W czasach, gdy globalizacja sportu pcha kluby piłkarskie w ręce zagranicznych właścicieli na Półwyspie Iberyjskim, a konkretnie w Hiszpanii dominują rodzimi włodarze. Idealnym przykładem odzwierciedlającym wspomniany stan rzeczy był tegoroczny skład półfinałów w europejskich pucharach. Spośród ośmiu klubów tylko dwa z nich należały do krajowych właścicieli. Należący do socios, ale zarządzany przez Florentino Pereza Real Madryt oraz Villarreal – klub należący do Fernando Roiga.
Czytaj dalej „Fernando Roig – twórca wielkiego Villareal”Krótka włoska historia w Dundalk FC
Niecały rok (dokładnie 8 miesięcy) spędził w Dundalk FC włoski trener Filippo Giovagnoli. Przyszedł znikąd i przez cały okres pracy w mieście z północy Republiki nawet nie miał odpowiednich uprawnień do prowadzenia drużyny. Odszedł po zaledwie pięciu kolejkach sezonu 2021, ale przez ten krótki czas zdołał napisać naprawdę ciekawą historię.
Czytaj dalej „Krótka włoska historia w Dundalk FC”Roma to ostatnia szansa. Słów kilka o Mourinho w Rzymie.
Jose Mourinho w AS Romie. Tego nie spodziewał się nikt na czele ze sławami włoskiego dziennikarstwa sportowego. W czasach, gdy przecieki stały się normą właścicielom Giallorossich udało się operację ściągnięcia Portugalczyka na Stadio Olimpico utrzymać w tajemnicy.
Czytaj dalej „Roma to ostatnia szansa. Słów kilka o Mourinho w Rzymie.”This is England #12. The Invincibles. Arsenal w sezonie 2003/2004.
Bycie kibicem Arsenalu to od kilku dobrych lat droga przez ciernie, przeplatana kilkoma Pucharami Anglii. Dla fanów, którzy arsenalowego bakcyla połknęli w czasach wengerowskiej prosperity, tak radykalne obniżenie oczekiwań względem ukochanej drużyny nadal nie jest łatwe. Zazwyczaj po ważnych meczach chodzimy z minami przywodzącymi na myśl smutną żabę Pepe (nie mylić z Nicolasem). Dlatego dziś odbędziemy sentymentalną podróż do czasów, gdy Kanonierzy osiągnęli apogeum swojej wielkości. Wspaniały sezon 2003/2004 i korona Premier League, po którą Armatki sięgnęły, nie zaznając goryczy porażki. Jak do tego doszło? Zapraszam do lektury!
Czytaj dalej „This is England #12. The Invincibles. Arsenal w sezonie 2003/2004.”Ryan Mason – pouczająca historia nowego szkoleniowca Tottenhamu
Jego życie zmieniło się w kilka sekund. Mógł kontynuować grę w Premier League, być solidnym ligowcem i reprezentantem Anglii. Po latach został najmłodszym menadżerem w historii ligi angielskiej. Gdy boisko opuszczał po raz ostatni, żegnano go brawami. On jednak nie mógł na nie odpowiedzieć. Znajdował się na noszach, a na ustach miał maskę tlenową. Oto Ryan Mason.
Czytaj dalej „Ryan Mason – pouczająca historia nowego szkoleniowca Tottenhamu”Piłkarz. Podróżnik. Błazen. Lovelas. Hazardzista. Historia Kyle’a Lafferty’ego
Kyle Lafferty to jedna z najbarwniejszych postaci nie tylko szkockiej, ale i brytyjskiej piłki. U kresu kariery znów przypomniał sobie, jak się strzela gole, a dzięki świetnej postawie w Kilmarnock ponownie trafił na pierwsze strony gazet.
Zderzenie z rzeczywistością
Lafferty urodził się w Enniskillen, stolicy północnoirlandzkiego hrabsta Fermanagh. Pierwsze kroki w futbolu stawiał w dwóch loklanych klubach – NFC Kesh i przez krótki okres w Ballinamallard FC. Niedługo później zwrócił na siebie uwagę Burnley FC, który w tamtym okresie występował w angielskiej Championship. Po uzgodnieniu warunków, jako niespełna siedemnastolatek, podpisał swój pierwszy profesjonalny kontrakt. Przenosiny do Anglii spowodowały, że młody piłkarz nagle poczuł się samotny. Jego rodzina i znajomi zostali w Irlandii Północej, a Lafferty nie potrafił poradzić sobie z otaczającą go rzeczywistością. Coraz częściej, by wypełnić luki pomiędzy treningami a grą dla The Clarets, wstępował więc do punktów bukmacherskich, gdzie przegrywał znaczną część skromnego w tamtym okresie wynagrodzenia. Jak się później okazało, był to kluczowy moment w kontekście kreowania się jego charakteru i decyzji, jakie podejmował w przyszłości.
