Jedną z moich najbardziej ulubionych form spędzania wolnego czasu jest czytanie książek a lektur y, które czytam wiążą się w przeważającej większości z tematyką futbolową tudzież historyczną. W związku z tym postanowiłem na moim blogu dzielić się opiniami odnośnie przeczytanych przeze mnie książek. Można więc powiedzieć, że wpis ten jest początkiem nowego cyklu, który roboczo nazwałem „biblioteczka Football Patriot”. Może dzięki tym wpisom uda mi się chociaż kilka osób zachęcić do sięgnięcia po książkę, zamiast np. odpalenia kolejny raz facebooka i przeglądania memów ze „śmiesznymi” kotami, które znajomi wrzucają na tablicę. Pamiętajcie, czytanie rozwija i jest o wiele bardziej pożyteczną rozrywką aniżeli trwonienie wolnego czasu – którego w większości i tak nie mamy – na bzdurne i nic nie wnoszące do naszego życia sprawy. O wiele większą satysfakcję przynosi przeczytanie książki niż układanie marchewek czy innych ogórków w rządkach i przechodzenie kolejnych poziomów w jakichś śmiesznych grach na telefonie (chociaż wierzą, że akurat moi odbiorcy spędzają czas w sposób bardziej kreatywny). Wachlarz lektur, zarówno tych piłkarskich jak i o tematyce historycznej (Żołnierze Wyklęci, II Wojna Światowa itp.) jest naprawdę przeogromny i musiałbym chyba nic więcej w życiu nie robić, by dać radę przeczytać wszystkie interesujące mnie pozycje. A nie ukrywam że zdarzają mi się też zawiechy nad Facebookiem, po których wkurwiam się tylko, że można tak marnować życie. Mea Culpa! Dobra, ale koniec już smęcenia i dawania dobrych rad. Każdy ma swój rozum i wie co dla niego najlepsze!
Wspomnień czar czyli moja historia finałów Ligi Mistrzów.
Pamiętacie swoje początki zainteresowania piłką nożną? Pierwszy mecz obejrzany w telewizji? Pierwszy na którym byliście na żywo? Pierwszy mundial? Pierwsze Euro? Ja kojarzę że pierwszym meczem na europejskim poziomie, który obejrzałem był dwumecz Ajaxu Amsterdam z Realem Saragossa. Kibicowałem Saragossie. Nie pytajcie dlaczego, bo tego nie wiem. To był chyba nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów. W pierwszym meczu było bodajże 1-1 a w rewanżu Ajax rozniósł Hiszpanów, nie wiem, 4-1? Chyba 1996 rok. Mógłbym odszukać na Wikipedii ale całe te rozważania straciłyby wtedy swój urok. Zresztą niby oglądałem ten dwumecz, ale pewnie gdyby w tym czasie na Polonii 1 leciał „Kapitan Tsubasa” czy inna kultowa kreskówka (to był tamten okres), to bez wahania bym przełączył. Czasy kiedy bardziej jarały mnie chipsy Chio i snacki Star Food z jakimiś żetonami do kolekcjonowania niż piłka nożna. Ale mimo wszystko pamiętam że taki dwumecz się odbył i jest to moje pierwsze wspomnienie związane z futbolem. Nie lubiłem wtedy Ajaxu … Nie wiem dlaczego, kuzyn ich uwielbiał, więc może na przekór jemu. Patrząc z perspektywy czasu, byli fajną, widowiskową ekipą i gdyby grali współcześnie pewnie bym ich też uwielbiał. Grali też w pierwszym finale Ligi Mistrzów, który pamiętam. 1996 rok. Ich przeciwnikiem Juventus … No właśnie, w sobotę kolejny finał Ligi Mistrzów. Każdy z was pewnie też ma jakieś wspomnienia wiążące się z tymi meczami. Ja dziś postaram się przypomnieć, jak pamiętam każdy kolejny finał, który dane mi było już świadomie przeżywać w swoim życiu.
1996 Juventus-Ajax – Właśnie ten pierwszy, pamiętny. Kibicowałem oczywiście Juventusowi. Dlatego że grali z Ajaxem. W Juve wielki Del Piero w Ajaxie cała plejada „młodych wilków”: Kluivert, bracia De Boer, Davids, Litmanen. Ze składu „Starej Damy” utkwił mi w pamięci jeszcze jeden gość. Nazywał się Padovano. Większej kariery nie zrobił, ale jakoś jego nazwisko utknęło mi w głowie. Niewiele w sumie pamiętam z tamtego finału. Miałem 8 lat. Pamiętam że już w piżamie oglądałem rzuty karne, w których zwyciężył Juve, bo na następny dzień śmigałem do szkoły. A kuzyn, który kibicował Ajaxowi, wkrótce później przerzucił się na Juventus. Aha … i przypominając sobie ten finał, właśnie przeżyłem szok. Całe życie myślałem że „Kiki” Musampa był Nigeryjczykiem, a gość był z Demokratycznej Republiki Konga…
1997 Borussia-Juventus – Pamiętna edycja rozgrywek, bo ostatnia w której uczestniczył polski klub. A w finale Borussia Dortmund, która w rozgrywkach grupowych grała właśnie z łódzkim Widzewem. 2-2 w Łodzi i 2-1 dla Dortmundu w Niemczech. Widzew grał naprawdę dobre zawody. W samym finale za faworyta uchodził obrońca tytułu z Turynu. Możliwe że kibicowałem Borussi, bo pierwszą moją repliką koszulki piłkarskiej był trykot właśnie BVB z nazwiskiem Sammer. No i Niemcy zwyciężyli. Gola w finale strzelił na pewno Lars Ricken … aaa i dla Juve Del Piero, piękną piętką. Cały mecz skończył się 3-1 dla pretendentów.
https://www.youtube.com/watch?v=fMnPADWPSVI
1998 Real-Juventus – Znów Juventus w finale i drugi rok z rzędu gracze „Starej Damy” schodzili do szatni jako przegrani. Ich przeciwnikiem Real Madryt, który był na początku swojej drogi przeistaczania się w wielkich „Galacticos” z plejadą gwiazd w składzie. Z ówczesnego meczu najbardziej w pamięci zapadł mi Serb Predrag Mijatović. Pewnie dlatego, że strzelił zwycięską bramkę dla „Królewskich”. Zresztą ówczesne składy obydwóch zespołów? Roiły się od gwiazd z rozrzewnieniem wspominanych przez pokolenie kibiców wychowane w latach 90tych. Raul, Hierro, Del Piero, Peruzzi, Morientes, Zidane (jeszcze w barwach Juve), Suker czy właśnie Mijatović. Zawodnicy, którzy zapewnie szczelnie wypełniali ściany pokoi nastoletnich fanów, kupujących Bravo Sport specjalnie dla ich plakatów.
https://www.youtube.com/watch?v=r3QRo9a70Cs (Heh, Mijatović grający z jakimś wisiorkiem na szyi, dziś nie do pomyślenia).
1999 Manchaster United-Bayern – Legendarny finał! Bayern szybko obejmuje prowadzenie po bramce Baslera. Prowadzą cały mecz, mają okazję do podwyższenia rezultatu, które seryjnie marnują. Mimo wszystko gdy wydaje się że są już zwycięzcami do gry wkraczają rezerwowi Manchasteru. Teddy Sheringam w pierwszej minucie doliczonego czasu doprowadza do remisu, wszyscy się szykują do dogrywki. Trzecia minuta doliczonego czasu i wieczny rezerwowy Ole „Baby-face killer” Gunnar Solskjear doprowadza czerwoną część Manchasteru do euforii a całe Monachium strąca w otchłań rozpaczy. „Bawarczycy” przegrywają mecz, który wygrywali praktycznie od początku do końca. Kolejny mecz w którym wystąpiła piłkarska elita lat 90tych. Beckham, Schmeichel, Yorke, Cole, Giggs po stronie „Czerwonych Diabłów” i „aryjski” skład Bayernu … bez kitu, praktycznie cały skład był do bólu niemiecki z piłkarzami, którzy bez castingu mogliby wystąpić w jakimś filmie o II Wojnie Światowej. Effenberg, Khan, Basler, Tarnat, Linke, Matthaus czy Jancker. Nawet Giovane Elber był bardziej niemiecki niż aktualny multikulturowy skład Bayernu.
https://www.youtube.com/watch?v=1_vAoeBjniI
2000 Real-Valencia – Gładka wygrana „Królewskich”. Ja kibicowałem Valencii bo mieli w składzie Santiago Canizaresa, mojego bramkarskiego idola z tamtych czasów. Dodatkowo hiszpański golkiper farbował włosy na „Scootera” co wówczas budziło moją sympatię, lubiłem ekscentrycznych graczy … W bramce królewskich zaś 19letni Iker Casillas. Finał bez większej historii.
https://www.youtube.com/watch?v=7x8mBpJ0gtA
2001 Bayern-Valencia – Co nie udało się Bayernowi w 1999, udało się 2 lata później. Drugi rok z rzędu smaku porażki w finale Ligi Mistrzów doznała Valencia. Tym razem jednak Hiszpanie walczyli o wygraną do samego końca. Wyższość niemieckiego zespołu musieli uznać dopiero po rzutach karnych. Po obydwóch stronach bramkarscy herosi. Wspomniany wcześniej Santiago Canizares a po stronie Bayernu legendarny małpolud – Oliver Kahn. Co jak co, ale trzeba przyznać że bramkarz „Bawarczyków” miał umiejętności bramkarskie tak wielkie jak poziom jego brzydoty. Mi jednak bardziej zapadła w pamięci drużyna Valencii z tych dwóch przegranych finałów. Byli kimś porównywalnym do współczesnego Atletico. Również nie mieli w składzie supergwiazd, tylko solidnych piłkarzy, tworzących superkolektyw. Pablo Aimar, Roberto Ayala, Kily Gonzalez czy Gaizka Mendieta.
https://www.youtube.com/watch?v=uBv8EZUv-DE
2002 Real-Bayer – Finał zapamiętany przede wszystkim ze względu na przecudowna bramkę Zinedine Zidane. Real już powoli tworzył swój galaktyczny zespół. W składzie Hiszpanów m.in. dwie supergwiazdy ówczesnej piłki, wspomniany Zidane i Luis Figo. Poza tym m.in. legendy Realu: Raul Gonzalez czy Roberto Carlos. Mimo tego był to ostatni triumf zespołu ze stolicy Hiszpanii w rozgrywkach Champions League aż do 2014 roku. Przeciwnikami Kastylijczyków od początku skazany na porażkę Bayer Leverkusen, dla którego już mega sukcesem był sam udział w finale. Bramkę honorową dla „Aptekarzy” strzelił jeden z moich ulubionych stoperów, myślę że nie do końca doceniony – Lucio.
2003 AC Milan – Juventus – Finał który jakoś nie za bardzo zapadł mi w pamięci. Kojarzę jedynie że Roque Junior dograł do końca spotkania z kontuzją, bo Milanowi skończył się limit zmian a Brazylijczyk jedynie dreptał po boisku, nie będąc w stanie aktywnie uczestniczyć w grze. Finał zwyciężył Milan po karnych. Hmm, patrząc na skład Milanu, jak przystało na włoską drużynę mieli mega silną linę defensywną. Costacurta, Nesta, Maldini, Kaładze. Chyba jedna z najsilniejszych formacji obronnych we współczesnej historii finałów Champions League.
https://www.youtube.com/watch?v=rJ1HA4cjeVw
2004 FC Porto-AS Monaco – Dwóch kopciuszków na balu dla bogaczy. To była w ogóle dziwna edycja turnieju. Do półfinału dotarło również Deportivo La Coruna. Początki wielkiej, trenerskiej kariery Jose Mourinho. Rok wcześniej triumf w Pucharze UEFA a następnie wygrana w Lidze Mistrów. Porto gładko ograło ekipę z księstwa 3-0. W składzie m.in. Deco i Ricardo Carvalho a po stronie Monaco najbardziej zapamiętałem z tamtego okresu Chorwata Dado Prso, który musiał przedwcześnie kończyć karierę. W każdym bądź razie, na pewno najbardziej zaskakujący finał w historii.
2005 Liverpool-Milan – Kolejny finał, który przeszedł do legendy. LFC pod wodzą Rafy Beniteza zostali rozbici do przerwy przez ekipę z Mediolanu. Maldini i dwa razy Hernan Crespo i drużyna z miasta „Beatlesów” przegrywała różnicą trzech bramek. „The Reds” przeżywają jednak w przerwie kompletnej przemiany. Między 54 a 60 minutą doprowadzają do wyrównania. W dogrywce Andriej Szewczenko w fenomenalnej sytuacji trafia w Jerzego Dudka. W serii rzutów karnych nasz golkiper odstawia słynny „Dudek Dance”. Na ile w wygraniu konkursu „jedenastek” pomogły jego pląsy w bramce a na ile po prostu niemoc strzelecka Mediolańczyków (szczególnie Szewczenki), to już na zawsze pozostanie zagadką. Pewnym jest że polski bramkarz przeszedł po tym finale do historii futbolu.
https://www.youtube.com/watch?v=HSokhezl1QU
2006 Barcelona-Arsenal – Dla mnie finał szczególny, bo jedyny w którym wystąpili „Kanonierzy”. Barca pod wodzą Franka Rijkaarda zaczynała swoją transformację w ten mega zespół znany z „tiki taki”. Arsenal szybko komplikuje sobie życie gdy w 18 minucie czerwony kartonik za faul przed polem karnym ogląda Jens Lehmann. Mimo to w 36 minucie Anglicy obejmują prowadzenie po bramce Sola Campbella. Niestety broniąc się w dziesiątkę nie udaje im się utrzymać prowadzenia. W drugiej części gry bramki dla Blaugrany zdobywają Samuel Eto i Juliano Belletti.
https://www.youtube.com/watch?v=HYSSuS3Hn84
2007 Milan-Liverpool – Wielki rewanż za stambulski finał z 2005 roku. Przyznam szczerze, nie szczególnie utkwił mi w pamięci. Milan triumfuje po dwóch bramkach Inzaghiego. Tyle pamiętam …
https://www.youtube.com/watch?v=f4tn9cCEWxo
2008 Manchaster United-Chelsea – Wewnątrz angielski finał. Wielka Chelsea z pompowanymi już od kilku lat pieniędzmi Abramowicza, pod wodzą wielkiego „The Special One” kontra Manchaster United z Cristiano Ronaldo w składzie. 1-1 w regulaminowym czasie gry i o tym kto wzniesie w powietrze puchar decydowały rzuty karne. Piąta seria, jest 4-4. Swój rzut karny zmarnował wielki CR7. Do piłki podchodzi kapitan „The Blues” John Terry. Jeśli strzeli Londyńczycy zwyciężą. Nad moskiewskimi Łużnikami pada rzęsisty deszcz. Terry bierze rozbieg, ślizga się chwile przed oddaniem strzału i w fatalny sposób marnuje karnego. Gracze United i sir Alex Ferguson mogą odetchnąć. W siódmej serii jedenastek swój strzał psuje Nicolas Anelka, gracze „Czerwonych diabłów” są skuteczni i to oni cieszą się ze zdobycia tytułu.
https://www.youtube.com/watch?v=x2AAWHA1AUQ
2009 Barcelona-Manchester United – Obrońcy tytułu bez szans z Barceloną w swojej największej formie. To było kilka lat w czasie których piłkarska Europa dzieliła się na Barcelonę i resztę stawki. 2-0 dla FCB. Po sezonie CR7 przechodzi do Realu Madryt.
