Piłkarz. Podróżnik. Błazen. Lovelas. Hazardzista. Historia Kyle’a Lafferty’ego

Kyle Lafferty to jedna z najbarwniejszych postaci nie tylko szkockiej, ale i brytyjskiej piłki. U kresu kariery znów przypomniał sobie, jak się strzela gole, a dzięki świetnej postawie w Kilmarnock ponownie trafił na pierwsze strony gazet.

Zderzenie z rzeczywistością

Lafferty urodził się w Enniskillen, stolicy północnoirlandzkiego hrabsta Fermanagh. Pierwsze kroki w futbolu stawiał w dwóch loklanych klubach – NFC Kesh i przez krótki okres w Ballinamallard FC. Niedługo później zwrócił na siebie uwagę Burnley FC, który w tamtym okresie występował w angielskiej Championship. Po uzgodnieniu warunków, jako niespełna siedemnastolatek, podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Przenosiny do Anglii spowodowały, że młody piłkarz nagle poczuł się samotny. Jego rodzina i znajomi zostali w Irlandii Północej, a Lafferty nie potrafił poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością. Coraz częściej, by wypełnić luki pomiędzy treningami a grą dla The Clarets, wstępował więc do punktów bukmacherskich, gdzie przegrywał znaczną część skromnego w tamtym okresie wynagrodzenia. Jak się później okazało, był to kluczowy moment w kontekście kreowania się jego charakteru i decyzji, jakie podejmował w przyszłości.

Dwie wieże z Glasgow

Po trzyletnim okresie spędzonym w Burnley i średnio udanym wypożyczeniu do Darlington, zainteresowanie Laffertym wyraziły trzy znane kluby: Rangers, Celtic i Leeds United. 21-letni wówczas piłkarz zdecydował się dołączyć do niebieskiej części Glasgow, a pobyt w klubie z Ibrox był jednym z najlepszych i najbardziej stabilnych okresów jego kariery. W premierowym sezonie na szkockich boiskach Lafferty rozegrał łącznie 28 meczów, w których zdobył 7 bramek i zanotował 2 asysty. Nie najgorzej, jak na kogoś, kto po raz pierwszy w karierze zderzył się z ogromną presją i oczekiwaniami kibiców. Rangers sięgnął w tamtym sezonie po Mistrzostwo i Puchar Szkocji, a Lafferty był jednym z ojców tego sukcesu. Na początku sezonu 10/11 do Rangers sprowadzony został Nikica Jelavic, za którego Rapid Wiedeń zainkasował około 5 milionów euro. Ich boiskowa współpraca układała się bardzo dobrze, a duet wysokich napastników zaczęto nazywać „dwoma wieżami”. W ostatniej kolejce tamtego sezonu Rangers, aby świętowąć trzeci z rzędu tytuł mistrzowski, musiał wygrać na wyjeździe z Kilmarnock. Już po siedmiu minutach goście prowadzili 3-0, a trzecią bramkę po podaniu Jelavicia strzelił właśnie Lafferty. Piłkarze Waltera Smitha rozbili tego dnia Kilmarnock aż 5-1, a północnoirlandzki napastnik mógł zabrać do domu piłkę, wręczaną zdobywcy hat-tricka. Łącznie, podczas gry dla Rangers, Lafferty trzykrotnie sięgał po tytuł Mistrza Szkocji, dwukrotnie zdobywał Puchar Ligii Szkockiej i dołożył jedno trofeum za zwycięstwo w Pucharze kraju, jednocześnie stając się jednym z ulubieńców kibiców The Gers.

Blaski, cienie i początek tułaczki

Nie zawsze jednak o Laffertym pisano w prasie w samych superlatywach. W maju 2009 roku w meczu przeciwko Aberdeen, po spięciu z Charlie Mulgrewem przy linii bocznej boiska, reprezentant Irlandii Północnej padł na murawę, zasłaniając twarz. Sędziujący tamto spotkanie Stuart Dougall, po konsultacji z Grahamem Chambersem, ukarał obrońcę Aberdeen czerwoną kartką, a grający w osłabieniu goście przegrali ten mecz 1-2. Telewizyjne powtórki pokazały, że Lafferty symulował, a jego reakcja była skrajnie przesadzona. Zachowanie zawodnika skrytykował sam Walter Smith, sugerując, że w jego zespole nie ma miejsca na tym podobne ekscesy. Kilka dni później komisja odwoławcza anulowała czerwoną kartkę Mulgrewa, jednocześnie zawieszając na dwa spotkania winowajcę całego zajścia.

Pod koniec sezonu 11/12 Rangers, jako wicemistrz Szkocji, z powodu zadłużenia i bankructwa, znalazł się pod zarządem komisarycznym. W konsekwencji oznaczało to degradację do Third Division, a klub przejęła nowa spółka, kierowana przez Charlesa Greena. Na mocy ustawy o prawie pracy część piłkarzy nie zdecydowała się przenieść swoich kontraktów do nowopowstałej spółki. Jednym z nich był Kyle Lafferty. Mimo klikunastu ofert z angielskich i szkockich klubów północnoirlandzki napastnik postawił na przeprowadzkę do FC Sion. Epizod w kraju Helwetów nie był szczególnie udany. Już po roku Laffferty prezentowany był na konferencji prasowej jako nowy zawodnik US Palermo. W trakcie rocznego pobytu we Włoszech Lafferty znów potwierdził swoją wartość, a przez sycylijskich kibiców wybrany został nawet najlepszym piłkarzem Palermo tamtego sezonu. We wszystkich rozgrywkach strzelił wówczas 11 bramek, co czyniło go, tuż po Abelu Hernandezie, drugim najskuteczniejszym piłkarzem klubu. Pod tym względem lepszy był nawet, od Paulo Dybali czy Andrei Belottiego! Jego sposób bycia i pozaboiskowe wybryki nie sposobały się jednak prezydentowi Palermo, który zdecydował o umieszczeniu piłkarza na liście transferowej.

DEMONY PRZESZŁOŚCI

1 lipca 2014 roku, chwilę po otwarciu okienka transferowego, Lafferty dołączył do Norwich City, które zdecydowało się wyłożyć za niego 4.5 miliona euro. W klubie z Carrow Road nie szło mu jednak najlepiej, a coraz częściej pojawiały się głosy o problemach w życiu prywatnym. Po latach piłkarz przynał, że główną motywacją jego transferu był spory zastrzyk gotówki, który otrzymał przy podpisaniu kontraktu. Już po pół roku Lafferty wypożyczony został do Rizespor, zespołu tureckiej SuperLig. Tam nadal nie potrafił wrócić do optymalnej formy, strzelając zaledwie dwie bramki w 15 meczach. Piłkarz wrócił do macierzystego klubu, by udać się na kolejne wypożyczenie, tym razem do Birmingham. Jeszcze będąc piłkarzem Norwich, Lafferty przyłapany został na obstawianiu meczów hiszpańskiej LaLiga, co niezgodne było z regulaminem angielskiej federacji. Piłkarza ukarano grzywną w wysokości 23 tysięcy funtów, a sprawę nagłaśniały największe brytyjskie media. Jak stwierdził sam Lafferty, w tamtym okresie obstawiał wszystko, co możliwe, od koni po wyścigi psów, mimo że nie miał o tym bladego pojęcia. Swoje zakłady wybierał na podstawie koloru kasku dżokeja, a chęć odegrania się była silniejsza od niego. Tylko szczerość i przyznanie się do ostrego uzależnienia od hazardu sprawiły, że skończyło się na karze finansowej. W innym wypadku Lafferty mógł nawet zostać zawieszony, co uniemożliwiłoby mu udział w rozrgrywanych we Francji Mistrzostwach Europy. Byłaby to ogromna strata dla reprezentacji Irlandii Północnej. Tym bardziej że w eliminacjach Lafferty zdobył aż 7 bramek, stając się najlepszym strzelcem zespołu.

Błazen z dobrym sercem

Po nieudanym okresie w Norwich, Lafferty zdecydował się wrócić na szkockie boiska, tym razem podpisując kontrakt z Heart of Midlothian. Przeprowadzka na stare śmieci podziałała na niego w bardzo pozytywyny sposób, a sam zainteresowany stał się w tamtym okresie kluczowym graczem klubu z zachodniej części Edynburga. Lafferty nie byłby jednak sobą, gdyby było o nim głośno tylko z powodu sportowych osiągnięć. Jak wspomina Austin MacPhee, wieloletni współpracownik i przyjaciel Lafferty’ego, był on jednym z największych błaznów i żartownisiów, jakich kiedykolwiek poznał. Podobną opinię o północnoirladzkim piłkarzu podziela jego były klubowy kolega, Gregg Wylde. Szkot szczególnie dobrze pamięta sytuację z fajerwerkami, które do szatni Rangers przyniósł Lee McCulloch, a które finalnie trafiły w ręce Lafferty’ego. Północnoirlandzki piłkarz, nie zastanawiając się zbyt długo nad konsekwencjami, wsadził je do butelki z wodą, podpalił i wrzucił pod natryski. Butelka eskpolodowała, pomieszczenie pokryło się dymem zmieszanym z parą wodną, a czujniki dymu wywołały wycie alarmu pożarowego. Wszyscy piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego musieli natychmiast opuścić szatnię i udać się w bezpieczne miejsce. Innym razem, jak wspomina Austin MacPhake, na lotnisku Heathrow w Londynie, Lafferty schował się za karuzelą bagażową, naśladując odgłosy mewy. Robił to na tyle dobrze, że zdezorientowani pracownicy ochrony zaczęli przeszukiwać cały terminal. W podobny sposób wystraszył bramkarza reprezentacji Irlandii Północnej, Maika Taylora, gdy ten brał prysznic po jednej z serii treningowych. Lafferty przez wielu uważany jest za duszę towarzystwa, a jego pogodne usposobienie często pozwala na rozładowanie negatywnej energii. Podobne zdanie na jego temat mają piłkarze Sarpsborg, do którego w styczniu 2020 roku trafił Lafferty po nieudanym powrocie do Rangers. Jego doświadczenie, charyzma i niezła postawa na boisku spowodowały, że zespół odbił się od dna tabeli i ostatecznie utrzymał w Eliteserien. Samego Lafferty’ego najlepiej podsumował Ismaila Cheick Coulibaly, który wówczas rezprezentował barwy norweskiego klubu. Malijczyk nie miał prawa jazdy, a na treningi musiał chodzić pieszo kilka kilometrów. Gdy tylko Lafferty dowiedział się o tym, z własnej kieszeni zapłacił za nowy rower, który następnego dnia podarował zaskoczonemu Coulibaly’emu

„Niekontrolowany kobieciarz”

Hazard to nie jedyna słabość, z którą podczas swojej kariery mierzyć musi się Kyle Lafferty. Od lat w środowisku znany jest jako lovelas i bawidamek. Pierwszą żoną piłkarza została w 2012 roku, była Miss Szkocji – Nicole Mimnagh. Związek nie przetrwał jednak zbyt długo, a już po czterech latach nazwisko Lafferty przybrała była kandydatka konkursu na najpiękniejszą Szkotkę, Vanessa Chung. W październiku 2018 roku piłkarz wywołał kolejną aferę obyczajową, gdy wysyłał zdjęcia swojego nagiego torsu nieznajomej ze Snapchata. Było to zaledwie dwa miesiące po tym, jak urodziło mu się dziecko. Zniesmaczona tym faktem kobieta, do której trafiły nagie zdjęcia, nagłośniła sprawę. Podobnie wyglądało to podczas rocznej przygody w Palermo. Prezes włoskiego klubu, na pytanie dziennikarza, dlaczego zdecydował się sprzedać Lafferty’ego mimo dobrego sezonu, odpowiedział:

„Został sprzedany na wyraźną prośbę mojego menedżera, Beppe Iachiniego. Lafferty jest niekontrolowanym kobieciarzem, Irlandczykiem bez żadnych zasad. Jest kimś, kto znika na tydzień i udaje się do Mediolanu, by polować na serca kobiet. […] Ma dwie rodziny i sześcioro dzieci, nigdy nie trenuje na maksa. Na boisku jest bardzo pożyteczny, dał nam wiele dobrego. Jego zachowania jednak nie da się kontrolować, a Iachini powiedział mi, że nie potrafi go okiełznać, dlatego musi odejść”.

