Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia”

Polski rynek książek sportowych składa się w 2/3 z biografii (nie znam dokładnych danych, strzelam). Dlatego każda pozycja, nie będąca historią znanego sportowca, tudzież nie opisująca historii jakiegoś klubu/reprezentacji, jest miłą odmianą. Z wielką ciekawością sięgnąłem więc po dzieło Stefana Szymańskiego i Simona Kupera. Miało ono stanowić książkową wersję filmu „Moneyball”, tylko lepszą, bo traktującą o ukochanej piłce nożnej, a nie o jakimś egzotycznym basseballu. Miało być wypełnione mnóstwem odkrywczych tez i ciekawostek. Czy faktycznie tak było? No niekoniecznie.

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia””

Pasja z podwórek – fundament silnej piłki.

Narodowy model gry, wzorce szkoleniowe wprost z Holandii/Chorwacji/Belgii, nowoczesne systemy szkolenia, akademie piłkarskie z prawdziwego zdarzenia, boiska pod balonem, odpowiednia dieta, praca z psychologiem bla, bla, bla, bla, bla… Często słyszymy dyskusje o złotym środku, który ma uzdrowić rodzimy futbol.  Piłkarscy eksperci prześcigają się w pomysłach, które powinniśmy zastosować, by poziom naszej ligi wzrósł chociaż odrobinę.  Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”.  Chcecie wiedzieć co moim zdaniem, powinno być źródłem  silnej piłki na poziomie seniorskim? Dzieciaki grające na podwórku pod blokiem. Profesjonalizacja, każdego aspektu szkolenia młodego piłkarza jest ważna. Żeby wyszkolić dobrego zawodnika potrzebny jest odpowiedni sztab ludzi, którzy znają się na rzeczy. Potrzebne są te wszystkie wizje, uczenie młodego najdrobniejszych elementów jak: dieta, odpowiednie prowadzenie się itp. Moim skromnym zdaniem potrzebne jest jednak coś jeszcze. Silny korzeń, który nie pozwoli, by całe drzewo przewróciło się przy pierwszej lepszej wichurze.  Pasja powinna pochodzić z podwórek. Podstawą sukcesu, jest zaszczepienie mody na futbol na ulicach. Młodzi powinni ją kopać dla przyjemności na podwórku, rywalizować w turniejach „dzikich drużyn”. Skoro piłka nożna to wg. wielu osób nasza dyscyplina narodowa, powinniśmy postarać się, by każdy od maleńkiego miał zaszczepiony pierwiastek futbolu.  Żeby kształtować piłkarza, powinniśmy najpierw stworzyć odpowiedni narybek, by mieć z czego łowić. Żeby mieć z czego łowić, to powinniśmy promować piłkę tak, by dzieciak zamiast pada i konsoli oraz idiotycznych filmików na YT wybrał boisko. Czym skorupka za młodu nasiąknie…

Czytaj dalej „Pasja z podwórek – fundament silnej piłki.”

Dzienniczek Kanoniera (6)

Za nami kolejny tydzień w czasie którego Arsenal rozegrał dwa spotkania. W ostatnich dniach mogliśmy się emocjonować ligowym starciem z Watford i meczem w ramach Carabao Cup z grającym na zapleczu Premier League Brentford. Obydwa mecze zakończyły się zwycięstwami Arsenalu, dzięki czemu przedłużyliśmy passę ligowych zwycięstw do pięciu a licząc pozostałem rozgrywki to była to kolejno szósta i siódma wygrana „Armatek”. Postawa „Kanonierów” cieszy coraz bardziej i mimo wielu niedociągnięć w grze zespołu, mamy podstawy by się cieszyć i być optymistami. 

Rozgrywki Carabao Cup kryją pod swoją tajemniczą nazwą nic innego jak stary, poczciwy Puchar Ligi. Jak wiadomo są to rozgrywki, które przez większość czołowych klubów traktowane są po macoszemu i służą bardziej jako poligon doświadczalny dla graczy z drugiego garnituru. Mało która drużyna traktuje te rozgrywki priorytetowo. W czasach terminarza przeładowanego meczami do granic możliwości jest on raczej dokuczliwym obowiązkiem aniżeli szansą na odniesienie sukcesu. Oczywiście trofeum to trofeum  i lepiej je mieć w gablocie niż nie mieć ale ewentualny brak triumfu w Carabao Cup nikomu nie spędzi snu z powiek. Większą wagę kluby będą do niego przywiązywać w końcowej fazie – szczególnie te, które już w połowie sezonu zmniejszą swoje szanse na sięgnięcie po jakiś poważniejszy puchar. Nam na pierwszy ogień rzucono wspomniany wyżej Brentford. Popularne „Pszczoły” nieźle radzą sobie na początku sezonu w Championship. W tym momencie zajmują 6 pozycję w ligowej tabeli.  W ich składzie ciężko jednak poszukać jakieś bardziej znane nazwisko. Największą gwiazdą jest chyba obrońca Henrik Dalsgaard, który latem razem z reprezetacją Danii walczył na rosyjskim Mundialu. Kibicom „Kanonierów” w oczy mogło się także rzucić nazwisko Yennaris. Posiadający chińskie korzenie 25 latek jest wychowankiem akademii Arsenalu. Nasz zespół reprezentował do 2014 roku ale zaliczył tylko jeden ligowy występ. Szczerze mówiąc doskonale go pamiętam, bo Arsene Wenger postanowił go desygnować do gry w starciu z Manchesterem United. Zmienił wówczas kontuzjowanego Johana Djourou. Przegraliśmy wówczas 2-1 a było to w styczniu 2012 roku. Poza tym wystąpił w kilku meczach FA Cup i Pucharu Ligi. Wróćmy jednak do starcia z Brentford. Wszystko rozpoczęło się zgodnie z planem i już w 5 minucie prowadziliśmy 1-0 za sprawą Danny’ego Welbecka.  Pierwsza połowa była strasznie monotonna i nudna. Działo się nie wiele. Gdyby nie wspomniany Welbz to można powiedzieć, że spotkanie mogłoby służyć za doskonały środek nasenny. Danny pod koniec pierwszej połowy podwyższył wynik na 2-0 po dobrej akcji Iwobiego i Monreala. Hiszpan wystawił reprezentantowi Anglii piłkę do pustaka. Wydawało się, że w tym meczu nie wydarzy się już nic ciekawego i Arsenal najmniejszym nakładem sił przebrnie przez trzecią rundę. Znów w bramce nudził sie jak mops Bernd Leno. Ale do czasu. Zawodnicy Brentford uznali chyba w przerwie meczu, że i tak nie mają już nic do stracenia a odważne ataki od początku drugiej połowy mogą zaskoczyć grający na pół gwizdka Arsenal. Bardzo aktywny w szeregach gości był Irlandczyk Alan Judge, który przejawiał największą ochotę do gry. To właśnie on zdobył w 58 minucie gry bramkę kontaktową. Doskonale przymierzył z rzutu wolnego i pokonał Bernda Leno strzałem z około 20 metrów. Nie jestem pewien czy Niemiec nie mógł się ustawić troszeczkę lepiej przy tym uderzeniu. Ale nie zrzucałbym całej winy na jego karb, bo trzeba oddać Judge’owi, że przymierzył doskonale. W szeregach Arsenalu nastąpił pewna konsternacja a „Pszczoły” zwęszyły szansę na ugranie niezłego wyniku na Emirates. Kilka razy kotłowało się pod bramką gospodarzy, chociaż nie można powiedzieć by Brentford stworzyło sobie jakąś stuprocentową okazję. Arsenal za to nie potrafił sklecić żadnej konkretnej akcji. Znów sporo chaosu było w szeregach obronnych „Armatek” ale to już się chyba nie zmieni, póki nie wzmocnimy tej formacji jakimś konkretnym transferem. Chodzi szczególnie o środek. Mustafi i Holding popełniają masę błędów a nasz najlepszy stoper – Sokratis – nabawił się urazu. Strach pomyśleć jeśli … tfu, tfu … kontuzję złapałby jeszcze Niemiec. Kim wówczas załatamy tą dziurę? Magazynierem? Sprzątaczką? Na rynku jest z kartą na ręku Gary Cahill, ale jemu najbliżej do West Bromu. Uważam, że były reprezentant Anglii byłby dobrą opcja tymczasową. Taką na załatanie dziury na terez, do zimy i ewentualne zabezpieczenie się. Brentford na szczęście nie potrafił wykorzystać chaosu panującego w tyłach Arsenalu. Leno miał na pewno więcej pracy niż w spotkaniu z Worskłą i ogólnie „Pszczoły” zaprezentowały się z lepszej strony niż zespół z Ukrainy. A może to „Kanonierzy” zagrali gorzej? Na szczęście w końcówce meczu nerwy ukoił wprowadzony chwilę wcześniej Lacazette, podwyższając na 3:1. Dla mnie jednak najlepiej w naszych szeregach zaprezentował się Welbeck. Welbz prezentuje się na początku sezonu wyśmienicie i stanowi świetną alternatywę dla Lacazette i grającego słabo Auby. Jest takim trochę Danielem Sturridgem z Liverpoolu. Niby dopiero opcja nr. 3 ale potrafiąca wnieść sporo dobrego. Idealny facet na rozbijanie defensyw w LE i Carabao Cup, gdzie warto oszczędzać siły tych najlepszych. Chociaż patrząc na dyspozycję Auby i Welbza to zaczynam się zastanawiać, który z nich to ten lepszy.

