Pamiętacie ten tekst z „Chłopaki nie płaczą”? „Ciężko jest znaleźć dobrą opiekunkę do dziecka, ale jeszcze ciężej znaleźć dobre dziecko”. W podobnym tonie, mógłbym się odnieść do książek o Arsenalu, które ukazują się w naszym pięknym kraju. Ciężko jest znaleźć książkę o „Kanonierach”, ale znalezienie dobrej książki o „The Gunners” w naszym języku, graniczy z cudem. Z pewnymi nadziejami zabierałem się za lekturę książki Amy Lawrance „Niezwyciężeni. Arsenal w sezonie, który przeszedł do historii futbolu”. Zbierała niezłe recenzje, otrzymała nawet jakieś wyróżnienia. Pojawił się promyk nadziei. I co? I klops. Po raz kolejny…
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: R. Kałużny, M. Karoń „Radosław Kałużny. Powrót Taty.”
W 2016 roku, piłkarskim środowiskiem w Polsce, wstrząsnęła pewna fotka. Przedstawiała ona pewnego jegomościa, w kamizelce odblaskowej. Stał on sobie spokojnie, oparty o ścianę. Z pozoru nic ciekawego. Zainteresować mógł nas jednak fakt, że osobą znajdującą się na zdjęciu, był Radosław Kałużny. Największą sensację wzbudzało miejsce, w którym to zdjęcie wykonano. Były to magazyny firmy kurierskiej DHL w angielskim Nuneaton. Na wszystkich sportowych portalach ukazały się jednakowe nagłówki: „Była gwiazda reprezentacji Polski pracuje jako magazynier.” Kibice i dziennikarze zaczęli dociekać: „Jak to się stało, że Kałużny roztrwonił swój majątek zarobiony na grze w piłkę?”. Spekulacjom nie było końca. Kałużny długo wzbraniał się przed pytaniami opinii publicznej i izolował się od mediów. W końcu stało się jednak to, co wydawało się być nieuniknione. Popularny „Tata” postanowił wydać książkę.
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: D. Wołowski „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu.”
„Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu”, to książka napisana przez dziennikarza „Gazety Wyborczej” – Dariusza Wołowskiego. Ukazała się tuż, przed Mistrzostwami Świata w 2014 roku. Ja sięgnąłem po nią dopiero przed tygodniem. I bardzo żałuję tego, że nie stało się to wcześniej, bo dawno nie czytałem tak ciekawej, wypełnionej anegdotami i przybliżającej historię futbolu pozycji. Jednak, żeby nie było tak cukierkowo, to napomknę tylko, że książka posiada także kilka pomniejszych wad. Zapraszam do zapoznania się z moimi odczuciami po lekturze tego dzieła.
Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: D. Wołowski „Canarinhos. 11 wcieleń boga futbolu.””
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia”
Polski rynek książek sportowych składa się w 2/3 z biografii (nie znam dokładnych danych, strzelam). Dlatego każda pozycja, nie będąca historią znanego sportowca, tudzież nie opisująca historii jakiegoś klubu/reprezentacji, jest miłą odmianą. Z wielką ciekawością sięgnąłem więc po dzieło Stefana Szymańskiego i Simona Kupera. Miało ono stanowić książkową wersję filmu „Moneyball”, tylko lepszą, bo traktującą o ukochanej piłce nożnej, a nie o jakimś egzotycznym basseballu. Miało być wypełnione mnóstwem odkrywczych tez i ciekawostek. Czy faktycznie tak było? No niekoniecznie.
Czytaj dalej „Biblioteczka Futbolowej Rebelii: S. Kuper, S. Szymański: „Futbonomia””
Liga chuliganów #1: Stanley Ketchel – Zabójca z Michigan.
Polski boks zawodowy kojarzy nam się głównie z walkami Gołoty, Dariuszem Michalczewskim i w ostatnich latach z Tomaszem Adamkiem. W czasach PRL-u odnosiliśmy liczne sukcesy w boksie amatorskim. Legendarny Feliks Stamm wychował tabuny pięściarzy, którzy zdobywali medale na najważniejszych imprezach, z Igrzyskami Olimpijskimi na czele. Lata komuny sprawiły jednak, że nasi bokserzy nie mogli spróbować swoich sił na zawodowych ringach, a co za tym idzie, zarobić na swoim talencie większych pieniędzy. Można było ewentualnie uciekać za granicę jak Dariusz Michalczewski i spróbować swoich sił pod obcą banderą. Dzieje naszego państwa sprawiły, że Polacy w ostatnich wiekach masowo emigrowali, z powodu: ustroju, wojny czy rozbiorów. Taka sytuacja sprawiła, że wielu naszych rodaków odnosiło sukcesy, w różnych dyscyplinach, będąc już obywatelami innego państwa. Na początku XX wieku na zawodowych ringach w USA królował jeden z nich. Mistrzem wagi średniej był wówczas Stanley Ketchel. A właściwie Stanisław Kiecal. Syn polskich imigrantów, którego życiorys mógłby posłużyć za scenariusz filmowy. Zapraszam do zapoznania się z dziejami „Zabójcy z Michigan”.
15 października obchodziliśmy 108 rocznicę śmierci naszego bohatera. Żył krótko, przeżył zaledwie 24 lata. Zginął zastrzelony przez zazdrosnego faceta, którego narzeczona oskarżyła go o gwałt. Ale po kolei…
Wielka włóczęga
Stanisław Kiecal przyszedł na świat 14 września 1886 roku w Grand Rapids w stanie Michigan. Jego rodzicami byli Jan i Julia Kiecalowie pochodzący ze wsi Sulmierzyce. Obecnie jest to województwo łódzkie, wówczas była to gubernia piotrkowska. Jego dziadek był podobno powstańcem styczniowym . Zmarł w nędzy. Ojciec Stanleya, który otrzymał w spadku jedynie mały domek kryty słomianą strzechą, miał dość realiów życia pod rosyjskim pręgieżem. Postanowił wyemigrować do Stanów Zjednoczonych, które mieniły się w jego oczach jako raj za oceanem.