Do trzech razy sztuka

W styczniu tego roku, po niezbyt szczęśliwych przygodach w Sunderlandzie i Regginie, Lafferty został wolnym agentem. O przyszłość nie musiał się jednak martwić, bo prędzej czy później zgłosiłby się jakiś klub zainteresowany jego usługami. Jak sam stwierdził jeszcze podczas pobytu w Norwegii, zupełnie nie ma dla niego znaczenia gdzie gra, a do pracy piłkarza podchodzi jak do każdego innego zawodu. Miesiąc po odejściu z Regginy podpisał kontrakt z nowym klubem. Po raz trzeci zdecydował się wrócić do Szkocji, gdzie wyrobił sobie dobrą markę i odnosił największe sukcesy w karierze. Tym razem padło na Kilmarnock, który przez większą część sezonu broni się przed spadkiem. Od momentu przyjścia do zespołu, Lafferty z miejsca stał się kluczowym zawodnikiem klubu. W dziewięciu pierwszych meczach strzelił 9 bramek i zaliczył 2 asysty.

Dwukrotnie na przestrzeni miesiąca popisał się hat-trickiem. To dzięki m.in. jego dobrej postawie The Killie awansowali do ćwierćfinału Pucharu Szkocji, w którym już dzisiaj zmierzą się na własnym stadionie z St. Mirren. Jeśli dotrą do półfinału, ta sztuka uda im się po raz pierwszy od sezonu 96/97, gdzie ostatecznie triumfowali w całych rozgrywkach. Kilmarnock to trzynasty profesjonalny klub w karierze Kyle’a Lafferty’ego. Jeśli uda mu się utrzymać dobrą formę i pozostać w Premiership, nic nie stoi na przeszkodzie, by na dobre zakotwiczyć w obecnym miejscu. Pytanie, jak długo w Kilmarnock wytrzyma sam zainteresowany.

KAROL KOCZTA

Solskjaer na dobrej drodze, by przywrócić dawny blask Manchesteru United

Stołek, na którym siedzi Solskjaer stygnie z tygodnia na tydzień. Norweski menedżer udowadnia po raz kolejny, jak ważne w futbolu jest zaufanie ze strony  ludzi pociągających za sznurki i konsekwentne dążenie do celu. Menedżer Manchesteru United robi systematyczny progres, a coraz częściej pojawiają się głosy o nowym kontrakcie dla Norwega.

CIERPLIWOŚĆ KLUCZEM DO SUKCESU

Ole Gunnar Solskjaer, jak każdy menedżer klubu z ambicjami, przez media zwalniany był już jakieś 150 razy. Ed Woodward, mimo kryzysów i wpadek, pozostawał powściągliwy i nie podejmował żadnych nerwowych ruchów. Czytając brytyjską prasę, szczególnie tę śniadaniową, wyczytać mogliśmy coraz to nowsze nazwiska osób, które lada moment miały zająć gabinet menedżera w klubie z Old Trafford. W międzyczasie pojawiały się opinie, że postawienie na Ole jako stałego menedżera odbije się w klubie czkawką. Tymczasem Solskjaer, nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuje pracę w angielskim klubie, a rezultaty są coraz bardziej widoczne. 

WZLOTY, UPADKI I CUD NA PARC DES PRINCES

Początek przygody Norwega w zespole 20-krotnego mistrza Anglii był co najmniej bardzo udany. Rozbita mentalnie grupa ludzi, którą pozostawił na Old Trafford Jose Mourinho, nagle zaczęła seryjnie wygrywać, strzelając przy tym sporo bramek. W okresie od 22 grudnia do 9 lutego 2018 roku United nie przegrał jedenastu meczów z rzędu, jednocześnie triumfując w pierwszych ośmiu. Już wtedy kibice z czerwonej części Manchesteru dostali jasny sygnał, że w ich ulubieńcach drzemie olbrzymi potencjał. Pierwsza porażka przyszła dopiero w meczu Ligii Mistrzów z PSG. Piłkarze Tuchela wracali do Paryża z zaliczką dwóch bramek strzelonych na wyjeździe, co, jak wiadomo, stawiało ich w roli murowanego faworyta. W rewanżu Solskjaer nie mógł skorzystać z kilku czołowych piłkarzy, w tym Paula Pogby. Żaden z ekspertów nie dawał piłkarzom United większych szans na korzystny rezultat. A jednak bramka Marcusa Rashforda, zdobyta w doliczonym czasie gry, dająca awans Czerwonym Diabłom do ćwierćfinału, oznaczała jeden z najbardziej spektakularnych comeback’ów w historii Ligii Mistrzów. Wydawać by się mogło, że tak znaczący triumf powinien napompować piłkarzy United pozytywną energią. Tymczasem po zwycięstwie w Paryżu podopieczni Solskjaera popadli w poważny kryzys. W pozostałych dwunastu meczach tamtej kampanii wygrali zaledwie dwa razy, odpadając w międzyczasie z rozgrywek Champions League. Forma zespołu była daleka od ideału, a bolesna porażka 0-4 na Goodison Park była tego najlepszym odzwierciedleniem. W tamtym okresie, pomiędzy marcem a majem, bilans United był wprost fatalny. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i aż osiem porażek jasno wskazywały, że z zespołem dzieje się coś złego, a niektórym piłkarzom zwyczajnie nie zależy na dobrych wynikach. Winą za ten stan rzeczy obarczony został Norweg, a w mediach coraz głośniej zastanawiano się, czy zaoferowanie mu stałej umowy było najlepszym pomysłem. 

PRZEMYŚLANE I TRAFIONE TRANSFERY

Wskutek niezakwalifikowania się do następnej edycji Ligii Mistrzów, na Old Trafford z początkiem nowego sezonu musiały zapaść odważne decyzje. Pierwszy skład potrzebował wzmocnień, a duża liczba traconych goli zmotywowała działaczy i samego Solskjaera do aktywności na rynku transferowym. Po sprowadzeniu skrzydłowego Swansea – Daniela Jamesa, do czerwonej części Manchesteru trafił Harry Maguire. Była to jedna z najlepszych decyzji menedżera United, odkąd zaczął pracę przy Sir Matt Busby Way. Mimo kilku słabszych meczów i zawalonych bramek, rosły angielski obrońca wywierał coraz większy wpływ na poczynania defensywne United. Do tej pory, grając przez blisko dwa sezony, nie opuścił ani jednego spotkania ligowego. Dziś, ustalając skład na następny mecz, Solskjaer zaczyna właśnie od Maguire’a. Prawdziwy lider, który w pewnym momencie dostał nawet opaskę kapitańską. Transfer Anglika to jednak nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się pół roku później. Odkąd Bruno Fernandes zdecydował się podpisać kontrakt z United, zespół przeszedł totalną metamorfozę. Właściwie od samego początku Portugalczyk odgrywa olbrzymią rolę w układance norweskiego menedżera. Jego liczby są fenomenalne, a Solskjaer może pochwalić się tym, że doprowadził do jednego z najlepszych transferów Manchesteru United na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Skupiając się na ruchach kadrowych, nie można zapomnieć o przewietrzeniu szatni i odmłodzeniu kadry, jakich dokonał w ciągu nieco ponad dwóch lat Norweg. To za jego kadencji klub opuścili piłkarze, którzy pobierali ogromne tygodniówki, a na boisku mieli niewiele do zaoferowania. Mowa przede wszystkim o Alexisie Sanchezie. Blisko 500 tysięcy funtów, zasilające co tydzień jego konto nijak się miało do formy, jaką prezentował podczas pobytu na Old Trafford Chilijczyk. Oprócz niego, klub opuścili Antonio Valenica, Marouane Fellaini, Matteo Darmian, Ashley Young, Chris Smalling, Marcos Rojo i Romelu Lukaku, który w czerwonej koszulce z diabłem na piersi nigdy nie wykorzystał pełni swojego potencjału. Przed tym sezonem, do Lazio wypożyczony został również Andreas Perreira. 

INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ, KONTUNUOWANIE TRADYCJI I DOBRE WYBORY PERSONALNE

Ole Gunnar Solskjaer, podpisując kontrakt z Manchesterem United, doskonale wiedział, jak ważna jest inwestycja młodych, głodnych sukcesów piłkarzy. Ściągnięcie Aarona Wan-Bissaki, Amada Diallo czy Facundo Pellestriego wyraźnie pokazuje, że wizja rozwoju i długofalowych korzyści są dla niego sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, marka taka jak Manchester United, gdzie presja jest ogromna a kibice pragną sukcesów tu i teraz, nie może pozwolić sobie na granie „dzieciakami”. Stąd tez decyzja o sprowadzeniu na Old Trafford Edinsona Cavaniego. Czerwonym Diabłom od dwóch lat brakowało w szatni prawdziwego snajpera, który w pojedynkę móglby wygrać im mecz. Odion Ighalo, jak wszyscy wiemy, był tylko opcją tymczasową. Nigeryjczyk zostawił kawał zdrowia grając dla Manchesteru United, ale jego możliwości były jednak ograniczone. Co innego Cavani. Jego wpływ na grę zespołu mogliśmy zobaczyć już w pierwszych kilku meczach. Urugwajczyk wniósł wiele doświadczenia i spokoju w szeregi ofensywy United. Skorzystać na obecności w drużynie Cavaniego powinien Mason Greenwood, który od momentu wejścia do pierwszej drużyny, robi systematyczny progres. Młody Anglik debiutował właśnie u Solskjaera. To pod jego batutą Greenwood stał się pierwszym od 2003 roku nastolatkiem, który wchodząc z ławki w meczu United zanotował bramkę i asystę. Ostatnim, który tego dokonał był sam Cristiano Ronaldo. Młody Anglik jest też na najlepszej drodze, by dogonić Wayne’a Rooneya. Co prawda do rekordu strzeleckiego trochę mu jeszcze brakuje, ale Greenwood może go przeskoczyć pod względem bramek dla United, będąc nastolatkiem. Rooney miał 15 takich trafień, Greenwoodowi brakuje w tym momencie tylko dwóch, by zrównać się z legendarnym napastnikiem. Oprócz wspomnianego wyżej Greenwooda, w pierwszej drużynie Manchesteru United pod wodzą Solskjaera debiutowało jeszcze 12 zawodników akademii: Tahith Chong, James Garner, Brandon Williams, Di’Shon Bernard, Ethan Laird, Dylan Levitt, D’Mani Mellor, Largie Ramazani, Ethan Galbraith, Teden Mengi, Shola Shoretire i Dean Henderson. 