Mecz z Watford był pierwszym w tym sezonie, którego nie udało mi się obejrzeć w całości. Pierwszą połowę spędziłem oglądając mecz mojego lokalnego LKS Dąb Barcin w A-klasie. Futbol lokalny zawsze znaczył dla mnie wiele w myśl zasady „Support your local football team”. Lokalny patriotyzm to podstawa :). Zdążyłem na drugą połowę, którą też obejrzałem tylko obszernymi fragmentami bo musiałem skakać po kanałach, gdyż mój ojciec, fanatyk Ekstraklasy musiał wiedzieć co się dzieje w meczu Piasta Gliwice i Górnika Zabrze :). Opieram więc swą wiedzę w dużej mierze na przeczytanych relacjach i obejrzeniu fragmentów w internecie. Nie będę zatem się jakoś szczególnie wymądrzał. Nie chcę być tutaj chamski ale kontuzja Petra Cecha nie do końca mnie martwi. Tzn. nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście każdy uraz „Kanoniera” jest dla mnie zmartwieniem i życzę jak najszybszego dojścia do pełni zdrowia ale nadarza się doskonała okazja by Bernd Leno wykorzystał swoje 5 minut i wskoczył pomiędzy słupki na stałe. Jak wiecie nie jestem wielkim entuzjastą występów Czecha. Był wspaniałym golkiperem, jednym z najlepszych na świecie ale jego 5 minut już chyba minęło. Poza tym jeśli Emery chce nadal opierać swoją grę na wykorzystywaniu bramkarza, który musi dobrze operować w grze nogami, no to sorry ale nie Peter. Dodatkowo Leno został jednym z bohaterów meczu z Watford. Meczu piekielnie ciężkiego, co pokazują nawet statystyki i większa ilość strzałów oddanych przez „Szerszenie”. Zresztą kto widział ten wie. Mogliśmy przerżnąć z kretesem. Szybcy gracze ofensywni Watford z łatwością potrafili się urwać naszym defensorom. Mieliśmy sporo szczęścia, że nie wykorzystali żadnej z okazji, które sobie wypracowali. Szczęścia pod bramką Bena Fostera nie miał też Lacazette. Ta piłkarska fortuna uśmiecha się jednak szeroko do graczy Emery’ego na początku sezonu. Tego co nie wykorzystał Francuz pomógł mu odzyskać Craig Cathcart, który pechowo skierował piłkę do swojej bramki. Chwilę później na 2-0 podwyższył Oezil i było pozamiatane. Arsenal momentami męczy swoją grą. Męczy zarówno siebie jak i oko kibca ale potrafi w ciągu 90 minut zagrać łącznie 5 dobrych minut i wykorzystać je do maksimum. Mamy sporo szczęścia. Słabą obronę, luki w składzie, krótką ławkę. Ale Emery wyciska póki co potencjał „Kanonierów” na 110%. Naprawdę, póki co możemy być mega zadowoleni z wyników.

Na koniec mała prośba do wszystkich tych kibiców, którzy narzekają na brzydką grę i w ogóle są mega nizadowoleni z postawy Arsenalu. Zrozumcie, Emery nie jest cudotwórcą. Nie będziemy Barceloną po dwóch tygodniach (zresztą obecną Barceloną wcale bym nie chciał być). Potrzeba czasu by to wszystko się zazębiło a jak narazie osiągamy super wyniki w porównaniu do naszego potencjału i stylu gry. Przegraliśmy tylko z City, które znów zamiata ligę i pechowo na Stamford a Chelsea pod wodzą Sarriego też gra świetnie. Zastanówcie się nad tym i dajcie czas oraz wsparcie zespołowi. Wszystko będzie dobrze. Cierpliwości 🙂

Zachęcam do przeczytania mojego najnowszego tekst o kultowym serialu animowanym „Kapitan Tsubasa” na rfbl.pl

 

Dzienniczek Kanoniera (5)

W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję obejrzeć dwa mecze naszego ukochanego Arsenalu. W czwartkowy wieczór „Kanonierzy” zainaugurowali rozgrywki Ligi Europy a wczoraj rozegrali mecz w ramach 6 kolejki Premier League. Obydwa te spotkania rozegrano na Emirates Stadium, obydwa okazały się zwycięskie. Dzięki temu seria zwycięstw Arsenalu wzrosła do pięciu. Taka postawa podopiecznych Emery’ego cieszy ale do stanów euforycznych jeszcze nam trochę brakuje. W grze „Armatek” można zobaczyć wiele dobrego ale momentami ich postawa na boisku powoduje zgrzytanie zębami. Ale po kolei…

Liga Europy nazywana jest pucharem pocieszenia. Wiele klubów, szczególnie tych z bogatszych lig, traktuje ją po macoszemu. Wielu piłkarzy neguje jej wartość. Cóż, grają w niej zespoły, które okazały się zbyt słabe na występy w Lidze Mistrzów. Te, które nia dały rady zmieścić się w czołówce najlepszych europejskich lig i wielu „kopciuszków” z peryferii europejskiej piłki. Szkoda, że w drugiej lidze Starego Kontynentu brakuje choćby jednego miejsca dla drużyny z Polski. No ale ja nie o tym. Dla zespołu takiego jak Arsenal występy w fazie grupowej Ligi Europy to takie troszeczkę zło konieczne. Rywale niezbyt medialni, którzy nie przyciągną na stadion zbyt wielu fanów, czego dowód mieliśmy w czwartkowy wieczór. Co za tym idzie zyski z dnia meczowego niewielkie. Poziom sportowy tych drużyn też nie może nam zagwarantować dobrego widowiska. Plusem jest to, że mamy rozgrywki w których mogą się zapezentować piłkarze drugiego garnituru. Tak też było w spotkaniu z Worskłą Połtawa. Na boisku mogliśmy ujrzeć choćby Mohameda Elneny czy Roba Holdinga, którzy nie mieli jeszcze okazji pokazać nam się w lidze. Mnie osobiście najbardziej interesował występ Bernda Leno, który w końcu dostał szansę debiutu w bramce. Sam mecz? Tak jak mówiłem – na trybunach Emirates duża ilość pustych krzesełek. Początek meczu niemrawy. Oczywiście piłka znajdowała się głównie w posiadaniu Arsenalu ale nie wiele z tego wynikało. „Kanonierzy” starali się zawiązywać jakieś składne akcje ale często brakowało jakości, ciężko im było złapać odpowiedni rytm. Na szczęście umiejętności rywala nie pozwalały im na skuteczne kontrowanie naszego zespołu. Wszak Worskła to na chwilę obecną dopiero 5 zespół ligi ukraińskiej, która po zawirowaniach wojennych u naszych wschodnich sąsiadów mocno straciła na jakości. Ciężko nam było sobie wyobrazić by przyjezdni potrafili nawiązać równorzędną walkę z „Armatkami”. Tak też było ale zanim Arsenal wrzucił odpowiedni bieg i zaczął cieszyć nasze oko widowiskową grą mieliśmy jakieś 30 minut piłkarskiego paszkwila. Zasieki obronne rywala zostały przełamane w 32 minucie. Arsenal wyprowadził wzorową kontrę. Piłkę w naszym polu karnym odzyskał Michitarjan, szybkim podaniem uruchomił Iwobiego, ten zauważył na drugim skrzydle niepilnowanego Aubameyanga a Gabończyk na wślizgu posłał piłkę obok bezradnego Bogdana Shusta. Cała ta akcja – palce lizać. Szczególnie spodobała mi się trzeźwa postawa Miki, który rozpoczął całą tą akcję. Momentalnie wykorzystał błąd Ukraińca i z własnego pola karnego, dobrym podaniem uruchomił na skrzydle Iwobiego, który zaabsorbował uwagę defensorów rywala. Pozostawiony samopas Auba dopełnił formalności. Ciężko powiedzieć czy stracona bramka zadziałała tak demobilizująco na graczy Worskły czy otwarcie wyniku napędziło Arsenal ale od tego momentu przez większą część spotkania był to teatr jednego aktora. Aktora w postaci dziesięciu graczy „Kanonierów”. Leno nie liczę bo on wynudził się jak mops. Przed przerwą mieliśmy jeszcze słupek Auby i kąśliwy strzał Torreiry z wolnego. A propos Urugwajczyka to muszę zaznaczyć, że jego nieustępliwość i poświęcenie w grze powoduje, że powoli staję się jego wielkim fanem.