Tam też urodził się Staszek. Jako dziecko sprawiał wiele kłopotów. Włóczył się po ulicach z miejscowymi wiraszkami i chuliganił. Od zawsze cechowała go ułańska fantazja. Podobno popisywał się przed swoimi kumplami wyskakując z jadącego po wysokim moście samochodu, wprost do rzeki Grand River. Poza tym lubił czytać. Uwielbiał opowieści o kowbojach i Indianach. Być może zew „Dzikiego Zachodu” sprawił, że w wieku 12 lat postanowił uciec z domu. Podróżował po „Kraju wolności”, jeżdżąc na gapę koleją, ukryty w wagonach towarowych. Kradł, żebrał i wdawał się w uliczne bójki. Spędził kilka miesięcy w areszcie, oskarżony o włóczęgostwo. Pewnego razu trafił do Chicago. Tam podczas jednego z takich „ulicznych sparingów” dostrzegł go były bokser – Socker Flanningan. Postanowił przygarnąć chłopaka pod swoje skrzydła i podszlifować jego technikę bokserską. To również on namówił Staszka na zmianę personaliów na Stanley Ketchel. Po pewnym czasie, nasz bohater został zatrudniony w Casino Theatre w Butte w stanie Montana. Tam mierzył się w pojedynkach pięściarskich z klientami lokalu, którzy płacili za możliwość sparowania z hardym młodzieńcem. Otrzymywał za to 20 $ tygodniowo. Sam twierdził, że stoczył ponad 250 nieformalnych pojedynków na pięści. Tych, które stoczył na ulicy pewnie sam nie był w stanie porachować. W czasie jednej z takich lokalnych bitek, dostrzegł go inny były pięściarz – Maurice Thompson, który pracował w Butte jako górnik. Również i on wziął się za bokserską edukację Stanleya.
Droga na szczyt
W końcu przyszedł czas, by zmierzyć się w swoim pierwszym zawodowym pojedynku. Nie w podrzędnej spelunie, przeciwko podpitemu robotnikowi, któremu po bourbonie włączył się „tryb nieśmiertelności”, lecz z prawdziwym bokserem. Na pierwszy ogień poszedł Kid Tracey.
Walka odbywała się w teatrze. Jedna z anegdot mówi, że Ketchel umówił się ze swoim menadżerem, iż w razie jakichkolwiek trudności ma wycofać się pod kurtynę. Za kurtyną znajdował się ów menadżer, który miał buchnąć Tracey’a w głowę, workiem piasku. Pech chciał, że Stanley w ferworze walki sam zapędził rywala pod kurtynę już w pierwszej rundzie i przez przypadek to on zarobił cios w głowę. Na szczęście oszołomienie szybko minęło i mający polskie korzenie bokser, dał radę rozprawić się z rywalem.
Kolejne walki tylko potwierdzały niebywały talent „Zabójcy z Michigan”, jak ochrzczono Ketchela. Niesamowita siła, zręczność, duża szybkość i żądza walki oraz nieustanne parcie do przodu. To cechy, które wyróżniały Staszka. Pomiędzy 1904 a 1906 rokiem stoczył 40 walk. Aż 35 wygrał przez nokaut. Podobno gdy stawał naprzeciwko swojego rywala, wyobrażał sobie, że ten znieważył jego ukochaną matkę. W końcu postanowił wyruszyć do Kalifornii, gdzie walczyli najlepsi pięściarze w USA.
Po kilku walkach „na przetarcie”, dostał szansę na skrzyżowanie rękawic z Joe Thomasem, noszącym pseudonim „Chluba Kalifornii”. Walka zakontraktowana była na 20 rund. Zakończyła się remisem. Nie całe dwa miesiące później odbył się rewanż. Tym razem pojedynek był przewidziany na 45 rund. To był bardzo dramatyczny bój. Obaj pięściarze byli kilkukrotnie liczeni. Ketchel był bliski przegrania w 29 rundzie, gdy Thomas zamroczył go silnym ciosem. Stanley otrząsnął się jednak z marazmu i trzy rundy później rozstrzygnął walkę na swoją korzyść. To po tym starciu dorobił się pseudonimu „The Michigan Assassin”. Po kolejnych trzech miesiącach doszło do trzeciej konfrontacji pomiędzy bokserami ale tym razem Ketchel w pełni kontrolował przebieg ringowych wydarzeń i pewnie wygrał na punkty.
Kolejnymi rywalami Kiecala byli pochodzący z Irlandii bracia bliźniacy Sullivan – Mike i Jack. Obydwaj przegrali przez nokaut. Mike padł na deski już w pierwszej rundzie. Po tych walkach „Zabójca z Michigan” został uznany niekwestionowanym mistrzem wagi średniej.
Szaleni menadżerowie i akcja niemiecka
Ketchel stawał się powoli gwiazdą. Uwielbiał korzystać z uroków życia. Lubił dobrą zabawę, alkohol i piękne kobiety. Lubił nosić kapelusze, kowbojskie spodnie i buty z ostrogami. Miał bardzo wybuchowy charakter. Często chodził z bronią za pasem. Podczas jednej z pijackich awantur postrzelił w nogę swojego przyjaciela. Wbrew pozorom nie lubił jednak boksować. Uważał ten sport jedynie za możliwość dobrego zarobku. Jak sam powiedział:
„Nie walczę bo to lubię. Walczę tylko dlatego, że dzięki temu mogę zarobić więcej pieniędzy, niż mógłbym wykopać piasku na równiku.”
Otaczał go cały przekrój ludzi. Dla elit, znajomość z nim stanowiła nie lada nobilitację. Równie ciekawymi postaciami jak on sam, byli jego menadżerowie.
Pierwszym z nich był Willus Britt. Człowiek, który wsławił się tym, że zaskarżył miasto San Francisco o to, że nie zapobiegło trzęsieniu ziemi, które zniszczyło jego nieruchomości. Na argument władz, że przecież trzęsienie to akt Boży, niezależny od nas samych, Britt odpowiedział, że nie mógł to być akt Boży, ponieważ pan Bóg nie zniszczyłby kościołów, które także ucierpiały w czasie katastrofy. Jego drugim menadżerem był Wilson Mizner. O Miznerze krążyły opowieści, że ksiądz, który przyszedł udzielić mu ostatniej posługi, wybiegł na ulicę, krzycząc „Gdzie jest policja?”, gdy ten skończył mu się spowiadać.
Ketchelowi rósł jednak groźny rywal. Coraz lepiej pomiędzy linami spisywał się pochodzący z Niemiec Billy Papke. Pierwszą, pokazową walkę obydwaj stoczyli 4 czerwca 1908 roku w Milwaukee. Ketchel wygrał ją na punkty. Ich drugi bój odbył się trzy miesiące później. Jego stawkę był tytuł mistrza świata. Stanley przegrał tą walkę, ale zwycięstwo nie przyniosło chluby Papkemu. Gdy rozległ się gong rozpoczynający widowisko, „Zabójca z Michigan” podszedł do przeciwnika i wyciągnął rękawice w tradycyjnym geście przywitania. Billy Papke wykorzystał ten moment i dwukrotnie mocno uderzył zaskoczonego Staszka. To zagranie nie fair spowodowało, że twarz Ketchela zaczęła puchnąć. Nasz bohater widział coraz mniej. Papke kontrolował starcie, by ostatecznie znokautować obrońcę tytułu w 12 rundzie. Rządny rewanżu „Zabójca z Michigan”, w dwa miesiące później, zdemolował w ringu pochodzącego z Niemiec rywala w ich trzecim starciu. Brzydkie zachowanie „Illinois Thunderbolt”, jak nazywano Billy’ego Papke, zaowocowało tym, że porzucono zwyczaj witania się po gongu. Od tamtego momentu, bokserzy witają się jeszcze przed starciem.