2010 Inter-Bayern – Pierwszy finał rozgrywany w sobotni a nie środowy wieczór. Mediolańczycy pod wodzą „Mou” sięgają po tytuł. W półfinale w pokonanym polu zostawiają FC Barcelonę (pamiętny dwumecz z prowokacjami Mourinho i autobusem postawionym w polu karnym Interu). W finale faworytem był Bayern ale swój mecz życia rozgrywa Argentyńczyk Diego Milito, który dwukrotnie kąsa Niemców. Chyba jedyny finał w ostatnich 20 latach, którego nie obejrzałem w TV na żywo …
https://www.youtube.com/watch?v=8hSKwUhFjqg
2011 Barcelona-Manchester United – Ciężko nie odnieść wrażenia, że gdyby nie wielka Barcelona ostatnich lat, to miano najlepszego zespołu w tamtym okresie przypadłoby Manchesterowi United. Trzeci finał w ciągu 4 lat. Niestety na ich drodze znów Barcelona z Pepem Guardiolą, tym razem dominująca nad Anglikami w sposób chyba jeszcze bardziej widoczny niż w 2009 roku. 3-1 dla Katalończyków. Tylko dlatego że w bramce „Red Devils” stał nieśmiertelny Edwin Van Der Sar. Bezdyskusyjnie zwyciężyli najlepsi.
https://www.youtube.com/watch?v=Hlz-FkyFv4g
2012 Chelsea-Bayern – Bayern miał zwyciężyć. Bayern miał rzucić się Chelsea do gardła i przegryźć tętnicę. Bayern jakby nie patrzeć grał u siebie bo finał był rozgrywany na Allianz Arenie. Chelsea miała słaby sezon. W lidze finiszowała na 6 miejscu. Zatrudniony na początku sezonu Andre Villas-Boas, który miał być drugim Jose Mourinho pożegnał się z posadą już w marcu. Zastąpił go asystent – Roberto Di Matteo. Di Matteo wprowadził „The Blues” do finału Ligi Mistrzów, w półfinale odprawiając z kwitkiem FC Barcelonę. Ale w finale mieli ich rozszarpać gracze z Niemiec. Ci jednak bardzo długo męczyli się z Anglikami. Dopiero w 83 minucie bramkę zdobył Thomas Mueller i wydawało się że nic już nie odbierze Bayernowi triumfu. Jednak jak pokazywała historia, mecze decydujące o tym kto zdobędzie tytuł najlepszej klubowej ekipy w Europie rządzą się swoimi prawami. Nie inaczej było tym razem. Radość Monachijczyków trwała zaledwie 5 minut. Do wyrównania doprowadził Didier Drogba, dla którego ten mecz był zwieńczeniem kariery w klubie ze Stamford Bridge. Dogrywka również nie przyniosła rozstrzygnięcia. W karnych lepsi okazali się gracze Di Matteo a karnego, który przypieczętował ich triumf strzelił … Drogba.
https://www.youtube.com/watch?v=xibKxX9iS5E
2013 Bayern-Borussia Dortmund – Wyjątkowy mecz z perspektywy polskich fanów. W finale zagrali trzej Polacy. Wszyscy trzej w ekipie prowadzonej przez Jurgena Kloppa. „Polska Borussia”, „Polonia Dortmund” czy jak tam jeszcze nazywali wówczas ekipę BVB rozmaici Janusze. Błaszczykowski, Lewandowski i Piszczek wybiegli w podstawowym składzie klubu z Zagłębia Ruhry. Jednak to Bayern miał zamiar powetować sobie za porażkę u siebie w finale rok wcześniej. Bayern, który w półfinale zniszczył Barcę, wygrywając dwumecz stosunkiem bramek 7-0. BVB zaś do finału dostała się zostawiając w pokonanym polu madrycki Real. Borussia, która prezentowała w całym sezonie piękny, ofensywny futbol. Borussia, którą oglądało się z wypiekami na twarzy. Borussia, która była jednak za słaba na to by pokonać w finale Bayern. W 89 minucie tytuł „Bawarczykom” zapewnił Arjen Robben.
https://www.youtube.com/watch?v=xD1eWNn2Rpw
2014 Real Madryt-Atletico Madryt – Tak samo jak dziś, tak przed dwoma laty w finale byliśmy świadkami derbów Madrytu. Rewelacja rozgrywek pod wodzą Diego Simeone wyszła na prowadzenie w 36 minucie za sprawą Diego Godina. Winą za tą bramkę należało obarczyć Ikera Casillasa. Real bił prawie przez resztę spotkania głową w mur, zaś gracze „Rojiblancos” dzielnie się bronili. Niestety dla nich przyszła 93 minuta gry i praktycznie w ostatniej akcji meczu wynik wyrównał Sergio Ramos. Sił graczom Atletico starczyło do 110 minuty, kiedy to „Królewskich” na prowadzenie wyprowadził Gareth Bale. Kolejne bramki dołożyli Marcelo i CR7. Tak więc mecz zakończył się słuszną wygraną Realu, jednak zupełnie niezasłużonym linczem ekipy Simeone w ostatnich minutach gry.
2015 Barcelona-Juventus – Jakże mocno ściskałem kciuki za graczy „Starej Damy”. Jakże wierzyłem że mogą pokonać znienawidzoną Barcelonę. Walczyli dzielnie. Rzucili się do ofensywy i poszli na wymianę ciosów z „Blaugraną”. Walczyli dzielnie jak Polacy w ostatnim meczu z Niemcami we Frankfurcie. Jednak tak jak nie można im było odmówić woli walki i determinacji, tak umiejętności już zabrakło. Barca znów była w swojej najwyższej formie, której nie jest w stanie osiągnąć praktycznie żaden inny zespół. Barcelona znów była nieosiągalna, kosmiczna. To był nadzespół z triem MSN w składzie. Juve choć mega ambitne, to z góry skazane na porażkę.
https://www.youtube.com/watch?v=b_yRrLkoN1I
Dziś kolejny finał, który będę mógł umieścić w swojej galerii piłkarskich wspomnień. Najtragiczniejsze jest to, że z racji tego że wieczorem będę pracował to prawdopodobnie będzie to pierwszy od 2010 roku finał, którego nie zobaczę na żywo. Mimo wszystko z pewnością będę co chwilę monitorował wynik tego spotkania i ściskał kciuki za bandę Cholo Simeone. Mam wielką nadzieję że to właśnie oni sięgną dziś po to trofeum. Przede wszystkim życzę jednak sobie jak i pozostałym fanom futbolu abyśmy mogli być świadkami kolejnego widowiska, które zapisze się w historii piłki nożnej. Amen!
Całość zakańczam tak, byśmy mogli pomału wprowadzić się w klimat wieczornych emocji. Rozpocznijmy czas oczekiwania odsłuchując „Kaszanki”.

Miłość od pierwszego wejrzenia czyli za co kocham ligę angielską?
Tydzień temu podsumowałem tegoroczny sezon w lidze polskiej. Przyrównałem nasze rodzime rozgrywki do miłości z rozsądku. Takiej, która musi się dotrzeć. Takiej gdzie początkowo nawet nie przepadasz za swoją partnerką, po prostu z czasem przyzwyczajasz się do niej i wybierasz ją z braku laku. Bo jest taka swojska, jest blisko. Takiej na którą często narzekasz siedząc z kolegami przy piwie w barze, ale do której jednak wracasz bo coś cię przy niej trzyma. W sumie nie wiadomo co. Przyzwyczajenie? Nieprzewidywalność? Ciężko powiedzieć. Dziś przyjrzymy się innemu typowi miłości. Miłości od pierwszego wejrzenia. Takiej na widok której od razu poczułeś w brzuchu motyle. Takiej, o której myślisz czasem po nocach. Takiej, która zaprząta ci głowę tak bardzo, że nie jesteś w stanie porządnie się skupić na czymkolwiek innym. Ale drugiej strony łatwiejszej, bo partnerka jest tak bardzo atrakcyjna, że chłopaki na osiedlu skręcają sobie karki, gdy przechodzicie koło nich. W dodatku ma tak zajebisty charakter, że mógłbyś z nią spędzać całe dnie a gdy idziesz do pracy i zamykasz drzwi to już zaczynasz za nią tęsknić. To ta sytuacja, kiedy masz ochotę pobiec na łąkę i zrywać tulipany lub obrywać listki koniczynki zadając sobie pytanie „Kocha czy nie kocha?”. Proszę państwa, przed wami liga angielska.
Oczywiście te opinie są moimi subiektywnymi odczuciami, ale dam się pociąć w plastry że dokładnie taką samą filozofię wyznaje z 90% kibiców piłkarskich. Tak, zdarzają się fanatycy, którzy kochają tylko ligę polską a każdą inną mają w dupie. Tacy którzy wolą obejrzeć Korona-Podbeskidzie niż El Clasico czy derby Manchesteru. Sam znam takie przypadki. Baa, mam takich delikwentów w rodzinie, bo mój ojciec jest zajarany polska ligą do tego stopnia, że notuje oceny sędziów, które sam im wystawia po każdym meczu. No ale „na fanatyzm, nie ma leku” ;-). Ja jednak uwielbiam pooglądać dobre widowisko i nie wystarcza mi argument, że „to nasza liga”. Jest na pewno również duża rzesza fanów La Liga, którzy mogą mnie z łatwością rozłożyć na łopatki stwierdzeniem, że wystarczy popatrzeć na wyniki klubów angielskich i hiszpańskich w europejskich pucharach by stwierdzić, która liga jest lepsza. Argument niepodważalny. Choćby obecny sezon dobitnie pokazał nam, która liga dominuje w rozgrywkach pod patronatem UEFA. Sevilla w finale LE zdominowała Liverpool i ogólnie w ostatnich latach jest hegemonem w tym turnieju. Przez ostatnie 10 lat wznosili to trofeum pięciokrotnie (w latach 2005-06 jeszcze pod nazwą Puchar UEFA), przez ostatnie trzy lata triumfując nieprzerwanie. W sobotnim finale Ligi Mistrzów tak jak przed dwoma laty będziemy świadkami derbów Madrytu. Rok temu puchar wzniosła FC Barcelona, tak więc w sześciu ostatnich edycjach dwóch najważniejszych klubowych rozgrywek na starym kontynencie kluby hiszpańskie zgarnęły wszystko co tylko się dało. No ale fakt że gdy jakąś kobietę wybiera się Miss World to nie świadczy to od razu o tym że jest ona dla nas najpiękniejsza na świecie. Owszem, liga hiszpańska jest wspaniała. FC Barcelona i Real Madryt to w tej chwili prawdopodobnie dwa najpotężniejsze kluby na świecie. Na uznanie zasługuje fakt że druga madrycka ekipa czyli Atletico dołączyła w ostatnich sezonach do tych gigantów i dzielnie stawia im czoła w walce o najwyższe cele. Ale właściwie te trzy ekipy rządzą La Ligą niepodzielnie od kilku sezonów a i ekipa Cholo Simeone tak na dobre dopiero od czterech sezonów. Duopol dwóch największych hiszpańskich firm trwa od dawna, po prostu od czasu do czasu dołącza do nich (lub nie) ekipa, która na jakiś czas zahacza się na katalońsko-kastylijską imprezę. Wcześniej była to Valencia choć i jej nie udawało się prześcignąć wielkiego duetu. Ostatnim zespołem, który na koniec sezonu wyprzedził w tabeli kogoś z dwójki Real – Barca, nie licząc mistrzowskiego Atletico z sezonu 2013/14 był Villareal 8 lat temu. No i właśnie, pod tym względem Premier League bije jak dla mnie Hiszpanię po raz pierwszy. Tam faworytów jest jednak więcej. A wyobrażacie sobie w La Liga taki sezon jak ten obecny w Anglii? Np. mistrzem zostaje Rayo Vallecano, druga Sevilla, trzeci Athletic a Barca i Real na 4 i 5 miejscu? No jednak science fiction większe niż na wyspach. Drugi argument, który jak dla mnie przemawia za Anglią to styl gry. Hiszpania to liga techniczna, ogląda się ją świetnie, ale jednak jak dla mnie brakuje jej tego błysku co w Premier League. Brakuje tych spotkań w których piłkarze zapierdalają na pełnych obrotach „box to box”. Więcej przemyślanych zagrań, pięknej techniki, joga bonito. Ale jednak brakuje tego „czegoś”. Wyspy Brytyjskie są bardziej hmm … męskie? Więcej krwi, potu i łez. No w sumie z czego słynęły te rozgrywki zanim wpompowano w nie strumienie hajsu? Wślizg, wślizg, wślizg, jeżdżenie na dupach i piłka latająca od pola karnego do pola karnego. Dopiero gdy w poszczególnych klubach zaczęli się pojawiać zagraniczni piłkarze, zaczęła się pojawiać finezja i polot i aktualnie ta liga tworzy wyśmienitą mieszanką właśnie takiego finezyjnego futbolu i wyspiarskiego, ambitnego zapierdalania po całym boisku. Mamy magików futbolu jak chociażby David Silva czy Alexis Sanchez ale mamy też typowych przecinaków a ich symbolem będzie dla mnie w Anglii zawsze Lee Catermole. Niby piłkarski wyrobnik bez większych umiejętności, typowy angielski rębajło kolekcjonujący kartki ale w tym wszystkim tak urokliwy, że przy naszych rodzimych przecinakach pokroju Jakuba Tosika wręcz Pan Piłkarz ! No i argument numer trzy. Anglia to dla mnie na zawsze będzie kolebka futbolu! Cała ta otoczka, cały ten klimat panujący wokół futbolu. Od stadionowej mody Casual zapoczątkowanej przez angielskich chuliganów, przez klimat przyśpiewek fanów z wysp, całą historię, tradycję tego wyjątkowego miejsca. Hillsborough, katastrofa lotnicza piłkarzy ManU, zapijaczone legendy boisk z życiorysami godnymi scenariuszów filmowych – Robin Friday (mało znana postać, polecam zapoznać się z biografią), George Best czy bardziej współcześnie Paul Gascoigne, przez tak samo legendarnych trnerów – Bill Shankly, Brian Clough czy znów bardziej współcześnie, sir Alex Ferguson. Mało który zakątek świata tętni tak piłkarskim życiem jak Wyspy Brytyjskie. Może Ameryka Południowa… 100% futbolowy raj nie istnieje. Trybuny w Anglii mają wyjątkowy klimat ale jednak są też w dużej mierze przesiąknięte korporacyjną zarazą. Jak to określił Gary Lineaker – krewetkożercami w krawatach. Mało która rzecz w futbolu irytuje mnie tak bardzo jak opuszczanie trybun w 85 minucie, byle tylko nie utknąć w korkach. Nie wyobrażam sobie bym mógł opuścić trybuny stadionu podczas meczu mojej ukochanej drużyny przed końcowym gwizdkiem arbitra. Korpo publiczność ze smartfonami zamiast szalików w rękach … coś jak robak w jabłku … No ale jak powiedziałem, piłkarskie niebo nie istnieje. Nie ma miejsca gdzie w piłkę gra się jak na boiskach w Anglii a na trybunach panuje klimat jak w Polsce czy na Bałkanach (tak, to dla mnie połączenie idealne).
Kojarzycie taki schemat filmu? Mamy drużynę złożoną z nieudaczników, taką z której każdy się śmieje. Każdy z jej członków to fajtłapa mający jakiś defekt. Nagle pojawia się gość, najczęściej też z jakąś niechlubną przeszłością, który bierze tę zgrają pod skrzydła i po jakimś czasie wydobywa z nich ukryty potencjał, robi z nich świetnie współpracujący kolektyw. Takie ckliwe kino familijne puszczane w świąteczne przedpołudnie na jakimś Polsacie. Na pewno taki film kiedyś oglądaliście. „Potężne kaczory,” „Reagge na lodzie”, „Ich własna liga”. Sporo było takich produkcji. W tym sezonie życie napisało identyczny scenariusz w Leicester. W sezonie 2013/14 „Lisy” wróciły po pięcioletniej banicji do najwyższej klasy rozgrywkowej. W składzie drużyny m.in. reprezentant Polski Marcin Wasilewski. W sezonie 2014/15 drużyna zajmuje 14 miejsce w tabeli. Przed sezonem 2015/16 bukmacherzy są skłonni bardziej uwierzyć w to że Elvis nadal żyje a nawet w fakt, że Kim Kardashian zostanie prezydentem USA aniżeli w wygraną „Lisów” na koniec sezonu. Dodatkowo z zespołu zostają wyrzuceni: Tom Hooper, Adam Smith i James Pearson, którzy podczas wypadu do Bangkoku nagrali sobie seks-taśmę, na której w dość niewybredny sposób młodzi zawodnicy wyrażali się o trójce młodych Tajek, które ich „obsługiwały”. W taki oto niebanalny sposób zespół rozpoczął przygotowania do nowego sezonu. Należy również nadmienić że James Pearson to syn ówczesnego trenera Leicester – Nigela. W tej sytuacji opiekunowi „The Foxes” nie zostało nic innego jak podać się do dymisji. W jego miejsce pojawia się Claudio Ranieri, włoski trener, który kilka miesięcy wcześniej wsławił się tym, że jako selekcjoner reprezentacji Grecji, przejebał dwukrotnie w eliminacjach do Euro 2016 z Wyspami Owczymi! Nie no, gdyby spojrzeć w jego CV, to trzeba przyznać że kluby, które prowadził w swojej karierze robią wrażenie! Chelsea, Inter Mediolan czy Juventus! Gorzej tylko, że przez prawie 20 lat pracy na stanowisku trenera, jego największe sukcesy to – Puchar Hiszpanii z Valencią, Puchar Włoch z Fiorentiną i Superpuchar Europy również z Valencią. Trzeba przyznać że jak na menadżera, przez tyle lat siedzącego no, było nie było w klubach z piłkarskiego topu, nie jest to dorobek zbyt imponujący. W dodatku gość pod swoimi skrzydłami ma – Kaspera Schmeichela, bramkarza najbardziej znanego z tego że jest synem Petera. Roberta Hutha, gościa znanego z tego że sto lat temu grał, a raczej przewinął się przez Chelsea. Dopóki Ranieri nie wyciągnął go z kapelusza to zapomniałem że gość żyje, równie dobrze mógł sprowadzić Owena Hargreaves’a. Riyada Mahreza, gościa, który jeszcze trzy lat temu, w wieku 22 lat grał w rezerwach francuskiego Le Havre. Kapitanem zespołu jest Wes Morgan – gość gra w reprezentacji Jamajki. Muszę dodawać coś więcej? No i Jamie Vardy, ten to w ogóle jest gagatek. Gość, który pracował przy produkcji szyn medycznych a swego czasu biegał po boiskach w angielskich pipidówach z policyjną obrączką na nodze i musiał być w domu przed 18stą, bo tak orzekł sąd po tym gdy Vardy miał sprawę za bójkę w barze. Poza tym? Kante, Albrighton, Drinkwater, Fuchs. No nie są to nazwiska, które w wakacje 2015 wywoływałyby ciarki na plecach fanów futbolu. Właśnie taka filmowa zbieranina osobliwości pod wodzą gościa z też nie najlepiej zapisaną kartą. I nagle zdarza się cud. Mahrez to najlepszy reżyser gry w lidze, Vardy bije rekord Van Niestelrooya w ilości kolejnych spotkań w których zdobył bramkę a na koniec sezonu zdobywa koronę króla strzelców. Huth to ściana nie do przejścia. Kante wykonuje mrówczą robotę, porusza się po boisku jakby miał teleporter. Kasper Schmeichel to już nie syn Petera, to … Kasper Schmeichel, jeden z najlepszych bramkarzy Premier League. Reszta też gra swój sezon życia, razem tworzą mieszankę wybuchową. Przyznam szczerze, cały sezon czekałem aż się wykoleją, wpadną w kryzys, nie wierzyłem że wytrzymają tempo, że dadzą rade uciekać przed wielkim. Arsenalem, ManC nawet Tottenhamem. A jednak! Zrobili to. Pieprzone Leicester zostało mistrzem Anglii ! Kto nie kocha takich baśniowych historii w futbolu? Ja jako piłkarski romantyk, uwielbiam. Jedyną łyżką dziegciu w tej beczce miodu jest dla mnie fakt, że tylko symboliczną rolę w tym sukcesie odegrał Marcin Wasilewski. Szkoda, bo „Wasyl” to piłkarz, który jak żaden inny Polak zasługiwał na bycie częścia tej niesamowitej historii. Zresztą ten sezon to nie tylko magiczna historia „The Foxes”. To również świetna postawa West Hamu z fenomenalnym Dimitri Payetem w roli lidera. Frajerskie oddanie wicemistrzostwa Arsenalowi przez Tottenham, który do końca czyhał za plecami „Lisów” a w ostatniej kolejce został pogrążony, zbity i upokorzony przez zdegradowane Newcastle i ostatecznie wyprzedzony przez swojego odwiecznego rywala. Mój Arsenal … heh, sezon niby tak naprawdę stracony, brak jakiegokolwiek trofeum. Ale boję się że to wyprzedzenie „Kogutów” rzutem na taśmę może być znów zasłoną dymną dla Wengera. Szanuję Francuza ale uważam że powinien już odejść ze stołka i pójść w „dyrektory”. No ale w sumie Arsenal został wicemistrzem po raz pierwszy od 11 lat, więc radujmy się, czyż nie? Nie! Gówno prawda! Arsenal nie zdobył Mistrzostwa po raz 12 z rzędu chociaż takiej okazji jak teraz nie było od dawna. Pogrążone w kryzysie ManU i Chelsea, słabe City a i tak chuj bombki strzelił. No ale latem Wenger naobiecuje transferów a ostatecznie sprowadzi trzech juniorów z Zambijskiej wioski i … nie wiem kurwa … Jamesa Milnera. I wszyscy będą żyć długo i sczęśliwie…
Sezon ligowy za nami. Przed nami Euro 2016 na którym poza naszymi reprezentantami kibicować będę oczywiści Anglikom. Atak Vardy-Kane, jeden z najciekawszych duetów na turnieju w żabolandii … Tylko Milik i Lewy lepsi … Milik nawet tak samo frajersko stracił mistrzostwo jak Kane. A potem … znów oczekiwanie na sezon. Liczę że w kolejnym sezonie do walki o najwyższe cele włączy się Liverpool, wierzę że Klopp gdy dostanie teraz czas na dobre przepracowanie okresu przygotowawczego, postawi „The Reds” do pionu i wróci ten zespół na należne mu miejsce. Ciekaw jestem czy Leicester będzie w stanie utrzymać formę, już nawet nie mistrzowską, ale chociaż na ciągły kontakt z czołówką ligi? Ciekaw też jestem czy Arsenal straci szansę na mistrzostwo już w lutym czy dopiero w kwietniu … Oraz czy Mourinho obejmie ManU. Czekam z niecierpliwością kiedy będę mógł znów „zapiąć pasy i usiąść wygodnie w fotelu” wraz z Andrzejem Twarowskim i Rafałem Nahornym. Dla mnie w tym momencie są zdecydowanie najlepszym duetem komentatorskim w tym kraju. Błyskotliwy, fachowy i przede wszystkim dowcipny … szczególnie w pamięci utkwił mi moment, gdy „Twaro” w czasie przerwy w meczu Arsenal-Everton nie mógł pogodzić się z faktem, że obsadził Romelu Lukaku na kapitanie w Fantasy Premier League. No właśnie, a ja mam nadzieję na poprawienie swojej 2,226,862 pozycji w tej zabawie. Premier League już tęsknię !