W przypadku młodego bramkarza, który poprzedni sezon spędził na udanym wypożyczeniu do Sheffield United, Solskjaer po raz kolejny udowadnia, że nie boi się podjąć trudnych i nieoczywistych decyzji. Posadzenie De Gei na ławce i postawienie na dużo mniej doświadczonego Hendersona było dość ryzykowne, ale póki co ta decyzja się broni. Henderson wprowadził dużo spokoju w szyki obronne United. Wydaje się, że pod względem komunikacji jest już o półkę wyżej od hiszpańskiego golkipera. Solskjaera pochwalić trzeba także za dobrą ocenę sytuacji z Paulem Pogbą. Jeszcze tak niedawno wydawało się, że dni Francuza na Old Trafford są policzone. Wypowiedzi Mino Raioli, agenta piłkarza, tylko potwierdziły plotki o rychłym odejściu Pogby. Tymczasem Norweg, jak zwykle z klasą, ale  stanowczo dał do zrozumienia, że to on rządzi na Old trafford. Odkąd francuski Mistrz Świata wyleczył kontuzję, gra na naprawdę wysokim poziomie, a wszelkie pogłoski na jego temat nie mają przełożenia na boiskowe poczynania. Wracając jeszcze na moment do transferów, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że świetnym ruchem było sprowadzenie do angielskiego klubu Alexa Tellesa z FC Porto. Nawet, jeśli Brazylijczyk nie ma aż tak bezpośredniego wpływu na grę United, to sama jego obecność w drużynie świetnie podziałała na Luke’a Shawa. Lewy obrońca jest jednym z najlepszych piłkarzy United w tym sezonie, a jego wysoka forma ma kluczowe znaczenie dla obrazu gry Czerwonych Diabłów. 

WUEFISTA Z NIEZŁYM BILANSEM

Pamiętacie „run” Liverpoolu po tytuł mistrzowski w poprzednim sezonie i taranowanie każdego, kto stanął na ich drodze? Mało kto pamięta dzisiaj, ale to Solskjaer właśnie jako pierwszy przeciwstawił się maszynie Kloppa, remisując 1-1 na Old Trafford. I to dosyć pechowo, bo Liverpool wyrównał w ostatnich pięciu minutach po golu Adama Lallany. Ogólnie rzecz ujmując, łatka wuefisty, przyczepiona Norwegowi przez grupy jego adwersarzy, ma mniej więcej tyle samo sensu jak stwierdzenie, że w Anglii gra się tylko lagę do przodu. No może poza Stoke City i Burnley, ale o nich kiedy indziej. Ole Gunnar Solskjaer, podczas niespełna dwuipółletniego pobytu na Old Trafford czterokrotnie wygrywał z Guardiolą, trzykrotnie z Lampardem (którego nie ma dziś już w Chelsea), po dwa razy z Tuchelem i Mourinho. Raz górą był w starciach z Nagelsmanem, Sarrim, Kloppem i Bielsą. Przynajmniej połowa z nich jest powszechnie lansowana na fachowców dużo lepszych od Norwega. Oprócz tego, to właśnie Solskjaer, jako pierwszy w historii menedżer Manchesteru United, wygrał swoje trzy pierwsze spotkania w derbach na terenie City. Od początku zeszłego sezonu, Czerwone Diabły pod wodzą Ole przegrały 12 ligowych meczów. Dokładnie tyle samo, co Liverpool i o jeden mecz mniej od ekipy Guardioli. Jeśli chodzi o rywalizację z drużynami z TOP6, jak do tej pory, też nie wygląda to najgorzej. W tym sezonie bilans to 2 zwycięstwa, 5 remisów i jedna porażka, aczkolwiek bardzo bolesna. W meczach przeciwko City piłkarze United zdobyli cztery punkty, w obu meczach ligowych zachowując czyste konto. Podobnie jak w meczach z Chelsea, jednak tam dwukrotnie padał bezbramkowy remis. Jak na kogoś, kto nie ma pojęcia na czym polega ten biznes, norweski menedżer radzi sobie całkiem dobrze. 

NIE ZAWSZE TAK KOLOROWO

Oczywiście, nie wszystko w drużynie United zawsze działa perfekcyjnie. Kamyczkiem do ogródka Solskjaera należy uznać przede wszystkim trzy przegrane półfinały: dwumecz Carabao Cup z City, porażki z Chelsea w FA Cup i Sevillą w Lidze Europy. W najważniejszych momentach sezonu nadal coś się blokuje, a marzenia o upragnionym trofeum trzeba odkładać na następny rok. Do tego dochodzi absolutna kompromitacja na Old Trafford w meczu ze Spurs. Co prawda United grał w osłabieniu przez ponad 60 minut, po czerwonej kartce dla Martiala, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie tak wysokiej porażki. Tottenham obnażył tego dnia wszystkie słabości United, bezwzględnie wykorzystując błędy popełnione przez gospodarzy. Plamą na honorze Solskjaera jest także odpadnięcie z Ligii Mistrzów obecnego sezonu jeszcze w fazie grupowej. United nie trafił na najłatwiejszych rywali, ale mając komplet punktów po dwóch pierwszych meczach z PSG i Lipskiem, po prostu nie mógł odpaść. Niestety stało się inaczej, a Solskjaer musiał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za niekorzystny rezultat. Norweski menedżer był krytykowany głównie za brak reakcji i zostawienie Freda na boisku w domowym meczu z PSG. Brazylijczyk zobaczył drugą żółtą kartkę, a United ostatecznie przegrał 1-3. Jedynym faktem, mogącym choć trochę usprawiedliwić piłkarzy Ole jest to, że jest to młody zespół, któremu często brakuje konsekwencji. W kilku przypadkach zdarzało się, że mając teoretycznie mecz pod kontrolą i prowadząc na 10-15 minut przed końcem, ostatecznie tracili punkty. W kluczowych momentach czasem wychodzi brak doświadczenia czy nawet wyrachowania. Z drugiej strony, na Old Trafford mają na czym budować, a młodzi zawodnicy coraz częściej stanowią o sile zespołu. United, zaraz po Brighton, ma najmłodszy zespół w całej Premier League. 23-letni Marcus Rashford, który z kilku powodów nie jest w najwyższej formie od dłuższego czasu, a mimo wszystko zdobył w tym sezonie już 20 bramek i 12 asyst, już teraz jest liderem zespołu. 

DNA I KONTYNUACJA TRADYCJI

Odkąd Ole Gunnar Solskjaer pojawił się w Manchesterze, konsekwentnie stara się wpoić swoim piłkarzom słynne już „DNA”. I nie jest to tylko gra pod publiczkę. Zawodnicy United mają dawać z siebie wszystko niezależnie od okoliczności, wciąż podnosząc sobie poprzeczkę. Norweg stara się wprowadzić do drużyny mentalność zwycięzców i prawdziwego ducha Czerwonych Diabłów. Podczas gry dla United pod wodzą Sir Alexa Fergusona, Solskjaer doskonale rozumiał jak ważny jest upór, wiarę we własne umiejętności i gra do ostatniego gwizdka. Sam okrzyknięty został mianem super rezerwowego, a jego gol w finałowym meczu Champions League z Bayernem przeszedł do historii tych europejskich rozgrywek. Takiej samej determinacji i zaangażowania oczekuje od swoich podopiecznych norweski menedżer. To właśnie w tym elemencie widać największy progres i rękę Ole Gunnara Solskjaera. Czerwone Diabły są najlepszą drużyną w TOP5, która w tym sezonie zdobyła najwięcej punktów z pozycji przegrywającego.

Piłkarze Solskjaera zdobyli 28 takich oczek. Jeśli chodzi o powroty, piłkarze United potrafili aż dziewięciokrotnie zwyciężać w meczach, w których musieli odrabiać straty. Mowa tylko o obecnym sezonie Premier League. Najlepszy pod tym względem w historii jest Newcastle United – 10 comebacków w kampanii 01/02. Ogromne znaczenie w filozofii Manchesteru United ma też szkolenie młodych zawodników i sukcesywne wprowadzanie ich do pierwszego zespołu. Solskjaer kontynuuje na Old Trafford piękną tradycję, która rozpoczęła się ponad 80 lat temu. Przez cały ten okres, w ponad 4000 meczach z rzędu, w składzie meczowym United pojawia się przynajmniej jeden piłkarz, który jest wychowankiem klubu z czerwonej części Manchesteru! Marcus Rashford jest jednym z nich. Mimo kilku kontuzji i wahań formy stał się jednym z najlepszych piłkarzy United na przestrzeni ostatnich 3 lat. Podobnie Scott McTominay, którego charakter i determinacja w pełni odzwierciedlają cechy, jakie musi posiadać piłkarz Manchesteru United. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne, to tutaj również uznanie należy się Solskjaerowi. W dwóch ostatnich sezonach ligowych piłkarze United strzelali kolejno 65 i 66 goli. W tym momencie udało im się pokonać bramkarzy rywali 61-krotnie, ale do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze 7 kolejek. Można więc śmiało założyć, że i pod tym względem Czerwone Diabły dokonają progresu. W obecnej kampanii tylko czterem piłkarzom na poziomie Premier League udało się strzelić 20 lub więcej goli we wszystkich rozgrywkach. Dwóch z nich to piłkarze United: Bruno Fernandes (23 gole) i Marcus Rashford (20). Dobra forma strzelecka obu piłkarzy znacznie przyczyniła się do kolejnego osiągnięcia, jakie w CV może zapisać sobie Solskjaer. Manchester United kontynuuje imponującą passę 23 wyjazdowych meczów z rzędu bez porażki w lidze. Tylko Arsenal może pochwalić się lepszym rekordem (27). 