Następną pamiętną walką Stanisława Kiecala, był pojedynek z „Philadelphia” Jackiem O’Brienem. Pochodzący z Irlandii pięściarz był już u schyłku kariery. Walkę firmowano jako pojedynek „dwóch światów”. Wychowanego przez ulicę i nieokrzesanego Ketchela oraz oczytanego inteligenta, jakim był „Philadelphia” O’Brien. Również w ringu prezentowali odmienne style. „The Michigan Assassin” brutalny i mega ofensywny a jego irlandzki przeciwnik dostojny, elegancki i prezentujący wysokie umiejętności obronne. Obaj również nie przepadali za sobą. Już przed walką „Philadelphia” zaliczył spięcie z menadżerem Ketchela – Willusem Brittem – który przyczepił się do wagi O’Briena. W rewanżu O’Brien nie podał Stanleyowi ręki przed starciem, gdy ten podszedł do niego by się przywitać. Początek pojedynku należał do bardziej doświadczonego z bokserów. Urażony wcześniejszym brakiem szacunku Ketchel, rzucił się od początku na rywala, który opanowany unikał szaleńczych szarż oponenta i celnie go kontrował. Taki obraz walki utrzymywał się przez pierwszych kilka rund. Wymęczony ciągłą pogonią za rywalem i jego skutecznymi odpowiedziami Staszek, opadał z sił i kilka razy wydawało się, że O’Brien ma już go na widelcu. Ketchel do znudzenia jednak obijał tułów rywala. Taka taktyka odbierała stopniowo wigor „Philadelphii”. Z biegiem czasu karta zaczynała się odwracać. W dziewiątej rundzie Irlandczyk padł na matę, po piekielnie mocnym ciosie Kiecala, który przebił mu gardę. Kolejne rundy to dożynanie rywala. W ostatniej odsłonie starcia, O’Brien padł na deski i sędzia zaczął go wyliczać po raz kolejny. Skórę uratował mu gong kończący walkę. Pojedynek odbywał się na zasadach „No decision”, czyli rozstrzygnąć go mógł jedynie nokaut. W takich okolicznościach, batalię tę uznano za nierozstrzygniętą. W rewanżu Stanley Ketchel nie pozostawił złudzeń. Zwyciężył przez nokaut.
„Zabójca” kontra „Arturek”
Niepodzielnie panujący w kategorii średniej „Zabójca z Michigan” robił się coraz bardziej pewny siebie. Kolejnym krokiem, który miał potwierdzić jego wielkość był pojedynek z czarnoskórym Jackiem Johnsonem. „Little Arthur”, jak nazywano Johnsona, był mistrzem świata wszechwag. Doszedł na sam szczyt, pomimo tego, że przez kolor skóry miał utrudnione zadanie. W boksie, na początku XX wieku, istniała tzw. „bariera rasowa”. Czarnoskórzy nie mogli mierzyć się z białymi w walkach o najwyższe tytuły. „Arturek” był początkowo „mistrzem świata kolorowych”. Do walki z białym czempionem dopuszczono go w 1908 roku. W Australii stanął w ringu naprzeciw Tommy’ego Burnsa. Johnson dosłownie zdemolował obrońcę tytułu. Bawił się z nim nie chcąc go nokautować, tylko jak najdłużej upokarzać, za lata traktowania jak podczłowieka przez komisje bokserską. Publiczność domagała się zakończenia tej rzezi. Walkę przerwała policja w 14 rundzie. Johnsona ogłoszono mistrzem wszechwag. Od tamtej pory, białe społeczeństwo z utęsknieniem wyglądało boksera, który odzyska tytuł i uratuje honor białej rasy. Wówczas powstał termin „ostatnia nadzieja białych”. Taką nadzieją miał być właśnie Stanley Ketchel.
Co ciekawe, obydwaj bokserzy byli podobno przyjaciółmi. Łączył ich pociąg do hazardu i odwiedzania burdeli. Do walki doszło w Colma w Kalifornii, 16 października 1909 roku. Ciężko było oczekiwać, że Ketchel, który miał 173 cm wzrostu i 77 kg wagi, poradzi sobie z Johnsonem, mającym 186 cm wzrostu i 93 kg. Wszystko faktycznie układało się po myśli „Giganta z Galvstone”. Johnson bez większych przeszkód obijał rywala a ten starał się odgryzać, ale nie bardzo wiedział jak wyrządzić olbrzymowi krzywdę. Klasyczne starcie „Dawida z Goliatem”. Luz czarnoskórego boksera doprowadził jednak do rozprężenia, które spowodowało, że ten popełnił błąd. Opuścił na chwilę gardę i nadział się na potężną bombę „Zabójcy z Michigan”. 10000 osób, które obserwowały tą walkę wstrzymało oddech. Jack Johnson wylądował na deskach. Niecodzienny widok. Ketchel nabrał pewności siebie. Podbiegł do wstającego z desek przeciwnika z zamiarem dokończenia dzieła zniszczenia i … nadział się na prawy prosty mistrza. Johnson włożył w ten cios całą swoją siłę. Zamachnął się tak mocno, że zatrzymał się dopiero na linach. Spojrzał za siebie i zobaczył leżącego bez ruchu Staszka. Po walce mówił dziennikarzom, że znalazł w swojej rękawicy dwa zęby rywala. Chwalił też naszego bohatera, podkreślając, że nikt wcześniej nie sprawił mu tyle bólu.

Śmierć
Rok później, 15 października 1910 roku, Stanley Ketchel przebywał u swojego przyjaciela, na ranczu w Springfield w Missouri. Rankiem, gdy jadł śniadanie, nijaki Wlater Dipley, który był najemnikiem pracującym na ranczu, wystrzelił mu w plecy z karabinu kaliber 38mm. Przyczyny zabójstwa do dziś wzbudzają kontrowersje. Dipley miał być zaręczony z Goldie Smith, która pełniła rolę kucharki w domu gospodarza. Strzał w plecy miał być karą, za natarczywe zaloty Ketchela wobec jej osoby. Inna wersja mówi o tym, że Dipley został skarcony przez Staszka za uderzenie konia i w ramach odwetu, parobek postanowił go obrabować. Przywłaszczył sobie 2000 $ i pierścień boksera. Pułkownik Dickerson – właściciel rancza – wyznaczył nagrodę w postaci 5000 $ za ujęcie sprawcy. Przesłuchiwana przez policję Goldie Smith miała zeznać, że została zgwałcona przez pięściarza.
