Piłkarskie katharsis czyli historia mojej nienawiści do Barcelony.

Nienawidzę Barcelony … Kiedyś ją kochałem. No, może kochałem to zbyt duże słowo. To były czasy gdy miałem 10-13 lat. Moje sympatie i antypatie piłkarskie brały się w sumie z kosmosu. FC Barcelonę polubiłem dlatego że moja druga replika koszulki piłkarskiej, którą rodzice kupili mi na bazarowym straganie to był właśnie trykot FC Barcelony, dokładnie Patricka Kluiverta. Pierwszym była Borussia Dortmund i t-shirt Matthiasa Sammera. Tak więc do BVB też zawsze miałem jakąś dziwną słabość, chociaż oni mieli ciężej bo są z Niemiec. Właśnie .. z sympatiami i antypatiami reprezentacyjnymi jest łatwiej. Decydują względy historyczne. Tzn. nienawidzę Niemców, reszta jakoś ujdzie. Nie lubię Szwedów bo nas wydymali w czasie eliminacji do EURO 2004. Nie lubię Austriaków bo to prawie Niemcy ale patrząc na nich przez pryzmat reprezentacji piłkarskiej to w sumie nie są przeciwnikiem budzącym jakieś szczególne emocje. Nie lubię Francuzów, bo to naród skupiający w sobie wszystko co najgorsze w społeczeństwie zarażonym wirusem poprawności politycznej. Nie lubię ruskich ale nie jest to jakaś zaślepiająca nienawiść jak w przypadku Niemców. A to w sumie dziwne, bo powinni we mnie budzić podobne uczucia. Dobra, w każdym bądź razie to że nie lubię Niemców jest usprawiedliwione. Oczywiście w moich oczach ;). Większość pewnie uzna że jestem nietolerancyjnym debilem i troglodytą. Ciemnogrodzianienem śmierdzącym cebulą, który w sprawy szlachetnej idei sportu miesza sprawy zupełnie jej niedotyczące. Macie takie prawo. Tak samo jak ja mam prawo nienawidzić Niemców. Z niechęcią do FCB jest ciężej. Bo właściwie dlaczego? Nie mam nic do Hiszpanii jako kraju. Nie czuję jakiejś antypatii do Barcelony jako miasta. To dążenie do niepodległości  jako Katalonii? Mógłbym się o to przyczepić tak samo jak wkurza mnie gdy Ślązacy mamroczą coś pod nosem o dążeniach separatystycznych. Ale nie, nigdy mnie to jakoś szczególnie nie mierzwiło. To dlaczego? Jak już mówiłem, był okres że Barce bardzo lubiłem. Czasy gdy po murawie Camp Nou biegali Kluivert, Petit, Overmars, Rivaldo czy Bogarde. Gdy Barca była w dużej mierze „pomarańczowa”.  Potem mieli słabszy okres. Posprowadzali Rochembacków, Saviolów i Christanvali. Moje uczucia przeniosły się wówczas do północnego Londynu i trwają do dziś przy „Kanonierach”. Nie .. Moja niechęć do FCB nie wynika z tego że Arsenal był eliminowany przez nich trzykrotnie przez ostatnie 6 lat już w 1/8 finału Ligi Mistrzów J. No to do cholery, dlaczego? Po słabszym okresie Christanvali, Saviolów i Rochembacków w Barcelonie pojawił się Joan Laporta i wprowadził klub z powrotem na właściwe tory. W 2006 zespół prowadzony przez Franka Rijkaarda zwyciężył w finale ligi mistrzów z … a jakże … Arsenalem.  Każdy kolejny sezon to było wyrastanie tej „magicznej, cudownej” Barcelony. W 2008 Rijkaarda zastąpił Pep Guardiola. W 2009 kolejny triumf w LM, 2011 kolejny.  „Tiki taka” i te sprawy. Dominacja w La Liga. Pamiętne 5:0 z Realem.  