzkie media podają, że IFK Göteborg zaoferowało Hamsikowi kontrakt na poziomie 100 tysięcy koron miesięcznie. Jest to około 50 tysięcy złotych brutto. Bardzo mało, jak na tak klasowego zawodnika. Szczególnie, jeżeli weźmiemy pod uwagę, że tego typu kwoty są codziennością w naszej rodzimej lidze. Może to frazes, ale tym razem nie chodziło jednak o pieniądze.

Doskonale wiemy, że Szwecja nie była pierwszym wyborem Hamsika. Początkowo 3-miesięczny kontrakt miał mu zaoferować Slovan Bratysława, ale transakcja nie mogła dojść do skutku ze względu na okienko transferowe, które na Słowacji zamykało się znacznie wcześniej niż w Szwecji. Z mniej oczywistych powodów, Hamsik szukał również spokoju oraz boiska z naturalną trawą, co w Szwecji wcale nie jest takie oczywiste. Jego przyszły pracodawca musiał spełniać wszystkie te wymagania. Göteborg je spełniał.

CHCESZ PAN HAMSIKA?

Z przenosinami Słowaka wiąże się także kilka ciekawych anegdot. Tuż po podpisaniu umowy, agent piłkarza wyjawił mediom kilka faktów na temat negocjacji które jego klient prowadził z innymi klubami. A owych klubów było całkiem sporo.

Najprostszą metodą na nawiązanie kontaktu z prezesami szwedzkich klubów była naturalnie rozmowa telefoniczna. Jej schemat niezależnie od klubu był zawsze taki sam. Agent pytał się, czy klub zainteresowany jest Markiem Hamsikiem, w odpowiedzi słuchając ciągłego niedowierzania prezesów coraz to większych marek.

„Czy ty mówisz o tym Marku Hamsiku? Tak, już Ci wierzę… Haha, dobry żart.”

To jedna z najdziwniejszych odpowiedzi jakie usłyszał. Nikt nie chciał uwierzyć, że ktoś o pokroju Marka Hamsika będzie chciał grać w lidze szwedzkiej. No, może prawie nikt…

Zdecydowanie najszybszą reakcją wykazał się wspomniany już wcześniej Pontus Farnerud, pełniący w Göteborgu funkcję dyrektora sportowego. Od razu zapaliły mu się lampki w oczach i był gotowy do przeprowadzenia transferu mimo kłopotów finansowych i fatalnej formy klubu w zeszłym sezonie. Zagrał va banque, czego z pewnością nie żałuje.

Inna historia. Przed podjęciem ostatecznej decyzji Hamsik zadzwonił do samego Svena-Görana Erikssona. Jak mówi legendarny szkoleniowiec, Hamsik błyskawicznie go oczarował. „Zaraz, przecież to z Panem IFK Göteborg wygrało Puchar UEFA, prawda?” – zapytał Słowak podczas rozmowy telefonicznej. „To było bardzo miłe, że o tym wspomniał. Wydarzyło się to przecież w latach 80.” – skomentował Eriksson w późniejszym wywiadzie dla dziennika „Sportbladet”. Wybitny szkoleniowiec wystawił swojemu byłemu klubowi piękną laurkę i przekonał Słowaka do transferu. Kilkadziesiąt lat temu osiągnął z klubem największy sukces, teraz przyłożył rękę do największego transferu.

ŻYŁA ZŁOTA

Często powielany mit mówi, że transfer piłkarza potrafi zwrócić  się z samych koszulek. Jest to oczywiście nieprawda, co nie zmienia faktu, że Hamsik już kilka dni po podpisaniu kontraktu lekko podreperował budżet IFK Göteborg. „W ciągu kilku godzin sprzedaliśmy ponad 1400 gadżetów związanych z Markiem – komentuje Erica Berghagen, menedżer ds. klubowego marketingu. Co więcej, za każdy dzień Hamsika na mistrzostwach Europy klub otrzyma 49 tysięcy koron. Dziennikarze „Sportbladet” szybko obliczyli, że takowych dni będzie co najmniej 25. Oznacza to wpływ do kasy klubowej rzędu ponad 1,2 miliona koron szwedzkich. Na pytanie, czy transfer Słowaka się zwróci dyrektor sportowy klubu odpowiedział wprost: Tak, ale jeszcze nie teraz. Na tym dyskusja o sensie transferu powinna się zakończyć, ale okazało się, że nawet tak przemyślany ruch ma swoich sceptyków.

KUBEŁ ZIMNEJ WODY

„Lubię, kiedy zawodnikowi zależy na klubie. W tym przypadku tak nie jest” – tak transfer Marka Hamsika skomentował Anders Svensson, legenda reprezentacji Szwecji. „Myślę, że Hamsik może zrobić więcej złego niż dobrego. Od razu wchodzi do zespołu i ma czas na przygotowania, ale co to daje klubowi na dłuższą metę? Oczywiście piłkarze mogą się sporo nauczyć trenując z takim zawodnikiem, ale pamiętajmy, że przychodzi on tutaj tylko dla siebie i dla swoich własnych potrzeb. Jego myśli nie są niebiesko-białe.” – dodał.

Dzisiaj rano dowiedzieliśmy się, że Hamsik opuścił trening ze względu na uraz mięśnia łydki. „Nie mam pojęcia, co się stało ani jak Marek się teraz czuje. Poczuł ból i opuścił boisko pod koniec treningu. To wszystko, co wiem na ten moment” – powiedział po treningu trener Roland Nilsson. Nie wiadomo jak poważny jest uraz Słowaka.

Transfer Hamsika do Göteborga jest uczciwą wymianą korzyści między klubem, a zawodnikiem. Słowak otrzyma odpowiednie miejsce do treningu przed Mistrzostwami Europy, możliwość optymalnego wejścia w rytm meczowy oraz spokój. W zamian klub dostaje znakomitego piłkarza i rozgłos, który w dzisiejszych czasach również ma swoją cenę. Nawet jeżeli Słowak opuści zespół we wrześniu, powinien zostawić po sobie dobre wspomnienia i sporą sumę pieniędzy w klubowej kasie.

MACIEJ SZEŁEGA

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