ZDOBYCIE TROFEUM PRZEŁOMOWYM MOMENTEM

Podsumowując, Ole Gunnar Solskjaer, mimo wielu głosów krytyki i kilku wpadek, wykonuje na Old Trafford kawał dobrej roboty. Norweg doskonale wie, w którym kierunku chce doprowadzić klub, którego dobro ewidentnie leży mu na sercu. Jego kultura osobista i spokój często powodują, że staje się łatwym celem mediów i środowiska piłkarskiego na Wyspach. Punktem zwrotnym w jego karierze byłoby zdobycie tak długo wyczekiwanego przecież trofeum. Wzniesienie pucharu z pewnością zdjęłoby presję z piłkarzy United i podniosło wiarę we własne umiejętności. Już w czwartek Manchester United zmierzy się na na Old Trafford z Granadą w rewanżowym meczu ćwierćfinałów Ligii Europy. Zaliczka z pierwszego spotkania pozwala wierzyć, że United po raz kolejny staną przed szansą awansu do finału tych rozgrywek. Droga nie będzie prosta, ale jeśli Czerwone Diabły chcą znów aspirować do miana jednej z najlepszych drużyn Starego Kontynentu, muszą zrobić wszystko, by 26-go maja w Gdańsku móc podnieść ręce w geście triumfu.

KAROL KOCZTA

Sunderland coraz bliżej upragnionego awansu do Championship. Wszystko wskazuje na to, że limit pecha na Stadium of Light został wyczerpany

SPADEK Z PREMIER LEAGUE I POCZĄTEK PROBLEMÓW

Sunderland pożegnał się z rozgrywkami Premier League w sezonie 2016/17, zajmując ostatnie miejsce w tabeli. Mimo pełnego goryczy i rozczarowań sezonu nikt nie spodziewał się wówczas, jak nisko upadnie klub, który przez 10 lat z rzędu występował na pierwszoligowych angielskich boiskach. Simon Grayson, nowy menedżer zespołu ze Stadium of Light został postawiony przed bardzo trudnym zadaniem, jakim miał być powrót do angielskiej elity. Jeszcze przed rozpoczęciem nowego sezonu z klubu odeszło kilku kluczowych graczy, jak Jordan Pickford, Jeremain Lens, Sebastian Larsson czy Jermain Defoe. O sile zespołu miała stanowić mieszanka weteranów takich jak John O’Shea, Darron Gibson czy Lee Cattermole w połączeniu z głodną sukcesów młodzieżą. Rzeczywistość okazała się brutalna. Zawirowania związane ze zmianą właściciela, nietrafione transfery, koszty utrzymania niechcianych piłkarzy, ogromny pech w poszczególnych meczach – wszystko to sprawiło, że zamiast walki o awans, Sunderland desperacko musiał walczyć o pozostanie w Championship. 

Po zwolnieniu Graysona, nowym menedżerem został Chris Coleman. Były selekcjoner reprezentacji Walii, z którą dotarł aż do półfinału Mistrzostw Europy, witany był w klubie jako gwiazda i nadzieja na lepszą przyszłość. W momencie podpisania kontraktu przez Colemana, Sunderland okupował ostatnią – 24. pozycję z ligowej tabeli. Walijczyk podjął się ekstremalnie trudnego zadania. Forma prezentowana przez jego nowych piłkarzy była po prostu fatalna, do tego dochodziły braki kadrowe. Oliwy do ognia dolewały plotki o rychłej sprzedaży klubu. Na domiar złego, Darron Gibson, jeden z najbardziej doświadczonych zawodników w drużynie, będąc pod wpływem alkoholu spowodował kolizję drogową. Reakcja klubu mogła być tylko jedna. Kontrakt Gibsona został rozwiązany. Atmosfera w zespole była daleka od ideału. Najlepiej opłacanym piłkarzem w klubie był Jack Rodwell, który co tydzień inkasował 40 tysięcy funtów, a częściej niż na boisku widywany był na trybunach i w gabinecie lekarza. Swojej frustracji nie kryli kibice Sunderlandu, którzy coraz częściej domagali się odejścia Ellisa Shorta – właściciela klubu. Reputacja pogarszała się z miesiąca na miesiąc, idąc w parze z mizernymi wynikami, jakie osiągali na boiskach Championship piłkarze Czarnych Kotów. Coleman, od którego oczekiwano o wiele więcej, zdołał wygrać zaledwie 5 z 28 meczów ligowych. Po pechowej porażce na własnym stadionie z Burton Albion dla Sunderlandu nie było już ratunku. Klub musiał się pogodzić z kolejną wizją spadku. Coleman został zwolniony, a Sunderland wkrótce miał trafić w nowe ręce. 

ERA DONALDA, METHVENA I ROSSA

Jeszcze w kwietniu 2018 roku Ellis Short po spłaceniu dlugów, zdecydował się na sprzedaż Sunderlandu. Klub trafił w ręce konsorcjum, którego głównymi udziałowcami byli Stewart Donald i Charlie Methven. Pierwszy z nich miał już pewne doświadczenie w prowadzeniu klubu piłkarskiego, inwestując wcześniej swój majątek w Eastleigh FC i Oxford United. Drugi, ekscentryk traktujący wszystkich z góry, skupiający się wyłącznie na finansach, starał sie wprowadzić w klubie model korporacyjny. Ich pierwszą decyzją było zatrudnienie na stanowisku menedżera Jacka Rossa, który pracował do tej pory w St.Mirren. Przed Szkotem postawiony został jasno określony cel – bezpośredni awans do Championship. Klub spadając z roku na rok na trzeci poziom rozgrywek notował olbrzymie straty finansowe, na które dłużej nie mógł sobie pozwolić. Zatrudnienie Rossa spotkało się z ogólną aprobatą zarówno wśród fanów, jak i środowiska piłkarskiego w Anglii. Szkocki menedżer zaczął naprawdę dobrze, zwyciężając w czterech z pięciu meczów League One. Pierwsza porażka przyszła dopiero w ósmej kolejce. Lepszy okazał się być ponownie Burton Albion. Co prawda w pucharach Sunderland odpadał dosyć szybko, ale awansował jednocześnie do finału EFL Trophy, w którym musiał uznać wyższość Portsmouth FC. Po zaciętym meczu i wyrównującym golu McGeady’ego w ostatniej minucie dogrywki, Sunderland ostatecznie przegrał 6-7 w rzutach karnych. Na londyńskim Wembley zebrało się tego dnia ponad 85 tysięcy widzów.

Fani Czarnych Kotów znani są w Anglii ze swojego fanatycznego podejścia i wspierania piłkarzy nawet w najgorszych momentach. Region, z którego pochodzą nie jest najbogatszym w kraju, a piłka nożna pomaga choć na chwilę zapomnieć o problemach dnia codziennego. Przekonać się o tym mogliśmy, oglądając wyprodukowaną przez Netflix serię, zatytułowaną „Sunderland ‘till I die”. Mimo porażki w finale, do końca sezonu pozostało jeszcze kilka ważnych gier, a Sunderland oscylował wokół 4-5 miejsca w tabeli. Niestety, mimo dobrej gry i postawy zespołu, klub ze Stadium of Light zakończył zmagania ligowe na piątym miejscu, umożliwiającym grę w play offach o awans do Championship. W półfinałach podopieczni Jacka Rossa trafili właśnie na Portsmouth. Mieli więc idealną okazję, by zrewanżować się za niedawną porażkę na Wembley. W pierwszym meczu, po bramce Chrisa Maguire’a gospodarze wygrali 1-0. W rewanżu na Fratton Park, mimo nerwowej końcówki i emocji do ostatniego gwizdka, mecz zakończył się bezbramkowym remisem, oznaczającym dla Sunderlandu awans do finału baraży. W najważniejszym meczu sezonu Sunderlandowi przyszło sie mierzyć z Charlton Athletic. Lepiej w to spotkanie weszli piłkarze z północy Anglii, obejmując prowadzenie już po pięciu minutach po kuriozalnym nieporozumieniu z bramkarzem i samobójczym trafieniu Naby Sarra. Jeszcze w pierwszej połowie piłkarze z Londynu doprowadzili do remisu. Defensywa Sunderlandu rozstała „rozklepana” przez Joe Aribo i Lee Taylora, a po wstrzeleniu piłki ze skraju pola karnego Ben Purrington z najbliższej odległości wyrównał na 1-1. I kiedy wydawało się, że nic już się nie wydarzy w tym meczu, w czwartej minucie doliczonego czasu gry po serii błędów w defensywie Sunderland stracił bramkę, która zaważyła o losach awansu. De ja vu. Już w poprzednim sezonie ich zmorą były głupio tracone gole w końcowej fazie spotkania. Nie inaczej było tym razem. Po długiej, ciężkiej batalii, walki do samego końca i ostatecznie dwóch przegranych finałach, Sunderland po raz kolejny zawiódł swoich kibiców, a cel postawiony przez zarząd przed rozpoczęciem sezonu nie został zrealizowany. Mimo tego, tym razem włodarze ze Stadium of Light nie dokonali żadnych nerwowych ruchów, a Jack Ross zachował posadę menedżera zespołu.

POWRÓT DO RZECZYWISTOŚCI, INDOLENCJA ZARZĄDU I PRESJA ZE STRONY KIBICÓW

Po nieudanej próbie awansu i dwóch porażkach w najważniejszych meczach sezonu, kibice Sunderland domagali się coraz głośniej daleko idących zmian, włącznie ze sprzedażą ich ukochanego klubu. Za niepowodzenia w poprzedniej kampanii winili głównie Stewarta Donalda. Głównymi zarzutami kierowanymi wobec niego była nieumiejętność w prowadzeniu klubu piłkarskiego i nieudolność na rynku transferowym. Najlepszym podsumowaniem jego nieznajomości branży było desperackie sprowadzenie do klubu Willa Grigga w styczniowym oknie transferowym. Mimo podpowiedzi ze strony współpracowników, w tym szefa działu skautingu, Donald zdecydował się zapłacić za 27-letniego wtedy piłkarza Wigan kwotę 3 milionów funtów. Oczywiście północnoirlandzki napastnik nie był wart nawet połowy tej sumy. Życie szybko zweryfikowało jego umiejętności. W dwudziestu ligowych meczach Grigg był w stanie tylko raz pokonać bramkarzy rywali. Jednego gola dorzucił także w meczu EFL Cup przeciwko Grimsby Town. Szybko zdano sobie sprawę, że jego transfer to jedno wielkie nieporozumienie. Mimo to, piłkarz został w Sunderlandzie na kolejny sezon. I tu bez większych niespodzianek. W rozgrywkach League One przebywał na boisku zaledwie 374 minuty. W styczniu, bez żalu wypożyczono go do MK Dons, gdzie w debiucie strzelił dwa gole w meczu z Rochdale. Przez cztery miesiące rozegrał tam łącznie 13 spotkań, zdobywając tylko 3 bramki. Kontrakt z Sunderlandem wiąże go do maja 2022 roku. Jeśli nagle nie zacznie seryjnie zdobywać bramek, ciężko będzie na nim zarobić jakiekolwiek poważne pieniądze. 