Mamy swojego N’golo Kante :). Uwielbiam Cię mały skubańcu. Początek drugiej połowy to dalszy trening strzelecki Arsenalu. Bramka Welbecka po wrzutce Miki, bramka Auby z dystansu po uprzednim wkręceniu w ziemię obrońcy. Wszystko to przeplatane licznymi sytuacjami, które nie zostały wykorzystane. Absolutna dominacja. Dzieła zniszczenia dopełnił Oezil i gdy zastanawialiśmy się ile jeszcze goli zdobędą „Kanonierzy” stała się rzecz, której nikt z nas się nie spodziewał. Worskła zdobyła dwie bramki. Najpierw w polu karnym fatalnie dał się ograć Lichtsteiner i Chesnakov nie dał szans Leno a w ostatniej akcji meczu Sharpar uderzył ze skraju pola karnego i Niemiec wyciągał piłkę z siatki po raz drugi. Dwa kompletnie niepotrzebne gole, które zamazują obraz widowiska. 4-0 byłoby bardziej adekwatne do tego co miało miejsce na murawie. Worskła długimi fragmentami nie istniała. Te dwie bramki to efekt dwóch jedynych akcji, które udało im się stworzyć. Brawa za skuteczność, brawa za walkę. Szkoda Leno, którego nie można winić za utratę tych goli a który nie miał innych okazji by udowodnić swoją przydatność. Nie ma jednak co narzekać. Są trzy punkty, był dobry trening strzelecki. Zrobiliśmy swoje. A czy mecz skończył się 4-0 czy 4-2? Myślę, że nie ma to aż takiego znaczenia. Tak właśnie powinny wyglądać czwartki z LE. Robimy swoje bawiąc się przy tym na murawie, bez utraty zbędnych sił. Myślę, że nawet Sporting nie będzie w stanie nam zagrozić. Może urwie nam punkty u siebie ale też nie stawiałbym na to wielkich pieniędzy.

Oglądając pierwszą połowę wczorajszego starcia z Evertonem miałem wrażenie, że przeżywam deja vu sprzed tygodnia. No, może nie do końca. Bo Newcastle nie stwarzało większego zagrożenia a The Toffees mieli konkretne okazje. Już w jednej z pierwszych akcji meczu mógł nas pogrążyć Calvert-Lewin. Na szczęście Cech popisał się swoim doświadczeniem i skutecznie wyczekał rywala. Rzadko chwalę naszego golkipera ale wczoraj zaliczył chyba swój najlepszy mecz w sezonie. Może nie miał jakichś mega trudnych sytuacji do wybronienia ale był bardzo pewny w swoich interwencjach no i jednak kilkukrotnie rywale sprawdzili jego czujność. Wybronił sam na sam z Walcottem, rzut wolny Digne i strzały Richarlisona. Szczególnie Brazylijczyk stanowił spore zagrożenie i kilkukrotnie urywał się obrońcom. Facetowi wystarczy zostawić troche wolnego miejsca a napędzi się na tyle, że na kilku metrach potrafi odstawić cię na spory dystans. Przekonał się o tym chociażby Bellerin. Generalnie jest to już kolejny mecz Arsenalu w którym zaczynamy strasznie niemrawo i pozwalamy na samym początku przejmować inicjatywę rywalowi. Trochę tak jakbyśmy wychodzili na murawę po krótkiej drzemce i nie do końca się jeszcze obudzili. Dopiero w przerwie walimy w szatni podwójne espresso. I to jest też pewna prawidłowość. Drugie połowy są zawsze w naszym wykonaniu lepsze od pierwszych. Nie sądze by był to celowy zabieg Emery’ego i byśmy mieli… nie wiem… uśpić rywala? To byłoby raczej ryzykowne. W końcu pojawi się ktoś, kto w tych pierwszych minutach usadzi nas na tyłkach. Tak jak zrobiła to Chelsea na Stamford. Mecz z Evertonem rozstrzygnęliśmy w 3 minuty. Najpierw genialny strzał Lacazette, który huknął mimo asysty obrońcy i piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka by wpaść do siatki. Pickford bez szans. Chwilę później trójkowa akcja Oezil-Ramsey-Aubameyang. DNA Arsenalu, świetne rozegranie, Auba umieszcza piłkę po raz drugi w siatce i wszystko byłoby pięknie … gdyby nie to, że Gabończyk był na jakimś półmetrowym spalonym i sędzia boczny miał obowiązek to zauważyć. Nie mam pojęcia jak można było uznać tą bramkę. Co kolejkę angielscy sędziowie robią jakieś jaja. VAR jest potrzebny tej lidze jak tlen. Na chwilę obecną poziom sędziowania to siódmy sort kubańskich pomarańczy. Tym, że boczny nie podniósł chorągiewki zaskoczony był chyba nawet Oezil, który początkowo nawet nie cieszył się z bramki tylko z niedowierzaniem spojrzał na gościa biegającego na lini. Cóż, niezdarność arbitrów jest tragedią jednych a szczęściem drugich. Tym razem piłkarscy bogowie byli po naszej stronie. Utrata drugiej bramki kompletnie podcięła skrzydła Evertonowi. Nasi rywale nie przejawiali już większej ochoty do gry i chyba nie za bardzo wierzyli w końcowy sukces, przez co na spokojnie mogliśmy kontrolować mecz do końca. Kolejna wygrana, kolejne trzy punkty w dorobku. Jesteśmy na szóstej pozycji w tabeli tuż za plecami Spurs. Za tydzień kolejne domowe spotkanie. Tym razem naszym przeciwnikiem będzie rewelacja początku sezonu – Watford. „Szerszenie” troszeczke spuściły z tonu w porównaniu z tym co prezentowali w pierwszych kolejkach. My nabieramy rozpędu. Cel jest prosty. Musimy dopisać kolejne trzy punkty.  Ciekaw tylko jestem co ze zdrowiem Sokratisa, który wczoraj przedwcześnie opuścił Emirates. Jak dotąd to był nasz najlepszy defensor i jego strata byłaby zapewne mocno odczuwalna chociaż Holding zagrał w ubiegłym tygodniu dwa razy poprawne zawody. Cóż, czekamy na kolejny weekend i kolejne emocje. COYG.

 

Biblioteczka Futbolowej Rebelii: A. Onyszko, I. Koprowiak: „Fucking Polak. Nowe życie.”

Napiszę to po raz kolejny. Lubię książki o piłkarskich wykolejeńcach ! Lubię książki o futbolowych utracjuszach ! Lubię poczytać o boiskowych bad boyach ! Co ciekawego mogłoby być w lekturze autobiografii Cristiano Ronaldo, Leo Messiego i Roberta Lewandowskiego? Przepisy na bezglutenowe sałatki? Opowieść o tym jak chodzą spać o 22? Zostawanie po treningu na dodatkowych ćwiczeniach by być jeszcze lepszym? Nuda! Brutalna prawda jest taka, że najlepiej czyta się lektury o postaciach, które utopiły swoje kariery w wódzie, zamiast treningów wybierały wyrywanie kolejnych panienek w ekskluzywnym klubie i nie gryzły się w język przy wywiadach. 

Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: A. Onyszko, I. Koprowiak: „Fucking Polak. Nowe życie.””

Dzienniczek Kanoniera (4)

5 kolejek Premier League za nami. Po dwóch porażkach Arsenal – mam nadzieję – wskoczył w końcu na właściwe tory i zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu w tym drugie na wyjeździe. W przeciągu dwóch tygodni ekipa Emery’ego wygrała więcej ligowych wyjazdów niż przez resztę roku kalendarzowego. Ale żeby nie było tak różowo, to powiedzmy sobie szczerze – pierwsza połowa spotkania z Newcastle była drogą przez mękę.

Mecz z drużyną Rafy Beniteza miał dwie odsłony. „Kanonierzy” przypominali w tym meczu Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Pierwsza połowa była tym, do czego już w wielu spotkaniach ligowych przyzwyczaiły nas „Armatki”. Męczeniem buły, brakiem wizji gry, brakiem polotu i finezji. Nasi piłkarze kompletnie nie mieli pomysłu jak zagrozić dobrze zorganizowanemu przeciwnikowi. Newcastle przejawiało o wiele większą chęć do gry. Nie starczało im jednak umiejętności by poważniej zagrozić Petrowi Cechowi. Cechowi, który po raz kolejny popełniał błędy, gdy był zmuszony grać nogami. Nasz bramkarz momentami sam stanowi dla siebie największe zagrożenie. Zauważyli to już nawet kibice naszych rywali. Na St. James Park, każdy moment, gdy Czech miał piłkę przy nodze po podaniu od kolegi kończył się żywiołową reakcją publiki, która chciała zdeprymować golkipera. Na szczęście jak do tej pory opatrzność czuwa nad Petrem i suma summarum, żaden z jego „baboli” nie miał większych konsekwencji.