Miłość bezwarunkowa czyli za co kocham ekstraklasę?
Miłość to niesamowite uczucie. A z najprawdziwszą miłością mamy moim zdaniem do czynienia wtedy, gdy nie potrafimy uzasadnić jej motywów. Bo kocha się po prostu. Nie dla pieniędzy, nie z powodu urody, nie dla innych dóbr materialnych … Miłość jest najwspanialsza wtedy, gdy kocha się – bo tak. Takie dziecięce uzasadnienie – tak bo tak. To tak jak z młodszą siostrą czy bratem. Wyszydzasz, wkurzasz się, wyśmiewasz, momentami wręcz się go wstydzisz ale suma summarum gdy będzie mieć kłopoty to pójdziesz za nim w ogień… To właściwie tak jak z polską Ekstraklasą piłkarską! Wczoraj skończył się sezon, praktycznie do końca lipca zostaliśmy pozbawieni emocji związanych z najwyższą klasą rozgrywkową w naszym kraju. Nie widzieliśmy się od wczoraj a już zaczynam tęsknić ! Gdzieś w świadomości mam tą myśl że czekają mnie 2 miesiące rozłąki. Owszem, po drodze jest Euro, jacyś Islandczycy ograją nas w rundzie przedprzedprzedprzedwstępnej do Ligi Europy, gra jeszcze I liga itp. itd. Ale jednak, to nie to samo. Serce krwawi…
I tu pojawia się drugi problem. Właściwie za czym ja tęsknię? Ni ta liga szczególnie atrakcyjna. Brak jej piłkarskiej jakości, oglądanie niektórych meczy trąca masochizmem a czasami patrząc jak gracze kaleczą się na boisku czuję jak mi się rumieniec wstydu wylewa na policzkach. Początkowo miałem pisać ten tekst pod tezę o słabości tej ligi. Kiedyś nosiłem różowe okulary, starałem się sobie wmówić że z każdym sezonem jej poziom się podnosi, że wkrótce będziemy chociaż na poziomie … nie wiem … Belgów lub Ukraińców lecz kolejne lata upokorzeń już w rundach przedwstępnych i smary od rozmaitych, egzotycznych klubów zaczynały mnie uświadamiać jak jestem naiwny. Stjarnen, Żalgiris, Levadia, Valarenga, m.in. te zespoły sprowadzały mnie na ziemię, deptały moje marzenia i pokazywały miejsce w szeregu. Moja naiwność odchodziła do lamusa. Stawałem się pragmatyczny i nastawiony racjonalnie. Przestałem się łudzić że ta liga w końcu zacznie cokolwiek znaczyć w Europie. Być może stałem się wręcz cyniczny. Jak te kukiełki z loży szyderców. Ale po prostu miałem dość tych upokorzeń. Pogodziłem się po prostu z tym że mamy bananową ligę. Nadszedł czas że zacząłem ją po prostu traktować z przymrużeniem oka. Jako lokalny folklor. Ale jednak nie potrafię jej zupełnie zjechać. To w końcu nasza polska liga… I muszę ją kochać bezwarunkowo J. To taka brzydka dziewczyna z którą czasem wstyd się pokazać czy to w klubie na imprezie czy na weselu u kuzyna. No bo czym się pochwalić np. w towarzystwie kogoś z Hiszpanii czy Anglii? Hiszpan przychodzi ze smukłą, gibką i paraliżującą swoją klasą śniadą brunetką, Anglik z elektryzującą, pełną energii i wdzięku blondyną z dużym biustem. Baa, nawet taki Holender czy Rosjanin z fajną i sympatyczną dziewczyną z sąsiedztwa z którą można spędzić naprawdę fajny wieczór. A Polak? Z Mariolą z jakiegoś wypizdówka, która ma w pępku zamiast kolczyka kleszcza. Głupie porównanie? Myślę że prawdziwe ;-). Nienawidzę gdy Polacy mają jakiekolwiek kompleksy w stosunku do obcokrajowców. Ale pod względem piłkarskim? Reprezentację ostatnimi czasy pokazałbym komukolwiek z zagranicy bez wstydu, wręcz z dumą. Ale liga? Eee … to chodźmy lepiej do muzeum lotnictwa. No ale po tylu wspólnie spędzonych sezonach siłą rzeczy musisz się do tej ligi przyzwyczaić. Canal + robi co może by ekstraklasa wyglądała profesjonalnie i pod względem realizacji i całej otoczki taka właśnie jest. Ale pisałem to już w poprzednim tekście. Spakowanie gówna w pozłotko nie sprawi że stanie się ono czekoladą. Mimo wszystko po jakimś czasie siłą rzeczy musisz zakochać się w tej przaśności. Wczorajszy mecz Lech-Ruch. Kownacki i Kamiński wychodzą sam na sam ze Skabą. Kownaś odgrywa do Kamyka a ten z 7 metrów nie trafia do praktycznie pustej bramki. Automatycznie chowasz twarz w dłoniach z zażenowania. W meczu Cracovia-Lechia kandydat do wyjazdu na Euro 2016 Sławek Peszko przewraca się w polu karnym na piłce … Takich kwiatków co kolejkę można wybrać po kilka.
Czas napisać kilka słów o zakończonym właśnie sezonie. Piast Gliwice nie został jednak polskim Leicester, ale zajął i tak świetne jak na nich 2 miejsce. Mistrzem zgodnie z przewidywaniami stołeczna Legia. Mimo wszystko cieszę się że tak to się właśnie skończyło. Zdobycie mistrzostwa przez Piasta byłoby romantyczną i wspaniałą historią, no ale jednak marząc o polskim zespole w LM uważam że tylko legioniści są w stanie powalczyć o ten zaszczyt. Oczywiście znając życie Wojskowi odpadną najdalej w IV rundzie eliminacji i skończy się na występie w grupie Ligi Europy no ale wiara umiera ostatnia. Cały czas wierzę że Legia jest na najlepszej drodze do równania do poziomu średnich klubów europejskich. Że może być kimś w rodzaju chociażby FC Basel. Przez ostatnie 4 lata Warszawiacy sięgali trzykrotnie po mistrzowski puchar i po Puchar Polski. Jeszcze do zeszłego sezonu wydawało się że po piętach depcze im Poznań ale ten sezon brutalnie zweryfikował Lecha, który po ubiegłorocznym mistrzostwie zupełnie nie potrafił w tej kampanii potwierdzić swoich mocarstwowych zapędów na rodzimym podwórku. Zdecydowanym dominatorem na tą chwilę jest CWKS. Przynajmniej patrząc na wyniki, bo patrząc na styl gry to już niekoniecznie. No właśnie … styl. Mam wrażenie że tego nie ma w tej lidze nikt. Tzn. nikt nie potrafi utrzymać stylu na dłużej. Momenty w których grali naprawdę fajną piłkę mieli zarówno Piast, jak i Lechia czy Cracovia. Niestety stabilizacja formy to w polskiej ekstraklasie abstrakcja. I to że np. Lechia w świetny sposób rozbiła Legię tydzień temu wcale nie oznaczało że Gdańszczanie nie mogli zagrać już wczoraj w Krakowie kompletnego piachu. Zresztą lechiści naprawdę fajnie radzili sobie głównie na własnym obiekcie, na wyjazdach stawali się już innym zespołem. Hmm… no to może pojedźmy po prostu po kolei:
- Legia Warszawa – Do ostatniej kolejki nie byli pewni mistrzowskiego tytułu a ciśnienie w klubie było przeolbrzymie, bo w tym roku stołeczny zespół obchodził stulecie istnienia. Po kiepskim początku gdy za sterami siedział jeszcze Henning Berg do zespołu przyszedł trener Stanislav Czerczesow i odrobił stratę 11 punktów, który zespół tracił do gliwickiego Piasta. Rosjajnin nauczył Warszawiaków przede wszystkim grać wysokim pressingiem. W zimowej przerwie do klubu sprowadzono również Adama Hlouska i Artura Jędrzejczyka, którzy stworzyli zdecydowanie najsilniejszy duet bocznych obrońców w lidze. Prawdziwą manifestacją siły było sprowadzenie do zespołu Kaspera Hamalainena co pokazało jak bardzo Legia nadal góruje nad Lechem. Jeśli o samą grę chodzi, to jak na Mistrza Polski brakuje mi mimo wszystko jakości, umiejętności zdecydowanego zdominowania słabszego rywala, udowodnienia że są o klase lepszym zespołem oraz często po prostu finezji w grze. Być może jednak trener Czerczesow stawia bardziej na efektywność niż efektowność. Jeśli chodzi o marketing i organizację, zdecydowany dominator rozgrywek ligowych.
- Piast Gliwice – Największa niespodzianka rozgrywek. Pod wodzą trenera Latala potrafili grać bardzo miły dla oka futbol. Niestety po doskonałej jesieni na wiosnę spuścili z tonu i zaczęli powoli staczać się do poziomu ligowej przeciętnej. Niezłą końcówką sezonu udało im się jednak zdobyć tytuł wicemistrzowski. Mam jednak spore obawy czy w przyszłym sezonie uda im się potwierdzić że ta kampania nie była tylko jednorazowym wyskokiem. Trener Latal potrafił pościągać niezłych zawodników w postaci swoich rodaków Nespora i Vacka. Królem asyst został Patrik Mraz (łącznie 13 ostatnich podań), który do tej pory zasłynął głównie w naszej lidze tym, że Gikiewicz podpierdolił go do trenera za przyjście na kacu na trening gdy występowali jeszcze w barwach Śląska Wrocław. Na naprawdę niezłego gracza wyrasta również Radek Murawski, który był liderem środka pola.
- Zagłębie Lubin- Dwa lata temu spadali z ekstraklasy, wczoraj zdobyli brązowe medale mistrzostw polski. Ze zgnuśniałego zespołu, w którym zawodnicy mieli wszystko w dupie w krótkim czasie stali się ekipą młodych wilków (skład w dużej mierze tworzą wychowankowie lubińskiej akademii), potrafiących napsuć krwi każdemu zespołowi. Z chęcią popatrzę jak poradzą sobie w Europie, bo był to zespół, który w końcówce jako jedyny potrafił utrzymywać stały, dobry poziom i przyjemny dla oka styl gry. Do wyróżnienia jak dla mnie Maciej Dąbrowski, końcówka sezonu w jego wykonaniu na poziomie niemal reprezentacyjnym. Do samej reprezentacji wskoczył zaś Filip Stazyński, który po nieudanym epizodzie w Belgii wrócił do kraju nad Wisłą i pokazał jak grać w piłkę (16 meczów 3 gole, 10 asyst)i chyba może powoli szykować się do wyjazdu do Francji. Zresztą praktycznie każdy zawodnik Miedziowych zasłużył na wyróżnienie. W przyszły sezonie na pewno będę trzymał kciuki za Zagłębie, bo są zespołem z potencjałem na to by notorycznie kończyć rozgrywki na miejscu premiowanym awansem do europejskich pucharów.
- Cracovia – Mam strasznie mieszane uczucia co do tego zespołu. Podopieczni Jacka Zielińskiego byli teamem bardzo chimerycznym. Po ich grze można było się spodziewać wszystkiego. Ciekawej kombinacyjnej gry lub maniany od której szło się porzygać. Boję się że to właśnie ten zespół, który godny jest tego by w LE odpaść z Atlantasem Kłajpeda czy innym Metalurgsem Lipawa. W przerwie zimowej stracili kły w postaci Denissa Rakelsa, który wraz z Nemanją Nikoliciem z Legii jesienią strzelali na potęgę. Mimo transferu do Reading (na poziomie Championship 12 gier i 3 bramki) Łotyszowi udało się ex aequo z Mariuszem Stępińskim zająć trzecie miejsce w klasyfikacji strzelców. Dla mnie największym szokiem był fakt, że Mateusz Cetnarski potrafi grać w piłkę! I to jak! Przewodni szrot ligi polskiej w ostatnich sezonach w tym roku wykręcił wynik 13 bramek i 12 asyst i był swego czasu mocno sugerowany Adamowi Nawałce jako alternatywa w środku pola kadry. Plus Bartosz Kapustka, który pewnie pod Wawelem zbyt długo miejsca nie zagrzeje.
- Lechia Gdańsk – To już chyba trzeci sezon w którym Lechia mając skład jakościowo i ilościowo na to by liczyć się w walce o najwyższe cele nie kwalifikuje się nawet do europejskich pucharów. Coś ruszyło się nad Bałtykiem wraz z przyjściem do Biało-zielonych Piotra Nowaka. Klub w końcu zaczyna grać fajną ofensywną piłkę. Dwa świetne mecze przeciwko Legii Warszawa ale też blamaże na wyjazdach jak wczorajszy na Cracovii czy wcześniej w Gliwicach. Także brak stabilizacji. Ale Nowak ma 2 miesiące na to by spokojnie poustawiać ten zespół tak, by w przyszłym sezonie w końcu udowodnili drzemiący w nich potencjał. Plus Milos Krasić, który przez dłuższą część sezonu był maskotką ligi w stylu Boba Sappa w MMA (z futbolem to za wiele wspólnego nie miało) a po przyjściu Nowaka zaczął przypominać piłkarza … no może nie tego z czasów Juventusu … ale ligową gwiazdę na miarę swego czasu Daniela Ljuboji.
