Biblioteczka Futbolowej Rebelii: A. Onyszko, I. Koprowiak: „Fucking Polak. Nowe życie.”

Napiszę to po raz kolejny. Lubię książki o piłkarskich wykolejeńcach ! Lubię książki o futbolowych utracjuszach ! Lubię poczytać o boiskowych bad boyach ! Co ciekawego mogłoby być w lekturze autobiografii Cristiano Ronaldo, Leo Messiego i Roberta Lewandowskiego? Przepisy na bezglutenowe sałatki? Opowieść o tym jak chodzą spać o 22? Zostawanie po treningu na dodatkowych ćwiczeniach by być jeszcze lepszym? Nuda! Brutalna prawda jest taka, że najlepiej czyta się lektury o postaciach, które utopiły swoje kariery w wódzie, zamiast treningów wybierały wyrywanie kolejnych panienek w ekskluzywnym klubie i nie gryzły się w język przy wywiadach. 

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: A. Onyszko, I. Koprowiak: „Fucking Polak. Nowe życie.”” →

Dzienniczek Kanoniera (4)

5 kolejek Premier League za nami. Po dwóch porażkach Arsenal – mam nadzieję – wskoczył w końcu na właściwe tory i zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu w tym drugie na wyjeździe. W przeciągu dwóch tygodni ekipa Emery’ego wygrała więcej ligowych wyjazdów niż przez resztę roku kalendarzowego. Ale żeby nie było tak różowo, to powiedzmy sobie szczerze – pierwsza połowa spotkania z Newcastle była drogą przez mękę.

Mecz z drużyną Rafy Beniteza miał dwie odsłony. „Kanonierzy” przypominali w tym meczu Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Pierwsza połowa była tym, do czego już w wielu spotkaniach ligowych przyzwyczaiły nas „Armatki”. Męczeniem buły, brakiem wizji gry, brakiem polotu i finezji. Nasi piłkarze kompletnie nie mieli pomysłu jak zagrozić dobrze zorganizowanemu przeciwnikowi. Newcastle przejawiało o wiele większą chęć do gry. Nie starczało im jednak umiejętności by poważniej zagrozić Petrowi Cechowi. Cechowi, który po raz kolejny popełniał błędy, gdy był zmuszony grać nogami. Nasz bramkarz momentami sam stanowi dla siebie największe zagrożenie. Zauważyli to już nawet kibice naszych rywali. Na St. James Park, każdy moment, gdy Czech miał piłkę przy nodze po podaniu od kolegi kończył się żywiołową reakcją publiki, która chciała zdeprymować golkipera. Na szczęście jak do tej pory opatrzność czuwa nad Petrem i suma summarum, żaden z jego „baboli” nie miał większych konsekwencji.

Właściwie o pierwszej połowie możemy jedynie powiedzieć, że się odbyła. Realizatorom, którzy musieli utworzyć skrót z tego wydarzenia można tylko współczuć. Znalezienie fragmetów, które zaciekawiłyby widza musiało być nie lada wyzwaniem.

Nie wierzę w to, że Unai Emery zafundował swoim graczon „suszarę” w przerwie meczu. Jakoś nie pasuje mi to do tego menadżer. Fakt jest jednak taki, że gra Arsenalu w drugiej połowie kompletnie się zmieniła. Być może padło w szatni legendarne „kilka męskich słów” a być może źle oceniam Hiszpana i ten odbył ze swoimi piłkarzami pogadankę a’la Alex Ferguson? Ciężko powiedzieć. Dodam tylko tyle, że druga odsłona meczu z Newcastle to było to, co chciałbym oglądać w wykonaniu „Kanonierów” zawsze. Może nie były to jakieś wielkie, techniczne fajerwerki. Nie była to brazyliana, futbol totalny czy tiki-taka. Była to rozsądna gra i pełna kontrola nad słabszym przeciwnikiem. Tak powinien wyglądać każdy mecz „Kanonierów” w meczach z drużynami z dolnych rejonów tabeli.

Wystarczyły niespełna cztery minuty i Granit Xhaka pokazał to, za co fani Arsenalu kochają go najbardziej. Atomowe uderzenie z rzutu wolnego. Dubravka kompletnie bez szans. Z pewnością szybko zdobyty gol pozwolił na spokojniejszą grę. No ale chyba tego powinniśmy oczekiwać w takich meczach? Dążenia do jak najszybszego objęcia prowadzenia a potem już staramy się kontrolować przebieg gry. Zdaję sobie sprawę, że łatwo się mówi ale na St. James Park wyszło to znakomicie w drugiej połowie. Newcastle musiało się odkryć i po kilku minutach otrzymało kolejnego „sztycha”. Rozochocony Xhaka wjechał w boczny sektor rywala, posłał mocną, płaską piłkę w pole karne, Lacazette został zblokowany ale piłka wpadła pod nogi Oezila. Niemiec niczy John Higgins lub Ronnie O’Sulivan, spokojnie uderzył piłkę, która wyminęła obronę gospodarzy, meandrując niczym snookerowa bila przed wpadnięciem do łuzy. Strzał nie był silny ale diabelnie precyzyjny choć nie wiem czy Martin Dubravka nie mógł zrobić więcej przy tym strzale. Słowak był jednak zasłonięty przez własnych obrońców, którzy prawdopodobnie ograniczali mu widoczność. Od początku drugiej połowy mogliśmy też oglądać na boisku Lucasa Torreirę, który po raz kolejny zmienił Matteo Guendouziego. Czy cierpliwość Emery’ego do młodego Francuza w końcu się skończyła? Czy w następnej kolejce od początku meczu ujrzymy właśnie reprezentanta Urugwaju? Osobiście bardzo bym sobie tego życzył. Arsenal grał spokojnie. Od czasu do czasu tworzył sobie dobre okazje jak ta gdy Aubameyang strzelił obok słupka. Gabończyk znowu nie zachwycił, za to po raz kolejny o wiele większą chęć do gry przejawiał Lacazette. To on wymanewrował obrońców i wyłożył Aubie piłkę. Tamta akcja powinna zakończyć się golem. Czy możliwe jest odwrócenie scenariusza z pierwszych kolejek? Auba powędruje na ławkę a Laca pozostanie w podstawie? Wątpliwa sprawa. Ten duet potrafi dać coś ekstra od siebie i trzymanie ich na boisku powinno często owocować stwarzaniem sobie dogodnych sytuacji. Szczególnie, że coraz częście zdarzają się fragmenty, gdy widać pomiędzy nimi ewidentną chemię. Żeby nie było tak różowo to w doliczonym czasie gry straciliśmy gola na 1-2. Ciaran Clark wykorzystał dobrą centrę Federico Fernandeza i głową skierował futbolówkę do bramki. Znów wiele możemy zarzucić naszym obrońcom. Nacho nie zablokował centry, Mustafi był zbyt daleko od Clarka i źle obliczył tor lotu piłki a Bellerin dopiero wracał za akcją. Nie winił bym jedynie Sokratisa, który zresztą był chyba naszym najsolidniejszym defensorem w tym meczu. A na pewno solidniejszym z duetu stoperów. Shkodran już w pierwszej połowie zaliczył „obcinki”, które na nasze szczęście nie zostały wykorzystane przez rywala. Z silniejszymi zespołami takie błędy nie przejdą.

Cieszy wygrana. Cieszy solidna druga połowa. Oby był to zalążek początku dobrej gry i ta druga część meczu wyznaczała trend za którym podąży nasz zespół. Cieszą trzy wygrane z rzędu ale nie możemy zapominać, że te zwycięstwa to wiktorie nad 16., 17. i 19. zespołem w tabeli Premier League. Wiadomo, stare porzekadło mówi, że: „Mistrzostwo zapewnia się zwycięstwami w meczach z dołem tabeli a nie z top six.” W naszym wypadku o mistrzostwie nie ma mowy ale żeby zająć satysfakcjonujące nas miejsce, to takie zwycięstwa też trzeba zaliczać. Czas na domowy mecz z Evertonem. „The Toffees” niezbyt udanie zaczęli kampanię ligową. Zaledwie jedna wygrana, trzy remisy a wczoraj porażka z West Hamem u siebie. Cel może być tylko jeden. Zwycięstwo w niedzielę.

Zapraszam na moje Social Media:

Facebook

Twitter

Instagram

Twitter – konto prywatne

 

Dzienniczek Kanoniera (3)

Pierwsza wyjazdowa wygrana w tym sezonie, druga w tym roku kalendarzowym (licząc samą ligę). Wygrana w Cardiff na pewno cieszy. Końcówka ery Wengera nie rozpieszczała fanów jeśli chodzi o starcia na obcych stadionach. Emery również zaczął od przegranej na Stamford Bridge. W poprzednią niedzielę na szczęście zaliczył już swoją dziewiczą wygraną na terenie rywala. Przyszło mu czekać zaledwie dwa spotkania. Katowani w tym roku nieudolnością Kanonierów – gdy ci występowali w roli gości – fani, mogą odetchnąć z ulgą. Tymbardziej, że zwycięstwo w Walii nie przyszło ich pupilom łatwo. Pokuszę się wręcz o stwierdzenie, że podopieczni Neila Warnocka zasłużyli na zatrzymanie choćby punktu.

W zeszłym roku z ligą pożegnało się Swensea. Jako, że liczba walijskich klubów w Premier League musi się zgadzać to ich miejsce zajęła ekipa ze stolicy tego kraju ;). Awans „Bluebirds” był lekkim zaskoczeniem, wyprzedzili kilka innych faworyzowanych zespołów. Cardiff miało już okazję występować w Premier League. Gościli w niej w sezonie 2013/14, jednak ich przygoda szybko się skończyła. Już po roku zostali zdegradowani do Championship. Wielu ekspertów sądzi, że ten sezon skończy się dla Walijczyków tak samo. Jak drużyna Warnocka zaczęła sezon? Porażka na wyjeździe z Bournemouth a następnie dwa bezbramkowe remisy, kolejno z – Newcastle i Huddersfield. Bilan bramkowy po trzech meczach to zaledwie 0:2. Dzięki tym szczątkowym informacją, mogliśmy stwierdzić, że o ile Cardiff nieźle broni się jak na beniaminka to w grze ofensywnej mają nie lada kłopoty. Na początku sezonu w ich zespole najbardziej błysnął bramkarz – Neil Etheridge. Reprezentant Filipin obronił dwa rzuty karne. Cóż, przed starciem z Cardiff znów miałem nadzieję, że scenariusz spotkania ułoży się w ten sposób, że to „Armatki” będą stroną dominującą a „Bluebirds” zerwą się z łańcuch może z 2-3 razy przez cały mecz. Niestety, tak samo jak w czasie meczu z West Ham gorzko się rozczarowałem.

Początek spotkania potwierdził, że Petr Cech nadal jest podłączony do prądu. Drżę w każdeym momencie, gdy obrońcy odgrywają do niego piłkę. Wystarczy nacisk ze strony napastnika rywali i Petr staje się tykającą bombą. Jeśli to będzie nadal tak wyglądać to kwestią czasu jest aż jakiś bystry napadzior z przeciwnej drużyny wykorzysta tą niepewność Czecha. Póki co Emery uparcie stawia na doświadczonego golkipera i nakazuje mu rozgrywanie piłki od tyłu. Przypomina mi to trochę sytuację z Guardiolą, który przejmując Manchester City także nakazywał swojemu bramkarzowi być ostatnim stoperem i pierwszym rozgrywającym. Joe Hart i Claudio Bravo musieli zapłacić za to frycowe. Sporo nerwów natracił zapewne też sam Pep zanim pozyskał Edersona, który w końcu spełnia jego oczekiwania. Różnica pomiędzy Kanonierami a City jest taka, że blok obronny „Obywateli” bardzo rzadko dopuszcza rywali pod swoje pole karne. Ederson w czasie spotkania bardzo często nudzi się jak mops a piłkę przy nodze najczęściej ma wtedy, gdy któryś z defensorów postanowi rozegrać akcję od tyłu i wykorzystać Brazylijczyka do podania zwrotnego. Niestety naszej linii obronnej obecnie bliżej jest do tego co jeszcze nie tak dawno prezentowali obrońcy Liverpool’u dopóki Klopp nie znalazł optymalnego dla nich ustawienia. To wiąże się z tym, że Cech będzie miał zdecydowanie więcej pracy w czasie spotkań od wspomnianego Edersona i osobiście pragnąłbym, żeby jego gra póki co była bardziej asekurancka i wiązała się z długą lagą. Przynajmniej póki Petr nie nauczy się lepiej operować nogami. Czech jest jednak w takim wieku, że bliżej mu do piłkarskiej emerytury aniżeli uczenia się nowych zachowań. Jestem niezmiernie ciekaw jak w spotkaniach Ligi Europy będzie się spisywał Bernd Leno. Bo tego, że w europejskich pucharach swoją szansę między słupkami otrzyma Niemiec możemy być niemal pewni. Powróćmy jednak na murawę w Cardiff. To, że nie przegrywaliśmy już na samym początku spotkania było zasługą niebywałego farta, bo Cech wystawił Harry’emu Arterowi „patelnię” i gdyby w miejsce Irlandczyka pojawił się bardziej wytrawny snajper to nic by nas nie uratowało. A tak mieliśmy tylko potwierdzenie tezy o beznadziejnej skuteczności graczy ze stolicy Walii … do czasu. Gra nam się znów nie kleiła. Wiadomym było, że Cardiff odda nam piłkę i zmusi nas do tego byśmy to my się przejmowali tym, co z nią zrobić. Niestety, mam wrażenie, że momentami piłka przy nodze nam przeszkadza i brakuje pomysłów na jej skuteczne rozegranie. Ostatni Mundial pokazał jednak, że kluczem do skutecznej gry mogą być stałe fragmenty gry. Tak też Mustafi urwał się przy rzucie rożnym obrońcom Cardiff i gwoździem a’la Szarmach wbił futbolówkę do bramki bezradnego Etheridge’a. Prowadzenie już w 11 minucie gry? Super, czas przejąć panowanie na boisku i nie pozwolić powąchać Cardiff piłki. No niestety, może kiedyś tak… Wróćmy jeszcze na moment do pierwszej bramki i… „cieszynki” duetu Xhaka – Mustafi odpowiedzialnego za pierwszego gola. Co mogli pokazać ci dwaj wymienieni wyżej jegomoście? No oczywiście, że gest „dwugłowego orła” symbolizujący ich „ojczyznę” Albanię. Gest rozsławiony przez Xhakę i Shaquiriego na rosyjskim Mundialu, gdy owym gestem prowokowali serbskich kibiców. Wówczas to zachowanie reprezentantów Szwajcarii było ze wszechmiar nieodpowiedzialne, gdyż taka prowokacja mogła zakończyć się zamieszkami. Niedzielna „cieszynka” nie mogła doprowadzić aż do takiej temperatury wrzenia i kompletnie nie rozumiem skąd jakiekolwiek dywagacje w mediach o ukaraniu duetu zawodników. Niemniej jednak owy manifest radości jest jak dla mnie absurdalny. Najlepszym wyrazem miłości do swojej ojczyzny byłaby chęć reprezentowania jej barw na arenie międzynarodowej. Jak doskonale wszyscy wiemy Mustafi gra dla Niemiec a Xhaka dla Szwajcarii. Żaden z nich nie zdecydował się reprezentować Albanii. Jeszcze nie dawno Granit miał okazję by zmienić barwy narodowe i zagrać dla nowo utworzonej kadry Kosowa. Cóż, czyżby miłość do ojczyzny była jednak słabsza aniżeli pragmatyzm nakazujący grać w silniejszym zespole? Widocznie. Znowu odbiegłem od tematu. Wróćmy na boisko. Tam toczył się wyrównany bój. Junior Hoilett szalał na lewym skrzydle a Bobby Reid był bliski strzelenia gola efektowną przewrotką. My odpowiedzieliśmy strzałami Xhaki i Monreala. Niecelnymi. Lacazette, który znów bardzo się starał ale z różnym skutkiem, obił rywalom słupek a Auba nie zdążył dobić tego strzału. „Bluebirds” coraz śmielej poczynali sobie za to w polu karnym Cecha. Coraz bardziej utwierdzli jednak swoich kibicóww przekonaniu, że przydałby im się solidny trening strzelecki. Skuteczność pozostawiała wiele do życzenia. Taka mnogość okazji musiała się jednak skończyć przełamaniem ze strony rywala. Arsenal został skarcony golem do szatni. Bellerin na alibi krył Bennetta, ten miał wystarczająco dużo miejsca by dośrodkować, Camarasa sprytnym balansem ciała zwiódł Monreala i umieścił piłkę w siatce. Do przerwy 1-1. Rozochoceni rywale uwierzyli w możliwość osiągnięcia korzystnego rezultatu widząc tak zagubioną linię obronną gości. Na szczęście Cardiff nie dysponuje w ataku wirtuozami futbolu. W 63 minucie świetną akcją popisało się trio Oezil-Laca-Auba. Piętka Francuza do Gabończyka a ten pięknym, mierzonym strzałem w długi róg otworzył swoje konto bramkowe w tym sezonie. Osiem minut później mieliśmy już jednak remis. Morrison panował w tym meczu w przestworzach, wygrywał praktycznie wszystkie główki. Odegrał w polu karnym do Warda a ten także głową uderzył w wewnętrzną część słupka a piłka wturlała się do bramki. Neil Warnock szalał przy lini bocznej, szalała też publiczność. Zapewne wierzyli że przy odrobinie szczęścia mogą zachować nawet pełną pulę punktów. Na szczęście mamy w swoim zespole zawodników takich jak Lacazette, którzy jednym uderzeniem potrafią zmieniać bieg wydarzeń. Mocnym strzałem pod poprzeczkę bramki Etheridge’a zdobył trzeciego gola dla Arsenalu. Trzeba przyznać, jego zachowanie – palce lizać. Dobre ustawienie, na granicy spalonego i perfekcyjny strzał z wcale nie łatwej pozycji. Takie bramki potwierdzają kunszt napastnika. Trzecia bramka rozwiała marzenia gospodarzy o choćby jednym punkcie. Wygrana. Jednakże wygrana, która znów przyszła w trudzie i znoju.

Cieszy postawa ofensywy. Zdobywamy dużo bramek. Uważam jednak, że Laca a szczególnie Aubameyang nie pokazali jeszcze pełni możliwości. Niektórzy zaczynają mówić o zabójczym duecie „Aubazette”. Ale powiedzcie szczerze… Czy którykolwiek mecz Gabończyka w tym sezonie wam się podobał? Czy poza bramką zdobytą w Cardiff nasz napastnik zaimponował czymś jeszcze? Emery w końcu pogodził obydwóch snajperów w pierwszym składzie ale czy ta współpraca naprawdę układała się tak owocnie? Raptem jeden błysk geniuszu i udana akcja tego duetu, która przyniosła drugą bramkę. Poza tym? Trzeci gol to indywidualna zasługa Lacazette, którego wybrałbym chyba najlepszym zawodnikiem tych pierwszych 4 kolejek. Graczem sierpnia wybrano Guendouziego. Kompletnie nie rozumiem tego wyboru bo młody pomocnik popełnia masę błędów i na moje to powinien stracić miejsce w podstawowym składzie na rzecz Torreiry. Chociaż najsłabszym ogniwem Arsenalu mianowałbym Cecha lub Oezila. Z mówieniem o „Aubazette” też bym się jeszcze wstrzymał. Wygralismy dwa mecze – z West Ham i Cardiff, które okupują dolne rejony tabeli a obydwa spotkania kosztowały nas sporo wysiłku. Nasza obrona istnieje czysto teoretycznie. Gra zdecydowanie lepiej do przodu aniżeli wtedy, kiedy ma bronić. Może na stanowisku trenera powinniśmy zatrudnić Zdenka Zemana, który zawsze twierdził że nie ważne ile goli się traci, ważne by strzelić o jednego więcej niż przeciwnik? Od dawna ten Czech z Sycylii marzył mi się w Arsenalu :). Byłoby na pewno ciekawie. A obecnie jesteśmy predysponowani do takiego stylu gry. Skoro nawet obrońcy grają lepiej w ataku niż w obronie? Rzucajmy się całymi siłami na rywala :).

A Cardiff życzę z całego serca utrzymania. Mam słabość do trenerów, którzy reprezentują starą angielską szkołę, jeszcze sprzed czasów Premier League. Mało wirtuozerii. Walka, walka, walka. Myślę, że jeśli zespół z Walii poprawi skuteczność to nie powinno być źle. Na własnym stadionie będą piekielnie trudni do pokonania.

Rozlosowano grupy Ligi Europy. Worskła Połtawa, Karabach i Sporting Lizbona. Nie ma nad czym się zastanawiać. Tą grupę trzeba wygrać w cuglach i dopiero zacznie się zabawa. Wszak chyba nikt nie spodziewa się, że nasz zespół zostanie zastopowany przez Kubę Rzeźniczaka? Z całym szacunkiem dla tego zawodnika 🙂

 

 

Dzienniczek Kanoniera (2)

Tydzień temu napisałem, że wygrana z West Ham przed własną publicznością jest dla Arsenalu absolutnym musem. Trzy punkty faktycznie pozostały w północnym Londynie ale czy poza tym, że „Kanonierzy” odnieśli pierwszą wygraną w sezonie może cieszyć coś jeszcze? Moim zdaniem niewiele.

„Młoty” to dla „Armatek” bardzo wygodny rywal. Tak przynajmniej podpowiadały przedmeczowe statystyki. Wystarczy powiedzieć, że w przeciagu ostatniej dekady ulegliśmy im tylko raz ( 9.08.2015r., 0-2). Jako nikogo nie interesującą ciekawostkę dodam tylko, że podobnie było zawsze gdy grałem w Football Managera. Każdy mecz przeciwko West Ham oznaczał łatwe trzy punkty :). Po dającym nadzieję na lepszą przyszłość spotkaniu na Stamford Bridge przed tygodniem, szykowałem się na mecz w którym absolutnie zdominujemy podopiecznych Manuela Pellegriniego. Może nie aż tak jak w pierwszej kolejce uczynił to Liverpool ale sądziłem, że gra będzie się toczyć głównie pod bramką Łukasza Fabiańskiego. W ogóle muszę dodać, że West Ham darzę od zawsze dużym szacunkiem. Obecnie dlatego, że w jego kadrze znajdują się byli „Kanonierzy” w postaci wspomnianego „Fabiana”, Jacka Wilshere’a i Lucasa Pereza. Szczególnie naszego bramkarza darzę olbrzymią sympatią za to jakim jest człowiekiem. Odejście Jacka też było smutne bo to fajny chłopak, ale jako piłkarz bardzo szklany i pewnego poziomu już pewnie nie przeskoczy a w drużynie Emery’ego pełnił by raczej funkcję wartościowego zmiennika. Jego ambicje sięgają pewnie wyżej i wolał grać w zespole w którym będzie pełnił rolę jednego z liderów. Perez, uważam zaś, że nie dostał odpowiedniej szansy w naszym klubie i został potraktowany trochę nie w porządku. Ich obecność w kadrze naszego rywala to nie jedyny powód za który cenię West Ham. Przez wiele lat ciągnęła się za tym zespołem łatka klubu utożsamianego ze światem stadionowych chuliganów. To skojarzenie było chyba nawet silniejsze niż te futbolowe. „Młoty” na przestrzeni swojej ponad 120 letniej historii nie odnosiły znaczących sukcesów. Ot, trzy Puchary Anglii. W lidze najwyżej uplasowali się na trzeciej pozycji. A mówimy o czasach sprzed ponad trzech dekad. W klubie grali też trzej Mistrzowie Świata z 1966 roku. Sir Bobby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst (bohater finału). Ich pomnik można było podziwiać przed Upton Park. Wychowankiem West Hamu jest Frank Lampard. Nie można powiedzieć, że bordowo-niebieskiej koszulki nie przywdziewali wielcy gracze. Ja zawsze będę miał najbardziej w pamięci Paolo Di Canio. Po prostu lubię kontrowersyjnych graczy. Ok, wracając do sedna. Mimo tego, że West Ham może pochwalić się wielkimi postaciami, które przewinęły się przez ich drużynę to jednak w wielu miejscach na świecie ta nazwa przywodziła na myśl skojarzenie ze światem stadionowej łobuzerki. Ten stereotyp na pewno był wzmacniany przez kinematografię. W 2005 roku ukazał się w końcu film „Green Street Hooligans”, którego fabuła kręciła się wokół grupy kolegów, którzy spędzali czas na piciu piwa, oglądaniu meczów West Hamu i obijaniu facjat kibicom wrogich drużyn. Hollywoodzka produkcja nijak się miała do prawdziwego świata stadionowej (chociaż bardziej ulicznej) przemocy ale z pewnością przyczyniła się do popularyzacji szeroko pojmowanej kultury kibicowskiej na Wyspach (razem z jej modą, muzyką itp.). Jeśli ktoś jednak wolałby poczytać o czymś bardziej zbliżonym do realiów świata chuliganów to polecam sięgnąć po książki Cass’a Pennat’a. Człowieka, który swego czasu był przywódcą chuligańskiej ekipy West Ham a dziś z ręką na sercu można powiedziec, że jest brytyjskim celebrytą nie ustępującym swoją sławą wielu piłkarzom West Hamu. W Polsce również było dostępnych kilka pozycji czytelniczych stworzonych przez owego jegomościa. Ok, bo mocno odpłynąłem od brzegu. Wystarczyło napisać, że West Ham mieni mi się klubem, który wywarł mocny wpływa na angielską scenę kibicowską i całą jej otoczkę oraz kulturę nazywaną często w naszym kraju „Casual”. Jest dla mnie pewnego rodzaju symbolem.