Ostatnie słowa Stanleya Ketchela brzmiały podobno:
„Jestem strasznie zmęczony. Zabierzcie mnie do domu, do mamy”.
Gdy o śmierci „The Michigan Assassin” dowiedział się jego menadżer, Wilson Mizner, powiedział:
„To niemożliwe. Policzcie do dziesięciu. Na dziewięć wstanie.”
To nie była jedyna tragedia, jaka wydarzyła się w rodzinie Kiecalów. Kilka lat później, brat Staszka, poderżnął gardło jego ojcu. Obaj panowie pokłócili się o ziemię, którą senior rodu miał zapisać w testamencie.

Źródła:
- A. Kostyra – „Bohaterowie wielkiego boksu. Walki stulecia.”
- Stanley Ketchel. Nokautujący Zabójca z Michigan. Artykuł ze strony Newsweek
- Stanley Ketchel. Triumf i tragedia. Artykuł ze strony fighttalk.net
Pasja z podwórek – fundament silnej piłki.
Narodowy model gry, wzorce szkoleniowe wprost z Holandii/Chorwacji/Belgii, nowoczesne systemy szkolenia, akademie piłkarskie z prawdziwego zdarzenia, boiska pod balonem, odpowiednia dieta, praca z psychologiem bla, bla, bla, bla, bla… Często słyszymy dyskusje o złotym środku, który ma uzdrowić rodzimy futbol. Piłkarscy eksperci prześcigają się w pomysłach, które powinniśmy zastosować, by poziom naszej ligi wzrósł chociaż odrobinę. Jak śpiewały Elektryczne Gitary: „Wszyscy zgadzają się ze sobą, a będzie nadal tak jak jest”. Chcecie wiedzieć co moim zdaniem, powinno być źródłem silnej piłki na poziomie seniorskim? Dzieciaki grające na podwórku pod blokiem. Profesjonalizacja, każdego aspektu szkolenia młodego piłkarza jest ważna. Żeby wyszkolić dobrego zawodnika potrzebny jest odpowiedni sztab ludzi, którzy znają się na rzeczy. Potrzebne są te wszystkie wizje, uczenie młodego najdrobniejszych elementów jak: dieta, odpowiednie prowadzenie się itp. Moim skromnym zdaniem potrzebne jest jednak coś jeszcze. Silny korzeń, który nie pozwoli, by całe drzewo przewróciło się przy pierwszej lepszej wichurze. Pasja powinna pochodzić z podwórek. Podstawą sukcesu, jest zaszczepienie mody na futbol na ulicach. Młodzi powinni ją kopać dla przyjemności na podwórku, rywalizować w turniejach „dzikich drużyn”. Skoro piłka nożna to wg. wielu osób nasza dyscyplina narodowa, powinniśmy postarać się, by każdy od maleńkiego miał zaszczepiony pierwiastek futbolu. Żeby kształtować piłkarza, powinniśmy najpierw stworzyć odpowiedni narybek, by mieć z czego łowić. Żeby mieć z czego łowić, to powinniśmy promować piłkę tak, by dzieciak zamiast pada i konsoli oraz idiotycznych filmików na YT wybrał boisko. Czym skorupka za młodu nasiąknie…
Dzienniczek Kanoniera (6)
Za nami kolejny tydzień w czasie którego Arsenal rozegrał dwa spotkania. W ostatnich dniach mogliśmy się emocjonować ligowym starciem z Watford i meczem w ramach Carabao Cup z grającym na zapleczu Premier League Brentford. Obydwa mecze zakończyły się zwycięstwami Arsenalu, dzięki czemu przedłużyliśmy passę ligowych zwycięstw do pięciu a licząc pozostałem rozgrywki to była to kolejno szósta i siódma wygrana „Armatek”. Postawa „Kanonierów” cieszy coraz bardziej i mimo wielu niedociągnięć w grze zespołu, mamy podstawy by się cieszyć i być optymistami.
Rozgrywki Carabao Cup kryją pod swoją tajemniczą nazwą nic innego jak stary, poczciwy Puchar Ligi. Jak wiadomo są to rozgrywki, które przez większość czołowych klubów traktowane są po macoszemu i służą bardziej jako poligon doświadczalny dla graczy z drugiego garnituru. Mało która drużyna traktuje te rozgrywki priorytetowo. W czasach terminarza przeładowanego meczami do granic możliwości jest on raczej dokuczliwym obowiązkiem aniżeli szansą na odniesienie sukcesu. Oczywiście trofeum to trofeum i lepiej je mieć w gablocie niż nie mieć ale ewentualny brak triumfu w Carabao Cup nikomu nie spędzi snu z powiek. Większą wagę kluby będą do niego przywiązywać w końcowej fazie – szczególnie te, które już w połowie sezonu zmniejszą swoje szanse na sięgnięcie po jakiś poważniejszy puchar. Nam na pierwszy ogień rzucono wspomniany wyżej Brentford. Popularne „Pszczoły” nieźle radzą sobie na początku sezonu w Championship. W tym momencie zajmują 6 pozycję w ligowej tabeli. W ich składzie ciężko jednak poszukać jakieś bardziej znane nazwisko. Największą gwiazdą jest chyba obrońca Henrik Dalsgaard, który latem razem z reprezetacją Danii walczył na rosyjskim Mundialu. Kibicom „Kanonierów” w oczy mogło się także rzucić nazwisko Yennaris. Posiadający chińskie korzenie 25 latek jest wychowankiem akademii Arsenalu. Nasz zespół reprezentował do 2014 roku ale zaliczył tylko jeden ligowy występ. Szczerze mówiąc doskonale go pamiętam, bo Arsene Wenger postanowił go desygnować do gry w starciu z Manchesterem United. Zmienił wówczas kontuzjowanego Johana Djourou. Przegraliśmy wówczas 2-1 a było to w styczniu 2012 roku. Poza tym wystąpił w kilku meczach FA Cup i Pucharu Ligi. Wróćmy jednak do starcia z Brentford. Wszystko rozpoczęło się zgodnie z planem i już w 5 minucie prowadziliśmy 1-0 za sprawą Danny’ego Welbecka. Pierwsza połowa była strasznie monotonna i nudna. Działo się nie wiele. Gdyby nie wspomniany Welbz to można powiedzieć, że spotkanie mogłoby służyć za doskonały środek nasenny. Danny pod koniec pierwszej połowy podwyższył wynik