Dwie wieże z Glasgow
Po trzyletnim okresie spędzonym w Burnley i średnio udanym wypożyczeniu do Darlington, zainteresowanie Laffertym wyraziły trzy znane kluby: Rangers, Celtic i Leeds United. 21-letni wówczas piłkarz zdecydował się dołączyć do niebieskiej części Glasgow, a pobyt w klubie z Ibrox był jednym z najlepszych i najbardziej stabilnych okresów jego kariery. W premierowym sezonie na szkockich boiskach Lafferty rozegrał łącznie 28 meczów, w których zdobył 7 bramek i zanotował 2 asysty. Nie najgorzej, jak na kogoś, kto po raz pierwszy w karierze zderzył się z ogromną presją i oczekiwaniami kibiców. Rangers sięgnął w tamtym sezonie po Mistrzostwo i Puchar Szkocji, a Lafferty był jednym z ojców tego sukcesu. Na początku sezonu 10/11 do Rangers sprowadzony został Nikica Jelavic, za którego Rapid Wiedeń zainkasował około 5 milionów euro. Ich boiskowa współpraca układała się bardzo dobrze, a duet wysokich napastników zaczęto nazywać „dwoma wieżami”. W ostatniej kolejce tamtego sezonu Rangers, aby świętowąć trzeci z rzędu tytuł mistrzowski, musiał wygrać na wyjeździe z Kilmarnock. Już po siedmiu minutach goście prowadzili 3-0, a trzecią bramkę po podaniu Jelavicia strzelił właśnie Lafferty. Piłkarze Waltera Smitha rozbili tego dnia Kilmarnock aż 5-1, a północnoirlandzki napastnik mógł zabrać do domu piłkę, wręczaną zdobywcy hat-tricka. Łącznie, podczas gry dla Rangers, Lafferty trzykrotnie sięgał po tytuł Mistrza Szkocji, dwukrotnie zdobywał Puchar Ligii Szkockiej i dołożył jedno trofeum za zwycięstwo w Pucharze kraju, jednocześnie stając się jednym z ulubieńców kibiców The Gers.
Blaski, cienie i początek tułaczki
Nie zawsze jednak o Laffertym pisano w prasie w samych superlatywach. W maju 2009 roku w meczu przeciwko Aberdeen, po spięciu z Charlie Mulgrewem przy linii bocznej boiska, reprezentant Irlandii Północnej padł na murawę, zasłaniając twarz. Sędziujący tamto spotkanie Stuart Dougall, po konsultacji z Grahamem Chambersem, ukarał obrońcę Aberdeen czerwoną kartką, a grający w osłabieniu goście przegrali ten mecz 1-2. Telewizyjne powtórki pokazały, że Lafferty symulował, a jego reakcja była skrajnie przesadzona. Zachowanie zawodnika skrytykował sam Walter Smith, sugerując, że w jego zespole nie ma miejsca na tym podobne ekscesy. Kilka dni później komisja odwoławcza anulowała czerwoną kartkę Mulgrewa, jednocześnie zawieszając na dwa spotkania winowajcę całego zajścia.
Pod koniec sezonu 11/12 Rangers, jako wicemistrz Szkocji, z powodu zadłużenia i bankructwa, znalazł się pod zarządem komisarycznym. W konsekwencji oznaczało to degradację do Third Division, a klub przejęła nowa spółka, kierowana przez Charlesa Greena. Na mocy ustawy o prawie pracy część piłkarzy nie zdecydowała się przenieść swoich kontraktów do nowopowstałej spółki. Jednym z nich był Kyle Lafferty. Mimo klikunastu ofert z angielskich i szkockich klubów północnoirlandzki napastnik postawił na przeprowadzkę do FC Sion. Epizod w kraju Helwetów nie był szczególnie udany. Już po roku Laffferty prezentowany był na konferencji prasowej jako nowy zawodnik US Palermo. W trakcie rocznego pobytu we Włoszech Lafferty znów potwierdził swoją wartość, a przez sycylijskich kibiców wybrany został nawet najlepszym piłkarzem Palermo tamtego sezonu. We wszystkich rozgrywkach strzelił wówczas 11 bramek, co czyniło go, tuż po Abelu Hernandezie, drugim najskuteczniejszym piłkarzem klubu. Pod tym względem lepszy był nawet, od Paulo Dybali czy Andrei Belottiego! Jego sposób bycia i pozaboiskowe wybryki nie sposobały się jednak prezydentowi Palermo, który zdecydował o umieszczeniu piłkarza na liście transferowej.
DEMONY PRZESZŁOŚCI
1 lipca 2014 roku, chwilę po otwarciu okienka transferowego, Lafferty dołączył do Norwich City, które zdecydowało się wyłożyć za niego 4.5 miliona euro. W klubie z Carrow Road nie szło mu jednak najlepiej, a coraz częściej pojawiały się głosy o problemach w życiu prywatnym. Po latach piłkarz przynał, że główną motywacją jego transferu był spory zastrzyk gotówki, który otrzymał przy podpisaniu kontraktu. Już po pół roku Lafferty wypożyczony został do Rizespor, zespołu tureckiej SuperLig. Tam nadal nie potrafił wrócić do optymalnej formy, strzelając zaledwie dwie bramki w 15 meczach. Piłkarz wrócił do macierzystego klubu, by udać się na kolejne wypożyczenie, tym razem do Birmingham. Jeszcze będąc piłkarzem Norwich, Lafferty przyłapany został na obstawianiu meczów hiszpańskiej LaLiga, co niezgodne było z regulaminem angielskiej federacji. Piłkarza ukarano grzywną w wysokości 23 tysięcy funtów, a sprawę nagłaśniały największe brytyjskie media. Jak stwierdził sam Lafferty, w tamtym okresie obstawiał wszystko, co możliwe, od koni po wyścigi psów, mimo że nie miał o tym bladego pojęcia. Swoje zakłady wybierał na podstawie koloru kasku dżokeja, a chęć odegrania się była silniejsza od niego. Tylko szczerość i przyznanie się do ostrego uzależnienia od hazardu sprawiły, że skończyło się na karze finansowej. W innym wypadku Lafferty mógł nawet zostać zawieszony, co uniemożliwiłoby mu udział w rozrgrywanych we Francji Mistrzostwach Europy. Byłaby to ogromna strata dla reprezentacji Irlandii Północnej. Tym bardziej że w eliminacjach Lafferty zdobył aż 7 bramek, stając się najlepszym strzelcem zespołu.
Błazen z dobrym sercem
Po nieudanym okresie w Norwich, Lafferty zdecydował się wrócić na szkockie boiska, tym razem podpisując kontrakt z Heart of Midlothian. Przeprowadzka na stare śmieci podziałała na niego w bardzo pozytywyny sposób, a sam zainteresowany stał się w tamtym okresie kluczowym graczem klubu z zachodniej części Edynburga. Lafferty nie byłby jednak sobą, gdyby było o nim głośno tylko z powodu sportowych osiągnięć. Jak wspomina Austin MacPhee, wieloletni współpracownik i przyjaciel Lafferty’ego, był on jednym z największych błaznów i żartownisiów, jakich kiedykolwiek poznał. Podobną opinię o północnoirladzkim piłkarzu podziela jego były klubowy kolega, Gregg Wylde. Szkot szczególnie dobrze pamięta sytuację z fajerwerkami, które do szatni Rangers przyniósł Lee McCulloch, a które finalnie trafiły w ręce Lafferty’ego. Północnoirlandzki piłkarz, nie zastanawiając się zbyt długo nad konsekwencjami, wsadził je do butelki z wodą, podpalił i wrzucił pod natryski. Butelka eskpolodowała, pomieszczenie pokryło się dymem zmieszanym z parą wodną, a czujniki dymu wywołały wycie alarmu pożarowego. Wszyscy piłkarze i członkowie sztabu szkoleniowego musieli natychmiast opuścić szatnię i udać się w bezpieczne miejsce. Innym razem, jak wspomina Austin MacPhake, na lotnisku Heathrow w Londynie, Lafferty schował się za karuzelą bagażową, naśladując odgłosy mewy. Robił to na tyle dobrze, że zdezorientowani pracownicy ochrony zaczęli przeszukiwać cały terminal. W podobny sposób wystraszył bramkarza reprezentacji Irlandii Północnej, Maika Taylora, gdy ten brał prysznic po jednej z serii treningowych. Lafferty przez wielu uważany jest za duszę towarzystwa, a jego pogodne usposobienie często pozwala na rozładowanie negatywnej energii. Podobne zdanie na jego temat mają piłkarze Sarpsborg, do którego w styczniu 2020 roku trafił Lafferty po nieudanym powrocie do Rangers. Jego doświadczenie, charyzma i niezła postawa na boisku spowodowały, że zespół odbił się od dna tabeli i ostatecznie utrzymał w Eliteserien. Samego Lafferty’ego najlepiej podsumował Ismaila Cheick Coulibaly, który wówczas rezprezentował barwy norweskiego klubu. Malijczyk nie miał prawa jazdy, a na treningi musiał chodzić pieszo kilka kilometrów. Gdy tylko Lafferty dowiedział się o tym, z własnej kieszeni zapłacił za nowy rower, który następnego dnia podarował zaskoczonemu Coulibaly’emu
„Niekontrolowany kobieciarz”
Hazard to nie jedyna słabość, z którą podczas swojej kariery mierzyć musi się Kyle Lafferty. Od lat w środowisku znany jest jako lovelas i bawidamek. Pierwszą żoną piłkarza została w 2012 roku, była Miss Szkocji – Nicole Mimnagh. Związek nie przetrwał jednak zbyt długo, a już po czterech latach nazwisko Lafferty przybrała była kandydatka konkursu na najpiękniejszą Szkotkę, Vanessa Chung. W październiku 2018 roku piłkarz wywołał kolejną aferę obyczajową, gdy wysyłał zdjęcia swojego nagiego torsu nieznajomej ze Snapchata. Było to zaledwie dwa miesiące po tym, jak urodziło mu się dziecko. Zniesmaczona tym faktem kobieta, do której trafiły nagie zdjęcia, nagłośniła sprawę. Podobnie wyglądało to podczas rocznej przygody w Palermo. Prezes włoskiego klubu, na pytanie dziennikarza, dlaczego zdecydował się sprzedać Lafferty’ego mimo dobrego sezonu, odpowiedział:
„Został sprzedany na wyraźną prośbę mojego menedżera, Beppe Iachiniego. Lafferty jest niekontrolowanym kobieciarzem, Irlandczykiem bez żadnych zasad. Jest kimś, kto znika na tydzień i udaje się do Mediolanu, by polować na serca kobiet. […] Ma dwie rodziny i sześcioro dzieci, nigdy nie trenuje na maksa. Na boisku jest bardzo pożyteczny, dał nam wiele dobrego. Jego zachowania jednak nie da się kontrolować, a Iachini powiedział mi, że nie potrafi go okiełznać, dlatego musi odejść”.
Do trzech razy sztuka
W styczniu tego roku, po niezbyt szczęśliwych przygodach w Sunderlandzie i Regginie, Lafferty został wolnym agentem. O przyszłość nie musiał się jednak martwić, bo prędzej czy później zgłosiłby się jakiś klub zainteresowany jego usługami. Jak sam stwierdził jeszcze podczas pobytu w Norwegii, zupełnie nie ma dla niego znaczenia gdzie gra, a do pracy piłkarza podchodzi jak do każdego innego zawodu. Miesiąc po odejściu z Regginy podpisał kontrakt z nowym klubem. Po raz trzeci zdecydował się wrócić do Szkocji, gdzie wyrobił sobie dobrą markę i odnosił największe sukcesy w karierze. Tym razem padło na Kilmarnock, który przez większą część sezonu broni się przed spadkiem. Od momentu przyjścia do zespołu, Lafferty z miejsca stał się kluczowym zawodnikiem klubu. W dziewięciu pierwszych meczach strzelił 9 bramek i zaliczył 2 asysty.
Dwukrotnie na przestrzeni miesiąca popisał się hat-trickiem. To dzięki m.in. jego dobrej postawie The Killie awansowali do ćwierćfinału Pucharu Szkocji, w którym już dzisiaj zmierzą się na własnym stadionie z St. Mirren. Jeśli dotrą do półfinału, ta sztuka uda im się po raz pierwszy od sezonu 96/97, gdzie ostatecznie triumfowali w całych rozgrywkach. Kilmarnock to trzynasty profesjonalny klub w karierze Kyle’a Lafferty’ego. Jeśli uda mu się utrzymać dobrą formę i pozostać w Premiership, nic nie stoi na przeszkodzie, by na dobre zakotwiczyć w obecnym miejscu. Pytanie, jak długo w Kilmarnock wytrzyma sam zainteresowany.

KAROL KOCZTA
Harry Kane, król bez korony
Harry Kane od kilku lat jest jednym z najlepszych napastników na świecie. Jego indywidualne osiągnięcia nie mają jednak przełożenia na zdobywanie trofeów. Być może jest to najlepszy moment, by pożegnać się z Tottenhamem i dołączyć do zespołu, który mógłby mu zagwarantować sukces?
Czytaj dalej „Harry Kane, król bez korony”Plastikowy Świat nie dla wszystkich
Wczorajsze wystąpienie Florentino Pereza utwierdziło mnie w przekonaniu, że ten człowiek już dawno powinien cieszyć się zasłużoną emeryturą. Facet stracił kontakt z rzeczywistością, a jego mania wielkości Realu Madryt może przyczynić się do upadku piłki nożnej w formie, jaką znamy.
Czytaj dalej „Plastikowy Świat nie dla wszystkich”Solskjaer na dobrej drodze, by przywrócić dawny blask Manchesteru United
Stołek, na którym siedzi Solskjaer stygnie z tygodnia na tydzień. Norweski menedżer udowadnia po raz kolejny, jak ważne w futbolu jest zaufanie ze strony ludzi pociągających za sznurki i konsekwentne dążenie do celu. Menedżer Manchesteru United robi systematyczny progres, a coraz częściej pojawiają się głosy o nowym kontrakcie dla Norwega.
CIERPLIWOŚĆ KLUCZEM DO SUKCESU
Ole Gunnar Solskjaer, jak każdy menedżer klubu z ambicjami, przez media zwalniany był już jakieś 150 razy. Ed Woodward, mimo kryzysów i wpadek, pozostawał powściągliwy i nie podejmował żadnych nerwowych ruchów. Czytając brytyjską prasę, szczególnie tę śniadaniową, wyczytać mogliśmy coraz to nowsze nazwiska osób, które lada moment miały zająć gabinet menedżera w klubie z Old Trafford. W międzyczasie pojawiały się opinie, że postawienie na Ole jako stałego menedżera odbije się w klubie czkawką. Tymczasem Solskjaer, nic sobie z tego nie robiąc, kontynuuje pracę w angielskim klubie, a rezultaty są coraz bardziej widoczne.
WZLOTY, UPADKI I CUD NA PARC DES PRINCES
Początek przygody Norwega w zespole 20-krotnego mistrza Anglii był co najmniej bardzo udany. Rozbita mentalnie grupa ludzi, którą pozostawił na Old Trafford Jose Mourinho, nagle zaczęła seryjnie wygrywać, strzelając przy tym sporo bramek. W okresie od 22 grudnia do 9 lutego 2018 roku United nie przegrał jedenastu meczów z rzędu, jednocześnie triumfując w pierwszych ośmiu. Już wtedy kibice z czerwonej części Manchesteru dostali jasny sygnał, że w ich ulubieńcach drzemie olbrzymi potencjał. Pierwsza porażka przyszła dopiero w meczu Ligii Mistrzów z PSG. Piłkarze Tuchela wracali do Paryża z zaliczką dwóch bramek strzelonych na wyjeździe, co, jak wiadomo, stawiało ich w roli murowanego faworyta. W rewanżu Solskjaer nie mógł skorzystać z kilku czołowych piłkarzy, w tym Paula Pogby. Żaden z ekspertów nie dawał piłkarzom United większych szans na korzystny rezultat. A jednak bramka Marcusa Rashforda, zdobyta w doliczonym czasie gry, dająca awans Czerwonym Diabłom do ćwierćfinału, oznaczała jeden z najbardziej spektakularnych comeback’ów w historii Ligii Mistrzów. Wydawać by się mogło, że tak znaczący triumf powinien napompować piłkarzy United pozytywną energią. Tymczasem po zwycięstwie w Paryżu podopieczni Solskjaera popadli w poważny kryzys. W pozostałych dwunastu meczach tamtej kampanii wygrali zaledwie dwa razy, odpadając w międzyczasie z rozgrywek Champions League. Forma zespołu była daleka od ideału, a bolesna porażka 0-4 na Goodison Park była tego najlepszym odzwierciedleniem. W tamtym okresie, pomiędzy marcem a majem, bilans United był wprost fatalny. Dwa zwycięstwa, dwa remisy i aż osiem porażek jasno wskazywały, że z zespołem dzieje się coś złego, a niektórym piłkarzom zwyczajnie nie zależy na dobrych wynikach. Winą za ten stan rzeczy obarczony został Norweg, a w mediach coraz głośniej zastanawiano się, czy zaoferowanie mu stałej umowy było najlepszym pomysłem.
PRZEMYŚLANE I TRAFIONE TRANSFERY
Wskutek niezakwalifikowania się do następnej edycji Ligii Mistrzów, na Old Trafford z początkiem nowego sezonu musiały zapaść odważne decyzje. Pierwszy skład potrzebował wzmocnień, a duża liczba traconych goli zmotywowała działaczy i samego Solskjaera do aktywności na rynku transferowym. Po sprowadzeniu skrzydłowego Swansea – Daniela Jamesa, do czerwonej części Manchesteru trafił Harry Maguire. Była to jedna z najlepszych decyzji menedżera United, odkąd zaczął pracę przy Sir Matt Busby Way. Mimo kilku słabszych meczów i zawalonych bramek, rosły angielski obrońca wywierał coraz większy wpływ na poczynania defensywne United. Do tej pory, grając przez blisko dwa sezony, nie opuścił ani jednego spotkania ligowego. Dziś, ustalając skład na następny mecz, Solskjaer zaczyna właśnie od Maguire’a. Prawdziwy lider, który w pewnym momencie dostał nawet opaskę kapitańską. Transfer Anglika to jednak nic w porównaniu do tego, co wydarzyło się pół roku później. Odkąd Bruno Fernandes zdecydował się podpisać kontrakt z United, zespół przeszedł totalną metamorfozę. Właściwie od samego początku Portugalczyk odgrywa olbrzymią rolę w układance norweskiego menedżera. Jego liczby są fenomenalne, a Solskjaer może pochwalić się tym, że doprowadził do jednego z najlepszych transferów Manchesteru United na przestrzeni ostatnich dziesięciu lat. Skupiając się na ruchach kadrowych, nie można zapomnieć o przewietrzeniu szatni i odmłodzeniu kadry, jakich dokonał w ciągu nieco ponad dwóch lat Norweg. To za jego kadencji klub opuścili piłkarze, którzy pobierali ogromne tygodniówki, a na boisku mieli niewiele do zaoferowania. Mowa przede wszystkim o Alexisie Sanchezie. Blisko 500 tysięcy funtów, zasilające co tydzień jego konto nijak się miało do formy, jaką prezentował podczas pobytu na Old Trafford Chilijczyk. Oprócz niego, klub opuścili Antonio Valenica, Marouane Fellaini, Matteo Darmian, Ashley Young, Chris Smalling, Marcos Rojo i Romelu Lukaku, który w czerwonej koszulce z diabłem na piersi nigdy nie wykorzystał pełni swojego potencjału. Przed tym sezonem, do Lazio wypożyczony został również Andreas Perreira.
INWESTYCJA W PRZYSZŁOŚĆ, KONTUNUOWANIE TRADYCJI I DOBRE WYBORY PERSONALNE
Ole Gunnar Solskjaer, podpisując kontrakt z Manchesterem United, doskonale wiedział, jak ważna jest inwestycja młodych, głodnych sukcesów piłkarzy. Ściągnięcie Aarona Wan-Bissaki, Amada Diallo czy Facundo Pellestriego wyraźnie pokazuje, że wizja rozwoju i długofalowych korzyści są dla niego sprawą pierwszoplanową. Oczywiście, marka taka jak Manchester United, gdzie presja jest ogromna a kibice pragną sukcesów tu i teraz, nie może pozwolić sobie na granie „dzieciakami”. Stąd tez decyzja o sprowadzeniu na Old Trafford Edinsona Cavaniego. Czerwonym Diabłom od dwóch lat brakowało w szatni prawdziwego snajpera, który w pojedynkę móglby wygrać im mecz. Odion Ighalo, jak wszyscy wiemy, był tylko opcją tymczasową. Nigeryjczyk zostawił kawał zdrowia grając dla Manchesteru United, ale jego możliwości były jednak ograniczone. Co innego Cavani. Jego wpływ na grę zespołu mogliśmy zobaczyć już w pierwszych kilku meczach. Urugwajczyk wniósł wiele doświadczenia i spokoju w szeregi ofensywy United. Skorzystać na obecności w drużynie Cavaniego powinien Mason Greenwood, który od momentu wejścia do pierwszej drużyny, robi systematyczny progres. Młody Anglik debiutował właśnie u Solskjaera. To pod jego batutą Greenwood stał się pierwszym od 2003 roku nastolatkiem, który wchodząc z ławki w meczu United zanotował bramkę i asystę. Ostatnim, który tego dokonał był sam Cristiano Ronaldo. Młody Anglik jest też na najlepszej drodze, by dogonić Wayne’a Rooneya. Co prawda do rekordu strzeleckiego trochę mu jeszcze brakuje, ale Greenwood może go przeskoczyć pod względem bramek dla United, będąc nastolatkiem. Rooney miał 15 takich trafień, Greenwoodowi brakuje w tym momencie tylko dwóch, by zrównać się z legendarnym napastnikiem. Oprócz wspomnianego wyżej Greenwooda, w pierwszej drużynie Manchesteru United pod wodzą Solskjaera debiutowało jeszcze 12 zawodników akademii: Tahith Chong, James Garner, Brandon Williams, Di’Shon Bernard, Ethan Laird, Dylan Levitt, D’Mani Mellor, Largie Ramazani, Ethan Galbraith, Teden Mengi, Shola Shoretire i Dean Henderson.
W przypadku młodego bramkarza, który poprzedni sezon spędził na udanym wypożyczeniu do Sheffield United, Solskjaer po raz kolejny udowadnia, że nie boi się podjąć trudnych i nieoczywistych decyzji. Posadzenie De Gei na ławce i postawienie na dużo mniej doświadczonego Hendersona było dość ryzykowne, ale póki co ta decyzja się broni. Henderson wprowadził dużo spokoju w szyki obronne United. Wydaje się, że pod względem komunikacji jest już o półkę wyżej od hiszpańskiego golkipera. Solskjaera pochwalić trzeba także za dobrą ocenę sytuacji z Paulem Pogbą. Jeszcze tak niedawno wydawało się, że dni Francuza na Old Trafford są policzone. Wypowiedzi Mino Raioli, agenta piłkarza, tylko potwierdziły plotki o rychłym odejściu Pogby. Tymczasem Norweg, jak zwykle z klasą, ale stanowczo dał do zrozumienia, że to on rządzi na Old trafford. Odkąd francuski Mistrz Świata wyleczył kontuzję, gra na naprawdę wysokim poziomie, a wszelkie pogłoski na jego temat nie mają przełożenia na boiskowe poczynania. Wracając jeszcze na moment do transferów, trzeba wyraźnie zaznaczyć, że świetnym ruchem było sprowadzenie do angielskiego klubu Alexa Tellesa z FC Porto. Nawet, jeśli Brazylijczyk nie ma aż tak bezpośredniego wpływu na grę United, to sama jego obecność w drużynie świetnie podziałała na Luke’a Shawa. Lewy obrońca jest jednym z najlepszych piłkarzy United w tym sezonie, a jego wysoka forma ma kluczowe znaczenie dla obrazu gry Czerwonych Diabłów.
WUEFISTA Z NIEZŁYM BILANSEM
Pamiętacie „run” Liverpoolu po tytuł mistrzowski w poprzednim sezonie i taranowanie każdego, kto stanął na ich drodze? Mało kto pamięta dzisiaj, ale to Solskjaer właśnie jako pierwszy przeciwstawił się maszynie Kloppa, remisując 1-1 na Old Trafford. I to dosyć pechowo, bo Liverpool wyrównał w ostatnich pięciu minutach po golu Adama Lallany. Ogólnie rzecz ujmując, łatka wuefisty, przyczepiona Norwegowi przez grupy jego adwersarzy, ma mniej więcej tyle samo sensu jak stwierdzenie, że w Anglii gra się tylko lagę do przodu. No może poza Stoke City i Burnley, ale o nich kiedy indziej. Ole Gunnar Solskjaer, podczas niespełna dwuipółletniego pobytu na Old Trafford czterokrotnie wygrywał z Guardiolą, trzykrotnie z Lampardem (którego nie ma dziś już w Chelsea), po dwa razy z Tuchelem i Mourinho. Raz górą był w starciach z Nagelsmanem, Sarrim, Kloppem i Bielsą. Przynajmniej połowa z nich jest powszechnie lansowana na fachowców dużo lepszych od Norwega. Oprócz tego, to właśnie Solskjaer, jako pierwszy w historii menedżer Manchesteru United, wygrał swoje trzy pierwsze spotkania w derbach na terenie City. Od początku zeszłego sezonu, Czerwone Diabły pod wodzą Ole przegrały 12 ligowych meczów. Dokładnie tyle samo, co Liverpool i o jeden mecz mniej od ekipy Guardioli. Jeśli chodzi o rywalizację z drużynami z TOP6, jak do tej pory, też nie wygląda to najgorzej. W tym sezonie bilans to 2 zwycięstwa, 5 remisów i jedna porażka, aczkolwiek bardzo bolesna. W meczach przeciwko City piłkarze United zdobyli cztery punkty, w obu meczach ligowych zachowując czyste konto. Podobnie jak w meczach z Chelsea, jednak tam dwukrotnie padał bezbramkowy remis. Jak na kogoś, kto nie ma pojęcia na czym polega ten biznes, norweski menedżer radzi sobie całkiem dobrze.
NIE ZAWSZE TAK KOLOROWO
Oczywiście, nie wszystko w drużynie United zawsze działa perfekcyjnie. Kamyczkiem do ogródka Solskjaera należy uznać przede wszystkim trzy przegrane półfinały: dwumecz Carabao Cup z City, porażki z Chelsea w FA Cup i Sevillą w Lidze Europy. W najważniejszych momentach sezonu nadal coś się blokuje, a marzenia o upragnionym trofeum trzeba odkładać na następny rok. Do tego dochodzi absolutna kompromitacja na Old Trafford w meczu ze Spurs. Co prawda United grał w osłabieniu przez ponad 60 minut, po czerwonej kartce dla Martiala, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie tak wysokiej porażki. Tottenham obnażył tego dnia wszystkie słabości United, bezwzględnie wykorzystując błędy popełnione przez gospodarzy. Plamą na honorze Solskjaera jest także odpadnięcie z Ligii Mistrzów obecnego sezonu jeszcze w fazie grupowej. United nie trafił na najłatwiejszych rywali, ale mając komplet punktów po dwóch pierwszych meczach z PSG i Lipskiem, po prostu nie mógł odpaść. Niestety stało się inaczej, a Solskjaer musiał wziąć na siebie pełną odpowiedzialność za niekorzystny rezultat. Norweski menedżer był krytykowany głównie za brak reakcji i zostawienie Freda na boisku w domowym meczu z PSG. Brazylijczyk zobaczył drugą żółtą kartkę, a United ostatecznie przegrał 1-3. Jedynym faktem, mogącym choć trochę usprawiedliwić piłkarzy Ole jest to, że jest to młody zespół, któremu często brakuje konsekwencji. W kilku przypadkach zdarzało się, że mając teoretycznie mecz pod kontrolą i prowadząc na 10-15 minut przed końcem, ostatecznie tracili punkty. W kluczowych momentach czasem wychodzi brak doświadczenia czy nawet wyrachowania. Z drugiej strony, na Old Trafford mają na czym budować, a młodzi zawodnicy coraz częściej stanowią o sile zespołu. United, zaraz po Brighton, ma najmłodszy zespół w całej Premier League. 23-letni Marcus Rashford, który z kilku powodów nie jest w najwyższej formie od dłuższego czasu, a mimo wszystko zdobył w tym sezonie już 20 bramek i 12 asyst, już teraz jest liderem zespołu.
DNA I KONTYNUACJA TRADYCJI
Odkąd Ole Gunnar Solskjaer pojawił się w Manchesterze, konsekwentnie stara się wpoić swoim piłkarzom słynne już „DNA”. I nie jest to tylko gra pod publiczkę. Zawodnicy United mają dawać z siebie wszystko niezależnie od okoliczności, wciąż podnosząc sobie poprzeczkę. Norweg stara się wprowadzić do drużyny mentalność zwycięzców i prawdziwego ducha Czerwonych Diabłów. Podczas gry dla United pod wodzą Sir Alexa Fergusona, Solskjaer doskonale rozumiał jak ważny jest upór, wiarę we własne umiejętności i gra do ostatniego gwizdka. Sam okrzyknięty został mianem super rezerwowego, a jego gol w finałowym meczu Champions League z Bayernem przeszedł do historii tych europejskich rozgrywek. Takiej samej determinacji i zaangażowania oczekuje od swoich podopiecznych norweski menedżer. To właśnie w tym elemencie widać największy progres i rękę Ole Gunnara Solskjaera. Czerwone Diabły są najlepszą drużyną w TOP5, która w tym sezonie zdobyła najwięcej punktów z pozycji przegrywającego.
Piłkarze Solskjaera zdobyli 28 takich oczek. Jeśli chodzi o powroty, piłkarze United potrafili aż dziewięciokrotnie zwyciężać w meczach, w których musieli odrabiać straty. Mowa tylko o obecnym sezonie Premier League. Najlepszy pod tym względem w historii jest Newcastle United – 10 comebacków w kampanii 01/02. Ogromne znaczenie w filozofii Manchesteru United ma też szkolenie młodych zawodników i sukcesywne wprowadzanie ich do pierwszego zespołu. Solskjaer kontynuuje na Old Trafford piękną tradycję, która rozpoczęła się ponad 80 lat temu. Przez cały ten okres, w ponad 4000 meczach z rzędu, w składzie meczowym United pojawia się przynajmniej jeden piłkarz, który jest wychowankiem klubu z czerwonej części Manchesteru! Marcus Rashford jest jednym z nich. Mimo kilku kontuzji i wahań formy stał się jednym z najlepszych piłkarzy United na przestrzeni ostatnich 3 lat. Podobnie Scott McTominay, którego charakter i determinacja w pełni odzwierciedlają cechy, jakie musi posiadać piłkarz Manchesteru United. Jeśli chodzi o poczynania ofensywne, to tutaj również uznanie należy się Solskjaerowi. W dwóch ostatnich sezonach ligowych piłkarze United strzelali kolejno 65 i 66 goli. W tym momencie udało im się pokonać bramkarzy rywali 61-krotnie, ale do zakończenia rozgrywek pozostało jeszcze 7 kolejek. Można więc śmiało założyć, że i pod tym względem Czerwone Diabły dokonają progresu. W obecnej kampanii tylko czterem piłkarzom na poziomie Premier League udało się strzelić 20 lub więcej goli we wszystkich rozgrywkach. Dwóch z nich to piłkarze United: Bruno Fernandes (23 gole) i Marcus Rashford (20). Dobra forma strzelecka obu piłkarzy znacznie przyczyniła się do kolejnego osiągnięcia, jakie w CV może zapisać sobie Solskjaer. Manchester United kontynuuje imponującą passę 23 wyjazdowych meczów z rzędu bez porażki w lidze. Tylko Arsenal może pochwalić się lepszym rekordem (27).
ZDOBYCIE TROFEUM PRZEŁOMOWYM MOMENTEM
Podsumowując, Ole Gunnar Solskjaer, mimo wielu głosów krytyki i kilku wpadek, wykonuje na Old Trafford kawał dobrej roboty. Norweg doskonale wie, w którym kierunku chce doprowadzić klub, którego dobro ewidentnie leży mu na sercu. Jego kultura osobista i spokój często powodują, że staje się łatwym celem mediów i środowiska piłkarskiego na Wyspach. Punktem zwrotnym w jego karierze byłoby zdobycie tak długo wyczekiwanego przecież trofeum. Wzniesienie pucharu z pewnością zdjęłoby presję z piłkarzy United i podniosło wiarę we własne umiejętności. Już w czwartek Manchester United zmierzy się na na Old Trafford z Granadą w rewanżowym meczu ćwierćfinałów Ligii Europy. Zaliczka z pierwszego spotkania pozwala wierzyć, że United po raz kolejny staną przed szansą awansu do finału tych rozgrywek. Droga nie będzie prosta, ale jeśli Czerwone Diabły chcą znów aspirować do miana jednej z najlepszych drużyn Starego Kontynentu, muszą zrobić wszystko, by 26-go maja w Gdańsku móc podnieść ręce w geście triumfu.
KAROL KOCZTA
Trudny czas „Boys in Green”
Fatalnie rozpoczęły się eliminacje MŚ 2022 w Katarze dla reprezentacji Irlandii. „Boys in Green” po zaledwie dwóch meczach właściwie pogrzebali swoje szanse na udział w tym turnieju. Za dwie porażki, w tym kompromitację z Luksemburgiem, najwięcej obrywa się oczywiście selekcjonerowi Stephenowi Kenny’emu.
Czytaj dalej „Trudny czas „Boys in Green””