Wpis, którego miało nie być ale jest … Bo futbol to magia !

Po wczorajszym starciu Atletico z Barceloną miałem ochotę dodać spontaniczny wpis na blogu. Ostatnio pisałem o tym jak nienawidzę Barcelony, ale koniec końców doszedłem w tym wpisie do wniosku że gdzieś tam podświadomie jakaś cząstka mnie będzie kibicować „Blaugranie” bo zawodnikom Luisa Enrique jak mało komu należy się zaszczyt obronienia jako pierwszej w historii drużynie Pucharu Ligi Mistrzów.  Jak ktoś nie czytał to odsyłam:

https://futbolowarebelia.wordpress.com/2016/04/01/pilkarskie-katharsis-czyli-historia-mojej-nienawisci-do-barcelony/

Na całe szczęście piłkarze Barcelony przypomnieli mi wczoraj dlaczego tak bardzo ich nie lubię i frajerskim zachowaniem Suareza i Neymara usunęli tę wspomnianą cząstkę z mojej podświadomości. Na szczęście w środowy wieczór zwyciężyła sprawiedliwość . Barca odpadł z rozgrywek Ligii Mistrzów a szansę sięgnięcia po tytuł mają nadal kozacy od Simeone.  Gdy ochłonąłem stwierdziłem jednak że nie ma sensu strzępić klawiatury na graczy klubu z Katalonii. Jednakże przed chwilą zakończył się ćwierćfinał Ligi Europy między FC Liverpool a Borussią Dortmund.  Mecz ten położył mnie na łopatki. To była esencja tego co w piłce nożnej najwspanialsze. Uczta z nektarem i ambrozją na Olimpie piłkarskich Bogów. No dobra, bo trochę odpłynąłem … Ale ten mecz przekonał mnie że muszę jednak przelać myśli na arkusz worda – bo futbol to magia i co rusz przypomina mi dlaczego go tak bardzo kocham !