- Pogoń Szczecin – Zaledwie 8 porażek, co razem z Piastem czyni ich drugimi w lidze pod względem przegranych meczów. Ale aż 17 spotkań remisowali. Solidna drużyna, potrafiąca napsuć krwi każdemu ale bez tego czegoś. Drugą młodość przeżywał w tym sezonie Rafał Murawski (7 bramek, 10 asyst). Z tonu w porównaniu z poprzednim rokiem spuścił za to Łukasz Zwoliński. Myślę że zrobili w tym roku po prostu swoje. In plus.
- Lech Poznań – Jedni z największych przegranych sezonu 15/16. W zespole nie wyróżnił bym kompletnie nikogo. Jak już wcześniej pisałem zamiast równać do Legii i urządzać z nią dwuzespołowy wyścig zbrojeń cofnęli się wstecz. W przerwie spieniężą zapewne kilku graczy. Linetty, Kamiński może Kownacki. Zespół czeka spora rewolucja (przynajmniej tak zapowiadał prezes Klimczak). Pierwszym wzmocnieniem na nowy sezon jest bramkarz Ruchu Chorzów Matus Putnocky. Sezon do jak najszybszego zapomnienia i czas by odbudować zaufanie kibiców, które zostało nadszarpnięte nagraniem z autokaru przed finałem PP.
- Ruch Chorzów – Jak dla mnie jedna z najbardziej nijakich drużyn w tej lidze. W grupie mistrzowskiej 2 remisy i 5 porażek, bilans bramkowy 3-14. Jedni z bohaterów przepychanki związanej z aferą punktową po końcu sezonu zasadniczego. Właściwie w składzie mają jeden smakowity kąsek w postaci Mariusza Stępińskiego (latem na 100% odejdzie). No może jeszcze Patryk Lipski i Putnocky, który już się ewakuował. Reszta zespołu to wyrobnicy, przeciętniacy i szrot. Zespół od lat wpisujący się do kanonu ligowej szarzyzny. Jak dla mnie uosobienie ekstraklasowej deprechy.
- Wisła Kraków- Do momentu przyjścia Dariusza Wdowczyka zespół, który miał walczyć o ligowy byt. Gdy przy Reymonta pojawił się Dariusz Wdowczyk (znany też jako Dariusz W.) Wiślacy przeszli istną metamorfozę. 7-3-1 bramki 30-15. Odrodzenie Rafała Wolskiego, który po 4 latach bezowocnej, zagranicznej tułaczki wrócił do Polski i pozamiatał (14 gier 4 gole, 9 asyst). Kolejny argument dla fanów teorii o chujowości polskiej ligi (wraz ze Starzyńskim). Do 10 najskuteczniejszych graczy w historii ligi wskoczył Paweł Brożek, który mimo 33 lat na karku wbił rywalom 13 goli. Z chęcią popatrzę jak będzie wyglądał projekt Wisła pod batutą Wdowczyka w przyszłym sezonie, bo grali naprawdę fajną piłkę i szkoda że nie weszli do grupy mistrzowskiej choćby kosztem Ruchu. Największy mankament to bardzo krótka ławka rezerwowych. Nie wiadomo też czy uda im się utrzymać najlepszych graczy z Wolskim na czele.
- Śląsk Wrocław – W tym zespole też odrodzenie nastąpiło wraz ze zmianą na ławce trenerskiej. Romuald Szukiełowicz i jego stara szkoła nie przyniosła pożądanego efektu. Zresztą zatrudnienie gościa pod 70tkę, który ostatnio trenował zespół Foto-Higieny Gać (!) nie był najlepszym pomysłem wrocławskich działaczy .. a Ci często wymyślali coś idiotycznego. Bieganie po ośnieżonych górach w przerwie zimowej sprawdzało się w latach 80tych. Na karuzelę trenerską wskoczył ponownie Mariusz Rumak i pokazał jak dla mnie po raz kolejny że mimo tego że wśród kibiców nie wzbudza raczej sympatii to nie można powiedzieć że trenerem jest do niczego. Z nudnego jak flaki z olejem, bez jakiejkolwiek wizji zespołu zrobił nieźle rozumiejącą się drużynę w której prym wiedli Węgier Bence Mervo i Japończyk Ryota Morioka. Zatrzymanie obydwóch tych graczy w zespole będzie zapewne dla Rumaka sprawą kluczową. Zresztą parafrazując klasyka, po erze Szukiełowiczów, Levych i Pawłowskich Śląsk ma w końcu trenera a nie pozoranta.
- Jagiellonia Białystok – Mówisz Jaga, myślisz Probierz. Pan i władca miasta Białegostoku. Najbardziej sfrustrowany człowiek w ekstraklasie, chociaż często w jego radykalnych wypowiedziach jest sporo racji. W tym roku jednak Jaga nie była czarnym koniem rozgrywek. Jaga nie liczyła się do końca w walce o mistrzostwo. Drżała za to prawie do samego końca o ligowy byt. Brakowało tego polotu i finezji. Drągowski nie brylował między słupkami, brylował bardziej jako jeden z większych pajaców w lidze, niemal uśmiercony rzuconą z trybun zapalniczką i wkładający palce tam gdzie Manuel Arboleda i Gonzalo Jara. Brakowało polotu białostockiej młodzieży. W międzyczasie Probierz zaliczył prawie solówkę z kibolem z młyna Jagi czy też z Wojciechem Kędziorą, na którego obraził się za co by nie mówić frajerskie zachowanie w meczu w Niecieczy. Tam gdzie jest ten trener zawsze sporo się dzieje z tym że w tym sezonie niekoniecznie w pozytywnym tego zwrotu znaczeniu. Oczywiście pan Michał ma na pewno 148 powodów na wytłumaczenie nam dlaczego ten sezon wyglądał tak a nie inaczej.
- Korona Kielce – Kolejny zespół, który jest uosobieniem marazmu w polskiej lidze. Ledwie wiążący koniec z końcem, zawsze do końca nie wiadomo czy przystąpią do rozgrywek ale ostatecznie po raz kolejny dotacją z budżetu ratuje ich kielecki ratusz, grożąc przy tym palce że to już ostatni raz. I tak koło się zatacza. Koroniarze grają wyrobnikami i szrotem ale ostatecznie się w lidze utrzymują. Scenariusz znany od lat. W tym sezonie można jednak wyróżnić kilku graczy. Szczególnie Airama Cabrerę, strzelca 16 bramek czy mającego przebłyski Bartka Pawłowskiego. Mimo wszystko jak dla mnie zespół cechujący się wszystkim co złego uosabia ta liga a nawet wadami sprzed lat, które większość zespołów już wyeliminowała jak chociażby dojenie miejskiego budżetu.
- Termalica Nieciecza – Najbardziej egzotyczny zespół ekstraklasy z boiskiem w polu kukurydzy … jak w filmie „Pole marzeń” J. Słoniki się utrzymały, zrobiły swoje, sezon mogą zaliczyć in plus. Co prawda jestem za tym by w ekstraklasie grały zespoły z piłkarskimi tradycjami i wielotysięczną publiki, ale ten zespół wzbudza tyle sympatii że naprawdę życze im jak najdłuższego pobytu w najwyższej lidze rozgrywkowej. Zespół bez gwiazd, nawet przeciętnych gwiazdeczek. Ew. można wspomnieć o Artemie Putiwcewie, który został powołany do kadry Ukrainy.
- Górnik Łęczna – Emeriten squad. Jak ktoś celnie zauważył, mają solidny skład … na sezon 10/11. Zespół wypełniony dogorywającymi już ligowcami. Bonin, Nowak, Pitry … plus Świerczok, który podobno świetnie gra w piłkę tylko mało kto o tym wie i to widział. Powiem szczerze, jak dla mnie również powinni zlecieć z ligi. Zespoły z miejsc 14-16 nie dawały tej lidze kompletnie nic. Utrzymali się tylko dlatego że jeszcze bardziej beznadziejny Górnik Zabrze nie potrafił wygrać z grającą o pietruszkę (kolbę kukurydzy?) Termalicą.
- Górnik Zabrze – 14-krotny Mistrz Polski, 6 krotny zdobywca Pucharu Polski. Klub z wielkimi tradycjami, ze wspaniałą publiką w końcu z nowoczesnym stadionem … Klub, który kompletnie nie zasłużył na to by się utrzymać w ekstraklasie. Grali kompletny piach praktycznie przez cały sezon. Zespół posiadający pod względem ilościowym skład porównywalny z Lechią czy Legią, ale wypełniony wypalonymi gwiazdkami i graczami, którzy zagrali kilka lat temu 4 dobre spotkania i wożą się nadal na opinii. Oczywiście tradycyjnie dopchany zagranicznym szrotem, który uosabiał Jose Kante, gość, który niby coś tam potrafił, no ale kurwa, ściągnięty do Zabrza jako napastnik w 16 meczach nie ukłuł nic. Może ten spadek podziała na nich pozytywnie, tak jak w przypadku Zagłębia Lubin? Tego Zabrzanom życzę.
- Podbeskidzie B-B – Cztery sezony utrzymywali się w Ekstraklasie. Za piątym razem spadek z ligi. Szczerze? Nareszcie! Banda siepaczy bez polotu i finezji, antyfutbol nawet jak na ekstraklasę. Nigdy nie grali niczego ciekawego, nigdy nie widziałem ich meczu, który powstrzymałby mnie przed przełączeniem kanału w TV. Pokrzywdzeni. Mieli grać w grupie mistrzowskiej (!) a ostatecznie zlecieli z ligi. No ale sorry, skoro w grupie spadkowej zagrali taki piach, ugrali w 7 meczach 1 punkt … no to o czym mówimy? Żegnam bez żalu. No jest mi żal jedynie trenera Podolińskiego, bo to obok Leszka Ojrzyńskiego najbardziej wyrazista postać w świecie trenerów (mówię o osobowości).
Tyle jeśli chodzi o moje podsumowanie. To tak żeby nie było że zauważam same mankamenty tej ligi. Bywają mecze, które oglądało się naprawdę fajnie. Nie chcę zapeszać, że poziom tej ligi rośnie. Nie chcę znów zakładać różowych okularów bo w wakacje mogą mnie sprowadzić na ziemię eurowpierdole. Wolę pooglądać, pośmiać się, poszydzić a w głębi serca kochać ;-). Naprawdę kilka zespołów w tym sezonie potrafiło pograć fajną piłkę. Powtórzę jednak raz jeszcze – brakuje mi stabilizacji, powtarzalności, tego by kluby potrafiły zagrać kilka meczy z rzędu na solidnym, równym poziomie. No nic … pora czekać na kolejny sezon. Na szczęście w międzyczasie mamy jeszcze okienko transferowe, które bywa równie ciekawe jak sama liga. Przaśność ligi, czasem jej ułańska fantazja i przebojowość plus oprawa w którą pakuje tę ligę Canal + ( Sonia Śledź … szczególnie gdy wyprostuje włosy !!!) i w tym wspomnianym pozłotku nie musi wcale być kupa ale np. taka guma „Shock” na początku kwaśna i wykrzywiająca twarz ale z czasem słodka i przyjemna.

Pyro – legalize it! (?) Czyli moje przemyślenia po finale Pucharu Polski!
Walka o legalizację na piłkarskich stadionach trwa od bardzo dawna. Nie, nie! Nikt nie walczy o „uwolnienie konopii”. Ale Ultrasi całego świata walczą o legalizację czegoś równie uzależniającego. O coś co produkuje o wiele więcej dymu niż cała amerykańska scena hip-hopowa wytworzyła w swoim życiu. Walczą o legalną pirotechnikę! O swobodne odpalanie rac , stroboskopów, świec dymnych…
2 maja na Stadionie Narodowym w Warszawie odbył się finał piłkarskiego Pucharu Polski. Polskie „El clasico” jak raczą żartować niektórzy. Legia Warszawa vs. Lech Poznań. Dwie futbolowe firmy rodem z kraju nad Wisłą, które na obecny moment elektryzują kibiców najbardziej. Samo opakowanie finału Pucharu Polski również jest na poziomie światowym. Naprawdę, gdyby nie to, że w pewnym momencie na murawę musi wyjść 22 facetów i zacząć grać w piłkę to można by pomyśleć że mamy do czynienia z jakimś poważnym meczem. Niestety, gdy sędzia gwiżdże po raz pierwszy a nasze gwiazdy zaczynają pokazywać swoje umiejętności to możemy jednak stwierdzić że gdy gówno owiniemy w pozłotko to mimo że na pierwszy rzut oka wygląda ładnie i estetycznie to w środku nadal pozostaje gównem. Serio, nie pamiętam kiedy ostatni raz oglądałem Legia-Lech i mecz trzymał mnie w napięciu, kiedy ostatnio mogłem stwierdzić: „ej, całkiem przyjemnie się to ogląda”. A jak już wspomniałem, to dwa najlepiej na ten moment zorganizowane kluby w tym kraju. Nasze drużyny „eksportowe”… Dobra nie o tym miałem pisać. O wiele ciekawiej niż na murawie „Narodowego” było na trybunach naszego reprezentacyjnego stadionu. Akurat w tym przypadku o poziom widowiska jestem zawsze spokojny. Gdy grają te dwa zespoły to w ciemno można przystawić pieczątkę potwierdzającą „kibolską” jakość spotkania. Tym razem mecz wywołał jednak sporo kontrowersji. Zaczęło się w sumie dość obiecująco dla mainstreamowych mediów, gdy witany przez spikera prezydent Andrzej Duda został wygwizdany. Po meczu okazało się jednak że ani kibice KKSu ani ci stołeczni nie utożsamiają się z grupą gwizdającą i odcinają się od owych kibiców. Na ten temat napiszę zresztą jeszcze kilka zdań pod koniec tekstu. Na samym początku meczu po obydwóch stronach barykady ujrzeliśmy kibicowskie oprawy okraszone sporą ilością pirotechniki. Szczególnie fanatycy z Warszawy konkretnie podymili i organizatorzy mogli chyba tylko się cieszyć że podjęli decyzję o nie zamykaniu dachu na stadionie ;). Mimo konkretnego zadymienia sędzia Marciniak nie musiał w pierwszej połowie ani razu przerwać spotkania. To o czym przez kolejne dni trąbiono w mediach wydarzyło się jednak w II połowie. Prijovic wpakował bramkę dla Legionistów co sprowokowało poznańskich fanów do obrzucenia boiska racami w czasie kolejnej prezentacji oprawy. Dodatkowo jedna z rac trafiła bramkarza Legii Arkadiusza Malarza. Praktycznie w każdej relacji czy to telewizyjnej czy to prasowej głównym tematem nie był przebieg spotkania (w sumie kogo interesowałaby taka kaszana) a właśnie zachowanie Poznaniaków. Całość oczywiście sprowadzała się do tego, że pirotechnika znów stała się tematem zamartwiającym wszelkich mędrców tego świata bardziej niż wirus Ebola czy działania Państwa Islamskiego. Moje zdanie dalekie jest od osądów wydawanych przez dziennikarzy, ale nie powiem też jakoby wszystko w zachowaniu kibiców Lecha było dla mnie zrozumiałe i w porządku.
Przede wszystkim muszę sobie zadać jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie. Czy jestem za legalizacją pirotechniki? Oczywiście że jestem !!! Byłbym pieprzonym hipokrytą gdybym odpowiedział inaczej. W moich rękach wielokrotnie wypalały się flary i najstraszniejszą rzeczą jaka mi się stała przez odpalanie piro były dziury wypalone w odzieży. Tak więc mit śmiercionośnych rac jest dla mnie żenujący. Zresztą Malarz też bez szwanku przeżył spotkanie z racą w finałowym spotkaniu. Jak pokazał ten sezon, o wiele większym zagrożeniem dla bramkarzy są latające zapalniczki. Drągowski o mało nie umarł trafiony (?) takim ustrojstwem. Może pora poważnie się zastanowić czy nie trzeba zdelegalizować zapalniczek na stadionach? Poza tym prezentacje z racami i innymi świecidełkami dodają tyle kolorytu oprawom meczowym, że w polskich realiach stanowi to częstokroć o wiele lepszy show niż wydarzenia boiskowe. Ale moim skromnym zdaniem są pewne granice. Rozumiem że Poznaniacy mogli być wkurwieni spisanym już praktycznie na straty sezonem, kolejną porażką z odwiecznym rywalem czy też filmikiem z Łukaszem Trałką w roli głównej w którym nazywa jednego z kibiców Lecha „pałą jebaną”. Może pan piłkarz Trałka miał akurat kaca a w takim momencie walenie ręką w autokar naprawdę nie należy do przyjemnych dźwięków. Zresztą jak pokazał ostatni filmik z Darko Jevticiem, piłkarze Kolejorza lubią się dobrze wyluzować przed meczem (zresztą dawno temu zapoczątkował tą modę Drewniak, tylko nie wiem po jaki chuj wszystko to muszą dokumentować filmikami). Tylko tak się zastanawiam, jeśli faktycznie środowisko kibicowskie chce walczyć o legalizację piro, to czemu mają służyć takie akcje? To tylko woda na młyn dla wszystkich, którzy są w opozycji dla legalizacji. A lista ta jest bardzo długa. Wiem, z pewnością jest rzesza kiboli wychodząca z założenia że w dupie mają układanie się z krawaciarzami, którzy zapewne tylko mydlą oczy możliwością legalnego odpalania rac. Poza tym race powinny być odpalane spontanicznie a nie w wyznaczonej strefie, przez wyznaczone osoby i w określonej ilości po uprzednim podpisaniu stosownych dokumentów i otrzymaniu wszelkich pozwoleń. Zabija to ducha ultraski, z pewnością. Zawsze będę przeciwko wprowadzaniu w piłce nożnej standardów „Modern Football”. Przeciwko ciapatym właścicielom pompującym w kluby strumienie petrodolarów, przeciwko zabijaniu tradycji i historii klubu jak robi to pewien napój energetyczny w Salzburgu czy Lipsku. Przeciwko horrendalnym cenom za bilety, niemoralnym zarobkom piłkarzy i jeszcze bardziej niemoralnym kwotom płaconym za ich transfery. Ale pewnych rzeczy zwyczajnie nie da się zatrzymać. Można albo szukać jakiegoś rozwiązania, kompromisu albo pogodzić się z takim stanem rzeczy jaki ma miejsce i bawić się pirotechniką łamiąc nadal zakazy. Jednakże w tym drugim przypadku trzeba się liczyć z absurdalnymi karami. Trzeba podnieść głowę do góry i brać konsekwencje na klatę. Jeżeli kibic robi coś niezgodnie z regulaminem to nie powinien potem płakać jaki to jest pokrzywdzony. A odnoszę wrażenie że tak właśnie często to wygląda. Wiadomo, kiedy na tym najbardziej fanatycznym sektorze znajduje się kilka tysięcy kibiców to siłą rzeczy musi tam być cały przekrój osobowości. Jedni pewnie są za tym aby dyskutować o legalizacji a inni za odpalaniem świecidełek „na dziko”. Coś musi być na rzeczy z tym że na finale Pucharu Polski istniało ciche przyzwolenie ze strony PZPN na odpalenie rac. O Bońku można mówić co się chce. Ale gość jest bardziej do dogadania niż poprzedni beton z Latą czy Listkiem na czele. Tym samym takie zachowanie jak dla mnie było bramką samobójczą ze strony kibiców. Rozmowa o legalizacji na ten moment jest cofnięta o wiele lat wstecz.
Druga sprawa. Lech dostając bramkę na 0-1 miał jeszcze 20 minut na doprowadzenie co najmniej do dogrywki. Jego kibice przeprowadzili jednak w tym momencie sabotaż co zresztą często podkreślali komentatorzy i trudno mi się w tym momencie nie zgodzić. Próba upłynnienia gry i przeprowadzenia jakiejś składnej akcji przez zespół Kolejorza były destruowane przez 12stego zawodnika Legii Warszawa – kibiców Lecha Poznań. Serio. Dla mnie niezrozumiałe. To chcemy wygrać ten mecz czy nie? „Gdyby interesowała nas piłka to zostalibyśmy piłkarzami” to jak dla mnie najbardziej bezsensowne hasło jakie słyszałem. W moim przypadku gdyby nie interesowała mnie piłka to nigdy nie trafiłbym na trybuny. Wielokrotnie słyszę że Lech, Legia, …. (tutaj wstaw nazwę dowolnego klubu) To My! Czyli co? Kibice są składową klubu czy klub jest dodatkiem do kibiców? Bo moim zdaniem gdyby klub nigdy nie powstał to i kibice nigdy by się nie zorganizowali. Kibice są bardzo ważną częścią klubu. Ale moim zdaniem i klub i fani powinni żyć w symbiozie. Powinni pomagać sobie nawzajem. Chuj, pół biedy jakby te race poleciały po meczu w ramach „podziękowań” za grę (Tylko jak to się ma do hasła „czy wygrywasz czy nie…”?). Ale nie kurwa w momencie w którym moja drużyna może jeszcze odrobić straty i zdobyć trofeum. Uratować w jakiś sposób sezon, pokonać odwiecznego rywala. Jak dla mnie takie zwycięstwa są solą kibicowskiej ziemi. Chyba że ktoś faktycznie wychodzi z założenie że gdyby interesowała go piłka to zostałby piłkarzem. Ale w takim razie co go rozsierdziło do tego stopnia by wrzucać flarę na murawę? Przecież w dupie ma grę piłkarzy. Powtarzam raz jeszcze, dla mnie kibicowanie ściśle łączy się z boiskowymi wydarzeniami.
Podsumowując. Nie widzę niczego złego w samym odpalaniu pirotechniki, baaa, uwielbiam piro. Chciałbym żeby piro można było odpalać bez żadnych konsekwencji na stadionach. Ale mamy tak pojebane i tak nafaszerowane wszelkimi obostrzeniami czasy, że moim zdaniem wyjścia są dwa. Albo szukać dialogu albo robić to w takiej konwencji jak dotychczas, ale przestać się potem użalać na spadające kary. Bo chyba każdy robi to ze świadomością tego jakie konsekwencje to za sobą pociągnie? A robienie potem z siebie uciemiężonych kibiców w sytuacji kiedy sami pokazujemy że żadnego dialogu nie chcemy jest … wybaczcie, ale żenujące.
P.S.
Wracając na sam koniec do sprawy wygwizdania Prezydenta Andrzeja Dudy. W ostatniej kolejce ligowej kibice Legii Warszawa odnieśli się jednoznacznie co do całego zajścia wywieszając na Ł3 transparent o treści: „KOD, Nowoczesna, GW, Lis, Olejnik i inne ladacznice – dla was nie będzie gwizdów, będą szubienice”. Mój komentarz – Legio, 100% poparcia! Brawo! Nie będą się sprzedajne chamy wykorzystywać kibiców w swoich politycznych machlojkach. A dla Prezydenta Dudy mam ogromny szacunek za działania na tle polityki historycznej!

Wpis, którego miało nie być ale jest … Bo futbol to magia !
Po wczorajszym starciu Atletico z Barceloną miałem ochotę dodać spontaniczny wpis na blogu. Ostatnio pisałem o tym jak nienawidzę Barcelony, ale koniec końców doszedłem w tym wpisie do wniosku że gdzieś tam podświadomie jakaś cząstka mnie będzie kibicować „Blaugranie” bo zawodnikom Luisa Enrique jak mało komu należy się zaszczyt obronienia jako pierwszej w historii drużynie Pucharu Ligi Mistrzów. Jak ktoś nie czytał to odsyłam:
Na całe szczęście piłkarze Barcelony przypomnieli mi wczoraj dlaczego tak bardzo ich nie lubię i frajerskim zachowaniem Suareza i Neymara usunęli tę wspomnianą cząstkę z mojej podświadomości. Na szczęście w środowy wieczór zwyciężyła sprawiedliwość . Barca odpadł z rozgrywek Ligii Mistrzów a szansę sięgnięcia po tytuł mają nadal kozacy od Simeone. Gdy ochłonąłem stwierdziłem jednak że nie ma sensu strzępić klawiatury na graczy klubu z Katalonii. Jednakże przed chwilą zakończył się ćwierćfinał Ligi Europy między FC Liverpool a Borussią Dortmund. Mecz ten położył mnie na łopatki. To była esencja tego co w piłce nożnej najwspanialsze. Uczta z nektarem i ambrozją na Olimpie piłkarskich Bogów. No dobra, bo trochę odpłynąłem … Ale ten mecz przekonał mnie że muszę jednak przelać myśli na arkusz worda – bo futbol to magia i co rusz przypomina mi dlaczego go tak bardzo kocham !
Zacznijmy od wczorajszego spotkania. Derby Hiszpanii. Atletico- Barcelona na Vincente Calderon. Właściwie kłamałem. Od pierwszego gwizdka Felixa Brycha w pierwszym meczu nie potrafiłem w sobie znaleźć cząstki przyjaźni do Barcelony. Od początku całym sercem awansu życzyłem „Rojiblancos”. Po pierwsze bo grali z Barceloną, po drugie, bo w skomercjalizowanym i zepsutym do cna świecie Modern Footballu są mimo wszystko zespołem nie do końca wpisującym się w kanony piłki spod znaku arabskich szejków i napoju energetycznego z logiem byka. Oczywiście też nie całkowicie bo jednak to też zespół, który potrafił wypierdolić 35 milionów ojro za transfer Jacksona Martineza a na koszulkach reklamują mlekiem (kozim?) i ropą płynący Azerbejdżan. No ale to też nie klub z bezdenną sakiewką, który szasta beztrosko kasą jak bananowy lamus wydający pieniądze taty w drogim klubie. Klub który nie pęka w szwach od gwiazd światowego formatu . Griezmann to jeszcze gracz apirujący do tytułu napastnika z najwyższej półki, Torres to stara, wyblakła gwiazda a np. Filipe Luis to gość, który odbił się od drzwi wielkiej Chelsea. Poza tym: Juanfran, Koke czy kapitan Gabi, wierni żołnierze Atletico. Zapewne żaden z nich nie jest piłkarzem, którego plakat 12 letni chłopcy wieszają sobie nad łóżkiem. Bo Atletico to nie indywidualności. To drużyna. To armia rządzona ręką najlepszego chyba w tej chwili futbolowego generała. Jako fan twórczości G.R.R. Martina muszę powiedzieć jedno. Gdyby Simeone żył w Westeros, to zostałby Lordem dowódcą Nocnej Straży i Inni nigdy w życiu by nie zdobyli Muru. Nie chcę być banalny i powtarzać w kółko to samo co wszyscy ale ten gość uczynił grę w obronie sztuką. Włosi mieli swoje Catenaccio (właściwie wymyślił je Argentyńczyk – Helenio Herrera), skuteczne, ale zabijające tak naprawdę to co w piłce najpiękniejsze. Grecy murując bramkę zdobyli mistrzostwo Europy … i Europie było wstyd za takiego mistrza. Simeone uczynił z obrony sztukę, którą można oglądać z rozdzawioną gębą. Ściana nie do przebicia dla przeciwników i zabójcze kontry. Nie klepanie piłki w stylu właśnie Barcelony, nie tiki-taka i 70% posiadanie piłki, lecz 2-3 podania i stwarzamy zagrożenie pod bramką przeciwnika. Ale geniusz Cholo Simeone i gra „Los Colchoneros” to jedno a chamska gra ekipy z Camp Nou we wczorajszym meczu to druga sprawa. Już błędy Felixa Brycha w pierwszym meczu i wyrzucenie z boiska El Nino, które zabiło mecz rozsierdziło mnie do tego stopnia że modliłem się o awans ekipy ze stolicy Hiszpanii. Wczoraj do białej gorączki doprowadziło mnie zachowanie „megagwiazd” z Barcelony. Luis Suarez rozbijający łokciem łuk brwiowy Diego Godinowi i Neymar wchodzący dwiema nogami od tyłu w Juanfrana po przegranym pojedynku biegowym … za linią końcową. To jest kurwa ta wielka Barcelona ja się pytam? To ja was panowie za przeproszeniem pierdole i wycofuje moje wcześniejsze słowa o was. Że Luis Suarez jest debilem i osobą która nie kontroluje swoich zachowań to wiemy nie od dziś. Wystarczy spytać Ivanovicia czy Chielliniego. Być może Urugwajczyk pozostawił trwałe blizny na ich ciele wbijając w nie swoje kły. Suarez jest chory psychicznie, jednakże ma swoją zdolność, potrafi fenomenalnie grać w piłkę. To samo tyczy się Neymara. Być może akurat Brazylijczyk trochę się różni od Suareza. Suarezowi odcina czasami prąd a przed jego oczami pojawia się chwilowo jakaś apokaliptyczna wizja a gdy do jego mózgu napływa spowrotem krew okazuje się że zrobił coś chorego. Oglądaliście „Mecz ostatniej szansy”? Kojarzycie postać Mnicha graną przez Jasona Stathama? To wiecie o czym mówię. Z tą różnicą że Statham czasem się hamował przed swoimi chorymi zachowaniami. Neymar zaś wygląda na gościa celowo prowokującego swoich rywali a potem zgrywającego niewiniątko. Pierdolnąć komuś mukę z partyzanta a potem udawać że jest się samemu tym poszkodowanym. To właśnie jego taktyka. Chociaż wczoraj odcięło mu prąd podobnie jak zazwyczaj Suarezowi. Co to miało być? Czyżby obydwaj przyzwyczaili się do zwyciężania tak bardzo że grę z nożem na gardle znoszą tak ciężko? Szkoda, bo taka frustracja nie przystoi piłkarzom tego formatu. Obydwaj zasłużyli na przedwczesny zjazd pod prysznic. Jednakże Rizzoli postanowił podjąć wyzwanie Brycha pod tytułem kto bardziej zjebie sędziowanie meczu. No i chyba wygrał Włoch. Tak, tak … karny dla Barcy w końcówce się należał, ale Karma to suka i wraca ze zdwojoną siłą. Barca wyleciała z rozgrywek. W umiarkowanym stopniu zwyciężyła idea „Against Modern Football”. Zwyciężyła sprawiedliwość. Dziękuję.
Mecz dzisiejszy. Przenosimy się na Anfield Road i już sam początek wgniata mnie w fotel. I to jeszcze zanim Tomasz Zimoch mógłby powiedzieć „Panie Turek, zacznij pan ten mecz”. Całe Anfield, łącznie z kibicami z Dortmundu odśpiewuje „You’ll never walk alone”! Piorunujące wrażenie! W dodatku mecz dostaje do skomentowania najlepszy duet w tym kraju. Twarowski-Nahorny i wszystko jasne. Nie mogę powiedzieć że nic nie zapowiadało takich emocji. Takie emocje zapowiadało kurwa wszystko !!Swoją drogą zauważyliście że nawet hymn Ligi Europy to taki patetyczny motyw, który zapowiada nadchodzące emocje niczym soundtrack z jakiegoś filmu historycznego grany przed jakąś bitwą? Szybkość tego meczu była na poziomie rozgrywki w Fifa 16. Emocje też. A nie oszukujmy się, rzadko który mecz przynosi tyle emocji co wieczorny turniej w fifę z kolegami :-). Co prawda Dortmundczycy dość szybko wpukali dwie bramki i niby emocje trochę opadły aczkolwiek to nadal było wyśmienite widowisko. Co chwilę akcja pod bramką a to Mignoleta a to Weidenfellera. Muszę powiedzieć że moja sympatia w tym meczu była rozszczepiona. Z jednej strony wolałem Borussię bo w jej składzie grał Łukasz Piszczek. Z drugiej Borussia to jednak klub niemiecki … Co prawda na ławce trenerskiej LFC również siedział Niemiec, ale Klopp to akurat jeden z niewielu naszych zachodnich sąsiadów, którego naprawdę lubię i szanuję. Chociaż w sumie Borussia mimo swojego kraju pochodzenia również jest klubem, który mimo wszystko budzi od wielu lat moją sympatię. Zresztą obydwa te kluby raczej nie budzą negatywnych emocji wśród piłkarskich fanów i są raczej z reguły lubiane. Dobra, wróćmy na murawę. Po pierwszej połowie emocje nieco przygasły i mimo naprawdę dobrego, piłkarskiego widowiska nie spodziewałem się raczej wielu emocji w drugiej odsłonie. Pierwszy mecz skończył się wynikiem 1:1 i The Reds musieliby ustrzelić trzy gole w drugiej połowie by odmienić losy dwumeczu. I w tym momencie pierwszy raz przypomniał mi się 2005 rok i mecz legendarny mecz Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów, gdzie przegrywający po pierwszej połowie 0:3 LFC odrobiło straty i sięgnęło po tytuł. Duch finału w Stambule unosił się jeszcze wyżej w momencie gdy Origi zmniejszył prowadzenie Borussi 3 minuty po wznowieniu gry. 57 minut i Reus znów usadził Liverpool na dupie. 1:3. Klopp i reszta znów potrzebowali trzech bramek by awansować. W Stambule LFC pod wodzą Beniteza miał jednak więcej czasu. Tam Liverpoolczycy zakończyli swoją remontadę już w 60 minucie. Wystarczyło im do tego 10 minut. Duch stadionu Ataturka gdzieś znów uleciał. Promyk nadzieji zapalił się znów gdy Couthino świetnym strzałem pokonał Weidenfellera w 66 minucie. 12 minut później było już 3:3! Piszczkowi w polu karnym uciekł ruszający się jak żelbetowy kloc Sakho (Łukasz, jak to możliwe?) i po 2,5 roku przerwy zdobył bramkę dla klubu z Anfield. Nieee, nic dwa razy się nie zdarza. LFC nie odrobi znów takiej straty! A może jednak? Nieee, to byłoby zbyt piękne. To będzie opowieść o tym jak dzielny Liverpool gonił Borussię ale poległ. Kurde, no ale lepiej by się tego jednak słuchało gdyby The Reds wygrali ten mecz. Mecz o którym można by opowiadać wnukom. A jak się skończy 3:3? To nie to samo. Mimo genialnej gry nic nadzwyczajnego by się tutaj nie zdarzyło. A najlepiej gdyby bramka padł w doliczonym czasie gry, to byłoby coś. Piłkarscy bogowie spojrzeli na mnie zza swojego stołu i stwierdzili. „Mówisz, masz”. Minutę po tym jak Turek przedłużył mecz o 4 minuty Lovren głową wbił piłkę do siatki BVB. W końcówce Gundogan był jeszcze o włos od wyrównania po strzale z rzutu wolnego. Ale tego by już było za wiele. Klopp triumfuje. Klopp, trenerski Hefajstos, który wykuwał wielką Borussię przez 7 lat. A dziś mierząc się z Tuchelem, który przejął lekko zardzewiałe dzieło jego życia i dokonał jego renowacji, wprowadził je znów na „International level” i chciał go pokonać jego własną bronią przekonał się że ma do czynienia z trenerskim herosem najwyższej klasy. Chociaż nie. To był mecz dwóch godnych siebie rywali i o powodzeniu zadecydował łut szczęścia. A Liverpool pod wodzą Kloppa będzie w przyszłym sezonie kurewsko mocny. Jestem tego pewny.