na 2-0 po dobrej akcji Iwobiego i Monreala. Hiszpan wystawił reprezentantowi Anglii piłkę do pustaka. Wydawało się, że w tym meczu nie wydarzy się już nic ciekawego i Arsenal najmniejszym nakładem sił przebrnie przez trzecią rundę. Znów w bramce nudził sie jak mops Bernd Leno. Ale do czasu. Zawodnicy Brentford uznali chyba w przerwie meczu, że i tak nie mają już nic do stracenia a odważne ataki od początku drugiej połowy mogą zaskoczyć grający na pół gwizdka Arsenal. Bardzo aktywny w szeregach gości był Irlandczyk Alan Judge, który przejawiał największą ochotę do gry. To właśnie on zdobył w 58 minucie gry bramkę kontaktową. Doskonale przymierzył z rzutu wolnego i pokonał Bernda Leno strzałem z około 20 metrów. Nie jestem pewien czy Niemiec nie mógł się ustawić troszeczkę lepiej przy tym uderzeniu. Ale nie zrzucałbym całej winy na jego karb, bo trzeba oddać Judge’owi, że przymierzył doskonale. W szeregach Arsenalu nastąpił pewna konsternacja a „Pszczoły” zwęszyły szansę na ugranie niezłego wyniku na Emirates. Kilka razy kotłowało się pod bramką gospodarzy, chociaż nie można powiedzieć by Brentford stworzyło sobie jakąś stuprocentową okazję. Arsenal za to nie potrafił sklecić żadnej konkretnej akcji. Znów sporo chaosu było w szeregach obronnych „Armatek” ale to już się chyba nie zmieni, póki nie wzmocnimy tej formacji jakimś konkretnym transferem. Chodzi szczególnie o środek. Mustafi i Holding popełniają masę błędów a nasz najlepszy stoper – Sokratis – nabawił się urazu. Strach pomyśleć jeśli … tfu, tfu … kontuzję złapałby jeszcze Niemiec. Kim wówczas załatamy tą dziurę? Magazynierem? Sprzątaczką? Na rynku jest z kartą na ręku Gary Cahill, ale jemu najbliżej do West Bromu. Uważam, że były reprezentant Anglii byłby dobrą opcja tymczasową. Taką na załatanie dziury na terez, do zimy i ewentualne zabezpieczenie się. Brentford na szczęście nie potrafił wykorzystać chaosu panującego w tyłach Arsenalu. Leno miał na pewno więcej pracy niż w spotkaniu z Worskłą i ogólnie „Pszczoły” zaprezentowały się z lepszej strony niż zespół z Ukrainy. A może to „Kanonierzy” zagrali gorzej? Na szczęście w końcówce meczu nerwy ukoił wprowadzony chwilę wcześniej Lacazette, podwyższając na 3:1. Dla mnie jednak najlepiej w naszych szeregach zaprezentował się Welbeck. Welbz prezentuje się na początku sezonu wyśmienicie i stanowi świetną alternatywę dla Lacazette i grającego słabo Auby. Jest takim trochę Danielem Sturridgem z Liverpoolu. Niby dopiero opcja nr. 3 ale potrafiąca wnieść sporo dobrego. Idealny facet na rozbijanie defensyw w LE i Carabao Cup, gdzie warto oszczędzać siły tych najlepszych. Chociaż patrząc na dyspozycję Auby i Welbza to zaczynam się zastanawiać, który z nich to ten lepszy.
Mecz z Watford był pierwszym w tym sezonie, którego nie udało mi się obejrzeć w całości. Pierwszą połowę spędziłem oglądając mecz mojego lokalnego LKS Dąb Barcin w A-klasie. Futbol lokalny zawsze znaczył dla mnie wiele w myśl zasady „Support your local football team”. Lokalny patriotyzm to podstawa :). Zdążyłem na drugą połowę, którą też obejrzałem tylko obszernymi fragmentami bo musiałem skakać po kanałach, gdyż mój ojciec, fanatyk Ekstraklasy musiał wiedzieć co się dzieje w meczu Piasta Gliwice i Górnika Zabrze :). Opieram więc swą wiedzę w dużej mierze na przeczytanych relacjach i obejrzeniu fragmentów w internecie. Nie będę zatem się jakoś szczególnie wymądrzał. Nie chcę być tutaj chamski ale kontuzja Petra Cecha nie do końca mnie martwi. Tzn. nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście każdy uraz „Kanoniera” jest dla mnie zmartwieniem i życzę jak najszybszego dojścia do pełni zdrowia ale nadarza się doskonała okazja by Bernd Leno wykorzystał swoje 5 minut i wskoczył pomiędzy słupki na stałe. Jak wiecie nie jestem wielkim entuzjastą występów Czecha. Był wspaniałym golkiperem, jednym z najlepszych na świecie ale jego 5 minut już chyba minęło. Poza tym jeśli Emery chce nadal opierać swoją grę na wykorzystywaniu bramkarza, który musi dobrze operować w grze nogami, no to sorry ale nie Peter. Dodatkowo Leno został jednym z bohaterów meczu z Watford. Meczu piekielnie ciężkiego, co pokazują nawet statystyki i większa ilość strzałów oddanych przez „Szerszenie”. Zresztą kto widział ten wie. Mogliśmy przerżnąć z kretesem. Szybcy gracze ofensywni Watford z łatwością potrafili się urwać naszym defensorom. Mieliśmy sporo szczęścia, że nie wykorzystali żadnej z okazji, które sobie wypracowali. Szczęścia pod bramką Bena Fostera nie miał też Lacazette. Ta piłkarska fortuna uśmiecha się jednak szeroko do graczy Emery’ego na początku sezonu. Tego co nie wykorzystał Francuz pomógł mu odzyskać Craig Cathcart, który pechowo skierował piłkę do swojej bramki. Chwilę później na 2-0 podwyższył Oezil i było pozamiatane. Arsenal momentami męczy swoją grą. Męczy zarówno siebie jak i oko kibca ale potrafi w ciągu 90 minut zagrać łącznie 5 dobrych minut i wykorzystać je do maksimum. Mamy sporo szczęścia. Słabą obronę, luki w składzie, krótką ławkę. Ale Emery wyciska póki co potencjał „Kanonierów” na 110%. Naprawdę, póki co możemy być mega zadowoleni z wyników.