Sympatycy drużyny ze Stadium of Light od początku krytykowali aspekt finansowy towarzyszący transferowi Grigga. Stewart Donald przed rozpoczęciem sezonu 19/20 był zdecydowanie bardziej ostrożny i nie podejmował już desperackich kroków podczas letniego okna transferowego. Jednocześnie nie ukrywał, że jeśli tylko pojawi się zadowalająca oferta, odda klub w ręce nowego inwestora. Presję na nim coraz częściej wywierały grupy stowarzyszenia kibiców. Menedżer Jack Ross pogodził się z faktem, że ewentualne wzmocnienia pierwszej drużyny muszą się zmieścić w ściśle określonym budżecie. Do klubu trafiali więc głównie piłkarze dostępni z wolnego transferu, tacy jak Conor McLaughlin, Joel Lynch, Lee Burge i Kyle Lafferty

Mimo ograniczonych możliwości sezon 19/20 zaczął się całkiem udanie. Sunderland w pierwszych pięciu meczach ligowych zdobył 11 punktów. Co prawda zajmował w tamtym momencie dopiero szóste miejsce, ale w tabeli ligowej panował ogromny ścisk a różnice między pierwszym a dziesiątym miejscem były minimalne. Potem przyszły dwie niespodziewane porażki z Peterborough i Burton Albion. Nic nie wskazywało wtedy, że przygoda Jacka Rossa z klubem może się wkrótce zakończyć. Tymczasem po meczu jedenastej kolejki z Lincoln City, przegranym przez Sunderland 0-2, Szkot został zwolniony. Szokująca decyzja, tym bardziej zważywszy na to, że była to dopiero trzecia ligowa porażka, a Czarne Koty zajmowały piątą pozycję w tabeli League One. Jack Ross podczas pobytu na Stadium of Light wykonał kawał dobrej roboty, a w wielu przypadkach mógł mówić o zwyczajnym braku szczęścia. Nie uchroniło go to jednak przed utratą posady, którą sprawował przez okres 501 dni. Ross poprowadził Sunderland łącznie w 76 meczach, a jego bilans to 40 zwycięstw, 25 remisów i 11 porażek. Średnia punktów wynosząca 1.91 na mecz również robi wrażenie. 

PRZEJĘCIE STERÓW PRZEZ PHILA PARKINSONA I PRZEDWCZEŚNIE ZAKOŃCZONE ROZGRYWKI

W miejsce Jacka Rossa zatrudniony został były opiekun Bolton Wanderers – Phil Parkinson. Początek miał co najwyżej średni, ale zespół nadal zajmował miejsce w tabeli dające awans do fazy play off. Jak się później okazało, szalejąca pandemia Covid-19 spowodowała anulowanie dalszych gier i przedwczesne zakończenie sezonu. Sunderland uplasował się finalnie na dopiero ósmym miejscu, co oznaczało pozostanie w League One na kolejny rok. Decyzje władz EFL spotkały się z ogólną krytyką i niezadowoleniem, jednak protestujące kluby niewiele wskórały i ostateczny układ tabeli pozostał niezmieniony. 

Przed rozpoczęciem obecnego sezonu Sunderland, jak większość klubów League One musiał się liczyć z olbrzymią dziurą w budżecie, co jednocześnie ograniczało ich możliwości na rynku transferowym. Podobnie jak rok wcześniej, osoby odpowiedzialne w klubie za sektor finansowy sprzeciwiały się sprowadzaniu drogich w utrzymaniu piłkarzy, a zespół wzmocnili głównie zawodnicy dostępni z wolnego transferu, jak Aiden O’Brien, Remi Matthews, Bailey Wright czy Danny Graham. Ten ostatni, z powodu ciągłych problemów zdrowotnych już w styczniu bieżącego roku zdecydował się na zakończenie profesjonalnej kariery. Jedynym piłkarzem, za którego Sunderland gotów był wyłożyć jakiekolwiek pieniądze, był sprowadzony ze szkockiej Premiership Ross Stewart. Jego transfer zamknął się w granicach 400 tysięcy funtów. Dużym plusem było zatrzymanie w klubie Aidena McGeady’ego, który poprzedni sezon spędził na niezbyt udanym wypożyczeniu w Charlton Athletic. Zmiana otoczenia dobrze zrobiła jednak 33-letniemu szkockiemu skrzydłowemu, po powrocie do klubu znów jest wiodącą postacią w drużynie Czarnych Kotów.

W meczu otwarcia Sunderland tylko zremisował z Bristol Rovers na własnym stadionie, ale gra zespołu mogła napawać optymizmem. Pierwsza porażka przyszła dopiero w siódmej serii spotkań. Lepsi okazali się piłkarze Portsmouth, wywożąc cenne trzy punkty ze Stadium of Lights. Historia znów zatoczyła koło i piłkarze prowadzeni przez Parkinsona mieli niedużą stratę do pierwszych dwóch lokat premiowanych bezpośrednim awansem. Po 13 kolejkach i serii trzech meczów bez zwycięstwa, Sunderland spadł na ósme miejsce w tabeli. Mimo, że był to pierwszy, niewielki z resztą kryzys, na dywanik wezwany został Phil Parkinson. Na drugi dzień mógł powoli zabierać swoje rzeczy z gabinetu menedżera. Stuart Donald po raz kolejny udowodnił, że kierowanie klubem piłkarskim zwyczajnie go przerasta. W ciągu trzech lat Sunderland zwolnił piątego menedżera! W jego miejsce zatrudniony został dosyć nieoczekiwanie Lee Johnson. 5 grudnia zaprezentowany został oficjalnie jako nowy opiekun zespołu. W debiucie na ławce trenerskiej jego Sunderland przegrał na własnym stadionie 0-1 z Wigan. W następnych trzech meczach udało się zdobyć pięć punktów, co pozwoliło przesunąć się o dwie lokaty w górę tabeli. 19 stycznia na Stadium of Light przyjechał Plymouth. Goście okazali sie lepsi, wygrywając 2-1. O dziwo, nikt nie myślał wtedy o zwalnianiu kolejnego trenera, a przynajmniej można było odnieść takie wrażenie. Jak się później okazało, była to jedna z nielicznych dobrych decyzji działaczy Sunderland w ostatnich latach.

PIERWSZE OD LAT TROFEUM I ŚWIETNA PASSA TRWAJĄCA DO DZIŚ

Od momentu wspomnianej wyżej porażki z Plymouth, piłkarze prowadzeni przez Lee Johnsona przeżywają prawdziwy renesans formy. W lidze niepokonani są od 16 spotkań, co pozwoliło awansować na trzecie miejsce w tabeli. W Sunderlandzie znów uwierzono, że po latach upokorzeń i zawodów, w końcu uda się zrealizować cel i awansować do Championship. Nadzieje kibiców na lepsze jutro wzbudziła  też długo wyczekiwana zmiana warty w zarządzie. Tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, po długich i skomplikowanych negocjacjach, Stewart Donald zdecydował się w końcu sprzedać klub. Sunderland trafił w ręce francuskiego multimilionera Kyrila Louisa-Dreyfusa. W lutym bieżącego roku, po spełnieniu wszelkich warunków i zatwierdzeniu przez władze EFL, Dreyfus stał się prezesem i głównym udziałowcem angielskiego klubu. Charlie Methven, Juan Sartori oraz Stewart Donald pozostali w klubie jako mniejszościowi akcjonariusze. 

Zmiana właściciela, oczyszczona atmosfera i jasno sprecyzowana sytuacja prawna klubu wydaje się mieć znaczący wpływ na boiskowe poczynia piłkarzy Sunderlandu. Oprócz świetnej postawy w lidze i długiej serii bez porażki, do klubowej gabloty w końcu trafił długo wyczekiwany puchar. 14 marca, w rozegranym na Wembley finale Czarne Koty pokonały 1-0 Tranmere Rovers po bramce Lyndena Goocha. Dla klubu z północno-wschodniej części Anglii jest to pierwsze trofeum od 48 lat! Sunderland, który przez pięć ostatnich sezonów musiał się liczyć z upokorzeniami, w końcu może powiedzieć o sobie, że jest najlepszy. Nawet, jeśli jest to tylko EFL Trophy, przez wielu uważane w Anglii za puchar gorszego sortu.

Pierwsze od blisko pięciu dekad trofeum powinno zmotywować piłkarzy i sztab do jeszcze cięższej pracy i przyczynić się do długo wyczekiwanego awansu. Po 38 kolejkach Sunderland zajmuje trzecie miejsce w tabeli, ze stratą pięciu punktów do lidera z Hull. Piłkarze Lee Johnsona mają jednak o dwa mecze rozegrane mniej. Czołowymi graczami Sunderland FC są Max Power, Grant Leadbitter, Josh Scowen, Chris Maguire, Aiden McGeady i przede wszystkim Charlie Wyke. Anglik znajduje się w wyśmienitej formie strzeleckiej. W tym sezonie, w 36 meczach ligowych zdobył aż 22 gole. Przed piłkarzami Johnsona stoi ogromna szansa, którą powinni wykorzystać. Już dziś podejmować u siebie będą siódmy w tabeli Charlton. Trzy punkty w tym meczu mogą mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o bezpośredni awans do Championship.

KAROL KOCZTA

Kącik ukraińskiej piłki. Historia kibica Obolonu.

Denis Stolyarchuk urodził się i żyje w Kijowie. Uwielbia piłkę nożną, a przede wszystkim chodzić na mecze swojego ukochanego zespołu. Jego ulubioną drużyną jest Obolon Kijów, choć przecież w mieście najpopularniejsze jest Dynamo, to nie pała do niego wielką sympatią.

„Mnie ten klub nie interesuje. Musi wygrać każdy mecz. Jeżeli wygra, to wszystko jest ok. Jak przegrywa, to wszyscy chcą zwolnić trenera. Obolon raz potrafi wygrać z Szachtarem na wyjedzie, by potem przegrać z drużyną z dołu tabeli. Mnie się to podoba. Do tego ten stadion Dynama. Wielki i bez duszy. Co ludzie chcą tam oglądać? Przecież wszystko jest tak daleko, że ciężko cokolwiek dojrzeć. Chodziłem do młyna, jeździłem na wyjazdy Bilo- Sinych, jednak szybko mi to zbrzydło”.

Pierwszy mecz Obolonu zaliczył 3.10.2009. Pierwszy wyjazd rok później.

„Przez prawie cały pierwszy sezon chodziłem tylko na mecze domowe. Jednak zaprzyjaźniłem się z jednym dziennikarzem i on zaproponował mi przejazd klubowym busem do Lwowa na mecz z Karpatami. Było to 19.09.2010. Poważnie się wciągnąłem i od tego czasu jeżdżę już regularnie”.