Dzisiejszy mecz, a właściwie ostatnie dwa dni emocji w europejskich pucharach uświadomiły mnie, że futbol bywa czasem lepszy niż dobry seks. Przypomniały mi za co go tak bardzo kocham i będę mu wierny aż po sam grób. Zresztą poza tym mieliśmy jeszcze rzuty karne w dwumeczu Sevilli z Athletic Bilbao, które również zawsze są magiczne. Gierki z wyprowadzaniem z równowagi Gameiro podchodzącego do decydującej jedenastki, przez graczy z Kraju Basków i awantura, która się z tego prawie wywiązała. Wczorajszy widok Marka Noble znoszącego Andera Herrere z boiska by zyskać na czasie w ćwierćfinale FA Cup. To są smaczki futbolu przypominające o tym że czasem oglądanie futbolu powoduje u mnie wypieki na twarzy jak u 4 letniego dziecka słuchającego ulubionej bajki czytanej mu na dobranoc przez rodzica.

O zdjętej klątwie, internetowych napinaczach i wróżeniu z fusów.
„Jesteśmy nową reprezentacją Polski.
Patrzymy odważnie w przyszłość.
Napędza nas chęć zwycięstwa,
jednoczy determinacja.
Idziemy do przodu,
nie ustępujemy nikomu.
Walczymy o miejsce w historii.
Aby zainspirować innych,
musimy błyszczeć w chwilach prawdy.”
Przeglądając swojego facebooka po meczu naszej kadry narodowej z Finlandią, natknąłem się na grafikę reklamową firmy Nike z powyższym hasłem. Zazwyczaj nie zwracam większej uwagi na takie komercyjne twory, ale że akurat byłem niesiony falą optymizmu po masakrze jaką zafundowaliśmy Skandynawom to przyjrzałem się temu obrazkowi z którego z kolei mi przyglądali się Lewy, Glik i Milik uchwyceni w pozie przypominającej bardziej raperów z N.W.A. na plakacie promującym film „Straight Outta Compton” i pomyślałem … „Kurwa, jakie to może być prawdziwe”. Naprawdę jestem w stanie uwierzyć w ten slogan i wziąć go sobie do serca.
Do Euro 2016 pozostały dwa miesiące. Dwa miesiące przed wielkimi imprezami w szykach Reprezentacji Polski pojawiała się zazwyczaj panika. Był to okres ostatnich sparingów przed turniejem. Kolejne dwa mecze towarzyskie, które rozgrywała kadra to już szlify bezpośrednio przed samymi mistrzostwami, rozgrywane kadrą, która była już tą ostateczną, mającą walczyć w danym turnieju. Odkąd sięgam pamięcią, zawsze w tym momencie zaczynały się pojawiać rysy na kadrowym szkle, które zwiastowały to, że w czerwcu owe szkło rozpierdoli się w drobny mak. Oczywiście mówię o turniejach, które rozgrywaliśmy w XXI wieku. I tak w roku 2002 depeszę ostrzegawczą wysłali nam Japończycy. Przyjechali do Łodzi i nogami między innymi Hidetoshi Nakaty dali do zrozumienia chłopakom Engela że jak przyjadą do Azji na turniej to źle się to dla nich skończy. Trzy tygodnie później wiadomość o podobnej treści zostawili nam Rumuni. Coś w stylu „chłopaki, my się nawet na mundial nie zakwalifikowaliśmy a wy dostajecie od nas na swoim terenie w ryj. Z czym do ludzi?” Wówczas bramkę strzelał nam między innymi Adrian Mutu o którym wiele lat później wielki polski bard o pseudonimie Popek nagrał piosenkę pt.: „Kokainowy baron”. Jak skończyliśmy na boiskach w Korei wszyscy pamiętamy. Sygnałem do rozpoczęcia destrukcji było odśpiewanie hymnu przez Edytę Górniak…
Rok 2006. W niemieckim Kaiserslautern (które 9 lat wcześniej pokonało Bayern w pewnym zwycięskim składzie… 😉 ) dajemy się pokonać 1:0 Amerykanom. Przed samym turniejem zaś rozgrywamy mecz w Chorzowie z Kolumbią w którym bramkę strzela nam Luis Martinez, gość grający w Independiente Santa Fe, ogółem w reprezentacji Kolumbii rozegrał 6 meczów i strzelił tą jedną jedyną bramkę i może nie było by w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że jak zapewne większość z was pamięta gość był bramkarzem. W sumie było sporo bramkarzy strzelających bramki z karnych czy wolnych. Campos, Chilavert, Butt, Ceni … Ale nie, gość wykopał futbolówkę z własnego pola karnego i przelobował Tomasza Kuszczaka. No i Kuszczak na zawsze już został zapamiętany przez kibiców przez pryzmat puszczenia tej kuriozalnej bramki. Nie pomogło przesiedzenie połowy kariery na ławce rezerwowych ManU ani to że, no kurcze, gość był (w sumie nadal jest) dość solidnym bramkarzem, który rozegrał furę meczy na poziomie Premier League i Championship. Jak skończył się mundial w Niemczech? Wszyscy pamiętamy…
Rok 2008. Znów w marcowej potyczce dostajemy w dupę od jankesów. Tym razem w Krakowie i to dość boleśnie 0-3. Następnie remisujemy z Macedonią. Bramkę dla nas strzela jeden z największych meteorytów polskiego futbolu (chociaż Citki nie przebił) Radosłw Matusiak. Gość który w swoim życiu rozegrał na dobrym poziomie może 1-2 sezony. Do teraz nie wiem jak w reprezentacji wykręcił naprawdę przyzwoitą statystykę 15a i 7 goli. Jak skończyliśmy w Austrii? Wszyscy pamiętamy i gdyby nie Howard Webb to pewnie wcale by lepiej nie było…
Rok 2012. Dobra niby było 0-0 z Portugalią czyli przyzwoicie. Ale sam fakt prowadzenia kadry przez Franza Smudę to chyba wystarczający omen nadchodzącej porażki? Plus hodowla lisów w kadrze… Jak skończyliśmy na swoim podwórku? Chujowo..
Rok 2016. Rysy na szkle nie zauważono. Co prawda mecz z Serbią nie był w naszym wykonaniu za dobry ale jaki ostatecznie wynik zanotowaliśmy? Oczywiście pojawiły się głosy permanentnych malkontentów narzekających że długimi okresami gry to Serbowie kontrolowali grę i byli stroną dominującą. W meczach eliminacyjnych długimi momentami w spotkaniach z nami mecze kontrolowali zarówno Szkoci jak i Gruzini. W meczu w Dublinie również Irole. Fakt ten że zbyt często dajemy spychać się do defensywy również i mnie irytuje. Chcąc być solidną europejską drużyną a wierzę że Polacy mają potencjał na bycie takową (kimś pokroju chociażby Chorwatów) wypadałoby jednak byśmy w meczach u siebie spokojnie kontrolowali grę z takimi zespołami jak Szkoci czy Gruzja. No ale pytam po raz kolejny, tym razem również i siebie. Jak zakończyliśmy eliminacje? Zdobyliśmy awans? Gruzini zostali rozbici w dwumeczu 8-0. Szkoci też ostatecznie zostaną w czerwcu w domu chociaż mecze z nimi były istną drogą z piekła do nieba. Ufam Nawałce. Wierzę że selekcjoner wie co robi. Przekonuje mnie do tego każdym kolejnym swoim ruchem. Każdym kolejnym meczem. Może fakt oddawania inicjatywy rywalowi też jest zaplanowany? Od zawsze zdecydowanie wolimy grę z kontry niż grę pozycyjną. Również i w tej chwili szybkie kontrataki to jeden z naszych największych atutów. Chociaż nie jedyny. Odkąd pamiętam nigdy nie mieliśmy drużyny która w ataku tworzyłaby sobie sytuacje z taką swobodą. Druga sprawa że nie pamiętam polskiej kadry z taką siłą rażenia w ofensywie. Jeden z najlepszych napastników świata plus jeden z największych talentów na pozycji napastnika plus Grosicki w życiowej formie plus fakt że Nawałka jak Midas nawet gówno potrafi zmieniać w złoto. Starzyński po półrocznej lekcji pokory w lidze belgijskiej? Myyyk! Starzyński w meczu z Finami gra mecz po którym jestem w stanie uwierzyć że faktycznie jest chorzowskim Luisem Figo. Wszołek który w Italii w większym wymiarze czasowym gra dopiero w outsaiderze Serie A? Myyyyk! Wszołek napierdala z Finami jakby był pieprzonym Arjenem Robbenem … tylko mniej samolubnym. Ok. Finowie to do bólu przeciętny zespół. Nie ma już tam zawodnika pokroju Litmanena czy nawet Hyypii. O ich sile stanowią Hamalainen i Arajuuri z polskiej ekstraklasy. No ale kurwa! Nie są też Lichtensteinem ani Wyspami Owczymi. W swojej grupie urywali punkty chociażby Rumunom czy Irlandii Północnej, która gra z nami w czerwcu w Nicei. Od zawsze byli dla nas niewygodnym przeciwnikiem. W eliminacjach do Euro 2008 w których przecież wygraliśmy swoją grupę (przed m.in. Portugalią, Serbią czy Belgią) z Finami ugraliśmy w dwumeczu zaledwie 1 punkt. A teraz przyjechali do Poznania i wywieźli stamtąd bagaż 5 goli. Z Serbami długo się męczyliśmy. Serbom ogólnie od dawna nie żre. Mają potencjał pewnie jeszcze większy od nas. Mają w składzie gwiazdy europejskiej piłki. Ivanović, Kolarov, Matić czy Ljajić. Zespół który ma w swoim składzie takie indywidualności zawsze będzie groźny, mimo że nie tworzą razem takiego teamu jaki tworzyć powinni. W dużej mierze wygraną zawdzięczamy golkiperom i Kubie Błaszczykowskiemu, który co by o nim nie mówić to z orzełkiem na piersi zawsze wypruwa sobie flaki. No ale dobrą drużynę tworzą również bramkarze, dobrej drużynie sprzyja szczęście i dobrą drużynę można poznać po tym że nawet gdy nie idzie są w stanie przeprowadzić tą jedną kluczową akcję bądź mają w swym składzie indywidualność, która weźmie odpowiedzialność na swoje barki (w tym przypadku właśnie Kuba). Przecież ostatecznie wygraliśmy ten mecz! Dlatego jak przeglądam wszelkie komentarze pod pomeczowymi artykułami to momentami krew mnie zalewa. Przeraża mnie ilość osób uwielbiających deprecjonować grę tej kadry. Przeraża mnie poziom malkontenctwa . Przecież to reprezentacja Polski, od lat utarło się że Polacy muszą być słabi. Nie wolno ich chwalić. Grosik? Jeździec bez głowy!, Milik? Słaby fizycznie!, Pazdan? Ogór z polskiej ligi! Mam wrażenie że niektórym sprawiało by wręcz przyjemność gdyby Polacy przegrywali mecze i można by na nich wylewać całe wiadra hejtu. Niektórzy wręcz się modlą o kolejną spektakularną katastrofę we Francji. Internet pełen jest frustratów dla których możliwość anonimowego pojechanie po kimkolwiek to droga do ekstazy. Zresztą i w życiu prywatnym można spotkać na pęczki takich ludzi. Najśmieszniejsze jest to że w chwilach sukcesów reprezentacji wielu z nich jest jej najzagorzalszymi fanami by w momencie potknięcia jako pierwsi pluć na nią. „Nie potrafisz nas wspierać kiedy przegrywamy to nie kibicuj nam kiedy zwyciężamy” jak mawiał sir Alex Ferguson. Na drugim biegunie mamy zaś wszelakie media, które zapewne nie długo wszem i wobec ogłoszą że jedziemy do Francji po medal. Zacznie się pompowanie balonika, które zazwyczaj kończy się wielkim hukiem. Chociaż z dwojga złego wolę już chyba ten przesadny huraoptymizm niż zaślepiającą nienawiść mędrców z kosmosu.
Na co nas właściwie stać w tej Francji? Wyjście z grupy to dla mnie minimum! Jeżeli zagramy mecz na swoim normalnym poziomie to Irlandia nie jest z nami w stanie wygrać. Wystarczy że zagramy na miarę swoich możliwości. Irole będą jeździć na dupach, kopać, gryźć, bić. Ale pewnego poziomu stricte piłkarskiego nie są w stanie przeskoczyć. Zwyczajnie brakuje im do tego jakości. Więc jeśli nie będziemy akurat mieli gorszego dnia to Irlandia mimo z pewnością ambitnej gry, nie jest w stanie nam zrobić krzywdy. Jeden zwycięski mecz prawdopodobnie wystarczy by wyjść z grupy. Ukraina? Mają sporo problemów. Zarówno jako państwo jak i jako kadra. Powołanie w szeregi narodowej reprezentacji Putiwcewa z Termaliki Nieciecza już o tym świadczy. W dodatku chociażby wyklęcie Jewhena Selezniowa za grę w rosyjskim Kubaniu Krasnodar… Nawet w czasach Fornalika pomimo że Ukraińcy nas ogrywali to wcale nie robili wrażenia drużyny wiele od nas lepszej. Przez te kilka lat poziom ich reprezentacji spadł w dół o czym świadczą chociażby męki w barażach gdy grali przeciwko Słowenii. Ostatni ich mecz towarzyski przeciwko Cyprowi to również było koszmarne widowisko. Niemcy? Wierzę że w tym meczu wszystko będzie możliwe chociaż faworytem w życiu nie będziemy. Jeśli zajmiemy drugie miejsce w swojej grupie to wpadniemy najprawdopodobniej na Rumunów bądź Szwajcarów. W takim spotkaniu absolutnie nie jesteśmy pozbawieni szans, więc myślę że dojście do ćwierćfinału jest jak najbardziej realne. Ugranie czegoś więcej będzie już absolutną niespodzianką i sukcesem. Z drugiej strony w 2008 roku do półfinału imprezy doszły reprezentacje Turcji i Rosji. Czy ich ówczesne kadry miały większy potencjał niż nasza obecna? Rosjanie mieli w składzie Arshavina, Pawliuczenkę i Pogrebnyaka, którzy tworzyli ich główny motor napędowy. Czy jest to gorsze trio od ofensywy złożonej z Lewandowskiego, Milika i Kuby bądź Grosickiego? Turcy? Semih Senturk czy Nihat Kahveci … hmm … Czesi w 1996 też nie byli typowani nawet do bycia „Czarnym koniem” a doszli do finału. Duńczycy w 1992 wygrali turniej na który pojechali tylko dlatego że Jugosławia została zdyskwalifikowana. Dlaczego my nie możemy tym razem być „Czarnym koniem”? Po tylu latach upokorzeń, po tylu latach słabości. Dlaczego piłkarscy bogowie nie mogą nam w końcu wynagrodzić tego już w czerwcu? W końcu:
„Jesteśmy nową reprezentacją Polski.
Patrzymy odważnie w przyszłość.
Napędza nas chęć zwycięstwa,
jednoczy determinacja.
Idziemy do przodu,
nie ustępujemy nikomu.
Walczymy o miejsce w historii.
Aby zainspirować innych,
musimy błyszczeć w chwilach prawdy.”
No właśnie. Ta reprezentacja nawet pod względem marketingowym prezentuje się najlepiej ze wszystkich. W końcu co lepsze? Kadra kojarząca się z gorącym kubkiem czy kadra w stylowych garniakach od Vistuli? 😉

Piłkarskie katharsis czyli historia mojej nienawiści do Barcelony.