Zacznijmy od wczorajszego spotkania. Derby Hiszpanii. Atletico- Barcelona na Vincente Calderon. Właściwie kłamałem. Od pierwszego gwizdka Felixa Brycha w pierwszym meczu nie potrafiłem w sobie znaleźć cząstki przyjaźni do Barcelony.  Od początku całym sercem awansu życzyłem „Rojiblancos”. Po pierwsze bo grali z Barceloną, po drugie, bo w skomercjalizowanym i zepsutym do cna świecie Modern Footballu są mimo wszystko zespołem nie do końca wpisującym się w kanony piłki spod znaku arabskich szejków i napoju energetycznego z logiem byka. Oczywiście też nie całkowicie bo jednak to też zespół, który potrafił wypierdolić 35 milionów ojro za transfer Jacksona Martineza a na koszulkach reklamują mlekiem (kozim?) i ropą płynący Azerbejdżan. No ale to też nie klub z bezdenną sakiewką, który szasta beztrosko kasą jak bananowy lamus wydający pieniądze taty w drogim klubie. Klub który nie pęka w szwach od gwiazd światowego formatu . Griezmann to jeszcze gracz apirujący do tytułu napastnika z najwyższej półki, Torres to stara, wyblakła gwiazda a np. Filipe Luis to gość, który odbił się od drzwi wielkiej Chelsea.  Poza tym: Juanfran, Koke czy kapitan Gabi, wierni żołnierze Atletico. Zapewne żaden z nich nie jest piłkarzem, którego plakat 12 letni chłopcy wieszają sobie nad łóżkiem. Bo Atletico to nie indywidualności. To drużyna. To armia rządzona ręką najlepszego chyba w tej chwili futbolowego generała. Jako fan twórczości G.R.R. Martina muszę powiedzieć jedno. Gdyby Simeone żył w Westeros, to zostałby Lordem dowódcą Nocnej Straży i Inni nigdy w życiu by nie zdobyli Muru. Nie chcę być banalny i powtarzać w kółko to samo co wszyscy ale ten gość uczynił grę w obronie sztuką. Włosi mieli swoje Catenaccio (właściwie wymyślił je Argentyńczyk – Helenio Herrera), skuteczne, ale zabijające tak naprawdę to co w piłce najpiękniejsze. Grecy murując bramkę zdobyli mistrzostwo Europy … i Europie było wstyd za takiego mistrza. Simeone uczynił z obrony sztukę, którą można oglądać z rozdzawioną gębą. Ściana nie do przebicia dla przeciwników i zabójcze kontry. Nie klepanie piłki w stylu właśnie Barcelony, nie tiki-taka i 70% posiadanie piłki, lecz 2-3 podania i stwarzamy zagrożenie pod bramką przeciwnika. Ale geniusz Cholo Simeone i gra „Los Colchoneros” to jedno a chamska gra ekipy z Camp Nou we wczorajszym meczu to druga sprawa. Już błędy Felixa Brycha w pierwszym meczu i wyrzucenie z boiska El Nino, które zabiło mecz rozsierdziło mnie do tego stopnia że modliłem się o awans ekipy ze stolicy Hiszpanii. Wczoraj do białej gorączki doprowadziło mnie zachowanie „megagwiazd” z Barcelony. Luis Suarez rozbijający łokciem łuk brwiowy Diego Godinowi i Neymar wchodzący dwiema nogami od tyłu w Juanfrana po przegranym pojedynku biegowym … za linią końcową. To jest kurwa ta wielka Barcelona ja się pytam? To ja was panowie za przeproszeniem pierdole i wycofuje moje wcześniejsze słowa o was. Że Luis Suarez jest debilem i osobą która nie kontroluje swoich zachowań to wiemy nie od dziś. Wystarczy spytać Ivanovicia czy Chielliniego. Być może Urugwajczyk pozostawił trwałe blizny na ich ciele wbijając w nie swoje kły. Suarez jest chory psychicznie, jednakże ma swoją zdolność, potrafi fenomenalnie grać w piłkę.  To samo tyczy się Neymara. Być może akurat Brazylijczyk trochę się różni od Suareza. Suarezowi odcina czasami prąd a przed jego oczami pojawia się chwilowo jakaś apokaliptyczna wizja a gdy do jego mózgu napływa spowrotem krew okazuje się że zrobił coś chorego. Oglądaliście „Mecz ostatniej szansy”? Kojarzycie postać Mnicha graną przez Jasona Stathama? To wiecie o czym mówię. Z tą różnicą że Statham czasem się hamował przed swoimi chorymi zachowaniami.  Neymar zaś wygląda na gościa celowo prowokującego swoich rywali a potem zgrywającego niewiniątko. Pierdolnąć komuś mukę z partyzanta a potem udawać że jest się samemu tym poszkodowanym. To właśnie jego taktyka. Chociaż wczoraj odcięło mu prąd podobnie jak zazwyczaj Suarezowi. Co to miało być? Czyżby obydwaj przyzwyczaili się do zwyciężania tak bardzo że grę z nożem na gardle znoszą tak ciężko? Szkoda, bo taka frustracja nie przystoi piłkarzom tego formatu. Obydwaj zasłużyli na przedwczesny zjazd pod prysznic. Jednakże Rizzoli postanowił podjąć wyzwanie Brycha pod tytułem kto bardziej zjebie sędziowanie meczu. No i chyba wygrał Włoch. Tak, tak … karny dla Barcy w końcówce się należał, ale Karma to suka i wraca ze zdwojoną siłą. Barca wyleciała z rozgrywek. W umiarkowanym stopniu zwyciężyła idea „Against Modern Football”. Zwyciężyła sprawiedliwość. Dziękuję.

Mecz dzisiejszy. Przenosimy się na Anfield Road i już sam początek wgniata mnie w fotel. I to jeszcze zanim Tomasz Zimoch mógłby powiedzieć „Panie Turek, zacznij pan ten mecz”. Całe Anfield, łącznie z kibicami z Dortmundu odśpiewuje „You’ll never walk alone”! Piorunujące wrażenie! W dodatku mecz dostaje do skomentowania najlepszy duet w tym kraju. Twarowski-Nahorny i wszystko jasne. Nie mogę powiedzieć że nic nie zapowiadało takich emocji. Takie emocje zapowiadało kurwa wszystko !!Swoją drogą zauważyliście że nawet hymn Ligi Europy to taki patetyczny motyw, który zapowiada nadchodzące emocje niczym soundtrack z jakiegoś filmu historycznego grany przed jakąś bitwą?  Szybkość tego meczu była na poziomie rozgrywki w Fifa 16. Emocje też. A nie oszukujmy się, rzadko który mecz przynosi tyle emocji co wieczorny turniej w fifę z kolegami :-).  Co prawda Dortmundczycy dość szybko wpukali dwie bramki i niby emocje trochę opadły aczkolwiek to nadal było wyśmienite widowisko. Co chwilę akcja pod bramką a to Mignoleta a to Weidenfellera. Muszę powiedzieć że moja sympatia w tym meczu była rozszczepiona. Z jednej strony wolałem Borussię bo w jej składzie grał Łukasz Piszczek. Z drugiej Borussia to jednak klub niemiecki … Co prawda na ławce trenerskiej LFC również siedział Niemiec, ale Klopp to akurat jeden z niewielu naszych zachodnich sąsiadów, którego naprawdę lubię i szanuję. Chociaż w sumie Borussia mimo swojego kraju pochodzenia również jest klubem, który mimo wszystko budzi od wielu lat moją sympatię. Zresztą obydwa te kluby raczej nie budzą negatywnych emocji wśród piłkarskich fanów i są raczej z reguły lubiane.  Dobra, wróćmy na murawę. Po pierwszej połowie emocje nieco przygasły i mimo naprawdę dobrego, piłkarskiego widowiska nie spodziewałem się raczej wielu emocji w drugiej odsłonie.  Pierwszy mecz skończył się wynikiem 1:1 i The Reds musieliby ustrzelić trzy gole w drugiej połowie by odmienić losy dwumeczu. I w tym momencie pierwszy raz przypomniał mi się 2005 rok i mecz legendarny mecz Liverpool kontra AC Milan w finale Ligi Mistrzów, gdzie przegrywający po pierwszej połowie 0:3 LFC odrobiło straty i sięgnęło po tytuł. Duch finału w Stambule unosił się jeszcze wyżej w momencie gdy Origi zmniejszył prowadzenie Borussi 3 minuty po wznowieniu gry. 57 minut i Reus znów usadził Liverpool na dupie. 1:3. Klopp i reszta znów potrzebowali trzech bramek by awansować. W Stambule LFC pod wodzą Beniteza miał jednak więcej czasu. Tam Liverpoolczycy zakończyli swoją remontadę już w 60 minucie. Wystarczyło im do tego 10 minut. Duch stadionu Ataturka gdzieś znów uleciał. Promyk nadzieji zapalił się znów gdy Couthino świetnym strzałem pokonał Weidenfellera w 66 minucie. 12 minut później było już 3:3! Piszczkowi w polu karnym uciekł ruszający się jak żelbetowy kloc Sakho (Łukasz, jak to możliwe?) i po 2,5 roku przerwy zdobył bramkę dla klubu z Anfield. Nieee, nic dwa razy się nie zdarza. LFC nie odrobi znów takiej straty! A może jednak? Nieee, to byłoby zbyt piękne. To będzie opowieść o tym jak dzielny Liverpool gonił Borussię ale poległ. Kurde, no ale lepiej by się tego jednak słuchało gdyby The Reds wygrali ten mecz. Mecz o którym można by opowiadać wnukom. A jak się skończy 3:3? To nie to samo. Mimo genialnej gry nic nadzwyczajnego by się tutaj nie zdarzyło. A najlepiej gdyby bramka padł w doliczonym czasie gry, to byłoby coś. Piłkarscy bogowie spojrzeli na mnie zza swojego stołu i stwierdzili. „Mówisz, masz”. Minutę po tym jak Turek przedłużył mecz o 4 minuty Lovren głową wbił piłkę do siatki BVB. W końcówce Gundogan był jeszcze o włos od wyrównania po strzale z rzutu wolnego. Ale tego by już było za wiele. Klopp triumfuje. Klopp, trenerski Hefajstos, który wykuwał wielką Borussię przez 7 lat. A dziś mierząc się z Tuchelem, który przejął lekko zardzewiałe dzieło jego życia i dokonał jego renowacji, wprowadził je znów na „International level” i chciał go pokonać jego własną bronią przekonał się że ma do czynienia z trenerskim herosem najwyższej klasy. Chociaż nie. To był mecz dwóch godnych siebie rywali i o powodzeniu zadecydował łut szczęścia. A Liverpool pod wodzą Kloppa będzie w przyszłym sezonie kurewsko mocny. Jestem tego pewny.

Dzisiejszy mecz, a właściwie ostatnie dwa dni emocji w europejskich pucharach uświadomiły mnie, że futbol bywa czasem lepszy niż dobry seks. Przypomniały mi za co go tak bardzo kocham i będę mu wierny aż po sam grób. Zresztą poza tym mieliśmy jeszcze rzuty karne w dwumeczu Sevilli z Athletic Bilbao, które również zawsze są magiczne. Gierki z wyprowadzaniem z równowagi Gameiro podchodzącego do decydującej jedenastki, przez graczy z Kraju Basków i awantura, która się z tego prawie wywiązała. Wczorajszy widok Marka Noble znoszącego Andera Herrere z boiska by zyskać na czasie w ćwierćfinale FA Cup. To są smaczki futbolu przypominające o tym że czasem oglądanie futbolu powoduje u mnie wypieki na twarzy jak u 4 letniego dziecka słuchającego ulubionej bajki czytanej mu na dobranoc przez rodzica.

 

27227_1460014038,95

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s