Denis był już na prawie 500 meczach swojej drużyny. Do tego dołożył drugie tyle śledząc poczynania klubów z niższych lig.

„W UPL nie ma czego oglądać. Ciągle te same stadiony i miasta. Druga liga to inna sprawa. Tam są stadiony, na których jeszcze nie byłem. A ligi amatorskiej to totalna egzotyka”.

Denis zaliczył ponad 156 meczów wyjazdowych Oboloniu! Ale jak sam mówi, nie liczy tych rozgrywanych w Kijowie i okolicach.

„Narzuciłem sobie granicę 50 km. Jeżeli Obolon gra bliżej, to dla mnie nie wyjazd. Zresztą często chodzę na mecze piechotą. Dla mnie 30- 40 km nie stanowi problemu. Dlatego wszystko, co jest rozgrywane w Obwodzie Kijowskim, zaliczam do meczów domowych. Powiem szczerze, że gdy nie ma dobrych połączeń między miasteczkami i mam trochę wolnego czasu, to robię sobie spacer. Tak jak wtedy, gdy przeszedłem z Oleksandrii do Petrove 40 km. Zajęło mi to około 8 godzin. Łącznie przejechałem około 180- 200 tysięcy kilometrów”.

Bohater rozmowy tak lubi swój klub, że wakacje spędza zawsze w terminie obozów przygotowawczych Obolonu.

„Staram się nie opuszczać nawet gier kontrolnych, choć nie są one moim priorytetem. Lecę do Turcji w dzień wylotu drużyny i wracam, gdy piłkarze kończą przygotowania do rundy wiosennej. Oprócz sparingów mojego klubu oglądam mecze innych klubów, w tym 3. i 4. ligi tureckiej”.

Denis zaliczył około 143 mecze w dni robocze.

„Pracuję jako kurier. Często biorę wolne albo szukam innego pracodawcy. Mecze Obolonu są ważniejsze. Niestety przypadają często w poniedziałki i piątki. Zawsze więc uprzedzam nowego szefa o swoich planach przed podjęciem pracy”.

A teraz przechodzimy do rzeczy najciekawszej. Największy kibic Obolonu zaliczył 10 złotych sezonów. I to mimo pogrzebów w rodzinie, grania w środku tygodnia, kilkunastogodzinnych (a czasem kilkudniowych) podróży i Covida. To znaczy, że przez 10 lat nie przegapił oficjalnego meczu swojej komandy!

„Opuściłem w 2011 roku dwa mecze. Pierwszy, z Zorią w Doniecku. Nie było biletów na pociąg, a na autobus pieniędzy. Drugi to mecz z Szachtarem w tym samym mieście. Rozchorowałem się i ominęła mnie wyjazdowa wygrana, do tego to była pierwsza porażka Górników na Donbas Arenie”.

Od tego momentu Denis zaliczył ponad 300 meczów z rzędu!

-194 gry w pierwszej lidze,

-62 w drugiej,

-36 w UPL,

-18 w pucharach,

-7 w ligach amatorskich.

Komplet, o jakim pomarzyć może każdy. Plus 169 meczów towarzyskich.

Co dalej?

„A co ma być dalej? Będę kontynuował swoją serię tak długo, jak to możliwe!”

BUCKAROO BANZAI

Kolejka na trampolinę. Kto w najbliższej przyszłości wybije się w Red Bull Salzburg?

Obecny mistrz Austrii jest wypchany po brzegi utalentowanymi zawodnikami. Prawdopodobnie mogliby oni wystawiać co mecz skład z samymi zawodnikami U21, a i tak byliby zamieszani w walkę o mistrzostwo. W ostatnich latach z klubu wylatywali Dayot Upamecano, Erling Haaland, Naby Keita, Dominik Szoboszlai czy Sadio Mane. Obecnie do wyjazdu przygotowany jest Patson Daka – kolejne gole służą bardziej wywindowaniu ceny wywoławczej niż ściągnięciu zainteresowania wielkich klubów. Od dawna swoje wysokie umiejętności potwierdza również Mergim Berisha. Pozostaje więc zadać pytanie. Kto następny? Kim będą kolejni następcy wszystkich wymienionych wyżej przeze mnie zawodników? Po odpowiedź zapraszam do lektury tekstu!

SEKOU KOITA

Kozak. Po prostu kozak. Nadpiłkarz wręcz. Jeśli 21-latek nie zostanie sprzedany przez Salzburg już tego lata, winą będzie mógł obarczyć trzymiesięczne zawieszenie za niedozwolone substancje (doping). Jak twierdzi sam zainteresowany, podał mu je lekarz kadry Mali tuż przed meczem z Namibią, bowiem ich stadion znajdował się 1 655 metrów nad poziomem morza. Kiedy jeszcze mógł grać, Koita pokazywał, że jest niezwykle uzdolnionym piłkarzem. Rozegrał 1650 minut we wszystkich rozgrywkach, w których trakcie strzelił 17 goli i dołożył do tego 6 asyst. Oznacza to, że miał udział przy bramce co 71 minut! Kosmiczne liczby. Jeśli nic nie pójdzie źle, w przyszłym sezonie dalej będzie kluczowym napastnikiem Salzburga. Dłużej niż rok Koita w Austrii nie zabaluje, gdyż, podobnie jak Haaland czy Daka, jest po prostu na to za dobry.

BRENDEN AARONSON

Jankesi w Europie długo byli traktowani jak swego rodzaju dziwacy – mówili na piłkę nożną „soccer”, gdy dla wszystkich to był i jest „football”. Warto też przy tym wspomnieć, że umiejętności reprezentantów USA nie były najwyższe, co pokazały, chociażby kwalifikacje do Mundialu w Rosji – gdzie w grupie eliminacyjnej skończyli za Hondurasem czy Panamą. Trzy lata to jednak szmat czasu i dziś piłkarze ze Stanów Zjednoczonych są jednymi z najbardziej obiecujących zawodników na świecie. Salzburg o tym wie, choć pierwszego Amerykanina w historii klubu obsadzili w dużo ważniejszej roli – trenera. Na piłkarza tej narodowości trzeba było czekać do stycznia tego roku, ale fani Byków nie mają na co narzekać. Brenden Aaronson rozegrał na ten moment 15 spotkań we wszystkich rozgrywkach, zdobywając trzy bramki i notując trzy asysty. Całkiem nieźle jak na ofensywnego pomocnika. Dodatkowo warto wspomnieć, że jego transfer to była nie tyle promocja, ile kradzież – mistrz Austrii zapłacił za niego niespełna sześć milionów euro, zapewniając Philadelphii spory procent od następnego transferu.

KARIM ADEYEMI

Gdy trafiał do Salzburga miał zaledwie 16 lat. Z miejsca został wysłany do rezerw, gdzie błyskawicznie wywalczył sobie miejsce w podstawowej XI. W ciągu dwóch sezonów stał się gwiazdą 2. Ligi, strzelając 15 bramek i dokładając do tego osiem asyst – większość z tych liczb uzyskał przed ukończeniem 18. roku życia! Do pierwszej drużyny też wszedł z buta – zagrał całą drugą połowę 1/16 Ligi Europy przeciwko Eintrachtowi Frankfurt. W Bundeslidze pełnił rolę rezerwowego, ale i tak udało mu się strzelić gola i uzyskać dwie asysty. Obecnie również pełni tę funkcję, choć wchodził na boisko nie tylko w spotkaniach ligowych, ale również tych pucharowych – rozegrał 50 minut w fazie grupowej Ligi Mistrzów oraz 59 minut w 1/16 Ligi Europy. W tym sezonie, we wszystkich rozgrywkach ma cztery gole i cztery asysty – co pokazuje, jak bardzo wszechstronnym napastnikiem jest młody Niemiec. Kto wie, może to on w przyszłym sezonie będzie tworzył zabójczy duet z Sekou Koitą?

MOHAMED CAMARA

O defensywnych pomocnikach, z racji ich pozycji, nie mówi się tak często, jak o tych bardziej ofensywnych zawodnikach. Mohamed Camara wpisuje się w ten trend, jednak Jesse Marsch doskonale zdaje sobie sprawę z jego wartości. Malijczyk jest kluczowy przy budowaniu ataku od defensywy, stanowiąc łącze pomiędzy obrońcami a wyżej ustawionymi zawodnikami. Ma niesamowite czucie przestrzeni i widzi wszystko, co się dzieje na boisku, często z niczego posyła długie piłki, przyśpieszając znacząco akcję. Wiele osób, które go oglądają, porównują jego sposób gry do tego, jak prezentował się w swoim prime Sergio Busquets. Kto wie, czy nie miałby już paru asyst na koncie, gdyby nie feralna sytuacja z dopingiem, za którą, tak samo, jak opisany wyżej Sekou Koita, został ukarany trzymiesięczną dyskwalifikacją. Na pewno zobaczymy go w przyszłym sezonie na boisku jeszcze więcej!

NOAH OKAFOR

Minął już rok od rekordowego (11 mln euro) transferu 1-krotnego reprezentanta Szwajcarii do Salzburga. Ruch ten można określić jako zdecydowanie trafiony. 21 występów w Bundeslidze, siedem bramek, dwie asysty i udział przy bramce co 125 minut. Bardzo dobre statystyki, patrząc na to, że Noah często przesiadywał na ławce rezerwowych. Jego rozwój obecnie zahamowało naderwanie włókna mięśniowego. Początkowo miał pauzować jedynie trzy tygodnie. Było to… dwa miesiące temu. Ciężko stwierdzić, czy zobaczymy jeszcze Szwajcara w tym sezonie na boisku. Ten prawy pomocnik zdążył pokazać, że ma niesamowite umiejętności i instynkt do strzelania goli. Obyśmy oglądali go jak najdłużej.

BENJAMIN ŠEŠKO

Urodzony w 2003 roku Słoweniec nie jest jeszcze gorącym nazwiskiem na rynku. Słowo „jeszcze” warto jednak podkreślić, bo jeśli jego rozwój będzie przebiegał tak dobrze, jak dotychczas, to wkrótce będzie czołowym napastnikiem austriackiej Bundesligi. W samym Salzburgu się na tę chwilę nie nagrał – swój trzyminutowy debiut zaliczył pod sam koniec stycznia i od tamtej pory nie pojawił się na boisku w koszulce Salzburga. Benjamin jest jednak kluczowym zawodnikiem rezerw swojego macierzystego klubu – drugoligowego FC Liefering. Mierzący 194 centymetry Słoweniec rozegrał na tym poziomie 18 spotkań, strzelając sześć bramek i zaliczając dwie asysty. Goli powinien mieć znacznie więcej, ale wykończenie to jedna z głównych umiejętności, które musi poprawić (według totalfootballanalysis.com zdobywa 0,24 bramki z 0,4 xG na 90 minut). Świetnie czuje się również w polu karnym (2.25 strzałów i 4.59 kontaktów z piłką w szesnastce na 90 minut). Šeško na szczęście ma dużo czasu na poprawę swojej gry, gdyż jest on dopiero na początku przygody z wielką piłką.

ADAMU CHUKWUBUIKE

Austriak z nigeryjskimi korzeniami jest w tym zestawieniu wyjątkowy. Jako jedyny nie gra obecnie ani w Tipico Bundeslidze, ani w 2. Lidze. Gdzie więc przebywa? Jest wypożyczony do St. Gallen, grającego obecnie w Super League – najwyższej klasie rozgrywkowej w Szwajcarii. Znajduje się tam stosunkowo niedługo, bo niepełne dwa miesiące. Tym bardziej imponuje fakt, że 19-latek w sześciu spotkaniach dwukrotnie już pokonywał bramkarzy rywali. Oczywiście nie trafił do Szwajcarii w połowie roku za ładne oczy. Wypożyczenie było wynikiem wyśmienitej formy, w jakiej Adamu się znajdował przez jesienną rundę 2. Ligi. W trakcie 13 meczów strzelił siedem bramek (i do dzisiaj jest liderem Liefering w klasyfikacji strzelców) oraz zdobył pięć asyst (jest ex aqueo drugi z Mauritsem Kjaergaardem w tym aspekcie). Chukwubuike ciągle czeka na debiut w Bundeslidze. Kto wie, czy nie doczeka się go już za sezon?

MAURITS KJAERGAARD

Młodzieżowy reprezentant Danii rozgrywa w Austrii swój drugi sezon i trzeba powiedzieć, że świetnie sobie radzi. Do pierwszej jedenastki Liefering zaczął się łapać dopiero pod koniec rozgrywek. Mimo tego, w 2. Lidze wystąpił już 32 razy, notując pięć trafień i dokładając do tego siedem asyst. Całkiem niezłe liczby, patrząc na to, że 17-latek jest nominalnie środkowym pomocnikiem. Jego bardzo dobra forma została nawet zauważona przez trenera Salzburga, gdyż Maurits doczekał się debiutu w Bundeslidze – 22 minuty w meczu z wymagającym rywalem, jakim jest Sturm Graz, to całkiem niezłe osiągnięcie.

Mistrz Turcji jedną nogą w drugiej lidze. Klub wspierany przez prezydenta kraju może podzielić los Juventusu, Milanu, Manchesteru City, Herfolge i 1. FC Nurnberg.

Co łączy wyżej wymienione kluby? Oprócz podobieństw czysto piłkarskich, czy możliwości sportowych, przynajmniej w przypadku pierwszych trzech, jest jeszcze jedna ważna rzecz. Wszystkie mają w swej historii niechlubne osiągnięcie w postaci spadku do drugiej ligi, będąc aktualnym mistrzem kraju. W przypadku Milanu i Juventusu było to konsekwencją wybuchu afer korupcyjnych i skończyło się karną degradacją o klasę niżej. Herfolge i Nurnberg z kolei okazały się po prostu niewystarczająco silne, notując fatalny w skutkach regres formy sportowej. Do ich grona dołączyć może wkrótce aktualny mistrz Turcji – Istanbul Basaksehir FK. Piłkarze znad Bosforu znajdują się tuż nad strefą spadkową Tureckiej Superligi i do końca sezonu nie mogą być pewni swojej przyszłości.

POWRÓT DO KORZENI, SPRAWIEDLIWOŚĆ I ROZWÓJ W TLE

Instanbul Basaksehir to dosyć młody klub na piłkarskiej mapie Turcji. Pod obecną nazwą funkcjonuje oficjalnie od czwartego czerwca 2014 roku, powstał w wyniku restrukturyzacji właścicielskiej. Korzenie klubu sięgają 1990 roku. To wtedy, po fuzji trzech robotniczych klubów utworzony został przez ówczesnego burmistrza Stambułu Istanbul Buyuksehir Belediyespor. Wielosekcyjny klub finansowany z pieniędzy publicznych. W sezonie 92/93 IBB świętował pierwszy w historii awans na zaplecze Superligi. Dwa sezony później spadł do III ligi, by po roku znów awansować na drugi poziom rozgrywek. W sezonie 06/07 klub uzyskal historyczny awans do tureckiej Superligi.

W pierwszym sezonie Basaksehir zajął bezpieczne, 12. miejsce w tabeli. Swoje mecze klub rozgrywał wówczas na stadionie Ataturka w Stambule. W sezonie 10/11 Istanbul awansował do finału Pucharu Turcji, przegrywając jednak w rzutach karnych z lokalnym rywalem – Besiktasem. W regulaminowym czasie gry padł wynik 2-2. Wiosną 2014 roku klub zerwał wszelkie powiązania z miastem, co łączyło się z daleko idącymi zmianami, jak restrukturyzacja czy przyjęcie nowej oficjalnej nazwy – Istanbul Basaksehir Futbol Kulubu. Już wtedy klub coraz częściej łączony był z prezydentem Turcji Recepem Erdoganem. Związki z polityką znaleźć można także wśród ludzi bezpośrednio zarządzającymi klubem. Prezes Goksel Gumusdag to członek partii AKP, której nazwę przetłumaczyć można jako Partia Sprawiedliwości i Rozwoju. Barwy klubu również odpowiadają barwom tej organizacji politycznej. Co więcej, prywatnie Gumusdag jest powinowatym żony Prezydenta Turcji.

MEGALOMANIA W POMARAŃCZOWO-NIEBIESKO-BIAŁYCH BARWACH I UPRAGNIONY TYTUŁ

Recep Erdogan od początków istnienia Basaksehiru nie ukrywał czynnego wspierania klubu i stał się niejako symbolem aktualnego mistrza Turcji. W dniu otwarcia nowego stadionu – Fathim Terim Stadyumu – wystąpił nawet w pokazowym meczu jednocześnie strzelając trzy bramki! W meczu tym udział wziął również jego syn Bilal. Erdogan znany jest ze swoich konserwatywnych poglądów i megalomanii. Jego głównym założeniem jest rywalizacja z najbardziej utytułowanymi lokalnymi rywalami z Galatasaray, Fenerbahce i Besiktasu. Klub, w który inwestują firmy takie jak Burger King, DenizBank czy Turkish Airlines wpompował w ostatnich latach setki milionów euro w zagranicznych piłkarzy oraz infrastrukturę. I nie są to bynajmniej piłkarze mało znani. W tureckim klubie w ciągu ostatnich paru lat występowali tacy zawodnicy jak Emre Belozoglu, Robinho, Gael Clichy, Emmanuel Adebayor, Semih Senturk, Eljero Elia, Martin Skrtel czy Pierre Webo. Istanbul Basaksehir to klub wielu kontrastów. Z jednej strony ogromne pieniądze i poważni politycy w tle, z drugiej niewielka liczba kibiców i brak tradycji czysto piłkarskich. Mimo to, klub w poprzednim sezonie po raz pierwszy w historii sięgnął po tytuł mistrza Turcji, na finiszu rozgrywek o cztery punkty wyprzedzając drugi w tabeli Trabzonspor. Za ojca sukcesu uznano Okana Buruka. Były piłkarz m.in. Galatasaray, Interu Mediolan czy Instanbulsporu właśnie po raz pierwszy w karierze jako menedżer mógł świętować tytuł mistrza Turcji. Wcześniej, w sezonie 2017/2018 na stadionie Diyarbakirsporu zdobył Puchar z Akhisarsporem, w finale pokonując Fenerbahce 3-2.

FATALNY POCZĄTEK NOWEGO SEZONU PRZYPUDROWANY HISTORYCZNYM ZWYCIĘSTWEM Z MANCHESTEREM UNITED

Po zdobyciu pierwszego w historii tytułu mistrza Turcji i awansie do Ligii Mistrzów wydawało się, że zespół prowadzony przez Buruka nadal będzie się rozwijał sportowo, a w lidze powalczy przynajmniej o pierwszą piątkę. W Champions League nikt nie dawał im większych szans nawet na zajęcie trzeciego miejsca, upoważniającego do gry w 1/16 Ligii Europy. Basaksehir trafił do grupy śmierci z PSG, Manchesterem United i RB Lipsk. Nawet sam Erdogan nie mógł być optymistą tuż po wylosowaniu rywali w fazie grupowej. Na domiar złego ekipa ze Stambułu zanotowała prawdziwy falstart w rozgrywkach ligowych. W pierwszych trzech kolejkach przegrała wszystkie mecze, nie potrafiła strzelić nawet bramki. Upragnione zwycięstwo w lidze przyszło dopiero 17 października. Na polu bitwy pokonany został ówczesny wicemistrz – Trabzonspor SK. Po pierwszych dziesięciu kolejkach Basaksehir zajmował 8. miejsce w tabeli z bilansem 4-2-4. Nie był to wymarzony początek, ale też nikt nie przypuszczał wtedy, że aktualny mistrz będzie się w tym sezonie bronił przed spadkiem. W międzyczasie udało się przecież sensacyjnie wygrać w Lidze Mistrzów z Manchesterem United. Zwycięstwo szczególnie dobrze smakowało Rafaelowi Da Silvie, który w latach 2007-2015 był zawodnikiem Czerwonych Diabłów. Brazylijczyk był z resztą jednym z najlepszych piłkarzy na boisku tamtego wieczora. Jak się później okazało, było to jedyne zwycięstwo tureckiej drużyny w tegorocznej edycji LM. Po historycznym zwycięstwie nad Anglikami morale w zespole znacząco się podniosło i nic nie wskazywało na tak słaby przebieg reszty sezonu. Tymczasem Basaksehir w okresie od 21 listopada zeszłego roku aż do niedzieli 21 marca wygrał zaledwie 3 mecze ligowe na 22 możliwe! Na domiar złego, nie udało się wygrać żadnego z ligowych meczów derbowych. Jedynym zwycięstwem nad lokalnymi rywalami było lutowe 2-1 nad Fenerbahce w Pucharze Turcji. Tak fatalna postawa i brak punktów w rywalizacji z „wielką trójką” ze Stambułu sprawiły, że z posadą menedżera pożegnać się musiał Okan Buruk. 54-krotny reprezentant Turcji pracę stracił 29 stycznia – kilka dni po domowym podziale punktów w meczu z Rizesporem.

KOMPROMITACJA Z HATYASPOR I BRAK EFEKTU NOWEJ MIOTŁY

Dzień po zwolnieniu Buruka, Basaksehir rozgrywał domowy mecz z Hatyasporem. Na ławce gospodarzy usiadł w roli tymczasowego menedżera Nedim Yigit, zajmujący się w klubie znad Bosforu pracą z młodzieżą. Nie był to jednak najszczęśliwszy dzień w karierze Turka. Basaksehir po przygnębiająco słabej grze poniósł sromotną klęskę. Mecz zakończył się wynikiem 1-5. Był to jedyny jak do tej pory mecz Basaksehir z Yigitem na ławce trenerskiej. Dwa dni po tym blamażu w roli menedżera zatrudniony został Aykut Kocaman. Doświadczony trener pracował wcześniej w Istanbulspor, Malatyaspor, Ankaraspor, dwukrotnie w Konyaspor i w raz w Fenerbahce. Z tym ostatnim zespołem zdobył w 2011 roku tytuł Mistrza Turcji oraz dwa krajowe puchary. Z Konyaspor również sięgał po to trofeum – w sezonie 16/17. Co ciekawe, w finale tamtego meczu Konyaspor wygrał po dogrywce z Basaksehir właśnie.