Właśnie chyba te lata gdy Barca była wręcz niezniszczalna, era Guardioli – to było apogeum mojej nienawiści do Katalończyków.  Bezsensu, nie? Można powiedzieć: „to takie typowo polskie”. Nienawidzić kogoś tylko dlatego że wszystko mu się udaje, że jest najlepszy w swojej dziedzinie, że odnosi sukcesy. Częsta przypadłość, niestety … Nienawidziłem zachwytów komentatorów gdy Barcelona wymieniała 8459 podanie w czasie trwania akcji a przeciwnicy biegali za nimi pogrążeni w takiej beznadziei, że kolejny tydzień spędzali chyba na kozetce u psychoterapeuty.  Nienawidziłem „gimbazy”, która w moim odczuciu chuja się znała na piłce a Barcelonie kibicowała tylko dlatego że byli właśnie nadludzcy w swoich boiskowych poczynaniach. Wymuskani chłopcy w rurkach, hipsteroza w pulowerkach i pedalskich fryzurach. Tak dla mnie wyglądał przeciętny kibic „Blaugrany”. Jak kogoś nienawidzisz to starasz się go postrzegać w jak najgorszym świetle. Stereotypowo. Ja właśnie tak widziałem „kibiców”, którzy wyrośli w boomie na Barce. Pamiętam jak byłem kiedyś w pubie w którym oglądałem albo El Clasico albo któryś ze wspomnianych wcześniej dwumeczów z Arsenalem.  Pub pełen właśnie takich typów, wielkich kibiców, którzy pewnie nigdy w życiu nie zasiądą na Camp Nou. Po końcowym zwycięstwie próbowali odśpiewać „El Cant del Barca” … Błazenada.  Właśnie ci w moim odczuciu sztuczni kibice powodowali że zbierała się we mnie taka nienawiść…Hmm, nadal bezsensu, nie? … Każdy Janusz czy inny hipster ma prawo kibicować w swój śmieszny sposób, prawda? Taa … tak samo jak ja mam prawo wkurwiać się na takie pajacowanie.  Ktoś mógłby rzec: „Ale przecież piłka nożna ma cieszyć, ma przynosić radość.” Piłka nożna przynosi różne, często skrajne emocje. Czasami doprowadza do euforii, czasami do łez. Czasami dobrze jest mieć swoją Barcelonę, której się nienawidzi. Wówczas piłka służy za katalizator. Można oczyścić duszę i uzewnętrznić złe emocje. Chyba lepiej w taki sposób niż krzywdząc swoim zachowaniem rodzinę oraz najbliższe otoczenie? Chyba lepiej krzycząc i wyzywając od „jebanych karakanów” Messiego przed telewizorem niż kłócąc się z żoną? Ten Messi i tak ma to w dupie bo tych przekleństw nie słyszy. A nawet jeśli by słyszał? Pewnie nadal miał by na to wyjebane. Spłynęło by to po nim bo jest profesjonalistą i musi radzić sobie z sytuacjami stresowymi. Podejrzewam że większość piłkarzy wręcz napędza się nienawiścią kipiącą z trybun stadionu przeciwnika. A jeśli któryś piłkarzyk czuje się dotknięty takim zachowaniem? No to z psychiką kruchą jak opłatek kariery mu raczej nie wróżę. Zawsze pozostaje niedzielna liga szóstek. Uważam że taka stadionowa nienawiść choć z pozoru brzydka i patologiczna, to w głębi tego wszystkiego wcale nie musi być z góry negatywna. Jeżeli wszystko ogranicza się do obustronnych bluzgów pomiędzy dwoma grupami piłkarskich fanatyków … To czy tak naprawdę ktoś na tym cierpi? Dzieci przychodzące z rodzicami na mecz? Heh, przypomina mi się kwestia Andrzeja Grabowskiego z początku filmu „Skrzydlate świnie”:

https://www.youtube.com/watch?v=zUZG_RBU7xY

Prawda jest taka że na tych „rodzinnych” sektorach dzieciaki potrafią osłuchać się gorszych przekleństw aniżeli na sektorach fanatyków. Może zabrzmię tutaj szowinistycznie ale piłka nożna to męski sport i musi być skazany na taką samczą atmosferę. Podlany takim klimatem smakuje zdecydowanie najlepiej.  Liznąłem kibicowskiego rzemiosła, atmosfery najbardziej radykalnych sektorów. Drużyna X przyjeżdża do drużyny Y. Ty kipisz nienawiścią do nich, oni kipią nienawiścią do ciebie. Każda przyśpiewka w stylu „XYZ to stara kurwa …” itp. sprawia radość. Napędza. Czujesz odrębność, czujesz silne przywiązanie do swojej kasty. Jest to zaspokajanie takich pierwotnych, najniższych potrzeb, ale nikt nie powiedział że życie ma się cały czas opierać na słuchaniu muzyki Beethovena  i oglądaniu filmów Felliniego. Ludzie lubią prostą rozrywkę. Dlatego telewizyjna ramówka wypełniona jest gównianymi talent-show i sztucznymi jak dildo serialami pokroju „Trudnych spraw”. Oglądanie takiej tandety wyrządza nam większe szkody niż piłowanie ryja na meczach. Dlatego ja wolę przechodzić swoje futbolowe katharsis na trybunach lub przed telewizorem, oglądając mecz. Wolę spuszczać z siebie powietrze rzucając mięsem na lewo i prawo gdy Grosicki spierdoli kolejne dośrodkowanie w czasie meczu kadry. Wolę zwyzywać Thomasa Muellera od „pier***onych szwabów”, gdy wbije bramkę przeciwnikowi (jakiemukolwiek, bramka strzelona przez Muellera zawsze wkurwia). Wolę niezdrowo się podniecać i popadać w mega-euforię gdy „Lewy” ukłuje hat-tricka w półfinale czerwcowych Mistrzostw Europy. Nie no, tu akurat euforia będzie wskazana ;).  Ale tak samo niezdrowo mogę się podniecić gdy klubik z mojego rodzinnego miasta wygra derby powiatu na piątoligowych boiskach. Większość z was nawet sobie tego nie wyobraża jaką to daje zajebistą satysfakcję. Przez te 90 minut jesteśmy w stanie zafundować sobie taką karuzelę emocjonalną, że do domu wracamy całkowicie oczyszczeni z negatywnych wibracji. Nawet w przypadku gdy spotkanie ułoży się nie po naszej myśli to do domu wracamy raczej zamyśleni i smutni a nie naładowani burzowymi chmurami. Po takim aktywnie przeżytym meczu wielokrotnie wracałem do domu wręcz zmęczony i nastawiony tylko na pójście spać. Idealna sprawa na rozładowanie emocji. Taka Piłkoterapia ;). To jak pójście do lasu i wykrzyczenie się lub jak rozbijanie talerzy o ścianę.

Może dlatego właśnie powinienem raczej dziękować Barcelonie że jakoś tak nieświadomie stała się tym moim najbardziej znienawidzonym klubem? Że tak rzadko przegrywają … W związku z czym każda ich porażka smakuje jeszcze bardziej. No bo cóż by była za frajda gdyby prezentowali poziom Malagi czy innego Espanyolu? Gdyby przegrywali co drugie spotkanie? Nie mieli by wtedy „wiernej” rzeszy fanów w ulizanych fryzurach i groteskowych okularach. Komentatorzy nie doznawali by orgazmu przy każdym dotknięciu piłki kogoś z tria MSN. W związku z czym ja bym się nie wkurwiał, Barca nie miała by swojej magii … i byłoby nudniej. Fuck logic ! J Futbol musi po prostu mieć swoje smaczki. Potrzebuje swojej Barcelony by mieć kogo hejtować. By wykuwać swoją piłkarską tożsamość. Tak samo Barca potrzebuje … mnie? Nie no, nie róbmy dziwki z logiki ;). Aczkolwiek z pewnością potrzebuje setek tysięcy podobnych do mnie trolli i milionów swoich cukierkowych fanów. Inaczej FCB nie byłoby tym magicznym klubem którym jest aktualnie. Tam gdzie ktoś odnosi sukces tam pojawiają się wrogowie oraz fałszywi przyjaciele. Tak samo, zachowując odpowiednie proporcje wygląda to w tym przypadku.

Barcelona pod skrzydłami Luisa Enrique i z Suarezem oraz Neymarem wspierającymi Messiego znów przypomina walec rozgniatający wszystko co pojawi się na jego drodze. Istnieje duże prawdopodobieństwo że jako pierwszym w historii Ligi Mistrzów uda im się obronić zdobyte w zeszłym roku trofeum. W La Liga rozdają karty a większość rywali rozbijali by pewnie w pył grając przez cały mecz nawet w dziewiątkę.  Tak było w lutowym meczu z Celtą Vigo, wygranym przez Barcę 6:1. Podopieczni Enrique przypominali w tym meczu piłkarskie Harlem Globetrotters.  Dryblingi na pełnej szybkości przy linii końcowej, „rainbow” i „sombrero” założone piłkarzowi Celty przez Neymara gdzieś tam na 40 metrze od bramki rywala, dodatkowo cofając się pod bramkę Claudio Bravo. A na koniec creme de la crème tamtego wieczoru czyli rzut karny wykonany w sposób niebywały czyli Messi odgrywający na 11 metrze piłkę do El Pistolero.  No kurwa … na serio piłkarski cyrk. Nie kunszt, klasa, poezja. Piłkarski film fantastyczny. Brakowało jeszcze Neymara wybijającego się z nóg Suareza w stylu braci Tachibana z „Kapitana Tsubasy”.  Ale wierzę że 8 letni dzieciak, oglądający swój pierwszy mecz piłkarski i widzący takie umiejętności piłkarzy z Katalonii jest w stanie dozgonnie zakochać się w tym zespole.  Dlaczego wracam do meczu sprzed 1,5 mieciąca? Bo to był taki mecz symboliczny, po nim posypały się gromy na piłkarzy Barcelony za upokarzanie i dyskredytowanie swoich przeciwników. Za brak szacunku do rywala…. I krew się we mnie zagotowała. Gdy za czasów Guardioli piłkarze przeciwnika biegali jak sarenki za grającymi z nimi w dziada piłkarzami Blaugrany to wszystko było ok, to nie było upokarzaniem? No do cholery! Skoro są od nich 3 klasy lepsi to dlaczego nie mają tego pokazywać na boisku? Piłka nożna jest dla kibiców a przeciętny kibic nie łaknie bardziej niczego niż pięknej, efektownej gry. Piłkarskich fajerwerków. Skoro Barcelona może im to zapewnić a przy okazji zapewnić sobie rzeszę fanów, którzy będą wydawać kasę na gadżety itp. to dlaczego ma tego nie robić? Przy stanie 2-0 mają zacząć wymieniać podania po ziemi i trzymać się na 30 metrze od bramki rywala lub zamurować swoją? Od czasu do czasu oddawać strzał zza pola karnego? Broń Boże nie zakładać siatki piłkarzowi przeciwnika, nie robić rulety lub w inny efektowny sposób prezentować się na murawie? Gra się tak jak pozwala przeciwnik. No a niestety sytuacja wygląda tak, że Barca to piłkarscy herosi a reszta to przeciętni śmiertelnicy. Skoro  Idąc tym tokiem rozumowania to może zabrońmy w meczach reprezentacyjnych strzelać więcej niż .. hmm .. powiedzmy 3 bramki San Marino i Gibraltarowi, inaczej to będzie upokarzanie rywala. Aha a strzały można oddawać tylko prostym podbiciem z prawej nogi.  Przenieśmy polityczną poprawność na grunt piłkarski. Jak ktoś jest cienki to nie wolno mu pokazywać na boisku że jest cienki bo to nietolerancyjne.  A gówno prawda .. skoro Barca zgniata rywali to niech to robi ile chce i jak chce choćby wszystkie ich strzały oddawane na bramkę rywala miały być raboną a Neymar niech zakłada tyle sombrer ile chce, co najwyżej dostanie w pysk tak jak było ku temu blisko w meczu z Bilbao gdy Baskowie zbiegli się do niego jak wioskowe cwaniaki do gościa z miasta gdy zaczął wyrywać ich Mariole na potańcówce w remizie ;). Chociaż mówię to z bólem serca jako hejter a wylałem przed chwilą tyle miodu na bordowo-granatowy herb że aż mi głupio…  No ale nie lubię hejtu dla samego hejtu, trzeba mieć ku temu powód, nawet błahy (jak może to się wydawać w moim przypadku) ale zawsze. W przyszłym tygodniu kciuki będę oczywiście ściskać za kozaków od Diego Simeone i dopingować im by wybili Barcelonie obronę pucharu z głowy ale gdzieś tam głęboko jakaś cząstka mnie będzie kibicować Katalończykom bo chyba żadna drużyna na świecie nie zasługiwała swoją grą na zdobycie tego osiągnięcia jako pierwsza. Kurwa … sam się nie spodziewałem że dojdę do takich wniosków, starzeję się chyba …

 

keep-calm-and-puta-barca-28

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s