Squadra Azzura na wielkich turniejach, czyli włoska huśtawka nastrojów

Gdy w 92 minucie półfinału baraży MŚ w Palermo Aleksandar Trajkowski posłał uderzenie do siatki Gianluigiego Donnarummy, cała Italia zamarła. Strzał, który w jednym momencie przebił serca milionów kibiców Squadra Azzura i odebrał im bilet na Mistrzostwa Świata. Jeszcze kilka miesięcy temu Włosi świętowali tytuł najlepszej reprezentacji na Starym Kontynencie, a Roberto Mancini podczas konferencji prasowych zapewniał, że wywalczą awans na Mundial i może nawet go wygrają. Dziś ten kraj pogrążony jest w żałobie. Jednak historia tej reprezentacji jest tak szalona jak ostatnie dziewięć miesięcy z życia kibica z Półwyspu Apenińskiego. Nieustanna huśtawka, która sprawia, że paleta barw we Włoszech jest najszersza w całej Europie.

Jeśli zapytamy Włochów, co łączy obywateli tego kraju, wielu z nich zgodnie odpowie: piłkarska reprezentacja narodowa. Gdy Italia bierze udział w Euro, czy Mundialu to w oknach i na balkonach w momencie pojawiają się flagi narodowe. Począwszy od Mediolanu, po Rzym, Neapol, kończąc na południu Włoch w Palermo… Reprezentacja od zawsze była inspiracją dla obywateli tego pięknego kraju do patriotycznych gestów, wspólnego kibicowania oraz prowokowała do niekończących się dyskusji. Debatowano głównie o najbardziej uzdolnionych piłkarzach w Italii, o taktyce, o wyborach na pozycji „9”. Jak w 1990 roku i włoski dylemat Vialli czy Schillaci, w 1994 roku Baggio czy Signori, Baggio czy Del Piero (1998), Totti czy Del Piero (2002, 2006). Dodatkowo pojawiały się pogłoski dotyczące rzekomych podziałów w drużynie przed najważniejszymi imprezami. Natomiast w 2010 roku debata publiczna skupiła się na Antonio Cassano. Marcello Lippi nie zdecydował się powołać do kadry narodowej świetnie spisującego się napastnika Sampdorii, czym wywołał niekończące się dyskusje we włoskich domach. Italia kocha futbol, który gwarantuje im niezapomnianą huśtawkę emocji. Bo gdy poznajemy historię tej reprezentacji, to czujemy się jak „bambino” kołyszące się na takiej huśtawce. Tak więc serdecznie zapraszam na włoską huśtawkę i zaczynamy zabawę!

Złote lata 30. i Korea…

Lata 30. XX wieku dla Azzurrich to złota karta historii calcio. W 1934 roku Włochy były gospodarzem mistrzostw świata. W kraju o turnieju przypominały transmisje radiowe, 300 tys porozwieszanych po całym półwyspie Apenińskim plakatów, specjalne znaczki pocztowe i nawet marka papierosów Campionato del Mondo. Gospodarze pod patronatem reżimu faszystowskiego osiągnęli sukces, choć w kontrowersyjnych okolicznościach. Sędziowanie budziło sporo wątpliwości, Gianni Brera tak relacjonował ćwierćfinałowy mecz z Hiszpanią: „Belgijski sędzia zachowywał się tak, jakby dobrze wiedział, gdzie rozgrywają się mistrzostwa”. Włosi dwukrotnie odnosili zwycięstwa dzięki golom strzelonym po brutalnych atakach na bramkarzach rywali. O agresywności w ich grze świadczy sam przebieg finału. Antonin Puć zdobył bramkę dla Czechosłowacji chwilę po tym, jak cucono go za boczną linią solami trzeźwiącymi. Cztery lata później Italia obroniła tytuł, po wspaniałym występie w finale z Węgrami. Legenda głosi, że przed tym spotkaniem włoski zespół otrzymał telegram od Benito Mussoliniego o treści „Zwycięstwo albo śmierć”. Kolejne lata to jednak pasmo niepowodzeń Squadra Azzurra i imprezy zakończone już po fazie grupowej. Tak jak w 1966 roku na Mundialu w Anglii. Italia po 2 meczach fazy grupowej i zwycięstwu nad Chile do awansu potrzebowała tylko remisu z Koreą Północną. 19 lipca 1966 roku na stadionie w Middlesbrough, Włosi wybiegli na boisko z takimi sławami w składzie jak Rivera, Mazzola, Albertosi, Burgnich, Fachetti, czy Riva. Skład, który w 1968 roku wygrał mistrzostwa Europy. Jednak tego dnia historia napisała podobny scenariusz do tego z półfinału baraży z Macedonią. W pierwszej połowie Azzurri mieli doskonałe sytuacje do objęcia prowadzenia. Marino Perani trzykrotnie był bliski strzelenia bramki, lecz za każdym razem nieskutecznie. Pięć minut przed przerwą Pak Doo Ik oddał strzał niczym Aleksandar Trajkowski, po którym futbolówka zatrzepotała w siatce bramki Albertosiego. Druga część spotkania to znów festiwal nieskuteczności Włochów oraz fenomenalne interwencje Ri Chan Myonga, które skutkowały odpadnięciem Italii z turnieju. Natomiast Koreańczycy w ćwierćfinale mierzyli się – o ironio – z Portugalią! Na pogrążonych w koreańskim koszmarze Włochów czekał jeszcze deszcz pomidorów, który zafundowali im fani, witający swych idoli na lotnisku w Genui.