Początek Kocamana w klubie ze Stambułu daleki jest od ideału. 55-letni Turek przegrał pierwsze cztery spotkania, w tym derbową potyczkę z Galatasaray. Pierwsze zwycięstwo z nowym zespołem odniósł dopiero w siódmej próbie, wygrywając wyjazdowe spotkanie z Genclerbirligi Ankara. Do tej pory (stan na 05.04.21) Kocaman wygrał zaledwie dwa ligowe mecze. To wczorajsze, 3-1 nad Malatyasporem, może mieć kluczowe znaczenie w kontekście walki o utrzymanie. W tym momencie Basaksehir ma tylko punkt przewagi nad 18. w tabeli Kayserispor. W obecnym sezonie Turkish Superleague spadają aż cztery zespoły, a różnice punktowe między miejscem 14 a 19 są naprawdę minimalne.

SŁABE WYNIKI OFENSYWY

Tak słaba forma zespołu może dziwić tym bardziej że ani w letnim, ani w zimowym oknie transferowym nie doszło do masowej wyprzedaży kluczowych zawodników. Z drużyny odeszli co prawda Aziz Behich, Eljero Elia, Gael Clichy i Milos Jojic, ale dla każdego z nich klub szybko znalazł zastępstwo. W zimowym oknie transferowym rozwiązano kontrakt z Martinem Skrtelem. Jego pobyt na Fatih Terim Stadyum był co najwyżej średnio udany, a Słowak inkasował jednocześnie jedną z najwyższych tygodniówek. Transfery do klubu takich piłkarzy jak Rafael, Berkay Ozcan, Nacer Chadli, Giuliano czy Hasan Ali Kaldirim musiały napawać kibiców optymizmem.

Szybko okazało się, że w maszynce, która seriami zdobywała punkty w poprzednim sezonie, coś się zacięło, a nawet zupełnie przestało działać. Tegorocznych porażek nie można zrzucić na karb kontuzji, bo te poważne raczej omijają piłkarzy Basaksehir. Wygląda na to, że ewidentnie coś się wypaliło, a być może jest to pokłosie zachłyśnięcia się nieoczekiwanym sukcesem poprzedniego sezonu. Szczególnie słabo prezentują się ci, którzy powinni stanowić o sile zespołu. Demba Ba w 24 meczach ligowych zdobył tylko 5 bramek, Berkay Ozcan w 25 meczach zanotował tylko jedną asystę, taką samą liczbę meczów ligowych rozegrał Frederik Gulbrandsen, a zaliczył tylko 6 trafień. Indywidualne statystyki Mehmeta Topala, Danijela Aleksicia czy Brazylijczyka Giuliano również nie rzucają na kolana. W 31 meczach tureckiej Superligi Basaksehir zdobył tylko 35 bramek, tracąc jednocześnie aż 49. Brak jakości w ofensywie znacznie przyczynił się do fatalnej pozycji ligowej. Słabo prezentuje się Nacer Chadli, który ma na koncie tylko 10 meczów ligowych, a przecież od zawodników z takim doświadczeniem trzeba oczekiwać znacznie więcej. Na domiar złego, w styczniowym oknie transferowym Basaksehir stracił Irfana Kahveciego. Wszechstronny pomocnik przeszedł w styczniu do Fenerbahce za 7 milionów euro.

Do zakończenia sezonu w tureckiej Superlidze zostało jeszcze 9 kolejek. Basaksehir zmierzy się w nich m.in. z Kayserispor, Erzumunspor i Kasimpasa – bezpośrednimi rywalami w walce o utrzymanie. To właśnie w meczach z nimi podopieczni Kocamana powinni szukać kompletu punktów. Tegoroczna gra na trzy fronty ewidentnie nie przysłużyła się tureckiemu klubowi, piłkarze zwyczajnie nie poradzili sobie z napiętym kalendarzem. W przypadku utrzymania na kolejny sezon w Basaksehir muszą zapaść odważne decyzje. Być może trzeba będzie pożegnać się z kilkoma najlepiej opłacanymi zawodnikami. Niepewna pozostaje także przyszłość Aykuta Kocamana.

KAROL KOCZTA

Talenty nie tylko spod znaku byka – top 5 najbardziej utalentowanych piłkarzy Tipico Bundesligi , którzy występują poza RB Salzburg.

Problem z młodymi zawodnikami w austriackiej Bundeslidze jest taki, że jeśli nie znajdują się oni w drużynie aktualnego mistrza kraj, to nie mówi się o nich zbyt wiele. Nie samym Red Bullem jednak liga austriacka stoi. Oto 5 najlepszych zawodników U21, którzy w żaden sposób nie są związani z hegemonem ligi.

5. KAI STRATZNIG (WOLFSBERGER AC)

18-latek jest jedną z największych pereł akademii Wolfsbergera. Trafił do niej w wieku 13 lat i stopniowo piął się w strukturach klubu, aż dotarł do pierwszego składu. Zadebiutował w końcówce poprzedniego sezonu. Rozegrał na dziś (pisane przed niedzielnym meczem) 27 spotkań w barwach Wolfsbergera, na które składa się 18 występów w Bundeslidze, dwa w ÖFB-Cup i aż siedem w Lidze Europy. Do tego parę dni temu zadebiutował w reprezentacji Austrii do lat 21, wchodząc na 45 minut w meczu z Arabią Saudyjską (wygrana 10:0) i na ostatnie sekundy z Polską (zwycięstwo 2:0). Warto wspomnieć, że nadal czeka na premierowego gola lub asystę w barwach Wölfen.

Poniżej statystyki z meczu Kaia przeciwko Austrii Wiedeń (5:3 dla Wolfsbergera):


4. KELVIN YEBOAH (STURM GRAZ)

Ghańczyk, mimo że ma dopiero 20 lat, ma już niezłe doświadczenie w piłce seniorskiej. Jest to dla niego trzeci sezon w Austrii (drugi sezon w Bundeslidze, do tego jeden w 2. Lidze). Łącznie dla WSG Tirol i Sturmu Graz rozegrał lekko ponad 70 spotkań, strzelił 15 bramek oraz dołożył do tego siedem asyst. Ghański skrzydłowy do Austrii trafił, co ciekawe, z Włoch – dokładniej z Primavery A.C. Gozzano. Wraz z WSG Tirolem awansował do najwyższej klasy rozgrywkowej (dla klubu był to powrót do Bundesligi po niemalże 40 latach). Sezon później Kelvin wraz z drużyną był o włos od powrotu na zaplecze Bundesligi, ale uratowało ich bankructwo SV Mattersburg. W tym roku Kelvin był jednym z najlepiej prezentujących się piłkarzy Tirolu, co zaowocowało zimowym transferem do walczącego o podium Sturmu Graz.



3. AMADOU DANTE (STURM GRAZ)

Młody lewy obrońca gładko wprowadził się do ekipy z Grazu. Poprzedni sezon, który był dla niego debiutancki, spędził na wypożyczeniu w TSV Hartberg i choć zaczął grać dopiero pod sam koniec rozgrywek, miał duży wkład w awans do eliminacji Ligi Europy. W obecnych rozgrywkach jest kluczowym elementem układanki Christiana Ilzera, opuszczając zaledwie jedno spotkanie – z powodu otrzymanej mecz wcześniej czerwonej kartki. Mimo to Amadou nie jest ofensywnym typem bocznego obrońcy, jak Alphonso Davies, Andrew Robertson czy Theo Hernandez, co pokazują jego statystyki – zero bramek i zaledwie jedna asysta zdobyta na przestrzeni 26 występów (licząc ligę i puchar). Dante trzeba jednak oddać, że zdążył już odnieść sukces na arenie reprezentacyjnej. W poprzednim roku wraz z drużyną Mali U20 wygrał Puchar Narodów Afryki do lat dwudziestu!



2. EMANUEL AIWU (ADMIRA WACKER)

Wychowany praktycznie od początku w akademii klubu z Mödling, jest najlepszym zabezpieczeniem finansowym tej drużyny. Jedynym problemem jest kończący się już za rok kontrakt 20-latka. Uważam jednak, że niezależnie od tego, czy Admira spadnie, czy utrzyma się w Bundeslidze, Aiwu w lecie pożegna się z klubem i zostawi w klubowej kasie sumę w granicach 2-3 mln euro. Mimo swojego młodego wieku Emanuel jest już niezwykle doświadczonym zawodnikiem. Obecny sezon jest dla niego już czwartym spędzonym w najwyższej klasie rozgrywkowej w Austrii. W tym okresie rozegrał prawie 70 meczów ligowych, dołożył do tego cztery bramki i asystę. Jako środkowy obrońca! Na poziomie reprezentacyjnym zaliczył sześć spotkań w barwach Austrii U21.



1. YUSUF DEMIR (RAPID WIEDEŃ)

Gwiazda. Nie tylko swojego zespołu, ale i całej ligi. O Yusufie pewnie można by zrobić cały artykuł, co jest dość niezłym osiągnięciem jak na zawodnika, który ma 17 lat i tak naprawdę dopiero zaczyna przygodę z seniorską piłką. Nieprzypadkowo jednak Demir znajduje się na radarze Barcelony, Manchesteru United, Borussi Dortmund czy Bayernu Monachium. Ofensywny pomocnik w tym sezonie zagrał 560 minut na przestrzeni 18 meczów, notując w tym czasie trzy bramki i jedną asystę. W ostatnim tygodniu zadebiutował również w dorosłej reprezentacji Austrii, wchodząc na ostatnie pięć minut w meczu z Wyspami Owczymi. Ma 173 cm wzrostu i 65 kg, co pomaga mu poruszać się z gracją po boisku. Kocha dryblować i mieć piłkę przy nodze, przez co media lubią nazywać go „austriackim Messim”. Najsmutniejszą wiadomością dla kibiców austriackiej Bundesligi jest fakt, że prawdopodobnie w najbliższym oknie transferowym opuści Rapid i trafi do mocniejszej ligi. Rapid musi sprzedać swój największy diament już teraz, bo za rok skończy się jego kontrakt. Gdzie pójdzie? Za ile? Nikt nie ma pewności, ale nie mam wątpliwości, że rekord transferowy klubu z Wiednia (8 mln euro, które Ajax zapłacił za Maximiliana Wöbera) zostanie pobity. Może nawet dwukrotnie.

TT @AustriackaPilka

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