Nienawidzę Barcelony … Kiedyś ją kochałem. No, może kochałem to zbyt duże słowo. To były czasy gdy miałem 10-13 lat. Moje sympatie i antypatie piłkarskie brały się w sumie z kosmosu. FC Barcelonę polubiłem dlatego że moja druga replika koszulki piłkarskiej, którą rodzice kupili mi na bazarowym straganie to był właśnie trykot FC Barcelony, dokładnie Patricka Kluiverta. Pierwszym była Borussia Dortmund i t-shirt Matthiasa Sammera. Tak więc do BVB też zawsze miałem jakąś dziwną słabość, chociaż oni mieli ciężej bo są z Niemiec. Właśnie .. z sympatiami i antypatiami reprezentacyjnymi jest łatwiej. Decydują względy historyczne. Tzn. nienawidzę Niemców, reszta jakoś ujdzie. Nie lubię Szwedów bo nas wydymali w czasie eliminacji do EURO 2004. Nie lubię Austriaków bo to prawie Niemcy ale patrząc na nich przez pryzmat reprezentacji piłkarskiej to w sumie nie są przeciwnikiem budzącym jakieś szczególne emocje. Nie lubię Francuzów, bo to naród skupiający w sobie wszystko co najgorsze w społeczeństwie zarażonym wirusem poprawności politycznej. Nie lubię ruskich ale nie jest to jakaś zaślepiająca nienawiść jak w przypadku Niemców. A to w sumie dziwne, bo powinni we mnie budzić podobne uczucia. Dobra, w każdym bądź razie to że nie lubię Niemców jest usprawiedliwione. Oczywiście w moich oczach ;). Większość pewnie uzna że jestem nietolerancyjnym debilem i troglodytą. Ciemnogrodzianienem śmierdzącym cebulą, który w sprawy szlachetnej idei sportu miesza sprawy zupełnie jej niedotyczące. Macie takie prawo. Tak samo jak ja mam prawo nienawidzić Niemców. Z niechęcią do FCB jest ciężej. Bo właściwie dlaczego? Nie mam nic do Hiszpanii jako kraju. Nie czuję jakiejś antypatii do Barcelony jako miasta. To dążenie do niepodległości jako Katalonii? Mógłbym się o to przyczepić tak samo jak wkurza mnie gdy Ślązacy mamroczą coś pod nosem o dążeniach separatystycznych. Ale nie, nigdy mnie to jakoś szczególnie nie mierzwiło. To dlaczego? Jak już mówiłem, był okres że Barce bardzo lubiłem. Czasy gdy po murawie Camp Nou biegali Kluivert, Petit, Overmars, Rivaldo czy Bogarde. Gdy Barca była w dużej mierze „pomarańczowa”. Potem mieli słabszy okres. Posprowadzali Rochembacków, Saviolów i Christanvali. Moje uczucia przeniosły się wówczas do północnego Londynu i trwają do dziś przy „Kanonierach”. Nie .. Moja niechęć do FCB nie wynika z tego że Arsenal był eliminowany przez nich trzykrotnie przez ostatnie 6 lat już w 1/8 finału Ligi Mistrzów J. No to do cholery, dlaczego? Po słabszym okresie Christanvali, Saviolów i Rochembacków w Barcelonie pojawił się Joan Laporta i wprowadził klub z powrotem na właściwe tory. W 2006 zespół prowadzony przez Franka Rijkaarda zwyciężył w finale ligi mistrzów z … a jakże … Arsenalem. Każdy kolejny sezon to było wyrastanie tej „magicznej, cudownej” Barcelony. W 2008 Rijkaarda zastąpił Pep Guardiola. W 2009 kolejny triumf w LM, 2011 kolejny. „Tiki taka” i te sprawy. Dominacja w La Liga. Pamiętne 5:0 z Realem. Właśnie chyba te lata gdy Barca była wręcz niezniszczalna, era Guardioli – to było apogeum mojej nienawiści do Katalończyków. Bezsensu, nie? Można powiedzieć: „to takie typowo polskie”. Nienawidzić kogoś tylko dlatego że wszystko mu się udaje, że jest najlepszy w swojej dziedzinie, że odnosi sukcesy. Częsta przypadłość, niestety … Nienawidziłem zachwytów komentatorów gdy Barcelona wymieniała 8459 podanie w czasie trwania akcji a przeciwnicy biegali za nimi pogrążeni w takiej beznadziei, że kolejny tydzień spędzali chyba na kozetce u psychoterapeuty. Nienawidziłem „gimbazy”, która w moim odczuciu chuja się znała na piłce a Barcelonie kibicowała tylko dlatego że byli właśnie nadludzcy w swoich boiskowych poczynaniach. Wymuskani chłopcy w rurkach, hipsteroza w pulowerkach i pedalskich fryzurach. Tak dla mnie wyglądał przeciętny kibic „Blaugrany”. Jak kogoś nienawidzisz to starasz się go postrzegać w jak najgorszym świetle. Stereotypowo. Ja właśnie tak widziałem „kibiców”, którzy wyrośli w boomie na Barce. Pamiętam jak byłem kiedyś w pubie w którym oglądałem albo El Clasico albo któryś ze wspomnianych wcześniej dwumeczów z Arsenalem. Pub pełen właśnie takich typów, wielkich kibiców, którzy pewnie nigdy w życiu nie zasiądą na Camp Nou. Po końcowym zwycięstwie próbowali odśpiewać „El Cant del Barca” … Błazenada. Właśnie ci w moim odczuciu sztuczni kibice powodowali że zbierała się we mnie taka nienawiść…Hmm, nadal bezsensu, nie? … Każdy Janusz czy inny hipster ma prawo kibicować w swój śmieszny sposób, prawda? Taa … tak samo jak ja mam prawo wkurwiać się na takie pajacowanie. Ktoś mógłby rzec: „Ale przecież piłka nożna ma cieszyć, ma przynosić radość.” Piłka nożna przynosi różne, często skrajne emocje. Czasami doprowadza do euforii, czasami do łez. Czasami dobrze jest mieć swoją Barcelonę, której się nienawidzi. Wówczas piłka służy za katalizator. Można oczyścić duszę i uzewnętrznić złe emocje. Chyba lepiej w taki sposób niż krzywdząc swoim zachowaniem rodzinę oraz najbliższe otoczenie? Chyba lepiej krzycząc i wyzywając od „jebanych karakanów” Messiego przed telewizorem niż kłócąc się z żoną? Ten Messi i tak ma to w dupie bo tych przekleństw nie słyszy. A nawet jeśli by słyszał? Pewnie nadal miał by na to wyjebane. Spłynęło by to po nim bo jest profesjonalistą i musi radzić sobie z sytuacjami stresowymi. Podejrzewam że większość piłkarzy wręcz napędza się nienawiścią kipiącą z trybun stadionu przeciwnika. A jeśli któryś piłkarzyk czuje się dotknięty takim zachowaniem? No to z psychiką kruchą jak opłatek kariery mu raczej nie wróżę. Zawsze pozostaje niedzielna liga szóstek. Uważam że taka stadionowa nienawiść choć z pozoru brzydka i patologiczna, to w głębi tego wszystkiego wcale nie musi być z góry negatywna. Jeżeli wszystko ogranicza się do obustronnych bluzgów pomiędzy dwoma grupami piłkarskich fanatyków … To czy tak naprawdę ktoś na tym cierpi? Dzieci przychodzące z rodzicami na mecz? Heh, przypomina mi się kwestia Andrzeja Grabowskiego z początku filmu „Skrzydlate świnie”:
https://www.youtube.com/watch?v=zUZG_RBU7xY
Prawda jest taka że na tych „rodzinnych” sektorach dzieciaki potrafią osłuchać się gorszych przekleństw aniżeli na sektorach fanatyków. Może zabrzmię tutaj szowinistycznie ale piłka nożna to męski sport i musi być skazany na taką samczą atmosferę. Podlany takim klimatem smakuje zdecydowanie najlepiej. Liznąłem kibicowskiego rzemiosła, atmosfery najbardziej radykalnych sektorów. Drużyna X przyjeżdża do drużyny Y. Ty kipisz nienawiścią do nich, oni kipią nienawiścią do ciebie. Każda przyśpiewka w stylu „XYZ to stara kurwa …” itp. sprawia radość. Napędza. Czujesz odrębność, czujesz silne przywiązanie do swojej kasty. Jest to zaspokajanie takich pierwotnych, najniższych potrzeb, ale nikt nie powiedział że życie ma się cały czas opierać na słuchaniu muzyki Beethovena i oglądaniu filmów Felliniego. Ludzie lubią prostą rozrywkę. Dlatego telewizyjna ramówka wypełniona jest gównianymi talent-show i sztucznymi jak dildo serialami pokroju „Trudnych spraw”. Oglądanie takiej tandety wyrządza nam większe szkody niż piłowanie ryja na meczach. Dlatego ja wolę przechodzić swoje futbolowe katharsis na trybunach lub przed telewizorem, oglądając mecz. Wolę spuszczać z siebie powietrze rzucając mięsem na lewo i prawo gdy Grosicki spierdoli kolejne dośrodkowanie w czasie meczu kadry. Wolę zwyzywać Thomasa Muellera od „pier***onych szwabów”, gdy wbije bramkę przeciwnikowi (jakiemukolwiek, bramka strzelona przez Muellera zawsze wkurwia). Wolę niezdrowo się podniecać i popadać w mega-euforię gdy „Lewy” ukłuje hat-tricka w półfinale czerwcowych Mistrzostw Europy. Nie no, tu akurat euforia będzie wskazana ;). Ale tak samo niezdrowo mogę się podniecić gdy klubik z mojego rodzinnego miasta wygra derby powiatu na piątoligowych boiskach. Większość z was nawet sobie tego nie wyobraża jaką to daje zajebistą satysfakcję. Przez te 90 minut jesteśmy w stanie zafundować sobie taką karuzelę emocjonalną, że do domu wracamy całkowicie oczyszczeni z negatywnych wibracji. Nawet w przypadku gdy spotkanie ułoży się nie po naszej myśli to do domu wracamy raczej zamyśleni i smutni a nie naładowani burzowymi chmurami. Po takim aktywnie przeżytym meczu wielokrotnie wracałem do domu wręcz zmęczony i nastawiony tylko na pójście spać. Idealna sprawa na rozładowanie emocji. Taka Piłkoterapia ;). To jak pójście do lasu i wykrzyczenie się lub jak rozbijanie talerzy o ścianę.
Może dlatego właśnie powinienem raczej dziękować Barcelonie że jakoś tak nieświadomie stała się tym moim najbardziej znienawidzonym klubem? Że tak rzadko przegrywają … W związku z czym każda ich porażka smakuje jeszcze bardziej. No bo cóż by była za frajda gdyby prezentowali poziom Malagi czy innego Espanyolu? Gdyby przegrywali co drugie spotkanie? Nie mieli by wtedy „wiernej” rzeszy fanów w ulizanych fryzurach i groteskowych okularach. Komentatorzy nie doznawali by orgazmu przy każdym dotknięciu piłki kogoś z tria MSN. W związku z czym ja bym się nie wkurwiał, Barca nie miała by swojej magii … i byłoby nudniej. Fuck logic ! J Futbol musi po prostu mieć swoje smaczki. Potrzebuje swojej Barcelony by mieć kogo hejtować. By wykuwać swoją piłkarską tożsamość. Tak samo Barca potrzebuje … mnie? Nie no, nie róbmy dziwki z logiki ;). Aczkolwiek z pewnością potrzebuje setek tysięcy podobnych do mnie trolli i milionów swoich cukierkowych fanów. Inaczej FCB nie byłoby tym magicznym klubem którym jest aktualnie. Tam gdzie ktoś odnosi sukces tam pojawiają się wrogowie oraz fałszywi przyjaciele. Tak samo, zachowując odpowiednie proporcje wygląda to w tym przypadku.
Barcelona pod skrzydłami Luisa Enrique i z Suarezem oraz Neymarem wspierającymi Messiego znów przypomina walec rozgniatający wszystko co pojawi się na jego drodze. Istnieje duże prawdopodobieństwo że jako pierwszym w historii Ligi Mistrzów uda im się obronić zdobyte w zeszłym roku trofeum. W La Liga rozdają karty a większość rywali rozbijali by pewnie w pył grając przez cały mecz nawet w dziewiątkę. Tak było w lutowym meczu z Celtą Vigo, wygranym przez Barcę 6:1. Podopieczni Enrique przypominali w tym meczu piłkarskie Harlem Globetrotters. Dryblingi na pełnej szybkości przy linii końcowej, „rainbow” i „sombrero” założone piłkarzowi Celty przez Neymara gdzieś tam na 40 metrze od bramki rywala, dodatkowo cofając się pod bramkę Claudio Bravo. A na koniec creme de la crème tamtego wieczoru czyli rzut karny wykonany w sposób niebywały czyli Messi odgrywający na 11 metrze piłkę do El Pistolero. No kurwa … na serio piłkarski cyrk. Nie kunszt, klasa, poezja. Piłkarski film fantastyczny. Brakowało jeszcze Neymara wybijającego się z nóg Suareza w stylu braci Tachibana z „Kapitana Tsubasy”. Ale wierzę że 8 letni dzieciak, oglądający swój pierwszy mecz piłkarski i widzący takie umiejętności piłkarzy z Katalonii jest w stanie dozgonnie zakochać się w tym zespole. Dlaczego wracam do meczu sprzed 1,5 mieciąca? Bo to był taki mecz symboliczny, po nim posypały się gromy na piłkarzy Barcelony za upokarzanie i dyskredytowanie swoich przeciwników. Za brak szacunku do rywala…. I krew się we mnie zagotowała. Gdy za czasów Guardioli piłkarze przeciwnika biegali jak sarenki za grającymi z nimi w dziada piłkarzami Blaugrany to wszystko było ok, to nie było upokarzaniem? No do cholery! Skoro są od nich 3 klasy lepsi to dlaczego nie mają tego pokazywać na boisku? Piłka nożna jest dla kibiców a przeciętny kibic nie łaknie bardziej niczego niż pięknej, efektownej gry. Piłkarskich fajerwerków. Skoro Barcelona może im to zapewnić a przy okazji zapewnić sobie rzeszę fanów, którzy będą wydawać kasę na gadżety itp. to dlaczego ma tego nie robić? Przy stanie 2-0 mają zacząć wymieniać podania po ziemi i trzymać się na 30 metrze od bramki rywala lub zamurować swoją? Od czasu do czasu oddawać strzał zza pola karnego? Broń Boże nie zakładać siatki piłkarzowi przeciwnika, nie robić rulety lub w inny efektowny sposób prezentować się na murawie? Gra się tak jak pozwala przeciwnik. No a niestety sytuacja wygląda tak, że Barca to piłkarscy herosi a reszta to przeciętni śmiertelnicy. Skoro Idąc tym tokiem rozumowania to może zabrońmy w meczach reprezentacyjnych strzelać więcej niż .. hmm .. powiedzmy 3 bramki San Marino i Gibraltarowi, inaczej to będzie upokarzanie rywala. Aha a strzały można oddawać tylko prostym podbiciem z prawej nogi. Przenieśmy polityczną poprawność na grunt piłkarski. Jak ktoś jest cienki to nie wolno mu pokazywać na boisku że jest cienki bo to nietolerancyjne. A gówno prawda .. skoro Barca zgniata rywali to niech to robi ile chce i jak chce choćby wszystkie ich strzały oddawane na bramkę rywala miały być raboną a Neymar niech zakłada tyle sombrer ile chce, co najwyżej dostanie w pysk tak jak było ku temu blisko w meczu z Bilbao gdy Baskowie zbiegli się do niego jak wioskowe cwaniaki do gościa z miasta gdy zaczął wyrywać ich Mariole na potańcówce w remizie ;). Chociaż mówię to z bólem serca jako hejter a wylałem przed chwilą tyle miodu na bordowo-granatowy herb że aż mi głupio… No ale nie lubię hejtu dla samego hejtu, trzeba mieć ku temu powód, nawet błahy (jak może to się wydawać w moim przypadku) ale zawsze. W przyszłym tygodniu kciuki będę oczywiście ściskać za kozaków od Diego Simeone i dopingować im by wybili Barcelonie obronę pucharu z głowy ale gdzieś tam głęboko jakaś cząstka mnie będzie kibicować Katalończykom bo chyba żadna drużyna na świecie nie zasługiwała swoją grą na zdobycie tego osiągnięcia jako pierwsza. Kurwa … sam się nie spodziewałem że dojdę do takich wniosków, starzeję się chyba …

RIP Johan Cruyff
Futbol…Każdy piłkarski kibic pamięta zapewne początek swojej przygody z piłką. Pierwszy mecz na który zabrał go ojciec, pierwszą transmisję obejrzaną w telewizorze czy też pierwszą większą imprezę piłkarską, którą świadomie przeżywał. Ja pamiętam Euro 96 i farfocla Olivera Bierhoffa, strzelonego w finale reprezentacji Czech. Chociaż pierwszą, magiczną i zapamiętaną przeze mnie najbardziej imprezą był Mundial we Francji w 98 roku. Każdy kibic wie także że przed owym wydarzeniem piłka nożna również istniała. Jednak najczęściej postrzega te czasy jako legendarne, znane jedynie z opowieści starszych fanów, kibicowskich mentorów. Najczęściej ojca. To coś jak słuchanie legend o rycerzach, mitów o starożytnych herosach. O tym jak w roku pańskim 1974 zjednoczeni pod biało-czerwoną chorągwią Polacy walczyli o triumf, sławę i honor. Opowieść o Mundialu 74 to smutna historia, bo ostatecznie zatriumfowało zło w postaci reprezentacji RFN, która dzielnych, polskich rycerzy ubiła w bitwie „na wodzie”. Ostatnią przeszkodą krzyżackich potomków był kwiat rycerstwa zjednoczony pod pomarańczową banderą. Kapitanem owej ekipy był mityczny, futbolowy bohater – Johan Cruyff. Johan Cruyff, którego ziemski żywot dobiegł końca dziś, ale którego piłkarska sława zgaśnie wraz z końcem świata. Co prawda wówczas ekipa „Oranje” poniosła porażkę ale to nie przeszkodziło Cruyffowi zostać uznanym najlepszym graczem tamtej imprezy. Zresztą reprezentacja Holandii z lat 70tych to jedna z ikon futbolu. To początki tej pomarańczowej siły, kochanej przez kolejne dekady nie tylko przez holenderskich kibiców. To przełomowy na tamte czasy „futbol totalny” wymyślony przez Rinusa Michelsa a którego jednym z głównych wykonawców był właśnie Cruyff.
Trzykrotny zdobywca Złotej Piłki „France Football”. 9-krotny mistrz Holandii. Mistrz Hiszpanii. 3-krotny zdobywca Pucharu Europy. Wicemistrz świata ze wspomnianego mundialu w Niemczech. 2-krotny król strzelców ligi holenderskiej. 5 razy najlepszy piłkarz Holandii. Przez wielu uznawany najwybitniejszym piłkarzem w historii europejskiego futbolu. Jego sukcesy można tak wymieniać bez końca…
Kiedy zawiesił buty na kołku, przeniósł się za linię boczną by sterować drużyną jako trener. Tu także oddał serce dwóm zespołom, które były dla niego najważniejsze a dla których on jest niewątpliwie wielką legendą: Ajaxowi Amsterdam i FC Barcelonie. On zbudował fundamenty pod to, co następnie w Katalonii tworzyli Rijkaard i Guardiola. Pod wielką, mityczną, niezniszczalną Barce. Geniusz futbolu, wprowadzający w tę dyscyplinę innowacyjność porównywalną do wynalazków Elona Muska we współczesnym świecie. On rozbudowywał futbol totalny. To dzięki niemu Ajax Amsterdam z lat 90tych produkował genialnych, widowiskowych piłkarzy pokroju Kluiverta, Bergkampa czy Davidsa. I to w dużej mierze dzięki niemu cały czas możemy podziwiać piłkarzy pokroju Xaviego czy Iniesty.
Gracz zdolnościami piłkarskimi wyprzedzający swoje czasy, Albert Einstein futbolu, jeśli chodzi o piłkarskie IQ. Wyznawca widowiskowego futbolu, potrafiący krytykować swoją własną reprezentację za zbyt defensywną grę, pomimo awansu tejże do finału mundialu w RPA w 2010 roku. Uważał że kadrze „Oranje” nie przystoi posiadanie piłki na poziomie poniżej 60%. Krótko mówiąc – piłkarski czarodziej sprzed czasów, gdy piłkarzy niczym żywność GMO hodowało się w laboratoriach (czyt. Hermetycznych szkółkach) i tworzyło niczym roboty a futbol przepełniony był petrodolarami i nazwami arabskich linii lotniczych na koszulkach. Najdobitniej oddaje to ten cytat (jeden z wielu) holenderskiego mistrza:
Czuję się fatalnie, gdy talenty są odrzucone na bazie komputerowych statystyk. Bazując na kryteriach, które teraz stosuje Ajax, zostałbym odrzucony. Kiedy miałem piętnaście lat, nie mogłem kopnąć piłki dalej niż na 15 metrów lewą nogą i może 20 prawą. Jednak moja technika i wizja nie była wykrywalna przez komputer.
Mistrzu, zachwycaj teraz wszystkich swoją klasą w piłkarskim raju!

Raport z urojonej linii frontu czyli domniemany zamach stanu.
Na samym początku chciałbym zaznaczyć że żadnym wybitnym znawcą polityki nie jestem. Wypowiadam się jako obywatel Rzeczpospolitej, wkurwiony tą całą sytuacją, którą ma wątpliwą przyjemność oglądać od momentu gdy stało się jasne, że Prawo i Sprawiedliwość obejmie samodzielne rządy w moim pięknym kraju. Zwolennikiem PiS-u nigdy nie byłem. Nie głosowałem na tę partię ani razu od 2006 roku, kiedy to ukończyłem wiek uprawniający mnie do głosowania we wszelakich wyborach. No, z jednym małym wyjątkiem. Zagłosowałem na Andrzeja Dudę w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich i z pewnością tego głosu nie żałuję. Na wybory staram się chodzić zawsze. Czy to samorządowe, parlamentarne, prezydenckie czy nawet do parlamentu europejskiego. Zdarzyło mi się nie wziąć udziału w wyborach dwukrotnie – z przyczyn ode mnie niezależnych. Wychodzę z założenia, że jeżeli ktoś do urny nie chodzi to nie powinien wypowiadać się krytycznie w kwestiach rodzimej polityki. Udział w wyborach to tak naprawdę jeden z niewielu momentów, kiedy mamy jakikolwiek wpływ na to co się dzieje w Polsce. Jedyny moment gdy możemy realnie zadecydować, kto będzie podejmował, czasami wpływające w jakiś sposób na nasze życie decyzje. W wyborach parlamentarnych w ubiegłym roku frekwencja minimalnie przekroczyła 50%. Jakiś nikły procent tych którzy nie zagłosowali, zapewne w wyborach nie wziął udziału z przyczyn od nich niezależnych. Jednak zdecydowana większość po prostu te wybory olała. Tak więc już na samym wstępie prawie połowa Polaków stwierdziła: „Mam w dupie to, kto będzie mną rządził przez kolejne 4 lata”. Dlaczego tak zrobili? Bo wielu zapewne faktycznie ma to w dupie i reprezentuje tę jakże liczną część społeczeństwa pod nazwą „wszyscy politycy to banda złodziei” lub „nie idę na wybory bo i tak nic się nie zmieni, obojętnie kto wygra”. Są jeszcze ci spod znaku „Mój jeden głos i tak niczego nie zmieni”. Słowa te wypowiada zapewne z 15-20% tych, którzy do urn nie idą. Ich głosy mogły by więc sporo jednak pozmieniać. No ale dobra. Z 50% tych, którzy jednak oddać swój głos postanowili, 38% zagłosowało na PiS. Łącznie, ponad 5,5 miliona uprawnionych do głosowania. Taki wyniki wystarczył do tego ażeby partia Kaczyńskiego objęła samodzielne rządy w kraju. Tak więc … do kurwy nędzy dlaczego ktokolwiek ma czelność mówić że PiS dokonuje zamachu stanu ?! PiS został wybrany na 4 letnią kadencję w demokratycznych wyborach! Czy się to komuś podoba czy nie. Następna okazja żeby to zmienić – rok 2019.
Zamach stanu – niezgodne z porządkiem konstytucyjnym, często z użyciem siły (zbrojny zamach stanu), przejęcie władzy politycznej w państwie przez jednostkę lub grupę osób. Jest pogwałceniem normalnego toku życia politycznego i porządku instytucjonalnego. Do niedawna w wielu krajach Ameryki Łacińskiej i Afryki zamach stanu był najczęściej spotykaną metodą zmiany rządu.
Tak zamach stanu definiuje wikipedia. Zamachu stanu to dokonywał w 1926 Piłsudski. Dlaczego więc ktokolwiek nazywa zmiany dokonywane przez demokratycznie wybrany rząd w tak drastyczny sposób? Czy przez zawirowania wokół Trybunału Konstytucyjnego? Których to zawirowań zapewne spora część osób wyprowadzanych w ogólnopolskich protestach przez „oddolną inicjatywę społeczną”, nazywaną „Komitetem Obrony Demokracji” nawet nie rozumie? A przed dojściem PiS-u do władzy zapewne nawet nie wiedziała o istnieniu czegoś takiego jak owy Trybunał.
Jeśli ktoś nie wie za bardzo o co chodzi z tym całym TK to powyższy link w miarę to powinien rozjaśnić (przyznaję bez bicia, ja przez długi czas też nie byłem świadomy). PiS łamie prawo. To nie ulega wątpliwości. Ale PiS gra w grę, którą w czerwcu rozpoczęła Platforma. Jak PO wybierało większą ilość sędziów TK aniżeli byli do tego upoważnieni to w telewizji nikt nie trąbił o łamaniu konstytucji a koleś, który zalega 80 tysięcy złotych alimentów nie był promowany na obrońcę wolności w kraju nad Wisłą. 80 tysięcy złotych. Tyle zalega Mateusz Kijowski, którego możecie kojarzyć z telewizji jako założyciela wspomnianego KOD. Z tego człowieka robi się bohatera zwykłych ludzi i zaprasza się go do Parlamentu Europejskiego. Jacek Żakowski broniąc Kijowskiego powiedział że „gdy mężczyźni idą na wojnę to dzieci zawsze cierpią”. Ci ludzie bronią demokracji. Przepraszam, „bronią”. Bo zapewne większość z nich uważa że demokracja jest wtedy, kiedy oni są przy władzy. Najgorliwiej demokracji bronią ci, którzy kompromitowali się przez ostatnie 8 lat swoich rządów. Ta terapia odwykowa zapewne jest dla nich bolesna. W 8 lat na pewno idzie się uzależnić od rozdawania kart przy politycznym stole. Mnie jednak zastanawia w jaki sposób udało im się ogłupić tak liczną część społeczeństwa, która wychodzi na ulicę i „broni demokracji” przed PiS-em ręka w rękę razem z tymi, którzy przez ostatnie lata czynili to samo co Kaczyński a nawet większe skurwysyństwa? Z drugiej jednak strony dziwić się nie powinienem. Media cały czas spoczywają w rękach poprzedniej władzy. TVNy i inne Wyborcze nadal są propagandową tubą byłych rządzących. PiS był demonizowany od zawsze. W skrócie przekaz medialny wyglądał tak: „Musicie głosować na PO bo jak nie to przyjdzie PiS i Kaczyński z Macierewiczem zaczną prześladować tych, którzy w niedzielę nie chodzą do kościoła, jak będziesz mieszkał z partnerem bez ślubu to spod łóżka wypełznie Pawłowicz i spali was na stosie a poza tym nie wiem czy wiecie ale PiSowcy żywią się małymi dziećmi”. Ale z upływem czasu część obywateli zaczęła sobie uświadamiać że przecież ten PiS chyba nie da rady dymać ich na większą skalę niż PO. Więc skoro jest taka chujnia to co szkodzi sprawdzić czy za Prawa i Sprawiedliwości będzie gorzej. Dodatkowo ci telewizyjni „mędrcy” pokroju Kuźniara, Lisa czy Olejnik zaczęli nie być traktowani poważnie, bo ludzie zauważyli że owi delikwenci wmawiają im że pada deszcz gdy ślina rządzących polityków rzęsiście cieknie im po twarzach. Ale jak widać po demonstracjach, nadal jest spora grupa osób, szczególnie tych, które za główne źródło informacji obierają sobie telewizję, mająca tak wyprane mózgi, iż wierzą w każde słowo wypowiedziane w szkiełku. PiS przejął już telewizję publiczną i obsadza ją swoimi ludźmi, wziętymi z mediów im przychylnych typu telewizja Republika czy TV Trwam. To również wzbudza wielkie oburzenie „autorytetów”. To, że PiS usuwa osoby, które przez kilka ostatnich lat zawzięcie ich krytykowały liżąc przy tym dupę rządzącej partii … doprawdy, niespotykane. Tylko nikt nie pamięta (lub nie chce pamiętać) że inne partie robiły dokładnie to samo. Nie, nie uważam że to jest w porządku. Media powinny zachowywać neutralność i przedstawiać wiadomości w sposób nie narzucający widzowi jedynego, słusznego toku myślenia. Ale na miłość boską ! Dlaczego takiej krytyce poddawana jest tylko jedna partia w momencie gdy inne robiły to samo? Dlaczego nagle wszyscy ci krytycy obudzili się dopiero teraz? Jakoś nikt nie protestował gdy PO pod osłoną nocy chciało wyprzedać lasy państwowe, gdy Sienkiewicz i Belka kupczyli Polską, gdy Sikorski obrażał Polaków, gdy wybuchały afera: hazardowa czy Amber Gold, gdy podwyższano wiek emerytalny, gdy wsiąkły jak kamfora pieniądze z OFE. Można tak długo wymieniać. Czym przy tym jest to, co do tej pory zrobiły rządy PiS? Jeszcze raz podkreślam. Nie bronię partii rządzącej. Chce zwrócić uwagę na to że ktoś chce z nas zrobić debili. Ktoś tu jest za przeproszeniem: pierdoloną bandą hipokrytów! Dlaczego tak wielu daje się w to wmanewrować? Na tych którzy czerpią wiadomości z przekazu medialnego stawiam krzyżyk. Znam takich ludzi osobiście i wiem że to fanatycy tacy sami jak ci, którzy bronią krzyża, tylko z przeciwnej frakcji. Przy czym uważają się za lepszych i mądrzejszych. Są też ci, którym zmiana rządzących jest nie na rękę bo kolesiostwo kwitnące za rządów Tuska i Kopacz przynosiło im profity w postaci chociażby wygodnych posad. Są też tacy, którzy po prostu nie lubią PiS, bo lubić PiS to obciach i wiocha. Umówmy się: Kaczyński czy Macierewicz nie wzbudzają powszechnej sympatii, a jeśli do tego dodać 8 lat nakręcania spirali hejtu (jakże ostatnimi czasy popularne słowo) przeciwko nim to w ogóle mamy sytuację nie do pozazdroszczenia. Nie potępiam tych ludzi (przynajmniej części z nich), bo oni są po prostu zmanipulowani. Zbytnio ufają temu co się wokół nich dzieje, nie zagłębiając się w szczegóły całej tej sprawy.
„Obrońcy demokracji” wsparcia szukają też w Parlamencie Europejskim. Swoją drogą żenujące jest donoszenie na swój własny kraj do instytucji międzynarodowych … przynajmniej w tym przypadku, ale mniejsza o to. Okazało się jednak że Europa nie do końca ma ochotę zagłębiać się w nasze problemy. Zapewne największą mają Niemcy. Niemcy chcą nas uczyć demokracji … nie wiem czy uznać to za zabawne czy tragiczne, taki chichot losu. Szkoda że kanclerz Merkel i jej współpracownicy nie mają ochoty zabrać się za zrobienie porządku z imigrantami panoszącymi się w ich własnym kraju. No cóż, zawsze łatwiej jest pouczać kogoś, niż dostrzec własne problemy. Szkoda że niemiecka policja woli robić porządek z kibicami Pogoni Szczecin wywieszającymi transparent na meczu siatkówki o treści: „Protect your women not our democracy” niż faktycznie chronić własne kobiety przed bandą zdziczałych przybyszy ze wschodu. Nie wiem, może chcieli pokazać że po feralnej nocy sylwestrowej pozbierali się już do kupy i potrafią zadziałać a może (co bardziej do mnie przemawia) musieli się na kimś wyżyć za własną nieudolność. A los chciał że mogli się wyżyć na kimś kto tę nieudolność im wytknął. I to jeszcze z tego „barbarzyńskiego” kraju, który z nimi sąsiaduje.
Na szczęście jak już kiedyś podkreślałem, jest też spore grono ludzi, które potrafi myśleć racjonalnie i wyciągać wnioski samemu. Nie musi tego za nich robić chociażby najbardziej stronniczy i nienawistny dziennikarz w historii III RP – Tomasz Lis, nomen omen będący redaktorem naczelnym gazety należącej do niemieckiego koncernu. Nie muszą za nich robić tego „nowocześni” i tak zajebiście „europejscy” Niemcy, troszczący się chyba po raz pierwszy w długiej historii naszych wspólnych relacji o to by było nam dobrze i byśmy czuli się bezpiecznie. Jeśli zaszła by potrzeba to zapewne na podstawie słynnej ustawy „1066” weszli by do naszego kraju uzbrojeni po zęby ażeby to dobro i bezpieczeństwo nam zapewnić. A „niezależne” media apelowały by aby lud rzucał pod gąsiennice Leopardów róże i tulipany, bo oto wjeżdżają do naszego kraju obrońcy uciemiężonych … aż przeżyłem jakieś dziwne deja vu. No dobra, może troszeczkę teraz odpłynąłem, ale jakoś jestem w stanie to sobie wyobrazić. Aha, no i Niemcom oczywiście chodziło by o nas … wcale nie o stratę wpływów w naszym kraju. Pewnie nawet moglibyśmy zostać ich 17stym landem gdybyśmy zechcieli ;).
Manifestacje KODu w porównaniu z chociażby Marszem Niepodległości są jak gumowa lalka z sex-shopu w porównaniu z Penelope Cruz. Są sztuczne do granic możliwości, napędzane w nienaturalny sposób. Ostatnio przewinął mi się w Tv koleś reprezentujący jakąś młodzieżową odnogę KODu. Jego przemówienie na manifestacji było tak porywające jak komentarz meczu w wykonaniu Jacka Jońcy. Te zbiorowiska to głównie ludzie w wieku 40+. Ci ludzie niby o coś walczą, chociaż część z nich pewnie sama do końca nie wie o co. Tak jak ci, którzy 13 grudnia zgromadzili się pod domem Jarosława Kaczyńskiego z transparentem „Kaczyński oddaj kota” i sami nie do końca potrafili odpowiedzieć co ich tam przyciągnęło. Zresztą jeśli ktoś za chamstwo uważał manifestacje pod domem generała Jaruzelskiego, ale na taką samą manifestację pod dom Kaczyńskiego przychodzi, no to przepraszam, ale nie potrafię znaleźć innego określenia niż – kretyn. Ich zapał wkrótce zgaśnie. Szcególnie przy takim natężeniu tych śmiesznych manifestacji. Oderwani od koryta politycy w końcu będą musieli pogodzić się ze swoją porażką. Wierzę że racjonalne podejście w końcu zwycięży. I wierzę że chociaż część tych zmanipulowanych ludzi w końcu się opamięta. Po prostu głęboko wierzę w ten naród.
P.S.
Na początku tekstu napisałem że w drugiej turze zeszłorocznych wyborów prezydenckich zagłosowałem na Andrzeja Dudę i głosu nie żałuję. Dla wielu Duda jest pachołkiem Kaczyńskiego. Może i po części jest. Komorowski był narzędziem Platformy. Mamy remis. Ale jak wielu przed wyborami zauważało, prezydent pełni w głównej mierze funkcję reprezentacyjną. Duda składa kwiaty pod grobami Żołnierzy Niezłomnych, uczestniczył w koncercie z okazji rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, uczestniczył w premierze filmu „Pilecki”, odwiedzał z okazji urodzin weteranów walk niepodległościowych, nie skacze za granicą po krzesłach … i ubiera odzież marki „Red is Bad ;). Jako dla człowieka dla którego ważne są takie patriotyczne zachowania, Duda bije pod tym względem Komorowskiego na łeb na szyję.