Mistrzostwa Świata w 1970 roku to przede wszystkim niezapomniany półfinał z Niemcami. 17 czerwca na Estadio Azteca w Meksyku kibice z Półwyspu Apenińskiego byli świadkami spotkania, które przeszło do historii calcio. Na początku meczu Włosi objęli prowadzenie za sprawą Boninsegny, by następnie zaprezentować styl catenaccio. Przez 90 minut mecz toczył się bez większej historii. Dopiero chwilę przed końcem Schnellinger, obrońca występujący na co dzień w Milanie wpakował piłkę do siatki z odległości dwóch metrów. Włosi byli tak sfrustrowani utratą tego gola, że niektórzy podbiegli do Schnellingera z wyzwiskami oraz by ten nie wracał już do Włoch. Przebieg dogrywki był zupełnie odmienny. W tych 30 minutach brakowało taktyki i tego włoskiego cynizmu, który tak często charakteryzował tę reprezentację na przestrzeni lat. Od początku obie ekipy ruszyły na siebie. Najpierw Niemcy objęli prowadzenie, na które odpowiedział Burgnich. Po chwili prowadzili już Włosi dzięki trafieniu Rivy, ale ten spektakl dopiero się rozkręcał. Wyrównującą bramkę strzelił słynny Gerd Muller, po błędzie niejakiego Gianni Rivery. Albertosi był tak wściekły na kolegę z drużyny, że groził mu uduszeniem. Przerażony Rivera niespełna minutę później znalazł się w sytuacji jeden na jeden z Maierem i zadał ostateczny cios, tym samym odkupując winy. Mecz ten określono „meczem stulecia”. Wspólna radość po zwycięstwie przedstawicieli lewicy oraz prawicy była symbolem jedności, oraz narodowej tożsamości Włochów. Finał jednak był zupełnie inny. Italia była tylko tłem dla wspaniałej Brazylii z Pele w składzie. Jak to we Włoszech, natychmiast zrodziła się dyskusja za sprawą bohatera meczu z Niemcami. Gianni Rivera nie znalazł się w podstawowym składzie na finał, w dodatku selekcjoner Valcereggi wprowadził Rivere dopiero na ostatnie sześć minut meczu. We Włoszech zinterpretowano to jako zniewagę wobec piłkarza i zapoczątkowało to modą na polemikę o personaliach.

Nie ma futbolu bez skandalu

Mistrzostwa Świata w Hiszpanii to atmosfera wielkiego skandalu związanego z aferą Totonero w Serie A. W takim klimacie reprezentacja Włoch wystartowała na Mundialu. Start mieli okropny. Męczarnie w I rundzie i 3 remisy: z Polską, Peru i Kamerunem. Ostatecznie dzięki lepszemu bilansowi bramek Włosi awansowali do kolejnej rundy. Ekipa Enzo Bearzota zaskoczyła jednak w decydującej fazie turnieju. W II rundzie wygrała spotkania z Brazylią, broniącą tytułu Argentyną oraz w półfinale z Polską. Finał z Niemcami zgromadził na trybunach 90 tysięcy kibiców. W pierwszej połowie karnego nie wykorzystał Antonio Cabrini, jednak w 57 minucie wynik otworzył niezawodny Paolo Rossi, a dziewięć minut później Tardelli podwyższył na 2:0. Radość biegnącego Włocha była tak ogromna, że okrzyknięto ją jako l’urlo di Tardelli, czyli krzyk Tardelliego. W 81 minucie Włosi prowadzili już 3:0 za sprawą najlepszego zawodnika turnieju, Altobelliego. Bramka Breitnera w końcówce nie zmieniła losów tego finału i kapitan Dino Zoff uniósł  w górę Puchar Świata jako najstarszy w historii mistrz świata w wieku 40 lat. „La Gazzetta dello Sport” z ogromnym tytułem „Mistrzowie Świata” sprzedała się w półtora milionowym nakładzie, ustanawiając ówczesny rekord sprzedaży. A do historii przeszła słynna fotografia z pokładu samolotu, na której prezydent kraju Sandro Pertini, trener Bearzot, kapitan Zoff oraz skrzydłowy Causio grają w karty w towarzystwie pucharu świata. Sukces z 1982 roku przerodził się w typowo włoski już dramat. Mistrzowie Świata nie zakwalifikowali się na Euro 84’, a podczas kolejnego mundialu wygrali tylko jedno spotkanie i w kiepskim stylu pożegnali się z turniejem.

