Jakub Moder. Niech przygoda się zacznie!


Eksport naszych młodych piłkarzy do lig zagranicznych to zjawisko nagminne. Niegdyś wyjeżdżali najlepsi, dziś złośliwi mogą twierdzić, że wystarczy kopnąć kilka razy piłkę na boiskach naszej Ekstraklasy, by zapracować na zagraniczny transfer. Patrząc na masowość przeprowadzek trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Na polskim podwórku nikogo już nie dziwią zagraniczne transakcje opiewające na kwoty 2 czy 3 mln euro. Zwykła codzienność.

Kilka miesięcy temu doszło jednak do dużego wydarzenia. Lech wygrał korespondencyjny pojedynkę z Legią i sprzedał swojego piłkarza za kwotę wyższą niż 10 mln euro (dokładnie 11). Bohater transferu, Jakub Moder, za chwilę zacznie przygodę w angielskiej Premier League. Chłopak już jakiś czas temu dołączył do nowych kolegów z Brighton, a jego debiut zdaje się być na wyciągnięcie ręki. I wiecie co? To będzie piękna kariera. Jestem o tym niemal przekonany.

Oczywiście, sceptycyzm w tym wypadku zdaje się bardziej uzasadniony niż moje optymistyczne stwierdzenie. Anglię miał już przecież podbić Kapustka, we Włoszech liczyliśmy na dobre występy Żurkowskiego, a Pawłowski miał robić furorę w Hiszpanii. Przypadki można mnożyć. Mimo wszystko mam nieodparte wrażenie, że żaden z powyższych – ani też pozostałych przykładów – nie do końca można zestawić z obecną sytuacją Modera. Tutaj wszystko wydaje się mieć ręce i nogi.

PO PIERWSZE: KONKURENCJA W ZESPOLE

Pod tym względem były zawodnik Lecha nie rzucił się na głęboką wodę. Oczywiście, trafił do prawdopodobnie najsilniejszej ligi na świecie, ale jeśli chodzi o klub, to jest to raczej średniak. I to z problemami. Jeśli spojrzymy na środek pola Brighton to mamy tu takich piłkarzy jak: Bissouma, Propper, Gross, Alzate, Mac Alisster, Tau i Lallana.

Nazwiska nie powalają, prawda? Jedynym piłkarzem z tego grona, któremu już teraz wróżę dużą karierę, jest pierwszy z nich, ostatni brzmi fajnie, ale najlepsze lata ma za sobą. A reszta? Co najwyżej solidni ligowcy. Dodatkowym plusem jest fakt, że zespół Grahama Pottera preferuje system 3-5-2, co tworzy trzy miejsca dla nominalnych środkowych pomocników o rozmaitej specyfice. Ten aspekt połączony ze wspomnianą wcześniej niezbyt wymagającą konkurencją daje Polakowi olbrzymie szanse na regularną grę. A przecież od tego właśnie trzeba zacząć.

PO DRUGIE: KWOTA TRANSFERU

11 mln euro to w dzisiejszym futbolu żadna fortuna. Ale trochę wacików za to by było. Umówmy się, Brighton to nie jest klub, który szasta pieniędzmi. Największy transfer w ich dziejach opiewa na kwotę 22 mln euro, a Moder ze „swoją” przeszło dyszką to numer 9 w jego historii. Takiego piłkarza kupuje się po to, by grał i nie robi się tego bez odpowiedniego researchu (no, chyba że pracujesz na Camp Nou). Można spokojnie założyć, że zanim Polak trafił na AMEX, to skauci tego klubu dowiedzieli się o nim absolutnie wszystkiego. Biorąc pod uwagę to całe rozpoznanie i sumę, jaką musiały wyłożyć „Mewy”, to Moder może liczyć na konsekwentne stawianie na jego osobę. Nikt nie skreśli go za jedno czy drugie niepowodzenie. On ma być przyszłością klubu.

PO TRZECIE: MENTALNOŚĆ

Ale w zasadzie czemu w ogóle mielibyśmy zakładać jakieś problemy? Bo nie udźwignie presji? Wojtek Szczęsny w jednym z ostatnich odcinkach Foot Trucka mówi o Moderze:


„To top! Mam o nim lepszą opinię niż ktokolwiek inny w polskiej piłce (…) Ma przede wszystkim jaja. Jest oczywiście bardzo dobrze wyszkolony technicznie i bardzo dobry fizycznie, ale ma też niesamowity charakter. (…) Pierwszy moment, w którym go zauważyłem – bo nie ukrywam, że wcześniej nie wiedziałem kto to w ogóle jest – był podczas gierki na treningu Reprezentacji. Mam piłkę przy nodze, szukam gry i nagle słyszę >>Wojtek!!!<<, pomyślałem sobie >>Kim jest ten młody? ?<< Ale spodobało mi się to. Podałem mu piłkę, a on sobie jeszcze oczywiście z nią poradził”.

I o to właśnie chodzi! Zresztą, czytając i oglądając wywiady z byłym piłkarzem Lecha, maluje nam się obraz pewnego siebie, ale twardo stąpającego po ziemi chłopaka. Poza tym udane występy Polaka w spotkaniach może nie najwyższego, ale sporego ciężaru pokazały, że Moder nie pęka na robocie. W reprezentacyjnym meczu z Włochami był jednym z najlepszych na boisku, grał swoje w spotkaniach eliminacyjnych do Ligi Europy, a i pierwszy, najbardziej prestiżowy mecz z Benficą – już w samych rozgrywkach – może zapisać sobie na plus. Nikt przecież nie mówi, że musi on od razu ciągnąć swój nowy zespół w meczach z Liverpoolem czy City. Ale dlaczego miałby nie domagać się piłki w starciach z Newcastle czy Crystal Palace?

PO CZWARTE: STYL GRY

A grając w Brighton, możesz mieć pewność, że będziesz miał ją przy nodze częściej niż w wypadku gry w WBA czy Burnley. Mało tego! Ponad połowa ligi ma niższy procent posiadania futbolówki niż Brighton. I świetnie. Lechowi jako klubowi można sporo zarzucić, ale należy też przyznać, że zespół z Poznania to taki, który lubi „grać piłką”. Młodzi chłopcy wywodzący się z akademii Kolejorza to zawodnicy, którzy swobodnie nią operują, a zamiast patrzeć pod nogi, umiejętnie skanują przestrzeń w poszukiwaniu partnerów. Graham Potter lubi takich piłkarzy. Zresztą, szkoleniowiec ten trafił do Brighton właśnie po to, by poprawić styl zespołu, gdyż właściciel klubu stawia na efektowny futbol i jest on dla niego ważny niemal tam samo jak wyniki. To naturalne środowiska dla Modera…

ŻRÓDŁO: WHOSCORED.COM

PO PIĄTE: UMIEJĘTNOŚCI

…który ma to wszystko, o czym pisałem powyżej. Luz w prowadzeniu piłki, świetny przegląd pola, doskonały cross, a także stałe fragmenty gry. Polak ma jeszcze coś i jest to cecha unikatowa. Strzał z dystansu, zarówno lewą, jak i prawą nogą. Czasem są to uderzenia techniczne, innym razem bomby rozrywające siatkę. Repertuar jest naprawdę szeroki. Oprócz walorów ofensywnych pomocnik dokłada do tego również grę w defensywie. To wszystko sprawia, że nie powinniśmy obawiać się, że Moder będzie odstawał piłkarsko. Taktycznie też na pewno nie, bo jednak akademia Lecha to stempel pewnej jakości.

ALE…

Bo przecież bez wątpliwości się nie obędzie.
Czy to na pewno dobry wybór? Brighton jest obecnie na dopiero 16 miejscu w tabeli Premier League, a od grupy spadkowej dzieli ich zaledwie kilka punktów. A przecież wolelibyśmy, by Moder do Championship nie spadał. Tu byłbym jednak spokojny. Jeśli spojrzeć na takie statystyki jak posiadanie piłki, wykreowane sytuacje, czy strzały na bramkę, to „Mewy” w każdym z tych parametrów znajdują się mniej więcej w środku stawki. Fani Łony być może powiedzą, że „to nic nie znaczy, to o niczym nie świadczy”, ale ja mam przekonanie, że posiadanie stylu i określona jakość obroni się w dłuższej perspektywie. W Anglii jest co najmniej kilka zespołów słabszych niż Brighton.

Czy końcówka roku w wykonaniu Modera, nie powinna nas nie zaniepokoić? Oczywiście, w ostatnich miesiącach zawodnik Lecha był cieniem tego, który zachwycał nas w okresie, o którym wspominam wcześniej. Weźmy jednak pod uwagę fakt, że mówimy tu o 19-letnim chłopaku, który w krótkim czasie zaliczył przeskok z rezerw Lecha do jego pierwszego składu, zadebiutował w Reprezentacji Polski, zagrał z Benficą czy Rangersami, a także podpisał kontrakt z klubem topowej ligi świata. Sporo jak na nastolatka, który jeszcze nie dawno łapał szlify w pierwszoligowej Odrze Opole. Jeśli do tego dodamy nieprzyzwoicie dużą liczbę minut, jakie rozegrał Moder w sezonie 20/21 (dokładnie 2303 minuty), to mamy obraz chłopaka wyeksploatowanego do granic możliwości. Jeśli chodzi o polskich piłkarzy z pola, którzy grali od niego częściej, to są to tylko Kędziora, Jóźwiak, Puchacz, Helik i Rybus. I zanim zjawi się ktoś, kto stwierdzi „ale jak to, przecież on idzie do ligi gdzie gra się najwięcej i najciężej” to uspokajam, że takie postawienie sprawy to czysty populizm. Żaden piłkarz Brighton nie nastukał w kampanii 20/21 tyle minut co Moder. Najbardziej zapracowanym zawodnikiem „Mew” jest na ten moment Webster, który ma na liczniku zaledwie 1740 minut. Tak więc różnica jest spora.

Podsumowując, Moder ma wszystko by pokazać się z dobrej strony w Premier League, a argumenty przeciw temu wydają mi się mniej solidne, niż te popierające tę tezę. Oczywiście, piłka nożna to sport nieprzewidywalny. Nigdy nie możemy mieć 100% przekonania, że dane założenie jest trafne. Mimo wszystko Polak daje spore nadzieje na to, że na naszym podwórku pojawił się kolejny nasz rodak, który pokaże światu, że w Polsce też potrafią grać w piłkę. Trzymamy kciuki!

MICHAŁ BAKANOWICZ

Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem

Gdy w 1973 roku Henry Kissinger otrzymywał wraz z Wietnamczykiem Lê Đức Thọ pokojową Nagrodę Nobla, wzbudziło to nie lada kontrowersje. Dwóch członków komitetu przyznającego to wyróżnienie, zrezygnowało z dalszego zasiadania w tym elitarnym gremium. Kissingera ciężko było uznawać za człowieka kryształowo czystego, gołąbka pokoju niosącego światu powszechny dobrostan. Przez lwią część opinii publicznej był uważany raczej za anioła śmierci lub co najmniej jego asystenta. Obwiniano go, chociażby o udział w obaleniu demokratycznego rządu Salvadora Allende w konsekwencji czego w Chile zaczął rządzić Augusto Pinochet. Poza brudną polityczną grą Kissinger miał jeszcze jedną pasję. Od najmłodszych lat był fanem piłki nożnej. Prześledźmy sobie powiązania Amerykanina z naszym ukochanym sportem.

Czytaj dalej „Lekcja Historii #5: Henry’ego Kissingera związki z futbolem”

Ostatni bastion Rzymu – historia Lorenzo Pellegriniego

Derby della Capitale. Historia ponad 150 pojedynków napisana piórem Francesco Tottiego, Dino Da Costy, ale również Luisa Alberto, Ciro Immobile, czy Edina Džeko. Mecz owiany specyficzną aurą, którego atmosfery nie zepsuł nawet brak kibiców na trybunach. W zeszłotygodniowym starciu również nie zabrakło emocji, choć spotkanie to było bardzo jednostronne. Co, jeżeli jednak powiem, że walkę o Rzym stoczył w piątkowy wieczór tylko jeden Rzymianin?

„Muzyka jest najważniejszą rzeczą w moim życiu, więc pisząc ten utwór, musiałem jej oddać należyty szacunek. Kiedy Juve poprosiło mnie, żebym napisał nowy hymn klubu, pomyślałem, że to żart i nie ukrywam, że na początku czułem się zakłopotany. Tworzyłem go kilka miesięcy. Nie chciałem robić tej piosenki z marszu. Nie mogłem przecież nikogo zawieść”.

Od 2005 roku utwór „Juve, storia di un grande amore” jest oficjalnym hymnem Juventusu. Od tego czasu śpiewany jest przed każdym domowym meczem Starej Damy. Jego autorem jest Paolo Belli – piosenkarz, prezenter telewizyjny, a przede wszystkim wielki fan Bianconerich. Nie trudno się domyślić, że to do niego należy przytoczony cytat. 16 lat temu dostał on za zadanie skomponowanie hymnu Juve zupełnie od zera. Nie było to standardowe rozwiązanie, zazwyczaj hymnami drużyn piłkarskich zostają przecież piosenki powstałe dużo wcześniej. Dedykowany utwór osiągnął jednak wielki sukces. Być może dlatego, że płynie z niego proste przesłanie – kocham swój klub nad życie. Pod tą frazą dzisiejszy bohater podpisałby sę obiema rękami, choć jego serce już dawno pomalowano na żółto i czerwono, a nie na biało i czarno ja w przypadku Belliego. Poznajcie historię Lorenzo Pellegriniego.

„Doskonale pamiętam moment, kiedy dotarł do domu list, w którym napisano, że przyjęto mnie do akademii Romy. Przez dwa lub trzy dni nie robiłem nic, tylko patrzyłem na kopertę i nie mogłem w to uwierzyć. To było spełnienie moich marzeń.”

DZIECKO WIECZNEGO MIASTA


Lorenzo Pellegrini urodził się 19 czerwca 1996 roku, rzecz jasna w Rzymie. Patrząc na jego zdjęcia z młodości, można stwierdzić, że na świat przyszedł z charakterystyczną, ciemną grzywką, z piłką pod pachą i koszulką Romy. Każdą z tych rzeczy odziedziczył po ojcu – Toni o Pellegrinim, który co prawda nigdy nie przebił się do świata wielkie piłki, ale odnalazł swoje miejsce w niższych, półprofesjonalnych ligach. Nie tylko zaraził on potomka miłością do Calcio, ale pielęgnował ją mimo licznych przeciwności losu. Świadoma rodzina to podstawa. Fundament, na którym od najmłodszych lat można budować swoją własną, niepowtarzalną historię. To nie przypadek, że Leo Messi każdą ze swoich bramek dedykuje babci, która zaprowadziła niesfornego chłopca na pierwszy trening do jednej ze szkółek w Rosario. Mentalność Pellegriniego jest podobna, każdy kolejny występ dedykuje bowiem swojej rodzinie. Doskonale wie, że wychodząc na boisko w koszulce Romy, nie może nikogo zawieść. Dokładnie tak jak Belli, podczas tworzenia hymnu Juve.

Tak więc to ojciec zapoczątkował w małym, bystrym chłopcu pasję do sportu. W wieku pięciu lat zabrał go na pierwszy mecz Romy, został jego pierwszym trenerem i kupował mu… masę saszetek z naklejkami Panini, w których mały piłkarz szukał tylko jednej, z podobizną swojego Idola – Francesco Tottiego. Jego najważniejszą decyzją było jednak zejście na dalszy plan w odpowiednim momencie kariery chłopca. Wiedział, że podczas zabaw przed domem nie stanowi dla syna żadnej rywalizacji. Kilkunastoletni chłopiec przewyższał go umiejętnościami, bezczelnie kiwając i ćwicząc na nim wymyślne zwody. Wkrótce ten sam chłopiec wylądował w klubie swoich marzeń, a na twarzy Tonino Pellegriniego pojawił się wyrazisty uśmiech. Udało się – pomyślał, ocierając łzę subtelnie płynącą po policzku.

WRÓCIĆ SILNIEJSZYM


Lorenzo zawsze był niezwykle przebojowym nastolatkiem. Najwyższy ze wszystkich kolegów, wiecznie uśmiechnięty, zawsze najlepszy na boisku. Gdy na jego twarzy pojawiał się smutek, wszyscy wokoło wiedzieli, że dzieje się coś złego. Być może taka niepozorna reakcja otoczenia uratowała jego karierę.
Ośrodek treningowy AS Romy. Grupa juniorów wykonuje stały zestaw ćwiczeń. Po chwili trenerzy zauważają jednak, że od grupy znacząco odstaje jeden z zawodników. Co więcej, był to ten, którego cenili najbardziej – namaszczony przez samego Francesco Tottiego Lorenzo Pellegrini. Już na pierwszy rzut oka było widać, że coś jest nie tak. Chłopak od jakiegoś czasu miewał problemy z wydolnością, ale tym razem dosłownie słaniał się na nogach. To nie był normalny widok.
Młodemu zawodnikowi natychmiast przeprowadzono zestaw badań. Godziny spędzone w poczekalni szpitala dłużyły się jak nigdy wcześniej. W końcu nadszedł wyrok – arytmia. Jedno z powikłań po przebytej wcześniej Mononukleozie. Wkrótce okazało się jednak, że to, co miało pokrzyżować jego marzenia o wielkiej piłce, jedynie je spotęgowało. Chłopiec natychmias postanowił, że wróci na boisko tak szybko, jak to tylko możliwe. Postanowienia dotrzymał. Po kilku miesiącach wrócił do gry w Primaverze, a nawet zadebiutował w pierwszym zespole. Najważniejsze jednak, że po przebytej chorobie nie zostało ani śladu.

KATHARSIS NA MAPEI STADIUM


W ostatnich latach Sassuolo służy za prawdziwą trampolinę do poważnego futbolu. Od sezonu 2015/16 klub ten sprzedał aż 11 zawodników za ponad 10 milionów euro. Matteo Politano, Stefano Sensi, Merih Demiral, Francesco Acerbi. To tylko kilka przykładów piłkarzy wypromowanych przez Neroverdich. Od kilku dobrych lat Sassuolo puka także do drzwi z pozłacanym napisem „Europejskie puchary”. Raz zostały one dla nich otwarte. Było to w sezonie 16/17, kiedy trzon zespołu tworzyli piłkarze tacy jak wspomniany Acerbi, wierny klubowi Domenico Berardi, czy… właśnie Lorenzo Pellegrini. 30 minut spotkania w debiucie z Ceseną nie przekonało trenera Rudiego Garcii do jego osoby. Aby dalej się rozwijać, musiał więc zmienić otoczenie. Wybrał Sassuolo. Już po kilku miesiącach wiedział, że nie mógł trafić lepiej. W barwach Neroverdich rozegrał dwa udane sezony. W czarno-zielonej koszulce rozegrał 54 spotkania, w których strzelił 11 bramek i zanotował 8 asyst. Liczby z Primavery (57 spotkań, 13 bramek) przełożył na Serie A, a to nie lada wyczyn. Wkrótce ponownie upomniała się o niego Roma. Jego powrót do domu był wart 10 milionów euro.

KURIER Z GŁOWĄ W CHMURACH


Lorenzo Pellegrini to jeden z tych piłkarzy, który nie posiada jednej dominującej cechy. Jeżeli miałbym jednak wskazać jego największą zaletę, powiedziałbym, że jest to znakomicie rozwinięta wizja gry. Jego znak firmowy to skanowanie boiska z głową uniesioną w górze. Niby nic specjalnego, ale taka umiejętność jest dość rzadko spotykana w świecie futbolowych indywidualistów, patrzących jedynie pod własne nogi. Jego niekonwencjonalne podania przypominają fanom Romy o Miralemie Pjaniciu, zdolności przywódcze o Daniele De Rossim, a dobre wykończenie o Francesco Tottim (z zachowaniem odpowiednich proporcji). Najlepiej jego grę obrazują jednak statystyki. Lorenzo jest czwartym zawodnikiem ligi pod względem stworzonych sytuacji strzeleckich (9), ósmym pod względem średniej kluczowych podań (1,9 na spotkanie), jednocześnie zajmując dopiero 96 miejsce pod względem celnych podań na mecz (średnio 31,8 na spotkanie). Wynika to z faktu, że jego praca ma w tym sezonie nieco inną specyfikę. Lorenzo dużo biega bez piłki, skanuje boisko i szuka przestrzeni. W tym sezonie show zabiera mu pewien sympatyczny Ormianin, co nie zmienia faktu, że jest jednym z najbardziej oddanych żołnieży Paulo Fonseci.

OSTATNI MOHIK… RZYMIANIN


W przeddzień derbów Rzymu, na rozkładówce La Gazetty Dello Sport pojawił się artykuł pod tytułem „Derby planety – od Caicedo do Pellegriniego”. Dziennik zwrócił uwagę na fakt, że w derbach Rzymu mieli wystąpić zawodnicy z jedenastu różnych państw oraz zaledwie jeden Rzymianin – Lorenzo Pellegrini. Równowaga została zaburzona. Na koniec dnia liczy się jednak jakość, a nie ilość. Owej jakości w grze Pellegriniego też niestety zabrakło, a stolica została oblężona przez wojowników z Rumunii, Hiszpanii, Czarnogóry, czy Ekwadoru.

IL CAPITANO GIALLOROSSO


Pellegrini wyszedł na wczorajszy mecz Coppa Italia z opaską kapitańską. Spotkanie ze Spezią okazało się jednak prawdziwym blamażem Giallorossich. Szybko stracone dwie bramki, tragiczny Borja Mayoral i dwie czerwone kartki na początku dogrywki. Horror. Mimo wszystko Pellegrini zagrał dość przyzwoicie i zachował przytomność umysłu od początku do końca spotkania. Pewnie wykorzystał rzut karny, a tuż przed feralną dogrywką zwrócił uwagę na zbyt dużą ilość zmian przeprowadzonych przez Romę. Koniec końców nic nie zdziałał, ale jego zaangażowanie pokazało, że błękitna opaska z napisem ‚Capitano’ nie owija jego ramienia bez powodu. Znając jego podejście, po końcowym gwizdku było mu po prostu wstyd i mógł uronić łzę tak jak Tonino Pellegrini podczas jednego z jego pierwszych treningów w barwach Romy.

MACIEJ SZEŁĘGA

Coś więcej niż zwykły mecz – Juventus kontra Napoli.

Rywalizacja między Juventusem a Napoli trwa już od dziesięcioleci i nie zamyka się jedynie w sferze futbolu. Dla piłkarzy jest to okazja do udowodnienia swojej wartości, a dla kibicom zwycięstwo oznacza równość także pod względem społecznym. Żaden z zawodników, choć na moment nie odstawi nogi. Bitwa o dumę, honor i godność swojego miasta oraz regionu. „Każda wojna jest inna i każda wojna jest taka sama”, bo niezależnie od roku, sytuacji czy rozgrywek, ta rywalizacja zawsze rozchodzi się o to samo.

KORZENIE KONFLIKTU

Zjednoczenie Włoch zakończone w 1870 roku było jedynie symbolicznym połączeniem nacji na półwyspie Apenińskim. W rzeczywistości do konfliktów na tle społecznym, ekonomicznym, a nawet rasowym dochodziło nieprzerwanie. Południe Italii względem północy nie było praktycznie w ogóle wspierane ani finansowane przez państwo. Piemont, Liguria i Lombardia w porównaniu do Kampanii czy Sycylii były zdecydowanie lepiej rozwinięte i faworyzowane przez rząd. Główne fabryki, milionowe inwestycje oraz najważniejsze siedziby włoskich organizacji miały miejsce właśnie na północy kraju, a południe było nastawione praktycznie wyłącznie na rolnictwo.

Co oczywiste – miało to swoje przełożenie również na calcio. Dopiero 28 lat od pierwszego sezonu Mistrzostw Włoch, w 1926 roku drużyny z „dolnych” regionów Italii za sprawą faszystowskiego reżimu dostały zgodę na rywalizacje o Scudetto. Od tego momentu konfilkty między dwoma częściami kraju przeniosły się również do świata piłki nożnej, a wywieszone transparenty w starciach zespołów z południa i północy były pełne wyzwisk o charakterze społecznym. Często były to slogany mające na celu obrazić jedynie kibiców drugiego klubu, a czasami były wprost skierowane do całej grupy etnicznej, w tym nawet do osób niezwiązanych z futbolem.

Na południu kraju było i jest wiele zasłużonych klubów, więc czemu największy konflikt wybuchł akurat na linii Napoli – Juventus? Neapol po Rzymie to największe miasto kraju, które nie znajdowało się w najbogatszych regionach państwa. Jako jedno z największych metropolii w całej Europie było niesamowicie biedne, a to sprawiało, że ilość osób pragnących poprawienia jakości swojego życia oraz udowodnienia wyższości nad północą była zdecydowanie wyższa, niż w Palermo czy Katanii. Dochodzi tutaj także stwierdzenie, że Neapol to Napoli. W Rzymie tifosi są podzieleni na kibiców Lazio oraz Romy, a w mieście usytuowanym u podnóży Wezuwiusza jest wyłącznie jeden kluczowy na arenie krajowej klub. „Każdy Neapolitańczyk to Napoli”, a tezę tę potwierdza niebywała atmosfera panująca w mieście w dniu meczu, czy także uroczystości organizowanych z okazji osiągniętego sukcesu. Każdy mieszkaniec Neapolu świętuje sukcesy Azzurich.

Kwestia Juventusu jest oczywista. Po przejęciu klubu przez Edoardo Agnelliego drużyna zyskała przewagę finansową nad innymi rywalami. Mocny związek z Fiatem dał także korzyści w postaci kibiców. Niemal każdy pracownik firmy był Juventinim, ponieważ w innym wypadku mógł być gorzej traktowany od swoich współpracowników. Fiat w tamtych czasach był najlepszym pracodawcą na całym półwyspie Apenińskim, przez co rodowici mieszkańcy południa często podświadomie stawiali się Bianconerimi, aby móc liczyć na staż w fabryce Agnellich.

Kibice Napoli zaczęli twierdzić, że „Stara Dama” jest faworyzowana finansowo oraz że przekupuje mieszkańców odległych od Turynu regionów Włoch miejscami pracy. Dodatkowo złość Azzurich podnosiły transfery ich najlepszych piłkarzy do Turynu, co określali mianem zdrady i kradzieży. Wszystko to skumulowało się w całość i doprowadziło do rywalizacji trwającej do dziś, która ciągle przejawia się na każdym z wyżej wymienionych gruntach.

ZŁOTE CZASY NEAPOLU

Od lat 50 XX wieku konflikt narastał w zawrotnym tempie, aż swoje apogeum osiągnął na przełomie lat 80 i 90 ubiegłego stulecia. Neapolitańczycy mimo braku znaczącej poprawy jakości życia względem północy, pierwszy raz przez dłuższy okres mogli poczuć wyższość nad odwiecznymi rywalami. Wcześniej kibice Juventini głównie drwili sobie z Neapolu ze świadomością, że mimo wszystko w każdym aspekcie i tak są lepsi. Jednak przyjście jednego człowieka spowodowało, że Bianconeri poważenie zaczęli się obawiać konkurencji z południa, a w pewnym momencie Neapolitańczycy mogli nawet patrzeć na bogatsze regiony z samego szczytu. Diego Maradona dał miast nadzieje i napędził wiarę kibiców w osiągnięcie pierwszego historycznego Scudetto.

Rok 1984 rozpoczął nową erę w całym mieście. Przybycie Argentyńczyka z Barcelony rozpoczęło stopniowe zrównywanie się jakością piłkarską z klubami z północy. Pierwsze dwa sezony Diego w Neapolu postawiły jego drużynę w świetle jednego z faworytów do mistrzostwa Włoch. Napoli zaczęło częściej wygrywać. W okresie gry Maradony Azzuri wygrali aż 9 na 17 możliwych spotkań z Juventusem, a przegrali zaledwie 4. Role się odwróciły, klub z południa był mocniejszy niż gigant z Turynu.

Mundial w 1986 roku wygrany przez Argentynę podniósł do granic możliwości apetyty Neapolitańczyków w sprawie Scudetto. Diego rozegrał fenomenalny turniej i sprawa była jasna – Neapol ma w swoich szeregach najlepszego piłkarza świata. Zostało to udowodnione już w pierwszym sezonie po Mistrzostwach Świata, ponieważ ziścił się sen każdego kibica Azzurich – Napoli pierwszy raz w historii sięgnęło po tytuł mistrza Włoch. Jakby tego mało, w tym samym roku zdobyli Puchar kraju i mogli z pełnym przekonaniem oraz dumą powiedzieć, że są najmocniejszą drużyną w Italii. Rozpoczęło to masowe świętowanie w całym mieście, a postać Maradony od tamtego momentu zaczęła być uważana za kultową przez każdego mieszkańca miasta.

Sukces w najważniejszych rozgrywkach sportowych na półwyspie Apenińskim poprawił pozycję Neapolu w skali kraju, a względem poprzednich lat, tifosi Juventusu tak jak wcześniej robili to ci Napoli, zaczęli doszukiwać się oszust i afer związanych z ich rywalami. Bez wątpienia był to najlepszy okres w historii Azzurich oraz jedyny czas, w którym rzeczywiście byli lepsi od Bianconerich. Przyjście Maradony oznaczało zbawienie, odejście początek upadku.

WSPÓŁCZESNA RYWALIZACJA

Początek XXI wieku nie był praktycznie w ogóle owiany w rywalizację sportową obu tych ekip, ponieważ jedyne spotkania na poziomie Serie A rozegrali w sezonie 2000/01. Napoli mierzyło się z ogromnymi problemami na każdej płaszczyźnie, a wyniki na boisku nie sposób porównać do tych, które notowali kilkanaście lat temu. Po trzech sezonach z rzędu spędzonych w Serie B (2001-2004) Azzuri ze względu na długi przekraczające 70 milinów euro, byli zmuszeni ogłosić bankructwo.

Sytuacja Juventusu w latach kryzysu Napoli wyglądała o niebo lepiej, ponieważ na trzy możliwe trofea zdobyli aż dwa, a kibice z lekką drwiną i zadowoleniem oglądali rozpadający się Neapol. Z czasem jednak czarne chmury nadleciały również nad Turyn, ponieważ w wyniku ujawnienia afery Calciopoli w 2006 roku, FIGC odebrało Bianconerim oba tytuły mistrzowskie z 2005 i 2006 roku, oraz zostali karnie zrzuceni do Serie B. Tam też właśnie w sezonie 2006/07 pierwszy raz od sześciu lat obie drużyny zmierzyły się ze sobą w rozgrywkach ligowych. Napoli dzięki pomocy Aurelio de Laurentis, który wykupił klub po bankructwie, zdołało uzyskać promocje do wyższej klasy rozgrywkowej, zajmując drugą lokatę tuż za Juventusem.

Chcąc zamazać plamy z poprzednich lat, obie drużyny wraz z kibicami, wróciły do najwyższej klasy rozgrywkowej z ogromnymi nadziejami na lepsze jutro. Czas pokazał to, czego można było się spodziewać. Bianconeri całkowicie zdominował rozgrywki w latach 2011-2020 sięgając po każde z możliwych Scudetto. Rywalizacja i otoczka spotkań między obiema drużynami wróciła na poziom z przełomu lat 80 i 90. Powrót Napoli i Juventusu do Serie A był niczym nurt filozoficzny Johna Locke’a, „tabula rasa” (po łac. Czysta karta). Lepsze fundamenty i zasoby ludzkie z góry wskazywały, że to Stara Dama będzie w lepszej dyspozycji po powrocie, jednak kibice Azzurich wierzyli, że startując z „czystą kartą”, uda im się wejść na wyższy poziom niż przeciwnik.

Tak się nie stało, ale ani na moment nie ostudziło to rywalizacji, a wręcz przeciwnie. Kolejne mistrzostwa Juventusu jeszcze bardziej irytowały Neapolitańczyków, a te przegraną małą stratą, jak w latach 2016 – 2019 doprowadzały tifosich Napoli wręcz do szaleństwa. Do tego obecne rywalizacje są bardzo wyrównane i przed każdym spotkaniem ciężko wytypować zwycięzcę. W ostatnich 10 meczach bilans wynosi 4:3:3 na korzyść Bianconerich, a żadna wygrana którejś z drużyn nie jest naznaczona jakąś szczególną przewagą. Świadomość, że mecz może wygrać każda ze stron, jeszcze bardziej nakręca piłkarzy i kibiców, a emocje ze spotkaniem związane osiągają granicę najwyższego poziomu.

SUPERCOPPA ITALIA

Spotkania o najwyższą stawkę, czyli trofea, zawsze podnoszą rangę spotkań i nie inaczej będzie dzisiaj. W Turynie puchary wymagane są co roku i nawet jeśli Superpuchar przez wielu nie jest uważany za zbyt prestiżowe trofeum, tak każdy finał jest ważny. W Neapolu przegrana nie będzie uważana za ogromne niepowodzenie, jednak zwycięstwo znacząco wpłynie na postrzeganie Gattuso, który w obliczu nierównej dyspozycji drużyny, nie ma wcale takiej pewnej pozycji. Puchar zdecydowanie ucieszy De Laurentisa, co udowodniło ubiegłoroczne wygranie Pucharu Włoch, po którym wsparcie dla Rino ze strony Aurelio wzrosło, choć w lidze osiągnęli rozczarowujący wynik.

Faworyta nie ma. Jeszcze dwa tygodnie temu moglibyśmy wskazać, że jest nim Juventus, ponieważ Bianconeri pokonali świetny w tym sezonie Milan, a Napoli w głupi sposób przegrało ze Spezią, mając również za sobą serię niepowodzeń. Dyspozycja obu drużyn jest jednak na tyle sinusoidalna, że w weekend to Azzuri rozgromili Fiorentine 6:0, a Stara Dama została w perfekcyjny sposób wypunktowana przez Inter w Mediolanie. Do tego dochodzą jeszcze braki kadrowe po obu stronach w postaci Dybali, Cudrado, Alexa Sandro i De Ligta, oraz Osimhena z Fabianem Ruizem.

Obie drużyny nie rozgrywają najlepszego sezonu, więc możliwe, że ten finał może być ich jedyną realną szansą no trofeum w tym sezonie. Mistrzostwo Włoch prawdopodobnie rozstrzygnie się pomiędzy drużynami z Mediolanu (jednak dalej nie można skreślać Juventusu), w Lidze Mistrzów Bianconeri zdecydowanie nie są faworytem, więc pozostaje jedynie Coppa Italia, ale na półwyspie apenińskim poziom drużyn się tak wyrównał, że do końcowego triumfu potrzeba będzie również sporo szczęścia. Napoli pozostaje jeszcze Liga Europy, na którą rzeczywiście mogą się spiąć, bo miejsce w czołowej czwórce Serie A nie jest wcale takie pewne, ale tutaj również – są więksi faworyci.

Brak kibiców na stadionie z wiadomego powodu obniży atmosferę spotkania, ale piłkarze obu drużyn w takim starciu na pewno będą się czuć, jakby grali przed tysiącami kibiców, dla których ta rywalizacja znaczy o wiele więcej, niż nawet dla nich samych. I tak w rzeczywistości będzie. Na odległość, ale jednak będą mogli liczyć na ogromne wsparcie. Bo to coś więcej niż zwykły mecz.

MATEUSZ PEREK

Oto przyczyny upadku kolejnego ukraińskiego zespołu.

Karpaty Lwów wczoraj obchodziły 58. rocznicę powstania klubu. Świętowania jednak nie było. Resztka fanów i kierownictwo ma teraz mnóstwo problemów na głowie i we Lwowie atmosfera przypomina raczej grobową.

Latem klub spadł do drugiej ligi, ostatniej profesjonalnej. Nie dokończył sezonu w UPL, ponieważ brakło pieniędzy na wyjazdy. Teraz zajmują przedostatnie miejsce gdzieś na skraju poważnej piłki i mając 4 punkty, robią wszystko, by przyszły sezon nie był jeszcze gorszy.

Latem legendarnego właściciela, Petro Dymińskiego zastąpił Oleg Smalijczuk, agent piłkarski i biznesmen. Jednak ma tylko 50% udziałów, druga połowa należy do znanego z Dnipra Igora Kołomojskoego (grali w finale LE w 2015 w Warszawie). Oficjalnie nie ma po nim w klubie śladu, a kieruje klubem poprzez Katię Parpi, koleżankę z Cypru. Kieruje to trochę nieodpowiednie słowo. Przedstawiciele Kolomojskiego nie pojawili się na żadnych spotkaniach rady klubu od prawie 10 lat. Pani Katia pilnuje, tylko by nic w klubie się nie zmieniało. Jaki jest w tym interes? Nikt nie wie. Takie działanie na szkodę klubu nie podoba się Smalijczukowi, nie chce on mieć ze wspólnikiem nic wspólnego.

By utrzymać się w UPL, Karpaty miały spłacić 5 milionów dolarów długów. Kołomojski nie chciał, więc Smalijczuk musiałby dać 100%. Tak właśnie Lwowianie zbankrutowali. W międzyczasie prezes Ruchu Lwów wezwał biznesmenów ze Lwowa do inwestycji w Karpaty i ratunkiem przed katastrofą. Piękny gest? Bankrutujący klub uznał to za robienie PR na ich ciężkiej sytuacji i w odpowiedzi… spłacił starą karę Ruchu. Karpaty spadły, nikt im nie chciał pomóc, prezes piłkarskiego związku Lwowa dopiero po długich konsultacjach wyraził zgodę na grę w 2. lidze, bo upierał się, by Karpaty spadli do amatorów.

Statek ma więc dwóch kapitanów, żaden nie chce dowodzić, nie ma między nimi dialogu. Smalijczuk zatrudnił dziennikarza i Lwowiaka, kibica klubu- Siergieja Bolotnikova na stanowisku dyrektora rozwoju. Ta dwójka wspólnie walczy ze wszystkimi, ale walka jest nierówna. Smalijczuk założył więc drugi klub w swoim rodzinnym mieście – Haliczu.

Nazywa się Karpaty, właścicielem jest wspólnik Smalijczuka, przed sezonem trener Karpat Lwów prowadził tam treningi, na których pojawili się również gracze tego klubu. To niedozwolone, nikt też nie wie, skąd Halicz miał licencję. Jednak jest to jedna z opcji na przyszłość. Gdyby Kołomojski trwał nadal w zarządzie, to Smalijczuk przeniesie część starych Karpat do swojego miasta. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobił, było przekazanie kibicom herbu. Ma to pomóc w przenosinach i odcięciu się od drugiego właściciela.

Drugą opcją jest całkowity rozpad obecnych Karpat i start od zera, na licencji w 2. lidze. Nie będzie w klubie oligarchy, a za finansowanie mają odpowiadać kibice. 

S. Bolotnikov: zaczęliśmy transmitować mecze na YT, weszliśmy na Patreona, sprzedajemy bilety- cegiełki. Chcemy, by klub był utrzymany w około 40- 50% przez fanów. Im więcej będą oglądać mecze, tym lepszy kontrakt sponsorski dostaniemy. Im wiecej ich na Patreonie, tym więcej pieniędzy dostaniemy.

Gdyby to się powiodło, byłby to pierwszy klub wolny od oligarchów na Ukrainie. Oczywiście, sponsor (Smalijczuk i jego koledzy) musi zostać, ale akceptuje on model S. Bolotnikova.

Trzecią opcją są nowe Karpaty, czyli tak, jak teraz funkcjonują Metalist1925 i Dnipro-1, które zajęły miejsca Metalista i Dnipro. Już pojawiły się plany, miał je reklamować Miron Markiewicz, ale na tę chwilę wszystko ucichło. Prawdopodobnie dadzą czas Smalijczukowi i Bolotnikovi, choć może to być dla tej dwójki kolejny problem.

Reszty dowiemy się latem. Którą z trzech dróg podąży zdobywca pucharu ZSRR z 1969? Preferowana jest ta z upadkiem starych Karpat i wskrzeszeniem na nowo, ale patrząc na trzeźwo – Halicz jest bardziej prawdopodobny.

Bolotnikov wymyślił ciekawy sposób na spłatę obecnych długów. Oddał wszystkie wynajmowane wcześniej powierzchnie – sklepy, magazyny, biura. Do tego wspomniana interakcja z fanami. Większość nowych zależności jest spłacona. Prawdopodobnie pozwoli to na rozpoczęcie życia od nowa, bez komorników, gdy Karpaty upadną w lecie przez brak finansowania (to jest właśnie ten pierwszy plan).

Klub nie ma nic poza kilkoma kawałkami ziemi i autobusem. Akademia jest finansowana głównie przez miasto. Rosnące wsparcie zniesmaczonych letnimi wydarzeniami fanów pozwala jednak patrzeć w przyszłość z lekkim optymizmem. Sam Sergiej Bolotnikov gwarantuje, że dopóki on jest w klubie, nic złego się nie wydarzy. Nawet kasacja starych Karpat (pierwszy plan) może być zdrowa dla Lwowian, bo trwanie w obecnej sytuacji oznaczać będzie kilka, kilkanaście lat na dnie.

BUCKAROO BANZAI

Joshua Kimmich, pilny uczeń i przyszła legenda

„Dla nas trenerów, najważniejszą umiejętnością piłkarza jest jego pasja, właśnie taka, jaką ma w sobie Kimmich. Na treningu jest wiecznie głodny gry, chętny do nauki i do tego, by słuchać. My szkoleniowcy od tego właśnie jesteśmy, a jego postawa sprawia, że myślisz sobie: >>O! To jest właśnie ten pieprzony gość, któremu mogę pomóc w byciu jeszcze lepszym!<<”

Wymowne, prawda?

To laurka, którą Pep Guardiola wystawił Joshua Kimmichowi podczas swojej pracy w Bayernie, gdy ten był jego podopiecznym, w roku 2016. Po kilku latach rozwój niemieckiego zawodnika pokazuje, że w słowach Hiszpana nie było krzty przesady. W końcu mówimy dziś o jednym z najlepszych pomocników na świecie, który jest kluczową postacią zarówno w zespole z Bawarii, jak i w swojej reprezentacji. 

Wejście na salony 

Zanim jednak Kimmich trafił do Bayernu, przeszedł on szkolenie w akademii VfB Stuttgart, gdzie występował w zespołach dziecięcych i juniorskich, po czym w roku 2013 przeniósł się do RB Lipsk. Właśnie tam 18-letni wówczas Joshua, stawiał pierwsze kroki w seniorskiej piłce. Zespół ze wschodniej części Niemiec wówczas nie był jednak potentatem, a tak naprawdę dopiero zaczynał budować swoją potęgę. Tak więc pierwsze seniorskie szlify naszego bohatera nie miały miejsca na poziomie Bundesligi, a raczej na jej głębokim zapleczu. I tak w sezonie 13/14 młody Niemiec był członkiem zespołu, który wywalczył awans z trzeciej do drugiej Bundesligi, by zaledwie rok później świętować promocję do najsilniejszej ligi piłkarskiej w Niemczech. Tak zaczęła się przygoda Lipska z dużą piłką. Kimmicha również…ale już w innym klubie. Dobre występy – wówczas – defensywnego pomocnika, przykuły uwagę włodarzy Bayernu, którzy sprowadzili go do Bawarii, za 8 mln euro. W tamtym okresie transakcja mogła wydawać się nietypową, ale dziś wiemy, że niemiecki hegemon wyłowił prawdziwą perłę.

Początki w Bayernie

A jak sam Kimmich wspomina pierwsze wrażenia po przybyciu do nowego klubu?

„Pierwsze tygodnie w Bayernie były trudne. W ich trakcie zauważyłem na przykład, że moi nowi koledzy mają perfekcyjne przyjęcie kierunkowe. Ja nie byłem na aż tak zaawansowanym poziomie. Wiedziałem, że muszę to jak najszybciej poprawić. Potrzebowałem czasu, by móc być sobą i stać się pewniejszym siebie. Im więcej dobrych zagrań wykonasz, tym więcej nowych kolegów Cię zaakceptuje. W drugiej połowie mojego pierwszego sezonu u Pepa grałem na środku obrony, gdzie musiałem się nauczyć całkowicie nowych rzeczy. To był moment, w którym czułem się członkiem zespołu, bo koledzy mogli zauważyć jak ciężko nad sobą pracowałem.”

I tu wraca temat wspomnianej przez Guardiolę ambicji i chęci do nauki. Katalończyk był zresztą pierwszym szkoleniowcem Niemca, jeśli chodzi o jego przygodę z Bayernem i kimś, kogo Kimmich wspomina z rozrzewnieniem. Nic dziwnego, gra pod wodzą Pepa to prawdziwe błogosławieństwo dla piłkarzy głodnych wiedzy. Joshua, który występował u swojego ówczesnego trenera zarówno na pozycjach środkowego i prawego obrońcy,  jak i defensywnego pomocnika, wyciągnął z tych lekcji absolutne maksimum. Nie dość, że Kimmich przeszedł u Guardioli prawdziwy piłkarski uniwersytet, to jeszcze zapełnił swą gablotę takimi zdobyczami jak Puchar i Mistrzostwo Niemiec. Zresztą, obu panów wiązała specyficzna relacja. Do dziś możemy wspominać pamiętną sytuację po jednym ze starć Bayernu z Borussią, kiedy to po skończonym spotkaniu mistrz wziął swojego ucznia „na stronę” i przez minutę w wymowny sposób dawał mu lekcję na oczach kamer. Wówczas wyglądało to na ostrą reprymendę, ale sam zawodnik dziś mówi:

„To mi się podobało. Gdy ktoś podchodzi do gry tak emocjonalnie, z takim zaangażowaniem, pasją i miłością, to jest to dobre zjawisko. Kiedy go znasz i wiesz jakim typem szkoleniowca jest, to jako jego zawodnik wiesz, że to było w 100% naturalne.”

Pozycja

Uniwersalność Kimmicha długo utrudniała nam jednak zdefiniowanie tego piłkarza. Ustawianie mierzącego 177 centymetrów Niemca na środku obrony, mogło przyjść do głowy chyba tylko Guardioli, ale już jego występy na prawym boku defensywy to takie, które pozwalały nazywać go jednym z najlepszych na swojej pozycji. Sezony 17/18 i 18/19 to przecież kampanie niemal w całości rozegrane przez Niemca w takiej właśnie roli i okraszone liczbami na poziomie (kolejno): 6 goli/17 asyst i 2 gole/19 asyst. Co z tego, skoro Kimmicha zawsze ciągnęło do środka? Spytany przez Four Four Two, jaka jest jego ulubiona pozycja, odpowiada bez wahania:

„Oczywiście defensywny pomocnik. Dorastałem na tej pozycji.”

Skoro więc Joshua czuje się pomocnikiem, to należy poszukać mu miejsca w drugiej linii. Z takiego założenia widać wyszli zarówno jego poprzedni szkoleniowiec – Niko Kovac, jak i obecny – Hansi Flick.

Osobowość

„On jest absolutnym profesjonalistą. To mentalny potwór. Zawsze jest pod grą, nigdy się nie poddaje. Jest jednym z tych, którzy nie unikają starć, ale oczywiście jest też niebywały z piłką przy nodze.”

„Zawsze mam problem kiedy chcę dać mu odpocząć. On jest tak głodny gry, że zawsze chce być na boisku”.

Słowa Flicka potwierdzają to co mówił niegdyś Heynckes:

„Kimmich ma charakter starszych od siebie zawodników. Jest jak  Lahm, Schweinsteiger, Mueller czy Neuer.”

Mentalność Kimmicha sprawia, że chce on być wciąż pod grą, brać udział w możliwie największej liczbie pojedynków i być centralną postacią zespołu. Zawodnik ten pokazuje swoją pewność nie tylko na boisku. Swego czasu potrafił skrytykować władze Bayernu za zbyt wąski skład, czy wyrazić swoje niezadowolenie z faktu, że selekcjoner Reprezentacji Niemiec, tak łatwo rezygnuje z powoływania takich piłkarzy jak Boateng, Hummels czy Mueller. Mówiąc krótko, jest on liderem na boisku, a poza nim nie gryzie się w język.

Liczby ofensywne 

Jednak mentalność to jedno, a umiejętności drugie. Kimmich to piłkarz kompletny. Wybiegany, agresywny, dobrze czujący się z piłką przy nodze i widzący na boisku absolutnie wszystko. Niemiec perfekcyjnie równoważy grę w obronie z zachowaniami ofensywnymi, co czyni go perfekcyjnym defensywnym pomocnikiem nowej generacji. Jego przegląd pola to coś, co pomogło mu w tamtym sezonie w odnotowaniu współczynnika kluczowych podań na poziomie 2,3 takiego zagrania na mecz (3 wynik w Bundeslidze) oraz zgromadzeniu 0,2 prostopadłego podania na mecz (2 wynik w Bundeslidze). Tego typu gra pozwoliła mu na zaliczenie 7 asyst w całym sezonie. W tym idzie mu jeszcze lepiej, co prawda na ten moment odnotowuje on 1,9 kluczowego podania na mecz, ale za to daje 0,3 prostopadłej piłki (2 wynik w Bundeslidzie) i ma na koncie już aż 6 asyst. I to jeszcze przed półmetkiem sezonu!

Tu znowu warto oddać głos Flickowi:

„Jego podania i stałe fragmenty mają niewiarygodną jakość. To właśnie dlatego gra dla Bayernu Monachium, i to właśnie dlatego odnosimy sukcesy mając go w zespole.”

Piłkarska inteligencja

Gole, asysty czy ogólne stwarzanie szans partnerom to jednak nie wszystko. Klasowy pomocnik to taki, który nie tylko wychodzi na pierwszy plan, ale też potrafi wykonać pracę niezauważalną na pierwszy rzut oka. Kimmich to piłkarz szalenie inteligentny, taki który wie jak odpowiednio regulować tempo. Na koniec zeszłego sezonu Bundesligi był jednym z tych, którzy podawali najdokładniej i najczęściej w całych rozgrywkach (średnia 77 podania na mecz i 90,1% skuteczności w tym elemencie). Jeśli dołożyć do tego odpowiedzialną grę w obronie, czy szeroko pojętą energię, jaką daje zespołowi, to mamy obraz zawodnika, niezbędnego zarówno w układance Flicka jak i Loewa.

Sporo do wygrania 

Mówiąc – Kimmich, mamy przed oczami niemal perfekcyjnego piłkarza, który w wieku 25 lat, sięgnął po wszystkie możliwe klubowe trofea. Jego współpraca z Guardiolą na wczesnym etapie kariery dała mu nieocenioną piłkarską wiedzę, a obecna z Flickiem owocuje w kolejne szlify i wielkie zwycięstwa. Dziś nikt nie ma wątpliwości co do tego, że środkowy pomocnik Bayernu to przyszły kapitan klubu jak i Reprezentacji Niemiec. Kimmich jest stworzony do tego by kierować zespołem i wraz z nim wygrywać, a jego naturalne predyspozycje do rozwoju i przyswajania piłkarskiej wiedzy, każą sugerować, że na naszych oczach rośnie legenda niemieckiej piłki, o której będziemy pamiętać latami.

Michał Bakanowicz

Lekcja historii #4: Toksyczne futbolove zairskiego dyktatora.

Piękno futbolu i radość, którą niesie ogółem sport, często bywają wykorzystywane jako narzędzia propagandowe przez wszelkiej maści polityków. Szczególnie chętnie sięgają po nie rozmaici dyktatorzy i przywódcy rządów autorytarnych. Przyjemność z oglądania sukcesów odnoszonych przez sportowców jest doskonałą zasłoną dymną, która ma odwrócić uwagę obywateli od niecnych poczynań politykierów. Dziś przypomnę wam kochani czytelnicy historię jednego z nich. Przed wami jeden z najkrwawszych afrykańskich dyktatorów w historii, a przy okazji wielki miłośnik futbolu – Mobutu Sese Seko.

Czytaj dalej „Lekcja historii #4: Toksyczne futbolove zairskiego dyktatora.”

Pragmatyzm Zinedine Zidane’a

Francuski szkoleniowiec w obliczu pościgu za liderującym Atletico w Primera Division oraz nieciekawej sytuacji w fazie grupowej Ligi Mistrzów zrezygnował z eksperymentowania, i postawił na sprawdzone środki. Rezultaty się poprawiły, a to sprawiło, że menadżer Realu Madryt do starych metod nie wrócił, więc cierpią z tego powodu piłkarze rezerwowi.

Czasem stawianie na sprawdzony sposób jest konieczne. Tak właśnie było w trakcie kilkutygodniowego kryzysu formy Los Blancos na przestrzeni października i listopada. Oprócz zwycięstwa nad Barceloną przekonujących wygranych nie było, a zdarzały się także wpadki w postaci spotkań z Cadiz, Szachtarem czy Alaves. Zizou postanowił więc wykorzystać sprawdzone metody, stawiając na „starą gwardię” będącą w klubie od czasów jego poprzedniej kadencji. Prawdopodobnie decyzja ta uratowała jego posadę, bo kto wie, jak wyglądałaby sytuacja, gdyby Real nie wyszedł z fazy grupowej Ligi Mistrzów.


OGRANICZENIE ROTACJI


W ostatnich pięciu spotkaniach Realu (Osasuna, Celta, Elche, Granada, Eibar) wystąpiło łącznie 20 zawodników. Jeśli weźmiemy pod uwagę tylko piłkarzy, którzy zagrali przynajmniej 180 minut, to grono zawęża się do 11 graczy (Courtois, Carvajal, Ramos, Varane, Mendy, Casemiro, Kroos, Modric, Vazquez, Benzema i Asensio.

Jedynie Courtois oraz Mendy nie byli w klubie podczas poprzedniego pobytu Zidane’a na ławce trenerskiej Realu. Patrząc szerzej, w zeszłym sezonie na listę strzelców wpisało się aż 21 zawodników, a w obecnym tylko 11. Zabieg ograniczenia rotacji i większego stawiania na sprawdzone środki był konieczny w trakcie chwilowego kryzysu, jednak Francuz przyczepił się tej metody ponad miarę. W obecnych rozgrywkach dalej funkcjonuje przepis umożliwiający przeprowadzenie pięciu zmian, ale Zidane w lidze wykorzystał go jedynie w 7 na 18 możliwych razy. Nawet podczas prowadzenia menadżer Królewskich rzadko podejmuje się rotacji, a jak już wywoła kogoś z ławki, to zazwyczaj na ostatnie 15-10 minut, mimo że często są one konieczne dużo wcześniej.

Piłkarze tacy jak Kroos, Modrić czy nawet Karim Benzema przechodzą renesans formy i wykorzystywanie ich jest jak najbardziej na miejscu. Trzeba jednak pamiętać, że każdy z tej trójki jest już po trzydziestce, a im starszy jest zawodnik, tym bardziej podatny na kontuzje. A już szczególnie narażony ze swoim stylem gry jest 35-letni Luka Modrić, bez którego w tym momencie Real traci połowę jakości w środku pola. Podatność na urazy powoli przejawia się u Sergio Ramosa, który w obecnym sezonie był zmuszony opuścić 7 spotkań. Opuścił choćby ostatnie starcie z Celtą Vigo, a jego miejsce zajął jak zawsze solidny Nacho, który spisał się bez zarzutów.

W meczu z Granadą Lukę Modricia zastąpił Fede Valverde i zagrał niezłe 77 minut. Jak widać – zaplecze nie wygląda wcale tak źle, więc jaki jest sens na siłę wystawiać piłkarzy podatnych na kontuzje w spotkaniach z drużynami z dołu tabeli, zamiast dać się wykazać solidnym zmiennikom, którzy są głodni gry? Jak wiadomo, Królewscy w obecnym sezonie nie potrafią się odpowiednio przygotować do spotkań ze słabeuszami, więc być może zawodnicy walczący o pozycje w drużynie daliby w takich spotkaniach, więcej niż etatowi gracze. Jednak obawiam się, że odpowiedzi nie poznamy, bo Zizou uparcie trzyma się swojego rozwiązania.


GDZIE TE TALENTY?


Lunin, Militao, Odegaard, Jović, Vinicius, Valverde, Rodrygo i Asensio – to lista perspektywicznych piłkarzy w  kadrze Realu Madryt. Pierwsza czwórka w tym sezonie zagrała łącznie w 17 meczach. Następna dwójka miała na początku całkiem mocną pozycję, ale w tym momencie są głównie zmiennikami. Rodrygo przystopowała kontuzja i wychodzi na to, że najregularniej grającym zawodnikiem jest 24-letni Marco Asensio. Najstarszy z tego grona i jeden z tych, którzy otrzymują najniższe oceny. Na ograniczeniu rotacji najbardziej cierpią właśnie talenty, które do doszlifowania potrzebują regularnej gry. I z wyżej wymienionych zawodników diamentem, który chyba najbardziej na tym traci jest Martin Odegaard. 

Norweg w zeszłym sezonie na wypożyczeniu w Realu Sociedad udowodnił swoją wartość, będąc jednym z najlepszych piłkarzy LaLiga, więc Zidane postanowił skrócić jego wypożyczenie, aby mieć go do dyspozycji już teraz. Ostatecznie szkoleniowiec nie wykorzystuje go w takim stopniu, jak można było się tego spodziewać, bo dotychczas rozegrał jedynie 366 minut. Trzeba wziąć też pod uwagę, że 22-letni pomocnik już dwukrotnie miał przerwę z powodu kontuzji, jednak w ostatnich pięciu meczach, kiedy był do dyspozycji, rozegrał zaledwie 6 minut. Po urazie został niemal całkowicie skreślony przez Zidane’a i nic nie wskazuje na to, aby jego obecna sytuacja się poprawiła.

Na rekonwalescencji ucierpiał także Vinicius, gdzie sytuacja według mnie jest jeszcze bardziej niezrozumiała. Brazylijczyk po lekkim urazie, przez który opuścił jedynie spotkanie (Eibar), rozegrał 24 na 360 możliwych minut. Chyba każdy zna przebojowość i nieprzewidywalność wychowanka Flamengo, a niemal każdy jego podryw z ławki dawał nowe skrzydła drużynie. Zidane jednak po kontuzji dał mu najwięcej 13 minut z Granadą oraz 5 i 6 z kolejno Elche i Celtą. W takich wymiarach czasowych ciężko o zrobienie jakiejkolwiek różnicy, a taka bez wątpienia była konieczna w ostatnim zremisowanym meczu z Osasuną, w którym Vini nie podniósł się nawet na rozgrzewkę.

Strach pomyśleć, jak będzie wyglądała pozycja Rodrygo po wyleczeniu kontuzji. Zdecydowanie gorzej wygląda jednak sytuacja Lunina, Militao i Jovicia. Kiedy Courtois jest zdrowy, Ukraińcowi ciężko o minuty, jednak nie dostał nawet choćby jednej szansy. Militao wraz z Joviciem po kilku słabszych występach zostali zepchnięci na dalszy plan, przez co obaj nie pojawili się na boisku od ponad 10 spotkań. Serb otrzymanych szans zmarnował zdecydowanie więcej i raczej nie ma już czego szukać w Madrycie, jednak Eder w rozegranych spotkaniach nie wyglądał aż tak fatalnie, a mimo to w hierarchii przepadł. Fede Valverde gra dość regularnie, jednak jak na jednego z najlepszych pomocników młodego pokolenia, tych minut oraz szans w pierwszym składzie mógłby dostawać nieco więcej. Niemal o każdego z tych piłkarzy bój toczyły inne europejskie potęgi, jednak najbardziej kusząca okazała się dla nich oferta Realu. Z perspektywy czasu trzeba przyznać, że część z nich aktualnie po prostu marnuje swój potencjał.


RÓWNI I RÓWNIEJSI

Zidane już podczas swojego pierwszego pobytu w Madrycie miał swoich „żołnierzy”, z których rzadko rezygnował. Nacho, Vazquez, Isco, Asensio – to kilka z tych „wyjątkowych”, którzy niezależnie, w jakiej byli dyspozycji i tak niemal zawsze dostawali minuty. Tak też pozostało do dzisiaj, a chyba najlepszym tego przykładem jest Marco Asensio. Ze wszystkich młodych zawodników spędził na boisku najwięcej czasu (1121 minut), a mimo to jego bardzo dobre występy można policzyć wyłącznie na palcach jednej ręki. Francuz traktuje wychowanka Mallorci niczym swojego piątego syna, chociaż sam się zapiera, że patrzy na niego na równi z innymi zawodnikami. Ciężko jednak w te słowa uwierzyć, bo skrzydłowy dostał zdecydowanie więcej szans, niż jego koledzy. Teraz kiedy Marco w końcu złapał dobrą dyspozycję, Zizou nie będzie już musiał się tłumaczyć z decyzji umieszczania go w składzie. Jednak lekki niesmak po widocznym faworyzowaniu Hiszpana dalej pozostanie w głowach kibiców oraz innych skrzydłowych w klubie, którzy na tym tracili.


Vazquez z grona „żołnierzy” rozegrał najwięcejminut, jednak w tym przypadku jest to w pełni uzasadnione. Decyzja przesunięcia go na prawą obronę pod nieobecność Carvajala była strzałem w dziesiątkę, a nagły wybuch formy Lucasa jest w pewnym stopniu sukcesem Francuza, który mimo krytyki od dawien dawna ciągle na niego stawiał. Być może na podobny efekt liczy także w wypadku Asensio. Isco zdecydowanie stracił już w oczach Zidane’a, jednak faktem jest, że rozegrał w obecnej kampanii więcej minut niż Martin Odegaard. Hiszpan według licznych źródeł otwarcie mówi, że chce odejść z klubu, a jego forma jest niemalże na samym dnie. Jednak mimo to z jakiegoś powodu Zinedine stawia na niego częściej niż na jednego z najlepszych młodych ofensywnych pomocników na świecie. Sytuacja Nacho względem poprzednich lat trochę się pogorszyła, bo w tym momencie jest jedynie przywoływany w nagłych sytuacjach, ale i tak trener za każdym razem woli postawić na niego, niż dać wykazać się Ederowi Militao. Zidane wbrew temu, co mówi na konferencjach, w jakimś stopniu sugeruje się prywatnymi relacjami, przez co piłkarze, z którymi zna się krócej, są w gorszej pozycji.

MATEUSZ PEREK

A miało być tak pięknie. Ciemne chmury na niebieskim niebie.

Leicester, Leeds, West Ham, Liverpool, Tottenham, Manchester, West Brom. To lista zespołów, które w tym sezonie Premier League, dały radę postawić się ekipie Guardioli. Żaden z nich – w przeciwieństwie do Chelsea – nie wydał przed rozgrywkami kwoty bliskiej 250 mln euro na transfery. Nic więc dziwnego, że ostatnia kompromitująca porażka The Blues z Manchesterem City, mogła okazać się gwoździem do trumny Franka Lamparda. Oczywiście, sam fakt – nie tak znowu wysokiej – przegranej z zespołem The Citizens, to żaden powód do wstydu. Zdarzało się to niegdyś Fergusonowi, ma to za sobą Wenger, czy nie tak dawno Klopp.

Problemem jest jednak to, że zespół z Londynu nie funkcjonuje już od dość dawna, a ostatnia potyczka Lamparda z Guardiolą, to tylko wisienka na dość gorzkim torcie, jaki pojawił się na stole Romana Abramowicza. Na ten moment Chelsea zajmuje 9 pozycję w tabeli, ze stratą 7 punktów do lidera i wygrała tylko jedno spośród sześciu ostatnich spotkań. A przecież przed sezonem rosyjski oligarcha sypnął groszem, Frank Lampard wspominał coś o walce o tytuł, a fani ze Stamford zacierali ręce. Mówiąc krótko – nie tak to miało wyglądać.

OBIECUJĄCE POCZĄTKI

Zaostrzone apetyty sympatyków The Blues nie wynikały jednak tylko i wyłącznie z hojności Abramowicza, czy bojowego nastawienia menedżera klubu. Poprzedni sezon pod wodzą legendy był dla Chelsea całkiem udaną, a co za tym idzie obiecującą kampanią. Transferowy ban miał być swego rodzaju szczęściem w nieszczęściu, które pomoże klubowi sięgnąć do korzeni, przyjrzeć się ogromnej grupie piłkarzy będących na wypożyczeniach, a także okazją na przetestowanie młodzieży. Lampard, który zebrał pierwsze trenerskie szlify podczas całkiem udanej przygody z Derby County (niespodziewany awans do play-off w Championship), wydawał się idealną osobą do wykonania powierzonego mu zadania. I w zasadzie tak też było. Chelsea w sezonie 19/20 grała przyjemną dla oka piłkę, do zespołu umiejętnie wkomponowali się młodzi Mount czy Abraham, a wszystko zakończyło się na solidnym 4 miejscu w tabeli, który pozwoliło The Blues na awans do Ligi Mistrzów. Miało być tylko lepiej.

NOWE ROZGRYWKI, NOWE CELE

Tak więc udany okres przejściowy teoretycznie stał się faktem, a wszystko, co najtrudniejsze wydawało się już być za Lampardem i spółką. Przyszedł czas na nowe wyzwania. Wielomilionowe inwestycje w piłkarzy takich jak Werner, Havertz, Ziyech, Chilwell, Mendy czy sprowadzony za darmo Thiago Silva, miały dać zespołowi zarówno nową jakość, jak i balans. Na razie nic z tego nie wyszło. Na ten moment możemy śmiało powiedzieć, że grająca zdecydowanie mniej napompowany składem Chelsea z tamtego sezonu, prezentowała się lepiej niż ta obecna. The Blues ani nie strzelają specjalnie dużo (1,9 gola na mecz), ani też nie stanowią monolitu w defensywie. W ich grze trudno doszukiwać się stylu i tak naprawdę nie wiadomo co jest ich mocną stroną. Na boisku brakuje też liderów. Zmiana kursu z korzystania z ograniczonych możliwości, na totalne bogactwo kadrowe, na razie nie wychodzi Lampardowi na dobre, a presja związana z powyższymi wydatkami sprawia, że ocenia się go zdecydowanie bardziej surowo niż w poprzednim sezonie.

TRANSFEROWE FLOPY

Nie ma w tym nic dziwnego, bo nowi piłkarze zdają się nie rozwijać pod wodzą obecnego szkoleniowca. Oczywiście, spisywanie już teraz na straty takich zawodników jak Havertz, Werner czy Ziyech, byłoby totalną głupotą, ale faktem jest, że żaden z nich nie staje na wysokości zadania. I o ile jeszcze możemy zrozumieć problemy z adaptacją młodego Havertza, o tyle byli piłkarze RB Lipsk czy Ajaxu, w momencie przenosin do Londynu wydawali się postaciami ukształtowanymi i gotowymi do tego, by przenosić góry. A Thiago Silva? Osobiście byłem sceptyczny od samego początku, ale Lampard jednak po coś go chciał. Brazylijczyk miał dać pewnie doświadczenie i stabilizację, ale patrząc na to, w jaki sposób The Blues tracą gole, to raczej nie wypaliło. Najmniejsze pretensje można mieć chyba do Chilwella i Mendy’ego, ale umówmy się, żaden z nich nie jest na ten moment kandydatem to jedenastki sezonu (jeśli mielibyśmy ją budować na jego półmetku) i nie mówimy tu też o piłkarzach bez skazy.

CIERPLIWOŚĆ ABRAMOWICZA

Tak więc nad Lampardem zbierają się ciemne chmury. Zespół gra poniżej oczekiwań, nowi zawodnicy nie wnoszą jakości, a starzy obniżają loty. Okoliczności łagodzące? Wciąż nie tak wielka strata punktowa do czołowych miejsc i awans do 1/8 Ligi Mistrzów. Może się wydawać, że gdyby nie to ostatnie, to Anglika nie byłoby już na Stamford. Związany z klubem dziennikarz Daily Telegraph – Matt Law apelował po ostatnim spotkaniu o spokój, a menedżer The Blues twierdził, że ceni sobie pracę pod presją. Tak czy inaczej, legenda Stamford siedzi na gorącym krześle. Kiedy Gundogan był o centymetry od skompromitowania Londyńczyków strzałem piętą w pierwszej połowie ostatniego spotkania (wówczas na tablicy widniało 3:0 dla City), widziałem oczami wyobraźni, jak Abramowicz zwalnia Lamparda. Niemiec nie trafił, a zespół z Londynu w drugiej odsłonie nieco podreperował wynik. Być może te detale zadecydowały o tym, że wciąż mogę pisać o Lampardzie jako o obecnym, a nie byłym szkoleniowcu Chelsea. Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że najbliższy mecz pucharowy z Morecambe, a także ligowy wyjazd na Fulham, to spotkania ostatniej szansy dla obecnego szkoleniowca The Blues. Jeśli tam wszystko się powiedzie, to po nich przyjdą następne. Anglik to przecież na ten moment najgorzej punktujący menedżer w erze Abramowicza, lepszy od niego był nawet Villas-Boas! Nie będziemy więc specjalnie zdziwieni, jeśli cierpliwość bossa w końcu się skończy. Machina o nazwie Chelsea musi odpalić na dobre lada dzień, inaczej czas sentymentów niechybnie dobiegnie końca.

MICHAŁ BAKANOWICZ

Lekcja historii #3: Pele i (nie)zawieszona wojna w Nigerii.

Według wielu kibiców piłki nożnej Pele uchodzi za najlepszego gracza, jaki kiedykolwiek stąpał po kuli ziemskiej. Normalne więc, że wokół jego postaci narosła spora ilość mitów. Szczególnie że czasy, w których Pele znajdował się u szczytu popularności, nie pozwalały na weryfikowanie wszystkich plotek i spekulacji. Być może część z was słyszała kiedyś opowieść o tym, że gwiazdor Santosu i reprezentacji Brazylii przyczynił się swoim przyjazdem do Nigerii do tymczasowego zawieszenia broni w trakcie trwającej w tym kraju wojny domowej. Czy faktycznie tak było? Dziś mówimy: “Sprawdzam!”

Czytaj dalej „Lekcja historii #3: Pele i (nie)zawieszona wojna w Nigerii.”

Zacznij bloga na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Do góry ↑