Na koniec mała prośba do wszystkich tych kibiców, którzy narzekają na brzydką grę i w ogóle są mega nizadowoleni z postawy Arsenalu. Zrozumcie, Emery nie jest cudotwórcą. Nie będziemy Barceloną po dwóch tygodniach (zresztą obecną Barceloną wcale bym nie chciał być). Potrzeba czasu by to wszystko się zazębiło a jak narazie osiągamy super wyniki w porównaniu do naszego potencjału i stylu gry. Przegraliśmy tylko z City, które znów zamiata ligę i pechowo na Stamford a Chelsea pod wodzą Sarriego też gra świetnie. Zastanówcie się nad tym i dajcie czas oraz wsparcie zespołowi. Wszystko będzie dobrze. Cierpliwości 🙂
Dzienniczek Kanoniera (5)
W ubiegłym tygodniu mieliśmy okazję obejrzeć dwa mecze naszego ukochanego Arsenalu. W czwartkowy wieczór „Kanonierzy” zainaugurowali rozgrywki Ligi Europy a wczoraj rozegrali mecz w ramach 6 kolejki Premier League. Obydwa te spotkania rozegrano na Emirates Stadium, obydwa okazały się zwycięskie. Dzięki temu seria zwycięstw Arsenalu wzrosła do pięciu. Taka postawa podopiecznych Emery’ego cieszy ale do stanów euforycznych jeszcze nam trochę brakuje. W grze „Armatek” można zobaczyć wiele dobrego ale momentami ich postawa na boisku powoduje zgrzytanie zębami. Ale po kolei…
Liga Europy nazywana jest pucharem pocieszenia. Wiele klubów, szczególnie tych z bogatszych lig, traktuje ją po macoszemu. Wielu piłkarzy neguje jej wartość. Cóż, grają w niej zespoły, które okazały się zbyt słabe na występy w Lidze Mistrzów. Te, które nia dały rady zmieścić się w czołówce najlepszych europejskich lig i wielu „kopciuszków” z peryferii europejskiej piłki. Szkoda, że w drugiej lidze Starego Kontynentu brakuje choćby jednego miejsca dla drużyny z Polski. No ale ja nie o tym. Dla zespołu takiego jak Arsenal występy w fazie grupowej Ligi Europy to takie troszeczkę zło konieczne. Rywale niezbyt medialni, którzy nie przyciągną na stadion zbyt wielu fanów, czego dowód mieliśmy w czwartkowy wieczór. Co za tym idzie zyski z dnia meczowego niewielkie. Poziom sportowy tych drużyn też nie może nam zagwarantować dobrego widowiska. Plusem jest to, że mamy rozgrywki w których mogą się zapezentować piłkarze drugiego garnituru. Tak też było w spotkaniu z Worskłą Połtawa. Na boisku mogliśmy ujrzeć choćby Mohameda Elneny czy Roba Holdinga, którzy nie mieli jeszcze okazji pokazać nam się w lidze. Mnie osobiście najbardziej interesował występ Bernda Leno, który w końcu dostał szansę debiutu w bramce. Sam mecz? Tak jak mówiłem – na trybunach Emirates duża ilość pustych krzesełek. Początek meczu niemrawy. Oczywiście piłka znajdowała się głównie w posiadaniu Arsenalu ale nie wiele z tego wynikało. „Kanonierzy” starali się zawiązywać jakieś składne akcje ale często brakowało jakości, ciężko im było złapać odpowiedni rytm. Na szczęście umiejętności rywala nie pozwalały im na skuteczne kontrowanie naszego zespołu. Wszak Worskła to na chwilę obecną dopiero 5 zespół ligi ukraińskiej, która po zawirowaniach wojennych u naszych wschodnich sąsiadów mocno straciła na jakości. Ciężko nam było sobie wyobrazić by przyjezdni potrafili nawiązać równorzędną walkę z „Armatkami”. Tak też było ale zanim Arsenal wrzucił odpowiedni bieg i zaczął cieszyć nasze oko widowiskową grą mieliśmy jakieś 30 minut piłkarskiego paszkwila. Zasieki obronne rywala zostały przełamane w 32 minucie. Arsenal wyprowadził wzorową kontrę. Piłkę w naszym polu karnym odzyskał Michitarjan, szybkim podaniem uruchomił Iwobiego, ten zauważył na drugim skrzydle niepilnowanego Aubameyanga a Gabończyk na wślizgu posłał piłkę obok bezradnego Bogdana Shusta. Cała ta akcja – palce lizać. Szczególnie spodobała mi się trzeźwa postawa Miki, który rozpoczął całą tą akcję. Momentalnie wykorzystał błąd Ukraińca i z własnego pola karnego, dobrym podaniem uruchomił na skrzydle Iwobiego, który zaabsorbował uwagę defensorów rywala. Pozostawiony samopas Auba dopełnił formalności. Ciężko powiedzieć czy stracona bramka zadziałała tak demobilizująco na graczy Worskły czy otwarcie wyniku napędziło Arsenal ale od tego momentu przez większą część spotkania był to teatr jednego aktora. Aktora w postaci dziesięciu graczy „Kanonierów”. Leno nie liczę bo on wynudził się jak mops. Przed przerwą mieliśmy jeszcze słupek Auby i kąśliwy strzał Torreiry z wolnego. A propos Urugwajczyka to muszę zaznaczyć, że jego nieustępliwość i poświęcenie w grze powoduje, że powoli staję się jego wielkim fanem.
Mamy swojego N’golo Kante :). Uwielbiam Cię mały skubańcu. Początek drugiej połowy to dalszy trening strzelecki Arsenalu. Bramka Welbecka po wrzutce Miki, bramka Auby z dystansu po uprzednim wkręceniu w ziemię obrońcy. Wszystko to przeplatane licznymi sytuacjami, które nie zostały wykorzystane. Absolutna dominacja. Dzieła zniszczenia dopełnił Oezil i gdy zastanawialiśmy się ile jeszcze goli zdobędą „Kanonierzy” stała się rzecz, której nikt z nas się nie spodziewał. Worskła zdobyła dwie bramki. Najpierw w polu karnym fatalnie dał się ograć Lichtsteiner i Chesnakov nie dał szans Leno a w ostatniej akcji meczu Sharpar uderzył ze skraju pola karnego i Niemiec wyciągał piłkę z siatki po raz drugi. Dwa kompletnie niepotrzebne gole, które zamazują obraz widowiska. 4-0 byłoby bardziej adekwatne do tego co miało miejsce na murawie. Worskła długimi fragmentami nie istniała. Te dwie bramki to efekt dwóch jedynych akcji, które udało im się stworzyć. Brawa za skuteczność, brawa za walkę. Szkoda Leno, którego nie można winić za utratę tych goli a który nie miał innych okazji by udowodnić swoją przydatność. Nie ma jednak co narzekać. Są trzy punkty, był dobry trening strzelecki. Zrobiliśmy swoje. A czy mecz skończył się 4-0 czy 4-2? Myślę, że nie ma to aż takiego znaczenia. Tak właśnie powinny wyglądać czwartki z LE. Robimy swoje bawiąc się przy tym na murawie, bez utraty zbędnych sił. Myślę, że nawet Sporting nie będzie w stanie nam zagrozić. Może urwie nam punkty u siebie ale też nie stawiałbym na to wielkich pieniędzy.
Oglądając pierwszą połowę wczorajszego starcia z Evertonem miałem wrażenie, że przeżywam deja vu sprzed tygodnia. No, może nie do końca. Bo Newcastle nie stwarzało większego zagrożenia a The Toffees mieli konkretne okazje. Już w jednej z pierwszych akcji meczu mógł nas pogrążyć Calvert-Lewin. Na szczęście Cech popisał się swoim doświadczeniem i skutecznie wyczekał rywala. Rzadko chwalę naszego golkipera ale wczoraj zaliczył chyba swój najlepszy mecz w sezonie. Może nie miał jakichś mega trudnych sytuacji do wybronienia ale był bardzo pewny w swoich interwencjach no i jednak kilkukrotnie rywale sprawdzili jego czujność. Wybronił sam na sam z Walcottem, rzut wolny Digne i strzały Richarlisona. Szczególnie Brazylijczyk stanowił spore zagrożenie i kilkukrotnie urywał się obrońcom. Facetowi wystarczy zostawić troche wolnego miejsca a napędzi się na tyle, że na kilku metrach potrafi odstawić cię na spory dystans. Przekonał się o tym chociażby Bellerin. Generalnie jest to już kolejny mecz Arsenalu w którym zaczynamy strasznie niemrawo i pozwalamy na samym początku przejmować inicjatywę rywalowi. Trochę tak jakbyśmy wychodzili na murawę po krótkiej drzemce i nie do końca się jeszcze obudzili. Dopiero w przerwie walimy w szatni podwójne espresso. I to jest też pewna prawidłowość. Drugie połowy są zawsze w naszym wykonaniu lepsze od pierwszych. Nie sądze by był to celowy zabieg Emery’ego i byśmy mieli… nie wiem… uśpić rywala? To byłoby raczej ryzykowne. W końcu pojawi się ktoś, kto w tych pierwszych minutach usadzi nas na tyłkach. Tak jak zrobiła to Chelsea na Stamford. Mecz z Evertonem rozstrzygnęliśmy w 3 minuty. Najpierw genialny strzał Lacazette, który huknął mimo asysty obrońcy i piłka odbiła się od wewnętrznej części słupka by wpaść do siatki. Pickford bez szans. Chwilę później trójkowa akcja Oezil-Ramsey-Aubameyang. DNA Arsenalu, świetne rozegranie, Auba umieszcza piłkę po raz drugi w siatce i wszystko byłoby pięknie … gdyby nie to, że Gabończyk był na jakimś półmetrowym spalonym i sędzia boczny miał obowiązek to zauważyć. Nie mam pojęcia jak można było uznać tą bramkę. Co kolejkę angielscy sędziowie robią jakieś jaja. VAR jest potrzebny tej lidze jak tlen. Na chwilę obecną poziom sędziowania to siódmy sort kubańskich pomarańczy. Tym, że boczny nie podniósł chorągiewki zaskoczony był chyba nawet Oezil, który początkowo nawet nie cieszył się z bramki tylko z niedowierzaniem spojrzał na gościa biegającego na lini. Cóż, niezdarność arbitrów jest tragedią jednych a szczęściem drugich. Tym razem piłkarscy bogowie byli po naszej stronie. Utrata drugiej bramki kompletnie podcięła skrzydła Evertonowi. Nasi rywale nie przejawiali już większej ochoty do gry i chyba nie za bardzo wierzyli w końcowy sukces, przez co na spokojnie mogliśmy kontrolować mecz do końca. Kolejna wygrana, kolejne trzy punkty w dorobku. Jesteśmy na szóstej pozycji w tabeli tuż za plecami Spurs. Za tydzień kolejne domowe spotkanie. Tym razem naszym przeciwnikiem będzie rewelacja początku sezonu – Watford. „Szerszenie” troszeczke spuściły z tonu w porównaniu z tym co prezentowali w pierwszych kolejkach. My nabieramy rozpędu. Cel jest prosty. Musimy dopisać kolejne trzy punkty. Ciekaw tylko jestem co ze zdrowiem Sokratisa, który wczoraj przedwcześnie opuścił Emirates. Jak dotąd to był nasz najlepszy defensor i jego strata byłaby zapewne mocno odczuwalna chociaż Holding zagrał w ubiegłym tygodniu dwa razy poprawne zawody. Cóż, czekamy na kolejny weekend i kolejne emocje. COYG.
Biblioteczka Futbolowej Rebelii: A. Onyszko, I. Koprowiak: „Fucking Polak. Nowe życie.”
Napiszę to po raz kolejny. Lubię książki o piłkarskich wykolejeńcach ! Lubię książki o futbolowych utracjuszach ! Lubię poczytać o boiskowych bad boyach ! Co ciekawego mogłoby być w lekturze autobiografii Cristiano Ronaldo, Leo Messiego i Roberta Lewandowskiego? Przepisy na bezglutenowe sałatki? Opowieść o tym jak chodzą spać o 22? Zostawanie po treningu na dodatkowych ćwiczeniach by być jeszcze lepszym? Nuda! Brutalna prawda jest taka, że najlepiej czyta się lektury o postaciach, które utopiły swoje kariery w wódzie, zamiast treningów wybierały wyrywanie kolejnych panienek w ekskluzywnym klubie i nie gryzły się w język przy wywiadach.
Dzienniczek Kanoniera (4)
5 kolejek Premier League za nami. Po dwóch porażkach Arsenal – mam nadzieję – wskoczył w końcu na właściwe tory i zaliczył trzecie zwycięstwo z rzędu w tym drugie na wyjeździe. W przeciągu dwóch tygodni ekipa Emery’ego wygrała więcej ligowych wyjazdów niż przez resztę roku kalendarzowego. Ale żeby nie było tak różowo, to powiedzmy sobie szczerze – pierwsza połowa spotkania z Newcastle była drogą przez mękę.
Mecz z drużyną Rafy Beniteza miał dwie odsłony. „Kanonierzy” przypominali w tym meczu Dr. Jekylla i Mr. Hyde’a. Pierwsza połowa była tym, do czego już w wielu spotkaniach ligowych przyzwyczaiły nas „Armatki”. Męczeniem buły, brakiem wizji gry, brakiem polotu i finezji. Nasi piłkarze kompletnie nie mieli pomysłu jak zagrozić dobrze zorganizowanemu przeciwnikowi. Newcastle przejawiało o wiele większą chęć do gry. Nie starczało im jednak umiejętności by poważniej zagrozić Petrowi Cechowi. Cechowi, który po raz kolejny popełniał błędy, gdy był zmuszony grać nogami. Nasz bramkarz momentami sam stanowi dla siebie największe zagrożenie. Zauważyli to już nawet kibice naszych rywali. Na St. James Park, każdy moment, gdy Czech miał piłkę przy nodze po podaniu od kolegi kończył się żywiołową reakcją publiki, która chciała zdeprymować golkipera. Na szczęście jak do tej pory opatrzność czuwa nad Petrem i suma summarum, żaden z jego „baboli” nie miał większych konsekwencji.
Właściwie o pierwszej połowie możemy jedynie powiedzieć, że się odbyła. Realizatorom, którzy musieli utworzyć skrót z tego wydarzenia można tylko współczuć. Znalezienie fragmetów, które zaciekawiłyby widza musiało być nie lada wyzwaniem.
Nie wierzę w to, że Unai Emery zafundował swoim graczon „suszarę” w przerwie meczu. Jakoś nie pasuje mi to do tego menadżer. Fakt jest jednak taki, że gra Arsenalu w drugiej połowie kompletnie się zmieniła. Być może padło w szatni legendarne „kilka męskich słów” a być może źle oceniam Hiszpana i ten odbył ze swoimi piłkarzami pogadankę a’la Alex Ferguson? Ciężko powiedzieć. Dodam tylko tyle, że druga odsłona meczu z Newcastle to było to, co chciałbym oglądać w wykonaniu „Kanonierów” zawsze. Może nie były to jakieś wielkie, techniczne fajerwerki. Nie była to brazyliana, futbol totalny czy tiki-taka. Była to rozsądna gra i pełna kontrola nad słabszym przeciwnikiem. Tak powinien wyglądać każdy mecz „Kanonierów” w meczach z drużynami z dolnych rejonów tabeli.
Wystarczyły niespełna cztery minuty i Granit Xhaka pokazał to, za co fani Arsenalu kochają go najbardziej. Atomowe uderzenie z rzutu wolnego. Dubravka kompletnie bez szans. Z pewnością szybko zdobyty gol pozwolił na spokojniejszą grę. No ale chyba tego powinniśmy oczekiwać w takich meczach? Dążenia do jak najszybszego objęcia prowadzenia a potem już staramy się kontrolować przebieg gry. Zdaję sobie sprawę, że łatwo się mówi ale na St. James Park wyszło to znakomicie w drugiej połowie. Newcastle musiało się odkryć i po kilku minutach otrzymało kolejnego „sztycha”. Rozochocony Xhaka wjechał w boczny sektor rywala, posłał mocną, płaską piłkę w pole karne, Lacazette został zblokowany ale piłka wpadła pod nogi Oezila. Niemiec niczy John Higgins lub Ronnie O’Sulivan, spokojnie uderzył piłkę, która wyminęła obronę gospodarzy, meandrując niczym snookerowa bila przed wpadnięciem do łuzy. Strzał nie był silny ale diabelnie precyzyjny choć nie wiem czy Martin Dubravka nie mógł zrobić więcej przy tym strzale. Słowak był jednak zasłonięty przez własnych obrońców, którzy prawdopodobnie ograniczali mu widoczność. Od początku drugiej połowy mogliśmy też oglądać na boisku Lucasa Torreirę, który po raz kolejny zmienił Matteo Guendouziego. Czy cierpliwość Emery’ego do młodego Francuza w końcu się skończyła? Czy w następnej kolejce od początku meczu ujrzymy właśnie reprezentanta Urugwaju? Osobiście bardzo bym sobie tego życzył. Arsenal grał spokojnie. Od czasu do czasu tworzył sobie dobre okazje jak ta gdy Aubameyang strzelił obok słupka. Gabończyk znowu nie zachwycił, za to po raz kolejny o wiele większą chęć do gry przejawiał Lacazette. To on wymanewrował obrońców i wyłożył Aubie piłkę. Tamta akcja powinna zakończyć się golem. Czy możliwe jest odwrócenie scenariusza z pierwszych kolejek? Auba powędruje na ławkę a Laca pozostanie w podstawie? Wątpliwa sprawa. Ten duet potrafi dać coś ekstra od siebie i trzymanie ich na boisku powinno często owocować stwarzaniem sobie dogodnych sytuacji. Szczególnie, że coraz częście zdarzają się fragmenty, gdy widać pomiędzy nimi ewidentną chemię. Żeby nie było tak różowo to w doliczonym czasie gry straciliśmy gola na 1-2. Ciaran Clark wykorzystał dobrą centrę Federico Fernandeza i głową skierował futbolówkę do bramki. Znów wiele możemy zarzucić naszym obrońcom. Nacho nie zablokował centry, Mustafi był zbyt daleko od Clarka i źle obliczył tor lotu piłki a Bellerin dopiero wracał za akcją. Nie winił bym jedynie Sokratisa, który zresztą był chyba naszym najsolidniejszym defensorem w tym meczu. A na pewno solidniejszym z duetu stoperów. Shkodran już w pierwszej połowie zaliczył „obcinki”, które na nasze szczęście nie zostały wykorzystane przez rywala. Z silniejszymi zespołami takie błędy nie przejdą.
Cieszy wygrana. Cieszy solidna druga połowa. Oby był to zalążek początku dobrej gry i ta druga część meczu wyznaczała trend za którym podąży nasz zespół. Cieszą trzy wygrane z rzędu ale nie możemy zapominać, że te zwycięstwa to wiktorie nad 16., 17. i 19. zespołem w tabeli Premier League. Wiadomo, stare porzekadło mówi, że: „Mistrzostwo zapewnia się zwycięstwami w meczach z dołem tabeli a nie z top six.” W naszym wypadku o mistrzostwie nie ma mowy ale żeby zająć satysfakcjonujące nas miejsce, to takie zwycięstwa też trzeba zaliczać. Czas na domowy mecz z Evertonem. „The Toffees” niezbyt udanie zaczęli kampanię ligową. Zaledwie jedna wygrana, trzy remisy a wczoraj porażka z West Hamem u siebie. Cel może być tylko jeden. Zwycięstwo w niedzielę.
Zapraszam na moje Social Media: