Grupa prawdy

Wiecie co jest moim wielkim marzeniem? Móc kiedyś rozlosować te kulki z nazwami poszczególnych reprezentacji na jakiś Mundial albo Euro. Ale nie że tam jedną grupę czy coś. Cały turniej! Wszystkie grupy! Tylko ja! Bez pomocy żadnego Maradony czy innego Puyola. Boski Diego mógłby ewentualnie rozlosować rozstawienie w grupie. Na takie ustępstwo bym się ewentualnie zgodził, bo to zawsze trzeba upchać przed kamerami jakieś gwiazdy futbolu w czasie takiej imprezy. Żeby się pokazały, podniosły prestiż wydarzenia, ludzie im poklaskali itp. Ale generalnie z chęcią zgodziłbym się na posadkę takiej sierotki. Tak żeby losować każdą imprezę. Poszedłbym na etat do FIFA czy UEFA. Za najniższą krajową do końca życia. Ale pod warunkiem że ja rozlosowuje wszystkie ważne imprezy piłkarskie na świecie. Oni płacą to 1200 euro miesięcznie plus opłacają hotele, przeloty itp. Pamiętam, że jak byłem mały, to bawiłem się w takie losowania. To było w czasie Mundialu 98 we Francji. Tylko u mnie nie było żadnego rozstawienia itp. 32 karteczki lądowały w jakiejś misce i naprzód. Pieprzyłem konwenanse. Nie rozumiałem idei dzielenia zespołów na jakieś koszyki. U mnie każdy był równy. Taki ze mnie był trochę anarchista futbolowy. Potem mieliśmy np. grupę Argentyna, Brazylia, Francja i Włochy a w kolejnej grały RPA, Korea, Jamajka i Austria. W każdym bądź razie gdyby czytał to Infantino to niech wie że się zgadzam i może śmiało walić do mnie jak w dym.

I wiecie co? Głównie takie rozkminy przychodziły mi do głowy w czasie losowania grup do Mundialu w Rosji. Jakiś czas temu napisałem że niemożliwym jest wylosowanie przez polską reprezentację „grupy śmierci” na tym turnieju. Byłem spokojny. Jakąkolwiek grupę wylosujemy to będę miał to gdzieś. Jakikolwiek zestaw trzech drużyn nam dokooptują  to będzie luz. Nie miałem więc zamiaru obgryzać paznokci ze zdenerwowania i wznosić modłów o to by piłkarscy bogowie łaskawie sprezentowali nam słabą grupę. Słabe grupy już mieliśmy. I jak to się kończyło? Przypomnijcie sobie Euro 2012 czy Mundial 2006. Zresztą co to za nastawienie? „Byle byśmy wylosowali słabą grupę!” Od dawna gadamy o tym jaką to silną kadrę mamy. Jakie to ona ma możliwości. Bo tak wysoko notowana w rankingu FIFA. Bo losowana z pierwszego koszyka. Bo „Lewy” to najlepszy po CR7 i Messim. Ja wiem że to gadki serwowane nam przez piłkarskich laików, którzy wiedzę czerpią z „Dzień dobry TVN”  i studia Euro z dachu fabryki Wedla, gdzie ekspertem jest Maryla Rodowicz. No ale… Skoro kadrę mamy tak silną to skąd ta wszechobecna panika przed każdym losowaniem i trzymanie kciuków za jak najsłabszą grupę? Narodowa modlitwa o słabą grupę? Jak jesteśmy kozacy to dawać nam innych kozaków żebyśmy mogli sprawdzić swoją wartość bojową. Powtórzę jeszcze raz. Nie było szans na wylosowanie jakiejś mega mocnej grupy. Mogli nam dokooptować co najwyżej jeszcze jedną reprę z Europy a z większością najlepszych nie mogliśmy się spiknąć z racji rozstawienia w pierwszym koszyku. Mogliśmy wylosować grupę wymagającą. I taką właśnie dostaliśmy. Trzy drużyny z którymi będziemy mieli piekielnie ciężką przeprawę. Trzy drużyny, które były jednymi z silniejszych opcji w swoich koszykach. Ale też trzy drużyny, które spokojnie jesteśmy w stanie pokonać. Jedno jest pewne. Będzie dużo emocji. A chyba o to chodzi? Stawka w grupie H jest niezwykle wyrównana. Każdy może wygrać z każdym. I dlatego będzie to dla podopiecznych Nawałki  „grupa prawdy”. Papierek lakmusowy. Takie pokerowe „sprawdzam” w kontekście tego, czy faktycznie jesteśmy kozacy. Czy faktycznie mamy silną ekipę. Jeśli tak to sobie z tymi rywalami poradzimy i awansujemy dalej. Jeśli nie to znaczy że i tak nie mieliśmy dalej czego szukać. I nie było sensu mydlić sobie oczu zwycięstwami ze słabszymi rywalami.  Na sam początek dostajemy trzy mecze testowe, które odpowiedzą na pytanie czy przyjechaliśmy do Rosji na wycieczkę czy pograć o dobry wynik. Kolumbia, Senegal i Japonia są idealnymi egzaminatorami.

Zaraz po losowaniu rozpoczął się podział kibiców na dwie frakcje. Tych, którzy twierdzą, że losowanie nam sprzyjało i trafiliśmy na ogórów, których musimy absolutnie oklepać oraz takich, którzy już wieszczą kontynuację mundialowej tradycji XXI wieku pod tytułem: „Mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”. No tak. Lubimy popadać w skrajności.  Albo coś jest białe, albo czarne. Jak nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Widać to szczególnie jeśli chodzi o polską politykę. Ale generalnie nie lubimy spoglądać na coś pod innym kątem. Każdy kija ma dwa końce. Nie ma niczego pośrodku. A to całkiem głupie myślenie. Bo ta grupa ani nie jest nie do wygrania ani tymbardziej nie jest słaba. Słaba może być dla laików, którym nic nie mówią nazwiska takie jak: Rodriguez, Falcao, Mane czy Kagawa. Którzy z Kolumbii znają tylko Escobara bo się naoglądali „Narcos”, z Japonii Tsubasę. A Senegal? „Tam pewnie dzikusy kopią piłkę z gliny pomiędzy małpami a za bramki robią dwie palmy”.  I potem TVNy i inne media nadmuchają balon. Janusze wymalują twarze, kupią wuwuzele bo przecież Wellman z Prokopem mówili że będziemy walczyć o medal. Ogródki piwne się zapełnią a gdzieś w dalekiej Moskwie Sadio Mane wkręci Rybusa albo Jędrzejczyka w murawę tak, że będzie go trzeba po meczu z niej odkopać. To całkiem realne patrząc jak spisuje się skrzydłowy Liverpool’u w Premier League a jak „Jędza” i „Rybka” w swoich zespołach. Na dodatek „Lewy” nie trafi z formą i klops. Przecież cała Polska widziała jak spisywaliśmy się w ostatnich meczach kadry w tym roku bez naszego kapitana. Wprawdzie ja bym znaczenie tych towarzyskich spotkań z Urugwajem i Meksykiem bagatelizował bo to był tylko poligon doświadczalny mający pomóc w pracy Nawałce no ale wielu kibiców już zaczęło płakać, że „bez Lewandowskiego nie istniejemy”. Przeciętny kibic reprezentacji ma coś ze schizofrenika. Lubi popadać ze skrajności w skrajność. Albo jesteśmy najlepsi, albo do niczego. Zresztą, jak mówi stare, piłkarskie porzekadło: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Tak więc pewnie do samego turnieju będziemy słyszeć z jednej strony o tym, że jedziemy spotkać się z Brazylią w finale a z drugiej o tym jaki to oklep dostaniemy w Rosji. Będzie można zwariować. A nastroje im bliżej czerwca tym bardziej będą się podkręcać. No ale taki urok czasu oczekiwania na wielkie imprezy.

A jak faktycznie skończy się nasz wypad na wschód? Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Wszystko się może zdarzyć.

https://www.youtube.com/watch?v=0bVZ8lPfW1c

No tak…

No ale tego się przewidzieć nie da! Mamy cztery zespoły o bardzo wyrównanych potencjałach. I cztery odmienne style gry.

Bajeczni technicznie ale krnąbrni „Los Cafeteros” mogący bić się o najwyższe cele. Posiadający w drużynie takich asów jak król strzelców poprzedniego Mundialu  James Rodriguez, Radamel Falcao czy Juan Cuadrado. Siła ofensywna, której obawiać może się każda obrona świata. Z drugiej strony w eliminacjach zajęli czwarte miejsce w swojej grupie. Dwukrotnie zebrali oklep od męczących się strasznie w tej kampanii Argentyńczyków (0:1 i 0:3), punkty urywała im chociażby Wenezuela czy dwukrotnie Chile, które przepadło w rozgrywkach eliminacyjnych.

Senegal mający w swoim składzie graczy wychowanych według francuskiej myśli szkoleniowej, którzy urodzili się w kraju Napoleona.  Nie będzie to z pewnością radosny futbol rodem z Pucharu Narodów Afryki. To znaczy radosny to może on będzie ale w tyłach będzie panowała solidność a nie popisy hobby-playerów. Sabaly  – Bordeaux (16 gier w tym sezonie Ligue 1), Kara – Anderlecht  (12 gier w Jupiler League, 5 w Lidze Mistrzów), Koulibaly – Napoli (16 występów w Serie A i 5 w Lidze Mistrzów) oraz Wague, gracz Watford. On akurat zagrał w Premier League tylko raz. Poza tym ? Sakho i Kouyate z West Ham United. M’baye Niang wypożyczony z Milanu do Torino. A takich postaci jak wspomniany już Sadio Mane czy Moussa Sow chyba kibicom futbolu przedstawiać nie trzeba. Swoją drogą to ten drugi nawet nie łapie się ostatnio do składu „Lwów Terangi”.   Swoją grupę eliminacyjną przeszli bez porażki. I to co by nie mówić o ich rywalach (byli nimi RPA, Republika Zielonego Przylądka oraz Burkina Faso). Z drugiej strony afrykańskie reprezentacje od zawsze kojarzą mi się na wielkich turniejach z tym, że w końcu popadają w kłótnie o pieniądze i przepadają targani kryzysem i wewnętrznymi sporami. Cztery lata temu tak właśnie skończyły wszystkie cztery drużyny z Afryki. No ale nie ma sensu liczyć na to, że znowu tak będzie. Szykujmy się raczej na piekielnie ciężki bój w meczu otwarcia.

Japonia. Tutaj pewni możemy być jednego. W jakiejkolwiek formie przyjadą do Rosji Azjaci, tak wiadomym jest, że będą jeździć na tyłkach przez całe 90 minut. Na pewno nie zabraknie przygotowania motorycznego na najwyższym poziomie, szybkości i walki do upadłego. To wręcz znak rozpoznawczy takich drużyn jak Korea i Japonia. Gdyby tego im zabrakło w meczu to chyba uznaliby to za hańbę i popełnili harakiri… albo seppuku… nie wiem czym to się różni …. I nie, nie sprawdzę w Wikipedii :P. Wracając do ekipy z „Kraju kwitnącej wiśni”. Liderzy? Shinji Kagawa z Borussii Dortmund, jego doświadczony imiennik Okazaki z Leicester (6 bramek w Premier League w tym sezonie) czy obrońca Interu Mediolan Yuto Nagatomo, który dla „Azzuro-Nerich” zagrał już w 170 spotkaniach ligowych.  Co by nie mówić… ekipa solidna jak stary Ślązak.

No i na końcu my. A jaki koń jest? Każdy widzi ;). Atut pierwszy – Lewandowski. Atut drugi? Yyyy… Nie no. Coś tam jeszcze potrafimy. Jakby to powiedział Jurek Engel, szybkie kontry będące wizytówką naszej kadry od jego czasów ;). Poza „Lewym” też w końcu jest jeszcze kilku graczy, których można bez wstydu zaprezentować światu. Glik, Piszczek czy Grosicki. Wierzę że w formie będą Kuba i Krychowiak. No i wierzę, że na 100% odpali w końcu Zieliński bo w Serie A poczyna sobie coraz śmielej. Nie wiadomo co będzie do tego czasu z Arkiem Milikiem. Czy zdoła się wykurować i w jakiej będzie dyspozycji. Szkoda ostatniej kontuzji Makuszewskiego, bo zapowiadał się na gracza, który będzie stanowił realną siłę, która może wspomóc drużynę z ławki. A takich graczy jest w naszej kadrze jak na lekarstwo. Miejmy nadzieję że do czerwca ktoś jeszcze wyskoczy. Kownacki? Może Świerczok, jeśli utrzyma taką dyspozycję jak jesienią. Chociaż co do niego to podchodzą bardzo sceptycznie. Ma zadatki na to by dopadł go syndrom Teodorczyka.

Ok. Kadrowo cała stawka wygląda naprawdę wyrównanie. Style gry różne. Techniczne z Kolumbii oraz Senegalu. Szybkościowe i ambicjonalne z Japonii. U nas? Europa, Europa. Myślę że będziemy najlepiej wyglądali pod względem przygotowania siły fizycznej. Takich Japończyków trzeba będzie poustawiać do pionu kilkoma ostrzejszymi wejściami.  No i pytanie. Zagramy w obronie tak jak na Euro 2016 czy tak jak w eliminacjach do Mundialu? Oby to pierwsze. Ze zdobywaniem bramek za Nawałki większych problemów nigdy nie było. I umówmy się. To były trzy lata (liczę od 2:0 na Narodowym z Niemcami) naprawdę solidnej gry. Poza wrześniowym blamażem z Duńczykami praktycznie nie zdarzył nam się mecz w którym odstawalibyśmy od rywali w jakiś wyraźny sposób. Odczarowaliśmy klątwę Euro, czas odczarować Mundiale w XXI wieku. Złammy kolejną barierę. Przebijmy szklany sufit. I na miłość boską przestańmy być minimalistami i marzyć o słabych grupach. Chcemy coś znaczyć w futbolu? To trzeba ogrywać kogoś więcej niż Panamę i Arabię Saudyjską! Na początek może być Senegal, Kolumbia i Japonia. To będzie nasza grupa prawdy !

Listopadowe ujadanie psów.

Marsz Niepodległości. Wydarzenie, które co najmniej od 2010 roku wywołuje za każdym kolejnym razem kontrowersje wśród polskiego społeczeństwa. Raz mniejsze, raz większe. Ale od siedmiu lat co roku w listopadzie jest głośno o maszerujących ulicami Warszawy patriotach (a dla innych faszystów).

Dlaczego od 2010 roku? Bo wówczas w mediach głośno stało się o tym wydarzeniu, kiedy to organizowany przez środowiska narodowe Marsz Niepodległości próbowali zablokować ludzie usytuowani skrajnie po lewej stronie szali ideologicznej. Liderem tej grupy był obecny prezydent Słupska – Robert Biedroń. Pod przywództwem pierwszego geja kraju, grupa ta zetrzeć się miała z policją. Policjanci utrzymywali, że to lewacy zaatakowali ich, zaś Biedroń z kołnierzem ortopedycznym na szyi biegał po studiach telewizyjnych i opowiadał jak to został bestialsko spacyfikowany przez funkcjonariuszy w czasie swojej „antyfaszystowskiej” krucjaty.

W sumie mało to kogo wówczas obeszło i cała sytuacja szybko rozeszła się po kościach. Teraz by pewnie było inaczej (Biedroń nie był jeszcze wówczas tak uwielbiany przez pewne kręgi). Wydaje mi się jednak, że cała sytuacja przyczyniła się do promocji Marszu Niepodległości wśród ludzi o konserwatywnych przekonaniach. Od tamtego momentu co roku idea ta gromadziła coraz większą ilość ludzi. Każdy kolejny rok przynosił również coraz większe kontrowersje wokół daty 11 listopada.  Tak było przynajmniej do 2014 roku. Od kiedy to rok później władzę w Polsce przejęło Prawo i Sprawiedliwość tak i temperatura na samych Marszach w jakiś cudowny sposób opadła. A przynajmniej pod tym względem, że nie notujemy już od tamtej chwili większych incydentów w czasie tego zgromadzenia. Policjanci nie biją już Bogu ducha winnych uczestników jak w 2011 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=7G3cN6Bdn_8

Policja nie blokuje z niewiadomych przyczyn startu marszu przez co atmosfera gęstniała i musieli ją rozładowywać choćby Marian Kowalski czy śp. poseł Artur Górski, bo inaczej mogło się skończyć tragedią. A tak było w 2012 roku.

https://www.youtube.com/watch?v=h71NBPwRZ-4

https://www.youtube.com/watch?v=oRUV9KZuSlY

Nie płoną też budki strażnicze pod ambasadą rosyjską. Pewnie dlatego że szefem MSW nie jest już Bartłomiej Sienkiewicz i nie ma kto zlecać takich prowokacji (słynne taśmy z restauracji „Sowa i przyjaciele”.) czy też pośród normalnych uczestników nie biegają zamaskowani policjanci podburzający tłum.

https://www.youtube.com/watch?v=8G0SOYWeRQc&t=385s

Jakoś też mniej kretynów wśród samych manifestantów. Nikt nie dąży do konfrontacji z policją jak w roku 2014, przy okazji atakując Straż Marszu Niepodległości. Nikt nie pali samochodów transmisyjnych pewnej telewizji z ulicy Wiertniczej. Być może powodem tego jest coraz lepsza organizacja samego przedsięwzięcia. Powołanie wspomnianej wyżej Straży Marszu Niepodległości, która jest regularnie szkoloną formacją i odpowiedzialna jest za trzymanie uczestników w ryzach. Większa jest też świadomość protestujących, którzy wiedzą, że każdy incydent stanowić będzie wodę na młyn dla nieprzychylnie do nich nastawionych mediów i może rozrosnąć się do niebotycznych rozmiarów, rozdmuchana przez medialną maszynę (tak jak ma to miejsce w tym roku). Po trzecie, niech każdy sam w duchu odpowie sobie na pytanie: Na ile znaczenie miała zmiana władzy, która jednak zupełnie inaczej zapatruje się teraz na ideę Marszu Niepodległości i przynajmniej nie przeszkadza w organizacji tego wydarzenia? Jak bardzo kłody pod nogi organizatorom rzucali poprzedni rządzący? Dlaczego trzeci raz z rzędu obyło się bez awantur i policyjnych prowokacji? Te pytania pozostawiam bez odpowiedzi. Niech każdy pomyśli nad nimi sam.

Spokojna atmosfera tegorocznego Marszu Niepodległości nie przeszkodziła jednak w tym, by media przez cały listopad utyskiwały praktycznie codziennie nad tym wydarzeniem. Rzecz kompletnie dla mnie nie zrozumiała. Co ciekawe do ataku na tą świąteczną manifestację bardzo ochoczo przyłączają się w tym roku zagraniczne media. Moje pytanie brzmi, dlaczego akurat teraz? Czym różnił się ten marsz od tych z 2015 i 2016 roku? Kontrowersyjne transparenty można było znaleźć 11 listopada na ulicach Warszawy od samego początku istnienia MN. Ba. Mam wrażenie, że takiego skowytu zarówno rodzimych ale przede wszystkim  zagranicznych dziennikarzy nie słyszało się nawet w czasach, kiedy w „Dzień Niepodległości” stolica  przypominała pole bitwy. Nie jestem zwolennikiem teorii spiskowych, już kiedyś o tym pisałem, ale wierzę w istnienie grupy, która steruje pewnymi rzeczami z tylnego fotela. Być może właśnie w tym roku dziennikarze dostali jakiś odgórny przykaz aby przeprowadzić zmasowany atak i zdyskredytować dziesiątki tysięcy Polaków, maszerujących z dziećmi ulicami stołecznego miasta? Stąd te epitety? „Faszyści”, „naziści”? Transparenty w stylu „White Europe” itp. stanowiły jakiś nieznaczny promil w tłumie przechodniów z biało-czerwonymi flagami narodowymi. Tymczasem zagraniczne pismaki bezczelnie opluwają wszystkich uczestników Marszu Niepodległości. Oceny ogromnie niesprawiedliwe, ale rozumiem, że są oni zmuszeni do takiego pisania. Są na wojnie. Wojnie o swoją wymarzoną, liberalną, tęczową Europę. Zwykli propagandyści. A być może ich umysły są już tak wyprane politycznie poprawną ideologią, że każdy przejaw patriotyzmu stanowi dla nich zalążek „faszyzmu”? Wszak wiadomo, że państwa spójne narodowo są przeżytkiem i zakrawają o rasizm. Jak inaczej to odbierać? Dlaczego pojedyncze występki są podczepiane pod całość? Dlaczego jest stosowana odpowiedzialność zbiorowa? Albo ci dziennikarze mają w sobie bardzo dużo złej woli i obiektywizm jest im obcy albo mają po prostu bardzo słaby warsztat. Ewentualnie jedno i drugie. Moja ocena jest prosta. Tak jak wspomniałem. Jesteśmy na wojnie. Na razie tylko wojnie na słowa.

Przed startem Marszu Niepodległości odbyła się też inna manifestacja. Ich organizatorami były środowiska lewicowe (w dużej mierze skrajnie). Więc wśród feministek, zwolenników ruchów LGBT, ludzi z czerwonymi sztandarami (mi się one kojarzą jakoś jednoznacznie) znaleźliśmy również chociażby członków antify. Skrajnie lewicowej bojówki, której amerykańska odnoga była w ostatnim czasie oskarżona o współpracę z Państwem Islamskim. Owi, ubrani na czarno panowie paradowali na marszu z zakrytymi twarzami, ochoczo pokazując środkowy palec do telewizyjnych kamer. Ślepi na takie zachowanie dziennikarze TVNu opowiadali w tym czasie na wizji o marszu tolerancji, przyjaźni i generalnie rozpływali się nad owym wydarzeniem, które widzieliśmy na ekranach naszych odbiorników telewizyjnych. Przezabawna sytuacja.

Oczywiście. Również sam Marsz Niepodległości wymaga jeszcze kilku poprawek i wyeliminowania niektórych zachowań. Rasistowskie transparenty, które incydentalnie zdarzały się wśród protestujących absolutnie nie powinny mieć miejsca. Brak akceptacji na rozlokowanie grup uchodźców przez Unię Europejską, która przez pewien czas na siłę chciała nam wcisnąć nieproszonych gości nie powinien wiązać się z rasizmem. Nikt nie powinien być wykluczany ze społeczeństwa z powodu narodowości czy koloru skóry. Kompletnie nie o to chodzi. Chodzi o to, że przyjęcie większej ilości uchodźców wiąże się z możliwością przyjęcia pod swój dach potencjalnych terrorystów z Państwa Islamskiego. Nie możemy akceptować takiego stanu rzeczy, że przez granicę przepływają kompletnie niekontrolowane tłumy imigrantów. Kompletnie nie wiemy kto wjeżdża na nasze terytorium. Nie chcemy by sytuacja zaczęła przypominać tą z ulic Francji czy Wielkiej Brytanii. Nie chcemy się przyzwyczajać do zamachów i zacząć je traktować jako nieodzowny element naszego życia. A mam wrażenie, że w wielu zachodnich państwach tak się nie długo stanie. Bo tak ludziom wmawiają politycy.

-Musicie przyjmować ludzi uciekających przed wojną i zaakceptować to, że niektórzy z nich będą się wysadzać w powietrze lub rozjeżdżać was ciężarówkami.

Brakuje nam tylko takiego cytatu z ust polityków.

Uważam, że każdy ma swoje miejsce na ziemi. Każdy ma swoje państwo, narodowość o które powinien dbać. To też jest naszym obowiązkiem jako ludzi. Dbamy o siebie, o swoje rodziny i o otaczającą nas rzeczywistość. Chcecie to nazwijcie mnie rasistą ale mieszanie różnych kultur, narodowości to proces, który bardzo często kończy się tragicznie. Dlatego każdy dostał swoje miejsce na świecie, gdzie może wspólnie z pobratymcami starać się zbudować lepszą przyszłość. Dlatego uważam, że dopóki nie będzie na manifestacjach transparentów nawołujących do nienawiści czy zabijania, to każdy ma prawo głosić co chce. A chęć zachowania przez państwo spójności etnicznej nie jest niczym złym. Szczególnie gdy widzimy, że tak bardzo różniące się od nas kultury z Bliskiego Wschodu czy Północnej Afryki w wielu przypadkach kompletnie nie mają pojęcia o zasadach gościnności i nie mają w sobie za grosz chęci dostosowania się do zasad panujących w kraju, który wyciągnął do nich pomocną dłoń. Dlaczego we Francji czy Belgii powstaje tak wiele gett tworzonych przez imigrantów spoza Europy? Jak chociażby słynna dzielnica Molenbeek w Brukseli. Co by nie mówić o Ukraińcach, którzy masowo napływają do Polski, oni jakoś potrafią dostosować się do naszych zasad.

Podsumowując. Kompletnie nie zgadzam się z opinią krążącą w mediach głównego nurtu na temat tegorocznego Marszu Niepodległości. Jest to dla mnie atak kompletnie nie zrozumiały. Jest to szukanie na siłę punktu zaczepnego. Istna wojna ideologiczna. Po prostu wartości jakie wyznają manifestanci z ulic stolicy kompletnie nie przystają do tego, jak nowoczesne, modernistyczne społeczeństwo wyobrażają sobie europejscy rządzący.  Politycy spod znaku niebieskiej flagi z gwiazdkami chcą na siłę stworzyć swoje utopijne państwo. Nie każdy jednak zgadza się z ich wizją. A kto się z nią nie zgadza zostanie zbesztany, opluty i wdeptany w ziemię. Bo unijni politycy hołdują takim wartościom jak „wolność” i „demokracja” ale pod warunkiem, że wszystko odbywa się na ich zasadach. Nie słyszałem wielkich utyskiwań brukselskiej władzy oraz ich armii z mikrofonami i kamerami gdy marokańscy kibice demolowali stolicę Belgii po awansie ich reprezentacji na Mundial. Milczeniem zostały zbyte wydarzenia z Katalonii, gdy hiszpańska policja pacyfikowała tamtejszą ludność w dzień referendum. W końcu jakoś nie słyszałem, żeby w czasie zamieszek podczas szczytu G-20, kiedy to ulice Hamburga przypominały pole bitewne a w starciach z lewackimi bojówkami rany odniosło wielu policjantów podniosło się jakieś wielkie larum na arenie międzynarodowej. Dlaczego? Ciężej doczepić się do Hiszpanii niż do Polski? Nie wolno krytykować imigrantów z Maroka? Może manifestanci z Hamburga niszczyli witryny sklepowe i samochody w dobrej wierze (Wątpliwej maści autorytety, pokroju Hołdysa tak właśnie twierdzą)?   W każdym z tych miejsc prawo było łamane w sposób o wiele bardziej rażący aniżeli 11 listopada w Warszawie ! Może dla zachodniej opinii publicznej istnieją po prostu równi i równiejsi? Można łamać prawo w zależności od tego jakie się wyznaje wartości? W zależności od tego gdzie się mieszka? Niestety ale tak to właśnie wygląda. Oczywiście! Sam Marsz Niepodległości i jego uczestnicy nie byli w 100%, krystalicznie czyści. Ciężko żeby tak było gdy manifestuje 60000 osób. Wiele transparentów pojawiło się niepotrzebnie. Treści rasistowskie absolutnie nie powinny się pojawiać. Irytują szczurki w kominiarkach, które biegają jak poparzeni w jedną i drugą stronę oraz napinają się do kamer w momencie gdy Marsz przechodzi spokojnie. Nie są to jednak takie uchybienia aby Marsz Niepodległości miał stawać się tematem codziennych debat telewizyjnych i głównym tematem zagranicznych portali informacyjnych. Na pewno nie przedstawiany w takim świetle! Nazwanie wszystkich uczestników tego wydarzenia „faszystami” czy „nazistami” to albo zwyczajna ignorancja albo po prostu zwykłe skurwysyństwo. Zresztą podejrzewam, że niewielu uczestników pochodu przejęło się tymi słowami.

 

Niejaki Winston Churchill powiedział: „The fascists of the future will be called anti-fascists”, czyli „W przyszłości faszyści zostaną nazwani antyfaszystami”. Oriana Fallaci powiedziała: „Są dwa rodzaje faszystów- faszyści i antyfaszyści”. No właśnie. Warto się zastanowić nad tymi słowami w kontekście ostatnich wydarzeń. Cóż znaczą te słowa w ustach tych ludzi? Konserwatyzm, patriotyzm, troskę o własny naród i dumę z pochodzenia. Coś w tym złego? Absolutnie nie! Niech psy sobie ujadają a karawana niech jedzie dalej.

marsz1

Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.

Każdy większy klub, którego początek sięga, chociaż kilku dekad wstecz może pochwalić się swoimi piłkarskimi „ikonami”. Piłkarzami, którzy całe swoje piłkarskie życie spędzili, dumnie reprezentując tylko jeden, ukochany klub.  Gracze, którzy zapewniali swoim zespołom największe sukcesy w ich historii, wznoszący w górę trofea. Długoletni kapitanowie. Chłopacy wychowani w dzielnicach, w których znajdował się stadion. Lokalni autochtoni wdzierający się w dzieciństwie na stadionowe trybuny przez dziurę w płocie, bo rodzice byli zbyt biedni lub zapracowani, by zabierać ich tam samemu. W późniejszych latach zdobywali oni uznanie kibiców klubu, z którym związani są od maleńkiego. Idole trybun, czasami urastający do rangi piłkarskich półbogów. Wielkie europejskie marki mogą wręcz pochwalić się całymi tabunami takich graczy, z których mogliby złożyć na przestrzeni kolejnych upływających dekad legendarne, historyczne team’y. Taką drużyną z pewnością jest też Arsenal Londyn. A mówiąc o kapitanie i ikonie „Kanonierów”, na myśl przychodzi szczególnie jedna postać – Tony Adams.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: T. Adams „Uzależniony”.” →

„Panowie! To nie jest czas na lizanie się po fiu**ch !”

Gdy kadra Jerzego Engela awansowała w 2001 roku na Mundial w Korei i Japonii ś.p. Paweł Zarzeczny napisał na łamach „Przeglądu Sportowego” legendarne zdanie, które odbiło się wówczas szerokim echem w środowisku futbolowym i wywołało niemałe oburzenie. „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Na razie osiągnęliśmy tyle co Senegal”. W ten oto sposób dziennikarz chciał stonować rozdmuchane ego piłkarzy i trenera oraz hurraoptymistyczne nastawienie opinii publicznej. Jak to jednak często w przypadku popularnego „Pawki” było, zabieg zastosowany w takiej formie nie przyniósł oczekiwanego rezultatu.  Jego słowa wywołały ogólne oburzenie środowiska i zapoczątkowały ciągnącą się praktycznie do końca azjatyckiej imprezy wojenkę kadra vs. dziennikarze .Jednakże dalsze losy naszej Reprezentacji pokazały, że słowa Zarzecznego były prorocze. Awans na największą piłkarską imprezę po 16 latach naszej nieobecności smakował wyśmienicie, jednakże na tamtą chwilę osiągnęliśmy dokładnie tyle samo ile 31 innych reprezentacji, które także wywalczyły przepustki na ten turniej.  Na tymże skończyło się jednak nasze „rumakowanie” i to pomimo buńczucznych zapowiedzi trenera Engela, który odgrażał się w wywiadach, że na Daleki Wschód jedziemy bić się o Puchar Świata.  W momencie, gdy wspomniana przez Zarzecznego  reprezentacja Senegalu najpierw odprawiła 1:0 w inaugurującym turniej spotkaniu aktualnych wówczas Mistrzów Świata – Francuzów, a następnie awansowała do ćwierćfinału my kompromitowaliśmy się kolejno w meczach z Koreą oraz Portugalią. To po tym drugim występie powstał pean pochwalny (?) na cześć najpopularniejszego aktualnie piłkarskiego eksperta telewizyjnego.  „Tomasz Hajto to wielki atleta, ograł go w Korei Pedro Pauleta”.  Wyszło na to, że nie po raz pierwszy i nie ostatni racja leżała po stronie Pawła Zarzecznego. Miał rację. To nie był czas na lizanie się po fiutach.  A Senegal osiągnął znacznie więcej niż my.

Od tamtych wydarzeń minęło 16 lat. Jednakże słowa zmarłego w marcu dziennikarza znów nabierają aktualności. 1 września kadra Adama Nawałki rozegrała mecz z reprezentacją Danii. Generalnie już w dniu, gdy rozlosowano grupy eliminacyjne wiadomo było, że spotkanie w Kopenhadze powinno być w teorii tym najtrudniejszym w całej kampanii dla naszej drużyny narodowej.  Ogółem rzecz ujmując Duńczycy nigdy nam piłkarsko nie leżeli. Przez 15 ostatnich lat dostaliśmy od nich w cymbał sześć razy na osiem możliwych. Przed tym ostatnim razem, tydzień temu braliśmy więc pod uwagę, że w kraju Hamleta możemy stracić punkty. Nawet trzy. Ale chyba nikt nie spodziewał się, że nasi rywale tak dobitnie powiedzą nam na murawie: „Panowie, to jeszcze nie czas na lizanie się po fiutach. Wy nawet nie jesteście pewni tego Mundialu.” Kadra Engela już była. Kadra Nawałki jeszcze nie. I to mimo tego, że w narodzie po raz kolejny panuje hurraoptymizm. Chociaż po kopenhaskim laniu został on mocno przygaszony. Właściwie to powinniśmy ekipie Age Hareide podziękować. Za zrzucenie wielu kibicom tych różowych soczewek z oczu. Za to, że Eriksen i spółka pokazali nam w najdrobniejszych detalach każdą wadę naszego zespołu. Piąte miejsce w rankingu FIFA, pewne prowadzenie w grupie eliminacyjnej i znów co niektórzy wynosili ten zespół pod niebiosa. Szczęście w nieszczęściu, że Duńczycy zapalili lampki kontrolne w głowach nazbyt optymistycznie nastawionych kibiców a już szczególnie dziennikarzy, którzy poziom optymizmu mieli taki, jakby pozarzucali tabletki extazy. „A może ta nasza kadra nie jest tak piekielnie mocna jak nam się wydawało?” No kurwa,  bingo! To, że piąte miejsce w rankingu FIFA nijak się ma do naszej realnej siły na świecie, to już sobie wyjaśniliśmy. Zresztą w rankingu wyprzedzają nas Szwajcarzy. Przy całym szacunku dla kadry Helwetów i ich fenomenalnej w ostatnim czasie formy… jest na sali ktoś zdolny uznać ich za czwartą reprezentację na planecie? Oni nawet nie mają zawodnika na światowym poziomie czy grającego w mocnym klubie. Xhaka? Ani on nie jest piłkarzem światowego formatu, ani Arsenal nie jest już klubem należącym do europejskiej czołówki. Nawet tej szerokiej. O Shaqirim już nie wspomnę. Od dawna wiadomo, że ranking FIFA jest tylko miłą ciekawostką. Taką możliwością dla przeciętnych reprezentacji na powiększenie sobie penisa przez nabicie punktów dzięki sprzyjającemu kalendarzowi spotkań.  Czymś w rodzaju ferrari dla 40 latka przechodzącego kryzys wieku średniego. Pomaga też czasem w korzystniejszym rozstawieniu podczas losowania do imprez rangi mistrzowskiej czy eliminacji do nich. Nie jest on jednak obiektywnym wyznacznikiem siły poszczególnych reprezentacji narodowych. Nasza doskonała pozycja w grupie? Hmm. Dwa pewnie wygrane spotkania z Rumunami, plus wtopa w Kazachstanie, plus wyrwane Ormianom z gardła trzy punkty, plus nieznaczna wygrana w Czarnogórze plus prawie stracone we frajerski sposób zwycięstwo w meczu z Duńczykami na Narodowym. Kadra Nawałki powinna mieć na drugie „Fortuna”. Chociaż za bardzo kojarzy się z bukiem… Fakt faktem, że ta fortuna jest wypadkową tego iż ta drużyna naprawdę potrafi grać w piłkę a selekcjoner umie z niej wycisnąć niemalże ostatnie soki. Niestety jak pokazał blamaż w Kopenhadze, nie wszystkie mankamenty tej ekipy da się zawsze zapudrować.  A porządny przeciwnik, taki jakim była ostatnio Dania, potrafi odsłonić wszystkie nasze wady.

Nawałka szyje kadrę z 12-14 graczy. Reszta piłkarzy niby jest w drużynie ale na zgrupowania jeździ bardziej w roli statystów. Gdy wypada któraś z kluczowych postaci, to zaczynają się problemy. Na przykład gdy w meczu na Parken dosłownie i w przenośni zesrał się Piszczek, to zaczęły się schody. Nawałka miał na ławce rezerwowych Kędziorę i Bereszyńskiego. Naturalnych zmienników dla gracza Borussii. Mimo to na prawą stronę obrony desygnował Thiago Cionka. Stopera. Jak widać poziom zaufania dla niektórych graczy nie jest zbyt duży. Nigdy w życiu nie tęskniłem też równie mocno za Grzegorzem Krychowiakiem co w tamtym spotkaniu. Krychowiak w formie jest potrzebny tej drużynie niczym tlen. Krychowiak w formie jest rycerzem środka pola a Mączyński czy Linetty mogą odgrywać co najwyżej rolę jego giermków. W meczu w Kopenhadze miałem wrażenie, że odgrywali rolę chrześcijan rzuconych na arenę rzymskiego Colloseum, gdzie pożreć ich miały duńskie lwy pod wodzą gladiatora Eriksena. Zresztą podobną rolę odgrywała cała nasza linia defensywna na czele z Pazdanem i Jędrzejczykiem. Cała trójka Legionistów, którzy zameldowali się w pierwszej jedenastce na placu boju przeniosła do kadry jakość ich klubu z dwumeczów z Astaną oraz Sheriffem. Dołujące jest to, że forma kadry jest w tak dużej mierze uzależniona od dyspozycji zawodników z tak niestabilnego pod względem poziomu gry klubu jak warszawska Legia. Sam Lewandowski to nie wszystko i tak jak jego dobra dyspozycja jest kluczem do solidnej gry naszej kadry, tak i on w znakomitej formie nie pociągnie wszystkiego bez konkretnego wsparcia partnerów. A przynajmniej nie z zespołami na dobrym europejskim poziomie jak Dania.  Zresztą na przestrzeni niemalże roku, licząc od pierwszej konfrontacji obydwóch zespołów widać było, że Age Hereide wykonał z tą drużyną kawał dobrej roboty. Dania ze spotkania na Narodowym i Dania z potyczki na Parken to dwa zupełnie inne teamy. Chłopcy i faceci zamienili się w nich miejscami. Możemy tylko się cieszyć, że projekt norweskiego trenera w październiku ubiegłego roku nie był jeszcze w pełni gotowy, bo dziś być może nie wszystko zależało by od nas jeśli chodzi o wyjazd na rosyjski czempionat. Wracając jeszcze do naszej linii obrony. Żadna ekipa, w żadnej grupie w tych eliminacjach w Europie, ani z pierwszego ani z drugiego miejsca nie straciła po 8 kolejkach spotkań aż 11 bramek. Żadna z nich nie straciła dwucyfrowej liczby goli. Niech to posłuży za recenzję dla jakości gry naszej defensywy. Fakt, że ponad połowę tych bramek zaaplikowali nam właśnie podopieczni Hereide. I znów możemy mówić o uśmiechu losu. Dwaj nasi teoretycznie najgroźniejsi rywale w tych eliminacjach przystąpili do nich pogrążeni w kryzysie. Szczęśliwa gwiazda krąży nad Nawałką od samego początku jego przygody za sterami kadry. To, że biało-czerwoni są aktualnie w tym miejscu w którym są, to wypadkowa wielu czynników. Wiele spraw złożyło się na to, że solidna reprezentacja, jaką jest Polska plasuje się aktualnie tak wysoko we wszelkich notowaniach. Wykorzystujemy swoją szansę niemalże na maksa. Osobiście uważam, że stać nas już na niewiele więcej. Jeśli pojedziemy do Rosji, to ciężko będzie znów dojść do ćwierćfinału wielkiej imprezy. Mnie osobiście usatysfakcjonuje wyjście z grupy. A i to stwierdzę dopiero, gdy rozlosowane zostaną kulki z nazwami poszczególnych nacji, które wezmą udział w przyszłorocznej imprezie. Rok temu we Francji przy jeszcze odrobinie szczęścia można było dojść jeszcze dalej. Może nawet do samego finału. Ale to byłoby już kompletnym rozmyciem obrazu polskiego futbolu.  Wykorzystalibyśmy sprzyjający układ drabinki i słabość innych rywali. Przy jednoczesnym, niemal perfekcyjnym moim zdaniem wykorzystaniu potencjału tej repry. Potencjału sporego ale nieuprawniającego nas do aspirowania do miana wicemistrzów Europy. Wicemistrzowie Europy nie przegrywają w Danii 0:4. To nie przystoi nawet „ćwierćfinalistom Euro”, jak lubią nas określać komentatorzy a co w moich oczach żadnym wielkim osiągnięciem nie jest. Kopenhaga była papierkiem lakmusowym, który pokazał ile nam jeszcze brakuje do tego, by określać się „czołową reprezentacją świata”. Była bolesnym ale potrzebnym doświadczeniem.

Żeby jednak osłodzić troszeczkę tą beczkę dzięgciu, pomyślmy za co podopiecznych Nawałki możemy pochwalić. Na nasze szczęście już trzy dni po meczu z Danią nastąpiła konfrontacja z Kazachstanem.  Niemal natychmiast pojawiła się okazja, do zmycia z siebie mieszanki wstydu, przygnębienia i zawiedzionych ambicji. Rywal do tego idealny. Najsłabsza drużyna naszej grupy. Aczkolwiek ta najsłabsza drużyna już raz w tych eliminacjach odebrała nam punkty. Tym razem jednak graliśmy na własnym terenie. I ostatecznie zrobiliśmy to, co należało zrobić. Zdobyliśmy trzy punkty, wygraliśmy pewnie 3:0. Odpowiedzieliśmy idealnie na wcześniejszy blamaż.  Oczywiście, można się czepiać poziomu spotkania. Można narzekać na nieprzekonujący styl gry.  Ale w tamtym momencie najważniejsze było zdobycie kompletu punktów. Utrzymanie pozycji lidera. Nie ważne jak. Najważniejsza była wygrana. Zrobiliśmy to. Chyba nikt nie ma wątpliwości, że zgarnęliśmy trzy punkty zasłużenie? A że nie prezentujemy najlepszej formy? Nie trzeba było być wróżbitą Maciejem żeby to stwierdzić już przed meczem. Wystarczyło trzy dni wcześniej obejrzeć kopenhaską drogę przez męki. Zresztą… Ekipa Nawałki serca kibiców zdobyła  udaną kampanią eliminacyjną do Euro 2016. Pamiętacie mecze z Gruzją? One wyglądały dokładnie tak samo jak spotkanie z Kazachstanem.  Graliśmy z outsaiderem grupy, który chwilami nas dominował. Spychał do defensywy. Ostatecznie jednak wyniki spotkania mówiły same za siebie. To samo działo się w Warszawie 4 września. Tak wygląda reprezentacja Nawałki. Wplata w swoje mecze elementy chaosu. Doskonałe momenty przekłada z chwilami słabości. Nawet wobec o klasę gorszych drużyn. Plusem jednak jest to, że ostatecznie większa piłkarska jakość i większe doświadczenie praktycznie zawsze przechylają szalę zwycięstwa na naszą stronę. A to nie zawsze było normą przez ostatni kilkanaście lat. Należy cieszyć się z tego, że mimo nienajlepszej gry umiemy udowadniać kto zwyczajnie dysponuje większą piłkarską jakością. Jednocześnie pamiętać też o własnych ograniczeniach. Bądźmy wyważeni w swoich osądach. Nie oczekujmy cudów, nie popadajmy w hurraoptymizm, ale jednocześnie bądźmy w końcu świadomi swojej piłkarskiej wartości. Jesteśmy solidną drużyną. Taką, która powinna bezproblemowo przechodzić sito eliminacyjne i meldować się na wielkich turniejach. Tam możemy ugrać wyjście z grupy a wszystko ponad to traktować jako bonus od piłkarskich bogów. Plusem wrześniowego dwumeczu był też z pewnością Maciej Makuszewski. Cieszy, że Nawałka powołał piłkarza, którego nie potraktował jako kolejnego turysty na pokładzie. Makuszewski w tych ważnych meczach dostał swoją szansę i wykorzystał ją myślę na miarę swojego potencjału. Wniósł trochę ożywienia w konającej, polskiej drużynie w Kopenhadze zaś w meczu z Kazachami całkiem dobrze rozruszał prawe skrzydło, zajmując miejsce Kuby Błaszczykowskiego.  Nie wiem czy sam Kuba nie sprawdzał by już się w tym momencie lepiej właśnie jako zmiennik wchodzący na ostatnie 20-25 minut na podmęczonego rywala. Właśnie w takiej roli doskonale się odnalazł w meczu z drużyną z Azji. Wracając do „Makiego”. Każdy nowy gracz, którego trener Nawałka uzna za godnego pomocy drużynie w meczach o punkty jest na wagę złota. Każda postać, która realnie wydłuży ławkę rezerwowych i da jakąkolwiek alternatywę trenerowi przy ustalaniu składu i taktyki jest niezwykle cenna. Mam nadzieję, że zawodnik „Kolejorza” zagości w tej drużynie na dłużej.

Krótkie podsumowanie? Zawarte jest w tytule. Panowie, to nie jest czas na lizanie się po fiutach, bo jak na razie nawet nie wywalczyliśmy awansu na Mundial! A nawet jak go już wywalczymy, to póki co osiągniemy tyle samo co Iran. A braku przepustki do Rosji nie biorę nawet pod uwagę. Dwa mecz i co najmniej cztery punkty dają nam bezpośredni awans. W perspektywie wyjazd do Armenii, gdzie jestem pewny, że czeka nas nie lada przeprawa a gra będzie rwana, brzydka i niespójna. Ale ostatecznie to my wyjdziemy zwycięsko. Na koniec Czarnogóra z którą na Narodowym, przy pełnym stadionie i ze świadomością wagi tego spotkania, nie pozwolimy sobie zrobić krzywdy. Jesteśmy na to zbyt doświadczoną drużyną!z22313765V,-Eliminacje-mistrzostw-swiata-Polska---Dania

Biblioteczka Futbolowej Rebelii: P. Zarzeczny „Mój własny charakter pisma”.

Pod koniec marca tego roku szeroko pojęte piłkarskie środowiska obiegła bardzo przykra informacja. Zmarł Paweł Zarzeczny. Jeden z najpopularniejszych, polskich dziennikarzy sportowych. Sytuacja ta była o tyle zaskakująca, że jeszcze dwa dni wcześniej Zarzeczny nagrał trzysetny odcinek swojego internetowego vloga: „One man show”, który ukazywał się na łamach portalu weszlo.com. Co ciekawe, dziennikarz w programie tym zostawił istny foreshadowing własnej śmierci, wspominając o tym, że będzie to prawdopodobnie ostatni odcinek tego show. „Dalej już tylko Powązki”, zakończył. Odejście w stylu Tomasza Beksińskiego, który w ostatnim felietonie napisanym dla magazynu „Tylko Rock” także dał do zrozumienia, jakie będą jego dalsze losy. Z tą różnicą, że Beksiński o własnym losie zadecydował sam, a Zarzeczny odszedł w sposób naturalny. Chociaż… We wspomnieniach wielu osób z nim związanych usłyszeć można o tym, że dziennikarz nosił przy sobie dwie reklamówki. Jedną wypełnioną lekami na m.in. cukrzycę i nadciśnienie tętnicze. Druga zaś zapakowana była piwami marki „Warka”, jego ulubionymi. Zarzeczny zmagał się z problemami zdrowotnymi od lat, ale powiedzieć, że nie dostosowywał stylu życia do swojej sytuacji zdrowotnej to jakby nic nie powiedzieć.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: P. Zarzeczny „Mój własny charakter pisma”.” →

Majstersztyk na trybunach. Zwycięzcą rewanżu kibice Legii.

„Oj, będą gadać”. Tyle pomyślałem sobie w momencie, gdy ujrzałem oprawę kibiców Legii Warszawa przed wczorajszym starciem rewanżowym z Astaną. A po chwili refleksji dodałem: „I dobrze”. To była najlepsza oprawa w historii polskiego ruchu kibicowskiego! Nie chodzi tu absolutnie o rozmach czy efektowność. Chodzi o efektywność i konsekwencje, jakie za sobą pociągnęła. Legioniści w kilka chwil, w prosty i dosadny sposób przypomnieli światu brutalną prawdę o wydarzeniach z Powstania Warszawskiego.

1 sierpnia wrzucałem na swój profil facebook’owy oprawę sprzed trzech lat, gdy na Łazienkowskiej zaprezentowano choreo z okazji 70 rocznicy wybuchu Powstania. Napisałem wówczas, że była to: „Jedna z najlepszych opraw w historii ruchu kibicowskiego w Polsce”. Z ciekawością czekałem na to, co kibice stołecznego klubu zaprezentują przed meczem z mistrzem Kazachstanu. Byłem pewny że i tym razem nawiążą do wydarzeń z sierpnia 1944 roku. Nie zawiodłem się. Dostałem wręcz więcej, niż mogłem się spodziewać. Dziś z czystym sercem piszę. NIGDY NIE WIDZIAŁEM NA POLSKICH STADIONACH LEPSZEJ CHOREOGRAFII. Fani Legii dali lekcję historii. Fani Legii wykonali kawał dobrej roboty. To był majstersztyk. To była najlepsza możliwa odpowiedź na permanentnie powtarzane w zagranicznych mediach hasło: „Polish death camps”. Suchy fakt historyczny, z którym nikt polemizować nie może. Oprawa, która trafił na pierwsze strony największych sportowych portali na całym świecie. Dziękuję wam Legioniści. I podziękować powinien wam każdy, normalnie myślący Polak! Bo w tej nierównej grze zrobiliście więcej, niż ktokolwiek dotąd.

Oczywiście nie mogło obyć się bez płaczu wielu osób, do nie dawna uchodzących za polski establishment. Ich symbolem jest Tomasz Lis. Człowiek, który spełnia rolę nadwornego płaczka, kajającego się przed światem za każdy przejaw domagania się przez Polaków mówienia prawdy. Widać, prawda niektórych boli. Prawda ich przerasta. Czują strach na myśl, że możemy wykrzyczeć światu: „Niemcy mordowali nas w czasie II Wojny Światowej! Niemcy mordowali nasze dzieci!” Przecież tak nie wolno.  To nie wypada. Mówienie prawdy to zło. A jednak, wcale nie… Polacy są szczęśliwi, Polacy mają dość wmawiania im, że mają siedzieć jak mysz pod miotłą i spełniać rolę ubogiego krewnego ludzi z Zachodu. Uśmiechać się pod nosem nawet, gdy ci ludzie naplują im w twarz. W zamian być może ze stołu pańskiego spadną im jakieś ochłapy a Zachód pogłaszcze ich po głowach. Mentalność psa. Tego ci ludzie chcą nas uczyć. Tylko jak pokazała niejednokrotnie historia, nas nie da się tak wytresować. 340 osób zamordowanych w Jedwabnem nie stawia nas w jednym rzędzie z Niemcami, mordującymi 160 000 osób w stolicy. A tak wygląda matematyka wg. Tomasza Lisa i jemu podobnym ludziom.

Jeszcze raz dziękuję wam Legioniści! Za dyskusję, którą wywołaliście. Za to, że pobudziliście zagraniczne media. Mimo że oni usilnie zapewne będą pisać o nazistach mordujących Polaków, na transparencie ewidentnie widać jakiej narodowości byli ci „naziści”. Nie jeden obcokrajowiec zaduma się nad tą treścią. I o to przecież chodziło! Może nie jeden poczyta o tym, czym było Powstanie Warszawskie. Nawet jeśli w minimalnym stopniu uda się poszerzyć światową świadomość to jest to ogromny sukces. Mówi się, że stadiony powinny być apolityczne. Ale co zrobić w momencie gdy każdy inny ma odkłamywanie historii gdzieś? Lub robi to nieporadnie? Jak widać taka taktyka jest skuteczna. Czy chcemy tego czy nie, stadiony od dawna są najlepszą trampoliną, służąca do rozpropagowania swoich racji. Jak pokazał wczorajszy dzień, użyte z głową, przynoszą wiele korzyści. A że psy szczekają? A niech gadają! Tyle im zostało.

To kibice Legii są prawdziwymi zwycięzcami wczorajszego rewanżu!

Pamiętajmy!

„During the Warsaw uprising Germans killed 160 000 people thousands of them were children”

legast

 

 

„Boring, Boring Poland”

„Boring, boring Arsenal”. Gdy na przełomie lat 80 i 90 trenerem Arsenalu Londyn był George Graham, na trybunach angielskich stadionów często pojawiała się właśnie taka przyśpiewka. „Boring” oznacza w języku angielskim „nudny”. Co prawda w czasach gdy Szkot prowadził drużynę „Kanonierów”, zdobyli oni 2x Mistrzostwo Anglii, 2x Puchar Ligi, Puchar Anglii oraz Puchar Zdobywców Pucharów. Mimo to kibice angielskich klubów szydzili z mało efektownej, nastawionej głównie na defensywę drużyny z północnego Londynu. Graham doprowadził do perfekcji m.in. stosowanie pułapek ofsajdowych. Styl jego drużyny różnił się o 180 stopni od tego co prezentowała ekipa prowadzona przez jego następcę – Arsene Wengera. Mecze tamtego Arsenalu były zazwyczaj nudne, padało w nich mało bramek. Styl tej gry okazał się jednak niezwykle efektywny. Kiedy w sobotni wieczór oglądałem poczynania podopiecznych Adama Nawałki, do głowy wpadła mi właśnie tamta przyśpiewka. „Boring, boring Poland”. Jednakże u mnie znużenie mało efektowną grą zastąpił podziw dla niezwykle skutecznego stylu stworzonego przez Nawałkę.

Powiedzmy sobie szczerze. Zachwyciło was to co pokazali Polacy? Mnie nieszczególnie. Mecz był emocjonujący? Raczej nie.  Byliśmy niezwykle skuteczni? Jak najbardziej. I to jest słowo klucz: „skuteczność”. Ekipa Nawałki robi stałe postępy. Jeszcze do nie dawna narzekałem na to, że nie potrafimy słabszego przeciwnika zepchnąć do defensywy. Kontrolować stale meczu. Napieramy przez pierwsze 15-20 minut spotkania a potem długimi momentami cofamy się, to my jesteśmy pasywni. Szczególnie, gdy wychodzimy na prowadzenie. Tak było niemal w każdym meczu poprzedniej kampanii eliminacyjnej. Zmieniło się to dopiero w ostatniej kolejce, gdy pokonaliśmy na Narodowym w decydującym o awansie meczu Irlandczyków 2-1. Tamten mecz kontrolowaliśmy prawie w całości. W obecnych eliminacjach do Mundialu w Rosji jest już jednak inaczej. Odwróciły się proporcje. Prawie każdy mecz przypomina właśnie ten z Irlandią. To my narzucamy tempo, to my jesteśmy stroną dominującą. Oczywiście nie wszystko jest kryształowe. Zdarzają się momenty rozprężenia. Zapłaciliśmy za to szczególnie słono w pierwszym meczu w Astanie, gdzie kosztowało nas to jak na razie utratę jedynych punktów. To samo zdarzyło się w meczu z Duńczykami, gdzie ze spokojnego 3-0 momentalnie zrobiło się 3-2 i wkradła się nerwówka. Spotkanie z Armenią to był jeszcze inny typ potyczki. Przykład batalii w której kompletnie nic nie wychodzi, ale siłą charakteru, tym że dysponujesz lepszą jakością i indywidualnościami rozstrzygasz wynik na swoją korzyść. Mimo tego, że nasza gra w tamtym spotkaniu była fatalna, to uważam, że paradoksalnie właśnie on pokazał to, iż jesteśmy reprezentacją niemal kompletną. Zadziałały te czynniki, które rozdzielają chłopców od mężczyzn. Ormianie mimo iż zostawili na murawie serducho i zapieprzali jakby walczyli z Azerami o Górski Karabach, nie mieli tego czegoś ekstra, co mieliśmy my. Dwumecz z Rumunami to kwintesencja i przykład tego, jakie postępy zrobiliśmy. Wygrana 6-1 z było, nie było uczestnikami ostatniego Euro. W całym dwumeczu nie potrafili zagrozić nam niemal w ogóle. A mieli być naszymi najgroźniejszymi rywalami.  Mecz z Czarnogórcami miał podobny schemat. Bez fajerwerków, jednak w miarę spokojnie dowiezione trzy punkty.

Sobotnia gra przypominała mi przez pierwsze 30 minut zeszłoroczny mecz z Irlandią Północną na Euro we Francji. Rywal schowany za podwójną gardą a my głowiliśmy się jak przejść przez te zasieki. W gruncie rzeczy to też pokazuje, jakim respektem darzą nas rywale, skoro wychodzą tak głęboko cofnięci przeciwko nam. Kiedyś to my tak robiliśmy. Jak Wójcik w Anglii w 1999 lub jak Smuda na Euro 2012 przeciwko Czechom. To pokazuje także, kto jest niekwestionowanym liderem tej grupy. I fajnie, że ta drużyna tak dobrze radzi sobie z presją. Wytrzymali napompowany jak bawole jaja balonik przed zeszłorocznymi mistrzostwami, spokojnie radzą sobie z mianem lidera i faworyta przeciwko słabszym ekipom w drodze na Mundial. A jak wszyscy wiemy, jeśli wszystko dobrze się ułoży to w grudniu jakaś sierotka będzie wyciągać kulkę od kinder niespodzianki z napisem „Poland” z pierwszego koszyka.  Kolejny test dla naszego zespołu. W najnowszym rankingu FIFA mamy być sklasyfikowani na 7 miejscu. Widomo, że ten ranking jest troszkę przekłamany, no ale jednak to ogromny powód do satysfakcji. Wyobrażaliście sobie te 4 lata temu za kadencji smutnego Waldka, gdy tułaliśmy się gdzieś w siódmej dziesiątce tego zestawienia, że poszybujemy tak wysoko do góry? Bałbym się nawet tak marzyć. .

W czasie sobotniego meczu czułem się jakoś niezwykle spokojny. Nie było tej ekscytacji, która towarzyszy niemal każdemu meczowi kadry. Nie było strachu o wynik. A przecież nie dawno mecze z takimi rywalami jak Rumunia, to były mecze na ostrzu noża. Pamiętacie takie traumy jak 1-3 z Ukrainą na Narodowym? Miejmy nadzieję, że takie czasy prędko nie wrócą. Oczywiście, pokolenie tych piłkarzy za kilka lat przeminie a żadnej pewności, że wyrosną ich godni następcy nie mamy. Na szczęście taki Milik czy Zieliński jeszcze kilka dobrych lat mogą pograć.  „Zielu”… Powoli, opornie ale doszedł w końcu do naprawdę świetnego meczu w koszulce z orłem na piersi. Bawił się w tym meczu z takim luzem jakby był południowcem. Spokój i technika godna Ronaldihno albo chociaż Quaresmy. Miejmy nadzieję, że ustabilizuje swoją reprezentacyjną formę na tym poziomie. Jedynym naszym mankamentem w tym meczu wydawał mi się Cionek. Nie wiem, być może jestem uprzedzony. Ale raz posłał „świecę” niepewnie wybijając piłkę, raz zakręcił nim Rumun i nasz obrońca nie zdążył zablokować strzału. raz w naszym polu karnym musiał ratować sytuację asekurujący go Pazdan, gdy ten pogubił się naciskany przez napastnika.

Robert Lewandowski. Żyjemy w okresie, kiedy na światowych murawach biega dwóch największych gigantów piłki w historii futbolu. Żyjemy jednak też w czasach najlepszego polskiego piłkarza w historii. Bezapelacyjnie. Klasa światowa. Być może nawet piłkarz nr. 3 na tej planecie. On naprawdę nie długo nie będzie już miał nad czym pracować. Wszystkie skille rozwinięte niemal do perfekcji. W sobotę kasował nawet wrzutki Rumunów po stałych fragmentach gry w naszym polu karnym. Karne egzekwowane perfekcyjnie. Ten wyskok do piłki, to jak się złożył do uderzenia głową przy drugiej bramce. Maestria. Aż mi głupio się tak nad nim rozpływać. No ale kurwa mać ! On na to naprawdę zasługuje! Jestem szczęśliwy, że mamy takiego gracza w kadrze.

Mundial w Rosji może nam odebrać jedynie jakiś pieprzony kataklizm. Ale takiego nie przewiduję.  Nawałka zbudował już sobie zespół wg. własnego planu, teraz musi utrzymywać tylko właściwy  kurs. Czasem nie rozumiem jego decyzji, jak ta, gdy przy wyniku 3-1 zostawił na boisku trzech napastników plus Grosika i Kubę. Nie rozumiem po co w tej kadrze frustrat Peszko.  Ale pewnie dlatego to Nawałka jest selekcjonerem a nie ja. Nie muszę tego rozumieć, ważne, że przynosi to pożądany skutek. Tak więc panie trenerze! Rób pan nadal swoje! Grajmy nudno, ale skutecznie. Ogrywajmy spokojnie słabszych od siebie. Ta reprezentacja idzie naprawdę dobrą drogą.

LewyX

Gdzie się podziali boiskowi chuligani?

Po niedawnym meczu Arsenalu Londyn z Leicester City Alexis Sanchez wrzucił do sieci fotkę, na której pokazywał z miną zbitego psa, wewnętrzną stronę swojej wargi. Na wardze widać było małe zaczerwienienie, spowodowane zapewne piłką, ciśniętą w stronę Chilijczyka przez Roberta Hutha. Niemiec  za swoje zachowanie otrzymał w tamtym meczu czerwoną kartkę a Alexis mógł się pochwalić za to na swoich mediach społecznościowych swoimi ranami odniesionymi w bitwie. Internet na widok owego zdjęcia oszalał rozpoczynając znów serię utyskiwań i westchnień pod tytułem:  „Kiedyś we futbolu mieliśmy prawdziwych facetów a teraz to same pizdeczki grają”. Łukasz „Juras” Jurkowski wrzucił na swój fanpage fotkę na której obok siebie byli zestawieni Alexis Sanchez i jego zadrapanie oraz zawodnik MMA Diego Sanchez z całą twarzą zalaną krwią po walce. Wszystko to skwitowane komentarzem: „Alexis Sanchez vs Diego Sanchez… Football vs MMA… Dziewczyny vs Mężczyźni..”. Jakiś czas później dodał jednak do tego kolaż zdjęć z zestawieniem „pięciu jego ulubionych boiskowych twardzieli”. W tym zestawieniu TOP 5 znaleźli się: Marcin Wasilewski, Michał Pazdan, Arek Głowacki, Vinnie Jones i Roy Keane. A mnie naszła chwila zadumy. Cóż zmieniło się w tym futbolu, że kiedyś piłką rządzili twardziele a teraz wyżelowane pizdeczki z markowymi torebkami „Luj Witą” i w koszulkach wyciętych w serek?

 

Po pierwsze. Czy naprawdę tak wiele się zmieniło? Czy faktycznie piłka nożna tak zniewieściała? Wszak uwielbiamy przecież z rozrzewnieniem wspominać  dawne czasy i mitologizować oraz wynosić na piedestał każdy aspekt naszego życia, który miał miejsce 10, 15, 20 lat temu.  „Kiedyś to robili porządne filmy”, „Kiedyś to powstawała dobra muzyka a nie to gówno co teraz”, „kiedyś dziewczyny się bardziej szanowały”, „Kiedyś samochody się nie psuły” kiedyś, kiedyś, kiedyś …. Jakby tak się wsłuchać w te wspominki to wychodzi na to, że świat cofa się w rozwoju bo im więcej czasu upływa tym wszystko jest coraz gorsze.  Pokolenie lat 50tych i 60tych ma nawet inklinacje do opowiadania z nutką rozrzewnienia w głosie jak to „za komuny było lepiej”. Cóż… może na tej samej podstawie idealizujemy futbol sprzed 10,15,20 lat. Zapewne za kolejną dekadę będziemy płakać że skończyła się era piłkarskich bogów pokroju Messiego i Ronaldo. Czasy się zmieniają, każda dekada miała w sobie coś co warto wspominać, upamiętniać. Szczególnie kiedy było się dzieckiem wszystko wydawało się wspaniałe i magiczne. Moje pokolenie ma w zwyczaju upamiętniać lata 90te i wszystko co z nimi związane, w szczególności całą popkulturę. Gumy „Turbo”, anime na Polonii 1 czy muzyka Eurodance. Są to rzeczy, które towarzyszyły nam przez cały okres dorastania. Dla wielu osób były to najwspanialsze lata życia. Wszystko było prostsze, beztroskie. Nic dziwnego że te czasy zajmują w naszym życiu tak ważne miejsce.  Tak samo pokolenie lat 70tych z tęsknotą wspominać będzie karbid, korkowce z odpustu czy oranżadę w proszku. Na tej samej podstawie każdy fan piłki wynosi na ołtarze ten kawałek historii futbolu, który był mu najbliższy. W zależności na kim się wychowałeś. Ja na Zidane i brazylijskim Ronaldo. Starszy brat na Linekerze i Maradonie a jego dzieciak ma właśnie Messiego i CR7.   Każdy ma coś dla siebie, każdy ma co wspominać.

 

Po drugie. Przywołałem na wstępie TOP5 boiskowych twardzieli, które opublikował na swoim „fejsie” Juras. Nie bez powodu.  Znalazło się tam miejsce dla Vinnie Jonesa. Postać to z całą pewnością kultowa. Lider tzw. „Szalonego gangu”, czyli drużyny AFC Wimbledon z przełomu lat 80tych i 90tych. Drużyny która zasłynęła niezwykle ostrą grą.  Mającą w swoim składzie rzeźników pokroju Denisa Wise’a, Johna Fashnau czy wspomnianego Jonesa. Czym wyróżniał się ten gracz? Jak już wspomniałem, niezwykle brutalną grą. Był królem gry faul w lidze rzeźników. Piłkarzem był przeciętnym.  Umiejętnościami się nie wyróżniał. Nigdy nie zagrał w reprezentacji Anglii (zagrał za to w kadrze Walii, mimo że był Anglikiem). Miał jednak również talent do występowania przed kamerą, umiał się sprzedać. Wydał kasetę VHS z poradnikiem jak faulować. Trafił potem do świata showbiznesu. Gra m.in. w filmach Guy’a Ritchie’go. Umiał się dobrze sprzedać. Dziś wspomina się go  jako „boiskowego rozrabiakę”. A na boisku potrafił robić takie rzeczy:  https://www.youtube.com/watch?v=nLhO2i4cTco&t=7s. A weźmy np. ten faul Jonesa na Ericu Cantonie: https://www.youtube.com/watch?v=P4T2pXeE6YQ. Czysta postać boiskowego bandytyzmu. Wejście z powietrza dwoma wyprostowanymi nogami, pewnie centymetry dzieliły Jonesa od tego aby wymazać z historii Manchasteru United jego legendę, jaką był Cantona. Kolejna postać przywołana przez Jurasa. Roy Keane. Pamiętacie jego odwet na Alfie-Inge Haalandzie? https://www.youtube.com/watch?v=p_st29mlQwU. Ten faul złamał Norwegowi karierę. A Irlandczyk zemścił się za to, że Haaland 3,5 roku wcześniej miał do niego pretensje o próbę wymuszenia rzutu karnego. Hmm. Jakbyśmy to teraz nazwali? „Boiskowy rozrabiaka” czy po prostu przejaw boiskowego bandytyzmu? Czym to się różni od brutalnej gry Jakuba Tosika czy Abdula Aziza Tetteha w polskiej lidze? Tym że Keane był klasowym piłkarzem a Jones miał pomysł na swoje życie? Czym różnią się przytoczone przeze mnie faule od boiskowej bandyterki zafundowanej nam przez np. Łukasza Tymińskiego czy Miroslava Bożoka w obecnej kampanii Ekstraklasy? Może to po prostu znów robienie z niektórych piłkarzy postaci kultowych, przez co na ich występki przymyka się po czasie oko? W każdym bądź razie brutalna boiskowa gra zdarzała się zawsze i zdarzać się będzie dopóki istnieje futbol.

 

Po trzecie. Świat poszedł do przodu. Może po prostu futbol rozwinął się na tyle, że obecnie gra jest bardziej fair play? Może piłka poszła w stronę czystej, finezyjnej gry a nie rąbanki i taktyki „kick & rush” czego najlepszym dowodem jest rozwój ligi angielskiej? No tak. Ilość symulek i boiskowych „nurków” momentami przeraża. Ale czy kiedyś pod tym względem było o wiele lepiej? W obecnych czasach jesteśmy bombardowani taką ilością spotkań, że ciężko by co tydzień gdzieś nie zdarzyły się próby wymuszenia faulu, płakanie w ramię sędziego itp.  W weekend na tapet możemy wziąć zarówno Premier League, Ligue 1, La Ligę, Ekstraklasę a nawet ligę chińską. Wystarczy kablówka i możemy cały dzień skakać po kanałach pomiędzy kolejnymi spotkaniami. A na stream’ach w internecie można oglądać najbardziej egzotyczne rozgrywki.  Kiedyś oglądać mogliśmy Ligę Mistrzów i co dwa lata Euro lub Mundial. W szczególności gdy nie posiadało się Canal Plus. Wyniki śledziliśmy za pomocą telegazety i czasopism. Ciężko mi się więc odnieść do tego jak wyglądały proporcje pomiędzy takimi chorymi zagrywkami kiedyś a dziś. Ale nie dam sobie wmówić, że kiedyś biegali po boiskach sami gladiatorzy a teraz tylko metroseksualne lale. W naszej reprezentacji mamy chociażby Pazdana i Glika. Grzesiu Krychowiak pomimo swojego specyficznego image’u jest dla mnie też boiskowym wojownikiem. Bonucci, Chiellini, Ramos, Kante… można wymieniać długo. Zresztą co jest wyznacznikiem bycia twardzielem?  Zbigniew Kruszynski, Polak grający w Wimbledonie w czasach „Crazy gang” wspominał w jednym z  wywiadów jak przed meczem z Liverpoolem Vinnie Jones rozbił piłkarzom „The Reds” drzwi od szatni wielkim młotem.  Gdyby obecnie na podobny pomysł wpadł Mario Balotelli z miejsca zostałby okrzyknięty mianem idioty. Może po prostu punkt widzenia zależny jest od punktu siedzenia?  Futbol stał się bardziej profesjonalny. Angielscy twardziele pokroju Paula Mersona czy Paula Gascoigne’a skończyli marnie. Dziś jeśli piłkarz nie prowadzi się wg. wzorców na bycie profesjonalistą jak Robert Lewandowski, nie ma czego szukać w zawodowej piłce. Są oczywiście wyjątki jak Jamie Vardy, no ale potwierdzają one tylko regułę. Rozwój futbolu, profesjonalizacja klubów, zdrowy i  higieniczny tryb życia. Tutaj też można szukać przyczyn tego, że piłce przycięto pazury. Nawet wywiady z piłkarzami odbywają się zazwyczaj wg. podobnych schematów, bo powiedzenie czegoś kontrowersyjnego może się wiązać z sankcjami zapisanymi w kontrakcie zawodnika.

 

Gdy kilkanaście dni temu Kamil Glik przebiegł się po nodze Gonzalo Higuaina w rewanżowym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów internet znów oszalał. Jego profil facebook’owy zalała fala negatywnych komentarzy, pisanych w głównej mierze przez Polaków. Zapewne przez polskich fanów Juve, ale mniejsza o to. Oj, odcięło Gliksonowi w tamtej sytuacji prąd i nie ma z czym dyskutować. Ale skąd to się wzięło? Boiskowy bandyta? Kamil z pewnością jest jednym z ostrzej grających polskich obrońców. Ale w skali światowej? Nie wyróżnia się jakoś szczególnie.  Dla mnie osobiście budzi chyba największą sympatię z grona wszystkich naszych reprezentantów. Bardziej kojarzę go z nieustępliwością i twardą walką niż z przejawami chamstwa na murawie. Po meczu Juventus vs. Monaco udzielił dla Canal Plus dość emocjonalnego wywiadu. Dla mnie przekaz jego słów był jasny. W jego żyłach nadal płynie bordowa krew Torino. Jego dusza jest nadal rogata jak byk w herbie największych rywali Juventusu.  Jego korzenie tak głęboko wrosły w glebę stolicy Piemontu, że gdzieś tam pod skórą, w każdym meczu nadal znajduje się trykot klubu, którego był kapitanem. W jego słowach nadal można było wyczuć nienawiść do „Starej Damy”. Oczywiście to nie usprawiedliwia tego co zrobił Higuainowi na boisku, ale zapewne dla sporej rzeszy kibiców Torino po raz kolejny stał się bohaterem.  I zapewne sympatia tych kilkuset jest dla niego ważniejsza niż nienawiść milionów. To jak? Boiskowy bandyta czy piłkarski twardziel? Wszystko znów zależy od perspektywy z jakiej się na to spojrzy. Koniec końców faulowanemu Argentyńczykowi nic się nie stało … tak jak Cantonie. Haaland szczęścia miał mniej … czy Wasilewski (Witsela nienawidzę).

 

Suma summarum. Nie wydaje wam się, że nie tylko piłka stała się bardziej miękka? Popatrzmy na świat dookoła, na image obecnych facetów. Spodnie rurki, obcisłe koszulki, lekki makijaż zrobiony do szkoły „by czuć się bardziej świeżo”. Wszechobecna, przesadzona, bezmyślna hipertolerancja (może akurat nie w Polsce 😉 ). Nie macie wrażenia, że całe społeczeństwo stało się bardziej zniewieściałe? Tak więc może futbol dostosowuje się do tempa i standardów jakie dyktuje świat? Skoro on produkuje metroseksualnych chłopców to siłą rzeczy oni trafiają również do piłki nożnej w przewadze względem „bad boy’ów”.

 

Tak więc ciężko będzie nam się już doczekać zdjęć takich jak to legendarne Terry’ego Butcher’a, zabryzganego krwią, po meczu ze Szwecją w ramach eliminacji do Mundialu w 1990 roku. W zamian dostajemy coraz bardziej dynamiczną i widowiskową grę. Więcej finezji mniej trzeszczących kości. Więcej nurkowania mniej walki do upadłego. Niewiele możemy na to poradzić. Zresztą jak już mówiłem, piłkarscy gladiatorzy zdarzają się nadal, tylko są przykryci większą warstwą płaczących panienek. A może to my zmiękliśmy i ci którzy kiedyś byli dla nas twardzielami, dziś stali się bandytami?

butcher

Happy Birthday Freddie Ljungberg !

Każdy kibic futbolu pamięta początki swojej miłości do piłki kopanej. Zazwyczaj jest wtedy małym brzdącem. Na piłkę patrzy przez pryzmat pięknych bramek, kosmicznych trików. Chłonie z niej to, co w tym futbolu najważniejsze i najpiękniejsze. Nie zastanawia się głębiej nad jego sensem, nie rozkminia taktyki, nie bawi się w „menadżera sprzed telewizora”. Nie stara się zastanawiać co trener zrobił w danym meczu źle. Gdzie popełnił błąd w ustawieniu zespołu. Kogo powinien usadzić na ławę bo jest bez formy a kogo desygnował by na zieloną murawę. Kocha piłkę miłością najczystszą, bezwarunkową. Jak każdy młody człowiek szuka sobie wówczas autorytetów. Ludzi, których podziwia.  Tak samo jest w piłce. Praktycznie każdy miał w latach dziecięcych swoich idoli. Piłkarzy, których grę oglądał z największym zapałem i z nieskrywaną przyjemnością. Którymi chciał być w czasie meczu na podwórku przed blokiem lub na betonowym boisku przed szkołą, krzycząc przed rozpoczęciem gry: „Ja jestem Ronaldo/Del Piero/Beckham/Raul”. Gdy strzelał gola, uderzając piłką o ścianę, na której był narysowany prostokąt, mający imitować futbolową bramkę w myślach wyobrażał sobie, że jest właśnie jednym z tych piłkarskich gladiatorów a osiedlowe boisko to tak naprawdę Camp Nou. Sąsiadka w oknie, która zastanawiała się czy dzwonić już po straż miejską, bo to małoletnie tałatajstwo powybija zaraz okna w piwnicy imitowała wraz z koleżankami siedzącymi na ławeczce i podśmiechującymi się i szepczącymi do siebie 60 tysięczną publiczność. A potem widziałeś w tv przepiękną przewrotkę Rivaldo, zabójczego „rogala” Roberto Carlosa czy też atomowe okienko Figo i starałeś się nieporadnie odtworzyć tą sytuację. Nad łóżkiem codziennie rano witał cię wraz z pamiątką z pierwszej komunii poster z „Bravo Sport” z podobizną twojego bożyszcza. Też tak mieliście? Tak miałem i ja. Ja również miałem swojego idola. Idola innego niż wszyscy. Nie porywał mnie strzelecki instynkt Del Piero czy Inzaghiego ani młotek w nodze Roberto Carlosa. Nie jarały mnie dośrodkowania i rzuty wolne Beckhama ani „ruleta” Zidane. Moim klubem był Arsenal. Moją gwiazdą … nie, wcale nie genialny Thierry Henry … nie, nie, Bergkamp i jego mordercza intuicja też nie. Mi imponowała gwiazda reprezentacji Szwecji. Zlatan? Bitch please. „Ibra” chuliganił wtedy jeszcze w Rosengard, szemranej dzielnicy Malmoe. A na murawie „Highbury” zachwycał Fredrik Ljungberg. Dziś Szwed kończy 40 lat!

Od zawsze imponowali mi gracze niekonwencjonalni. Ale ta niekonwencjonalność nie objawiała się zawsze na boisku. W piłkarzu potrafiły przykuć moją uwagę szczegóły. Lubiłem graczy o kontrowersyjnym wyglądzie. Na przełomie wieków takich piłkarzy było naprawdę sporo. Zresztą w tamtych czasach było łatwiej przykuć uwagę swoim imagem niż obecnie. Taribo West i jego kolorowe warkoczyki. Utlenione włosy i broda Portugalczyka Abela Xaviera. Pomarańczowe okulary „Pit Bulla” Davidsa. Był też on. Miał pstrokatą, pofarbowaną na czerwono fryzurę. Ale przede wszystkim zdobywał gole dla „The Gunners”. Najcudowniejszego klubu pod słońcem.

Szczerze? W dzisiejszych czasach prawdopodobnie bym go nie polubił. Bo w gruncie rzeczy jego stylówa trącała troszeczkę metroseksualnością. Miał dużo z Beckhama. Tylko kariery aż takiej nie zrobił. Występował jako model, reklamował bieliznę Calvina Kleina. Potem panowie razem nawet zastąpili swoje modne irokezy fryzurą „na rekruta”. Obaj czarowali na boisku bajeczną techniką. Postawię nawet śmiałą tezę, że Ljungberg wcale nie był od Becksa piłkarsko gorszy. Bo Becks był grajkiem przereklamowanym, tylko marketingowo był królem. A Freddie? Umiał przykuć uwagę skillami. Są gracze na których czasem patrzę, patrzę na ich życiorysy i sobie myślę: „Kurwa, gdybym miał być piłkarzem, właśnie nim chciałbym być”. Piłkarze magnetyzujący swoim jestestwem, stylem bycia. Nawet jeśli w piłce przez swój trudny charakter wiele stracili. Z obecnych zawodników? Na pewno Zlatan, na pewno Quaresma… Kiedyś? Właśnie Fredrik. Chociaż on akurat w porównaniu do wymienionej dwójki był aniołkiem. Dla mnie wystarczyło, że miał czerwone kłaki i świetnie grał :). Zresztą profesjonalistą być musiał. W końcu grał dla Arsenalu w początkowych czasach ery Wengera. Był członkiem „The Invincibles”. Trzy razy był z „Kanonierami” Mistrzem Anglii. Trzy razy zdobywał Puchar tego kraju.  Przez 9 lat gry z armatką na piersi zagrał 313 razy i 71 razy wpisywał się do protokołu sędziowskiego jako strzelec bramki. Dla mnie jego odejście to takie symboliczne zakończenie pewnej epoki w Arsenalu. Od tamtego momentu zespół powoli pikował w dół. Tracił też jakość. On był jednym z ostatnich graczy, którzy byli „Kanonierami” z krwi i kości. Wizytówka lepszych czasów…

Lubiłem go mimo tego, że grał w znienawidzonej przeze mnie reprezentacji Szwecji. Strzelał nam gola w meczu na Stadionie Śląskim w 1999 roku, posyłając piłkę między nogami Kazimierza Sidorczuka. Był jedną z głównych postaci ich kadry gdy w 2003 roku wyrzucali nas z barażu do ME 2004, przegrywając mecz z Łotwą. Przesadziłem troszkę pisząc, że gdy szalał na boisku to Zlatan był jeszcze „noł-nejmem”. „Ibra” jest młodszy od niego zaledwie o 4 lata. Zresztą pojawił się na kartach autobiografii „Ja, Ibra” jako… główny antagonista Ibrahimovicia. „Ibra-Cadabra” kilkukrotnie dawał znać, że żadnego piłkarza nie nienawidził w życiu tak mocno jak Fredrika. Cóż, nie mi te waśnie oceniać. W kadrze „Trzech koron” zagrał 75 razy i zdobył 14 bramek.

Gdy w 2007 roku odchodził z Arsenalu pograł jeszcze rok w Premier League w barwach West Ham. Reszta kariery to już czysta egzotyka. USA, Japonia i Indie. Gdzieś pomiędzy jeszcze epizod w katolickiej części Glasgow. Dziś zasiada na ławce trenerskiej VFL Wolfsburg w roli asystenta Andriesa Jonkera. A dla mnie na zawsze pozostanie ikoną Arsenalu i mojego uwielbienia dla klubu oraz dawnego stylu ekipy z „Highbury” z logo JVC i Dreamcasta na koszulkach. Sto lat Freddie !!! Może to właśnie ty kiedyś zastąpisz „Bossa” na ławce trenerskiej.

zp_Ljungberg-trophy4-020512AFC_3953

Panu już dziękujemy, panie Wenger.

Arsene Wenger. Nie będzie chyba przesadą jeżeli napiszę, że w dużej mierze to właśnie jemu zawdzięczam swoją fascynację zespołem Arsenalu. Fascynację, która rozpoczęła się w okolicach 2002 roku.  „Kanonierzy” byli już wówczas  od 6 lat sterowani przez francuskiego menadżera. Zdążył on już wtedy odcisnąć silną pieczęć na klubie z północnego Londynu. Grupę piłkarskich rzemieślników, grających typową w owych latach angielską rąbankę zdołał przemienić w futbolowych maestrów, których gra była nektarem dla duszy fanów futbolu, kochających piękną grę.  Oddzielił grubą kreską czasy kiedy piłkarze po treningu lądowali w pubie, wcześniej pochłaniając na kolację porcję śmieciowego żarcia i zainicjował czasy gdy piłkarze po treningu chodzili do dietetyka, a o 22 leżeli już w łóżkach.  To dzięki Francuzowi mogłem oglądać jedną z najwspanialszych drużyn w dziejach futbolu – „The Invincibles”, którzy w sezonie 2003/04 wygrali ligę angielska nie notując żadnej porażki. Fenomenalny zespół z Bergkampem, Henrym , Vieirą czy Ljungbergiem w składzie. Kochałem patrzeć wówczas na to co ten zespół potrafił robić na boisku. Z drużyny, w kierunku której kibice rywali wykrzykiwali złośliwie: „Boring, boring Arsenal”, śmiejąc się z usypiającego stylu gry, stali się klubem serwującym fanom piłki techniczne fajerwerki.  Kochałem też w latach późniejszych,  już po zdobyciu trzech tytułów mistrzowskich i czterech FA Cup. Luty 2011 roku. W 1/16 finału Ligi Mistrzów spotyka się właśnie Arsenal i wielka FC Barcelona. Mecz zostaje okrzyknięty starciem dwóch ekip grających w Europie najefektowniejszy futbol. „Kanonierzy” w pierwszym meczu wygrywają na Emirates 2:1. W ich bramce stojący u progu dorosłej kariery Wojtek Szczęsny. Pomimo przegranego rewanżu na Camp Nou (po niesłusznej czerwonej kartce dla Robina Van Persie’go) to był wspaniały dwumecz. Arsenal mimo tego, że był skazywany na porażkę grał dzielnie i walczył do końca przez całe 180 minut tej batalii. Sześć lat później w tej samej fazie rozgrywek ten sam klub zostaje rozbity przez Bayern Monachium 1:5 na własnym boisku. W całym dwumecz 2:10. To był cień Arsenalu sprzed tych  pięciu lat. Nie wspominam już nawet o „The Invincibles”, bo aktualny Arsenal w porównaniu z tamtą drużyną to mało śmieszny żart. Nie było ambicji, nie było polotu. Nie było żadnych przesłanek dających światełko nadziei na nawiązanie walki. Wrażenie troszeczkę lepsze niż Legia w dwumeczu z BVB w fazie grupowej.  To sporo powinno mówić o tym ile dzieli obecnie podopiecznych Wengera od europejskiego, ścisłego topu. Panie Weneger! Może formuła prowadzenie tego zespołu się wyczerpała? Może to najwyższy czas zejść ze sceny? Może tak jak w 1996 roku odnawiał pan ten klub i wywindował go pod względem profesjonalizmu o lata świetlne do góry, tak teraz jest pan hamulcowym  na drodze do tego by Londyńczycy wskoczyli na kolejny pułap? To co było skuteczne 20 lat temu, obecnie może być nic nie warte.  Arsenal traci uznanie, traci renomę w oczach fanów piłki. Arsenal zaczyna być pośmiewiskiem w europejskiej elicie. Stagnacja na poziomie Top 4 w Premier League i wyjścia z grupy LM przestaje zaspokajać ambicje fanów. Zwłaszcza że powoli ulatuje też ta magia i ten styl, którym „The Gunners” urzekali przez tak liczne sezony.

Jak donoszą europejskie media, Weneger podobno pożegnał się już z piłkarzami i wiele wskazuje na to, że faktycznie po sezonie nastąpi w końcu zmiana na ławce trenerskiej Arsenalu. Tak jak dałem do zrozumienia we wstępie tego wpisu – Do Wengera będę miał olbrzymi szacunek już na zawsze. Śmiem wątpić czy w historii „The Gunners” pojawi się jeszcze mendżer, który zrobi tak wiele dla tej drużyny. Wszystko ma jednak swój początek i koniec. To jest według mnie ostatni dzwonek by usunąć się w cień i nie rozmieniać się na drobne.  Dla dobra swojego i dla dobra klubu. Piłka cały czas się rozwija i tak jak Wenger 20 lat temu był trenerem innowacyjnym, nowoczesnym, rozwojowym tak obecnie jego warsztat zaczyna lekko rdzewieć. Królem taktyki Francuz nigdy nie był, co wytykali mu nawet jego zwolennicy, chociażby w książce: „Arsenal: Jak powstawał nowoczesny superklub” Alexa Fynn’a i Kevina Whitchera. W erze w której taktyka odgrywa rolę kluczową, gdzie taktykę wpaja się adeptom futbolowych akademii już od najmłodszych lat a przy linii bocznej królują tacy maniacy jak Diego Simeone czy Antonio Conte, potrafiący szachować ustawieniem swoich zespołów na murawie niczym Garri Kasparov gońcem po czarno-białej planszy, szef „Kanonierów” zdaje się zostawać troszeczkę z tyłu w tym pędzie. Kolejnym, bardzo częstym zarzutem wysuwanym przez kibiców 13 krotnych Mistrzów Anglii na przestrzeni ostatnich sezonów było skąpstwo „Bossa” i niechęć do wydawania większych sum na transfery. Co prawda w ostatnich latach do zespołu dołączyli Mesut Oezil czy Alexis Sanchez, gracze uważani za piłkarzy reprezentujących poziom światowy ale jednak znakiem rozpoznawczym polityki transferowej Arsenalu była opieszałość w trakcie okienek transferowych i ściąganie na ostatnią chwilę graczy prezentujących przeciętne umiejętności. Alex Santos, Gervinho, Sebastian Squillaci … długo tak można wymieniać. Do tego transfery „młodych talentów” z których zawsze słynął klub, ale jednak to za mało. Mnie swego czasu uderzyło wypożyczenie szwedzkiego pomocnika Kima Kallstroma. Nie dość że gracza o umiejętnościach … hmm … średnich, to w momencie wypożyczenia kontuzjowanego. Posunięcie bez jakiegokolwiek logicznego podłoża. Zdania są jednak w tym temacie podzielone. Nie wiadomo na ile to wina menadżera a na ile właściciela i zarządu. Odnoszę zresztą wrażenie że z roku na rok te transfery, poza nielicznymi wyjątkami miały coraz mniejszą jakość i wpływały na coraz gorszą dyspozycję zespołu. Przeciętniactwo. To słowo dobrze opisujące obecna drużynę Arsenalu. Iwobi, Coquelin czy Granit Xhaka, który poza brutalną grą i faktem że czasami odcina mu prąd, moim zdaniem niewiele wnosi do gry drużyny. To zawodnicy, którzy nie powinni stanowić trzonu ekipy mającej aspiracje do walki o najwyższe trofea w Anglii. Tym przeciętniactwem zaraził się w ostatnim czasie nawet Mesut Oezil. Brak tu ikry, brak lidera.

Szczerze? Nie dziwię się zachowaniu Alexisa. Sanchez jest jedynym piłkarzem starającym się ciągnąć ten wózek do przodu w ostatnich meczach. W moim odczuciu jego frustracja wynika z braku akceptacji na taki stan rzeczy. Jest graczem z genem zwycięstwa i chce walczyć do końca w każdej sytuacji. Tego genu brakuje innym. Ramsey, Walcott, Oxlade-Chamberlain. Piłkarze biegający z armatką na piersi od wielu sezonów. Ale chęci umierania za ten klub w nich nie dostrzegam. Dojrzewali w tym zespole w czasie gdy ten już nie zdobywał trofeów. Gdy każdego zadowalało miejsce w Top 4 i awans do Ligi Mistrzów. Może ciężko teraz opuścić strefę komfortu? Sanchez się z tym nie godzi, być może pokazuje swoją frustrację w zbyt ekspresyjny sposób, ale piłkarska ambicja nie pozwala mu na bycie tylko dobrym. On chce odnosić sukcesy, zdobywać trofea. Bardzo ciężko będzie po sezonie zatrzymać Chillijczyka w drużynie. Prawdę mówiąc, nie będę mu jednak miał tego za złe. Za chwilę Arsenal być może stanie się synonimem klubu bez ambicji.

Ostatnimi czasy przeczytałem gdzieś w internecie tezę pewnego z obrońców Wengera, mówiącą o tym, że winę za beznadziejną politykę transferową ponosi właściciel drużyny Stan Kroenke i reszta zarządu, której nie zależy na dalszym rozwoju klubu. Jeżeli tak by było naprawdę, to tym bardziej nie rozumiem co Wenger jeszcze robi w zespole, w którym ogranicza mu się pole działania i doprowadza do sytuacji wpędzającej drużynę w marazm. Wenger ma w tym klubie na tyle silną pozycję, że ma chyba realny wpływ na formowanie kształtu klubu. Chyba, że potulnie przystaje na wszystkie odgórne decyzje. Ale ciężko w to wierzyć.

Era Wnegera dzieliła się na dwie fazy. Granicą pierwszej, tej bardziej udanej był finał Ligi Mistrzów, w którym klub zagrał w 2006 roku. Do tego czasu Arsenal można było zaliczać do klubów ze światowej czołówki. Po tej dacie zaczęło się powolne zakopywanie w jednym miejscu. Stagnacja na poziomie miejsca w pierwszej czwórce i udziału w Lidze Mistrzów. Wczoraj „The Gunners” odpadli na poziomie 1/16 finału po raz siódmy z rzędu. Nie pamiętam już kiedy ostatnio liczyli się do samego końca w walce o tytuł mistrza Anglii. Nawet roku temu, gdy fatalny sezon zanotowała Chelsea, słabszy był Machester City a Manchester United nadal nie może otrząsnąć się po erze Fergusona. W dwumeczu z Bayernem obejrzałem najgorszy Arsenal, jaki widziałem od kiedy kibicuję tej drużynie. Nie wiem co było bardziej żenujące – gra „Kanonierów” czy flaga LGBT i podobizna Che Guevary na sektorze fanów z Bawarii. Nie wierzę w to, że pod batutą Wengera może nastąpić jeszcze jakiś przełom. To jest czas na rewolucję. Trenerze, dzięki za wszystko ale jeśli chcesz ostatni raz zrobić coś dobrego dla tego klubu to ustąp! Chyba że twoim marzeniem jest trenować zespół do, za przeproszeniem, usranej śmierci … a nawet wtedy kierować zespołem za pomocą planszy Ouija.

 

wenger-out

 

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