Właściwie o pierwszej połowie możemy jedynie powiedzieć, że się odbyła. Realizatorom, którzy musieli utworzyć skrót z tego wydarzenia można tylko współczuć. Znalezienie fragmetów, które zaciekawiłyby widza musiało być nie lada wyzwaniem.

Nie wierzę w to, że Unai Emery zafundował swoim graczon „suszarę” w przerwie meczu. Jakoś nie pasuje mi to do tego menadżer. Fakt jest jednak taki, że gra Arsenalu w drugiej połowie kompletnie się zmieniła. Być może padło w szatni legendarne „kilka męskich słów” a być może źle oceniam Hiszpana i ten odbył ze swoimi piłkarzami pogadankę a’la Alex Ferguson? Ciężko powiedzieć. Dodam tylko tyle, że druga odsłona meczu z Newcastle to było to, co chciałbym oglądać w wykonaniu „Kanonierów” zawsze. Może nie były to jakieś wielkie, techniczne fajerwerki. Nie była to brazyliana, futbol totalny czy tiki-taka. Była to rozsądna gra i pełna kontrola nad słabszym przeciwnikiem. Tak powinien wyglądać każdy mecz „Kanonierów” w meczach z drużynami z dolnych rejonów tabeli.

Wystarczyły niespełna cztery minuty i Granit Xhaka pokazał to, za co fani Arsenalu kochają go najbardziej. Atomowe uderzenie z rzutu wolnego. Dubravka kompletnie bez szans. Z pewnością szybko zdobyty gol pozwolił na spokojniejszą grę. No ale chyba tego powinniśmy oczekiwać w takich meczach? Dążenia do jak najszybszego objęcia prowadzenia a potem już staramy się kontrolować przebieg gry. Zdaję sobie sprawę, że łatwo się mówi ale na St. James Park wyszło to znakomicie w drugiej połowie. Newcastle musiało się odkryć i po kilku minutach otrzymało kolejnego „sztycha”. Rozochocony Xhaka wjechał w boczny sektor rywala, posłał mocną, płaską piłkę w pole karne, Lacazette został zblokowany ale piłka wpadła pod nogi Oezila. Niemiec niczy John Higgins lub Ronnie O’Sulivan, spokojnie uderzył piłkę, która wyminęła obronę gospodarzy, meandrując niczym snookerowa bila przed wpadnięciem do łuzy. Strzał nie był silny ale diabelnie precyzyjny choć nie wiem czy Martin Dubravka nie mógł zrobić więcej przy tym strzale. Słowak był jednak zasłonięty przez własnych obrońców, którzy prawdopodobnie ograniczali mu widoczność. Od początku drugiej połowy mogliśmy też oglądać na boisku Lucasa Torreirę, który po raz kolejny zmienił Matteo Guendouziego. Czy cierpliwość Emery’ego do młodego Francuza w końcu się skończyła? Czy w następnej kolejce od początku meczu ujrzymy właśnie reprezentanta Urugwaju? Osobiście bardzo bym sobie tego życzył. Arsenal grał spokojnie. Od czasu do czasu tworzył sobie dobre okazje jak ta gdy Aubameyang strzelił obok słupka. Gabończyk znowu nie zachwycił, za to po raz kolejny o wiele większą chęć do gry przejawiał Lacazette. To on wymanewrował obrońców i wyłożył Aubie piłkę. Tamta akcja powinna zakończyć się golem. Czy możliwe jest odwrócenie scenariusza z pierwszych kolejek? Auba powędruje na ławkę a Laca pozostanie w podstawie? Wątpliwa sprawa. Ten duet potrafi dać coś ekstra od siebie i trzymanie ich na boisku powinno często owocować stwarzaniem sobie dogodnych sytuacji. Szczególnie, że coraz częście zdarzają się fragmenty, gdy widać pomiędzy nimi ewidentną chemię. Żeby nie było tak różowo to w doliczonym czasie gry straciliśmy gola na 1-2. Ciaran Clark wykorzystał dobrą centrę Federico Fernandeza i głową skierował futbolówkę do bramki. Znów wiele możemy zarzucić naszym obrońcom. Nacho nie zablokował centry, Mustafi był zbyt daleko od Clarka i źle obliczył tor lotu piłki a Bellerin dopiero wracał za akcją. Nie winił bym jedynie Sokratisa, który zresztą był chyba naszym najsolidniejszym defensorem w tym meczu. A na pewno solidniejszym z duetu stoperów. Shkodran już w pierwszej połowie zaliczył „obcinki”, które na nasze szczęście nie zostały wykorzystane przez rywala. Z silniejszymi zespołami takie błędy nie przejdą.

Cieszy wygrana. Cieszy solidna druga połowa. Oby był to zalążek początku dobrej gry i ta druga część meczu wyznaczała trend za którym podąży nasz zespół. Cieszą trzy wygrane z rzędu ale nie możemy zapominać, że te zwycięstwa to wiktorie nad 16., 17. i 19. zespołem w tabeli Premier League. Wiadomo, stare porzekadło mówi, że: „Mistrzostwo zapewnia się zwycięstwami w meczach z dołem tabeli a nie z top six.” W naszym wypadku o mistrzostwie nie ma mowy ale żeby zająć satysfakcjonujące nas miejsce, to takie zwycięstwa też trzeba zaliczać. Czas na domowy mecz z Evertonem. „The Toffees” niezbyt udanie zaczęli kampanię ligową. Zaledwie jedna wygrana, trzy remisy a wczoraj porażka z West Hamem u siebie. Cel może być tylko jeden. Zwycięstwo w niedzielę.

Zapraszam na moje Social Media:

Facebook

Twitter

Instagram

Twitter – konto prywatne

 

Dzienniczek Kanoniera (2)

Tydzień temu napisałem, że wygrana z West Ham przed własną publicznością jest dla Arsenalu absolutnym musem. Trzy punkty faktycznie pozostały w północnym Londynie ale czy poza tym, że „Kanonierzy” odnieśli pierwszą wygraną w sezonie może cieszyć coś jeszcze? Moim zdaniem niewiele.

„Młoty” to dla „Armatek” bardzo wygodny rywal. Tak przynajmniej podpowiadały przedmeczowe statystyki. Wystarczy powiedzieć, że w przeciagu ostatniej dekady ulegliśmy im tylko raz ( 9.08.2015r., 0-2). Jako nikogo nie interesującą ciekawostkę dodam tylko, że podobnie było zawsze gdy grałem w Football Managera. Każdy mecz przeciwko West Ham oznaczał łatwe trzy punkty :). Po dającym nadzieję na lepszą przyszłość spotkaniu na Stamford Bridge przed tygodniem, szykowałem się na mecz w którym absolutnie zdominujemy podopiecznych Manuela Pellegriniego. Może nie aż tak jak w pierwszej kolejce uczynił to Liverpool ale sądziłem, że gra będzie się toczyć głównie pod bramką Łukasza Fabiańskiego. W ogóle muszę dodać, że West Ham darzę od zawsze dużym szacunkiem. Obecnie dlatego, że w jego kadrze znajdują się byli „Kanonierzy” w postaci wspomnianego „Fabiana”, Jacka Wilshere’a i Lucasa Pereza. Szczególnie naszego bramkarza darzę olbrzymią sympatią za to jakim jest człowiekiem. Odejście Jacka też było smutne bo to fajny chłopak, ale jako piłkarz bardzo szklany i pewnego poziomu już pewnie nie przeskoczy a w drużynie Emery’ego pełnił by raczej funkcję wartościowego zmiennika. Jego ambicje sięgają pewnie wyżej i wolał grać w zespole w którym będzie pełnił rolę jednego z liderów. Perez, uważam zaś, że nie dostał odpowiedniej szansy w naszym klubie i został potraktowany trochę nie w porządku. Ich obecność w kadrze naszego rywala to nie jedyny powód za który cenię West Ham. Przez wiele lat ciągnęła się za tym zespołem łatka klubu utożsamianego ze światem stadionowych chuliganów. To skojarzenie było chyba nawet silniejsze niż te futbolowe. „Młoty” na przestrzeni swojej ponad 120 letniej historii nie odnosiły znaczących sukcesów. Ot, trzy Puchary Anglii. W lidze najwyżej uplasowali się na trzeciej pozycji. A mówimy o czasach sprzed ponad trzech dekad. W klubie grali też trzej Mistrzowie Świata z 1966 roku. Sir Bobby Moore, Martin Peters i Geoff Hurst (bohater finału). Ich pomnik można było podziwiać przed Upton Park. Wychowankiem West Hamu jest Frank Lampard. Nie można powiedzieć, że bordowo-niebieskiej koszulki nie przywdziewali wielcy gracze. Ja zawsze będę miał najbardziej w pamięci Paolo Di Canio. Po prostu lubię kontrowersyjnych graczy. Ok, wracając do sedna. Mimo tego, że West Ham może pochwalić się wielkimi postaciami, które przewinęły się przez ich drużynę to jednak w wielu miejscach na świecie ta nazwa przywodziła na myśl skojarzenie ze światem stadionowej łobuzerki. Ten stereotyp na pewno był wzmacniany przez kinematografię. W 2005 roku ukazał się w końcu film „Green Street Hooligans”, którego fabuła kręciła się wokół grupy kolegów, którzy spędzali czas na piciu piwa, oglądaniu meczów West Hamu i obijaniu facjat kibicom wrogich drużyn. Hollywoodzka produkcja nijak się miała do prawdziwego świata stadionowej (chociaż bardziej ulicznej) przemocy ale z pewnością przyczyniła się do popularyzacji szeroko pojmowanej kultury kibicowskiej na Wyspach (razem z jej modą, muzyką itp.). Jeśli ktoś jednak wolałby poczytać o czymś bardziej zbliżonym do realiów świata chuliganów to polecam sięgnąć po książki Cass’a Pennat’a. Człowieka, który swego czasu był przywódcą chuligańskiej ekipy West Ham a dziś z ręką na sercu można powiedziec, że jest brytyjskim celebrytą nie ustępującym swoją sławą wielu piłkarzom West Hamu. W Polsce również było dostępnych kilka pozycji czytelniczych stworzonych przez owego jegomościa. Ok, bo mocno odpłynąłem od brzegu. Wystarczyło napisać, że West Ham mieni mi się klubem, który wywarł mocny wpływa na angielską scenę kibicowską i całą jej otoczkę oraz kulturę nazywaną często w naszym kraju „Casual”. Jest dla mnie pewnego rodzaju symbolem.

Wróćmy do tego co miało miejsce w sobotę. Jak już mówiłem, spodziewałem się, że podopieczni Emery’ego przejmą stery od samego początku spotkania. Niestety, nic bardziej mylnego. Nie założyliśmy „Młotom” hokejowego zamka. Nie było fajerwerków, akcje się nie chciały zazębiać. Spotkanie miało dość wyrównany przebieg. Niestety znów daliśmy sobie strzelić bramkę jako pierwsi. Uczynił to Arnautović, który zdecydowanie najlepiej radził sobie w tym meczu jeśli chodzi o graczy ofensywnych naszego przeciwnika. Rozrywanie naszych zasieków obronnych nie sprawiało mu większych trudności. Nadal linia defensywna nie działa jak należy. Piłkarze bordowo-niebieskich często w dość prosty sposób mijali naszych obrońców prostym podaniem gdy ci spóźniali się z interwencją i momentem wyjścia do przeciwnika. Sokratisowi i Mustafiemu daleko na razie do legend pokroju Adamsa, Campbella czy choćby Kolo Toure za najlepszych lat. Boki defensywy zdecydowanie lepiej czują się w momencie gdy mogą podłączyć się do akcji ofensywnych aniżeli wtedy gdy mają bronić. Szczególnie podobał mi się Bellerin, który zaliczył dwie asysty i do przodu grał naprawdę dobrze, wjeżdżając w boczne sektory i wykładając piłkę napastnikom. Nie zapominajmy jednak, że podstawowym celem obrońcy – a takim jest Hector – pozostaje uniemożliwianie graczom rywala zdobycia gola. Na szczęście dziury w defensywie West Hamu są jeszcze większe niż w naszej.  Szkoda mi Fabiańskiego, który, wygląda na to, że znów trafił do zespołu w którym jego partnerzy z lini obronnej zapewnią mu sporo pracy. „Fabian” znów jednak wywiązuje się ze swojej roli znakomicie. No ale nie da się w pojedynkę powstrzymywać nawałnicy rywali. Właściwie tylko on i Arnautović pokazują w zespole Pellegriniego pełnię swoich umiejętności. Chociaż prawdę mówiąc w pierwszej połowie meczu to chyba drużyna naszych rywali stworzyła sobie więcej dogodnych sytuacji. Piachem rzuconym w zębatki ofensywnej maszynerii „Młotów” była kontuzja Arnautovicia, po której musiał opuściuć murawę stadionu Emirates. W naszym zespole na boisku od początku drugiej części spotkania pojawił się Lacazette a chwilę później Lucas Torreira. Zastąpili oni Alexa Iwobiego- co było dla mnie lekkim zaskoczeniem bo Nigeryjczyk spisywał się w pierwszej połowie w miarę przyzwoicie no ale może nasz trener chciał dodać ognia poczynaniom ofensywy- oraz Guendouziego. Młody Francuz znów popełniał dużą ilość błędów. Tym razem to on był słabszym ogniwem w środku pola. Urugwajczyk nadal nie może sobie wywalczyć miejsca w podstawowej „jedenastce”. Po spotkaniu na Stamford podobno było do niego sporo zastrzeżeń i obwiniano go o utratę bramki numer trzy. Być może niedzielny mecz z Cardiff będzie tym w którym w końcu zobaczymy Torreirę od początku? Czyżby kosztem Guendouziego? A może Emery nadal uparcie będzie wrzucał Francuza na głęboką wodę? Do pewnego momentu dość niemrawo było też z przodu. Cały czas optymalnej formy szuka Auba, Michitarjan też może wspiąć sie na wyższy szczebel. Zabrakło Oezila a grający od początku Ramsey grał dość chaotycznie, tracił sporo piłek. Stara się Laca, jego wejścia ożywiają za każdym razem grę z przodu. Może Emery w końcu wymyśli sposób by połączyć grę Auby i Lacazetta od początku? Byłoby miło. To po jego akcji „swojaka” strzelił Diop, który ewidentnie nie miał swojego dnia. Kropkę nad „i” postawił Welbz, który był kompletnie nie pilnowany w polu karnym West Hamu. Być może defensorzy „Młotów” poszli na lody a może stwierdzili, że Welbeck jest na tyle słaby, że zmarnuje tak dogodną sytuację? Danny jednak nie zwykła marnować aż tak dobrych okazji. Arsenal pokonał swoich derbowych rywali 3-1. Mimo wszystko wyciągnąłbym z tego meczu więcej negatywnych wniosków aniżeli pozytywów. Nadal ogrom pracy przed Emerym. Możemy się cieszyć, że West Ham też jest nadal w budowie i na początku sezonu spisuję się naprawdę słabiutko.  W niedzielę Arsenal wybiera się do Walii na mecz z Cardiff. Czas na pierwsze wyjazdowe zwycięstwo w tym sezonie.

 

 

Dzienniczek Kanoniera (1)

Przed tygodniem rozpoczął się kolejny sezon Premier League. Jak co roku będę w czasie jego trwania trzymał kciuki za drużynę Arsenalu. Z „Kanonierami” sympatyzuję od dawna. Nie potrafię przywołać dokładnie pierwszego obejrzanego meczu Londyńczyków (zapewne jakieś spotkanie w LM). Będzie to pewnie około 2002 czy 2003 rok. Czasy formowania się wielkich „The Invincibles”. Czasy Bergkampa, Adamsa czy mojego ukochanego Fredrika Ljungberga. Mniej więcej w tamtym okresie podopieczni Wengera oczarowali mnie swoją piękną grą. Grą, mam wrażenie zbliżoną wówczas do tego co prezentuje obecnie Liverpool. Piękna, przebojowa, pełna technicznych fajerwerków boiskowa zabawa. Właśnie tym mnie kupili „Kanonierzy”. W tamtych czasach zdobywali jeszcze notorycznie trofea. Ale nie to było najważniejsze. Najważniejsza była możliwość nasycenia oczu poezją i fantazją lejącą się z murawy. Nawet w czasach gdy Arsenal ciężko już było zaliczyć do największych. Lata 2008-2010. Czasy budżetu ograniczonego przez budowę Emirates Stadium. Ich gra nadal porywała. Niestety od tamtego czasu, od czasu dwumeczu z Barceloną w 2011 roku, ten poziom notorycznie spadał. Ogarniała mnie rozpacz. Byłem zły na jakość przeprowadzanych transferów, opieszałość zarządu, bezradność Wengera. Oczywiście cały czas trwałem przy drużynie. W świecie futbolu jestem stały w uczuciach. W ostatnich latach byłem członkiem frakcji „Wenger Out”. Uważałem podobnie jak wielu innych kibiców, że – z całym szacunkiem dla „Bossa” i wszystkich jego niepodważalnych zasług dla klubu – wyczerpała się pewna formuła. Francuz napisał piękną historię ale dał już wszystko co był w stanie dać temu klubowi. Skończyła się chemia. Wenger prochu już nie wymyśli. Czas na zmiany. Czas na rozstanie. Bolesne, jak większość rozstań ale konieczne. To co wydawało się niemożliwe stało się faktem na koniec zeszłego sezonu. Po 22 latach, „Profesor” przestał być trenerem klubu z północnego Londynu. Jego następcą został Unai Emery. Towarzyszyły temu mieszane uczucia. Z jednej strony, to trener, który trzy razy z rzędu zwyciężał z Sevillą w rozgrywkach Ligi Europy. Z drugiej, to człowiek, który z PSG sfrajerzył dwumecz z Barceloną w Lidze Mistrzów. Słynna remontada. Paryżanie zwyciężyli u siebie 4:0. W rewanżu dali się jednak pokonać 6:1 i ostatecznie odpadli z rozgrywek. Symbolem tej porażki jest dla mnie bezapelacyjnie Emery, który mając większość argumentów po swojej stronie, wyszedł na Camp Nou kompletnie przestraszony. Moim zdaniem to on najbardziej przyczynił się do tego historycznego wyczynu „Blaugrany”. Jego zachowawcza taktyka, kunktatorstwo, zwyczajna bojaźń przed kompromitacją już przed pierwszym gwizdkiem… Wszystkie te czynniki przełożyły się na tak spektakularną wtopę Paryżan. W oczach wielu ekspertów i kibiców futbolu pokazał, że nie jest trenerem skrojonym na miarę największych klubów w Europie, że nie jest osobą odpowiednią by zrealizować mocarstwowe marzenia właścicieli PSG. Przyklepał tą opinię rok później, gdy Real Madryt praktycznie na stojąco ograł jego drużynę. Udowodnił to, nie mogąc ogarnąć wypełnionej gwiazdami światowego formatu drużyny. Gdy nie mógł utrzymać w ryzach ego tych największych z Neymarem na czele. Nie miał mentalności zwycięzcy jak np. Pep Guardiola. Jawił się jako osoba odpowiednia do prowadzenia klubu uznawanego za średniaka. Tak było z Sevillą. Z Andaluzyjczyków wyciskał maksimum, zgarniał wszystko co było w jego zasięgu. Nie siadał do stołu przy którym siedzieli potentaci ale zabierał najbardziej smakowite kąski pozostawione przez tych największych. Tak sobie myślę – może to jest rozwiązanie? Wszak ciężko już teraz uznać Arsenal za klub zaliczany w poczet tych największych na starym kontynencie. Ambicje się skurczyły. Kilka ostatnich sezonów zweryfikowało możliwości „Armatek”. Drugi sezon z rzędu Arsenal będzie walczył w Lidze Europy zamiast elitarnej Champions League. Zatrudnienie specjalisty od wygrywania tego „turnieju pocieszenia” wcale nie musi być szaleństwem. Raczej dobrze przemyślanym planem. Nikt przy zdrowych zmysłach nie liczy na włączenie się do walki o berło dla króla/królowej Premier League. Powrót do „Top 4” będzie zupełnie satysfakcjonował kibiców. Nawet jeśli się nie uda, to przecież pierwszy rok pracy Emery’ego. Trzeba dać mu czas na renowację tego zespołu. Czy Emery nie jest odpowiednią osobą by zacząć pomalutku odbudowywać markę klubu? Nie przychodzi jak do PSG, gdzie presja była na niego nakładana od samego początku. Gdzie liczono, że laury i trofea posypią się tu i teraz. Jakie tam laury i trofea? Puchar Ligi Mistrzów. Bo tak naprawdę tylko to liczy się dla arabskich właścicieli PSG. Nagrody zgarniane na krajowym podwórku od dawna nie są żadnym wyzwaniem. W Arsenalu Emery dostaje czas. Ma odbudowywać dobre imię Arsenalu a przy okazji zacząć na nowo wyrabiać markę własnemu nazwisku po tym, jak nieudanie zakończył przygodę we Francji. Arsenal to nie PSG ale to nadal wyżej niż Sevilla. Bardzo dobre miejsce by rozbić obóz i poczekać na kolejną możliwość przeprowadzenia ataku szczytowego.

Jak więc sam zapatrywałem sie na ten sezon? Uważam, że Liga Europy jest w zasięgu Arsenalu. Ta da przepustkę do Ligi Mistrzów. W Premier League? Miejsce w „Top Six” mnie zadowoli. Cieszą także transfery. Gdy przyjrzeć się każdemu jednemu z osobno, można w nim zobaczyć wartość dodaną. Torreira, który z tak świetnej strony pokazał sie na Mundialu. Trzymający przez lata obronę BVB Sokratis. Leno, który zwiększy rywalizację i presję spadającą na Cecha. Będący świetnym uzupełnieniem i wnoszący wiele doświadczenia do szatni Lichtsteiner. Młodziutki Guendouzi, który zaskakująco dobrze spisywał się w przedsezonowych sparingach. Każdy jeden cieszy a to nie zawsze było normą w ostatnich sezonach. Nikomu nie przyszło do głowy wypożyczanie kontuzjowanego Kima Kallstroma.

Wielu niecierpliwców i malkontentów rozczarował początek sezonu. Dwa pierwsze mecze i dwie porażki. Mało kto zwraca uwagę na to, że graliśmy z Manchesterem City i Chelsea. Te dwa pierwsze mecze były mega trudne. City jest nadal rozpędzone i nie zanosi się na to by miało wyhamować. Podtrzymują formę z zeszłego sezonu. Udowodnili w dwóch pierwszych kolejkach i w meczu o Tarczę Dobroczynności, że nadal stanowią walec, który zmiażdży każdego w drodze po najwyższy laur. Chelsea po zmianie trenera z Conte na Sarri’ego też liczy na odzyskanie utraconego w zeszłej kampanii blasku. Arsenal miał pecha, że na samo wejście musiał mierzyć się z tymi zespołami.

Drużyna Guardioli to w chwili obecnej potwór z którym Arsenal nie ma szans rywalizować. Przegrałby 8 na 10 takich gier. Inauguracja sezonu brutalnie obdarła ze złudzeń wszystkich, którzy marzyli, że Emery będzie czarodziejem, który jak za dotknięciem magicznej różdżki odmieni grę „Kanonierów”. Błąd. Tak nie będzie. To spotkanie zweryfikowało wszystkie nasze mankamenty. Byliśmy o tempo wolniejsi w każdej akcji. Mustafi i Sokratis to jak narazie nie jest duet stoperów pozwalający wznieść grę defensywy na wyższy poziom. Guendouzi, grający dotąd zaledwie w Ligue 2 został odrazu rzucony na głęboką wodę. Może się w niej nie utopił ale trzeba go było reanimować. Tak naprawdę ten zespół wyszedł chyba bez wiary w możliwość odniesienia końcowego sukcesu. Ataki kompletnie chaotyczne, liderzy niewidoczni. Jedynym, który przejawiał większą chęć do gry był doświadczony Lichtsteiner. Petr Cech obronił kilka strzałów ale był o krok by być bohaterem największej bramkarskiej kompromitacji od czasów Janusza Jojki. Chcąc podać piłkę do boku, do partnera z defensywy niemal wbił sobie ją do własnej bramki. Na ławce siedzi sprowadzony latem Bernd Leno. Mam wrażenie, że dostanie jeszcze w tym sezonie swoją szansę w lidze. Ponieśliśmy porażkę ale porażkę absolutnie wliczoną w koszty. Co prawda jedno z nonszalanckich zagrań Edersona czy Benjamina Mendy powinno zsotać skarcone przez graczy ofesywnych. Ci jednak w tym meczu przejawiali zapał do gry niczym człowiek chory na anemię. Suma sumarum, była to zasłużona porażka. City to dobrze naoliwiona maszyna a Arsenal to plac budowy. Oczywiście każdy kibic łudził się przed meczem ale jeśli spojrzeć na to z chłodną głową to takiego właśnie scenariusza mogliśmy się spodziewać.

Spotkanie z Chelsea było już inne. Pechowe. Punkt wywieziony ze Stamford Bridge był dla podopiecznych Emery’ego obowiązkiem patrząc na przebieg gry. Mnogość zmarnowanych sytuacji przeraża. Iwobi niczym nóż w masło wjeżdżał w boczne sektory rywala. Niestety zarówno on jak i Auba czy Michitarjan mieli kompletnie rozstrojone celowniki. No, Miki zdobył bramkę i dołożył asystę ale miał na nodze kolejną dogodną okazję. „Kanonierzy” wypracowali sobie cztey bliźniaczo podobne sytuacje. Stuprocentowe. Wykorzystali tylko jedną. Chyba konieczny jest trening strzelecki. Na domiar złego już na samym początku spotkania łatwo dali sobie wbić dwa gole. Tworzenie kolejnych okazji strzeleckich może nie sprawiało „The Blues” aż takiej łatwości jak graczon Guardioli tydzień wcześniej ale nie było też dla nich arcytudne. Kolejny mecz, który pokazał, że zasieki obronne również wymagają żmudnej pracy. W środku pola chimerycznego Xhakę zastąpiłbym Lucasem Torreirą. Guendouzi przypominał już w tym meczu tego przebojowego młodzieńca z przedsezonowych sparingów. Zdecydowanie lepiej funkcjonowała ofensywa (poza wykończeniem). Chelsea też jest dopiero projektem, który się tworzy. Sarri zaczął układać swoje klocki. Myślę, że było to spotkanie dwóch zespołów, które zaprezentują w tym sezonie zbliżony poziom gry. W tym spotkaniu o zwycięstwie gospodarzy zadecydował łut szczęścia. Detale. Nieskuteczność rywala i posiadanie w swoim składzie Edena Hazarda, który po wejściu z ławki wypracował decydującego gola. Niestety Arsenal jak narazie nie ma w swoim składzie gracza dającego taką jakość jak Belg. Oezil póki co wygląda przy nim jak ubogi krewny.

Reasumując. Pierwszy mecz był porażką wliczoną w koszta, za drugi można już mieć do siebie pretensje bo conajmniej punkt był do ugrania. Cóż, terminarz podsunął nam na sam początek bardzo wymagających rywali. W kolejny weekend na Emirates zagości West Ham, który rozpoczął sezon w bardzo słabym stylu. Myślę, że zgarnięcie trzech punktów w tym starciu jest dla „Armatek” obowiązkiem.

 

 

Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.

Wiecie, co łączy wszystkich kibiców futbolu? Kochają przeróżne rankingi, statystyki i klasyfikacje. Na najlepszego piłkarza, najpiękniejszą bramkę, najskuteczniejszego napastnika itp. Do wyboru, do koloru. Nawet cholerny, oderwany momentami od rzeczywistości ranking FIFA, przeklinany przez kibiców, ale budzący jednak ciekawość i chętnie śledzony przez wszystkich. Wszelkiego rodzaju statystki, podsumowania, tabele wszechczasów, najlepsi strzelcy w historii…. Który sympatyk kopanej tego nie lubi? Ja się zawsze takimi rzeczami jaram i chętnie je sprawdzam. Nawet wszelkie, subiektywne, niepoliczalne rankingi  jak np. coś w stylu „100 najlepszych piłkarzy bez podziału na pozycje”. Mogę sie z nimi nie zgadzać, ale zawsze z przyjemnością sprawdzę jak widzą to inni. Dlatego też postanowiłem sam również pokusić o stworzenie własnego TOP 10 i na pewno nie będzie to ostatnie takie zestawienie, które zrobię na swoim blogu.

Czytaj dalej „Moje TOP 10: Najbardziej pamiętne bramki Polaków.”

Grupa prawdy

Wiecie co jest moim wielkim marzeniem? Móc kiedyś rozlosować te kulki z nazwami poszczególnych reprezentacji na jakiś Mundial albo Euro. Ale nie że tam jedną grupę czy coś. Cały turniej! Wszystkie grupy! Tylko ja! Bez pomocy żadnego Maradony czy innego Puyola. Boski Diego mógłby ewentualnie rozlosować rozstawienie w grupie. Na takie ustępstwo bym się ewentualnie zgodził, bo to zawsze trzeba upchać przed kamerami jakieś gwiazdy futbolu w czasie takiej imprezy. Żeby się pokazały, podniosły prestiż wydarzenia, ludzie im poklaskali itp. Ale generalnie z chęcią zgodziłbym się na posadkę takiej sierotki. Tak żeby losować każdą imprezę. Poszedłbym na etat do FIFA czy UEFA. Za najniższą krajową do końca życia. Ale pod warunkiem że ja rozlosowuje wszystkie ważne imprezy piłkarskie na świecie. Oni płacą to 1200 euro miesięcznie plus opłacają hotele, przeloty itp. Pamiętam, że jak byłem mały, to bawiłem się w takie losowania. To było w czasie Mundialu 98 we Francji. Tylko u mnie nie było żadnego rozstawienia itp. 32 karteczki lądowały w jakiejś misce i naprzód. Pieprzyłem konwenanse. Nie rozumiałem idei dzielenia zespołów na jakieś koszyki. U mnie każdy był równy. Taki ze mnie był trochę anarchista futbolowy. Potem mieliśmy np. grupę Argentyna, Brazylia, Francja i Włochy a w kolejnej grały RPA, Korea, Jamajka i Austria. W każdym bądź razie gdyby czytał to Infantino to niech wie że się zgadzam i może śmiało walić do mnie jak w dym.

I wiecie co? Głównie takie rozkminy przychodziły mi do głowy w czasie losowania grup do Mundialu w Rosji. Jakiś czas temu napisałem że niemożliwym jest wylosowanie przez polską reprezentację „grupy śmierci” na tym turnieju. Byłem spokojny. Jakąkolwiek grupę wylosujemy to będę miał to gdzieś. Jakikolwiek zestaw trzech drużyn nam dokooptują  to będzie luz. Nie miałem więc zamiaru obgryzać paznokci ze zdenerwowania i wznosić modłów o to by piłkarscy bogowie łaskawie sprezentowali nam słabą grupę. Słabe grupy już mieliśmy. I jak to się kończyło? Przypomnijcie sobie Euro 2012 czy Mundial 2006. Zresztą co to za nastawienie? „Byle byśmy wylosowali słabą grupę!” Od dawna gadamy o tym jaką to silną kadrę mamy. Jakie to ona ma możliwości. Bo tak wysoko notowana w rankingu FIFA. Bo losowana z pierwszego koszyka. Bo „Lewy” to najlepszy po CR7 i Messim. Ja wiem że to gadki serwowane nam przez piłkarskich laików, którzy wiedzę czerpią z „Dzień dobry TVN”  i studia Euro z dachu fabryki Wedla, gdzie ekspertem jest Maryla Rodowicz. No ale… Skoro kadrę mamy tak silną to skąd ta wszechobecna panika przed każdym losowaniem i trzymanie kciuków za jak najsłabszą grupę? Narodowa modlitwa o słabą grupę? Jak jesteśmy kozacy to dawać nam innych kozaków żebyśmy mogli sprawdzić swoją wartość bojową. Powtórzę jeszcze raz. Nie było szans na wylosowanie jakiejś mega mocnej grupy. Mogli nam dokooptować co najwyżej jeszcze jedną reprę z Europy a z większością najlepszych nie mogliśmy się spiknąć z racji rozstawienia w pierwszym koszyku. Mogliśmy wylosować grupę wymagającą. I taką właśnie dostaliśmy. Trzy drużyny z którymi będziemy mieli piekielnie ciężką przeprawę. Trzy drużyny, które były jednymi z silniejszych opcji w swoich koszykach. Ale też trzy drużyny, które spokojnie jesteśmy w stanie pokonać. Jedno jest pewne. Będzie dużo emocji. A chyba o to chodzi? Stawka w grupie H jest niezwykle wyrównana. Każdy może wygrać z każdym. I dlatego będzie to dla podopiecznych Nawałki  „grupa prawdy”. Papierek lakmusowy. Takie pokerowe „sprawdzam” w kontekście tego, czy faktycznie jesteśmy kozacy. Czy faktycznie mamy silną ekipę. Jeśli tak to sobie z tymi rywalami poradzimy i awansujemy dalej. Jeśli nie to znaczy że i tak nie mieliśmy dalej czego szukać. I nie było sensu mydlić sobie oczu zwycięstwami ze słabszymi rywalami.  Na sam początek dostajemy trzy mecze testowe, które odpowiedzą na pytanie czy przyjechaliśmy do Rosji na wycieczkę czy pograć o dobry wynik. Kolumbia, Senegal i Japonia są idealnymi egzaminatorami.