Wróćmy do tego co miało miejsce w sobotę. Jak już mówiłem, spodziewałem się, że podopieczni Emery’ego przejmą stery od samego początku spotkania. Niestety, nic bardziej mylnego. Nie założyliśmy „Młotom” hokejowego zamka. Nie było fajerwerków, akcje się nie chciały zazębiać. Spotkanie miało dość wyrównany przebieg. Niestety znów daliśmy sobie strzelić bramkę jako pierwsi. Uczynił to Arnautović, który zdecydowanie najlepiej radził sobie w tym meczu jeśli chodzi o graczy ofensywnych naszego przeciwnika. Rozrywanie naszych zasieków obronnych nie sprawiało mu większych trudności. Nadal linia defensywna nie działa jak należy. Piłkarze bordowo-niebieskich często w dość prosty sposób mijali naszych obrońców prostym podaniem gdy ci spóźniali się z interwencją i momentem wyjścia do przeciwnika. Sokratisowi i Mustafiemu daleko na razie do legend pokroju Adamsa, Campbella czy choćby Kolo Toure za najlepszych lat. Boki defensywy zdecydowanie lepiej czują się w momencie gdy mogą podłączyć się do akcji ofensywnych aniżeli wtedy gdy mają bronić. Szczególnie podobał mi się Bellerin, który zaliczył dwie asysty i do przodu grał naprawdę dobrze, wjeżdżając w boczne sektory i wykładając piłkę napastnikom. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym celem obrońcy – a takim jest Hector – pozostaje uniemożliwianie graczom rywala zdobycia gola. Na szczęście dziury w defensywie West Hamu są jeszcze większe niż w naszej.  Szkoda mi Fabiańskiego, który, wygląda na to, że znów trafił do zespołu w którym jego partnerzy z lini obronnej zapewnią mu sporo pracy. „Fabian” znów jednak wywiązuje się ze swojej roli znakomicie. No ale nie da się w pojedynkę powstrzymywać nawałnicy rywali. Właściwie tylko on i Arnautović pokazują w zespole Pellegriniego pełnię swoich umiejętności. Chociaż prawdę mówiąc w pierwszej połowie meczu to chyba drużyna naszych rywali stworzyła sobie więcej dogodnych sytuacji. Piachem rzuconym w zębatki ofensywnej maszynerii „Młotów” była kontuzja Arnautovicia, po której musiał opuściuć murawę stadionu Emirates. W naszym zespole na boisku od początku drugiej części spotkania pojawił się Lacazette a chwilę później Lucas Torreira. Zastąpili oni Alexa Iwobiego- co było dla mnie lekkim zaskoczeniem bo Nigeryjczyk spisywał się w pierwszej połowie w miarę przyzwoicie no ale może nasz trener chciał dodać ognia poczynaniom ofensywy- oraz Guendouziego. Młody Francuz znów popełniał dużą ilość błędów. Tym razem to on był słabszym ogniwem w środku pola. Urugwajczyk nadal nie może sobie wywalczyć miejsca w podstawowej „jedenastce”. Po spotkaniu na Stamford podobno było do niego sporo zastrzeżeń i obwiniano go o utratę bramki numer trzy. Być może niedzielny mecz z Cardiff będzie tym w którym w końcu zobaczymy Torreirę od początku? Czyżby kosztem Guendouziego? A może Emery nadal uparcie będzie wrzucał Francuza na głęboką wodę? Do pewnego momentu dość niemrawo było też z przodu. Cały czas optymalnej formy szuka Auba, Michitarjan też może wspiąć sie na wyższy szczebel. Zabrakło Oezila a grający od początku Ramsey grał dość chaotycznie, tracił sporo piłek. Stara się Laca, jego wejścia ożywiają za każdym razem grę z przodu. Może Emery w końcu wymyśli sposób by połączyć grę Auby i Lacazetta od początku? Byłoby miło. To po jego akcji „swojaka” strzelił Diop, który ewidentnie nie miał swojego dnia. Kropkę nad „i” postawił Welbz, który był kompletnie nie pilnowany w polu karnym West Hamu. Być może defensorzy „Młotów” poszli na lody a może stwierdzili, że Welbeck jest na tyle słaby, że zmarnuje tak dogodną sytuację? Danny jednak nie zwykła marnować aż tak dobrych okazji. Arsenal pokonał swoich derbowych rywali 3-1. Mimo wszystko wyciągnąłbym z tego meczu więcej negatywnych wniosków aniżeli pozytywów. Nadal ogrom pracy przed Emerym. Możemy się cieszyć, że West Ham też jest nadal w budowie i na początku sezonu spisuję się naprawdę słabiutko.  W niedzielę Arsenal wybiera się do Walii na mecz z Cardiff. Czas na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie.

 

 

Dzienniczek Kanoniera (1)

Przed tygodniem rozpoczął się kolejny sezon Premier League. Jak co roku będę w czasie jego trwania trzymał kciuki za drużynę Arsenalu. Z „Kanonierami” sympatyzuję od dawna. Nie potrafię przywołać dokładnie pierwszego obejrzanego meczu Londyńczyków (zapewne jakieś spotkanie w LM). Będzie to pewnie około 2002 czy 2003 rok. Czasy formowania się wielkich „The Invincibles”. Czasy Bergkampa, Adamsa czy mojego ukochanego Fredrika Ljungberga. Mniej więcej w tamtym okresie podopieczni Wengera oczarowali mnie swoją piękną grą. Grą, mam wrażenie zbliżoną wówczas do tego co prezentuje obecnie Liverpool. Piękna, przebojowa, pełna technicznych fajerwerków boiskowa zabawa. Właśnie tym mnie kupili „Kanonierzy”. W tamtych czasach zdobywali jeszcze notorycznie trofea. Ale nie to było najważniejsze. Najważniejsza była możliwość nasycenia oczu poezją i fantazją lejącą się z murawy. Nawet w czasach gdy Arsenal ciężko już było zaliczyć do największych. Lata 2008-2010. Czasy budżetu ograniczonego przez budowę Emirates Stadium. Ich gra nadal porywała. Niestety od tamtego czasu, od czasu dwumeczu z Barceloną w 2011 roku, ten poziom notorycznie spadał. Ogarniała mnie rozpacz. Byłem zły na jakość przeprowadzanych transferów, opieszałość zarządu, bezradność Wengera. Oczywiście cały czas trwałem przy drużynie. W świecie futbolu jestem stały w uczuciach. W ostatnich latach byłem członkiem frakcji „Wenger Out”. Uważałem podobnie jak wielu innych kibiców, że – z całym szacunkiem dla „Bossa” i wszystkich jego niepodważalnych zasług dla klubu – wyczerpała się pewna formuła. Francuz napisał piękną historię ale dał już wszystko co był w stanie dać temu klubowi. Skończyła się chemia. Wenger prochu już nie wymyśli. Czas na zmiany. Czas na rozstanie. Bolesne, jak większość rozstań ale konieczne. To co wydawało się niemożliwe stało się faktem na koniec zeszłego sezonu. Po 22 latach, „Profesor” przestał być trenerem klubu z północnego Londynu. Jego następcą został Unai Emery. Towarzyszyły temu mieszane uczucia. Z jednej strony, to trener, który trzy razy z rzędu zwyciężał z Sevillą w rozgrywkach Ligi Europy. Z drugiej, to człowiek, który z PSG sfrajerzył dwumecz z Barceloną w Lidze Mistrzów. Słynna remontada. Paryżanie zwyciężyli u siebie 4:0. W rewanżu dali się jednak pokonać 6:1 i ostatecznie odpadli z rozgrywek. Symbolem tej porażki jest dla mnie bezapelacyjnie Emery, który mając większość argumentów po swojej stronie, wyszedł na Camp Nou kompletnie przestraszony. Moim zdaniem to on najbardziej przyczynił się do tego historycznego wyczynu „Blaugrany”. Jego zachowawcza taktyka, kunktatorstwo, zwyczajna bojaźń przed kompromitacją już przed pierwszym gwizdkiem… Wszystkie te czynniki przełożyły się na tak spektakularną wtopę Paryżan. W oczach wielu ekspertów i kibiców futbolu pokazał, że nie jest trenerem skrojonym na miarę największych klubów w Europie, że nie jest osobą odpowiednią by zrealizować mocarstwowe marzenia właścicieli PSG. Przyklepał tą opinię rok później, gdy Real Madryt praktycznie na stojąco ograł jego drużynę. Udowodnił to, nie mogąc ogarnąć wypełnionej gwiazdami światowego formatu drużyny. Gdy nie mógł utrzymać w ryzach ego tych największych z Neymarem na czele. Nie miał mentalności zwycięzcy jak np. Pep Guardiola. Jawił się jako osoba odpowiednia do prowadzenia klubu uznawanego za średniaka. Tak było z Sevillą. Z Andaluzyjczyków wyciskał maksimum, zgarniał wszystko co było w jego zasięgu. Nie siadał do stołu przy którym siedzieli potentaci ale zabierał najbardziej smakowite kąski pozostawione przez tych największych. Tak sobie myślę – może to jest rozwiązanie? Wszak ciężko już teraz uznać Arsenal za klub zaliczany w poczet tych największych na starym kontynencie. Ambicje się skurczyły. Kilka ostatnich sezonów zweryfikowało możliwości „Armatek”. Drugi sezon z rzędu Arsenal będzie walczył w Lidze Europy zamiast elitarnej Champions League. Zatrudnienie specjalisty od wygrywania tego „turnieju pocieszenia” wcale nie musi być szaleństwem. Raczej dobrze przemyślanym planem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na włączenie się do walki o berło dla króla/królowej Premier League. Powrót do „Top 4” będzie zupełnie satysfakcjonował kibiców. Nawet jeśli się nie uda, to przecież pierwszy rok pracy Emery’ego. Trzeba dać mu czas na renowację tego zespołu. Czy Emery nie jest odpowiednią osobą by zacząć pomalutku odbudowywać markę klubu? Nie przychodzi jak do PSG, gdzie presja była na niego nakładana od samego początku. Gdzie liczono, że laury i trofea posypią się tu i teraz. Jakie tam laury i trofea? Puchar Ligi Mistrzów. Bo tak naprawdę tylko to liczy się dla arabskich właścicieli PSG. Nagrody zgarniane na krajowym podwórku od dawna nie są żadnym wyzwaniem. W Arsenalu Emery dostaje czas. Ma odbudowywać dobre imię Arsenalu a przy okazji zacząć na nowo wyrabiać markę własnemu nazwisku po tym, jak nieudanie zakończył przygodę we Francji. Arsenal to nie PSG ale to nadal wyżej niż Sevilla. Bardzo dobre miejsce by rozbić obóz i poczekać na kolejną możliwość przeprowadzenia ataku szczytowego.

Jak więc sam zapatrywałem sie na ten sezon? Uważam, że Liga Europy jest w zasięgu Arsenalu. Ta da przepustkę do Ligi Mistrzów. W Premier League? Miejsce w „Top Six” mnie zadowoli. Cieszą także transfery. Gdy przyjrzeć się każdemu jednemu z osobno, można w nim zobaczyć wartość dodaną. Torreira, który z tak świetnej strony pokazał sie na Mundialu. Trzymający przez lata obronę BVB Sokratis. Leno, który zwiększy rywalizację i presję spadającą na Cecha. Będący świetnym uzupełnieniem i wnoszący wiele doświadczenia do szatni Lichtsteiner. Młodziutki Guendouzi, który zaskakująco dobrze spisywał się w przedsezonowych sparingach. Każdy jeden cieszy a to nie zawsze było normą w ostatnich sezonach. Nikomu nie przyszło do głowy wypożyczanie kontuzjowanego Kima Kallstroma.

Wielu niecierpliwców i malkontentów rozczarował początek sezonu. Dwa pierwsze mecze i dwie porażki. Mało kto zwraca uwagę na to, że graliśmy z Manchesterem City i Chelsea. Te dwa pierwsze mecze były mega trudne. City jest nadal rozpędzone i nie zanosi się na to by miało wyhamować. Podtrzymują formę z zeszłego sezonu. Udowodnili w dwóch pierwszych kolejkach i w meczu o Tarczę Dobroczynności, że nadal stanowią walec, który zmiażdży każdego w drodze po najwyższy laur. Chelsea po zmianie trenera z Conte na Sarri’ego też liczy na odzyskanie utraconego w zeszłej kampanii blasku. Arsenal miał pecha, że na samo wejście musiał mierzyć się z tymi zespołami.

Drużyna Guardioli to w chwili obecnej potwór z którym Arsenal nie ma szans rywalizować. Przegrałby 8 na 10 takich gier. Inauguracja sezonu brutalnie obdarła ze złudzeń wszystkich, którzy marzyli, że Emery będzie czarodziejem, który jak za dotknięciem magicznej różdżki odmieni grę „Kanonierów”. Błąd. Tak nie będzie. To spotkanie zweryfikowało wszystkie nasze mankamenty. Byliśmy o tempo wolniejsi w każdej akcji. Mustafi i Sokratis to jak narazie nie jest duet stoperów pozwalający wznieść grę defensywy na wyższy poziom. Guendouzi, grający dotąd zaledwie w Ligue 2 został odrazu rzucony na głęboką wodę. Może się w niej nie utopił ale trzeba go było reanimować. Tak naprawdę ten zespół wyszedł chyba bez wiary w możliwość odniesienia końcowego sukcesu. Ataki kompletnie chaotyczne, liderzy niewidoczni. Jedynym, który przejawiał większą chęć do gry był doświadczony Lichtsteiner. Petr Cech obronił kilka strzałów ale był o krok by być bohaterem największej bramkarskiej kompromitacji od czasów Janusza Jojki. Chcąc podać piłkę do boku, do partnera z defensywy niemal wbił sobie ją do własnej bramki. Na ławce siedzi sprowadzony latem Bernd Leno. Mam wrażenie, że dostanie jeszcze w tym sezonie swoją szansę w lidze. Ponieśliśmy porażkę ale porażkę absolutnie wliczoną w koszty. Co prawda jedno z nonszalanckich zagrań Edersona czy Benjamina Mendy powinno zsotać skarcone przez graczy ofesywnych. Ci jednak w tym meczu przejawiali zapał do gry niczym człowiek chory na anemię. Suma sumarum, była to zasłużona porażka. City to dobrze naoliwiona maszyna a Arsenal to plac budowy. Oczywiście każdy kibic łudził się przed meczem ale jeśli spojrzeć na to z chłodną głową to takiego właśnie scenariusza mogliśmy się spodziewać.

Spotkanie z Chelsea było już inne. Pechowe. Punkt wywieziony ze Stamford Bridge był dla podopiecznych Emery’ego obowiązkiem patrząc na przebieg gry. Mnogość zmarnowanych sytuacji przeraża. Iwobi niczym nóż w masło wjeżdżał w boczne sektory rywala. Niestety zarówno on jak i Auba czy Michitarjan mieli kompletnie rozstrojone celowniki. No, Miki zdobył bramkę i dołożył asystę ale miał na nodze kolejną dogodną okazję. „Kanonierzy” wypracowali sobie cztey bliźniaczo podobne sytuacje. Stuprocentowe. Wykorzystali tylko jedną. Chyba konieczny jest trening strzelecki. Na domiar złego już na samym początku spotkania łatwo dali sobie wbić dwa gole. Tworzenie kolejnych okazji strzeleckich może nie sprawiało „The Blues” aż takiej łatwości jak graczon Guardioli tydzień wcześniej ale nie było też dla nich arcytudne. Kolejny mecz, który pokazał, że zasieki obronne również wymagają żmudnej pracy. W środku pola chimerycznego Xhakę zastąpiłbym Lucasem Torreirą. Guendouzi przypominał już w tym meczu tego przebojowego młodzieńca z przedsezonowych sparingów. Zdecydowanie lepiej funkcjonowała ofensywa (poza wykończeniem). Chelsea też jest dopiero projektem, który się tworzy. Sarri zaczął układać swoje klocki. Myślę, że było to spotkanie dwóch zespołów, które zaprezentują w tym sezonie zbliżony poziom gry. W tym spotkaniu o zwycięstwie gospodarzy zadecydował łut szczęścia. Detale. Nieskuteczność rywala i posiadanie w swoim składzie Edena Hazarda, który po wejściu z ławki wypracował decydującego gola. Niestety Arsenal jak narazie nie ma w swoim składzie gracza dającego taką jakość jak Belg. Oezil póki co wygląda przy nim jak ubogi krewny.

Reasumując. Pierwszy mecz był porażką wliczoną w koszta, za drugi można już mieć do siebie pretensje bo conajmniej punkt był do ugrania. Cóż, terminarz podsunął nam na sam początek bardzo wymagających rywali. W kolejny weekend na Emirates zagości West Ham, który rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu. Myślę, że zgarnięcie trzech punktów w tym starciu jest dla „Armatek” obowiązkiem.

 

 

Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.

Wiecie, co łączy wszystkich kibiców futbolu? Kochają przeróżne rankingi, statystyki i klasyfikacje. Na najlepszego piłkarza, najpiękniejszą bramkę, najskuteczniejszego napastnika itp. Do wyboru, do koloru. Nawet cholerny, oderwany momentami od rzeczywistości ranking FIFA, przeklinany przez kibiców, ale budzący jednak ciekawość i chętnie śledzony przez wszystkich. Wszelkiego rodzaju statystki, podsumowania, tabele wszechczasów, najlepsi strzelcy w historii…. Który sympatyk kopanej tego nie lubi? Ja się zawsze takimi rzeczami jaram i chętnie je sprawdzam. Nawet wszelkie, subiektywne, niepoliczalne rankingi  jak np. coś w stylu „100 najlepszych piłkarzy bez podziału na pozycje”. Mogę sie z nimi nie zgadzać, ale zawsze z przyjemnością sprawdzę jak widzą to inni. Dlatego też postanowiłem sam również pokusić o stworzenie własnego TOP 10 i na pewno nie będzie to ostatnie takie zestawienie, które zrobię na swoim blogu.

Czytaj dalej „Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.” →

Himalaje hejtu

Jak powszechnie wiadomo każdy Polak zna się na: historii, polityce i sporcie. Szeroko pojętym sporcie. Jak się okazało w ostatnich tygodniach także na himalaizmie. A skoro wszyscy to i ja poudaję eksperta, chociaż znam się na tym sporcie tak samo jak na fizyce kwantowej.

Zakończyła się Narodowa, zimowa wyprawa na K2. Zakończyła się fiaskiem i K2 nadal pozostaje jedynym niezdobytym zimą ośmiotysięcznikiem. Polska ekspedycja może jednak zapisać na swoim koncie sukces w postaci uratowania życia francuskiej alpinistki Elisabeth Revol, którą ocalili w czasie jej zejścia ze szczytu Nanga Parbat. Akcja odbiła się echem w całym środowisku himalaistów i zapewne nie tylko. Denis Urubko i Adam Bielecki, którzy byli głównymi postaciami w czasie akcji ratunkowej urośli do rangi narodowych herosów. Jednak jak wiadomo życie płata figle i tak jak czasem ciężko wdrapać się na cokół z napisem „bohater narodowy” tak niezwykle łatwo z niego spaść. Przekonał się o tym wspomniany Urubko. Ale nie tylko on. Również legenda polskiej wspinaczki wysokogórskiej Krzysztof Wielicki miał okazję przekonać się na własnej skórze co znaczy gniew polskiej społeczności internetowej. Oni może nie zdobyli góry „Czogori” w warunkach zimowych, ale polscy internauci po raz kolejny osiągnęli tej zimy „Himalaje hejtu”. Wszystko, jak zapewne większość z was wie, przez samotny atak szczytowy Denisa Urubki, który Kazach z polskim paszportem postanowił przeprowadzić bez konsultacji z resztą uczestników wyprawy. To podzieliło polskich internautów na dwa obozy. Powiedzmy że #TeamUrubko i #TeamWielicki. Jakie były powody decyzji Urubki? Oficjalnie mówi się że takie, iż Urubko uznawał, że zima trwa jedynie do końca lutego i zdobycie K2 w marcu nie będzie już mogło być zaliczone jako wejście zimowe. Polacy uznawali kalendarzową granicę pomiędzy zimą a wiosną czyli 21 marca. W każdym bądź razie ta samotna próba Urubce się nie powiodła. Cała sytuacja wywołała dodatkowo złość kierownika wyprawy czyli Krzysztofa Wielickiego, który po powrocie niesfornego Kazacha, zdenerwowany niesubordynacją podopiecznego nie pozwolił skorzystać mu z Wi-Fi co rzekomo miało być gwoździem do trumny współpracy na linii Urubko-reszta ekipy. Wielicki twierdził dodatkowo, że Urubko robi zły PR wyprawie oczerniając ją w sieci. Swoją drogą co za czasy, że powodem konfliktu pomiędzy osobami znajdującymi się gdzieś ponad 7000 m.n.p.m., gdzie kończy się praktycznie jakiekolwiek życie a cywilizacja znajduje się gdzieś daleko w dole, może być zakaz skorzystania z internetu… No ok. W mediach trwa w ostatnich dnia wylewanie żalów przez himalaistów (szczególnie ze strony Urubki) a polscy internauci ścierają się między sobą spekulując kto był winny nieudanej ekspedycji. Echa brawurowej akcji ratunkowej na Nanga Parbat odchodzą gdzieś na drugi plan…niestety…

A polscy internauci? Oczywiście chętnych do oceniania całego zajścia są miliony i każdy jest ekspertem, jeśli nie od wspinaczki wysokogórskiej to od etyki, moralności i odwagi i czuje się zobowiązany zmieszać z błotem albo „pieprzonego kacapa Urubkę, który zniszczył całą wyprawę swoją pyszałkowatością i bezmózgą akcją z samotnym wejściem. Niech w ogóle ten cholerny rusek wypieprza do Kazachstanu i doji owce na stepie pod Astaną. Zdrajca. Dobrze że nie zaatakował szczytu 17 września.” albo „Tchórza Wielickiego, który bał się wejść wyżej i blokował jedynego i najodważniejszego Urubkę. Cała reszta to banda tchórzy i pojechali w ogóle tam na wycieczkę a nie szczyty zdobywać. Oddajcie kasę za wyprawę.” Mówimy o dwóch sportowcach, profesjonalistach, którzy zdobyli wszystkie 14 ośmiotysięczników. Którzy mają zdobytą „Koronę Himalajów i Karakorum”. Którzy uchodzą za gwiazdy w swoim środowisku. Zarzucanie im jakiegokolwiek nieprofesjonalizmu przez osoby, których największym sukcesem w górach jest zapewne wejście na „Morskie oko” to kpina. Albo zarzucanie Urubce, który nie pierwszy raz ratował ludziom życie w górach samolubność. Przykre. Gdy w pewnym miejscu spotykają się dwa tak silne charaktery i tak wspaniałe osobowości jak Urubko i Wielicki, to mogą polecieć iskry. Za malutcy jesteśmy byśmy mogli oceniać takie sytuacje. W dupie byliśmy i gówno widzieliśmy jakby powiedziała Wronika Nowakowska. I to jak najbardziej prawda.

Kochamy nienawidzić. Kochamy się dzielić na przeciwne obozy. Mam wrażenie, że hejtowanie to nie długo będzie nasze narodowe hobby. Uwielbiamy skakać sobie do gardeł. Potrafi nas podzielić nawet próba zdobycia szczytu gdzieś daleko w Himalajach … przepraszam, w Karakorum. K2 to nie Himalaje. Za dobry miesiąc, baa, za parę dni każdy będzie już miał tą całą wyprawę „gdzieś”, poza prawdziwymi pasjonatami tego sportu. Ale przez dobry miesiąc cała Polska zgrywała ekspertów i praktycznie każdy miał coś do powiedzenia na ten temat. Gdyby nie ta akcja na Nanga Parbat (bo nas generalnie najbardziej porusza sytuacja gdy ktoś może zginąć) i sprzeczka tych dwóch wspaniałych himalaistów, gdyby udało się osiągnąć ten szczyt bez większych przeszkód to podejrzewam że interesowało by to nas nawet mniej niż teraz. Za kilka tygodni emocje opadną a większość Polski będzie miała w d**** czy ktoś z ich rodaków się gdzieś wspina w najwyższych górach świata. No chyba że wydarzy się jakaś tragedia. Wtedy znowu każdy będzie zgrywał znawcę. Bo kiedy przed wyprawą na K2 cała Polska interesowała się wspinaczką wysokogórską? Pewnie gdy na Broad Peak ginęli w 2013 roku Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski.

P.S.

Ciekawe czy ludzie zarzucali by Wielickiemu tchórzostwo i opieszałość, gdyby zdecydował się atakować szczyt i wydarzyła się jakaś tragedia. Wtedy internet okrzyknął by go pewnie człowiekiem bez wyobraźni ryzykującym życie innych.

Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Taras Romańczuk dostał polskie obywatelstwo. Gdy zagraniczny piłkarz otrzymuje polskie obywatelstwo to wszystkie rodzime media zaczynają debatę nad możliwością powołania go do kadry. Czasem mam wrażenie, że na drugi plan schodzi to czy prezentuje on odpowiedni poziom by w tej kadrze zagrać. Pal to licho! Najważniejsze, że paleta wyboru zawodnika dla selekcjonera naszej reprezentacji powiększyła się o jednego gracza. Możemy kogoś naturalizować. Super! A czy ten gracz będzie stanowił jakąś wartość dla naszej drużyny narodowej? Realnie podniesie jej siłę? Mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze kompletnie się nad tym nie zastanawiają.

Romańczuk jest Ukraińcem. Nigdy nie słyszałem by znajdował się w orbicie zainteresowania selekcjonera tamtejszej reprezentacji. Nasi wschodni sąsiedzi w ostatnich latach uzyskują na arenach zmagań reprezentacyjnych wyniki gorsze od naszej ekipy. Mimo to Andriej Szewczenko i jego poprzednicy nie mieli zamiaru sięgać po Romańczuka by ten pomógł swojej ojczyźnie w uzyskaniu lepszych rezultatów. W momencie otrzymania przez piłkarza Jagiellonii polskiego paszportu zaczęli się jednak zastanawiać nad tym Polacy. Gdzie logika? Gość nie łapie się do drużyny, która nie zakwalifikowała się na Mundial, która odpadła z nami w grupie na poprzednim Euro ale mimo to część opinii publicznej zastanawia się nad tym czy powinien on zagrać w koszulce z orzełkiem na piersi. A przypominam że przed poprzednimi Mistrzostwami Europy Ukraińcy sprawdzali przydatność m.in. Artema Putiwcewa z Bruk-Betu Nieciecza. Wiem, wiem. Inna pozycja. Być może Ukraińcy mieli akurat problem z obsadzeniem środka czy lewej strony obrony gdzie można ustawić Putiwcewa a środek pomocy mają silny. Nie mam zamiaru rozkładać teraz tego na czynniki pierwsze. Pomyślmy jednak czy nasze centrum pomocy wymaga sięgnięcia po Romańczuka? Nawałka na Mundial zabierze zapewne (o ile nie wydarzy się jakiś kataklizm) Krychowiaka, Karola Linetty i Mączyńskiego. W odwodzie zostaje jeszcze m.in. Jacek Góralski. Więcej zawodników w środku pola nam nie potrzeba. Krycha i Linetty to dwaj gracze prezentujący o wiele wyższy poziom od Romańczuka. Ograni w silnych europejskich ligach i ograni w kadrze. O Mączyńskim co by nie mówić ale to gość, z różnym skutkiem, ale w koszulce z orzełkiem daje z siebie maksa i zazwyczaj dobrze wywiązuje się z roli pomagiera Krychowiaka. Góralski? Myślę, że gorszy od Romańczuka nie jest. W końcu on zasłużył już na zagraniczny transfer z podlaskiego klubu zaś Romańczuk cały czas jednak tkwi w polskiej Ekstraklasie. Mają oni w zanadrzu jeszcze jeden argument, który powinien ich klasyfikować w hierarchii powołań przed świeżo upieczonym obywatelem Polski. Oni Polakami są od urodzenia. Tak. To piekielnie ważny powód. W pierwszej kolejności przepustki do kadry powinni otrzymywać chłopacy, którzy urodzili się na tej ziemi i nie potrzebują załatwiać lawiny spraw urzędowych aby uzyskać możliwość zagrania w biało-czerwonej koszulce. Chciałem tylko przypomnieć, że już raz próbowaliśmy budować drużynę narodową w oparciu o naturalizowanych graczy. Jak się skończył ten projekt? Niech każdy sobie przypomni. To skutecznie powinno nas odstraszać od takich pomysłów. Jeżeli mamy już naturalizować jakiegoś piłkarza i dać mu szansę występu w narodowych barwach to przede wszystkim niech będzie on o klasę lepszy od innych zawodników występujących na jego pozycji. Romańczuk to solidny ligowiec ale sorry. Nie zbawi naszej kadry. A wchodząc do drużyny i zajmując pozycję na ławce rezerwowych zabierze miejsce np. jakiemuś młodemu chłopakowi, np. Radkowi Murawskiemu, któremu treningi z kadrą mogą pomóc w piłkarskim rozwoju. Szczerze? Wolę już zabrać na ten Mundial weteranów pokroju Jodłowca czy Trałki. Albo Borysiuka. Borysiuk ma 27 lat, tyle samo co Romańczuk. No właśnie. 27 lat. Nawet jak wejdzie do kadry to ile w niej pogra? 4-5 lat? Przy korzystnych wiatrach. W tym wieku powinien już być za granicą. Gra nadal tylko w Jagiellonii. Coś mi się wydaje że ukraińskim Claudem Makelele nie zostanie. Niestety. Tak jak mówiłem. Jak mamy brać do kadry piłkarzy z odzysku to takich, którzy będą gwiazdami naszej drużyny. Romańczuk nią nie będzie. A Dybala i Kościelny grać u nas nie chcą. Mam jakieś dziwne wrażenie, że gdyby Romańczuk prezentował poziom chociażby Krychowiaka to już dawno grałby w żółto-niebieskich barwach i o występach dla Polski by nawet nie myślał. Nie. Powołanie dla Romańczuka byłoby jak dla mnie nieuczciwe. Nieuczciwe chociażby wobec takiego Janusza Gola, który od wielu lat ma podstawowy plac w silniejszej lidze rosyjskiej a Nawałka nie spojrzał w jego stronę jak dotychczas ani razu.

Jak byłem młodszy, to byłem zwolennikiem powoływania do kadry piłkarzy z polskimi korzeniami. Nie wiem, może to była trauma po utracie Klose i Podolskiego, którzy wynieśli w późniejszym czasie Niemców na piedestał piłki reprezentacyjnej. Wychodziłem z założenia, że damy zagrać takiemu graczowi kilka minut w składzie pierwszej drużyny i będziemy już go mieli zaklepanego na konto naszej reprezentacji. Przepisy FIFA pozmieniały się od tamtego czasu jednak na tyle, że mam wrażenie, że nie długo piłkarze będą sobie mogli zmieniać barwy narodowe jak rękawiczki. Niestety. Modern football dotyka już także piłkę reprezentacyjną. Takie powoływanie graczy mija więc się z celem. Poza tym era rządów Franza Smudy i jego hodowla lisów w kadrze skutecznie ugasiła mój entuzjazm co do uzupełniania ubytków w drużynie narodowej naturalizowanymi piłkarzami. Polscy dziennikarze zachorowali jednak na dziwną chorobę, każącą im wytykać PZPN-owi każdego piłkarza, którego ominęli w swoich planach uczynienia go Polakiem. Różne, dziwne nazwiska przewijały się na łamach gazet i portali sportowych przez kilka ostatnich lat. Pamiętacie Danny’ego Szetelę? Amerykanin, który strzelił nam w 2007 roku dwie bramki na Mundialu U-20. PZPN po tym wydarzeniu był strasznie szykanowany za to, że Szetela nie gra z orłem na piersi. Życie pokazało, że gość nie zrobił większej kariery nawet w lidze MLS. Zresztą w tym samym meczu, w którym on załadował nam dwa gole to hat-tricka dołożył Freddy Adu odpalony kilka miesięcy temu z Sandecji Nowy Sącz. Aquafresca, Wondolowski, Ostrzolek. Wszyscy oni byli mniej lub bardziej lobbowani do gry w „biało-czerwonej” drużynie na przestrzeni kilku ostatnich lat. Żaden z nich jednak nie przejawiał większych chęci by grać dla nas, co często objawia się w przypadku graczy mających podwójne obywatelstwo. Ich motywacja jest mocno ograniczona. Ginąć za orła w koronie nie będą. Bardziej liczy się kunktatorstwo i to czy gra w koszulce kraju nad Wisłą przyniesie im jakiekolwiek korzyści. A zagranie meczu w naszej reprezentacji ma być w pierwszej kolejności zaszczytem i spełnieniem marzeń a nie trampoliną do rozwinięcia dalszej kariery.

Wiem że Taras Romańczuk nie jest typowym „farbowanym lisem”. Świetnie mówi po polsku. Pewnie darzy naszą ojczyznę ogromnym szacunkiem, może nawet miłością. Ma polskie korzenie. Absolutnie nie odmawiam mu możliwości bycia polskim obywatelem. Pewnie będzie się lepiej wywiązywał ze swoich obywatelskich obowiązków od niejednego rodowitego Polaka. Ale pragnę też aby moja reprezentacja złożona była  z chłopaków w 100% związanych z tym krajem. Z takich dla których gra w drużynie narodowej jest marzeniem towarzyszącym im od dziecka.  Gra w kadrze Polski byłaby moim zdaniem bardziej opłacalna dla Romańczuka aniżeli dla samej kadry Nawałki. Dla niego to zawsze szansa wypromowania się, znalezienia klubu, który zapłaci mu większe pieniążki i pozwoli jeszcze zarobić dzięki swojej karierze. A Reprezentacja Polski? Zyska solidnego gracza ale nie takiego, który pozwoli jej wygrać mecz. Prochu nie wymyśli. Poza tym zajmie miejsce w drużynie młodemu Polakowi. Tak więc … Romańczuk w kadrze? Nie, dziękuję.

Światem rządzą skur*ysyny!

Macie czasem tak, że z chęcią odcięlibyście się od jakiejkolwiek cywilizacji i wyprowadzili gdzieś do lasu? Zaczęli żyć tak jak Tom Hanks w „Cast Away” lub Viggo Mortensen ze swoimi dziećmi w „Mr. Fantastic” (tylko że bez tej lewicowej indoktrynacji i kultu Noama Chomsky’ego)? Macie czasami po prostu na tyle dosyć otaczającego was świata, że niczym w tym słynnym memie – rzucilibyście wszystko i wyjechali w Bieszczady? Z pewnością tak macie. Każdy miewa takie gorsze momenty. Sam oczywiście też je miewam. Na przykład przez ostatnie kilka dni, słuchając telewizji informacyjnych lub czytając portale z wiadomościami ze świata. Wkurza mnie to tak bardzo, że już powoli zaczynam się martwić o swoje zdrowie psychiczne. Generalnie to ja już się przyzwyczaiłem, że świat w postaci wszelakich mocarstw i gracze silniejsi od nas na arenie zmagań politycznych uwielbiają mówić nam jak mamy postępować. Co nam wolno a czego nie. Kogo lubić a kogo nie, co jeść i jakich drzew nie wycinać. Do tego już naprawdę przywykłem. Jednakże każda próba wmawiania nam win za krzywdy wyrządzone światu a w szczególności Żydom w czasie II Wojny Światowej i robienie z nas nazistowskich pomagierów przyprawia mnie o mdłości. Dochodzę wtedy do pewnej konkluzji. Światem po prostu rządzą skurwysyny…

Nie pałam sympatią do pewnego sztucznego państewka, leżącego nad Morzem Śródziemnym, które od 70 lat ma dłonie ubrudzone krwią palestyńskich cywili a którego nazwa zaczyna się na literę „I”. Wiem że stać ich na wiele haniebnych czynów, jak wtedy gdy izraelskie dzieci malowały we wzorki bomby przeznaczone do zrzucenia nad Palestyną. Mimo to i tak ich paniczna reakcja na próbę zrobienia porządku (w końcu!) przez polski rząd z mówieniem o „polskich obozach zagłady” zszokowała mnie. Kompletnie jej nie rozumiem. Izrael przyznaje wprawdzie, że określenie to jest niefortunne i mija się z prawdą ale kategorycznie nie zgadza się na to by karać osoby, które rozpowszechniają to hasło.  No więc halo! Coś tu do cholery jest chyba nie tak? O co tutaj chodzi? Coś w stylu: „Określenie jest kłamliwe ale i tak będziemy go używać i nie wolno wam karać nas za używanie go”. Ja tak to odbieram w tym momencie. No bo jak inaczej to zrozumieć? Świat broni się mówiąc, że określenie „Polish Death Camps” odnosi się do umiejscowienia geograficznego owych obozów. Ok, zgoda. Czy idąc takim tokiem rozumowania, jeśli w tych Arbeitlager ginęli głównie Żydzi, to możemy też mówić o „Żydowskich obozach zagłady”? Co na to Izrael? Nie mieli by nic przeciwko? Śmiem wątpić. Określenie „Polish Death Camps” utwierdza wielu ignorantów i osoby będące na bakier z historią a mieszkające głównie na terenach USA i Izraela w fałszywym stereotypie, że Polacy odegrali jedną z głównych ról w dokonaniu Holokaustu. Ten stereotyp jest bardzo rozpowszechniony. O polskim skrajnym antysemityzmie mówi chociażby Oliver Stone w swojej dokumentalnej „Historii Ameryki” (cały ten dokument jest zresztą mocno zepchnięty ideowo w lewą stronę). Zresztą z wierzchu mamy mydlenie nam oczu o położeniu geograficznym ale jeśli zagłębimy się w temat to możemy poszukać wiele indywidualnych opinii, że ustawa chcąca chronić dobre imię naszego kraju jest próbą zacierania śladów polskiego antysemityzmu. Takie zdanie na ten temat wyrażają m.in.: Dziennikarka „Jerusalem Post”, pani Lahav Harkov (ta od tweeta w którym 14 razy napisała „Polish Death Camps” w ramach manifestu), członek knesetu, kandydat na nowego premiera państwa Izrael – Ja’ir Lapid, historyk Gil Troy z Uniwersytetu McGill czy ośmiu kongresmenów amerykańskich, którzy wystosowali list otwarty do prezydenta Dudy z żądaniem zawetowania tej ustawy. Szczególnie ciekawą postacią jest Lapid, który najpierw utrzymywał, że w jego rodzinie były przypadki w których za śmierć jego krewnych w czasie Holokaustu odpowiedzialni byli zarówno Niemcy jak i Polacy. Polscy dziennikarze szybko jednak sprawdzili historię rodzinną Lapida i okazało się, że większość jego rodziny nie miała jakichkolwiek związków z Polską. Lapid utrzymywał, że Polacy dołożyli rękę do śmierci jego babki, ale w wywiadzie dla „Der Spiegel” parę lat temu przyznał się, że obie jego babcie przeżyły wojnę. Nic dziwnego, że w Izraelu w niektórych kręgach ma opinię podobną do tej, jaką w Polsce cieszy się Ryszard Petru. Mi po swoich oszczerczych wypowiedziach bardziej zalatuje Władimirem Żyrinowskim.

 

Jak widać przekaz jest prosty. „Coś tam sobie wycierpieliście w czasie wojny, w sumie temu nie zaprzeczmy ale wasze winy są ogromne i pamiętajcie o nich”. Mamy budować swoją politykę wstydu i spolegliwości. Mamy pogodzić się z rolą pomagierów nazistów (Bo przecież nie kurwa Niemców! To słowo nikomu przez usta nie przejdzie). Chcemy walczyć o swoje dobre imię? Przygotujmy się na to, że będziemy określani antysemitami. Mam wrażenie, że Żydzi są strasznie przewrażliwieni na swoim punkcie. Każda próba posiadania zdania odmiennego od nich to przejaw antysemityzmu.

Holokaust był jedną z najczarniejszych, być może najczarniejszą kartą w historii ludzkości. Nikt przy zdrowych zmysłach nie ma zamiaru tego negować. Nie oznacza to jednak, że Żydzi do końca świata mają być gatunkiem chronionym. Bezstresowo wychowywanym dzieckiem z taryfą ulgową na wszystko.  Żyjącym pod kloszem opieki Stanów Zjednoczonych. W czasie II Wojny Światowej zginęło pomiędzy 5 a 6 milionów Polaków (tak, również polskich Żydów). Zniszczona została znaczna część naszego państwa. Zagrabiono sporą część naszego mienia. Nasza stolica została zrównana z ziemią. ZSRR i Niemcy wymordowali nam elity społeczne. Po wojnie oddano nas w ręce Sowietów. Ile państw poza nami poniosło takie konsekwencje tej wojennej zawieruchy? Mimo tego dziś występujemy na świecie w roli chłopca do bicia. Takiego, któremu można nawrzucać, opluć, sponiewierać go. Mam wrażenie, że niektórym na świecie zależy na tym, by sprowadzić nas do roli dziecka, które zdejmie spodenki, wypnie goły tyłek i da się po nim wysmagać bambusowym kijem przyznając się przy tym do wszystkich niegodziwości świata.

Dlaczego to właśnie my jesteśmy sprowadzeni do tej roli? Czy Francuzom wypomina się z taką częstotliwością rząd Vichy? Obławę Vel d’Hiv? Chorwatom obóz Jasenovac? Łotyszom, Ukraińcom czy Skandynawom służbę w jednostkach SS? (Polacy nigdy nie służyli w SS!). Nie przypominam sobie. Za to my pokutujemy do dziś za nie do końca wyjaśnione Jedwabne, gdzie jacyś prostacy, przyznaję, w bestialski i chory sposób wymordowali swoich sąsiadów. Podpuszczeni do tego przez Niemców!

Może Beck mógł swego czasu podpisać pakt z Ribbentropem? Zaoszczędzilibyśmy krwi rodaków, nie ponieśli tak dotkliwych strat. Może wzorem Finlandii trzeba było balansować pomiędzy jedną a drugą stroną konfliktu? Czy ktoś wypomina teraz tym jawnie kolaborującym państwom przeszłość naznaczoną swastyką? Niestety nikt wzorem porucznika Aldo Raine nie wycinał kolaborantom i nazistom swastyk na czole. A i dobrze, że my się nie sprzedaliśmy nazistowskim świniom. Dziś ze spokojnym sumieniem, pomimo tego co o nas mówią możemy patrzeć w lustro.

Powinienem przywyknąć również do jeszcze jednej rzeczy i w sumie po części tak jest. Nadal wkurza mnie to jednak niesamowicie. Mianowicie fakt, że istnieje spora grupa osób w Polsce – polityków, dziennikarzy i wszelkiej maści celebrytów – którzy chcieliby przyjąć pokornie pozę skruszonych pątników. Grać rolę złamanych, wstydzących się historii swojego kraju pupilków zagranicy. Posłusznie podążyć drogą, którą ta im wyznacza. W imię tej idei przyklaskują oni każdemu zagranicznemu atakowi na nasz kraj.  Baa, sami skarżą się swoim obcojęzycznym pryncypałom na szalejący w Polsce totalitaryzm i błagają o interwencję. Już kiedyś o tym pisałem i napiszę raz jeszcze. Nie zdziwiłby mnie obraz Schetyny, Petru czy innej Gasiuk-Pihowicz, którzy rzucają róże pod gąsienice wjeżdżających na teren naszego kraju niemieckich czołgów. Ostatnio na potwierdzenie swojej tezy TVN pokazał światu kilku idiotów bawiących się w środku lasu w nazistów świętujących urodziny Adolfa Hitlera. Paru debili chowających się gdzieś w głuszy i układających swastyki z czekoladowych wafelków na torcie (nawet się kurwa wódki nie napili!) to wg. nich zapowiedź odradzającego się w kraju faszyzmu. Żeby coś się odrodziło to musiałoby mieć kiedykolwiek miejsce. Ale mniejsza z tym. Druga sprawa, że ja całkowicie nie ufam TVN-owi i nie zdziwiłbym się gdyby cała ta ustawka w lesie była zwykłą manipulacją. Stać ich na to.

Oczywistym jest, że nie jesteśmy krajem o kryształowo czystej historii. Z pewnością było wiele przypadków gdy Polacy sprzedawali Żydów z niskich pobudek moralnych. Tak się działo w każdym zdeprawowanym wojną państwie! Ale uważam, że na świecie próbuje nam się przypisać ilość win nieadekwatna do czynów, które popełniliśmy. Trzymam kciuki za polityków PiS by się nie złamali i wprowadzili tą ustawę pomimo zagranicznego skowytu. Jeśli zagranica chce oskarżać nas o czyny, których nie popełniliśmy to proszę bardzo. I tak i tak będą to robić. Ale my nie musimy się pokornie na to wszystko zgadzać. Walczmy o swoje racje! Nie dajmy sobie wmówić alternatywnej historii naszego kraju. Pomimo tego, że światem żądzą skurwysyny, które będą chciały to zrobić!

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