Dopiero mistrzostwa świata w roli gospodarza pozwoliły Italii wzbić się ponownie na huśtawce oczekiwań i marzeń ku górze. Azeglio Vicini na turniej wystawił młodą, utalentowaną drużynę. W przodzie Gianluca Vialli oraz Salvatore Schillaci wspierani przez Roberto Donadoniego, oraz Carlo Ancelottiego, a w obronie mediolańska ściana: Baresi, Maldini, Ferri i Bergomi. Za nimi świetny podczas tamtego turnieju Walter Zenga, który w całych mistrzostwach skapitulował tylko raz. Gra Włochów oparta na defensywie pozwoliła im dotrzeć do półfinału, gdzie spotkali się z Argentyną. W tym dramatycznym meczu Italia objęła prowadzenie po bramce Schillaciego i była bliska podwyższenia wyniku. Jednak w 69 minucie spotkania niepewne wyjście z bramki Zengi skutkowało utratą gola. Jak wspominałem już wcześniej, bramkarz Interu stracił jedynego gola podczas całego turnieju w tym właśnie meczu, po 881 minutach gry z czystym kontem. Zaraz po golu Caniggi Włosi ruszyli do ofensywy, lecz bezskutecznie i o awansie do finału miały zadecydować rzuty karne. Kluczową jedenastkę pewnie wykorzystał Maradona, uciszając swoją ukochaną publikę w Neapolu. W meczu o brąz gospodarze turnieju pokonali Anglię 2:1 i turniej zakończyli w nieco lepszych nastrojach. Jednak jak to Włosi, po udanych mistrzostwach ponownie nie zakwalifikowali się na Mistrzostwa Europy w 1992 roku. Ale jak to bywa podczas zabawy na huśtawce, po upadku przychodzi wzlot, a taki udało im się osiągnąć na mistrzostwach w 1994 roku.

Obecność Azzurrich w USA to oczywiście tradycyjna już włoska debata. Tym razem związana z dylematami, jeśli chodzi o wybór pomiędzy Baggio a Signorim oraz myśli taktycznej Sacchiego. Początek turnieju był katastrofą. Przegrany mecz otwarcia, później pojedynek z Norwegią, który musieli rozgrywać w osłabieniu po czerwonej kartce dla Pagliuci. Jednak gol Dino Baggio uratował Italię, która szczęśliwie awansowała do 1/8 finału. W tej fazie mierzyli się z Nigerią, z którą długo przegrywali 0:1, w dodatku Gianfranco Zola został wyrzucony z boiska i Włosi powoli żegnali się z turniejem. Jednak w samej końcówce Roberto Baggio otrzymał doskonałe podanie i doprowadził do wyrównania. Radość genialnego Włocha była ogromna. Podbiegł do kamery i krzyczał: „Bóg istnieje!”. Bramka ta odblokowała Boskiego Kucyka, bo w końcówce jego gol rozstrzygnął rywalizację z afrykańskim zespołem. Z kolei w ćwierćfinale oraz półfinale jego bramki zaprowadziły Italię do finału. Mecz z Brazylią był mało fascynujący i przez 120 minut nie padł ani jeden gol. Losy decydującej batalii rozstrzygały przeklęte rzuty karne, a do najważniejszej jedenastki wyznaczony został największy z Italii – Roberto Baggio. Napastnik uderzył mocno, lecz niecelnie i piłka poszybowała nad poprzeczką. Radość Brazylii i kamienna postać Baggio chowającego twarz w dłoniach. Scena, która przeszła do historii mundiali. Najlepszy zawodnik turnieju, który na własnych plecach zaniósł Italię do finału, stał się na końcu symbolem wielkiej porażki.

Znowu ta Francja

Mistrzostwa Europy w 2000 roku przeszły do historii futbolu ze względu na swą dramaturgię. Także, albo i nawet przede wszystkim ze względu na reprezentacje Włoch. Italia fazę grupową przeszła z kompletem zwycięstw. Ćwierćfinał z Rumunią rozstrzygnęli już do przerwy, po golach niesamowitego Francesco Tottiego oraz Filippo Inzaghiego. Wielkim sprawdzianem dla Włochów okazał się półfinał z gospodarzem, czyli wielką Holandią Franka Rijkaarda. Grająca wspaniały futbol reprezentacja Oranje nie wykorzystała dwóch jedenastek w regulaminowym czasie gry i losy tego pojedynku rozstrzygnęła seria rzutów karnych. Genialny tego wieczoru Toldo obronił aż trzy strzały z jedenastego metra i Włosi mogli świętować awans. Finał w Rotterdamie został zapamiętany na długo, szczególnie przez Włochów, którzy byli blisko triumfu. Bramka Marco Delvecchio w 55 minucie pozwoliła Italii na spokojniejszą grę i szukanie swych szans z kontry. Gdy wydawało się, że jedną z takich kontr wykończy Del Piero, wtedy na 15 sekund przed końcowym gwizdkiem błąd popełnił Cannavaro i Wiltord strzałem w długi róg bramki doprowadził do dogrywki. W niej zszokowani Włosi stracili złotą bramkę po pięknym uderzeniu Trezegueta i cała Italia zalała się łzami.

Po turnieju w kraju zrodziła się kolejna narodowa dyskusja. Zoffowi zarzucano brak indywidualnego krycia Zidane, a Berlusconi skomentował to jako amatorskie zachowanie selekcjonera. Kolejna wielka potyczka z Trójkolorowymi miała miejsce w 2006 roku. Przed mundialem więcej mówiło się o aferze korupcyjnej we Włoszech i apelowano o wycofanie Italii z turnieju. Dyskwalifikacją ryzykował nawet selekcjoner Marcelo Lippi. Jednak w tym zamieszaniu Azzurri sprężyli się i dotarli aż do finału. Tam czekała już… Francja. Mecz dla Squadra Azzura rozpoczął się źle. Już w siódmej minucie Zinedine Zidane wykorzystał rzut karny dla Francji. Ale niecały kwadrans później Marco Materazzi wyskoczył najwyżej w polu karnym rywali i doprowadził do remisu. Od tamtego momentu na boisku istnieli już tylko Francuzi. Italię przy życiu trzymał Buffon, który swymi paradami ratował zespół przed kolejną finałową porażką z Francją. Na 10 minut przed końcem dogrywki doszło do absurdalnej sytuacji. Sprowokowany Zizou uderzył z „byka” w klatkę piersiową Materazziego i osłabił swój zespół, schodząc z czerwoną kartką. Po raz drugi o zwycięstwie w mistrzostwach świata miały zdecydować rzuty karne. Po raz drugi drużyną, która miała je wykonywać była reprezentacja Włoch. Tym razem wszyscy egzekutorzy nie pomylili się i na Półwyspie Apenińskim rozpoczęło się wielkie święto. Okładka „La Gazzetta dello Sport” przypominała wydanie z 1982 roku i sprzedała się w rekordowym 2,3 mln nakładzie.

W tym momencie dochodzimy już do roku 2021 i zasłużonego triumfu Italii w Mistrzostwach Europy. Włosi grali pięknie, w fazie grupowej nie stracili nawet bramki i awansowali dalej z kompletem zwycięstw. W półfinale oraz finale skutecznie wykorzystane rzuty karne dały im upragniony tytuł, przez co stali się jednym z głównych faworytów katarskiego mundialu. Bo przecież nikt nie wyobrażał sobie, że ich zabraknie na takiej imprezie. Okazji mieli wiele, by ten awans uzyskać. Wystarczyło choćby wykorzystać karnego w ostatnich minutach meczu ze Szwajcarią. Ale zrobili to po swojemu, po włosku. I znowu ta huśtawka piłkarskich emocji kibica Włoch poszybowała w dół, ale ufając historii Squadra Azzurra to znowu się odbiją. Bo przecież to Włosi, a tymczasem: Arrivederci Italia!

Marcin Gala

fot. Yahoo Sports UK

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Blog na WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: