LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #4

Bonjour. A w zasadzie dzień dobry, bo wróciłem do Polski pod koniec grudnia. Mój erasmusowy wyjazd dobiegł końca, a wielką Francję zostawiłem za plecami. To, co jednak przywiozłem ze sobą w głowie, jest bezcenne. Po raz ostatni, w ramach mastifowych felietonów, chcę się tym z wami podzielić. Klasycznie – będzie trochę o piłce, trochę o kulturze, a i przemyślenia własne się znajdą. Zapraszam!

Wizyta w Paryżu – pierwsze wrażenia i Luwr

Tak się jakoś złożyło, że trójkolorowa stolica okazała się ostatnim punktem na mojej liście miejsc do zwiedzenia. Byłem kilkukrotnie w Belgii, zahaczyłem o Normandię i Bretanię, a nawet zarzuciło mnie do południowej Akwitanii. Tymczasem będący trzy godziny drogi od Lille Paryż, został na sam deser.

Stawiając pierwsze kroki w stolicy Francji, człowiek czuje, że jest to miasto inne niż wszystkie. Pewnego rodzaju majestat, zgiełk, ruch i tłok momentalnie potrafią przytłoczyć. Dużo się dzieje i trzeba być dość ostrożnym, gdyż sam ruch drogowy bywa chaotyczny. Nawet przechodząc na pasach, warto rozejrzeć się kilka sekund dłużej. Niezliczoną ilość razy widziałem samochody przejeżdżające na sygnale.

Pierwszym punktem mojej wycieczki był, położony względnie niedaleko od dworca, Luwr. Takiego miejsca po prostu nie wypada pominąć. W muzeum można się wprost zatracić. Nie sposób obrać konkretną trasę. Rozwidleń, wystaw i wszelakich pomieszczeń jest tak dużo, że aż głowa od tego boli. Z tego co usłyszałem, skrupulatne zwiedzanie całego kompleksu może zająć nawet kilka dni. Tymczasem ja miałem na to kilka godzin, ale nawet gdybym chciał spędzić tam więcej czasu, to posłuszeństwa odmówiłyby mi nogi. Nie ma co, spacerowanie Luwrem to dobra forma poprawy kondycji. Niemniej jednak, jak najbardziej polecam wizytę. To wyjątkowe muzeum, które ma swój własny klimat i zapewnia przy tym naprawdę unikalne odczucia.

W oko wpadło mi wiele rzeźb i obrazów, z naciskiem na te, przedstawiające wizerunek Napoleona. Bije od nich jakaś aura, obdarzająca postać cesarza respektem. Oczywiście była też okazja zobaczyć Mona Lisę, lecz dzieło Da Vinciego nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. W pewien sposób za to rozbawiła mnie ilość stłoczonych osób pod samym malowidłem. Zastanawiam się, ilu z nich obraz rzeczywiście skłonił do wewnętrznej kontemplacji, a ilu pochłonęła zwykła wartość komercyjna fotek ze słynną damą.

„Wolność wiodąca lud na barykady”, obraz Eugene’a Delacroix

Miasto ładne tylko z wierzchu

Po wyjściu z Luwru obrałem bardzo luźną formę zwiedzania, spacerując od zabytku do zabytku, przy czym odwiedziłem też kilka innych ciekawych miejsc. Pozwoliło mi to na lepsze wyczucie samego miasta – miasta, którego wizerunek nawet dzieciom kreuje się w sposób wręcz magiczny. Prawdę powiedziawszy, ja tego czaru nie poczułem. Jak najbardziej zgodzę się z tym, że Paryż jest wyjątkowy i rozumiem ludzi, którzy potrafią zakochać się w nim od pierwszego wejrzenia. Jest w nim naprawdę wiele pięknych i urokliwych miejsc, potrafiących podbić serce niejednego turysty. Mnie odstraszyła trochę ta monumentalność oraz wszechobecny tłok, powodujące lekko stresujący dyskomfort. Ulice potrafią być bardzo brudne, wręcz zaniedbane. Wiele zabytków jest w renowacji, przez co niejednokrotnie natykałem się jedynie na rozwieszone budowlane plandeki. Rusztowania nie ominęły nawet wieży Eiffla.

No właśnie, wieża Eiffla. Konstrukcja niewątpliwie robiąca wrażenie. Jest gigantyczna, dodatkowo da się ją zobaczyć niemal z każdej części miasta. Przechadzając się pod jej nogami, rzeczywiście można poczuć się wyjątkowo. Niestety cały wizerunek psuje kilka aspektów. Jednym z nich jest wszechobecne sprzedawanie miniaturek obiektu w różnej formie. Breloki, małe czy duże figurki (a są nawet świecące) – to kupi się na każdym rogu Paryża. Dla mnie było to nawet w pewien sposób zabawne. Do tego nagabywacze pod samą Wieżą. Miasto jest dobrze znane z kieszonkowców, przed którymi często się przestrzega. Sam byłem zagadywany przez kilku podejrzanych mężczyzn. Mając w głowie wizję potencjalnej kradzieży, szybko uciąłem rozmowę i się oddaliłem. Każdemu radzę to samo, bo za chwilę nieuwagi można zapłacić portfelem.

Pod Parc des Princes

Chociaż legendarny stadion PSG kompletnie nie był po drodze mojej wycieczki, to i tak musiałem go odwiedzić. Przypłaciłem to kilkoma dodatkowymi kilometrami w nogach. Z niewiadomych przyczyn uparłem się na nieużywanie metra, co odbiło się potężnymi zakwasami następnego dnia. Rzekłbym, że sam w sobie Park Książąt wygląda z zewnątrz dość surowo. Zapewne wizerunek ogrzewa nieco wnętrze budowli i atmosfera w trakcie spotkań, ale prezentacją zewnętrzną nie umywa się do naszego Stadionu Narodowego czy (moim skromnym zdaniem) Stade Pierre-Mauroy. Sklep klubowy był zdecydowanie największym ze wszystkich, które miałem okazję odwiedzić w trakcie swojego całego pobytu. Przymiotnik “największy” dobrze opisuje również ceny wszystkich produktów. To główny czynnik, przez który wróciłem z Paryża bez materialnej pamiątki piłkarskiej. Bardzo za to spodobały mi się wizerunki legend paryskiego klubu na ogrodzeniach samego stadionu. Weah, Ronaldinho, Pauleta, Ibrahimović i wielu innych. Naprawdę ładny sposób wyrażenia szacunku dla byłych graczy. Poza samą wieżą Eiffle’a to właśnie te obrazki zapadły mi w pamięć najbardziej z całej wycieczki do stolicy.

Ostatnie wizyty na Pierre-Mauroy

Nie spodziewałem się, że jedną z najcięższych do pożegnania rzeczy, związanych z samą Francją, będzie dla mnie klub – LOSC Lille. Kiedy przyjechałem do miasta, wiedziałem, że jedną z aktywności do zrobienia, będzie duże zaangażowanie się we francuską piłkę. Kiedy tylko ustabilizowałem sytuację mieszkaniową, kupiłem bilety na mecz z Marsylią, a koszulka już dawno czekała w reklamówce. Reszta szła błyskawicznie szybko, a samo kibicowanie i wizyty na stadionie dawały mi ogromną radość.

Ostatnimi meczami, na jakie miałem okazję pójść, były starcia z Nantes i Troyes. Cóż, może nie byli to idealni rywale na pożegnanie, ale nie narzekałem. Na meczu z Kanarkami miałem okazję siedzieć tuż obok sektora gości, co było zupełnie nowym, unikalnym doświadczeniem. Remis 1:1 zostawił uczucie kibicowskiego niedosytu, ale samo spotkanie do nudnych na pewno nie należało (reakcja po nietrafionym karnym Davida niezapomniana). Na Troyes przyszło względnie niewielu kibiców. Grudzień, dość niska temperatura i przeciwnik z nie najwyższej półki. Nawet tanie bilety po 10 euro na niemal każdy sektor (promocja na Black Friday) nie przekonały większej liczby chętnych. Mecz był dość kuriozalny, ale i na swój sposób piękny. Lille przyjęło gola szybko, lecz w drugiej połowie zaczęło odrabiać straty i dzięki Jo Davidowi udało się zgarnąć trzy punkty. Niesamowity emocjonalny rollercoaster. Idealna sprawa na zakończenie pobytu.

Wychodząc ze stadionu, miałem łzy w oczach. Naprawdę związałem się z tym klubem i stworzyłem pewnego rodzaju relację z miastem, która tylko umacniała to przywiązanie. Na dzień przed wyjazdem jeszcze pospacerowałem sobie pod Pierre-Mauroy. Kiedyś z pewnością tam wrócę. To mogę zagwarantować.

Epilog

Erasmusowy wyjazd do Francji wiele mnie nauczył. Pozyskałem zupełnie nowe perspektywy, zarówno prywatne jak i zawodowe. Posmakowałem życia poza Polską, co wiązało się z tym, że teraz mniej więcej wiem, jakie potrafią być tego plusy i minusy. Do tego udało się zawrzeć kilka świeżych relacji, podszlifować język, a także zwiedzić wiele miejsc, w których nigdy nie byłem.

Czy finalnie zakochałem się we Francji? I tak i nie. Same aspekty sportowe absolutnie do mnie trafiły, a sympatia do Ligue 1 tylko powiększyła. Francuzi jako społeczeństwo są dla mnie w pewien sposób specyficzni, chociaż wielu bardzo mi pomogło i będę ich wspominał z dużym sentymentem. Nie wszystkie aspekty życia w kraju trójkolorowych do mnie trafiły, zaś niektóre wręcz pozwoliły docenić charakter życia w Polsce.

Część doświadczeń przeniosłem też tutaj, na Futbolową Rebelię w formie mastifowych felietonów. To był mój osobisty punkt widzenia na Francję. Poza czysto sportowymi wrażeniami dodawałem do tego również i kulturową warstwę, co mam nadzieję w mniejszym, bądź większym stopniu było atrakcyjne. Nie wszystko, co zaplanowałem, udało się zrealizować. Nie zdołałem skontaktować się bezpośrednio z LOSC, a wyjazd do Lens i przeprowadzenie rozmowy z Przemysławem Frankowskim pozostały jedynie koncepcją w mojej głowie. Wobec tego myślę, że ten czas mogłem mimo wszystko wykorzystać dużo efektywniej, lecz jednocześnie jestem zadowolony z całej tej przygody. Dziękuję każdemu, kto choćby rzucił okiem na cykl LesDogues. Naprawdę wiele to dla mnie znaczy. Po raz ostatni w tym cyklu wypada mi się na koniec podpisać, tak, jak to miałem zawsze w zwyczaju. Au revoir.

MasieżŻedzeżak (Maciej Jędrzejak)

Tutaj pozostałe części serii „LesDogues…”:

LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #1

LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #2

LesDogues – na podwórku u Mastifów. O francuskiej piłce i nie tylko #3

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Start a Blog at WordPress.com. Autor motywu: Anders Noren.

Up ↑

%d blogerów lubi to: