Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S.E. Ambrose „Kompania Braci”

„Wracając myślami do dni kompanii E, przypominam sobie odpowiedź, jakiej udzieliłem wiele lat temu wnuczkowi, który przyszedł do mnie i zapytał:
– Dziadku, czy ty byłeś w czasie wojny bohaterem?
Odparłem mu wtedy:
– Nie, ale służyłem w kompanii bohaterów.”
(Mike Ranney).


Mike Ranney, do którego należy powyższy cytat (często mylnie przypisywany Dickowi Wintersowi), był członkiem legendarnej kompanii E, wchodzącej w skład II batalionu, 5o6 pułku piechoty spadochronowej, należącego do 101 Dywizji Powietrzno Desantowej Armii Stanów Zjednoczonych. Formacja ta została uwieczniona w zrealizowanym przez Toma Hanksa oraz Stevena Spilberga serialu produkcji HBO „Kompania Braci” z 2001 roku. Miniserial (10 odcinków) zyskał olbrzymie uznanie krytyków i chyba jeszcze większe publiczności. Do dziś uznawany jest za jeden z najlepszych seriali wojennych a dla wielu osób (szczególnie mężczyzn) za najlepszy serial w ogóle. Nie każdy fan tego obrazu wie jednak, że podstawą do jego zrealizowania była książka amerykańskiego historyka Stephena E. Ambrose o tym samym tytule. Ambrose, który był również biografem Dwighta Eisenhowera oraz Richarda Nixona dziesięć lat przed Hanksem i Spilbergiem opisał historię losów amerykańskich spadochroniarzy. By to uczynić spędził setki godzin w towarzystwie weteranów kompanii E. Odwiedzał ich w domach, przyjeżdżał na ich zjazdy, rozmawiał przez telefon a nawet podróżował z nimi do Europy, odwiedzając miejsca w których pół wieku wcześniej walczyli o to by uwolnić świat spod nazistowskiego jarzma. Wszystko po to by jak najwierniej odwzorować czytelnikom uczucia towarzyszące młodym, amerykańskim żołnierzom w latach 1942-1945. By pokazać jak wyglądał ich świat, co musieli znosić i jak radzili sobie z wojenną rzeczywistością w której musieli uczestniczyć, częstokroć na pierwszej linii frontu.

666488
Serialowa „Kompania E”

Historia opisana przez Ambrose’a rozpoczyna się w 1942 roku w Camp Toccoa w stanie Georgia, gdzie ochotnicy, którzy zgłosili się do służby w nowo formowanych jednostkach wojsk spadochronowych przechodzili intensywne szkolenie przed wyruszeniem na front. Trudy i znoje tego piekielnie ciężkiego szkolenia były tym gorsze dla kompanii E, że przygotowywała się ona pod okiem sadystycznego porucznika Herberta Sobela. Oficer ten nie dość że wymagał od swoich żołnierzy dwa razy więcej niż pozostali dowódcy poszczególnych kompanii, to cechował się skrajnym zupactwem. Nie był dowódcą, bardziej dyktatorem. Uwielbiał czepiać się o najmniej istotne szczegóły wojskowego życia i uprzykrzać swoim podwładnym służbę, karząc ich za najdrobniejsze przewinienia. Karą najczęściej było anulowanie weekendowej przepustki. Cała kompania szczerze nienawidziła swojego przełożonego ale po latach jej żołnierze przyznali, że mordercze treningi pod okiem Sobela wzniosły ich na taki poziom przygotowania fizycznego jakimi nie mogły pochwalić się chyba żadne inne ówczesne formacje amerykańskiej armii. Dodatkowo nienawiść do swojego dowódcy tak skonsolidowała żołnierzy kompanii E, że stawali się dzięki temu tytułową „kompanią braci”. Przeciwieństwem pochodzącego z Chicago Sobela był sierżant Dick Winters. Był on z kolei uosobieniem dowódcy idealnego. Wyrozumiałego, doskonale wyszkolonego, znającego się na swojej robocie. Takiego, który w czasie służby kierował się zdrowym rozsądkiem a nie sztywno trzymał się wojskowych regulaminów. Był typem dowódcy, który zamiast komendy „Naprzód” mówił do żołnierzy „Za mną”. Los sprawił że to właśnie pod jego rozkazami kompania weszła do gry na froncie II Wojny Światowej. Po przejściu wszystkich szkoleń na terenie Stanów Zjednoczonych, amerykańscy spadochroniarze udali się do Anglii. W miejscowości Aldbourne przechodzili kolejne szkolenia, które ostatecznie miały przygotować ich do rozpoczęcia realnych działań wojennych. Wówczas nie wiedzieli jeszcze nawet gdzie rozpocznie się ich przygoda z frontem II Wojny Światowej. Dowiedzieli się o tym dopiero krótko przed rozpoczęciem operacji „Overlord”. Wczesnym rankiem 6 czerwca 1944 roku weszli do gry o przyszłość świata. Zlecieli na spadochronach na łąki i lasy Normandii okupowanej przez nazistowskie Niemcy.

 

92549_original
Richard „Dick” Winters

Dzięki książce Ambrose’a możemy śledzić cały szlak bojowy przebyty przez żołnierzy Kompanii E. Ich zmagania w czasie legendarnej operacji „Overlord”. Z relacji ludzi, którzy osobiście uczestniczyli w tych wydarzeniach możemy usłyszeć jak zdobywali miasteczko Carentan czy niszczyli baterię czterech dział ostrzeliwujących plażę „Utah”, samemu dysponując zaledwie 9 osobową drużyną. Jak uczestniczyli w największej operacji desantowej „Market Garden” , która miała utorować wojskom alianckim drogę do Niemiec przez terytorium Holandii a zakończyła się spektakularnym fiaskiem. Jak walczyli w mroźnych lasach Belgii, bez zimowych mundurów, odcięci od zaopatrzenia, robiąc wszystko by powstrzymać przeważające wojska III Rzeszy w czasie ofensywy w Ardenach. W końcu jak na terenie Niemiec zdobywali „Orle Gniazdo”, legendarną kwaterę Adolfa Hitlera, znajdującą się wysoko w Alpach. To wszystko oczywiście w wielkim skrócie.

 

20081113161250
Prawdziwi bohaterowie.

Książka ma ponad 450 stron. Osobiście czytało mi się ją jednak niesamowicie lekko i z wielką przyjemnością. Raz, że jestem ogromnym fanem serialu Spielberga i Hanksa, dwa, że uwielbiam czytać o historii II Wojny Światowej. Każdy kto moje zainteresowania podziela a nie sięgnął jeszcze po dzieło Ambrose’a z pewnością mój entuzjazm zrozumie po tym, gdy sam przeczyta tą książkę. Warto poczytać o tym, jak wyglądały perypetie wojennych bohaterów. W gruncie rzeczy chłopaków mających po 18-20 lat. Takich, którzy najpiękniejsze lata swojego życia powinni spędzać na podrywaniu dziewczyn, potańcówkach i piciu Coca-Coli gdzieś na słonecznych ranczach Alabamy czy plażach Florydy. Przekorny los sprawił jednak, że musieli go spędzić tysiące kilometrów od domu, pomagając tak naprawdę wyzwolić obce im terytoria, w czasie wojny, która nie do końca ich dotyczyła. Musieli przeżyć piekło wojny, które odcisnęło w niejednym umyśle traumę, ciągnącą się do końca życia. Zamiast kobiety musieli ściskać w ramionach karabinek M-1. Zamiast pić Coca-Colę i tańczyć jive’a na dancingu, przesiadywali tygodniami w okopach oczekując niemieckiego ostrzału artyleryjskiego. W zamian jednak otrzymali na całe życie dar przyjaźni. Więzi mocniejszej niż jakakolwiek stal. Więzi, której czasem nie potrafią wytworzyć więzy rodzinne. Oni zyskali nową rodzinę, którą zamiast wspólnych genów łączyła krew przelana na froncie.
Wielkim plusem książki jest na pewno fakt, że nie mamy tutaj do czynienia z dywagacjami historyka. Pozycja nie jest napisaną z perspektywy taktycznej, nie są to suche fakty, opis kolejnych etapów wojny opisany chłodnym okiem autora, który wiedzę czerpie ze źródeł pisanych. Mamy obraz wydarzeń, który widzimy dzięki wspomnieniom kilkudziesięciu weteranów, biorących czynny udział w tamtych wydarzeniach. Na stronach książki często pojawiają się ich wypowiedzi, fragmenty dzienników i pamiętników, które żołnierze pisali w tamtych dniach. Dzięki temu możemy poczuć emocje i zobaczyć co działo się w głowach osób, które realnie uczestniczyły w kolejnych potyczkach mających na celu wyzwolenie Europy. Nie są to wspominki dowódców znajdujących się z dala od frontu, lecz realnych bohaterów dokonujących dzieła wyzwolenia własnymi rękoma i lufami swoich karabinów. Każda z tych osób to też osobna historia, inny charakter. Każdy również po wojnie (o ile ją przeżył) napisał własny, nowy etap o czym również możemy przeczytać na końcu książki, gdy Ambrose opisuje powojenne losy swoich bohaterów.
Myślę że żadnego entuzjasty historii czy serialu nie trzeba będzie namawiać do sięgnięcia po tą książkę. Dla mnie osobiście powinna być pozycją obowiązkową dla każdego faceta. Tak aby każdy mógł zobaczyć jak wygląda honor, poświęcenie, obowiązek i prawdziwa męska przyjaźń. Taka, dla której jesteś gotów oddać życie. „Kompania braci” to historia prawdziwych bohaterów II Wojny Światowej, nie politykierów głoszących swoje mądrości setki mil od wiru wydarzeń wojennych, gdzie można było poczuć zapach prochu i unoszącej się w powietrzu wizji śmierci. Myślę że ta lektura przydałaby się co niektórym chłopcom w czasach gdy dzielą wspólnie z siostrą garderobę oraz kosmetyczkę.

 

thumbnail
Tak wyglądały naszywki na mundury 101 DPD. Żołnierzy tej jednostki nazywano „Krzyczącymi Orłami” (ang. Screaming Eagles)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s