Zaraz po losowaniu rozpoczął się podział kibiców na dwie frakcje. Tych, którzy twierdzą, że losowanie nam sprzyjało i trafiliśmy na ogórów, których musimy absolutnie oklepać oraz takich, którzy już wieszczą kontynuację mundialowej tradycji XXI wieku pod tytułem: „Mecz otwarcia, mecz o wszystko i mecz o honor”. No tak. Lubimy popadać w skrajności.  Albo coś jest białe, albo czarne. Jak nie jesteś z nami to jesteś przeciwko nam. Widać to szczególnie jeśli chodzi o polską politykę. Ale generalnie nie lubimy spoglądać na coś pod innym kątem. Każdy kija ma dwa końce. Nie ma niczego pośrodku. A to całkiem głupie myślenie. Bo ta grupa ani nie jest nie do wygrania ani tymbardziej nie jest słaba. Słaba może być dla laików, którym nic nie mówią nazwiska takie jak: Rodriguez, Falcao, Mane czy Kagawa. Którzy z Kolumbii znają tylko Escobara bo się naoglądali „Narcos”, z Japonii Tsubasę. A Senegal? „Tam pewnie dzikusy kopią piłkę z gliny pomiędzy małpami a za bramki robią dwie palmy”.  I potem TVNy i inne media nadmuchają balon. Janusze wymalują twarze, kupią wuwuzele bo przecież Wellman z Prokopem mówili że będziemy walczyć o medal. Ogródki piwne się zapełnią a gdzieś w dalekiej Moskwie Sadio Mane wkręci Rybusa albo Jędrzejczyka w murawę tak, że będzie go trzeba po meczu z niej odkopać. To całkiem realne patrząc jak spisuje się skrzydłowy Liverpool’u w Premier League a jak „Jędza” i „Rybka” w swoich zespołach. Na dodatek „Lewy” nie trafi z formą i klops. Przecież cała Polska widziała jak spisywaliśmy się w ostatnich meczach kadry w tym roku bez naszego kapitana. Wprawdzie ja bym znaczenie tych towarzyskich spotkań z Urugwajem i Meksykiem bagatelizował bo to był tylko poligon doświadczalny mający pomóc w pracy Nawałce no ale wielu kibiców już zaczęło płakać, że „bez Lewandowskiego nie istniejemy”. Przeciętny kibic reprezentacji ma coś ze schizofrenika. Lubi popadać ze skrajności w skrajność. Albo jesteśmy najlepsi, albo do niczego. Zresztą, jak mówi stare, piłkarskie porzekadło: „Jesteś tak dobry jak twój ostatni mecz”. Tak więc pewnie do samego turnieju będziemy słyszeć z jednej strony o tym, że jedziemy spotkać się z Brazylią w finale a z drugiej o tym jaki to oklep dostaniemy w Rosji. Będzie można zwariować. A nastroje im bliżej czerwca tym bardziej będą się podkręcać. No ale taki urok czasu oczekiwania na wielkie imprezy.

A jak faktycznie skończy się nasz wypad na wschód? Nie wiem. Ciężko powiedzieć. Wszystko się może zdarzyć.

https://www.youtube.com/watch?v=0bVZ8lPfW1c

No tak…

No ale tego się przewidzieć nie da! Mamy cztery zespoły o bardzo wyrównanych potencjałach. I cztery odmienne style gry.

Bajeczni technicznie ale krnąbrni „Los Cafeteros” mogący bić się o najwyższe cele. Posiadający w drużynie takich asów jak król strzelców poprzedniego Mundialu  James Rodriguez, Radamel Falcao czy Juan Cuadrado. Siła ofensywna, której obawiać może się każda obrona świata. Z drugiej strony w eliminacjach zajęli czwarte miejsce w swojej grupie. Dwukrotnie zebrali oklep od męczących się strasznie w tej kampanii Argentyńczyków (0:1 i 0:3), punkty urywała im chociażby Wenezuela czy dwukrotnie Chile, które przepadło w rozgrywkach eliminacyjnych.

Senegal mający w swoim składzie graczy wychowanych według francuskiej myśli szkoleniowej, którzy urodzili się w kraju Napoleona.  Nie będzie to z pewnością radosny futbol rodem z Pucharu Narodów Afryki. To znaczy radosny to może on będzie ale w tyłach będzie panowała solidność a nie popisy hobby-playerów. Sabaly  – Bordeaux (16 gier w tym sezonie Ligue 1), Kara – Anderlecht  (12 gier w Jupiler League, 5 w Lidze Mistrzów), Koulibaly – Napoli (16 występów w Serie A i 5 w Lidze Mistrzów) oraz Wague, gracz Watford. On akurat zagrał w Premier League tylko raz. Poza tym ? Sakho i Kouyate z West Ham United. M’baye Niang wypożyczony z Milanu do Torino. A takich postaci jak wspomniany już Sadio Mane czy Moussa Sow chyba kibicom futbolu przedstawiać nie trzeba. Swoją drogą to ten drugi nawet nie łapie się ostatnio do składu „Lwów Terangi”.   Swoją grupę eliminacyjną przeszli bez porażki. I to co by nie mówić o ich rywalach (byli nimi RPA, Republika Zielonego Przylądka oraz Burkina Faso). Z drugiej strony afrykańskie reprezentacje od zawsze kojarzą mi się na wielkich turniejach z tym, że w końcu popadają w kłótnie o pieniądze i przepadają targani kryzysem i wewnętrznymi sporami. Cztery lata temu tak właśnie skończyły wszystkie cztery drużyny z Afryki. No ale nie ma sensu liczyć na to, że znowu tak będzie. Szykujmy się raczej na piekielnie ciężki bój w meczu otwarcia.

Japonia. Tutaj pewni możemy być jednego. W jakiejkolwiek formie przyjadą do Rosji Azjaci, tak wiadomym jest, że będą jeździć na tyłkach przez całe 90 minut. Na pewno nie zabraknie przygotowania motorycznego na najwyższym poziomie, szybkości i walki do upadłego. To wręcz znak rozpoznawczy takich drużyn jak Korea i Japonia. Gdyby tego im zabrakło w meczu to chyba uznaliby to za hańbę i popełnili harakiri… albo seppuku… nie wiem czym to się różni …. I nie, nie sprawdzę w Wikipedii :P. Wracając do ekipy z „Kraju kwitnącej wiśni”. Liderzy? Shinji Kagawa z Borussii Dortmund, jego doświadczony imiennik Okazaki z Leicester (6 bramek w Premier League w tym sezonie) czy obrońca Interu Mediolan Yuto Nagatomo, który dla „Azzuro-Nerich” zagrał już w 170 spotkaniach ligowych.  Co by nie mówić… ekipa solidna jak stary Ślązak.

No i na końcu my. A jaki koń jest? Każdy widzi ;). Atut pierwszy – Lewandowski. Atut drugi? Yyyy… Nie no. Coś tam jeszcze potrafimy. Jakby to powiedział Jurek Engel, szybkie kontry będące wizytówką naszej kadry od jego czasów ;). Poza „Lewym” też w końcu jest jeszcze kilku graczy, których można bez wstydu zaprezentować światu. Glik, Piszczek czy Grosicki. Wierzę że w formie będą Kuba i Krychowiak. No i wierzę, że na 100% odpali w końcu Zieliński bo w Serie A poczyna sobie coraz śmielej. Nie wiadomo co będzie do tego czasu z Arkiem Milikiem. Czy zdoła się wykurować i w jakiej będzie dyspozycji. Szkoda ostatniej kontuzji Makuszewskiego, bo zapowiadał się na gracza, który będzie stanowił realną siłę, która może wspomóc drużynę z ławki. A takich graczy jest w naszej kadrze jak na lekarstwo. Miejmy nadzieję że do czerwca ktoś jeszcze wyskoczy. Kownacki? Może Świerczok, jeśli utrzyma taką dyspozycję jak jesienią. Chociaż co do niego to podchodzą bardzo sceptycznie. Ma zadatki na to by dopadł go syndrom Teodorczyka.

Ok. Kadrowo cała stawka wygląda naprawdę wyrównanie. Style gry różne. Techniczne z Kolumbii oraz Senegalu. Szybkościowe i ambicjonalne z Japonii. U nas? Europa, Europa. Myślę że będziemy najlepiej wyglądali pod względem przygotowania siły fizycznej. Takich Japończyków trzeba będzie poustawiać do pionu kilkoma ostrzejszymi wejściami.  No i pytanie. Zagramy w obronie tak jak na Euro 2016 czy tak jak w eliminacjach do Mundialu? Oby to pierwsze. Ze zdobywaniem bramek za Nawałki większych problemów nigdy nie było. I umówmy się. To były trzy lata (liczę od 2:0 na Narodowym z Niemcami) naprawdę solidnej gry. Poza wrześniowym blamażem z Duńczykami praktycznie nie zdarzył nam się mecz w którym odstawalibyśmy od rywali w jakiś wyraźny sposób. Odczarowaliśmy klątwę Euro, czas odczarować Mundiale w XXI wieku. Złammy kolejną barierę. Przebijmy szklany sufit. I na miłość boską przestańmy być minimalistami i marzyć o słabych grupach. Chcemy coś znaczyć w futbolu? To trzeba ogrywać kogoś więcej niż Panamę i Arabię Saudyjską! Na początek może być Senegal, Kolumbia i Japonia. To będzie nasza grupa prawdy !

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